Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Styl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Styl. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 sierpnia 2023

Kultura Poświęcona

W ostatnią sobotę podczas FSE Fest czyli ogólnopolskiego spotkania szefów Skautów Europy wystąpienie miało trzech przedstawicieli Klubu Jagiellońskiego: Bartosz Brzyski, Konstanty Pilawa i Piotr Kaszczyszyn. Nazwijmy ich, mam nadzieję, że się nie obrażą, Trzema Muszkieterami. Dlaczego tak? Dlatego, że podejmują się najtrudniejszych zadań intelektualnych, biorąc na publicystyczny warsztat najbardziej odjechane zjawiska współczesnej kultury, starając się za każdym razem dźgać wyszukanymi argumentami jak szpadą. Otóż Trzej Muszkieterowie prowadzą podcast m.in. na Spotify pt. Kultura Poświęcona, poważną rozmowę w lekkiej formie na naprawdę ciekawe tematy. Tytuł może być, choć nie jestem tego wcale pewien, nawiązaniem do słynnego pisma „poświęconego” pt. Fronda. Mam na myśli tzw. pierwszą Frondę, która ponad dwadzieścia pięć lat temu narobiła sporego zamieszania na rynku idei, skupiając młodych (wtedy), inteligentnych i zadziornych publicystów, będąc prawdziwym rozsadnikiem kontrrewolucyjnych treści na najwyższym poziomie. W każdym razie: 140 odcinków przez ostatnie dwa lata to duża praca i chwała Muszkieterom za to! Panowie ambitnie podejmują próbę oceny różnych zjawisk i wydarzeń w kulturze, w życiu społecznym, w otaczającym nas świecie z perspektywy chrześcijańskiej czy też konserwatywnej a może po prostu zdroworozsądkowej. Podoba mi się bardzo ta inicjatywa, szczególnie że jest realizowana przez młodych ludzi. Jest to świeże, jest to zaczepne, niebanalne. Panowie używają młodzieżowego języka a jednocześnie (zazwyczaj) jest to kulturalne (pamiętajmy Klub wywodzi się z Krakowa😉).


Wystąpienie na FSE Fest było ciekawe, świeże, inspirujące. Było wiele odniesień do kultury, do Władcy Pierścieni, młodości i życia. Dlaczego tym razem to Piotr Kaszczyszyn skradł show, rozbił bank czy mówiąc prościej najbardziej wbił mi się w pamięć? Otóż zaproponował kierowane się w życiu zasadą czterech „nie”. Dlaczego? Dlatego aby właśnie lepiej żyć, rozumiejąc i smakując bardziej życie a nie rozmieniać się na drobne, konsumując je jak fast-food.

Pierwsze „nie” to „nie gromadź”! Nie oddam tu na pewno w pełni myśli autora. Raczej kilka haseł, które odtwarzam z pamięci i właściwie trochę interpretuję. Gromadzenie rzeczy w sumie nadmiarowych, niekoniecznych powoduje naszą ospałość duchową. Przywiązanie do rzeczy materialnych przypomina nam nieodmiennie bogatego młodzieńca z Ewangelii, który jak pamiętamy „odszedł zasmucony bo miał wiele posiadłości”. Co to oznacza? Prawdopodobnie był tymi posiadłościami bardzo, za bardzo zaprzątnięty. Jego myśli i pragnienia krążyły wokół spraw związanych z nimi, to wypełniało, wiązało jego głowę, zabierało czas i energię. Oczywiście nie jesteśmy pustelnikami, trzeba zarabiać na życie a i wiele fajnych gadżetów można mieć za pieniądze, ale coś w tym jest. Nie zabierajmy za dużo balastu na drogę, jeśli chcemy dojść do celu.

Po drugie – „nie słuchaj”! Jesteśmy wszyscy przebodźcowani, im młodsi, tym bardziej. Jak śpiewał Muniek Staszczyk: „Może wszystkiego jest za dużo wokół ciebie i mnie”. Wszystkie możliwe opcje życiowe, kierunki na wakacje, wszystko możesz mieć, wszystko robić, być każdym. Dwadzieścia komunikatorów na minutę, trzydzieści otworzonych aplikacji i nos w telefonie. To jest paradoks bo w efekcie mamy ludzi rozedrganych, którzy w nic na serio się nie angażują, nie są w stanie skupić uwagi. Nie angażują w rozmowę, bo cały czas skrolują, nie angażują w relacje, bo to trudniejsze niż fikcja w virtualu. A zatem: selektywność, mniej znaczy bardziej.

Po trzecie – „nie mów”! Nie wszystko musisz skomentować, na każdy temat mieć zdanie, do wszystkiego się odnieść, wszystkim zajmować. Nie musisz wdawać się w każda pyskówkę w mediach społecznościowych.

Po czwarte – „bądź nie na czasie”. 

piątek, 30 grudnia 2016

O polskiej cnocie gościnności


Ewa Polak-Pałkiewicz - Polska cnota gościnności (fragmenty za Plus Minus z 22.12.2016.)

"Francuski historyk Jean de Goyard odnosi się do tak charakterystycznej dla przedstawicieli jego narodu umiejętności prowadzenia przy stole lekkiej, finezyjnej rozmowy: „Na przestrzeni tysiąca lat Kościół stopniowo zwalczał egoizm w stosunkach towarzyskich: ludzie nie interesowali się już tylko sobą i nie mówili już tylko o sobie, lecz o tym, co dotyczyło innych. Nabrali w ten sposób zmysłu lekkości i niepospolitości. Rozmowa stała się tradycją chrześcijańską, której uczono w domu rodzinnym, niektóre rody były szczególnie znane z umiejętności prowadzenia wykwintnej rozmowy czy żywości umysłu, tak jak inni ze swej brzydoty czy umiejętności dosiadania konia... Niestety, Rewolucja Francuska zniszczyła sztukę konwersacji: przez Rewolucję społeczeństwo poniosło olbrzymią stratę, może nawet niepowetowaną... Francja straciła umiejętność prowadzenia rozmowy" (hr. Roeder).

Po okresie terroru zginęła w Paryżu, jak stwierdzają kronikarze, ta „słodycz i ogłada", która czyniła to miasto „czarującym i powabnym przez tak długi czas", zaznacza Goyard. Teraz ludzie zaczęli mówić zbyt głośno i nie słuchali się nawzajem.

Dawne polskie domy, w których przyjmowano gości, ze szczególnym pietyzmem celebrowały właśnie sztukę rozmowy. Rozmowa była ważniejsza niż menu, ważniejsza niż wystawność stołu, wspaniałość sreber i blask kandelabrów, niż tańce, polowania, kuligi i popisy wokalne towarzyszące wizycie. Ona była prawdziwie chrześcijańską esencją polskiej gościnności.
(…)
Milczenie podczas spożywanego wspólnie posiłku i wpatrywanie się w talerz było zawsze uważane za symptom nieokrzesania.
(…)
Porządne ubranie to wyraz szacunku wobec bliźnich. W dawnej Polsce strój był sprawą poważną, nie dlatego, że byliśmy tacy porządniccy i ułożeni. Różnie bywało, rozumieliśmy jednak rangę wspólnoty. Wspólnota zobowiązywała, współżycie w ramach społeczeństwa nie było czymś bez znaczenia. Warszawiacy przed wojną, wybierając się do Śródmieścia z odleglejszych dzielnic, zakładali eleganckie ubrania. Zobowiązywały środki lokomocji publicznej, uczelnie, biura, teatry, kawiarnie, stylowe latarnie, zadbane parki, ukwiecone trawniki, piękne aleje.”

środa, 3 sierpnia 2016

Raj, nie wakacje


Wiecie o jakich wakacjach marzę? Chyba nie zgadniecie. Od razu mówię, że nie będzie to wyjazd na żadną wyspę aby prażyć się w słońcu i nic nie robić, przepychać się pomiędzy skąpo odzianymi ciałami do posiłków w jakimś wielkim hotelu dla Polaków i Rosjan na Krecie czy Wyspach Kanaryjskich. Nic z tych rzeczy.

Czytam z doskoku rożne pamiętniki kresowe i myślę sobie, że kilka tygodni w jakimś szlacheckim dworku to byłoby to. W miłym gronie domowników i gości, wśród których na pewno byłby jakiś ekscentryczny wuj, który odwiedził dalekie kraje i czasami snuje wieczorami wciągające opowieści, co do których prawdziwości można by stawiać znaki zapytania, pykając przy tym fajkę nabitą orientalnym tytoniem. Dworek położony jest pośród pól, słychać uporczywe cykanie świerszczy i intensywny śpiew ptaków. W niedalekiej odległości od lasu, prawdziwego starego boru, malowniczego, pełnego grzybów i jagód, w którym czymś naturalnym jest spotkanie z jeleniem, sarną lub innym zwierzem. Że pachnie to wszystko „Panem Tadeuszem”? Dokładnie tak, o taki sielankowy klimat by chodziło. Jeszcze gniazdo bocianów na kominie starego budynku gospodarskiego, a wieczorem rechot żab dochodzący z leżącego za dworkiem stawu czy jeziora. Jeśli stawu to na tyle dużego, że jest tam pomost, można się kąpać, nawet skakać na główkę. Na wodzie rosną oczywiście lilie wodne, takie jak w „Nocach i dniach”, które podrywacz w białym garniturze masowo zrywa brodząc w wodzie po szyję, a przy pomoście cumuje łódź z dwoma wiosłami. Tak, tak, romantyczna przejażdżka przy zachodzie słońca, o to by też chodziło. Jednocześnie nieco na prawo od pomostu zejście do wody wśród trzcin, a tam do konara wielkiego drzewa przymocowana jest lina, doskonała do skoków. Cała dzieciarnia uwielbia to miejsce.

Jeśli o dzieciarnię dalej idzie, to moc atrakcji wynikających z obcowania z naturą i ludźmi wraz z ich zawodowymi zajęciami, zapewnia pełen spokój rodzicom. Gdy dzieci wchłaniają atrakcje, rodzice oddają się zachłannej lekturze uwieszeni w hamakach, rozłożeni w leżakach, rozparci w wiklinowych fotelach na tarasie sącząc świeżą lemoniadę. Nie ma much, mrówek i innego paskudztwa. Dzieci nie są znudzone, nie tęsknią do ekranów, klawiatur i wirtualnego świata, wciągnął je wir świata rzeczywistego.


Jazda konna. Myślę, że byłaby to ciekawa opcja. Dla chętnych. Dla wszystkich natomiast rowery i wycieczki w okolicę, obfitującą w intrygujące miejsca. Może to być stary młyn, ruiny zamku, gdzie straszy, leśniczówka, w której tworzył znany poeta, kamieniołom, bunkier, stara kopalnia soli albo urwisty wysoki brzeg rzeki, po której pływają statki, pasażerskie i barki przewożące towary, ale zdarzają się też zapaleńcy płynący tratwą aż do Bałtyku. Pokrzykiwania z brzegu, a potem rozmowa z zapaleńcami i wizyta na tratwie jest najważniejszą opowieścią dnia, rozbrzmiewającą podczas kolacji na tarasie (pamiętajmy: cały czas cykają świerszcze, kumkają żaby w oddali, nie ma oczywiście komarów). A kolacja jest wyborna, może to być kaczka z własnego chowu albo ustrzelona na polowaniu, może być coś innego, ważne że dobrze przyrządzona i dużo warzyw i owoców. Prawdziwych, pachnących, teraz zwanych ekologicznymi, a kiedyś po prostu warzyw i owoców.

Każdy dzień, mimo że zapowiada się zwyczajnie i spokojnie, niesie ze sobą przygody, zaskakujące spotkania, dziwne historie. Dzieci chłoną to wszystko jak jakiś zaczarowany świat. Wieczorem zasypiają niemalże w chwili kładzenia się do łóżka. Śnią intensywnie.

Nie, to nie jest „Nad Niemnem”, jesteśmy cały czas w 2016 roku, więc wieczorem niektórzy chcą obejrzeć wiadomości w telewizji. Dzieją się rzeczy dobre ale też niestety wiele informacji ze świata może powodować przygnębienie. Normalnie można by obejrzeć jeszcze jakiś film, ale szczerze to nikt nie ma na to ochoty. Biesiadnicy wolą rozmawiać, skrzy się dowcip, śpiewamy, można powiedzieć oddajemy się też grom towarzyskim. Nigdy byśmy nie przypuszczali, że tak dobrze wszyscy przy nich będziemy się bawić.

Aha, pogoda. To ważne. Jest słonecznie i ciepło, deszcz zdarza się ale tylko taki, którego wszyscy wyczekują i jest przyjemnie się nim schłodzić po wielkich upałach. Burza od czasu do czasu przysparza dodatkowych emocji, takich jak podczas powrotu z Brzegów albo czekania na papieża Franciszka przed ostatnim przejazdem na spotkanie z wolontariuszami w Tauron Arenie. Można przemoknąć do suchej nitki w ciągu trzydziestu sekund i jeszcze drzeć się na całe gardło na widok przejeżdżającego czarnego golfa.

Podsumowując, w dworku jest szczęście, sielanka i błogostan. Polska przyroda koi zmysły zmęczone, nerwy postrzępione, myśli strapione.

Że zapytam po przydługim wstępie w końcu: ktoś, coś?

niedziela, 11 stycznia 2015

WOW - oh, wow!


Jak stali, cierpliwi i wyrozumiali czytelnicy tego bloga dobrze wiedzą, stara się on być źródłem treści raczej dobrej i budującej, a nie przelewaniem rozgoryczenia lub piętnowania tego, o czym nie można powiedzieć, że jest dobre. Tym bardziej miło po tygodniu bombardowania nas zewsząd odrażającymi okładkami francuskiego pisma podzielić się refleksją z dnia wczorajszego.

WOW czyli Wieczerza Opłatkowa Warszawy skupiająca wszystkich szefów sześciu już stołecznych hufców i przyjaciół, w tym wiele osób z innych miast studiujących w Warszawie. Jak było? Można powiedzieć – wow! Świetna skautowa atmosfera, proste metody, zaskakujące efekty. Choć to już wieloletnia tradycja w Warszawie, a nawet miejsce to samo, były elementy zaskoczenia.

Wszyscy zebrani, nie pomijając rodzin z dziećmi, zostali losowo podzieleni na sześć grup, które w ciągu dwudziestu minut miały przygotować wybrane scenki składające się na scenariusz pt. Rodowód Jezusa. Wyszło znakomicie! Wszyscy byli zaangażowani. Dla mnie najlepszy był występ o Królu Salomonie, urozmaicony technicznie, śmieszny i pouczający, nie licząc oczywiście początku z dziadkiem okrytym kocem, ale to było poza konkurencją, bo przygotowali organizatorzy.

I powiem Wam, że tak trzeba. Cykliczne wydarzenie powinno mieć za każdym razem jakiś nowy element, albo inaczej zrobiony, albo podany, jakąś poprawkę, podwyższenie poziomu o oczko wyżej, by żadne wydarzenie nie było nudne i przewidywalne, by zawsze nieobecność była stratą. I mam na myśli nie tylko harcerskie wydarzenia, ale i w pracy zawodowej czy w życiu rodzinnym. Nie ma nic nudniejszego i bardziej przygnębiającego niż imieniny u cioci zawsze z tymi samymi gośćmi, potrawami i żartami przy stole. Albo święta, nie dość, że te same potrawy na Wigilii, identyczna sztuczna choinka od lat, życzenia zdrowia, to i prezenty identyczne: od wujka Mietka szare skarpetki, od cioci czekolada, itd. Minimum to skarpetki chociaż w innym kolorze a czekolada chociaż z innym nadzieniem. A w małżeństwie? Rutyna, powtarzalność, brak zaskoczenia zabije najlepszy związek. Facet czy kobieta, którzy nie potrafią albo nie chcą zaskakiwać swojego współmałżonka to niebezpieczeństwo! To samo w drużynie, kolejny obóz z taką samą fabułą, albo po roku przerwy znowu to co dwa lata temu to oznaka lenistwa i braku wyobraźni. Tematów nie starczy na życie, a co mówić o krótkim okresie trzech lat. I nie chodzi o to, aby ciągle eksperymentować i wszystko zmieniać. O nie!

 
Przeciwnie, rytuał, uświęcone tradycją elementy, pewien stały kanon, nawet na takim spotkaniu jak WOW to rzecz nie do przecenienia. Więcej, „reformator” robiący wszystko po nowemu to tylko oznaka pychy, braku szacunku do poprzedników, bo „ja wiem lepiej”. To samo ze Świętami, to że spodziewamy się znowu miłego spotkania rodzinnego, tych samych potraw jedzonych raz w roku, i że wiadomo, iż śpiewamy kolędy pół godziny a dopiero potem są prezenty, a tam znowu skarpetki od wujka Mietka, jest czymś niesamowicie sympatycznym. Wiedzieli o tym Hobbici, a raczej Tolkien, który ich powołał do życia. Wiemy i my. Najlepiej jednak jak w tym rytuale jest jakiś element zaskoczenia, miły akcent, smaczek, jakaś potrawa inaczej przyrządzona a może zupełnie nowa, inny obrus, skarpetki z fantazyjnym szlaczkiem, itp. Tradycyjnie najlepszy jest złoty środek, odkrył to już Arystoteles, a my twórczo jego myśl rozwijajmy.

A zatem WOW taki był, jaki powinien, nowi hufcowi twórczo kontynuujący tradycję! Nie po najmniejszej linii oporu, robiąc identycznie jak było, ale właśnie, zróbmy coś może aby bardziej ludzi zaktywizować, zaskoczyć. I dobrze wyszło.
Tak trzymać Panie i Panowie!

(fot. z galerii Kasi Szczypek)

niedziela, 15 grudnia 2013

„Wuja słuchał będziesz” albo Wuju, dzierż pewnie swój sztandar


W miarę jak dorastają moje dzieci, jeszcze bardziej jestem przekonany o wielkiej roli w wychowaniu babć, ciotek, znajomych, przyjaciół rodziny i w końcu wujów. Pamiętamy to: „Jak ojca nie ma, wuja słuchał będziesz”? Na myśl przychodzi mi też jakiś wykład o przygotowaniu do założenia rodziny, słuchany wtedy gdy byłem studentem, i postulat, który utkwił mi w pamięci, aby nastolatek, gdy będzie miał dość rodziców, miał gdzie znaleźć azyl: u wujostwa, u dziadków, u babci, która go zrozumie, dokarmi, wysłucha, etc. To prawdy i poglądy wypowiadane przez gości przy rodzinnym stole są dla dzieci zwierciadłem odbijającym mądrości wtłaczane do głów mozolnie przez rodziców, którzy czasem wychodzą z siebie, są zmęczeni, może mają mniej cierpliwości. W dawnych czasach gościa słuchano z zapartym tchem, gościa podróżnika, gościa przybywającego z daleka, który miał dla domowników opowieści o dawno nie widzianych ziomkach, przygody, historie.

I zdradźmy sekret - dziś też to działa. Jakkolwiek wiele rozpraszających elektronicznych gadżetów miałyby dzieci, dobra opowieść może być atrakcyjniejsza. Powtórzmy: dobra. Czyli ciekawa, wciągająca, mająca swój klimat, pełna zwrotów akcji, z wyrazistymi bohaterami, skrząca się dowcipem i przerywana salwami śmiechu słuchających, opowiadana głosem, który nie jest matowy ale wie co to modulacja, intonacja i akcent. Dołóżmy do tego jeszcze mimikę twarzy i ekspresyjną gestykulację. Ale któż tak dziś opowiada historie? Grajmy dalej w otwarte karty - może to być każdy z nas.

Historia podana w odpowiednim miejscu i czasie, przed rozpakowaniem prezentów, gdy za oknem hula wiatr i sypie śnieg, gdy otwieramy kolejną stronę rodzinnego albumu ze zdjęciami, gdy opowiadamy coś w odpowiedzi na pytanie, za którym kryje się nieśmiałość, niepewność lub po prostu dziecięca ciekawość świata.

Ale rola wuja, ciotki, to nie tylko opowiadanie historii, dzielenie się światem, uchylanie tajemnic z młodości mamy i taty, tworzenie mitologii rodzinnej, nieodzownej, koniecznej i ważnej. To również obecność. Po prostu i aż. Gdzieś na orbicie życia rodziny, podczas uroczystości rodzinnych i świąt, wizyt zapowiedzianych lub znienacka, ale i za pośrednictwem kartki z wakacji.

Wuj może też mieć swoją specjalizację, np. u mnie w rodzinie wiadomo, że to mój brat jest ekspertem od wszelkich urządzeń technicznych, nowinek aż do najzwyklejszego rozumienia sposobu działania danego urządzenia. Gdy zatem ktoś chce wiedzieć jak działa telefon, jak podłączyć dvd do telewizora czy wieżę do kolumn, czeka cierpliwie na przyjazd wujka. Wujek też inspiruje do słuchania muzyki, zawsze jak u niego jesteśmy, puszcza nam z tego swojego sprzętu nadzwyczajne koncerty mało znanych muzyków (może inaczej: znanych w gronie znawców, mało znanych dla zwykłych zjadaczy chleba): Bona Masa, Gary Moore, Eagle, jacyś jazzmani czy bluesmani, których nazwisk nie pomnę. Więc słuchamy albo i nie, ale ma to kolosalne znaczenie dla tworzenia pewnego klimatu, dobrej atmosfery, inspirowania i wzmacniania dobrych ambicji. Nasz stryj też wybornie gotuje (wraz ze swoją żoną wprawdzie, ale jednak), co odróżnia go bardzo od ojca.

Moja żona często wspomina swoje ciocie, które bywały powiernicami, rozumiały krnąbrną nastolatkę lepiej niż mama. „I tak ci powiedziała, wiesz co, okropna jest”, „mama cię nie chce puścić, poczekaj zaraz z nią pogadam”, itd., itp. Ja myślę, że bez względu na to czy mamy nastolatki w domu czy młodsze dzieci, warto mieć pewność, że mają one dobrych wujków i ciocie.

Prof. Rafael Alvira, syn kandydatów na ołtarze Thomasa Alviry i jego żony, który kilka lat temu miał wykład w Polsce, wspominał, że dla jego ojca, który był nota bene geologiem i miał „skrzywienie” zawodowe, najważniejsza była… gleba. Zarówno dla roślin, dla ich rozwoju, jak i dla rozwoju ludzi. A dla młodych ludzi tą glebą są w dużej mierze rówieśnicy, przyjaciele i koledzy. Jeśli do grona swoich przyjaciół mogliby zaliczyć swojego wujka czy ciotkę, czyż nie byłoby fantastycznie?

I dlaczego ja o tym wszystkim piszę? Bo idą Święta Bożego Narodzenia, najbardziej rodzinne, szczególnie w Polsce. Nie poprzestawajmy na tym, że jak zawsze jest miło, że jest pasterka, choinka, karp na wigilii, opłatek, prezenty i kilka dni wolnego. To jest również niebywała wręcz okazja, aby być lepszym ojcem, matką, ale i wujkiem czy ciotką. I nie tylko przez to, że powiększamy pulę prezentów dla najmłodszych, ale że możemy uczestniczyć w rodzinnym misterium, w kreowaniu historii rodzinnych, podtrzymywaniu mitów, w tworzeniu przestrzeni radości i akceptacji. Przestrzeni, która dzisiejszych najmłodszych będzie budowała na lata, której wspomnienie może zapaść w pamięć na całe życie. Ludzie różnych epok tacy jak Św. Teresa, czy J.R. Tolkien wspominali, że to co utkwiło im w pamięci na całe życie to były obrazki z wczesnego dzieciństwa spaceru z ojcem za rękę i zwyczajne sceny z codzienności, w których kryła się jednak ciepła, beztroska i szczęśliwa atmosfera domu rodzinnego.

A zatem Drogi Wuju! Czy masz na podorędziu jakieś smaczne historie z dzieciństwa i młodości twojego brata czy siostry, które możesz opowiedzieć ich dzieciom? A może pamiętasz pierwszy dzień, jak dziadek odebrał na talony nowego fiata 126p? I jak się zepsuł w drodze z fabryki? Czy pamiętasz, co robiłeś 13 grudnia, gdy nie było Teleranka i dlaczego rano stałeś w kolejce do sklepu po ocet? Jaka atmosfera towarzyszyła wydarzeniom historycznym, których byłeś świadkiem? Jak przeżywałeś śmierć papieża, jak zachowywali się wtedy ludzie na ulicach? A może masz już tyle lat, że możesz opowiedzieć cokolwiek z karnawału „Solidarności”, a może z wizyt papieskich, jak to o czwartej rano zajmowałeś miejsce w sektorze? Nie skazuj swoich bratanków na naukę historii jedynie z nudnych podręczników. Masz wielką rolę do odegrania.

środa, 20 listopada 2013

Marszałek, wąsy i kremówki




Huczne obchody ostatniego Święta Niepodległości w naszym lokalnym środowisku józefowsko-falenicko-szkolno-harcersko-rodzinno-towarzyskim obfitowały w wiele niezwykłych wydarzeń, była parada niepodległości, piknik niepodległości, koncert chóru, gra niepodległościowa u nas w domu i na starym mieście w Warszawie. Dla mnie te obchody polegały również na śpiewaniu wieczorem pieśni przy kominku na imieninach u przyjaciela. Nastroiło mnie to powiedzmy refleksyjnie. Trudne te nasze dzieje, pełne bohaterstwa, którego inni nawet nie są sobie w stanie wyobrazić, o którym nikt poza nami Polakami nie wie. Przypominam sobie rozmowę z jednym niezwykle skądinąd sympatycznym Amerykaninem w ostatnie wakacje. Inteligentny bankier inwestycyjny, wykształcony, błyskotliwy. Coś tam słyszał o historii Polski, ale nie mógł wprost uwierzyć jak ten XX wiek dla nas wyglądał. O wojnie 1920 r. usłyszał po raz pierwszy ode mnie. Do dziś widzę jak kiwa z niedowierzaniem głową.

Wracając do wieczoru imieninowego, gdy doszliśmy do „O mój rozmarynie” i „Pąków białych róż” poczułem, że nie mam siły tego śpiewać. Nie da rady i już. Jak wspomnę tyle śmierci młodych chłopaków, którzy mieli dziewczyny, narzeczone, marzyli o starzeniu się z nimi na ławce przed domem, o pięknym życiu, o dzieciach, o głaskaniu syna po czuprynie, o opowiadaniu córce interesujących historii o księżniczkach, to po prostu sama żałość. Aktualna seria „Czasu honoru”, z odcinka na odcinek coraz większa beznadzieja sytuacji bohaterów. Młodzi ludzie w Polsce teraz się budzą. No, tak właśnie było. Czas chyba wreszcie po 24 latach od 89 roku o tym się dowiedzieć. Czytam w Internecie, że działaczka partii postkomunistycznej naśmiewa się z żołnierzy wyklętych. W USA, z których przyjechał mój sympatyczny wakacyjny znajomy, wyleciałaby na zbity pysk z życia publicznego. Opowiadał mi przyjaciel, jak to miesiąc temu był w Stanach z pracy, w interesach. Wieczorem kolacja. Jest sobie lokal, kilka tysięcy ludzi, jakiś mini festiwal muzyczny. Nagle konferansjer pyta czy na sali są weterani wojenni, ktoś wstaje, cała sala bije brawo. To są długie, rzęsiste brawa, serdeczne, afirmujące.


No, dobrze, zostawmy to. Tu przecież nie jest Ameryka. Ja chciałem właściwie, o czym innym, a po prawdzie to o tym samym, ale inaczej. Pomijając rozróby i podróby, mam wrażenie, że świętowanie 11 listopada to „kremówkowanie” tamtej rzeczywistości. Mamy sobie wszędzie tego Marszałka w charakterystycznej czapce z daszkiem i ogromnymi wąsami. Siedzi sobie Naczelnik Państwa Polskiego na pasku każdej telewizji, strzyże wąsa i to wszystko jest takie odległe, folklorystyczne. No, i pieśni grają wojskowe, „Legiony to straceńców los” co to wywalczyły nam tę niepodległość. I to jest niebywałe wręcz uproszczenie. Niepodległość nie pojawiła się, ot tak sobie, z nagła spadła nam z nieba, a właściwie przyjechała sobie z Magdeburga koleją. Przygotowywały ją tysiące przez dziesięciolecia, a wśród twórców II Rzeczypospolitej mieliśmy wielu, całą rzeszę wybitnych Polaków.

Byli tacy, którzy działali politycznie, dyplomatycznie. Inni przez lata dbali o oświatę i wykształcenie młodych Polaków. Jeszcze inni służyli swoimi talentami i pozycją w świecie. O nich jednak nie ma piosenek, są tylko o tych, co to tylko z sensem lub bez sensu chwytają za broń i formują zaraz jakąś pierwszą kadrową czy pierwszą brygadę. A jeśli już mówimy o czynie zbrojnym, to pamiętajmy chociaż o błękitnej armii Hallera i o tym, że to ona walczyła po stronie zwycięzców, a nie Legiony.

Dlatego tak podobała mi się akcja Szkoły Strumienie „Wielka Niepodległa”, która w formie happeningu historycznego przypomniała i rozbrajanie Niemców na ulicach Warszawy, i przyjazd Piłsudskiego, i konferencję pokojową w Wersalu, podczas której wywołany znienacka Dmowski logicznym przemówieniem, które sam sobie tłumaczył z angielskiego na francuski (bo tłumacz przeinaczał sens), dawał odpór tym, którzy powrotu Polski na mapę Europy nie mieli w planach. Największym przeciwnikom Polski obecnym na sali opadły wtedy szczęki. Na plakacie był i Paderewski, który z kolei naciskał na swojego przyjaciela prezydenta Wilsona, aby ten jako jeden z 14 warunków zakończenia wojny umieścił utworzenie niepodległego państwa polskiego z dostępem do morza. Mieliście to na historii, czyż nie? Przecież Wilson sam na to by nie wpadł, i jeszcze by wpisać „z dostępem do morza”. A zatem zadajmy sobie trochę trudu, by poszukać i dowiedzieć się czegoś więcej o patronach naszych ulic, by nie zadawalać się kliszami z mediów. Ale nie tylko to było ważne w tych obchodach. W nich była nauka. Uczymy się historii właśnie po to, aby wyciągnąć z niej jakąś naukę. Tak być powinno, ale czy tak jest? Obchody polegające wyłącznie na jakimś biegu niepodległości, jakiejś grochówce, przypadkowych przemowach, śpiewaniu pieśni patriotycznych mogą być jedynie mechanicznym zaliczeniem rocznicy. Zaliczone, odbębnione. To musi być zrobione z sensem, pamiętamy by iść do przodu, nauka historii jest potrzebna do budowania przyszłości. Dlatego miło było widzieć te zdjęcia z zaangażowanymi dziewczynami z podstawówki, gimnazjum i liceum. Nauczycielki przebrane w stroje przedwojenne. Kilku ojców odgrywających postaci historyczne. No, z tego można wycisnąć jakiś morał. Fajnie byłoby w przyszłym roku widzieć uczczenie święta niepodległości w podobny sposób nie przez jedną, ale sto szkół w całej Polsce. Scenariusz jest gotowy.


A’propos jeszcze wybitnych postaci, podoba mi się bardzo inicjatywa z kolei Szkoły „Żagle” pt. Polacy z charakterem. To sylwetki wybitnych Polaków, które chłopcy poznają na lekcjach wychowawczych, ale i w terenie. Oprócz Jana III Sobieskiego, Prymasa Wyszyńskiego, znajdziemy tam też Leopolda Kronenberga, bankiera, założyciela Banku Handlowego, Emila Wedla, założyciela słynnej fabryki czekolady czy Stanisława Kierbedzia, budowniczego mostów. Wedel jadał obiady ze wszystkimi pracownikami swojej fabryki, a jego syn zanim odziedziczył fortunę musiał pracować na wszystkich szczeblach w zakładzie ojca. Niebywałe postacie, tak mało o nich wiemy. Dlaczego niemieccy przemysłowcy tacy jak Wedel polonizowali się w XIX w., gdy podobno Polski nie było?

Są rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

niedziela, 16 czerwca 2013

Dziękuję Wam, harcerze Warszawy!

Za ten wieczór, pełen skupienia i radości, zaskakujący i bezpośredni. Skromne środki, wielka pomysłowość, trafny wybór tematów, wspaniała scenografia, wiele fantastycznych scen, zaangażowanie i powaga aktorów, świetna muzyka budująca nie tylko nastrój, ale będąca dodatkowym aktorem. Chrzest Polski, Jagiełło i Jadwiga, wielcy hetmani i kanclerze oraz Piotr Skarga, radość II Rzeczpospolitej i męczeństwo tysięcy Polaków po jej unicestwieniu. I wreszcie bohaterowie XX wieku patrzący nam w oczy. Każdy dźwigający życie jak zadanie, jak brzemię, odpowiedzialny za to, co zostało mu powierzone (honor, niepodległość, wiara, polskie złoto, drugi człowiek, złotówka).
 
Zwróciłeś uwagę na te twarze? Z każdej biła szlachetność, głębia, cel. Piękne twarze. Na wielu skupienie, jakaś hardość, ostre rysy i oczy. Oczy mówią wiele. Jak wielki kontrast z twarzami pochylonymi nad piwem w plastikowych kubkach, które mijaliśmy po drodze do amfiteatru. Rozrywki banalne, rozpaczliwe, ubogie zamykają na inny wspanialszy świat. Można patrzeć a nie widzieć.
 
Mam nadzieję, że wczoraj patrzyłeś i widziałeś. Już przeczuwasz, czym jest ta Polska, czym była i być powinna. Czy tak?
 
To przedstawienie było takie, jakie być powinno, naturalne, młodzieńcze, świeże. Każdy zrobił sobie strój, trochę się różniły, w każdym było widać inwencję autora, ale i jego charakter. Dopracowane w detalach zbroje z kartonu, ale i bardziej fantazyjne. Świetne pomysły jak tramwaj, świetne sceny z gwarem ulicznym, świetna epopeja husarii, bitwa pod Grunwaldem a wcześniej chrzest Mieszka. A jaka scenografia, namalowana i te zdejmowanie arkuszy papieru (nie wyrzucajcie, co). Gdy zdejmowała caryca Katarzyna, ciarki przechodziły po plecach. Wszystko po prostu ujmujące. Kazik grający scenę powrotu do żony, z prawdziwą żoną. Autentyczne teksty z Galla Anonima, przemowy hetmanów i „Król duch” Słowackiego. Niesamowite.
 
To była prawdziwa kultura, która przybliża prawdę, emanuje pięknem, pociąga do dobra. Przedstawienia czy małe formy ekspresji naszych zastępów, gromad, kręgów, przy ognisku, przygotowywane dwie godziny przed – to może być kultura pierwszej próby. To powinna być kultura wysokich lotów. A takiej możecie nie znaleźć teraz w profesjonalnym teatrze, więc róbmy ją sami. Człowiek potrzebuje obcować z kulturą, rozrywka to za mało, to nie wszystko.
 
Ekspresja to znak rozpoznawczy Skautów Europy. Technika, dobre chęci, trochę odwagi, przewodnie motywy historii Polski i bohaterowie, którzy stawali na wysokości zadania. I już!  
 
Życzę Wam harcerze całej Polski, byście dostarczyli sobie i innym podczas nadchodzących wakacji kultury wysokiej próby. Takiej, jaka zdarzyła się nam wczoraj w amfiteatrze na Bemowie. Choć pamiętajmy, nic nie zdarza się samo, a zatem serdeczne dzięki jeszcze raz dla kierownika i wszystkich zaangażowanych w to przedstawienie!

niedziela, 20 stycznia 2013

Tylko prawda jest ciekawa

Gdy Tadek śpiewa w prologu:


„Prawda, pamięć i sprawiedliwość

Bez siebie nawzajem te wartości muszą zginąć

Dla autora tychże stwierdzeń ważna była polska sprawa

On także powiedział tylko prawda jest ciekawa”

przypomina mi się oczywiście Mackiewicz, ale również odpowiedź, której Jan Paweł II udzielił w książce „Przekroczyć próg nadziei” na pytanie Vittorio Messoriego, jakie zdanie z Pisma Św. ocaliłby, gdyby miał możliwość ocalić tylko jedno. Otóż, papież ku zaskoczeniu słynnego dziennikarza odpowiedział: „Prawda was wyzwoli”.

Jak śpiewa Tadek prawda bywa niewygodna.

„Ta płyta to nie będzie pusta muzyka modna

To co na niej znajdziesz to prawda niewygodna”

Prawda bywa skrywana, fałszowana, przykrywana sztuczkami PR-owymi. Prawda wymaga wysiłku dochodzenia do niej, czytania a nie tylko oglądania. W przerwie świątecznej obejrzałem dwa razy wiadomości w telewizji, czego nie robiłem od dawna. Mogę powiedzieć jedno: duża część „newsów” to materiał dla idiotów. Robiący wrażenie zarozumiałego dziennikarz jedną czwartą materiału przeznacza na informację a trzy czwarte na pouczającą „ciemny lud” pogadankę. Połowa zawartości programu to tzw. „infotainment”, wiadomości o tym, kto co chce dostać w prezencie, gdzie kto wybiera się świętować, itp. przypowiastki jak z kroniki filmowej z lat siedemdziesiątych a może i wcześniejszych. Sięgam do Internetu i widzę, że jednak coś się wydarzyło w tym dniu w Polsce i na świecie. Nie dowiedziałem się tego z głównych wydań programów informacyjnych w telewizji.

Tu przypominają mi się dobrze zapamiętane słowa Wymarszu Wędrownika: „Czy dzięki naszej miłości do przyrody i obozowania zrozumiałeś, że Harcerz Rzeczypospolitej nie potrafi zaakceptować fałszu w świecie? Czy przyrzekasz nie żyć w świecie iluzji, ale mając wielkie ideały mocno stąpać po ziemi?” Nie zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego akurat dzięki miłości do przyrody i obozowania HR nie potrafi akceptować fałszu w świecie? Skąd ten związek przyczynowy?

To nie przypadek. To jest głęboko uzasadnione. Kontakt z realnym światem, z przyrodą, którą można dotknąć, poczuć, z trudem wędrówki, który można rozpoznać po stanie stóp i ramion, impregnuje nas nieco na fałsz kreacji na ekranie. Kontakt z realną przyrodą jest np. bardzo ważny z wychowaniu małych dzieci, ale to temat na dłuższą opowieść. Dziecko uczące się przyrody z komputera a nie mające realnych doświadczeń, jest bardziej podatne na manipulacje, łatwiej ulega iluzji fałszywych światów, jest łatwiej manipulowalne. Wielu ludzi, którzy uczestniczyli w pielgrzymkach papieskich nigdy nie uwierzyłoby i nie zrozumiało tamtej atmosfery, gdyby nie spędzili kilku godzin w nieprzebranym tłumie. Gdyby swoją wiedzę oparli na przekazie telewizyjnym, byliby przekonani, że w mszach papieskich uczestniczyły same staruszki i siostry zakonne.

„Czy dzięki naszym zajęciom i naradom zrozumiałeś, że Harcerz Rzeczypospolitej powinien nad wszystko miłować prawdę, nie zadawalać się niedomówieniem lub potocznym sądem? Czy chcesz z pokorą we wszystkim szukać prawdy i dobrowolnie jej służyć, nie przytłaczając innych wagą swoich odkryć?”

Niedomówienie, potoczny sąd. Tak, niezadawalanie się tym kosztuje. Przede wszystkim czas, włączenie myślenia może być też bolesne. Prawda może okazać się niewygodna.

środa, 27 kwietnia 2011

Wrocław zakończony Herbertem

Dziś samolotem do Wrocławia. Kończę spotkanie i mam półtorej godziny do rejsu powrotnego. Zamiast taksówką jadę na lotnisko z Pawłem Sową, mamy tylko godzinę na pogadanie ale dobre i to. Dobre wieści, ślub się kroi. Siedem tysięcy metrów nad ziemią, gdy na zewnątrz jedynie -53 st. C, czytam zaległe gazety. W Uważam Rze sprzed kliku tygodni wywiad z abp Michalikiem a w nim ciekawa myśl: „Kardynał Wyszyński mawiał, i to dla mnie ważne słowa, że aby głosić kłamstwo, trzeba sztabu ludzi. By głosić prawdę, wystarczy jeden człowiek. Każdy ma obowiązek starać się być tym jedynym”. Pięknie to współbrzmi z fragmentem obrzędu Wymarszu Wędrownika o tym, że HR „powinien nad wszystko miłować prawdę” i chcieć „z pokorą we wszystkim szukać prawdy i dobrowolnie jej służyć”.

Skoro już jesteśmy przy tak wysokiej tonacji, zacytujmy najlepszy wiersz Herberta, o którego fragmencie ostatnio było głośno przy okazji rocznicy katastrofy smoleńskiej. Dobrze go pamiętam z mojej pracy maturalnej. Ta poezja jest mocna.

Zbigniew Herbert

Przesłanie Pana Cogito

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie

strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych

strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy

czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku

a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku

idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów

Bądź wierny Idź

poniedziałek, 5 października 2009

Katolicy to nie smutasy

Niedawno wróciłem z Irlandii (przez co nie byłem tym razem na Św. Krzyżu, który jak wszyscy opowiadają znowu był wspaniały i znowu jeszcze lepszy niż poprzednio). Kolejne mocne, dobre emocje, czy WAM nie jest za dobrze chłopaki? Inni ludzie tylu dobrych emocji nie mają przez cały rok a my co chwilę. Czy rozpalamy nimi innych?
A w Irlandii w każdym pubie grajkowie, wesoła atmosfera, ludzie śpiewają z wykonawcami i cieszą się życiem. Irlandia to katolicki kraj, tak jak Włochy, Hiszpania czy Francja. Wiemy wprawdzie, że laicyzacja poczyniła spustoszenie ale mimo wszystko widać chyba różnicę z krajami skandynawskimi, Wielką Brytanią, północnymi Niemcami, Holandią. Kraje protestanckie są smutniejsze, ludzie nie umieją się tak bawić. Czy powiedzenie o Polakach "do tańca i do różańca" nie znajdowało podstaw?
Będąc w Irlandii nie odmówiłem sobie tej przyjemności aby odwiedzić Bono z U2. Niestety był w tym czasie w Nowym Jorku, więc nie udało się tym razem przekazać osobiście życzeń z Polski. Muszę przyznać, że mieszka w przyjemnym miejscu.
Na koniec fragment koncertu z Chorzowa, zwróćcie uwagę na fragment od 6 minuta i 37 sekund, zwłaszcza 7 minuta i 5 sekund Moment of surrender Chorzów 2009. Czy ktoś czytał o tym w prasie?

poniedziałek, 21 września 2009

Po Sejmiku

Już sporo czasu upłynęło od Sejmiku i żyjemy innymi sprawami (to jest też powód dlaczego ten post nie pojawił się zaraz po tym ważnym wydarzeniu). Warto jednak pielęgnować w sobie dobre, mocne przeżycia. Dlatego zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy tym spotkaniu. W oparciu o „mocne” przeżycia pisarze piszą książki, zwykli ludzie podejmują przełomowe decyzje i czasami stają się bohaterami. Codzienność pędzi i wiele bodźców nas ciągle rozprasza, szukamy też wciąż nowych, ryzykując to, że się rozmienimy na drobne. Podczas gdy pielęgnowanie dobrych wspomnień, podsumowywanie, rozpamiętywanie (w rozsądnych graniach rzecz jasna) to coś absolutnie koniecznego. Rodzina, która nie wspomina śmiesznych sytuacji z wakacji albo nie powraca do starych zdjęć, przygód, anegdot rodzinnych zaczyna być smutną rodziną.

Mam nadzieję, że Sejmik był dla Was takim dobrym przeżyciem, spotkaniem doładowującym akumulatory. Mieliśmy okazję zaznać atmosfery radości i braterstwa. Miło było słyszeć od przedstawicieli obu związków ZHP i ZHR (których władze na tak wysokim szczeblu po raz pierwszy chyba przybyły na nasz sejmik), jak dobrze się czuli u nas, jak bardzo odetchnęli świetną atmosferą naszych obrad. Tak to było wspaniałe! Początek (odśpiewanie hymnu, recytacja Prawa Harcerskiego) był podniosły i osadzający nas we właściwym kontekście, tego co najważniejsze. Robimy skauting bo walczymy o wielkie ideały. Potem sprawozdania, „human story” w wykonaniu przyszłego komisarza federalnego, wybory, głosowania przeplatane wybuchami śmiechu i piosenkami. Czy ktoś widział bardziej radosne obrady poważnej organizacji? Potem wieczór, prześmieszny (podobnie jak poprzedniego dnia, gdy oglądaliśmy filmy i prezentacje, z bezkonkurencyjnym filmem puławskich szefów na czele). Wcześniej wystąpienie Jacquesa, który mówi tak, że każde słowo ma moc, jest nasączone treścią i wypływa z długoletniego doświadczenia. I śpiewy, po których wszyscy mieliśmy zdarte gardła. Tak powinno być zawsze, gdy zbierają się nasi ludzie. Niewiele trzeba do dobrej zabawy, mała iskra wystarczy do rozpalenia radości. I niedziela. Najpierw przekazanie buławy nowemu naczelnikowi, mianowanie przez legendarnego Jacquesa Mougenot, wszystkie rundy honorowe i podrzuty wśród salw śmiechu. Potem arcyciekawe spotkanie z aktorem Adamem Woronowiczem i expose nowych władz w entuzjastycznej atmosferze. Msza, piękna oprawa muzyczna, homilia nowego Duszpasterza Krajowego, nawet incydent z gwałtownym parafianinem. Tak, bo nasz skauting to ideały, przyjaźń i wspaniała pedagogika.

W tym miejscu chciałbym podziękować w imieniu nas wszystkich: Ani Mikos, Marcinowi Krukowi, Jarkowi Sroce, Tomkowi Kilianowi, Piotrkowi Świeżewskiemu, Ks. Markowi Adamczykowi za to, że okazali się „gotowymi do służby”. Także wszystkim członkom nowej Rady Naczelnej na czele z przewodniczącym Markiem Muchą, że są gotowi nieść odpowiedzialność za ruch i wspierać naczelników i cały zarząd. To jest bardzo budujące. Szczególnie cieszę się, że mamy nowego naczelnika, który z łaską Bożą poprowadzi nurt harcerzy dalej. Szkoda było kończyć tę służbę, ale jestem przekonany, że ta zmiana jest dobra dla naszego Ruchu i jestem szczęśliwy, że mogłem przekazać służbę w dobre, sprawdzone, pewne ręce. Marcinie, dziękuję, że podjąłeś tę misję. To jest wielka satysfakcja i spokój dla każdego szefa, jeśli może przekazać służbę komuś komu ufa, kto pociągnie sprawy dalej, zachowa to co zostało wypracowane i ulepszy to co wymaga ulepszenia. Jednak wychowanie jest taką działalnością (na co zwraca uwagę papież Benedykt XVI w swoim liście dotyczącym wychowania), gdzie każde pokolenie zaczyna poniekąd od początku. Każdy młody człowiek musi dokonywać swoich odkryć, wyborów, decyzji. Tak jak w drużynie co roku zmieniają się ludzie, jedni odchodzą, inni przychodzą, nie ma rzeczy raz na zawsze wypracowanych. Ciągle zaczynamy od nowa, budujemy, lecz z drugiej strony trzymamy się mocno fundamentów i ideowych, i pedagogicznych. Aby nie wywarzać otwartych drzwi, nie wymyślać od nowa koła. Jako były naczelnik, proszę też Was, wszystkich szefów o to, abyście stale pamiętali w Waszych modlitwach o swoich przełożonych, o Naczelniczce i Naczelniku, o hufcowej i hufcowym. To nasz obowiązek wynikający z drugiego punktu prawa. Tak przejawia się też lojalność wobec nich. Bez tego paliwa nie da się jechać w dobrym kierunku.

Oczywiście blog zmienia swoje oblicze, nie będzie to już blog naczelnika, lecz po prostu blog autorski. Jeśli będzie się cieszył zaufaniem naczelników (autor i treści), zgodnie z ich decyzją link do bloga może pozostać na stronie www Stowarzyszenia. Zmieniamy nazwę na „Jeszcze w zielone gramy” do czasu aż wymyślicie coś lepszego (jeśli macie dobre pomysły, przesyłajcie na maila). Jacques powiedział podczas Sejmiku, że nie zamierza pisać testamentu, jest służba, potem inna, mówimy „słudzy nieużyteczni jesteśmy”. Każdy powinien robić to co może, jeden sieje, drugi podlewa, Pan Bóg ma zbierać owoce. Ja tym bardziej jestem daleki od spisywania testamentu. Gra toczy się dalej!

Zapowiedzi: Nie zdążyliśmy odetchnąć po Sejmiku a wiadomości sejmikowe przebiła wiadomość o wyborze Polaka na funkcję komisarza federalnego. Wybór Zbigniewa Mindy na to stanowisko to niewątpliwie historyczna chwila. O tym będzie na blogu. Zapowiadam też poszerzenie wkrótce subiektywnej listy polecanych filmów.

czwartek, 4 czerwca 2009

Seriale zmieniają rzeczywistość

Poniżej link do bardzo ciekawego artykułu o tym, jak seriale kształtują rzeczywistość. Zgadzam się z zasadniczymi tezami tego artykułu. Od dawna jestem przekonany, że świat, zachowania, wzorce osobowe lansowane przez telewizję, ale szczególnie przez seriale, których przekaz sączy się i jest rozłożony w czasie, ma ogromną siłę rażenia. Umiejętność zauważania tego i odcedzania ziarna od plew to jedna z cech tzw. zmysłu krytycznego, który obok jedności życia jest jedną z dwóch ważnych spraw, które są celem formacji wędrowniczej.
Artykuł: W serialowym gabinecie luster

czwartek, 16 kwietnia 2009

Twoja sprawa

Ruszyło pełną parą Stowarzyszenie Twoja Sprawa, którego celem jest m.in. wpływ na to abyśmy nie byli bezbronni wobec agresywnych reklam czy zalewu pornografii w przestrzeni publicznej. Akcją prowadzoną obecnie jest skłonienie spółki Ruch S.A. aby nie eksponowała pornografii, tak jak robi to dotychczas. Zwróćcie uwagę, że najgorzej właśnie (nie wiem dlaczego) jest w kioskach firmowanych przez Ruch: tam nie da się kupić biletu bez natknięcia się na tuziny tych gazet. Stowarzyszenie robią ludzie zasługujący na nasze zaufanie, niektórzy znani są z wielu podobnych akcji. Zachęcam do zajrzenia na twoja sprawa i zapisanie się do newslettera.

Wysłanie maila do tej czy innej spółki, tego czy innego reklamodawcy to jest niecała minuta - a jakże wiele można tym wskórać. Przykłady można mnożyć (głównie w USA) ale mamy też niedawną historię z agresywnie antyreligijną kampanią reklamową marki House. Rada Reklamy (jest takie ciało) została w ciągu jednego dnia zalana ponad 300 skargami, co stanowiło więcej niż w całym roku. Efektem podobnych działań było wycofanie się producenta z tej kampanii. Innym przykładem jest akcja mojego kolegi, który doprowadził do zniknięcia pornografii ze stacji benzynowej, na której tankował. Inny znajomy był poruszony reklamą radia (nie wymienię nazwy, ale reklama uprzedmiotawiała kobietę), polskie spółki reklamodawców zlekceważyły maile. Wtedy napisał do central i otrzymał błyskawicznie odpowiedź, a następnie miłe listy już od polskich spółek, że przeanalizują, zastanowią się drugi raz, etc.

Nie możemy być obojętni na to co dzieje się wokół nas, co wisi na przystankach, na billboardach koło szkół, kościołów i wszędzie tam, gdzie jesteśmy nimi atakowani. Okazuje się, że nie tak trudno mieć na to wpływ. Wykorzystajmy okazję, nie bądźmy obojętni. Codzienny dobry uczynek obowiązuje na całe życie. Wysłanie maila też może nim być.