niedziela, 18 grudnia 2011

Family Man – komedia romantyczna jakiej potrzebujesz


Idą święta, z nimi zima, a zatem czas na Family Man’a.



To absolutny hit! Jeden z moich ulubionych filmów. Najlepsza komedia romantyczna, przy tym o walorach terapeutycznych zwłaszcza dla białych kołnierzyków. Doskonała do oglądania z żoną, w któryś z zimowych, pobożonarodzeniowych wieczorów, gdy za oknem pada śnieg, drewno trzaska w kominku, a w filiżance pachnie aromatyczna herbata. Wracam do tego filmu systematycznie i zawsze dobrze się bawię. Nikt komu polecałem, nie zgłaszał reklamacji.

Nowojorski yuppie (słowo passe, ale oddające dobrze bohatera), Jack Campbell (rewelacyjny w tej roli Nicholas Cage), singiel, zamykający transakcję stulecia, nagle budzi się jako mąż porzuconej 13 lat wcześniej Kate i ojciec dwójki ich dzieci. Z początku ta nowa sytuacja to dla niego prawdziwa trauma. Powoli zaczyna jednak odnajdywać się w nowych rolach, męża i ojca, a w końcu nie chce ich wcale porzucić. Mimo niecodziennego pomysłu na fabułę, film jest pełen bardzo autentycznych, realistycznych, prawdziwych sytuacji i dialogów.

Wiele komicznych wręcz kultowych scen (np. wybór koszuli, przedłużająca się narada w wigilię w pracy, przyjęcie bożonarodzeniowe, oglądanie video z urodzin Kate, coaching przyjaciela-sąsiada, który podejrzewa, że Jack ma kryzys małżeński). Mięsiste, przezabawne dialogi. Świetni aktorzy, jak zawsze urzekający klimat Nowego Jorku. To również film bardzo dowartościowujący młode małżeństwa z dziećmi, gdyż niezwykle trafnie pokazuje jak wielkim trudem, ale i radością jest „wybór rodziny”. Oczywiście potrzeby komediowej fabuły nakazują pewne przerysowania, ale dają one też do myślenia. Takich filmów - pogodnych, rozweselających, ale i inteligentnych nie ma zbyt wiele, więc wracajmy do Family Man’a w zimowe wieczory.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Tak właśnie to działa

Sobota godzina dziewiąta rano, szaro i jesiennie. Przed kościołem w Józefowie gromadzą się wilczki, za chwilę akela przywoła ich na apel rozpoczynający zbiórkę. Pięćdziesiąt metrów dalej jeden z zastępów szykuje się do wyjazdu rowerowego. Pogoda chłopakom nie przeszkadza. Jeden z nich, Franek podchodzi na chwilę do wilczków, rozmawia z przybocznym Baloo, po czym Baloo tarmosi się z nim chwilę w sposób zdradzający, że tego typu manewry były częste, gdy harcerz był jeszcze w gromadzie. Ściska ramieniem za głowę i drugą ręką michra mu włosy. Chłopak wyrywa się, śmieje, wszystko w tradycyjnie chłopięcym stylu. Odchodzi w końcu do zastępu. Za chwilę rowerzyści odjeżdżają, co wywołuje spore zamieszanie w szeregach wilczków, chłopaki patrzą z zachwytem na starszych kolegów oddalających się za bramą.

Tak właśnie to działa! Wychowanie młodych przez młodych, choć trochę starszych. Naturalny autorytet starszego kolegi, który przyciąga i emanuje.

piątek, 9 grudnia 2011

Szpieg



Od dawna miałem nieuświadomioną ochotę na taki właśnie film. Prawdzie życie szpiegów, szare i w większości utkane z monotonnych czynności, rutyny, pracy głową a nie mięśniami, ślęczenia nad papierami i wysilania szarych komórek. „Szpieg” będący adaptacją słynnej powieści Johna Le Carre „Druciarz, Krawiec, Żołnierz, Szpieg” opowiada o tajnym śledztwie prowadzonym wewnątrz brytyjskiego wywiadu, słynnego MI6, w celu dekonspiracji sowieckiego szpiega działającego na samym szczycie tej instytucji. Warto pamiętać, że książka została zainspirowana prawdziwą aferą z czasów zimnej wojny. Otóż w MI6 przez długie lata działało kilku podwójnych agentów zwerbowanych przez Sowietów a zajmowali oni najwyższe stanowiska. Była to tzw. Grupa Oxbridge. Nazwa pochodzi od dwóch najsłynniejszych angielskich uniwersytetów Oxford i Cambridge, na których studiowali niezwykle utalentowani pracownicy wywiadu i miłośnicy komunizmu.

Film nakręcony jest niezwykle oryginalnie. Zdjęcia specjalnie utrzymane są w szaroburych kolorach, z ekranu przenika wilgoć i mgła Londynu, w obskurnych pomieszczeniach w oparach dymu widzimy zmęczone twarze mężczyzn po pięćdziesiątce prowadzących ze sobą grę o wysoką stawkę. Genialna minimalistyczna gra Gary Oldmana w tytułowej roli Smileya zasługuje na Oscara. Plejada innych angielskich aktorów z Colinem Firthem na czele stanowi o tym, że film jest zagrany świetnie. Generalnie jest to bardzo British style: inteligentne dialogi, dosyć skomplikowana intryga, angielska flegma.

Uwaga: amatorów klasycznych filmów sensacyjnych w stylu Bonda może rozczarować. Ci, którym się spodoba, zechcą obejrzeć jeszcze raz, aby poskładać sobie całą łamigłówkę dokładniej. Znane mi kobiety po obejrzeniu nie były nawet w 1/3 tak zachwycone filmem jak mężczyźni (jednak próba badawcza może zawierać błąd, gdyż mówimy jedynie o dwóch przypadkach).

czwartek, 8 grudnia 2011

Forum Młodych FSE 2011

Forum Młodych FSE dwa tygodnie temu to KWS, kolejny wielki sukces. 300 osób, świetni goście, wspaniała atmosfera, tzw. miód z boczkiem. Byłem ledwie chwilę (kilka godzin) i nie żałuję. Gdy moja małżonka uwijała się pewnie za zakupami na bazarku, odrabiała z dziećmi lekcje, robiła obiad i piekła ciasto, ja „podszywając się za młodzież” w najlepsze słuchałem sobie arcyciekawych wystąpień. Miło się słucha mądrych rzeczy. Ważne aby je zrozumieć, jednak zrozumieć to nie to samo co zapamiętać, a zapamiętać to nie to samo co wdrożyć w życie. Dlatego warto notować, a notatki czytać i do nich wracać. Nie wiem ile osób notowało, wokół mnie mało.

Szczególnie miło było posłuchać Jacka Pulikowskiego. Dużo pierwszorzędnych, ważnych myśli, np. o głównej tezie dzieła Karola Wojtyły „Osoba i czyn”, iż przez dobre czyny człowiek staje się dobry, zmienia się. Dobre uczynki uszlachetniają nas. „Dobry uczynek” – brzmi znajomo? Dlatego nie wystarczy być dobrym, myśleć dobrze, trzeba jeszcze działać, czynić, zmieniać rzeczywistość.

Albo że powołanie małżeństwa to budowa komunii osób, i że nikt tego nie rozumie, bo to najwyższa półka. I że gdy nie można teściowej polubić, to trzeba ja pokochać. A jeśli ktoś opuszcza małżonka, rozwodzi się, to nie powinien utrzymywać, że kocha dzieci. Bo to nijak dobre dla dzieci nie jest. I rady o szukaniu męża dla dziewczyn zamykających się w wieży, pierwszorzędne.

Brawo dla Jurka i Asi oraz wszystkich, którzy im pomagali. Tak trzymać!

środa, 7 grudnia 2011

Prorocze wizje Dostojewskiego

Fragment rozmowy diabła z Iwanem Karamazowem:

„Tam są nowi ludzie - zdecydowałeś wtedy, jeszcze zeszłej wiosny, wybierając się tu. Zamierzają zburzyć wszystko i zacząć od ludożerstwa. Głupcy, mnie się nie spytali! Moim zdaniem, nie trzeba nic burzyć, trzeba jedynie zburzyć w ludzkości ideę Boga (a ja wierzę, że ten okres nastąpi, podobnie jak następują po sobie okresy geologiczne), to sam przez się, bez ludożerstwa, runie cały dawny światopogląd, a przede wszystkim cała dawna moralność, i przyjdzie wszystko nowe. Ludzie zespolą się, aby czerpać z życia wszystko, co ono dać może, ale zespolą się jedynie gwoli szczęścia i radości, i to tylko w tym życiu. Człowiek uniesie się poczuciem boskiej tytanicznej dumy i zjawi się człowiek-bóg. Nieustannie, każdej godziny zwyciężając bezgranicznie przyrodę swoją wolą i nauką, człowiek ów każdej chwili będzie odczuwał rozkosz tak wzniosłą, że zastąpi mu ona wszystkie dawne obietnice rozkoszy niebieskich. Każdy się dowie, że jest śmiertelny bez zmartwychwstania, i przyjmie śmierć dumnie i spokojnie, jak Bóg. Z dumy zrozumie, że nie ma co sarkać na to, że życie jest jednym mgnieniem, i pokocha bliźniego swego nie myśląc o nagrodzie. Miłość zaspokoi tylko mgnienie życia, ale już sama świadomość jej ulotności wzmocni jej płomień o tyle, o ile poprzednio rozpływał się on w obietnicach miłości pozagrobowej i nieskończonej…” no i tak dalej, i tak dalej w tym guście. Uroczo!

Iwan siedział, zasłaniając uszy rękoma i patrząc w ziemię, ale zaczął drżeć na całym ciele. Gość mówił dalej:
- Pytanie teraz polega na tym, myślał mój młody filozof, czy możliwe, aby taki okres nastąpił, czy nie? Jeśli nastąpi, to wszystko jest rozstrzygnięte, i ludzkość urządzi się ostatecznie. Ale ponieważ ze względu na zatwardziałą głupotę ludzką nie nastąpi to jeszcze chyba i za tysiąc lat, to każdy, kto uświadamia sobie już teraz prawdę, ma prawo urządzić się, jak mu się tylko podoba, na nowych podstawach. W tym sensie „wszystko jest dozwolone”. Mało tego: jeśli ten okres nawet nigdy nie nastąpi, to ponieważ Boga i nieśmiertelności i tak nie ma, więc nowy człowiek ma prawo stać się człowiekiem-bogiem, choćby nawet był sam na całym świecie, i oczywiście jako taki z lekkim sercem przeskoczyć wszystkie moralne przeszkody dawnego niewolnika, jeśli to tylko okaże się potrzebne. Dla Boga nie ma praw! Gdzie Bóg stanie, tam już miejsce boże! Gdzie ja stanę, tam już od razu będzie pierwsze miejsce… „wszystko jest dozwolone”, i basta!

Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow

czwartek, 24 listopada 2011

Marzenie

„Jego słowa zrozumieli naprawdę tylko wtajemniczeni, którzy wiedzieli, że prawdziwym sensem ludzkich spraw jest nie tylko rzeczywistość, lecz również marzenia, które powstają z możliwości w niej ukrytych”.

Sandor Marai „Sindbad powraca do domu”

czwartek, 3 listopada 2011

Jane lepsza niż Bitwa

Obiecałem sobie, że nie napiszę nic o „Bitwie Warszawskiej 1920 roku” Hoffmana dopóki nie zobaczę innego filmu, który mnie zachwyci. Co do Bitwy jedno ciśnie mi się na usta: jak można tak totalnie spartolić taki temat? Gdyby mi ktoś powiedział przed seansem, że ledwo dotrwam do końca, nie uwierzyłbym. Brak słów aby oddać skalę rozdrażnienia. O rozczarowaniu właściwie mówić nie można, trochę się tego spodziewałem, pamiętając sceny taplania się w błocie husarii w „Ogniem i mieczem”. Jednak tutaj jest znacznie gorzej, źle obsadzeni aktorzy (i nieaktorzy w przypadku Urbańskiej), płytki i banalny scenariusz, tekturowe kwestie marszałka, tanie chwyty pod publiczkę. Tragedia. Trafnie sprawę oddał Andrzej Łapicki w cotygodniowym felietonie dla Rzeczpospolitej: „Jak nie ma dobrze napisanych ról, nawet Szyc się nie wyrabia. Myślę, że zamiast eksperymentów optycznych, lepiej było zamknąć się w pokoju hotelowym i napisać scenariusz”. Święte słowa!

Warto natomiast, naprawdę warto obejrzeć „Jane Eyre” wg powieści Charlotte Bronte pod tym samym tytułem. Książki nie czytałem, ale kupię żonie na gwiazdkę. Skoro film jest jej wierną adaptacją na pewno jest znakomita. Jest to historia dziewczyny-sieroty, którą niedobra ciotka umieszcza w strasznej szkole z internatem. Koszmarne przeciwności nie załamują jej, pośród nich odnajduje piękną przyjaźń. Po zakończeniu nauki zostaje guwernantką córki tajemniczego arystokraty. Szorstki w obyciu mężczyzna zaczyna interesować się młodą dziewczyną, w końcu rodzi się uczucie między nimi. Potem jest dramatycznie i częściowo tragicznie. Nie warto wiedzieć wcześniej dlaczego, by nie odbierać sobie przyjemności oglądania. Z filmu przebijają mocno ważne wartości: szacunek dla siebie samego, godność osoby, nierozerwalność małżeństwa mimo wszystko, honor. Kapitalnie spisała się odtwórczyni głównej roli Mia Wasikowska, aktorka polskiego pochodzenia. W obsadzie również m.in. jak zawsze doskonała, znana z Jamesa Bonda, Judi Dench. Jest to film na pewno dla rodziców i ich córek, ale nie najmłodszych córek, raczej starszych nastolatek. Jak na romans w ogóle nie przesłodzony, przeciwnie, trochę nawet mroczny. Jednym słowem: polecam!

środa, 2 listopada 2011

Najbardziej optymistyczne wiadomości

Wrzesień i październik były intensywnymi miesiącami dla naszej rodziny. Marta po raz pierwszy przekroczyła progi przedszkola. Już od tygodni nie mogła się doczekać tej chwili, ciągle komuś opowiadając, że niedługo będzie przedszkolakiem. Gdy jednak chwila ta nadeszła, pojawiły się kłopoty. Przesiadywanie na ławeczce w szatni, niechęć wejścia do sali i coraz bardziej zacięta mina wyprowadzały z równowagi Ewę. W końcu miałem pojechać z Martą ja. Pomyślałem: „sama przyjemność, pestka, pokażmy jak się odprowadza dziecko”.

Rano w przedszkolu wspaniała atmosfera, mnóstwo uśmiechniętych, mimo pewnego pośpiechu, ludzi. Niestety koncepcja wejścia z marszu, przedszkolny blitzkrieg, nie powiódł się. Siedzimy na ławeczce, Marta chce się ubierać w kurtkę, ja coraz bardziej gotuję się w zimowym płaszczu. Co chwila ktoś posyła mi znaczące spojrzenie. Już jesteśmy pod drzwiami ale Marta pozostaje harda. W końcu z sali wychyla się jej pani Ania (czyli nasza znana i lubiana Ania Godlewska) i błyskawicznym ruchem porywa Martę na ręce, po czym znika za drzwiami. Rozlega się histeryczny płacz, Marta jest bordowa na twarzy. Momentalnie ucisza się, nic nie słyszę zza drzwi. Zaglądam z ciekawości przez szybę. Marta stoi przy biurku, odbiera jakąś naklejkę i cała podekscytowana słucha pani. Mój Boże, i po co taka heca przed drzwiami. Patrzę jeszcze na prace powieszone na szybie, rysunek Marty jest idealny, kredka nie wychodzi poza linie. To wyjątkowe w tym wieku ale w populacji moich dzieci to tradycja. Odchodzę szczerze rozbawiony.

Po dwóch tygodniach Marta opowiada wszystkim wokoło, że właśnie miała „prasowanie”, „nie, kasowanie na biedronkę”. Jest bardzo dumna a na bluzie pokazuje przypięta naklejkę biedronki. No i nauczyła się jeździć na rowerze. To napawa mnie dumą rodzicielską.

Piotrek. Skończył już dawno półtora roku i nie pozwala aby traktować go jak dziecko. Ma aspiracje. Boki można zrywać jak naśladuje starsze rodzeństwo, najpierw nadstawia ucha a potem robi to, co oni. Dostał właśnie nowe buty. Tupie i popisuje się. Najlepiej obserwować, gdy tłumaczy coś którejś z sióstr, w swoim języku, ale z intonacją taką, jak trzeba. Zaczyna też kopać piłkę. Oj, czyżby chciał iść w ślady brata? Kopie lewą nogą tak jak Stasiek. I jest niesamowicie ciekawy świata, otwiera wszystkie szuflady, zapoznaje się z ich zawartością, wkłada palce, tam gdzie nie potrzeba. Wszyscy musimy na niego ogromnie uważać. Taki wiek. Wiek odkrywcy, ile radości z poznawania świata!

Mela zaczęła naukę gry na skrzypcach. Odwiedziły ją koleżanki a ona wyciągała skrzypce z futerału i chowała, pociągając za struny i z lubością odpowiadając na pytania. Pani od skrzypiec po pierwszej lekcji uznała, że Mela ma błysk w oku, więc będą z niej ludzie. Myślę sobie, że ten błysk w oku to ważna rzecz. Ja też lubię taki błysk w oku.

Mela i Marta mają wreszcie swoje biurka i nabożnie z nich korzystają. Mela odrabia lekcje a Marta udaje, że też ma lekcje i że też odrabia. Marta pięknie rysuje, i pasjami wykonuje zadania z książeczek dla maluchów, od czasu do czasu pytając, co trzeba zrobić w danym zadaniu.

Stasiek i Marysia mają mnóstwo lekcji. Gdy wracam późno, na stole w jadalni czekają na mnie często rozłożone prace z angielskiego i francuskiego do sprawdzenia. Jak to dobrze, że wolą, aby matematykę i polski sprawdzała im mama.

Wieczorami zaglądając na portale staram się śledzić bieżące wiadomości z kraju i ze świata. Te powyżej to najbardziej optymistyczne wiadomości ostatnich tygodni.

środa, 19 października 2011

Steve Jobs o śmierci

Gdy miałem 17 lat, znalazłem gdzieś cytat, który brzmiał mniej więcej tak „jeśli każdego dnia będziesz żył tak, jakby to był twój ostatni dzień, to pewnego dnia na pewno będziesz miał rację”. Zrobiło to na mnie takie wrażenie, że od tego czasu, przez ostatnie 33 lata, każdego ranka patrzyłem w lustro i pytałem sam siebie „czy gdyby dzisiaj był ostatni dzień mojego życia, to chciałbym robić to, co mam zamiar robić?”. I jeśli odpowiedź brzmiała „nie” przez zbyt wiele dni z rzędu, wiedziałem, że muszę coś zmienić – tłumaczył Steve Jobs sześć lat temu absolwentom Uniwersytetu Stanforda. Stwierdził dalej, że pamięć o nieuchronnej śmierci była jednym z najważniejszych narzędzi, które pomogło mu w podjęciu najważniejszych wyborów w życiu.

wtorek, 11 października 2011

Norwid

„Gorzki to chleb jest polskość…” Cyprian Kamil Norwid List do Józefa Bohdana Zalewskiego 8.01.1852

niedziela, 4 września 2011

Częsta cena sławy wg Miłosza

„- I zmagał się z pytaniem: może byłoby lepiej, gdybym tego wszystkiego nie osiągnął, a był zwyczajnie lepszym człowiekiem? I może czułość do człowieka jest ważniejsza niż sztuka?
- Nie wierzę, że tam myślał naprawdę?
- W każdym razie stawiał takie pytanie. Pytał nawet mnie, czy moim zdaniem to się „opłacało”, ponieważ bardzo się obwiniał o nieszczęścia swojej rodziny. Że był złym ojcem, nie dość oddanym mężem (…)”

Andrzej Franaszek, autor biografii Czesława Miłosza o dylematach tegoż, w wywiadzie dla Bluszcza

czwartek, 1 września 2011

Ku pokrzepieniu młodych rodziców

"Z domu rodzicielskiego wyniosłem cenne wspomnienia, nie masz bowiem cenniejszych dla człowieka pamiątek jak wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, spędzonego w domu rodzinnym, o ile panuje w nim względna bodaj zgoda i miłość. Zresztą z najgorszego domu możesz wynieść cenne wspomnienia, jeśli tylko dusza twoja potrafi szukać cennych wartości".

Bracia Karamazow, Żywot starca Zosimy, str. 344 starego dwutomowego wydania pożyczonego przed laty od przyjaciela

Podobnie wspominali swoje dzieciństwo jako źródło siły na całe życie Tolkien, C.S. Lewis, Teresa z Lisieux. Niestety nie mam czasu odnaleźć cytatów, które swego czasu podkreśliłem szarym ołówkiem.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Obfite relacje w sezonie ogórkowym

Niedziela ok. południa, uśpiwszy najmłodszego, umykam przed piskami dziewczynek do pomieszczenia z telewizorem. Przerzucam kanały w poszukiwaniu bezpośredniej relacji z ŚDM w Madrycie. W żadnej z głównych polskich stacji, w tym telewizji publicznej, nie znajduję nic. Znajduję dopiero w bezpłatnie dołożonym amerykańskim kanale EWTN. Z tego co pamiętam, zawsze dotąd bezpośrednie relacje z poprzednich ŚDM były. Nawet za rządów telewizją ludzi lewicy.

Wieczorem główne wydanie Wiadomości o 19.30. Relacja z Madrytu gdzieś pod koniec, jakieś 30 sekund. Zero wypowiedzi młodych wolontariuszy z Polski, którzy dajmy na to oszczędzali cały rok, pracując dorywczo, aby tam pojechać. Żadnych komentarzy znawców tematu, watykanistów, komentatorów, brak reportażu z ulic, wypowiedzi mieszkańców stolicy Hiszpanii. Ot, sucha relacja. Potem trzyminutowy materiał o dwóch niepełnosprawnych rowerzystach przemierzających Karkonosze i inne frapujące historie w głównym wydaniu programu informacyjnego, z którego pół Polski dowiaduje się co najważniejszego dzieje się właśnie w świecie.

Czy naprawdę wyjazd ponad stu tysięcy młodych Polaków by spotkać się z dwoma milionami innych zapaleńców z całego świata nie zasługuje na więcej niż 30 sekund uwagi? W gazetach też prawie nic. Muszę poczekać na przekaz ustny, bezpośredni, od świadków, kiedy wrócą szefowie i wędrownicy FSE z Józefowa i hufca Warszawa-Praga.

O udziale 2200 szefów z FSE jako wolontariuszy dowiedzieć się natomiast mogliśmy z programu informacyjnego pierwszego programu telewizji francuskiej. Piękny reportaż. Życzliwi od razu umieścili na Facebooku. Czyżby w Polsce było gorzej niż we Francji?

To było w weekend, w piątek późnym wieczorem przywiozłem dziewczynki po tygodniu spędzonym u babć. W domu zawrzało jak w ulu. Podczas wakacji kilka razy odbierałem gratulacje jako ojciec piątki dzieci. Dodajmy, przesympatycznej piątki. Gdy miły włoski staruszek w toskańskim miasteczku ściskał mi dłoń, a choć wskazywałem na żonę jako najbardziej właściwą adresatkę tych gestów, on potrząsał nią jeszcze bardziej energicznie, myślałem „bez przesady”. Po spokojnym tygodniu wieczorów my i tylko Piotrek, pomyślałem: „może i toskański mędrzec miał rację, jest różnica i warto wspierać rodziców choćby uściskiem dłoni”.

wtorek, 12 lipca 2011

Wszyscy po „Pressje”


Korzystając z wywozu części rodziny nad morze, tudzież obozy, oraz dobrodziejstwa Fejsbuka, z którego dowiedziałem się o wydarzeniu, udaję się dziś do klubokawiarni Grawitacja na panel Rebelyi o nowej tece krakowskich Pressji pt. „Zabiliśmy proroka”. Tom poświęcony jest temu, co zrobiliśmy z dziedzictwem JP2 (www.pressje.org.pl) a dyskusja odbywa się z udziałem redaktorów Pressji Pawła Rojka i Krzysztofa Mazura oraz dla zaostrzenia dyskusji Andrzeja Horubały i Michała Łuczewskiego.

Muszę powiedzieć, że dawno nie byłem tak pozytywnie zaskoczony. Słyszałem o Pressjach i niektóre nawet zakupiłem, ale nie sądziłem, że są tak dobrzy. Jakże miła niespodzianka. Intelektualny full wypas. Co za świeżość i głębia intelektualna, a jednocześnie nowoczesność i młodzieńczość. Ci ludzie myślą, i to myślą dobrze, odważnie, otwarcie, rześko. Prawdziwi, autentyczni interpretatorzy przesłania JP2, intelektualnie bardzo atrakcyjni. Nie czepiający się szczegółów zasklepieni w swoich koncepcjach intelektualiści, nie zakompleksieni redaktorzy niszowego pisma, ale ciekawi świata, ofensywni, nowocześni, nie uznający tematów tabu, jak nazwała ich Jadwiga Staniszkis, „najwybitniejsi młodzi intelektualiści”. Pani Profesor nie myli się. Siedząc w głębi sali, wzrastało moje przekonanie, że „są naprawdę nieźli”. Poczulem respekt do dawnej stolicy.

Zakupiłem więc kilka dodatkowych tek i ostrzę zęby na tę strawę. Bowiem Nil est in homine bona mente melius (Nic nie jest w człowieku lepszego od dobrego myślenia). Notabene, do tej myśli widniejącej na bramie domu Długosza przy ulicy Kanoniczej w Krakowie nawiązywał w swym przemówieniu papież właśnie w Krakowie w 1997 r. Dziś Kraków zdecydowanie rulez! Wiele świetnych kwestii padło np. o mesjanizmie JP2 opartym na myśli Norwida, by przez pracę zmieniać rzeczywistość aby zostawić po sobie „trochę więcej niż puste biurko w tej czy innej korporacji”. Niezłe, czyż nie? Przypomina też przecież Baden-Powella. Albo „wielcy ludzie są często z małych miasteczek”.

Każdego zatem zachęcam do zakupu ostatnich Pressji, a w ogóle to uważam, że pracujący mają moralny obowiązek prenumerować ten albo podobne periodyki. Jeśli chcemy wspierać daną redakcję, po co płacić 50% pośrednikom, kupujmy od źródła. Dla nas taniej, dla nich więcej.

Jakie bogactwo młodego życia intelektualnego mamy jeszcze w Polsce. Jutro promocja najnowszego numeru „Rzeczy Wspólnych”.

sobota, 2 lipca 2011

Ulubiony cytat Andrzeja Bobkowskiego

Ulubiony cytat Andrzeja Bobkowskiego autora "Szkiców piórkiem": "Są trzy wielkie ewolucje ludzkości: poganizm, chrześcijaństwo, chamstwo" (za Flaubert - Listy)

niedziela, 26 czerwca 2011

Mocne słowa premiera na Dzień Ojca

Premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona. Jakie świetne wystąpienie, szkoda, że nie można usłyszeć czegoś podobnego z ust polskiego polityka. Tutaj w całości. A poniżej najlepsze urywki:

Now, I know we can’t do this at a stroke of a legislator’s pen. There’s nothing we can do in Whitehall to force fathers to get involved. But what we can do is make it easier for fathers to do the right thing than the wrong thing. (...) We’re investing in relationship support to help prevent family breakdown; and when it is inevitable, to make sure that it is well-handled. And yes, I want us to recognise marriage in the tax system so as a country we show we value commitment.

At the same time, I also think we need to make Britain a genuinely hostile place for fathers who go AWOL. It’s high time runaway dads were stigmatised, and the full force of shame was heaped upon them. They should be looked at like drink drivers, people who are beyond the pale. They need the message rammed home to them, from every part of our culture, that what they’re doing is wrong – that leaving single mothers, who do a heroic job against all odds, to fend for themselves simply isn’t acceptable.

Ponadto uważam, że powinniśmy uczynić Wlk. Brytanię prawdziwie wrogim miejscem dla dezerterujących ojców. Najwyższy czas, aby ojcowie, którzy porzucają rodziny, byli z całą mocą piętnowani i palili się ze wstydu. Powinni być oni traktowani jak pijani kierowcy, jako robiący coś zupełnie nieakceptowalnego. Cała nasza kultura powinna im dać jasny sygnał, że to co robią, jest czymś bardzo złym – że porzucenie matek, które wykonują heroiczną pracę, aby radziły sobie same – jest po prostu nieakceptowalne.

All this will help make a difference. But in the end, it will be the daily habits and decisions of Britain’s fathers that will determine if we succeed. On their decision to financially and emotionally support their child even if they’ve split up from their mother; to spend time with their kids at weekends, taking them to the football or the playground; to go to the nativity play and take an interest in their child’s education.

I say this knowing how difficult being a parent is. As the American writer Kent Nerburn brilliantly put it: “It is much easier to become a father than to be one.” And I don’t for one minute claim to be a perfect father to my kids. Just ask Sam. But this is too important an issue to remain silent on. This is about our children’s futures, and with that, our country’s future too. We owe it to them to be there for them, however hard we may find it.

So on this Father’s Day, let’s embrace and celebrate the responsibilities we have.

piątek, 24 czerwca 2011

Urywki z życia szofera szkolnego

Wytaczam się z domu, gdy w samochodzie komplet dziewczynek zaczyna się niecierpliwić. Jak zwykle poranna kawa tym razem nie działa wystarczająco. Wczoraj mecz Polska-Francja, obejrzany na żywo w doborowym towarzystwie. Stasiek też był, właśnie biegnie do sąsiadów z kanapką w ręku. Tam gromadzą się chłopcy jadący razem do szkoły męskiej.

Przepraszam dziewczyny za spóźnienie i ruszamy. Nie ujechawszy pięciuset metrów uświadamiam sobie, że zapomniałem karty wejściowej do biura. Cofamy na wstecznym. Wbiegam po schodach na piętro, porywam kartę i odpalam ponownie samochód. Jedziemy. Po chwili już wiem, że w domu wciąż spoczywa mój telefon służbowy. Tym razem już nie zawracamy, dowiezie mi go żona do szkoły.

W samochodzie daje się odczuć oczekiwanie na wakacje, późnowiosenny spleen. Lubię patrzeć jak oddalają się w kierunku szkoły. Mela pełna entuzjazmu, pierwszoklasistka, zawsze przygotowana, tęskniąca za szkołą, panią i koleżankami. Julka z głową w obłokach czy raczej we wczoraj przeczytanej kolejnej książce. Pochłania je w ogromnych ilościach. Druga Julka bardzo dziewczęca, pogodna. Dwie Marysie, Ola i Trzecia Julka to już prawie gimnazjum. To widać. Dziewczyny mają swoje sprawy, tajemnice, porozumiewawcze spojrzenia. Jedne idą dostojnym krokiem trzymając się pod ręce, inne ociężale i powoli, jak gdyby udawały się na szafot.

***

U Przybylskich gdzie after-synergy party z małżeństwem Bouchez. Udaje mi się odnaleźć numer Maitrises z 1993 r. poświęcony przygotowaniom do małżeństwa, gdzie napisali bardzo ładny, mądry artykuł. Na marginesach przetłumaczone niektóre słówka. Tak to się robiło, ze słownikiem i ołówkiem dochodziło do sensu zdań. Sympatyczna rozmowa, nie znamy się przecież a gadamy jak starzy znajomi.

***

Byłem na łodziach, można powiedzieć na kajakach. Ojcowie z klasy Marysi pozazdrościli ojcom, którzy mają synów w szkole „Żagle” i w ramach wycieczek ojców z synami jeżdżą z nimi na spływy kajakowe i zorganizowali sobie swój spływ. Spotkanie w Otwocku przy Domu Kultury, pakujemy się do autokaru i 10 minut jedziemy na start. Tu wsiadamy do kolorowych kajaków i zaczynamy. Rzeka Świder okazuje się być bardzo malownicza, a przy tym pełna niespodzianek. Zwalone pnie nie dają wyboru, musimy położyć się w kajaku aby pod nimi przepłynąć. Potem robimy wyścigi, rozemocjonowani tracimy koncentrację i osiadamy na mieliźnie. Niesamowite tylko 10 km od mojego domu i taki czad.

***

Tydzień później spływ ze Staśkiem tym razem Pilicą. Jest świetnie, mimo złych prognoz zamiast deszczu ostre słońce. Po dwóch godzinach wyciągamy kajaki na piaszczystą plażę. Tu spotykamy kolegów z 3a, wypłynęli godzinę przed nami. Przekazują nam ogień, siedzimy na piachu i wchłaniamy spokój nadpilickiej przyrody. Atmosfera jak z „Nad Niemnem”. Wracamy około 17. Dochodzę do siebie przy pomocy coli z lodem, prysznica i podwójnego espresso. Zapinam Piotrka w foteliku w samochodzie. Chłopak aż piszczy z radości. Na samochody piętnastomiesięczny chłopiec nieodmiennie woła „brum, brum”. Często ciągnie mnie lub Ewę za rękę, że chce do „brum, brum”. W samochodzie od razu się uspokaja. W domu bawi się samochodzikami. Samochodzikami, które leżały w kącie, nie budząc zainteresowania ani Meli, ani Marty. Kto go tego nauczył? Skąd takie ciągoty? Po prostu chłopak.

Dojeżdżamy do Państwa K., gdzie już od paru godzin trwa piknik rodzin na zakończenie szóstej klasy. Atmosfera jak z letniska w „Spalonych słońcem”, dziewczęta grają w dwa ognie, piszczą przy tym i miło hałasują, część, ooo, w błękitnych mundurach. Okazuje się, że dotarły na piknik prosto ze zbiórki drużyny. Rodzeństwo w postaci głównie młodszych braci oblega drzewo z liną, tj. instytucję tzw. Tarzana. Piotrek zaczął chodzić, więc biega po soczystej trawie ile wlezie.

***

Koniec roku szkolnego, muzycznego, sportowego, harcerskiego rozłożony na kilka tygodni czerwca to dla rodziców intensywny czas spotkań, zakończeń, spływów, akademii, koncertów, występów. To już za nami. Pozostały ładne trzy świadectwa. Dziś pierwszy dzień wakacji.

środa, 22 czerwca 2011

Katolicki oksymoron

Powstaje tutaj katolicki oksymoron, co może potwierdzić każdy, kto tego doświadcza: bezkompromisowość co do zasad i miłosierny pragmatyzm w obliczu konkretnej rzeczywistości. Jak dobry, stary proboszcz, który grzmiał z ambony, a był wyrozumiały i serdeczny w tajemnicy spowiedzi. Katolicka hipokryzja? Nie opowiadajmy głupot. To zasłużony realizm dotyczący ludzkiej kondycji, zdolność otwierania się na życie i jego nieskończenie wiele przypadków, czego w swoim fanatyzmie nie znają współczesne ideologie. Mówią one, że kochają człowieczeństwo, ale odrzucają - o ile nie nienawidzą - konkretnego człowieka i jego małą wielką historię.

Jest pewna tragiczna anegdota, która zawsze mnie poruszała: Robespierre, niezniszczalny apostoł laickiej ascezy, moralności narzuconej masom w imię swojej abstrakcyjnej cnoty wysłał na gilotynę tysiące osób. Kiedy padło na niego i przybył na plac na dwukołowym wózku przeznaczonym dla skazańców, po raz pierwszy zobaczył narzędzie śmierci! Z trudem orientował się, gdzie było zainstalowane i tylko teoretycznie - jak działało. Ci, których wysłał na tę scenę, nie byli konkretnymi mężczyznami i kobietami, nie byli ciałem i krwią, radościami i smutkami, pragnieniami i lękami, młodzi i starzy z imieniem oraz nazwiskiem. Byli tylko symbolami, abstrakcyjnymi przedstawicielami zła, w pojęciu doktrynalnej etyki. Wszystkie te obcięte głowy (jedenaście tysięcy w ciągu zaledwie jednego roku) nie były niczym innym, jak dossier, pod którym ten kapłan boskiego rozumu złożył swój podpis, bez problemu sumienia, co więcej, przekonany, że służy sprawie doskonałego społeczeństwa.

Tymczasem chrześcijaninowi chodzi o wskazanie ideału, o nierezygnowanie nigdy z niego. O trud osiągania tego ideału zawsze, a jednocześnie gotowość zrozumienia słabości natury zranionej grzechem pierworodnym, okazywanie konkretnej osobie (zwróć uwagę: począwszy od nas samych) cierpliwości samego biblijnego Boga, który potrafi czekać, smuci się, raduje, czasem wręcz żałuje (…).

Vittorio Messori w wywiadzie-rzece „Dlaczego wierzę” str. 388

środa, 25 maja 2011

Przyjemne chwile z życia rodzica

Spotkanie w szkole „Strumienie” z opiekunem Marysi i Meli – jedna z najprzyjemniejszych chwil w życiu rodzica. Z tego powodu wracam do domu w towarzystwie pizzy i coca-coli. Dwie ogromne margeritty jak zawsze wywołują entuzjazm. Jemy i oglądamy Billa Cosby. Atmosfera jest radosna, mimo, że wróciłem sporo później niż zapowiadałem. Marysia opowiada jak wtargnąłem do jej klasy, w której właśnie odbywała się próba przed występem na koniec roku szkolnego. Włożywszy głowę przez drzwi zaśpiewałem z szóstoklasistkami refren „Ale to już było”. Taki sobie kiks, jakich setki popełniało się w cielęcym wieku podstawówki i liceum. Chwila deja vu. Reakcja córki pomiędzy pobłażliwym uśmiechem a lekkim zawstydzeniem, choć nawet z odrobiną zadowolenia. Opowiada jakby o dziwacznej sytuacji, za którą normalnie trzeba by być wściekłą i się wstydzić, ale skoro wywołała śmiech i aplauz koleżanek, to w sumie jest OK. Żegnamy się na dobranoc. Dzieciaki kładą się spać. Każdy ma dla mnie jeszcze komunikat na zakończenie dnia: „Tato, kiedy znowu będzie pizza?”, „Tato, prawda, że byłam grzeczna i następnym razem też dostanę pizzę”, „Tato, jak będziecie po spotkaniu z moim panem to prawda, że też będzie pizza”, „Tato, dzięki, ale nie idźcie jeszcze spać”. Piotrek uczy się chodzić, więc śpi już w najlepsze zmęczony wrażeniami dnia.

Tak, prawda. Następna pizza będzie po spotkaniu z opiekunem Stasia. Tak myślę.

wtorek, 24 maja 2011

Trzy filmy

Trzy filmy, o których powinienem napisać już dawno, póki grają je w kinach. Wszystkie warte zobaczenia. Jak zawsze przecież, skoro mowa o nich na tym blogu. Po kolei zatem.


NIEPOKONANI
Już zachwycałem się tutaj samym faktem powstania filmu zanim trafił na ekrany. Film jest dosyć wierną adaptacją książki „Długi marsz”. Trochę szkoda. Historia ucieczki z łagru przez pół świata, w śniegu tajgi, skwarze pustyni Gobi i przez Himalaje sama w sobie jest niesamowita. Zorganizowana przez Polaka wbrew nadziei. To żywy dowód polskiego ducha, walki o wolność, niepoddawania się nawet w najtrudniejszych warunkach (zachwycił się nim reżyser Peter Weir). Jednak książka napisana jest monotonnie, jak kronika marszu, to nie jest wielka literatura pokazująca emocje, dylematy, meandry duszy ludzkiej, wybory i ich konsekwencje. Tak mniej więcej wygląda też film, spodziewałem się trochę hollywoodzkiego „podkręcenia”, którego nie ma. Jednak nie ma co marudzić? Film po raz pierwszy opowiada o Gułagu (co za skandal), ukazuje choć trochę prawdy o polskim trudnym losie i bohaterstwie w czasie II Wojny Światowej. Świetne kreacje Eda Harrisa, Collina Farrela, aktora grającego głównego bohatera i aktorki grającej Zosię (polską dziewczynę, która dołącza do uciekinierów). Obraz powinien być pozycją obowiązkową dla wszystkich. Idealny dla ekipy wędrowników czy do obejrzenia w innym „młodym” gronie.

 

RYTUAŁ

Thriller oparty na kanwie faktów. Historia wątpiącego kleryka wysłanego na kurs egzorcystów do Rzymu, gdzie dostaje szkołę „zawodu” od ojca Lukasa (jak zawsze genialny Anthony Hopkins). Uczestniczy w egzorcyzmach, w końcu sam je przeprowadza. Mocna rzecz, czasami sierpnie skóra. Choć końcówka jest raczej nieprawdopodobną fantazją, zasadniczo film nie fałszuje nauczania katolickiego na temat szatana. Zawiera też niewątpliwie sporo prawdy o mechanizmach działania osobowego zła we współczesnym świecie. Jak to w Hollywood dobrze aby główny bohater miał obok siebie ładną aktorkę a więc w walce ze złem młodemu klerykowi towarzyszy amerykańska dziennikarka. Film z rodzaju mocnych, tylko dla widzów dorosłych.
 
 
 

LUDZIE BOGA


Film trudno uchwytny w polskich kinach, choć we Francji był megahitem, gromadząc ponad 3-milionową publiczność. Obraz opowiada prawdziwą historię trapistów zamordowanych przez muzułmańskie bojówki w Maroku w latach dziewięćdziesiątych. Obserwujemy mnichów i ich spokojne, oddane Bogu i ludziom życie, utkane z codziennych prac i modlitw. To ludzie absolutnej pokory, kto wie czy modlitwa takich mnichów nie jest zawiasem świata. Stopniowo atmosfera gęstnieje, ojcowie zaczynają oswajać się z myślą, że może im grozić męczeństwo. Zrazu buntują się, niektórzy chcą wyjeżdżać, potem jakby godzą się z taką ewentualnością, lecz starają się ludzkimi środkami uniknąć ofiary. Męczennicy zazwyczaj to nie masochiści, ale ludzie chcący żyć, kochający życie, jednak nie za cenę wyparcia się wiary, zanegowania prawdy. Jest kilka dobrych scen, rozmowy przeora z szefem bojówki, ostatnia kolacja mnichów.

Bardzo byłem ciekaw tego filmu. Historia faktycznie jest niesamowita. Jednak film mógłby być lepszy, lepiej nakręcony, lepiej zmontowany. Lepszy rzemieślnik kina wydobyłby więcej dramatyzmu, emocji i piękna. Wielu widzów uzna te zastrzeżenia za przesadę i czepianie się. Zatem na tym zakończmy. Film wart obejrzenia, nie z małymi dziećmi.

poniedziałek, 16 maja 2011

Weekend pełen dobrych zdarzeń

Weekend pełen dobrych zdarzeń. Najpierw spływ Świdrem ojców z córkami w klasie Marysi. Dwadzieścia szóstoklasistek, dwudziestu panów już w okolicach czterdziestki i dwadzieścia dwuosobowych kajaków. Piękna pogoda, pełna zakrętów rzeka, leżące pnie i kupa radości. Po dobrej godzinie wyciągamy kajaki na brzeg, wspinamy się na skarpę i przygotowujemy posiłek. Dziewczyny śmieją się, siedząc w grupie na skarpie, ojcowie toczą rozmowy i rozpalają ognisko. Pawłowi coraz lepiej idzie ważna inicjatywa NGO, Robert jest po ciekawej lekturze. Mamy podobne spostrzeżenia na temat słuchania audiobooków w samochodzie, niektóre fragmenty odtwarza się kilkakrotnie, gubiąc wątek w korkach. Ale co tam, takie są realia albo audiobooki, albo nic. Spojrzałem na te nastolatki już, na ojców i pomyślałem „dziewczyny, ale macie dobrych ojców”, a jak pisze Meg Meeker w książce „Strong fathers, strong daughters” (niebawem po polsku) ojciec odgrywa wielką rolę w ukształtowaniu dojrzałej osobowości dziewczyny.

Potem przebieram się w zgoła inny strój i po pół godzinie szybkiej jazdy ląduję w byłej bazie rakietowej wojsk sowieckich w Słupnie. Tu odbywa się kurs „ABC Skautów Europy” dla szczepowych i sympatyków, doborowe towarzystwo, nowe dla mnie twarze, świetni ludzie. Rodzice, którzy założyli mundury dla swoich dzieci, Jadzia z Krakowa, Krzysiek z Kielc, Janusz z Ząbek, Jurek z Płońska (jest już po przyrzeczeniu, o czym dowiaduję się gdy witamy się), niezawodna załoga Klęczarów, Robert z Falenicy, dziś odbędzie swój Wymarsz, dając świadectwo większego utożsamienia się z regułami GRY. Te reguły to Zasady, Prawo i Przyrzeczenie, wspólne dla dwunastolatka i dorosłego. Szczepowy, dyskretny, inspirujący, starszy brat i przyjaciel powinien żyć tym samym ideałem. Służyć, bo takie jest miejsce dorosłych w Ruchu. A przez służbę tyle samemu zyskując. Śmiejemy się, bawimy się na ognisku, potem wsłuchujemy w wymagające słowa Wymarszu. Siadamy z naczelnikiem jeszcze na chwilę przy ognisku, żaby dają wspaniały koncert. Lubię to, brakuje mi tego pośród codziennego zgiełku. Przypominam sobie różne obozy, rozmowy przy podobnych ogniskach, na przykład tę toczoną z byłym filarem mojej drużyny, gdy wychyleni z namiotu patrzyliśmy w niebo nad Gryfowem Śląskim. Nie widzieliśmy się dłuższy czas, właśnie kończył studia i wyjawił mi, że wybiera się do Benedyktynów.

Upajam się odgłosami nocy, majestatem rozgwieżdżonego nieba.

środa, 11 maja 2011

Szczecin 1987

Wczoraj pisałem o cechach osobowości JP2, które pociągają szczególnie. Był wspaniałym, żyjącym pełnią życia człowiekiem. Jednak zostawił coś być może ważniejszego: tysiące zapisanych słów, tony mądrości, dokumenty, które pozostaną na zawsze w Magisterium Kościoła. Wiele homilii cytatów, na których wychowały się pokolenia. Z podstawówki pamiętam tekst o Westerplatte, które każdy powinien mieć. Kilka lat później podczas drugiego polskiego wyjazdu do Vezelay, czytaliśmy jako lekturę Veritatis Splendor. W czasie narzeczeństwa z przyszłą żoną m.in. „Miłość i odpowiedzialność” oczywiście z czasów przedpapieskich, ale jakie mocne. Jeden z moich kolegów ze studiów podczas pielgrzymek papieskich do Polski jeździł za papieżem jak oszalały z miasta do miasta. A kilka tygodni temu, przewijam w samochodzie kanały radiowe i nagle natykam się na homilię JP2. Uderza mnie usłyszany fragment. Googluję zapamiętaną frazę i mam: Szczecin 11 czerwca 1987. Zobaczcie sami:

„A małżonkowie, klęcząc przed ołtarzem w dniu ślubu, mówią: „Nie opuszczę cię aż do śmierci”. Tak mówi mąż do żony i żona do męża. Tak mówią razem wobec majestatu Boga żywego. Wobec Chrystusa.

Czyż słowa te nie współbrzmią głęboko z tamtymi: „Do końca umiłował”?

Z pewnością, drodzy bracia i siostry, zachodzi tutaj głęboka zbieżność i jednorodność. Sakrament małżeństwa wyrasta z eucharystycznego korzenia. Wyrasta z Eucharystii i do niej prowadzi. Ludzka miłość „aż do śmierci” musi się głęboko zapatrzeć w tę miłość, jaką Chrystus do końca umiłował. Musi tę Chrystusową miłość poniekąd uczynić swoją, ażeby sprostać treściom małżeńskiej przysięgi: „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”.
(…)
Drodzy bracia i siostry! Potrzebne jest bardzo gruntowne przygotowanie do małżeństwa jako wielkiego sakramentu. Trzeba z kolei często wracać do tych świętych tekstów sakramentalnej liturgii małżeństwa, Mszy św. dla nowożeńców, Mszy św. na jubileusz małżeński, odczytywać je, rozważać... Są to słowa żywota.

(…) czytanie dzisiejsze jest wzięte z Listu do Kolosan.
Można powiedzieć, iż znajdujemy tam zwięzłe, a równocześnie bardzo istotne pouczenie na temat: jak budować wspólnotę małżeńską i rodzinną. Jak ją budować w wymiarze całego życia, a zarazem — na co dzień.

Uczy Apostoł, że miłość jest „więzią” (por. Kol 3, 14), stanowi jakby życiodajne centrum, które jednak trzeba systematycznie i wytrwale „obudowywać” całym postępowaniem. Na różne cnoty wskazuje ten apostolski tekst, od których zależy trwałość, co więcej, rozwój miłości pomiędzy małżonkami. Pisze bowiem: „Obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie wzajemnie, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy!” (Kol 3, 12-13).

Jakież to konkretne! Apostoł ma przed oczyma życie małżeńskie swoich czasów, dwa tysiące lat temu, ale ludzie naszego stulecia mogą się w tym tak samo doskonale odnaleźć.

Małżeństwo — to wspólnota życia. To dom. To praca. To troska o dzieci. To także wspólna radość i rozrywka. Czyż Apostoł nie zaleca, abyśmy „napominali samych siebie” także „przez pieśni pełne ducha, śpiewając Bogu w naszych sercach” (por. Kol 3, 16)? Jakby mówił o śpiewaniu kolęd w polskim domu.
(…)

Rodzina według zamysłu Bożego jest miejscem świętym i uświęcającym. Na straży tej świętości Kościół stał zawsze i wszędzie, ale w szczególny sposób pragnie być blisko rodziny, gdy ta wspólnota życia i miłości i arka Przymierza z Bogiem, jest zagrożona czy to od wewnątrz, czy też — jak to dziś niestety często bywa — od zewnątrz. I Kościół na naszej ziemi stoi wiernie po stronie rodziny, po stronie jej prawdziwego dobra, nawet gdy czasem u niej samej nie znajduje należytego zrozumienia. Nie tylko głosi z miłością, ale i ze stanowczością objawioną naukę dotyczącą małżeństwa i rodziny, nie tylko przypomina jej obowiązki i prawa, ale również obowiązki innych, zwłaszcza obowiązki społeczeństwa i państwa wobec rodziny, stara się także ciągle rozwijać potrzebne struktury duszpasterstwa, których celem jest niesienie moralnej pomocy rodzinie chrześcijańskiej. I może tej obecności i wrażliwości zawdzięczamy w głównej mierze to, że zło zagrażające rodzinie, nadal nazywane jest złem, grzech nadal nazywany jest grzechem, wynaturzenie — wynaturzeniem; że nie zwykło się tutaj, jak to czasem bywa w świecie współczesnym, konstruować teorii dla usprawiedliwienia zła i nazywania zła dobrem.
(…)

Nie ma skuteczniejszej drogi odrodzenia społeczeństw, jak ich odrodzenie przez zdrowe rodziny.
A rodzina, która „jest pierwszą szkołą cnót społecznych, potrzebnych wszelkim społeczeństwom” (Deklaracja o wychowaniu chrześcijańskim, 3), jest dziś bardzo zagrożona. Wiemy to wszyscy. Jest zagrożona od zewnątrz i wewnątrz. I trzeba, by o tym zagrożeniu, o własnym losie mówili, pisali, wypowiadali się przez filmy czy środki przekazu społecznego nie tylko ci, którzy — jak twierdzą — „mają prawo do życia, do szczęścia i samorealizacji”, ale także ofiary tego obwarowanego prawami egoizmu. Trzeba, by mówiły o tym zdradzone, opuszczone i porzucone żony, by mówili porzuceni mężowie. By mówiły o tym pozbawione prawdziwej miłości, ranione u początku życia w swej osobowości i skazane na duchowe kalectwo dzieci, dzieci oddawane ustawowo instytucjom zastępczym — ale... jaki dom dziecka może zastąpić prawdziwą rodzinę? Trzeba upowszechnić głos ofiar — ofiar egoizmu i „mody”; permisywizmu i relatywizmu moralnego; ofiar trudności materialnych, bytowych i mieszkaniowych. „Dlatego też Kościół — słowami adhortacji Familiaris consortio — otwarcie i z mocą broni praw rodziny przed niedopuszczalnymi uzurpacjami ze strony społeczeństwa i instytucji państwowych” (por. 46).
(…)

wtorek, 10 maja 2011

Po beatyfikacji


I jesteśmy po beatyfikacji. Ci, którzy byli w Rzymie, jeszcze pamiętają długie godziny na nogach, lecz wciąż są zafascynowani atmosferą tego wydarzenia. Kiedyś, podczas jednego ze spotkań z jednym z kręgów wędrowników pytałem ich o to, kto jest ich bohaterem, jakie mają wzorce osobowe, które chcą naśladować. Po angielsku nazywa się to uczenie „role models”. Gdy niektórzy odpowiadali - Jan Paweł II, drążyłem: „OK, ale w czym konkretnie chciałbyś naśladować papieża?” Wtedy część odpowiedzi była, hm, trochę ogólnikowa. Przypomniało mi się to, podczas czytania różnych bardzo ciekawych wypowiedzi opublikowanych w związku z beatyfikacją. A to czytanie dzięki mojej żonie, która dzielnie prowadziła samochód w tzw. długi weekend, gdy ja oddawałem się zaległej prasówce, po czym na sfatygowanej Rzeczpospolitej wypisałem 10 punktów „by konkretyzować”. Poniżej mój bardzo subiektywny, taki trochę zrobiony ad hoc i raczej praktyczny katalog dziesięciu cech osobowości Jana Pawła II, które wydają mi się fascynujące i co do których możemy próbować go naśladować lub chociaż nimi się inspirować.

1. Poczucie humoru. Znane z wielu książek, anegdot, opowieści. W ostatnich dniach w którymś z wywiadów podkreślał były rzecznik prasowy Joaquin Navarro-Valls, że z nikim nie śmiał się tak serdecznie jak z papieżem. Że bez poczucia humoru po prostu nie da się, wie każdy ojciec dorastających dzieci. Zapytajcie.
2. Wykorzystanie czasu. Pamiętam kiedyś uderzyła mnie opowieść jakiejś kobiety w jednym z filmów dokumentalnych, jak to Karol Wojtyła w czasie okupacji niemieckiej zawsze jadł czytając książkę, a w przerwach podczas pracy fizycznej w Solvay’u wyciągał grube tomiszcze Św. Jana od Krzyża i studiował. Wanda Półtawska z kolei wspomina, że podczas wakacji już z papieżem w Castel Gandolfo Ojciec Święty czytał sam trudniejszą książkę podczas, gdy ktoś inny czytał coś lżejszego na głos. Hm, niekoniecznie do zastosowania ale inspirujące.
3. Miłość Polski i polskiej kultury. Papież kochał polskich romantyków, Norwida, polskie góry, jeziora, krajobrazy, dał nam piękną lekcję patriotyzmu. Ja polecam szczególnie „Pamięć i tożsamość” i homilie z pielgrzymki z 1991 roku, np. z Masłowa, gdy pałał świętym gniewem i był bardzo zawiedziony tym, co działo się w Polsce. Co powiedziałby teraz?
4. Zdrowy, sportowy styl życia. Uwielbiał chodzenie po górach, kajaki, wędrówki, narty. Był pierwszym papieżem, któremu paparazzi zrobili zdjęcie w kąpielówkach (na szczęście nie opublikowali). Jednak gdy się o tym dowiedział, po prostu zażartował „No i co, dobrze wyszedłem przynajmniej?”
5. Towarzyskość, spędzanie czasu z ludźmi. Wiemy jak często papież jadał z gośćmi, ile osób towarzyszyło mu w prywatnej kaplicy. Jak to robił, że dla każdego znajdował odpowiednie, uprzejme słowo, że każdym był zainteresowany?
6. Ciekawość świata. Za komentarz niech posłuży wypowiedź George’a Weigla, biografa papieża-Polaka: „Pytają mnie często, jakie są najistotniejsze cechy osobowości Jana Pawła II. Obserwowałem go przez ponad ćwierć wieku, a przez 12 lat spotykałem się z nim osobiście. Często odpowiadam, że nigdy nie spotkałem kogoś tak intensywnie interesującego się wszystkim wokół. Jego umysł był zawsze zorientowany na teraźniejszość i na przyszłość. Był zawsze ciekaw nowych książek, nowych artykułów i nowych dyskusji toczonych w kręgu mojego intelektualnego i kulturalnego świata. Interesował się nawet najnowszymi żartami o sobie.”
7. Głębokie przyjaźnie, troska o przyjaciół, wierność. Mój częsty wyrzut sumienia, brak czasu, dwubiegunowość praca-dom. Przypomnijmy jedynie spotkania z kolegami ze szkoły, dla których zawsze znajdował czas, listy z rodziną Półtawskich i innymi z kręgu krakowskiego.

I w końcu mocniejszy kaliber, bez którego nie byłoby pewnie pierwszych siedmiu punktów.

8. Modlitwa, nieustanny, intymny i głęboki dialog z Bogiem. Znamy mnóstwo opowieści o tym, że to było dla Niego najważniejsze. Zawsze znajdował czas na rozmowę z najważniejszą Osobą, z tego czerpał.
9. Całkowite oddanie się Woli Bożej, Totus Tuus. Często powtarzał „Nie stawiajmy tamy Bożej Opatrzności”.
10. Miłość. Miłość Boga, Kościoła, NMP, ludzi. Ukochanie Eucharystii (zawsze była centralnym punktem Jego pielgrzymek).

Myślałem, że wiemy już wiele o Janie Pawle II, ale muszę przyznać, że przy okazji beatyfikacji ukazało się wiele niesamowitych świadectw, nieznanych szczegółów, fascynujących historii. Jest jeszcze wiele niezwykłych wręcz aspektów tej tytanicznej osobowości, z których możemy czerpać. Mnie np. fascynuje w wielkim papieżu, że był to człowiek wierzący w moc sprawczą słów i Słowa, które zmieniają historię. I przecież byliśmy tego świadkami. Nie wspominam tu nawet o ogromie nauczania, pism, spuścizny - to temat na odrębny wpis.

Historia toczy się dalej, świat nie zmienia się sam, zmieniają go ludzie.

środa, 27 kwietnia 2011

Wrocław zakończony Herbertem

Dziś samolotem do Wrocławia. Kończę spotkanie i mam półtorej godziny do rejsu powrotnego. Zamiast taksówką jadę na lotnisko z Pawłem Sową, mamy tylko godzinę na pogadanie ale dobre i to. Dobre wieści, ślub się kroi. Siedem tysięcy metrów nad ziemią, gdy na zewnątrz jedynie -53 st. C, czytam zaległe gazety. W Uważam Rze sprzed kliku tygodni wywiad z abp Michalikiem a w nim ciekawa myśl: „Kardynał Wyszyński mawiał, i to dla mnie ważne słowa, że aby głosić kłamstwo, trzeba sztabu ludzi. By głosić prawdę, wystarczy jeden człowiek. Każdy ma obowiązek starać się być tym jedynym”. Pięknie to współbrzmi z fragmentem obrzędu Wymarszu Wędrownika o tym, że HR „powinien nad wszystko miłować prawdę” i chcieć „z pokorą we wszystkim szukać prawdy i dobrowolnie jej służyć”.

Skoro już jesteśmy przy tak wysokiej tonacji, zacytujmy najlepszy wiersz Herberta, o którego fragmencie ostatnio było głośno przy okazji rocznicy katastrofy smoleńskiej. Dobrze go pamiętam z mojej pracy maturalnej. Ta poezja jest mocna.

Zbigniew Herbert

Przesłanie Pana Cogito

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie

strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych

strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy

czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku

a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku

idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów

Bądź wierny Idź

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Czemu?

„Mecenasie, coś rzadziej ostatnio piszesz, czemu nie piszesz więcej?” – pyta mnie dobry znajomy. Cóż, tematy cisną się przeróżne. Tudzież mnóstwo zaległych czeka sobie leniwie w kolejce na swoje piętnaście minut lub pół godziny, gdy któregoś wieczoru pewnie grubo po dwudziestej trzeciej kolega mecenas na tzw. głodzie pisania wreszcie dosiądzie wysłużonego domowego laptopa. Czemu, czemu? Otóż mecenasuje się ostatnio intensywniej. I projektów ciekawych, i ważnych, i trudnych sporo. I dwoje współpracowników bliskich na urlopach długich, przed egzaminem adwokackim i radcowskim. To trzy miesiące wyjęte z życiorysu, trauma w życiu każdego prawnika. I firma się rozwija, że ciężko nadążyć z rekrutacją. I rodzinnie jakoś tak intensywnie, męcząco. Dwie najmłodsze córki stają się coraz głośniejsze, ciągle szczebioczą i o coś się między sobą wykłócają. Piotrek zaczyna chodzić, w nocy nie wiedzieć czemu popłakuje, a okazuje się, że w przeciwieństwie do wszystkich innych członków rodziny kolega mecenas charakteryzuje się niezwykle czujnym snem. Nawet chciałem o tym posta napisać, ale pomyślałem, a jak coś nieprecyzyjnie napiszę, to jeszcze ludzie wielodzietności się przerażą. Jest świetnie, naprawdę, ale nie da się ukryć, czasami można być nieźle zmęczonym.

Ale teraz są Święta. Piękne, optymistyczne, głębokie święta. Doczytuję Messoriego, już dawno powinienem skończyć tę książkę. Messori pisze, że Bóg daje się poznać ale jednocześnie ukrywa się przed nami. „Wstydliwa klęska śmierci krzyżowej dokonuje się publicznie, na oczach wszystkich. Chwała zmartwychwstania tymczasem ma miejsce w nocy, bez świadków, a Zmartwychwstały ukazuje się tylko przyjaciołom”. Bóg oczekuje od nas wiary. „Tolerancja religijna jest logicznym i koniecznym owocem ich wiary w Boga, który postanowił nie narzucać się, ale zaproponować, pozostawiając ślady, wskazówki, znaki, wewnętrzne i tajemnicze poruszenia duszy”.

W sobotę nic nie załatwiamy, nie ma zbiórek, gromady ani zastępu, nie ma meczów, ani ligi juniorów ani Legii, nie muszę wymienić butów albo kupić kurtki, nie jadę po zakupy, nie odbieram dzieci z urodzin u kolegów lub koleżanek, nie wypijam kawy z rodzicami małego jubilata, nie sprzątam papierów, nie robię zaległych przelewów rachunków telefonicznych, nie porządkuję teczki, nie pomagam w angielskim, ani francuskim, ani w przyrodzie, ani w języku polskim, nawet nie w matematyce, nie wyszukuję informacji o Toruniu do prezentacji dla Meli, ani nie sprawdzam Stasia prezentacji o Realu Madryt, ani o Barcelonie. Słowem - rodzinna integracja. Idziemy z koszyczkiem wszyscy, Marta wielokrotnie wyjmuje i wkłada z powrotem jajka do koszyczka. Coś mi tłumaczy, potakuję, ale wybaczcie, zupełnie nie pamiętam już o co chodziło. Potem poszukuje w kościele cukierków, cierpliwie tłumaczę, że sklepik z prasą dziś nieczynny. Żegna się zamaszyście, ludzie się uśmiechają. Rozmawiamy sobie po drodze ze starszakami, to taka podgrupa, bo Marta z Melą pędzą gdzieś z przodu. Wieczorem ta właśnie grupa z Ewą dzielnie uczestniczy w parafialnej liturgii aż do 23.30. Druga grupa natomiast zasypia w domu, a jej przedstawiciel szykuje się na rezurekcję.

Niedziela jest pełna spotkań. Wujkowi C. urodził się syn, Tomasz mu będzie na imię. Dobre imię, patronów w bród, i Akwinata, najmądrzejszy i najpokorniejszy, i Morus, wielki umysł i mężnego ducha a i dowcipu ostrego, i Beckett, najpierw towarzysz hulaszczego życia króla a potem obrońca Kościoła i męczennik (ostatnio oglądałem film o nim, ciekawy), wreszcie apostoł, nie to że niewierny, po prostu dociekliwy. W drodze do mojego brata żartuję w samochodzie, że wujek pewnie taki zadowolony z urodzin syna, że teraz paraduje w białej koszuli dzień w dzień. Taki sobie żart, mój brat raczej unikał zawsze takiego stroju. Dzwonimy, otwierają się drzwi a w drzwiach szczęśliwy ojciec. W białej koszuli -;).

sobota, 23 kwietnia 2011


Chrystus zmartwychwstał! To naprawdę wszystko zmienia!

Wszystkim Przyjaciołom i Czytelnikom bloga życzę odczuwania głębokiej radości z tego powodu każdego dnia.

środa, 13 kwietnia 2011

Niepokorni AD 2011

Bohdan Cywiński we wstępie do nowego wydania swojej słynnej książki „Rodowody niepokornych”:

„Niepokorni, o których pisałem, walczyli o Polskę dla ludzi uczciwych, dla ludzi pracy, a przede wszystkim – o Polskę niepodległą i naprawdę niezawisłą. (…) Polskie życie polityczne codziennie obraża nasze poczucie sprawiedliwości i potrzebę publicznie głoszonej prawdy, uczciwy obywatel nie czuje się skutecznie broniony przed cudzą nieuczciwością przez przyjazne mu państwo. (…) polska codzienność gwałtownie potrzebuje ludzi zdolnych do przyjęcia postawy służby. Ludzi nieprzekupnych i niepokornych. (…)

Niepodległe państwo mamy nieprzerwanie od 21 lat. To już drugie takie dwudziestolecie od lat... ponad 300. Tak, to nie błąd w rachunku – w 1710 roku Rzeczpospolita Obojga Narodów już rzeczywiście niepodległym państwem nie była. Ta chronologiczna arytmetyka mówi coś o naszej „niewzruszenie pewnej” egzystencji politycznej i o prawdziwości sloganów o jej bezpieczeństwie. W tej kwestii nie wolno wierzyć niczyim gwarancjom. Żyjemy na politycznym przedmurzu i nie powinniśmy o tym zapominać. Dla Rosji jesteśmy po pierwsze uciążliwym zawalidrogą na szlaku do Europy, po drugie – odwiecznym wichrzycielem budzącym odruchy buntu różnych narodów przeciwko moskiewskiemu czy petersburskiemu imperium. Dla Europy Zachodniej z kolei jesteśmy ziemią kresową, którą dobrze jest mieć, ale której nie traktuje się jako integralnej i niezbędnej do życia części całego organizmu i w której obronę inwestować warto tylko ograniczone siły i środki. Toteż bywaliśmy, bywamy i będziemy bywać przedmiotem przetargów. Pierwsze rokowania na temat rozbioru Polski toczyły się między Iwanem Groźnym a cesarzem w roku 1570, a ostatnie, o których wiemy – w Jałcie i Poczdamie. (...) Cynicznie i inteligentnie pisał o tym pod koniec lat 20. francuski nacjonalista Bainville, twierdząc, że idea samostanowienia narodów może w Europie być stosowana tak długo, jak długo Rosja będzie jeszcze słaba – i ani roku dłużej. Historia całego XX wieku w pełni przyznała mu rację. Wniosek nasuwa się oczywisty: na mapie Europy nie ma miejsca na Polskę słabą i potulną – utrzyma się tylko Polska silna i bardzo samodzielna politycznie.

Ale o taką Polskę walczyć zdołają tylko ludzie psychicznie i ideowo niepokorni”.

poniedziałek, 28 marca 2011

niedziela, 27 marca 2011

26 marca w Górze Kalwarii

Wczoraj bardzo dobra pielgrzymka do Góry Kalwarii z okazji Dnia Modlitw za FSE w związku ze świętem Zwiastowania NMP. Najpierw ogromny korek, wypadek poważny i zupełna blokada. Porzucamy samochód nieopodal drogi i ruszamy przez pola w kierunku białego kościoła na wzgórzu. Nawet jest to pewna przygoda, rozgniatamy butami glinę i śnieg, ojciec i syn, razi nas już wiosenne słońce. Potem przecinamy kanałek i wspinamy się po schodkach w górę, tłumaczę, że te zwały szkła to dzieło pijaczków. Autobus, który goniliśmy też ugrzązł i chłopcy z 1 Gromady Józefowskiej maszerowali tędy pewnie dwa kwadranse temu. Coraz wyraźniej słyszymy dźwięki rozpoczynającego się apelu. O, chłopaki mają tubę. Dobry pomysł. Gdy dochodzimy na plac, są już ogłoszenia. Przybijamy piątki, lewe oczywiście. Jest Arek Baghera, Szymon Balu, oczywiście Paweł Akela, jest i Andrzej, o już w chuście szczepu, jest i Marcin jeszcze w chuście brązowej ale wierny w pomocy gromadzie. Rozglądam się, masa ludzi. Są obie hufcowe, dobiega Franek na plac, nieskazitelnie wyprasowany mundur, ale szyk. Widzę Bartka Klęczara z wilczkami po drugiej stronie placu, obok drużyna falenicka z Krzyśkiem na czele. Kończymy apel, teraz dopiero jest zamieszanie. Piotrek Ka z jakimiś innymi wilczkami, aha to jego nowa służba, Dziekanów. Widzę i oczom nie wierzę, tak to on, Marcin pierwszy hufcowy Warszawy, małżeństwo służy i jemu. Błażej zaprasza na przyrzeczenie jednego z ojców. Idziemy. Słynne Ząbki. Nowi chłopcy mają przysięgi wierności, widać, że przeżywają. To dobrze, tak ma być. Potem widzę ich tuż po Mszy, fajnie skupiają się wokół zastępowego, są już zastępem. Pedagogika skautowa jak na dłoni.

Po apelu i obrzędach, wykład Pawła o tym, że skauting to sprawa rodzinna. Mówi z przekonaniem, jest autentyczny. Ten wykład jest po prostu bardzo dobry. Potem przerwa i słuchamy drugiego, młodszego Pawła o wpływie ojca na tożsamość dziecka. Ciekawe przykłady. Postanawiam, że płynę wreszcie na choć kilkugodzinną wyprawę z synem kajakiem, jak tylko zrobi się prawdziwa wiosna. A co na to żona i córki? Trzeba będzie coś wymyślić. W kuluarach rozmowy rodzicielskie, Paweł stary druh, fotograf Eurojamu w 1994 r., teraz dzieci u wilczków.

Jeszcze obiad, burmistrz je z nami. Wyraża zadowolenie, że Skauci Europy wybrali w tym roku Górę Kalwarię na miejsce swojej pielgrzymki. Panie Burmistrzu, to świetne miejsce i gościnne, i z jaką symboliką i historią. Dziękujemy. I to jest to! Tak właśnie, miasta podwarszawskie rywalizujące o to, gdzie skauci zrobią swoje wielkie spotkanie. Jest Magda hufcowa praska, studentka prawa, i Szymon, anestezjolog w Międzylesiu, taki mały desant z Lubelszczyzny. Rozmawiamy o różnicach w podejściu rodziców z Lublina i Warszawy, nie tylko harcerzy ale i pacjentów. Jest i naczelnik, jest i szef Puszczy warszawskiej, są i księża. Sympatycznie jest. Serdecznie. Radośnie. Dużo rozmów. Miło widzieć te twarze znajome i te nowe.

Przygotowanie do Mszy Św., kościół pęcznieje. Stoję z tyłu, co chwila tylko uśmiecham się gdy wchodzą następni ludzie. Wchodzi nasza gromada, Stasiek oczywiście nie widzi mnie. Przeciskają się chłopacy za totemem gromady, pięknie wykonanym przez Franka z tatą Markiem (znamy się pewnie 15 lat). Chłopaki po lewo, z Puszczy, rozmawiają jeszcze ale zastępowy ich ucisza, po prawo dawne Dęby Bartka, rozpoznaję po chustach, wreszcie u nas. Przede mną wiele osób w mundurach, świeżych, młodych, to wspaniały znak. Od drzwi bocznych przepychają się dziewczyny, całe wesołe, wśród nich moja córka, jej koleżanki Ola, Martyna. W czerwonej kurtce widzę byłego naczelnika Piotra, już nie przepchnie się dalej, nie da się. Kościół zaczyna pękać w szwach, przybiega Leon, on tu steruje wszystkim. Nakazuje rozryglować wrota, udaje się. Pozostaną już tak otwarte przez całą Eucharystię, na zewnątrz dobija jeszcze sporo ludzi. Bartek szef biura ma gdzie pojeździć wózkiem aby uśpić malucha. Kazanie głosi ks. Bogusław, duszpasterz federalny. Nagle co widzę. Przede mną ojciec z pomarańczowych spodniach, suprise, suprise, stary nick „Pomarańcz”. Kolega z bloku, jeszcze z podstawówki. Rozmawiamy po, okazuje się, że córka jest harcerką na Siekierkach. O jak fajnie. Potem są jagodzianki i program artystyczny. Nie jem jagodzianek, przeszkadzałoby to w rozmawianiu. Kajtek mówi mi, że ma 20 wędrowników i o planach na Santiago i Madryt. To będzie czad. Potem droga krzyżowa i autokary. Jest wieczór. Pora wracać. Ilu przyjedzie nas za rok?

niedziela, 13 marca 2011

Dlaczego odpowiedzialny mąż i ojciec powinien być przewidujący

„Wyjechał z domu jak zwykle w ostatniej chwili, jeszcze niespóźniony, ale beż żadnej rezerwy czasowej. Przez gałęzie drzew otaczających budynek, w którym od niedawna mieszkali, świeciło ostre poranne słońce. Jego przenikające promienie i rześkość poranka wprawiały go we wspaniały nastrój, pełen podniecenia i świeżej energii. Gdy znalazł się na dwupasmówce przypomniał sobie, że poprzedniego dnia zapomniał zatankować forda. Kontrolka paliwa paliła się monotonnie. Spoglądał na nią od czasu do czasu zupełnie bez emocji. Nie wyczuwał w tym pomarańczowym mdłym światełku niczego złowieszczego.

Jeszcze wczoraj Agnieszka prosiła go wieczorem, w swoim stylu, trochę przekomarzając się tym swoim aksamitnym głosem, aby tylko się nie spóźnił. Bo ona go zna. Że sobie na pewno coś czyta do późna. Pewnie po nocy będzie robił jakieś zaległe przelewy, oczyszczał teczkę z dokumentów. Czy na pewno ją tak kocha, jak ona jego. I czy jedzie do niej i do dzieci jak na skrzydłach. Skwapliwie zapewniał, że owszem, na pewno, że przecież wiesz kochanie. Miał w drodze z budowy zatankować samochód, ale niestety zagadał się przez telefon komórkowy z panem Mieczysławem, kierownikiem budowy ich wymarzonego domu. Przypomniał sobie o tym dopiero w mieszkaniu, ale nie miał już siły, by zwlec się po schodach na dół, odpalić silnik i jechać na stację.
- Jutro pobudka o szóstej rano, w sobotę! – pomyślał z przerażeniem.
- Siódma dwadzieścia samolot do Szczecina. Potem bus i jak dobrze pójdzie będę w Kołobrzegu najdalej przed dziesiątą. To się dzieci ucieszą. Lot wykupił kilka miesięcy wcześniej, taniej wyszło niż pociąg. - Wspaniale to zorganizowałem – zacierał ręce.
Gdy mijał stację BP przy wjeździe na Trasę Siekierkowską przez głowę przemknęła mu myśl - może jednak zatankować. Strzałka kontrolki paliwa nie była jednak jeszcze zupełnie w pozycji zero.
- Nie – odpowiedział sobie niezwłocznie - wystarczy benzyny, szkoda czasu w tej chwili na wizyty na stacjach.
Szybko wjechał ślimakiem na Trasę Łazienkowską i mknął środkowym pasem sto dwadzieścia na godzinę. Z głośników grał Myslovitz, a Maciek na całe gardło wyśpiewywał wraz z Arturem Rojkiem: „Już teraz wiem wszystko trwa, dopóki sam tego chcesz, wszystko trwa, sam dobrze wiesz, że upadamy wtedy gdy nasze życie przestaje być codziennym zdumieniem”. Wydawało się, że nic nie jest mu w stanie zepsuć szampańskiego nastroju. Wtem, nagle na wysokości Liceum Batorego samochód zaczął się dusić.
- Kurka wodna, a niech to szlag. Niech to jasny szlag – zawył przeraźliwie.
Zaczął gwałtownie redukować biegi, trójka, czwórka, znowu trójka. Samochód tylko krztusił się, rzęził, prychał, by po chwili, jakieś dwieście metrów przed Placem na Rozdrożu po prostu stanąć dęba, jak narowisty koń po zrzuceniu nieproszonego jeźdźca. Pech chciał, że ford zatrzymał się w miejscu, gdzie Trasa Łazienkowska wznosiła się w górę. Żadnych szans na zepchnięcie wozu na pobocze, którego zresztą w ogóle tam nie było. Przekręcił kluczyk rozpaczliwie, raz i drugi. Bezskutecznie.
- To koszmar jakiś, totalna wtopa – warczał przez zaciśnięte zęby. Przez chwilę miał ochotę uszczypnąć się w ucho, by stwierdzić, że to tylko zły sen.
- Agnieszka mnie zabije – jęczał - no i syn. „Jaś idzie ze mną po Ciebie, w kasku i na rowerze, chce koniecznie pokazać ci jak nauczył się jeździć. Pamiętaj, pochwal go, bo on od kilku dni bardzo przeżywa, że pokaże tacie jak sam już jeździ. Poszedł specjalnie wcześniej spać, aby szybciej się obudzić na spotkanie z tatą. Ciągle tylko słyszę ‘tata’ i ‘tata’. Czy tata będzie ze mną jeździł na rowerze? Czy tata będzie pływał na krokodylu? A kiedy tata przyjedzie? Maciuś, proszę, tylko nie zaśpij. To, o której będziesz? 10.30 w Kołobrzegu. Kocham Cię”. Słowa Agnieszki szeptane wczoraj wieczorem przez telefon, pełne podekscytowania powodowanego rychłym spotkaniem i tęsknoty, takie miękkie przez telefon i przekomarzające się tak jak zawsze lubił, świdrowały mu w głowie i były jak nóż kaleczący żywe ciało.
- Niezły pasztet – westchnął. Przekręcił kluczyk, jeszcze raz i kolejny. Reakcją było jednak wciąż tylko zdechlakowate rzężenie silnika.
- Co robić? Pomoc drogowa – nie, nie mam nawet numeru telefonu i za długo to potrwa – myślał gorączkowo. - Ktoś znajomy? Ale kto? I to przed siódmą rano, w sobotę. Ktokolwiek by to nie był, zanim zwlókłby się z łóżka, na pewno byłoby za późno.
- Wiem, taksówka – triumfalnie obwieścił samemu sobie. Wykręcił błyskawicznie znajomy numer Wawa Taxi i krzycząc prawie do telefonu zażądał, co mając na uwadze jego godne pożałowania położenie, było raczej groteskowe, aby natychmiast przyjechał kierowca z paliwem.
- To jest niemożliwe, kierowcy nie jeżdżą z paliwem – beznamiętnym głosem oznajmiła rozespana telefonistka, pewnie przypominająca stewardessę z przekomicznej sceny na lotnisku w filmie „Poznaj mojego tatę”.
- Jak to niemożliwe – Maciek nagle poczuł w żyłach jeszcze większy przypływ adrenaliny. - Jak to niemożliwe? – warczał do słuchawki. - Czy pani wie, że ja stoję na Trasie Łazienkowskiej, na samym środku? – tłumaczył tak jakby to mogło w jakikolwiek sposób wzruszyć panią. - Jak to niemożliwe? Do kroćset, mamy przecież kapitalizm. Czy naprawdę nie znajdzie się kierowca, który zechce zarobić szybko dajmy na to sto złotych. Płacę sto złotych dodatkowo za tę usługę – tu pomyślał jaki jest przebiegły. - Jestem waszym stałym klientem - wydawało mu się, że jest przekonywujący, lecz ostatnie słowa właściwie już tylko wyskamlał uniżenie i desperacko, bez nadziei na zrozumienie. Rozłączył się gwałtownie - to nie ma sensu.
- Ale zaraz - pomyślał szybko - niech przyjeżdża, nawet bez benzyny. Wystukał szybko, tym razem numer Taxi Partner. Po chwili MPT, i jeszcze raz, mimo, że go tak wkurzyli, Wawa Taxi.
- Uff, zobaczymy, kto pierwszy przyjedzie - otarł dłonią pot z czoła i wyskoczył pospiesznie z samochodu, by wyciągnąć trójkąt ostrzegawczy z bagażnika. Rozstawił go dwadzieścia metrów za samochodem, zamknął drzwi i pobiegł w dół do przystanku przy Batorym.
Kierowca, tak jak przewidywał Maciek, nie zrozumiał, gdzie ma się zatrzymać i zatrzymał się przy przystanku, nawet nie spoglądając w kierunku samochodu zaparkowanego na środku trasy przelotowej przez stolicę. Była to zatem przytomna decyzja, aby do niego od razu biec.
- Do najbliższej stacji benzynowej - wydyszał do dziadka za kierownicą, okutanego w znoszony bezrękawnik nieokreślonego koloru, zakupiony pewnie spod lady w latach osiemdziesiątych. Emeryt spojrzał na niego beznamiętnie spod rogowych okularów i kanciastej przybrudzonej czapeczki z daszkiem. Ruszyli. Zaduch mieszanki zapachu waniliowego i futerkowych pokrowców prawie zemdlił Maćka. Nie miał już nawet siły popędzać człowieka, lecz gdy na liczniku stwierdził był czterdzieści ledwie na godzinę, nie wytrzymał – nie może pan szybciej trochę, na samolot się spieszę. Taksówkarz drgnął przy kierownicy i strzałka przesunęła się na czterdzieści pięć.
– Kurde, wezmę normalnie i mu zabiorę tę kierownicę – Maciek rwał włosy z głowy. – Co za pech – syczał i gryzł wargi.
Wreszcie po dłuższej chwili, która dla Maćka trwała niemiłosiernie długo, dotarli na stację benzynową. Maciek już oczami wyobraźni widział siebie wylewającego wodę mineralną z półtoralitrówek i pakującego w nie paliwo z dystrybutora rozbryzgujące się na jego jeansy. Na szczęście sprzedawca łaskawie zaoferował mu plastikowy pięciolitrowy kanister. Po jego napełnieniu ruszyli w drogę powrotną. Tym razem, trzeba oddać sprawiedliwość, taksówkarz-emeryt prowadził swój kilkudziesięcioletni wóz jakby sprawniej. Maciek wybiegł z taksówki, przelał zawartość kanistra błyskawicznie do baku samochodu, i otarłszy szmatą zbryzgane benzyną dłonie, wreszcie odpalił. Gnał bez opamiętania, porzucił samochód na parkingu i pędem wbiegł na salę wylotów krajowych.

- Niestety spóźnił się pan 5 minut – oznajmiła mu pani w okienku.

Podróż pociągami trwała ponad dziesięć godzin. Zaliczył 3 przesiadki, tłukąc się również osobowymi, połączenia były wyjątkowo niedobrane. Wczesnym wieczorem zeskoczył wreszcie ze schodków pociągu aby uściskać Jasia, który z mamą, na rowerku i w kasku przybył na peron. Jasiowi bardzo dłużył się ten dzień. Dzień, tak oczekiwany od tygodnia.”

Andrzej Wiślicki, Na połowie czasu, Warszawa 2011, str. 44

sobota, 12 marca 2011

Messori o Frossardzie

Poniżej Vittorio Messori opowiada o Andre Frossardzie, słynnym francuskim konwertycie. Ciekawą filozofię działania przyjął Frossard, budując „pulpit”, z którego jego głos mógłby być bardzie słyszalny.

„Bardzo dobrze rozumiem Andre Frossarda, słynnego dziennikarza i pisarza, członka Akademii Francuskiej, który w wieku około sześćdziesięciu lat zdecydował się wreszcie napisać książkę Spotkałem Boga. Nie miał nawet dwudziestu lat, gdy „przez przypadek” wszedł do jednej z paryskich kaplic, w której siostry klauzurowe trwały na eucharystycznej adoracji. Tam na parę minut - które wystarczyły jednak na zawsze - został wyciągnięty zza tej zasłony, która przesłania żywym świetlisty świat znajdujący się za barierą. To doświadczenie zmusiło go nie tylko do tego, żeby przeszedł na chrześcijaństwo, ale żeby został stuprocentowym katolikiem, „papistą”, „ultramontanistą”, jak swojego czasu mawiano we Francji. Nagle ateizm, który wyznawał do tej pory, stał się dla niego zupełnie niepojęty. Właśnie on, syn znanego deputowanego Ludovica Oscara, nigdy nieochrzczonego; którego matką była Żydówka, a żona protestantką; założyciela i pierwszego generalnego sekretarza Francuskiej Partii Komunistycznej, która począwszy od pierwszego statutu, głosiła ateizm i materializm dialektyczny.

Przez całe lata, pozostając pod wrażeniem tego tajemniczego wydarzenia o niesłabnącej sile, Andre Frossard żył jak katolik, ale prywatnie, bez obnoszenia się z tym, utrzymując nieliczne kontakty z osobami duchownymi. Pracował zawsze w wielkich laickich dziennikach, opublikował wiele książek bynajmniej nie religijnych, raczej na tematy społeczne i polityczne, wydawanych przez świeckie wydawnictwa. O swojej wierze i o tym, jak zaczął wierzyć, zdecydował się powiedzieć dopiero wtedy, kiedy - jak sam mi wyznał - „miał przeszłość”. Ponieważ – dodawał - „zanim pokazałem, że Bóg istnieje, musiałem dowieść, że istnieje także ten, kto potwierdza wiarę w Niego, to znaczy, że jest to osoba rozumna, realista, a ponadto zdolna do wykonywania swojej pracy”. Jego problemem było więc ukazanie siebie jako wierzącego zasługującego na wiarygodność. Nie chciał, by uważano go za wizjonera, nawiedzonego. By a priori nie odrzucono jego świadectwa, niepojętego z ludzkiego punktu widzenia („Bóg jest czymś oczywistym, jest faktem, niepodważalną rzeczywistością, i ja Go spotkałem”) potrzebowało ono świadka, który z bagażem życia pełnego zawodowych sukcesów, nie zostałby wzięty za pacjenta szpitala psychiatrycznego. Dlatego też powtarzał: „Przez długie lata pisałem i mówiłem o wszystkim, ale mało wprost o religii. By dowieść, że Bóg jest, najpierw musiałem dowieść, że jestem ja”. Trzeba przyznać, że dobre owoce przyniósł ten wytrwały upór przy wznoszeniu sobie pulpitu, z którego można by mówić właśnie o tym Niewysłowionym w całym tego słowa znaczeniu, nie będąc uznanym za osobę pomyloną. Jak wspomniałem, Frossard zmarł, zasiadając „wśród nieśmiertelnych”, jak nazywa się czterdziestu członków Akademii Francuskiej, strzegących stołków przed katolikami. Jeden raz poważne zgromadzenie przyjęło tego, któremu nie wystarczyło wierzyć w Boga, ale który potwierdzał, że Go „spotkał”…

Vittorio Messori w wywiadzie-rzece „Dlaczego wierzę” str. 77

środa, 9 marca 2011

Wspólne troski i pokoleniowe lektury

Z książki „Klasyka wywiadu polskiego” fragment wywiadu z Romanem Dmowskim, w którym m.in o legendarnym spotkaniu Dmowskiego z Józefem Piłsudskim w Tokio:

„ A z Józefem Piłsudskim zetknął się Pan Prezes wówczas?.
-O ile zetknięciem się można nazwać dziewięciogodzinną rozmowę - to nastąpiło ono ale nie w Krakowie, ale na drugiej półkuli globu - w Japonii. Było to w roku 1905 - opowiadał dalej Dmowski.
– Dowiedziałem się, że Piłsudski zamierza jechać do Japonii, by uzyskać pomoc dla przygotowywanego powstania w Królestwie. Dla przyczyn, które pan zna zapewne, uważałem wówczas wybuch powstania za niewskazany i postanowiłem udać się do Tokio, by paraliżować akcję Piłsudskiego. Przyjechałem też do Tokio przed nim.
- Przed nim?
- Tak. Gdybym przyjechał po nim, byłoby za późno. Byłem przyjęty kilkakrotnie przez zastępcę szefa japońskiego sztabu generalnego. Wręczyłem mu dwa memoriały o sytuacji Polaków w Rosji. Reakcyjne „Nowoje wremja” dowiedziały się z niedyskretnej notatki „Corriere Della Serra” o mojej wizycie w Tokio i dopytywały, co tam robi Dmowski? Udało mi się bowiem z początku zachować incognito, aż włoski dziennikarz zdradził moją obecność.
- Któregoś dnia poszedłem na pocztę nadać list. Nagle widzę, że ulicą jadą dwa wózki ciągnione jak zwykle przez ludzi, a w nich dostrzegam twarze dziwne jakoś nieznajome, gdyż bardzo polskie. Gdy podjechali bliżej w moją stronę, poznałem jednego pasażera: był to Filipowicz. Zawołałem na niego:
- Dokąd tak jedziecie?
Filipowicz odpowiedział:
- Do was!
- No to zaczekajcie chwilę, zaraz tu będę.
Była to godzina trzecia po południu, gdy rozpoczęliśmy rozmowę we trójkę - gdyż drugim podróżnikiem był Piłsudski. Około piątej opuścił nas Filipowicz. Sami we dwójkę rozmawialiśmy z Piłsudskim do dwunastej w nocy. Wiedzieliśmy, że się nie przekonamy - ale ileż mieliśmy wspólnych trosk i uczuć! Powiedziałem Piłsudskiemu: „Oczerniać Was tu nie będę, ale będę Wam przeszkadzał…””

Czy nie piękne to zdanie podkreślone? Pewne pokolenia miały wspólne troski, uczucia, bo czytały te same książki, przeżywały to samo, były pewne lektury generacyjne, oddychało się taką samą atmosferą. Na przykład, budowniczowie II Rzeczpospolitej wychowywali się na Sienkiewiczu, Żeromskim, pokolenie Powstania Warszawskiego podobno bardzo lubiło Josepha Conrada, czerpało z jego książek inspirację. Jego Smugę Cienia wysłuchałem z audiobooka w drodze na rodzinne ferie zimowe z dużą przyjemnością.

A jak jest teraz?

sobota, 5 marca 2011

Dzięki bohaterom

Dziś w Empiku natknąłem się na ciekawy numer pisma „Cywilizacja” poświęcony bohaterom i bohaterstwu. No, ciekawe, coś w sam raz dla naszych harcerzy, i dla Stasia ma się rozumieć – pomyślałem i zakupiłem rzeczony periodyk. We wstępie interesujący cytat z „Władcy Pierścieni” Tolkiena:

„Mówi Sam: „Dawniej myślałem, że dzielni bohaterowie legend specjalnie przygód szukali, że ich pragnęli, bo są ciekawe, a zwykłe życie bywa trochę nudne, że uprawiali je, że tak powiem, dla rozrywki. Ale w tych legendach, które mają głębszy sens i pozostają w pamięci, prawda wygląda inaczej. Bohaterów zwykle los mimo ich woli wciąga w przygodę […]. Pewnie każdy z nich, podobnie jak my, miał po drodze mnóstwo okazji, żeby zawrócić, lecz nie zrobił tego. Gdyby któryś zawrócił w pół drogi, no to byśmy nic o tym nie wiedzieli, pamięć by o nim zaginęła. Wiadomo tylko o tych, którzy wytrwali do końca, choć nie zawsze ten koniec był szczęśliwy….”.

J. R. R. Tolkien, Władca pierścieni, t. 2: Dwie wieże, przeł. M. Skibniewska, Warszawa 2004, s. 397.

Dlaczego zwyczajny facet zdradza żonę na wyjeździe integracyjnym z pracy?

„Okazywał bardzo dobry humor, mówił dużo, śmiał się bez powodu i siostrzeńca uderzył pięścią w pachwinę, wykrzykując: - Halo, stary! – A raz po raz miewał owo szczególne spojrzenie, biegnące to w jednym, to znów nagle w przeciwnym kierunku. Ale oczy jego zwracały się także w kierunku bardziej określonym, zarówno przy stole, jak na obowiązkowych spacerach i wieczornych zebraniach towarzyskich.

Konsul początkowo nie zwracał szczególnej uwagi na niejaką panią Redisch, żonę polskiego przemysłowca, siedzącą przy stole chwilowo nieobecnej pani Salomon i żarłocznego ucznia w okrągłych okularach: bo też była to tylko jedna z wielu werandujących dam, krępa i pełna brunetka, nie pierwszej młodości, zaczynająca już siwieć, ale z wdzięcznym podwójnym podbródkiem i żywymi piwnymi oczami. Nie było mowy, aby pod względem kultury mogła się tam w równinie mierzyć z panią konsulową Tienappel. Jednakże w sobotni wieczór, po kolacji, w hallu konsul dzięki dekoltowanej sukni z pajetkami jaką miała na sobie, zrobił odkrycie, że pani Redisch posiada matowobiałe, mocno ściśnięte, prawdziwe kobiece piersi, których przedział widać było dość głęboko, i odkrycie to wstrząsnęło do głębi duszy i zachwyciło dojrzałego i dystyngowanego mężczyznę, jak gdyby to było coś nowego, nieoczekiwanego i niesłychanego. Starał się poznać i poznał panią Redisch, rozmawiał z nią długo, najpierw stojąc, potem siedząc, i poszedł spać podśpiewując. Następnego dnia pani Redisch nie miała już na sobie czarnej sukni z pajetkami i była zapięta pod szyję, ale konsul wiedział, co wiedział i został swemu wrażeniu wierny. Usiłował ja spotkać na obowiązkowych spacerach i rozmawiał z nią, idąc obok niej, zwrócony ku niej i nachylony w jakiś szczególny sposób, nalegająco i uwodzicielsko; przepijał do niej przy stole, co ona przyjmowała, odsłaniają w uśmiechu złote korony, które błyszczały na kilku jej zębach; a w rozmowie z siostrzeńcem nazwał ją wprost „boską kobietą”, po czym znów zaczął podśpiewywać. Wszystko to Hans Castorp znosił ze spokojną wyrozumiałością, z wyrazem twarzy mówiącym, że tak być musi. Ale nie mogło to wzmocnić autorytetu starszego kuzyna i nie harmonizowało z misją konsula.”

Tomasz Mann, Czarodziejska góra, 1924

poniedziałek, 28 lutego 2011

Follow-ups

 

Mój faworyt film "Jak zostać królem" otrzymał Oscara jako najlepszy film, a Colin Firth zgarnął statuetkę za najlepszą rolę pierwszoplanową. Bardzo mnie to ucieszyło. A na portalu Frondy informacja, że watykański dziennik „L'Osservatore Romano” przewidywał, że nagrodzenie obrazu „Jak zostać królem” mogłoby pokazać „nową drogę” w dziedzinie filmu i „być powrotem do najlepszych tradycji kina angielskiego”. Publicysta tej gazety nazwał film pięknym: „Pokazuje jak, na bardzo wysokim poziomie, można łączyć wszystkie składniki kina”. Pełna zgoda!

A poniżej druga miła niespodzianka, korespondencja od starego druha, oj kiedy to było? Za zgodą autora korespondencji przytaczam fragment:

„Cześć!

Właśnie przeczytałem na blogu "Jeszcze w zielone gramy...": "Jak pracować nad charakterem ks. Olgierda Nassalskiego, którą wiele lat temu czytali harcerze z mojej drużyny i u kogoś już pozostała" i hmmm... To chyba dobry moment, żeby przypomnieć, że przechowuję Twoją "Josemaria Escriva De Balaguer Szkic biografii Założyciela Opus Dei". Egzemplarz jest z Ekslibrisem "V-ce Przewodniczący pwd Zbigniew Korba" i mam do niego stosunek sentymentalny, więc łatwo się go nie pozbędę :-) Ale oczywiście jak będziesz potrzebował...

Co do "Jak pracować..." to miałem taką książkę. Przepytałem żonę na tę okoliczność i twierdzi, że to był mój egzemplarz (i mnie też się tak wydaje). Ale też jej nie mogę znaleźć w swojej bibliotece, więc niewykluczone, że mój egzemplarz podzielił losy Twojego. Ale będę jej poszukiwał i jak znajdę, to sprawdzę czy była oznakowana. I jeśli tak, dam znać.

Wania”

wtorek, 15 lutego 2011

Piątek wieczorem

Piotrek gramoli się na mnie i szczerzy te swoje cztery zęby. Jest piątek. Godzina 19.40. Wreszcie. Zawsze jak wracam z pracy wita mnie ta uśmiechnięta buźka. Jest najfajniejszy. Wszyscy tacy byli w jego wieku, choć trudno w to uwierzyć, Marysia i Marta bardziej żywiołowe, Mela i Staś trochę bardziej spokojni. On nie ma jeszcze problemów (chyba że wyrzyna mu się akurat ząb), nie odreagowuje szkoły, nie psoci. Wszystkie nasze dzieci też są przeurocze, ale jednak inaczej, kiedy są już starsze.

Leżę na chłodnej podłodze. Miłe ukojenie dla kręgosłupa, który pamięta wszystkie pracowite dni tygodnia. Marysia gra „Moon River”, potem motyw z „Amelii”. Marta idzie w jej ślady, dosiada pianina i brzdęka niemiłosiernie. Ułamki sekundy i już jest przy niej Piotr. Nie wierzę oczom, ale nabrał przyspieszenia w ciągu kilku dni. Błyskawicznie podczołguje się, jest już pod krzesełkiem i łapie Martę za nogi. Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem jego sprawności. Wywiązuje się zwyczajowa awanturka, jedna z bardzo wielu, które jeszcze się wydarzą podczas tego weekendu. Przychodzi Stasiek, w pomiętym dresie, właśnie wrócił z piłkarskiego treningu. Jest zmęczony. To dobrze, choć może nie, przecież zaraz będzie się drażnił z młodszymi siostrami. Nie mylę się. Dlaczego one mają takie wysokie głosy? Czy ja umiałbym tak piszczeć? Doświadczenie podpowiada mi jednak, że nic nie wskóram przekrzykując je, a jeśli przetrwam najbliższą godzinę, to potem przecież będą już spały, a wtedy nastanie błoga cisza. Proszę Marysię: „Mary, zagraj jeszcze Casablankę” i komenderuję: „Dzieeeeeeeeeewczyyyyyyyyyyyyyny do mycia”. Mary gra - dostała od nas Na Gwiazdkę nuty ze słynnymi kawałkami filmowymi - wprawia mnie to w bardzo optymistyczny nastrój. Gdy dziewczyny się myją, czas na kaszkę. Karmię najmłodszego. Ewa robi kolację. Chłopczyk je sprawnie, w końcu nie bez kozery ma taką wagę, jaką ma. Ostatnią łyżeczkę wypluwa, nauczył się nowej sztuczki językiem nicpoń jeden. Ja też się cieszę, wycierając resztki kaszki z okularów.

Po kolacji oglądamy Billa Cosby, najbardziej śmiejemy się ja i Ewa. „Ale tato, z czego się tak śmiejecie?” Musimy więc nieraz tłumaczyć cierpliwie z czego. Jednak i tak jest fajnie. Potem usypiam Piotrka, Ewa Martę i Melę, ta pierwsza każe sobie czytać stosy książeczek. Wreszcie siadamy na chwilę na dole, mamy pokusę odpalić laptopy. To nałóg antyrodzinny. Opieramy się mu. Uprzywilejowani najstarsi Staś i Marysia jeszcze coś usiłują czytać z nami, kręcą się. Rozmawiamy. Chwilę. Pijemy herbatę. Na odchodne Marysia rzuca jak co dzień od kilku lat chyba „Tylko nie idźcie jeszcze spać”. Nie idziemy. Jeszcze nie. W planie mamy obejrzenie filmu. Ewa i ja. Nie ma co. Z niedospania boli mnie głowa. Może jutro. I tak jesteśmy szczęśliwi. Jutro przecież sobota.

poniedziałek, 14 lutego 2011

2 tysiące

Skauci Europy w Polsce przekroczyli magiczny próg dwóch tysięcy. Nabieramy rozpędu by zatrzymać się na 6 tysiącach. Dla wszystkich udających się na ferie cytat na dzis: „W kontakcie z przyrodą wnętrze człowieka staje się przejrzystsze, podatniejsze na głębszą refleksję i działanie łaski, która czeka na skupienie młodego człowieka, by rzeczywiście zadziałać.” JP II Audiencja z 25.07.1979.

niedziela, 13 lutego 2011

Nowy Rok nowy skok 3

We wpisie Nowy Rok nowy skok 2 z przekąsem zwróciłem uwagę na to, że obecnie znakomita większość książek o pracy nad sobą wydawana jest wyłącznie w kontekście umiejętności biznesowych. Podczas gdy brakuje książek po prostu o pracy nad sobą, nad charakterem dla młodzieży, ale i dorosłych, po to aby lepiej spełnić swoje życie, aby przeżyć je pełniej, szczęśliwiej, skuteczniej. Każdy ma jakąś ilość ewangelicznych talentów, 2, 5 a może 10. Każdy swoją liczbę powinien podwoić. Tylko tyle i aż tyle. Żeby podwoić to normalnie to trzeba się nieźle napocić. A jak to zrobić, jeśli nie pracuje się nad sobą. Przejrzałem więc swój księgozbiór, znalazłem kilka starych książek (dobrych przedwojennych). Niestety w wypożyczeniu pozostało jeszcze kilka (np. Jak pracować nad charakterem ks. Olgierda Nassalskiego, którą wiele lat temu czytali harcerze z mojej drużyny i u kogoś już pozostała). Oto kilka cytatów na temat celowości działań i celu w życiu zaczerpniętych z old school:
„Już Diogenes zrozumiał w starożytności decydujące znaczenie celu dla życia. Pewnego razu zaczął przekonywać słuchaczy, że znalazł skuteczną receptę na prawdziwą mądrość. Gdy go spytano, co to za recepta, odpowiedział: ”Zawsze spoglądaj na cel!”
Podobnie Marek Aureliusz żąda od mędrca, by dokładnie zdawał sobie sprawę z celu swojego życia: „Trzeba, żeby po twoim postępowaniu można było poznać, że nie trzepoczesz się bezmyślnie w życiu, lecz masz przed oczyma cel, ku któremu zwracasz wszystkie swoje myśli”.
A nowoczesny pedagog Fryderyk Foerster, pisze: „Kształcić charakter znaczy właściwie: wydobyć człowieka ze stanu bezkierunkowości i bezcelowości, a wszczepić weń silne poczucie swego przeznaczenia i w ten sposób uchronić go od przemocy zmiennych wciąż impulsów naturalnych.”

poniedziałek, 7 lutego 2011

Biała sukienka

Ostatnie dni mają zdecydowanie zbyt mało godzin. Zamieszczam więc recenzję, która ukazała się w pierwszej Przestrzeni w 2005 r.

 


Biała sukienka w reżyserii Michała Kwiecińskiego to film, który zrobił na mnie niezwykłe wrażenie. Jest jednym z nielicznych lekkich, sympatycznych obrazów zawierających jednocześnie poważną treść, pozostających w pamięci i dających do myślenia. Powstał w 2002 r. w ramach realizowanego przez Telewizję Polską cyklu „Święta polskie”. Emitowała go telewizja publiczna, a teraz jest dostępny na płytach DVD.

Biała sukienka to historia podróży warszawskiego „naganiacza” i zabranego przez niego autostopowicza ze stolicy na Białostocczyznę. W tym samym czasie śledzimy też przygotowania do procesji Bożego Ciała pewnej wiejskiej społeczności.
Dlaczego warto go obejrzeć, zwłaszcza w grupie przyjaciół, wędrowników, przewodniczek lub szefów? Bo świetnie nadaje się do urządzenia potem małej dyskusji, co może być dobrym patentem na spotkanie w deszczowy wieczór. A ponadto film ten trzeba zobaczyć z dziesięciu innych, np. takich powodów:
1. jest polski i jest dobry, co nie zdarza się zbyt często;
2. ma świetne, śmieszne, ale i dosadne dialogi, postaci nie są papierowe, wymyślone przy zielonym stoliku, ale autentyczne psychologicznie;
3. to piękny fresk o obchodzeniu Bożego Ciała na ludowo, naprawdę mamy piękne tradycje, którymi można się zachwycić, a „wiejskie klimaty” i doskonale pokazane swary sąsiedzkie, to obraz wypisz wymaluj z naszej polskiej rzeczywistości, który dobrze znamy nie tylko z prowincji;
4. główni bohaterowie są młodymi ludźmi dopiero zaczynającymi dorosłe życie, mówią żywym językiem, przez co film jest łatwiej przyswajalny;
5. w trakcie filmu następuje super zaskakujący zwrot akcji, jednocześnie dość wzruszający, którego niestety nie mogę zdradzić, by nie odebrać przyjemności oglądania filmu;
6. na przykładzie zachowania i wypowiedzi filmowego Damiana film zmusza do zastanowienia nad tym: (a) jak nawiązywać kontakt z ludźmi, (b) jak mówić im o Bogu, (c) jak powinno nam na nich zależeć, (d) jak walczyć o naszych kolegów, przyjaciół czy po prostu bliźnich; przy tym nie ma tu tanich chwytów, szybkich puent, jak w telenoweli, gdzie przeobrażenie człowieka musi dokonać się jeszcze w tym samym odcinku, w życiu jest inaczej – każda przemiana, nawrócenie wymaga czasu, cierpliwości, wadzenia się z samym sobą, ważne decyzje dojrzewają nieraz latami i dlatego postawa filmowego Maćka jest tak bardzo autentyczna;
7. film nie zawiera też lukrowanego happy endu, a mógł tak się kończyć, widać jednak, że byłaby to kiszka, tani chwyt; kończy się natomiast niesamowicie, pewnym niedopowiedzeniem, w taki sposób, że wiemy, iż jest ciąg dalszy, że walka trwa; niestety to, co piszę, może brzmieć dość enigmatycznie, ale naprawdę nie mogę zdradzić wspomnianego zwrotu akcji, aby nie odbierać radości oglądania;
8. bardzo dobrze grają młodzi i mało jeszcze znani aktorzy, w szczególności Sambor Czarnota i Paweł Małaszyński;
9. akcji towarzyszy muzyka zespołu T.Love, co w połączeniu z pięknymi zdjęciami polskiej wsi i podbiałostockiego krajobrazu daje jedyny w swoim rodzaju efekt;
10. jako niskobudżetowa produkcja świadczy o tym, że ważny jest przede wszystkim pomysł, treść, scenariusz, przesłanie, a nie środki techniczne, znane nazwiska i wszystko inne, czego mogą użyć producenci, aby sprzedawać nam jako kolejne hity i megahity, w gruncie rzeczy dość przewidywalne i płaskie filmy.

Nieczęsto oglądam jakiś film ponownie. Ten oglądałem już kilka razy. Serdecznie zachęcam do jego obejrzenia, nikt z dotychczas zachęconych jeszcze nie pożałował.

niedziela, 30 stycznia 2011

Jak zostać królem



Po prostu bardzo ładny film. Wciągający, miejscami przejmujący, zabawny, pouczający i z przesłaniem. Obejrzenie go było wielką przyjemnością, wychodziliśmy z kina, mam wrażenie wraz z całą publicznością wielkiej sali Cinema City Sadyba, urzeczeni i trochę jakby zaskoczeni. Jak to możliwe, żeby zrobić tak znakomity film o przezwyciężaniu wady wymowy (jąkania) głównego bohatera, księcia a potem króla Anglii Jerzego VI. Wszystko inne w filmie jest bowiem właściwie tłem i dodatkiem.
W tytułowej roli znakomity Colin Firth (mam nadzieję, że Oscara ma już w kieszeni), asystuje mu grając koncertowo wręcz Geoffrey Rush wcielający się w rolę niekonwencjonalnego logopedy Lionela Longue’a. Spotkania tych dwóch postaci - które iskrzą błyskotliwymi, dowcipnymi i bardzo inteligentnymi dialogami, miejscami są starciem, a z czasem przeradzają się w głęboką wzajemną życzliwość – są główną osią filmu.

Książę borykający się od dzieciństwa z wadą wymowy, robi wiele by ją przezwyciężyć, jednak bezskutecznie. Wreszcie spotyka Longue’a, bezpośredniego, energetycznego, narzucającego swoje reguły nieco sztywnemu i wycofanemu pacjentowi. Gdy starszy brat abdykuje, przyszły Jerzy VI podejmuje odpowiedzialność, choć od zawsze był przekonany, że nigdy nie będzie to konieczne. Jego walka z własną słabością porusza, poczucie odpowiedzialności krzepi, cierpliwa, wyrozumiała i wspierająca miłość żony ujmuje.

Film ma niesamowity klimat przedwojennej Anglii, parzenia herbaty, dobrych manier, konwenansów, angielskiej powściągliwości i imperialnej przeszłości. Oglądamy wiele wysmakowanych scen, dialogów, sytuacji. Jednocześnie dzieło to jest bardzo kameralne. Najbardziej pamiętamy zgrzebny gabinet Lionela i sceny terapii. Dużo świetnych kwestii np. „nie mam recepcjonistki aby nie komplikować sobie bardziej spraw”.

Film pokazuje jak wielką rolę w życiu niektórych może odegrać kompetentny przyjaciel (to wersja dla wszystkich), coach (to dla czytelników z grona biznesowego) czy opiekun/starszy brat (to do przemyślenia dla wszystkich szefów i harcerzy, zwłaszcza tych będących opiekunami: bierzcie inspirację z Lionela). Jak bardzo niektórzy ludzie takiego wsparcia potrzebują, by ujawnić swoje wszystkie, czasami ogromne, możliwości. Wielu oglądających może zatęsknić za tak kochającą żoną (jak grana przez Helenę Bonham Carter żona Jerzego) lub po prostu uśmiechnąć się do Opatrzności, że ma podobną osobę przy boku. Oglądając ten obraz można wierzyć w magię i potęgę kina, prymat myśli, scenariusza i wybitnej gry aktorskiej nad komputerowymi efektami specjalnymi (choć nie mam nic przeciwko nim). Podsumowując: urzekające kino, idźcie i zobaczcie na dużym ekranie murowanego kandydata do wielu Oscarów.

Moja ocena: film ze wszech miar wart obejrzenia, dla wszystkich. Przy oglądaniu z dziećmi uwaga: król podczas terapii któregoś razu przeklina na czym świat stoi (co swoją drogą jest przezabawną sceną filmu). Dla mnie jest jeszcze jeden zgrzyt, gdy podczas próby koronacji Longue wykrzykuje, aby „król nie przejmował się tymi bzdurami” (tak chyba w polskim tłumaczeniu a po angielsku nawet „rubbish”), gdy król właśnie powtarza fragment przysięgi o „staniu na straży wiary”. Szkoda, że ktoś rzutem na taśmę musiał prztyczek zrobić. Jak bardzo to piękna misja królewska. Wszystko poza tym jest jednak tak dobre, że uff.