sobota, 28 grudnia 2013

Mój mąż nie jest może idealny, ale przynajmniej mi się oświadczył a właściwie dlaczego najłatwiej wychowywać swoje dzieci


Wiecie, że staram się polecać na tym blogu jedynie rzeczy bardzo dobre. Jasne, zawsze to kwestia gustu, jednak niewątpliwie nie znajduję czasu na odstręczanie od rzeczy słabych czy dzielenie się tymi, które okazały się nie dość dobre albo miały swoje mankamenty (zresztą takich unikam).

Jednym z takich filmów, które mają swoje mankamenty i dotąd nie znalazły się tutaj, choć obejrzałem go już chyba 2-3 lata temu jest film, który telewizja polska emituje dzisiaj o godz. 20.20.

„Tak to się robi teraz” (głupie i stronnicze tłumaczenie, po angielsku tytuł to „switch” - zamiana i taki byłby zdecydowanie lepszy)

A zatem ostrzegam, żeby ktoś nie zgłaszał do mnie reklamacji, możecie go obejrzeć na własne ryzyko. Ta komedia z Jennifer Aniston i Jasonem Batemanem w rolach głównych jest bardzo nierówna. Singielka (Jennifer) czuje się samotnie i postanawia sobie „zafundować” dziecko. To adekwatne określenie. Wybiera bowiem dawcę nasienia (rosłego osiłka) i poddaje się sztucznej inseminacji. Niestety w wyniku pewnych zawirowań (tak to ujmijmy), biologicznym ojcem dziecka zostaje jej długoletni adorator, fajtłapowaty Wally. Nikt nie wie, że zaszła taka zmiana. Tak, to nie powinno być wcale śmieszne, jest więcej niż niesmaczne, jest drwiną z życia ludzkiego, zabawą, krotochwilą. Niestety autorzy filmu chcą, aby nas to śmieszyło, a to powinno wywoływać grymas niezgody.

Jeśli jednak przebrniemy przez początek, potem jest lepiej i dlatego zwracam uwagę na ten film. Niestety tak ostatnio jest, że ludzie, jeśli czegoś nie widzą w filmach czy serialach to to nie istnieje. Co z tego, że polski ruch oporu był kilkadziesiąt razy silniejszy niż rachityczny francuski, z filmów europejskich to nie wynika, przeciętny Europejczyk uważa, że było na odwrót. Przykłady można mnożyć. Tym bardziej w świetle ostatnich dyskusji o in vitro, teoriach gender itp. druga część filmu daje do myślenia.

Co mianowicie tam dalej się dzieje? Po kilku latach fajtłapa Wally spotyka swoją miłość z sześcioletnim synkiem, i ze spotkania na spotkanie coraz bardziej odnajduje w nim swoje cechy, zachowania czy fobie. Okazuje się być jedyną osobą, która rozumie małego chłopca, który nie jest typem sportowca, ale jak ojciec inteligentnym nadwrażliwcem. Niestety o chłopcu przypomina sobie również osiłek, który jest przekonany, że jest biologicznym ojcem dziecka. Wkracza do akcji, chce poślubić Aniston i zaczyna wychowywać domniemanego syna na swój obraz i podobieństwo. Każe mu wspinać się po ściankach skałkowych, tak jak sam uwielbiał w dzieciństwie, czego mały nie cierpi. Zaczyna się walka o szczęście dziecka, obfitująca w sytuacje melodramatyczne. I tu ten film zaczyna być po prostu niezły.

Widzimy na własne oczy, że jest coś takiego, o czym wszyscy biolodzy i genetycy wiedzą od lat (a za mało o tym mówią w mediach) – geny! Geny, które przenoszą cechy nie tylko płciowe, ale i typ charakteru, skłonności, zdolności i mnóstwo innych cech, z powodu których babcie i ciotki mają zawsze co robić na spotkaniach rodzinnych, omawiając które z dzieci jest do którego z rodziców czy nawet dziadków podobne, „a ten się wrodził w wuja Stefana”, etc. Własne dzieci kochać przez to najłatwiej, rodzice są tymi, którzy najlepiej powinni rozumieć swoje dzieci. Oczywiście, nie zawsze syn choleryka jest cholerykiem i to dla rodzica jest wyzwanie, aby starać się rozumieć swoje dziecko nie intuicyjnie, ale wkładać w to więcej wysiłku, również intelektualnego. Tu kłania się cała nauka o typach osobowości, co jest tematem fascynującym i zaniedbanym w wychowaniu, ale nie na dzisiaj. Tym bardziej szacunek i cześć dla małżonków decydujących się na adopcję! To jeszcze większa miłość, nie zawsze łatwa, to wielki dar i większa zasługa. Ludzie, chwała Wam za to!

A wracając do Wally’ego i Aniston, widzów krew zalewa, gdy patrzą jak facetowi brak wciąż odwagi, by wziąć się w garść, poważnie zawalczyć o kobietę swego życia i wreszcie wyznać jej miłość. Po seansie niejedna żona pomyśli: „uff, mój mąż nie jest może idealny, ale przynajmniej mi się oświadczył”.

Dlatego film jest do obejrzenia przez dorosłych, męża z żoną najlepiej, ale zdecydowanie bez dzieci.

środa, 25 grudnia 2013

Non omnis moriar czyli tylko pozornie niebożonarodzeniowo


Czy widzieliście tę reklamę?

Prawda, że dobra. Rodzicielstwo daje naprawdę wiele radości, a że wiąże się z trudami… Przez wieki nikt się nie zastanawiał, czy zakładać rodzinę czy nie, czy mieć dzieci czy nie. I większość starała się je jako tako wychować, a nie tylko hodować. Dlaczego? Z wielu powodów. Po pierwsze to naturalne, pierwsze i podstawowe powołanie człowieka na ziemi. Ludzie się kochali, a na świat przychodziły kolejne dzieci. Nie było też emerytur wypłacanych przez państwo, rodziców utrzymywały dzieci. Nie było to chyba też bez znaczenia. Dobre wychowanie dzieci procentowało na stare lata.

Dziś jest inaczej. Posiadanie dzieci jest świadomym wyborem. Posiadanie wielu dzieci tym bardziej. Kolega z pracy właśnie opowiadał, że wszyscy odradzali mu trzecie dziecko. Na wczasy gorzej z zakwaterowaniem, samochód trzeba większy, i w ogóle życie się komplikuje. Tak doradzali życzliwi. No jasne, że nie kłamali. Jednak on z żoną są teraz bardzo szczęśliwi z tego trzeciego potomka i nie wyobrażają sobie, jak mogłoby być inaczej, bez niego. Drugi kolega, też z pracy, podczas pewnego spotkania, które na szczęście zdarzają się, gdy ze sobą pracujemy i spędzamy dużo czasu, dzielił się taką oto historią, że spotkał po latach jakiegoś znajomego, i padły, jak to zwykle przy takich okazjach standardowe pytania, co słychać, jak leci, jak praca, rodzina itp. W pewnym momencie znajomy wyszedł poza standard i zapytał wprost: „Ale czy jesteś szczęśliwy? Tak, zwyczajnie po ludzku, czy czujesz się szczęśliwy?” I ten mój dobry kolega uświadomił sobie, że tak. Właśnie tak, jest szczęśliwy, i to bardzo. A najważniejszym powodem tego stanu rzeczy jest jego żona i dwójka dzieci.

W ostatnią sobotę przez nasz dom przewalały się tabuny młodych ludzi. Dwóch kolegów odwiedzało Staśka, w ramach akcji „chorych nawiedzać”, u Meli była koleżanka, co zawsze jest atrakcją również dla Marty i Pireusa, i w końcu zastęp Marysi przygotowywał ozdoby choinkowe, by je opchnąć w niedzielę pod kościołem w Falenicy. I my tu mamy taki punkt obserwacyjny: Józefów II na co dzień, Józefów I od święta (tam jest ogromnie dużo ludzi), Falenica od czasu do czasu i Otwock sporadycznie. I zawsze spotykam kogoś, kogo, okazuje się, nie widziałem kilka miesięcy a może i dłużej. Czas biegnie nieubłaganie i ludzie zmieniają się. Niektórych znam przecież 10 lat albo i więcej. I tych siwych włosów przybywa, trosk nie ubywa, a dzieci coraz starsze. Ale trwają koledzy na posterunku powinności, honorowo niosąc sztandar wierności danemu kiedyś słowu.

Czy takie obserwacje oznaczają, że ten post jest dla kolegów w smudze cienia? Niekoniecznie. Inteligentny czytelnik, choćby kilkunastoletni, zawsze wyciągnie coś dla siebie. Zatem, widzę Panów z roku na rok coraz, powiedzmy dojrzalszych, bogatszych w doświadczenie życiowe i te bruzdy na czołach i skronie przyprószone. I spojrzenia, w których odbija się doświadczenie, może brak złudzeń czasami, znajomość realiów i przezorność. Wzrok już nie rozpalony, oczy bez cienia naiwności, ale pełne doświadczenia, spokoju. To twarze bohaterów westernów.

Panowie, non omnis moriar! I teraz przychodzi moment na wyjawienie tego, do czego potrzebny był nam ten wstęp. To książka „Droga” Cormaca McCarthy.
 

Jeśli zdarzy Wam się po nią sięgnąć, nalegam wytrwajcie do zakończenia. Choć można w pewnym momencie znużyć się naturalistycznymi opisami okropieństw i okrucieństw cieni ludzkich. Akcja dzieje się w jakiejś scenerii po apokalipsie, która zmiotła z powierzchni ziemi ludzkość. I przez te ponure pustkowia, o głodzie i chłodzie, przedziera się ojciec z synem. W nadziei na…? To jest faktycznie dobre pytanie.

Cała książka to drobiazgowy opis walki ojca o przetrwanie syna, i przetrwanie siebie dla niego. Czułość pomiędzy nimi, dialogi na pierwszy rzut oka zbyt oszczędne, kontrastujące z grozą zewnętrznego świata. Chłopiec jest wyjątkowo grzeczny, posłuszny. Jakże piękny znajdziemy tu opis relacji ojca i syna. I zakończenie. Trudno powiedzieć, że zaskakujące, częściowo może spodziewane, ale w zakończeniu widać chyba zamysł autora. Mam w każdym razie nadzieję, że to chciał właśnie przekazać a cały horror wcześniej miał wzmocnić ten przekaz. Mocny przekaz, naprawdę mocny. Czy mogę coś więcej dodać? Na pewno. Ale nie chcę. Pewne rzeczy trzeba zachować dla siebie. Zatrzymać w sobie na dłuższą chwilę. Zatrzymać i przechować.

Jeśli przeczytacie Cormaca, potem przypomnicie sobie historię z poprzedniego postu i skojarzycie tytuł tego, wszystko będzie jasne. O ile już nie jest.

Powiem Wam tylko tyle: nie bójcie się spalać w życiu. Życie po to jest.

Życzenia tej odwagi dorzucam do najlepszych życzeń Bożonarodzeniowych dla Was i Waszych bliskich!

czwartek, 19 grudnia 2013

Jeszcze więcej siwych włosów


Właśnie skręcałem w Trasę Łazienkowską w drodze na ważne spotkanie z klientem, gdy zadzwoniła Ewa z informacją, że Stasiek roztrzaskał kolano i jedzie do niego karetka. Zaraz wykręciłem numer do Żagli, by uzupełnić wiedzę o to, że rana jest głęboka, widać kość i był to upadek ze schodów. Pomknąłem ile fabryka dała, jak to się mówi, bez miłosierdzia dla silnika i zimowych opon. Dopadłem biegiem budynku, a tu Stasiek siedzi sobie na ławce z niewyraźną miną, zakrwawioną nogą, uciętą jedną nogawką spodni i opatrunkiem na kolanie, a nad nim konsylium dwóch panów ratowników w czerwonych uniformach i kilku zafrasowanych nauczycieli. Podaję dane personalne i pakujemy się do ambulansu. Kierunek Niekłańska. Dobrze pamiętam tę placówkę, w sierpniu Marta miała tu składaną rękę w narkozie. Ognisty temperament, przedni hamulec i podwójne złamanie. Dawno nieodnawiany oddział ortopedyczny robił przygnębiające wrażenie. Tym razem jednak znaleźliśmy się na super nowoczesnym, odnowionym i świeżym oddziale ratunkowym, którego nie powstydziłaby się żadna telenowela. Szybko zajęto się Staśkiem, lekarz nie mógł się nadziwić, że szarpana rana wielkości dorodnego orzecha włoskiego i głęboka na jakiś centymetr jest skutkiem upadku ze schodów a nie z drzewa na ostre ogrodzenie. Ja też byłem wstrząśnięty tak, że musiałem się otrząsać z tego wstrząśnienia, chowając głowę między kolana w niepokojącej bliskości podłogi. Pani pielęgniarka stwierdziła, że nie było jeszcze faceta, który by nie pobladł w tym gabinecie, co innego kobiety, są mocniejsze. Rzucam jakieś przyjazne potaknięcie. To na zgodę, bo wcześniej spięliśmy się. O tym za chwilę. Pojawia się wiele szwów, jeszcze rentgen, kręcimy się na wózku po korytarzach, skierowanie do kontroli za dwa dni, antybiotyk, podjeżdża Ewa po nas, wracamy. W domu cała gromada czeka z wypiekami na twarzy, Stasiek dowcipkuje jak gdyby nigdy nic co robi piorunująco dobre wrażenie na siostrach. Piotrek deklaruje, że zaopiekuje się bratem i będzie mu przynosił książki do czytania i soczek. Takie to przeżycia rodzicielskie mamy teraz, siwych włosów znowu przybyło.

A teraz o tym, co miało być za chwilę. Jak to było? Owszem zajęto się nami energicznie, ale jakoś sucho, mechanicznie, taśmowo, by nie rzec przedmiotowo, ani dzień dobry, ani przedstawienia się, jakieś prychanie, że „do gabinetu bez okryć wierzchnich”, jakbyśmy byli jakimiś natrętami, intruzami, by czuć się jak petent w PRL-u, który gdy wchodził do urzędu to zawsze przeszkadzał urzędniczce w drugim śniadaniu. W porządku, ja wszystko rozumiem, nie musi być Wersalu, trzeba się skupić na kolanie, szyciu a nie rozpraszać uprzejmościami. Ale czy nie można odezwać się normalnie? Poinformować, że jest szatnia. Więc pozwoliłem sobie na uwagę, że pani mogłaby być bardziej uprzejma. Wyczuwam niestety ciągle ten sam styl, sznyt lekarsko-szpitalny, protekcjonalny, z góry, oświecony, wielmożny. Przepraszam, ale jakoś nie czuję się ciemnym ludem, który ma to znosić. Może przesadzam, z góry przepraszam wszystkich ciężko pracujących w służbie zdrowia. Ale pamiętajmy detale, to ważne rzeczy nazwane tak dla niepoznaki. Każdemu należy się szacunek jako osobie, godne traktowanie tak, jak traktuje się człowieka przede wszystkim a nie organizm z jednostką chorobową. Muszę tu od razu oddać sprawiedliwość, że panowie w karetce pierwsza klasa, bez zarzutu, z empatią, delikatnością. Naprawdę świetnie. Można? Można!

Teraz jeszcze o czymś, o czym chciałem przy innej okazji, wychodzi na to, że moment jest odpowiedni. Tak się składa bowiem, że czytam genialną książkę o tym właśnie, o leczeniu i lekarzach. To „Ciała i dusze” Maxence’a van der Meersch’a. Mocna rzecz. Lektura obowiązkowa wszystkich lekarzy i młodych ludzi myślących o medycynie czy pracy w służbie zdrowia. Tak mi się wydaje, choć jestem wciąż na początku tej lektury (koniec roku w pracy i innych wydarzeń masa, sami widzicie). Maxence oddał doskonale powagę i całą specyfikę leczenia i świata lekarzy, misji, która jest jedną z piękniejszych, ale zarazem najtrudniejszych na tym łez padole, gdyż zawsze, gdy choruje ciało, coś dzieje się też z duszą. Wiadomo choroba to lęk, smutek, zmierzenie się z pytaniem o sens i często nie ma łatwych odpowiedzi. A lekarz mimo całego kunsztu nie powinien być demiurgiem i rzemieślnikiem jedynie, technokratą obsługującym maszynę do stawiania diagnozy, ale sługą człowieka. Człowiek jest jednością duszy i ciała i tak trzeba go widzieć.

Czy tak to widzi współczesna medycyna? Czy taka refleksja jest obecna na studiach medycznych? Czy ktoś wie i mnie uspokoi?
I jeszcze próbka Maxence'a:
„- Panie doktorze, jeśli się pan rozstaje z nadzieją doskonalenia człowieka, niech się pan zawczasu pożegna z samym życiem. Bo w takim razie na ziemi nie ma już nic. Nic poza walką, mordowaniem i używaniem, póki się samemu nie padnie. Nie ma człowieczeństwa, nie ma sumienia, obowiązku, etyki, nie ma cywilizacji. Kiedy człowiek przestaje wierzyć, że może zbawiać swoich braci, sam jest stracony. Umrzeć albo zbawiać...
- Umrzeć albo zbawiać… - powtórzył Michał.
 - Tak. Tak to ujął Giovanni Papini, według mnie niezwykle zresztą trafnie. To magiczny klucz życia, panie Michale. Kiedyś to pan zrozumie.”

niedziela, 15 grudnia 2013

„Wuja słuchał będziesz” albo Wuju, dzierż pewnie swój sztandar


W miarę jak dorastają moje dzieci, jeszcze bardziej jestem przekonany o wielkiej roli w wychowaniu babć, ciotek, znajomych, przyjaciół rodziny i w końcu wujów. Pamiętamy to: „Jak ojca nie ma, wuja słuchał będziesz”? Na myśl przychodzi mi też jakiś wykład o przygotowaniu do założenia rodziny, słuchany wtedy gdy byłem studentem, i postulat, który utkwił mi w pamięci, aby nastolatek, gdy będzie miał dość rodziców, miał gdzie znaleźć azyl: u wujostwa, u dziadków, u babci, która go zrozumie, dokarmi, wysłucha, etc. To prawdy i poglądy wypowiadane przez gości przy rodzinnym stole są dla dzieci zwierciadłem odbijającym mądrości wtłaczane do głów mozolnie przez rodziców, którzy czasem wychodzą z siebie, są zmęczeni, może mają mniej cierpliwości. W dawnych czasach gościa słuchano z zapartym tchem, gościa podróżnika, gościa przybywającego z daleka, który miał dla domowników opowieści o dawno nie widzianych ziomkach, przygody, historie.

I zdradźmy sekret - dziś też to działa. Jakkolwiek wiele rozpraszających elektronicznych gadżetów miałyby dzieci, dobra opowieść może być atrakcyjniejsza. Powtórzmy: dobra. Czyli ciekawa, wciągająca, mająca swój klimat, pełna zwrotów akcji, z wyrazistymi bohaterami, skrząca się dowcipem i przerywana salwami śmiechu słuchających, opowiadana głosem, który nie jest matowy ale wie co to modulacja, intonacja i akcent. Dołóżmy do tego jeszcze mimikę twarzy i ekspresyjną gestykulację. Ale któż tak dziś opowiada historie? Grajmy dalej w otwarte karty - może to być każdy z nas.

Historia podana w odpowiednim miejscu i czasie, przed rozpakowaniem prezentów, gdy za oknem hula wiatr i sypie śnieg, gdy otwieramy kolejną stronę rodzinnego albumu ze zdjęciami, gdy opowiadamy coś w odpowiedzi na pytanie, za którym kryje się nieśmiałość, niepewność lub po prostu dziecięca ciekawość świata.

Ale rola wuja, ciotki, to nie tylko opowiadanie historii, dzielenie się światem, uchylanie tajemnic z młodości mamy i taty, tworzenie mitologii rodzinnej, nieodzownej, koniecznej i ważnej. To również obecność. Po prostu i aż. Gdzieś na orbicie życia rodziny, podczas uroczystości rodzinnych i świąt, wizyt zapowiedzianych lub znienacka, ale i za pośrednictwem kartki z wakacji.

Wuj może też mieć swoją specjalizację, np. u mnie w rodzinie wiadomo, że to mój brat jest ekspertem od wszelkich urządzeń technicznych, nowinek aż do najzwyklejszego rozumienia sposobu działania danego urządzenia. Gdy zatem ktoś chce wiedzieć jak działa telefon, jak podłączyć dvd do telewizora czy wieżę do kolumn, czeka cierpliwie na przyjazd wujka. Wujek też inspiruje do słuchania muzyki, zawsze jak u niego jesteśmy, puszcza nam z tego swojego sprzętu nadzwyczajne koncerty mało znanych muzyków (może inaczej: znanych w gronie znawców, mało znanych dla zwykłych zjadaczy chleba): Bona Masa, Gary Moore, Eagle, jacyś jazzmani czy bluesmani, których nazwisk nie pomnę. Więc słuchamy albo i nie, ale ma to kolosalne znaczenie dla tworzenia pewnego klimatu, dobrej atmosfery, inspirowania i wzmacniania dobrych ambicji. Nasz stryj też wybornie gotuje (wraz ze swoją żoną wprawdzie, ale jednak), co odróżnia go bardzo od ojca.

Moja żona często wspomina swoje ciocie, które bywały powiernicami, rozumiały krnąbrną nastolatkę lepiej niż mama. „I tak ci powiedziała, wiesz co, okropna jest”, „mama cię nie chce puścić, poczekaj zaraz z nią pogadam”, itd., itp. Ja myślę, że bez względu na to czy mamy nastolatki w domu czy młodsze dzieci, warto mieć pewność, że mają one dobrych wujków i ciocie.

Prof. Rafael Alvira, syn kandydatów na ołtarze Thomasa Alviry i jego żony, który kilka lat temu miał wykład w Polsce, wspominał, że dla jego ojca, który był nota bene geologiem i miał „skrzywienie” zawodowe, najważniejsza była… gleba. Zarówno dla roślin, dla ich rozwoju, jak i dla rozwoju ludzi. A dla młodych ludzi tą glebą są w dużej mierze rówieśnicy, przyjaciele i koledzy. Jeśli do grona swoich przyjaciół mogliby zaliczyć swojego wujka czy ciotkę, czyż nie byłoby fantastycznie?

I dlaczego ja o tym wszystkim piszę? Bo idą Święta Bożego Narodzenia, najbardziej rodzinne, szczególnie w Polsce. Nie poprzestawajmy na tym, że jak zawsze jest miło, że jest pasterka, choinka, karp na wigilii, opłatek, prezenty i kilka dni wolnego. To jest również niebywała wręcz okazja, aby być lepszym ojcem, matką, ale i wujkiem czy ciotką. I nie tylko przez to, że powiększamy pulę prezentów dla najmłodszych, ale że możemy uczestniczyć w rodzinnym misterium, w kreowaniu historii rodzinnych, podtrzymywaniu mitów, w tworzeniu przestrzeni radości i akceptacji. Przestrzeni, która dzisiejszych najmłodszych będzie budowała na lata, której wspomnienie może zapaść w pamięć na całe życie. Ludzie różnych epok tacy jak Św. Teresa, czy J.R. Tolkien wspominali, że to co utkwiło im w pamięci na całe życie to były obrazki z wczesnego dzieciństwa spaceru z ojcem za rękę i zwyczajne sceny z codzienności, w których kryła się jednak ciepła, beztroska i szczęśliwa atmosfera domu rodzinnego.

A zatem Drogi Wuju! Czy masz na podorędziu jakieś smaczne historie z dzieciństwa i młodości twojego brata czy siostry, które możesz opowiedzieć ich dzieciom? A może pamiętasz pierwszy dzień, jak dziadek odebrał na talony nowego fiata 126p? I jak się zepsuł w drodze z fabryki? Czy pamiętasz, co robiłeś 13 grudnia, gdy nie było Teleranka i dlaczego rano stałeś w kolejce do sklepu po ocet? Jaka atmosfera towarzyszyła wydarzeniom historycznym, których byłeś świadkiem? Jak przeżywałeś śmierć papieża, jak zachowywali się wtedy ludzie na ulicach? A może masz już tyle lat, że możesz opowiedzieć cokolwiek z karnawału „Solidarności”, a może z wizyt papieskich, jak to o czwartej rano zajmowałeś miejsce w sektorze? Nie skazuj swoich bratanków na naukę historii jedynie z nudnych podręczników. Masz wielką rolę do odegrania.

niedziela, 24 listopada 2013

Zakazany sex


Konferencja „Kobieta w czasach gender” w Szkole Strumienie wczoraj, bardzo dobra. Gabriele Kuby prosto z Niemiec, od 9 lat zajmująca się ideologią gender, najlepsza specjalistka. Jak mówiła codziennie od tych 9 lat dociera do niej coś wstrząsającego. Potem Małgorzata Terlikowska o postępach gender w polskich szkołach, i Dobrochna Lama o pozytywnej wizji kobiecości.
 
Co to jest gender? Gender to tzw. płeć społeczna w odróżnieniu od płci biologicznej. Wcześniej była tylko płeć – po angielsku sex, męska i żeńska. Teraz podobno jest ich wiele.

Pominę tu wszystkie opowieści o tym, co wyprawia się w przedszkolach, w szkołach i na uczelniach na Zachodzie. Nie mam na to siły ale jest to naprawdę wstrząsające, nowy totalitaryzm, który podnosi rękę na prawa biologii i natury. Ci, ludzie chcą nam wmówić, że ziemia jest płaska, a kto ma wątpliwości - do więzienia. Tylko w Niemczech jest 170 katedr gender na uniwersytetach i 42 instytuty badające kwestie płci, tam kształci się kolejną generację. W Polsce 86 przedszkoli wdraża już tzw. programy uwrażliwiające na płeć. Polega to z grubsza na tym, że rozbudza się dzieci, wprowadza niepokój co do swojej tożsamości płciowej. „Bawię się w co chcę, płeć nie ogranicza mnie”. Te programy są opracowane w całości za grube pieniądze, finansowane przez UE, agendy ONZ, jeśli zrobicie to i to dostaniecie od nas kasę. Nie ma w tych przedszkolach kącików zabaw z lalkami albo z samochodami, bo to stereotypy, chłopców ubiera się w sukienki, do przedszkoli zaprasza się transwestytów, policjantki, strażaczki aby opowiedzieli jak oni czują się z tą swoją tożsamością, i jak jest im fajnie.


 
 Za prekursora tej ideologii można uznać Simone de Beauvoir i jej książkę „Inna płeć”. Pisała tam, że „nie rodzimy się jako kobiety ale czyni się z nas kobiety”, to że jesteśmy kobietami to przymus, tego nas uczy społeczeństwo, aby mężczyźni mogli nas ujarzmić. „Macierzyństwo równa się niewolnictwo”, musimy się z niewolnictwa uwolnić. To był początek ideologii gender.



A’propos niewolnictwa, kolejna prelegentka Dobrochna Lama w swojej prezentacji przypomniała inny cytat z Simone: „Kobiety nie powinny mieć możliwości wyboru pozostania w domu i wychowywania dzieci, ponieważ gdyby taka możliwość naprawdę istniała, zbyt wiele kobiet skorzystałoby z niej”. Nie brzmi znajomo? Np. z przekonywaniem Polaków do komunizmu „kolbami sowieckich karabinów”, z uszczęśliwianiem na siłę.

Obecnie za czołowego ideologa można uznać Judith Butler, która w latach 90-tych napisała książkę „Uwikłani w płeć. Feminizm i polityka tożsamości”. Jak twierdzi Kuby dzieło to napisane jest wyjątkowo trudnym językiem, bełkotem czy nowomową, ciężko zrozumieć o co jej chodzi, ale ostatecznie chodzi o zlikwidowanie przymusowej heteroseksualności, zdaniem Butler należy ją obalić, unicestwić. Trzeba zlikwidować płeć po prostu. Butler uczy na Columbia University, jest profesorem na Berkeley, obsypana nagrodami, świat nosi ją na rękach. Dlaczego ta kobieta jest szanowana przez cały świat – pyta Kuby, skoro mówi, że tożsamość mężczyzny i kobiety trzeba zniszczyć, a to są zupełne podstawy życia rodzinnego. Zatem, nie jesteśmy już mężczyznami, nie jesteśmy kobietami. Trudno byłoby uwierzyć w te historie i nie potraktować ich jak fabuły jakiegoś kiepskiego opowiadania S-F, gdyby to nie działo się na naszych oczach.

Dlatego warto też być za tydzień na Politechnice. Zobaczcie jaki niesamowity program. I będziecie mogli usłyszeć Gabriele Kuby na żywo. Na szczęście, bo te nieszczęsne notatki powyżej nie oddają oczywiście nawet części tego, co powiedziała. 

Nie opowiadałem jeszcze tej historii. Jest spotkanie w jednej ze szkół publicznych, pierwszy rok liceum, spotkanie rodziców. Wychowawca klasy ogłasza o obowiązkowej zbiórce po 650 zł na spotkania z ciekawymi ludźmi. Rodzice wszyscy na poziomie, a jakże, pracują w dobrych firmach, na ważnych stanowiskach, od razu sięgają po portfele. No, jak, nie stać mnie? Jedna matka zadaje pytanie: a jacy to ciekawi ludzie, kto ich dobiera? Okazuje się, że to takie tuzy jak gwiazdy polskiego feminizmu i redaktorzy magazynów dla panów, i to by było na tyle. A pani, która ich wybiera to pracownica organizacji propagującej gender (jak można mniemać organizacji o pękatym budżecie). Gdy te fakty wychodzą na jaw, z tyłu odzywa się jakiś jegomość, któremu też to się nie podoba, potem z drugiej strony rodzice, i jeszcze jakiś lekarz, i dobrze ubrana matka. Ostatecznie nikt nie zrzuca się na indoktrynację swoich z trudem wychowywanych dzieci przez tych, którzy wolą deprawować dzieci innych, a na swoje nie mieli ochoty i czasu.

My potrzebujemy armii aktywnych ludzi, nie mamy pieniędzy, budżetu od pana Billa czy George’a, pieniędzy zarobionych na nas. To przecież zwykli ludzie płacą krocie za okienka, by potem jeden pan czy drugi miał z czego finansować programy gender na całym świecie. Biednemu zawsze wiatr w oczy. Ale nie finansujmy chociaż z własnej kieszeni spotkań z działaczami nowej rewolucji obyczajowej. Aby do tego nie dochodziło, czasami wystarczy zadać tylko jedno pytanie.

piątek, 22 listopada 2013

Wojciech, za krótki krawat i skradzione berło

Tak jak ważny jest pewien kanon lektur, które trzeba znać, bez których nie rozumiemy Polski (czyli siebie) albo rozumiemy mniej, tak samo wydaje mi się trzeba tworzyć pewien kanon miejsc, które trzeba odwiedzić. Wiecie z tego bloga, że rodzinnie byliśmy na tego rodzaju wycieczce w Krakowie. Teraz wybraliśmy się do Gniezna. Ja byłem pierwszy raz, opowiadam różnym znajomym, i okazuje się, że oni też nie byli. Tylko 3 godziny samochodem z Warszawy, a to przecież kolebka państwa polskiego, miejsce koronacji pierwszych królów. Tam wszystko się zaczęło.
 

Gniezno jest niewątpliwie miejscem niewykorzystanym i niesłusznie mało popularnym. Podobnie chyba jak do niedawna był Sandomierz, ale od czasów wejścia na ekran „Ojca Mateusza” nie można tam znaleźć w ogóle noclegów i wyjazd na weekend trzeba planować z ogromnym wyprzedzeniem. W Gnieźnie jest całkiem sympatyczny rynek, otoczony przez kilka zadbanych ulic, kilka starych kościołów i najważniejsze – ma wspaniałą katedrę gnieźnieńską, gdzie znajduje się relikwiarz Św. Wojciecha oraz słynne drzwi gnieźnieńskie z 1170 roku. Drzwi zostały odlane z brązu i przedstawiają historię życia Św. Wojciecha. Relikwiarz robi wrażenie. Jest umieszczony wysoko pod tzw. konfesją wzorowaną na tej z Bazyliki Św. Piotra w Rzymie. Drzwi gnieźnieńskie uświadamiają jak mądrym i dalekowzrocznym władcą był Bolesław Chrobry. Wykupił ciało świętego za kilkadziesiąt kilogramów złota i umieścił w katedrze, a cesarz Otton III już sam się pokwapił z wizytą. Pamiętamy, że witany był we wspaniałym stylu, zupełnie ujęty i pod wrażeniem tego władcy z północy.
 
Zwiedzaliśmy jeszcze Muzeum Początków Państwa Polskiego. Budynek modernistyczny, tchnący socrealizmem, ale wystawa nowoczesna z ub. roku. W trzech salach najpierw film w 3D, potem spacer wzdłuż gablot. Filmiki, można wyobrazić sobie lepsze, ale i tak dobrze, że powstały. Z zainteresowaniem oglądał nawet nasz Piotr, trzylatek. Wprawdzie Chrobrego grał jakiś statysta, który zapomniał, że gra dumnego władcę a nie chłopa pańszczyźnianego, ale wybaczyliśmy mu natychmiast. Pan profesor historyk sztuki nie zawiązał sobie dobrze krawata na nagranie, też mu wybaczamy, to może detale, ale detale to ważne rzeczy nazwane tak dla niepoznaki. Wśród eksponatów w gablotach berło, korona, ewangeliarz z XI w. – wszystko kopie. Dlaczego? Oryginały wciąż znajdują się w Niemczech, w Austrii, w Szwecji albo w Norwegii. Nikt nie dopomina się o ich zwrot, być może dlatego że powiedziano by nam „pocałujcie nas w nos, nie oddamy i co nam zrobicie”. No to chociaż powiedzmy, że złodziej powinien oddać cudzą własność.

 
 
Reasumując, muzeum jest ok, ale widać, że brakuje tam fantazji, pasji, jak w Muzeum Powstania w Warszawie. Jest bo jest. I znowu podobna refleksja jak na Wawelu: czym by być mogło? To kwestia wizji gospodarzy miasta, jak twierdzili wszyscy indagowani tubylcy, podobno brak jej kompletnie. W sklepiku muzealnym kompletny brak książek o Piastach, ni to historycznych, ni to powieści. Mój Boże, oni nawet nie wiedzą jak robić pieniądze. Sam bym kupił od razu kilka.
 

Jedźcie zatem do Gniezna. Ci, którzy macie dzieci, koniecznie póki chcą z wami jeździć, tam nawet nie docierają wycieczki szkolne, tylko kuracjusze z Inowrocławia. Szefowie, zróbcie sobie wypad zastępu zastępowych w tamte okolice, może obóz. Spotkanie ze Św. Wojciechem – bezcenne. Tam w powietrzu unosi się duch dziejów, historia. Byłoby to też świetne miejsce pielgrzymki przewodniczek i/lub wędrowników na 1050 lecie Chrztu Polski. To już za 3 lata. Jakby co – ja jestem za. A tymczasem planujemy następny wypad.

środa, 20 listopada 2013

Marszałek, wąsy i kremówki




Huczne obchody ostatniego Święta Niepodległości w naszym lokalnym środowisku józefowsko-falenicko-szkolno-harcersko-rodzinno-towarzyskim obfitowały w wiele niezwykłych wydarzeń, była parada niepodległości, piknik niepodległości, koncert chóru, gra niepodległościowa u nas w domu i na starym mieście w Warszawie. Dla mnie te obchody polegały również na śpiewaniu wieczorem pieśni przy kominku na imieninach u przyjaciela. Nastroiło mnie to powiedzmy refleksyjnie. Trudne te nasze dzieje, pełne bohaterstwa, którego inni nawet nie są sobie w stanie wyobrazić, o którym nikt poza nami Polakami nie wie. Przypominam sobie rozmowę z jednym niezwykle skądinąd sympatycznym Amerykaninem w ostatnie wakacje. Inteligentny bankier inwestycyjny, wykształcony, błyskotliwy. Coś tam słyszał o historii Polski, ale nie mógł wprost uwierzyć jak ten XX wiek dla nas wyglądał. O wojnie 1920 r. usłyszał po raz pierwszy ode mnie. Do dziś widzę jak kiwa z niedowierzaniem głową.

Wracając do wieczoru imieninowego, gdy doszliśmy do „O mój rozmarynie” i „Pąków białych róż” poczułem, że nie mam siły tego śpiewać. Nie da rady i już. Jak wspomnę tyle śmierci młodych chłopaków, którzy mieli dziewczyny, narzeczone, marzyli o starzeniu się z nimi na ławce przed domem, o pięknym życiu, o dzieciach, o głaskaniu syna po czuprynie, o opowiadaniu córce interesujących historii o księżniczkach, to po prostu sama żałość. Aktualna seria „Czasu honoru”, z odcinka na odcinek coraz większa beznadzieja sytuacji bohaterów. Młodzi ludzie w Polsce teraz się budzą. No, tak właśnie było. Czas chyba wreszcie po 24 latach od 89 roku o tym się dowiedzieć. Czytam w Internecie, że działaczka partii postkomunistycznej naśmiewa się z żołnierzy wyklętych. W USA, z których przyjechał mój sympatyczny wakacyjny znajomy, wyleciałaby na zbity pysk z życia publicznego. Opowiadał mi przyjaciel, jak to miesiąc temu był w Stanach z pracy, w interesach. Wieczorem kolacja. Jest sobie lokal, kilka tysięcy ludzi, jakiś mini festiwal muzyczny. Nagle konferansjer pyta czy na sali są weterani wojenni, ktoś wstaje, cała sala bije brawo. To są długie, rzęsiste brawa, serdeczne, afirmujące.


No, dobrze, zostawmy to. Tu przecież nie jest Ameryka. Ja chciałem właściwie, o czym innym, a po prawdzie to o tym samym, ale inaczej. Pomijając rozróby i podróby, mam wrażenie, że świętowanie 11 listopada to „kremówkowanie” tamtej rzeczywistości. Mamy sobie wszędzie tego Marszałka w charakterystycznej czapce z daszkiem i ogromnymi wąsami. Siedzi sobie Naczelnik Państwa Polskiego na pasku każdej telewizji, strzyże wąsa i to wszystko jest takie odległe, folklorystyczne. No, i pieśni grają wojskowe, „Legiony to straceńców los” co to wywalczyły nam tę niepodległość. I to jest niebywałe wręcz uproszczenie. Niepodległość nie pojawiła się, ot tak sobie, z nagła spadła nam z nieba, a właściwie przyjechała sobie z Magdeburga koleją. Przygotowywały ją tysiące przez dziesięciolecia, a wśród twórców II Rzeczypospolitej mieliśmy wielu, całą rzeszę wybitnych Polaków.

Byli tacy, którzy działali politycznie, dyplomatycznie. Inni przez lata dbali o oświatę i wykształcenie młodych Polaków. Jeszcze inni służyli swoimi talentami i pozycją w świecie. O nich jednak nie ma piosenek, są tylko o tych, co to tylko z sensem lub bez sensu chwytają za broń i formują zaraz jakąś pierwszą kadrową czy pierwszą brygadę. A jeśli już mówimy o czynie zbrojnym, to pamiętajmy chociaż o błękitnej armii Hallera i o tym, że to ona walczyła po stronie zwycięzców, a nie Legiony.

Dlatego tak podobała mi się akcja Szkoły Strumienie „Wielka Niepodległa”, która w formie happeningu historycznego przypomniała i rozbrajanie Niemców na ulicach Warszawy, i przyjazd Piłsudskiego, i konferencję pokojową w Wersalu, podczas której wywołany znienacka Dmowski logicznym przemówieniem, które sam sobie tłumaczył z angielskiego na francuski (bo tłumacz przeinaczał sens), dawał odpór tym, którzy powrotu Polski na mapę Europy nie mieli w planach. Największym przeciwnikom Polski obecnym na sali opadły wtedy szczęki. Na plakacie był i Paderewski, który z kolei naciskał na swojego przyjaciela prezydenta Wilsona, aby ten jako jeden z 14 warunków zakończenia wojny umieścił utworzenie niepodległego państwa polskiego z dostępem do morza. Mieliście to na historii, czyż nie? Przecież Wilson sam na to by nie wpadł, i jeszcze by wpisać „z dostępem do morza”. A zatem zadajmy sobie trochę trudu, by poszukać i dowiedzieć się czegoś więcej o patronach naszych ulic, by nie zadawalać się kliszami z mediów. Ale nie tylko to było ważne w tych obchodach. W nich była nauka. Uczymy się historii właśnie po to, aby wyciągnąć z niej jakąś naukę. Tak być powinno, ale czy tak jest? Obchody polegające wyłącznie na jakimś biegu niepodległości, jakiejś grochówce, przypadkowych przemowach, śpiewaniu pieśni patriotycznych mogą być jedynie mechanicznym zaliczeniem rocznicy. Zaliczone, odbębnione. To musi być zrobione z sensem, pamiętamy by iść do przodu, nauka historii jest potrzebna do budowania przyszłości. Dlatego miło było widzieć te zdjęcia z zaangażowanymi dziewczynami z podstawówki, gimnazjum i liceum. Nauczycielki przebrane w stroje przedwojenne. Kilku ojców odgrywających postaci historyczne. No, z tego można wycisnąć jakiś morał. Fajnie byłoby w przyszłym roku widzieć uczczenie święta niepodległości w podobny sposób nie przez jedną, ale sto szkół w całej Polsce. Scenariusz jest gotowy.


A’propos jeszcze wybitnych postaci, podoba mi się bardzo inicjatywa z kolei Szkoły „Żagle” pt. Polacy z charakterem. To sylwetki wybitnych Polaków, które chłopcy poznają na lekcjach wychowawczych, ale i w terenie. Oprócz Jana III Sobieskiego, Prymasa Wyszyńskiego, znajdziemy tam też Leopolda Kronenberga, bankiera, założyciela Banku Handlowego, Emila Wedla, założyciela słynnej fabryki czekolady czy Stanisława Kierbedzia, budowniczego mostów. Wedel jadał obiady ze wszystkimi pracownikami swojej fabryki, a jego syn zanim odziedziczył fortunę musiał pracować na wszystkich szczeblach w zakładzie ojca. Niebywałe postacie, tak mało o nich wiemy. Dlaczego niemieccy przemysłowcy tacy jak Wedel polonizowali się w XIX w., gdy podobno Polski nie było?

Są rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

wtorek, 1 października 2013

Ojcostwo - tęsknota męskiej duszy

Miałem wziąć udział w sobotę obok aktorów Radosława Pazury i Redbada Klijnstry w debacie pt. „Ojcostwo tęsknota męskiej duszy”, zorganizowanej na dobre podsumowanie wyścigu rowerowego „Ojcowie na start”. Miałem, ale nie udało się, za dużo rzeczy w jednym terminie, szkoda. Nie wiem co znani aktorzy mieli do powiedzenia o ojcostwie, tęsknocie za nim i męskiej duszy, bo nie dotarłem, choć byłem bardzo ciekaw. Zwłaszcza, że p. Redbada chwaliłem już na tym blogu kilka miesięcy temu, bo mądrze mówił w jednym z wywiadów. A sensownie mówiących aktorów popieram. Cóż, tak to już jest dzisiaj, że chętnie słuchamy aktorów, dziennikarzy sportowych i telewizyjnych czy nawet kucharzy, jeśli tylko występują w telewizji i wyglądają w miarę sympatycznie, chętniej niż nawet najmądrzejszych i najszlachetniejszych profesorów i kaznodziejów. Więc jeśli ktoś chce być kaznodzieją, ma coś mądrego do przekazania, chce, aby go ludzie usłyszeli, może powinien pomyśleć o szkole aktorskiej, albo wygrać w konkursie na komentatora sportowego, albo po prostu zgłosić się na casting i zagrać epizod w jakiejś telenoweli albo choćby reklamie. Nie drwię, mówię poważnie. Więcej, szanuję i bardzo doceniam tych, którzy wykorzystują swoją popularność do tego, aby powiedzieć coś mądrego, wypowiedzieć się w jakiejś ważnej sprawie. Mało tego, uważam, że dużo za dużo ludzi jakoś tam popularnych wypowiada się bez sensu, a tych, którzy mają coś do powiedzenia i chcą to coś powiedzieć jest za mało, o wiele za mało. Więc szkoda, że nie byłem, bo temat jest ważny, ale to co w tym czasie robiłem, też było bardzo ważne.

Gdy dowiedziałem się, że punktem wyjścia mają być tezy Johna Eldredge’a z książki „Dzikie serce” żachnąłem się: „nie, znowu ten Eldredge”. Przypomniałem sobie jak kilka lat temu cały wieczór spędzony na kursie dla szefów Adalbertus spędziłem na dyskusji o „Dzikim sercu”, zobaczyłem oczami wyobraźni znowu te rozemocjonowane twarze, Eldredge albo śmierć niemalże. Pomyślałem, o nie! Tym razem żadne poetyckie wizje, inicjacje męskie, opowieści o wyprawach w canoo wzdłuż dzikiej rzeki, romantyczne teorie o wychowaniu nie przejdą. Dokonamy obnażenia tego, co kryje się za tym wszystkim. To duży chłopiec w facecie, to ucieczka w przygodę przed codziennością pod pretekstem wychowywania syna. My tu wiecie, wprowadzamy syna w życie, z kolegami jesteśmy, no tak, oni też z synami, o, tam się bawią, a my sobie tak spokojnie bez żon i matek pogadamy o polityce, futbolu, itp.

A przecież są tylko dwie proste recepty dla każdego ojca, tęskniącego za ojcostwem nie wiem czy duszą czy sercem, dzikim czy zwyczajnym. Mianowicie: CZAS dla dzieci, i po drugie POCZUCIE HUMORU.

Czas, aby co dziennie w miarę możliwości z każdym porozmawiać, chociaż chwilę, zachowując kontakt wzrokowy. Kiedyś jedna osoba przekonywała mnie, że nie ma znaczenia to, że ma mało czasu dla dzieci, ważna bowiem jest jakość tego czasu. A czas w weekend jest właśnie wysokiej jakości. Jakość – oczywiście, szczególnie jak czasu jest mało, lepiej aby był on wysokiej jakości. Przykładowo, w weekend lepiej pójść na wycieczkę pieszą do lasu, odwiedzić jakieś muzeum czy zaprzyjaźnioną rodzinę, niż siedzieć w domu przed telewizorem. Na pewno zawsze mieć jakiś PLAN spędzenia czasu. Jednak musi być jakaś ilość krytyczna, minimalne pensum czasu, którego lepiej nie przekraczać. Kilkakrotnie słyszałem opowieści ojców, którzy usiłowali od czasu do czasu pracować w domu (co może być trudne). Ich mali, kilkuletni synowie wpadali na chwilę tylko zobaczyć, że ojciec wciąż jest, odwzajemnia maluchowi uśmiech, po czym od razu chłopak odbiegał do swoich klocków czy samochodów. Tak było kiedyś. Ojciec siedział w kuźni czy jakiejś dajmy na to stolarni, syn zaglądał od czasu do czasu i znowu brykał z kolegami. Ojciec wpadał na obiad, potem wracał do pracy. Teraz taki układ zazwyczaj jest niewykonalny, ale to nikogo nie zwalnia z walki. Jednak przecież nie o to chodzi aby ojciec sobie był, i był kompletnie pasywny, zmęczony, zajęty swoimi sprawami. Chodzi nam tu o czas dla dzieci, dla każdego z nich. Codzienne zapytanie się o to jak upłynął dzień, spojrzenie w oczy, uśmiech, serdeczność, zainteresowanie się sprawami trochę młodszego człowieka.

Teraz o poczuciu humoru. Niektórzy uważają, że bez tego się po prostu w ogóle nie da! Wytrwać w małżeństwie i wychować dzieci. Pamiętacie Billa Cosby’ego i jego numery, lekko drwiącego z dzieci a czasami nawet mocno. O to właśnie by chodziło. Oczywiście nie każdy może, czy nawet powinien zachowywać się w domu jak Bill w swoim show. Ale popróbować nie zawadzi. Ci, którzy macie rodziny, rzecz jasna. Wielu czytelników tego bloga (spośród tych niewielu) to zadanie ma jeszcze przed sobą. To po co ja to piszę? Dla kolegów z pracy? Jeśli zechcą przeczytać, jasne. Piszę jednak przede wszystkim dla tych, którzy mają szansę zaplanować pewne sprawy od początku dobrze. Pamiętacie od czego wyszliśmy? Od tęsknoty męskiej duszy. To, do czego tęskni ta dusza, jak to sobie wszystko wyobraża, co planuje – jest niezwykle ważne. Działanie, zmiana zaczyna się od obserwacji, pewnej wizji, odpowiedniej motywacji.

Pomyślawszy to wszystko i napisawszy, muszę jednak stwierdzić, że dostałem kilka cytatów z tego Eldrege’a i on jest jednak niesamowity. Pisze on, że „męskość musi zostać nadana – może ją nadać tylko mężczyzna”. Albo „Nasze społeczeństwo produkuje w nadmiarze chłopców, a jednocześnie coraz mniej mężczyzn. Mężczyzna jest niebezpieczny.” I jeszcze np. „Cechą prawdziwego wojownika jest to, że służy on sprawie większej niż on sam”.

I co na to powiecie?

czwartek, 26 września 2013

Zobaczyłem skauting


Uważam, że poprzednia niedziela należała do naprawdę udanych. Na linii otwockiej mieliśmy serię rozpoczęć roku w szczepach. Uczestniczyłem w dwóch: w Józefowie i Falenicy, tym razem wyłącznie jako rodzic. Dwie córki i dwie różne jednostki. Miło było patrzeć i na rozentuzjazmowaną młodzież, poczynając od „delikatnych łapek”, i na młodych szefów, którzy kontynuują z coraz większą radością swoją służbę i tych nowych, którzy właśnie z ufnością ją podejmowali. I w końcu na rodziców, uśmiechniętych, rozmawiających ze sobą, robiących zdjęcia. W Józefowie jeden z ojców powiedział mi, że jego syn za Kubą Rożkiem, swoim drużynowym, poszedłby jak w dym. I o to chodzi! Prawda Kuba, że mówiłem Ci, że będzie tylko lepiej.

Wspaniale było widzieć przejścia wilczków do drużyny, a harcerek do ogniska przewodniczek, a w drużynie mianowanie nowych zastępowych i przysięgi wierności. Strasznie fajne to było, naturalne, takie jak być powinno. Nic to, że ktoś się zająknął czy pomylił. Ważne, że dziewczyny patrzyły w oczy swoim szefowym podczas obrzędów, z zaufaniem, jakie młodszy może mieć do starszego o kilka lat, który jest wyrocznią, wzorcem i przyjacielem. I tu i tam szczepowi, prawdziwi dorośli, nieinwazyjni, nie wyręczający swoich studentów w robieniu „show”, stonowani, przewidujący, takie „porządne firmy”.

Pomyślałem, Boże, jak cudownie. Jeśli dobrze pójdzie, ci młodzi ludzie rozsadzą swoją dobrą energią zasklepiałe, próchniejące, zardzewiałe struktury. Zobaczyłem skauting, który nie jest dziwnym miejscem wyżywania się w polu herod babek uwielbiających paranie się obróbką drewna i zajadających się przypaloną zupą z kociołka i grubo pokrojoną mielonką saperską, ale skauting, który pozwala rozwijać przeróżne talenty, stwarzając przestrzeń akceptacji, przyjaźni i radości życia, w którym odnajdują się nawet „delikatne łapki” stworzone do grania na skrzypcach, pianinie i delikatnego pociągania pędzlem po malarskim płótnie. Mówię Wam, miód z boczkiem.

Co prawda upłynął już grubo ponad tydzień, podczas którego nie miałem czasu, aby skreślić tych kilka zdań, ale i tak życie jest piękne.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Historia braku jednego "I"

Pod poprzednim wpisem nawiązała się pewna dyskusja (powiedzieć rozgorzała przy 7 komentarzach byłoby już może przesadą), ale jak na standardy tego okazjonalnego, co by nie mówić, bloga to nadzwyczajne. Jeszcze bardziej nadzwyczajne, że rozpoczęła się ona od mojej pomyłki, gdyż napisałem Jan II Sobieski, mając na myśli III. Od tego się zaczęło a doszliśmy do tego, że Jan III miał niezwykle interesujące poglądy na wychowanie dzieci a przykład kariery jego rodziny budowanej pracą przez kilka pokoleń może inspirować. Przyznam szczerze i bez bicia, że nie za dużo wiem na ten temat, gdyż w liceum zajmowałem się głównie historią XX w., na studiach paragrafami a potem zaczęło się życie. Tym większy odczuwam niedosyt wiedzy. To jest w ogóle paradoks, że dopiero z biegiem lat do człowieka docierają wydawać by się mogło banalne prawdy jak ta, że historia jest czy też powinna być nauczycielką życia. My nie znamy historii, a jeśli coś tam wiemy, to nie za dużo rozumiemy. Mówię o nas Polakach w ogólności, teraz dopiero dociera do nas, że trzeba sięgnąć głębiej a nie zadawalać się potocznym sądem (czytaj: uproszczeniem, mitem, kłamstwem). Jak śpiewa Tadek, „niech historia będzie fundamentem szlachetnych ambicji”. I biografie! Będę to drążył dla was do znudzenia, z uporem godnym lepszej sprawy. Tadek śpiewa mi jeszcze w samochodzie i to też jest jak znalazł:
Czemu mnie o Tobie w szkole nie uczyli?
Ktoś bardzo nie chce, by w tym kraju ludzie dumni byli,
Czas byśmy wreszcie grzech niewiedzy zmyli”.

Tymczasem, wracając do tematu, od którego zaczęliśmy - jestem pod wrażeniem wiedzy komentatorów. Sobieskiego nie wezmę na razie na warsztat (pamiętajcie, że leży tam już ledwo napoczęty Mickiewicz, a moje wakacje już się skończyły), ale chętnie opublikuję materiał o Sobieskim, jeśli ktoś miałby ochotę gościnnie tu wystąpić.
Cała ta drobna historia przypomina mi cytowanego tu kilkakrotnie Messoriego, który zwierzył się w wywiadzie, że kiedyś jakiś czytelnik powiedział mu, iż poruszyła nim jakaś myśl jego tekstu, która dla Messoriego była zupełnie marginalna, coś jak przecinek, i nie w tym upatrywał wartości swojego tekstu, a dla tego człowieka okazała się zupełnie fundamentalna i otwierająca w głowie jakąś klapkę. Dla Messoriego było to jak rażenie piorunem, gdyż uświadomił sobie, że mówiąc w skrócie, człowiek strzela pan Bóg kule nosi.
Więc jeśli będzie tekst o Sobieskim to pamiętajcie, że wszystko zaczęło się od braku jednego „I”.
A teraz jeszcze trochę w temacie i po linii. Z innego wywiadu udzielonego Plus Minus przez Michaela Palina, pisarza, aktora, jednego z założycieli Monthy Pythona.
„Pan należy do tych Brytyjczyków, którzy nie ukrywają swojej sympatii do Polski.
 
Bo lubię wasz kraj i nie uważam, żeby to było coś, czego mam się wstydzić. Mam tu przyjaciół. Kręciłem tu filmy. Dziwi mnie za to to, jak Polacy potrafią być zaskoczeni tym, że ktoś lubi wasz kraj.
To znaczy?
Na przykład – udzielałem wywiadu w waszej telewizji śniadaniowej i prowadząca zadaje mi pytanie: dlaczego lubi pan Polskę? Ale z takim wyrazem twarzy, jakby nie mogła uwierzyć, że Polskę można lubić.
Bo my tak już mamy. Lubimy, jak się nas nie lubi, bo wtedy możemy narzekać i marudzić.
Pewnie przez to Brytyjczycy dobrze czują się w towarzystwie Polaków. My też lubimy marudzić”.
„Bo my tak już mamy”. Dobre sobie. A skąd to nam się wzięło? Lubić jak ktoś nas nie lubi – zapytałem czy to możliwe moją najmłodszą córkę. Wyśmiała mnie. Racja, to czysty absurd, sprzeczne z naturą, logiką, zdrowym rozsądkiem. Za mało wiemy o Sobieskim i o wielu innych, o których wiedza może wzmagać „lubienie”, by rozumieć, jak być by mogło. Więc jak to jest – jest związek przyczynowy między nieuczeniem się w szkole o prawdziwych bohaterach a nielubieniem swojego kraju czy go nie ma?

niedziela, 18 sierpnia 2013

„Zwyczajny” bohater


Czas wakacyjnej, dosyć długiej, podróży moje dzieci umilały sobie oglądaniem po raz kolejny trzech dotychczas zekranizowanych części „Opowieści z Narni”. Młodzi bohaterowie przeniesieni w bajkowy świat, dziwnie jednak przypominający rycerskie eposy; świat, gdzie istnieje honor, zasady, rycerskość, odwaga, odpowiedzialność, przygoda, przyjaźń. Zgodnie z poglądem Chestertona, że „dobre bajki są więcej niż prawdziwe. Nie w sensie, że uczą nas, iż smoki istnieją, tylko że można je pokonać”. Miło było słuchać jednym uchem tych ładnych dialogów mądrej opowieści, a drugim, gwoli prawdy, „Szkiców piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego (dlaczego dopiero teraz zapoznaję się z tą fascynującą lekturą?). Trzeba tu przyznać, że niedużo wyszło nam z wakacji z bohaterami XX wieku, ale nasycenie Narnią też nie jest bez wartości.

Obiecałem sobie nie czytać gazet na wakacjach, a na pewno nie zabierać ze sobą jakichś tego rodzaju zaległości. W torbie z komputerem zaplątało się jednak co nieco, m.in. jeden z lipcowych Plusów Minusów z ciekawym wywiadem z amerykańskim psychologiem społecznym Philipem Zimbardo, autorem głośnej książki „Efekt lucyfera”. Przytoczmy fragment:
„Czy to znaczy, że w każdym społeczeństwie mamy około 10 procent ludzi, którzy chcą dobra, 10 procent tych, którzy czynią zło i bierną resztę, która pójdzie za tym, kto akurat przejmie inicjatywę?
Takie są mniej więcej proporcje: niektóre narody idą za Mahatmą Gandhim, inne za Adolfem Hitlerem. Nazwałem to efektem Lucyfera, ulubionego anioła Boga, który stopniowo przeistacza się w szatana. Tak może się stać z większością z nas.
Istnieje jednak również bardziej optymistyczny scenariusz: jesteśmy w stanie pójść w kierunku dobra. Od czego to zależy?
Ten drugi scenariusz, mechanizm przekształcenia zwykłego człowieka w bohatera, jest przez psychologów o wiele gorzej rozpoznany. Można wręcz powiedzieć, że nauka jest w tej sprawie na początku drogi: sam założyłem w San Francisco fundację, która zajmuje się badaniem bohaterstwa.
Psychologia przez dziesięciolecia koncentrowała się na mechanizmach zła. Chodziło o przeciwdziałanie zagrożeniom dla społeczeństwa. Właśnie dlatego wciąż wyobrażamy sobie, że to zasługa mężczyzn działających w pojedynkę na wzór średniowiecznych rycerzy. Nic bardziej mylnego. Bohaterskich czynów dokonują każdego dnia zwykli ludzie i to te czyny dopiero powodują, że stają się bohaterami. Wiemy o nich niewiele, bo bardzo rzadko interesują się nimi media. Najlepszym dowodem, jak mylne są nasze wyobrażenia o bohaterstwie, jest Irena Sendler, która wraz z kilkunastoma innymi pielęgniarkami stworzyła sieć pomocy dla żydowskich dzieci w gettcie, ratując ponad dwa i pół tysiąca osób. A przecież nie miała nic wspólnego z rycerzem na białym koniu!
Opisał pan niedawno przypadek uratowania w nowojorskim metrze człowieka, który upadł na tory. Dwieście osób stało bezczynnie na peronie – tylko jeden rzucił się mu na pomoc. Dlaczego akurat on?
Żadne względy socjologiczne tego nie tłumaczą: był to czarnoskóry ojciec dwójki dzieci, który poświęcił się, aby uratować białego. W naszych badaniach rozróżniamy dwa typy bohaterów. Pierwszy typ, w rodzaju mężczyzny z nowojorskiego metra, można nazwać impulsywno-reaktywnym: człowiek podejmuje decyzję błyskawicznie, nieraz bardzo ryzykowną. Drugi typ bohaterstwa ma charakter refleksyjny: to człowiek, który zbiera latami materiały o korupcji, buduje siatkę współpracowników i w końcu decyduje się ujawnić swoją wiedzę dla dobra społecznego. W obu przypadkach jedno jest wspólne: bohater czuje, że może zmienić rzeczywistość. Moja fundacja pracuje nad tym, jak przekonać ludzi, że mają moc zmiany. Każdy z nas w ciągu życia staje przed sytuacjami, w których może dokonać bohaterskiego czynu, ale najczęściej się na to nie decyduje.
Pańska definicja bohaterstwa polega na dokonywaniu przez jednostkę czynów w interesie wspólnoty, na odejściu od logiki egocentrycznej na rzecz socjocentrycznej. Czy to nie jest zasadniczo przesłanie Jezusa?
Zdecydowanie tak.”

Czytam to pamiętając wciąż przeczytany wiosną artykuł o Chestertonie, którego szczególnie ujmowała „polska tradycja rycerska (łącznie z wypływającym z niej stosunkiem do kobiet). Polacy byli dla niego narodem par excellence rycerskim, który w końcu XVIII w. został w wyjątkowo nierycerski sposób - trzech na jednego - napadnięty przez sąsiadów. Podziwiał nasze umiłowanie wolności przejawiające się w podejmowanych w XIX w. kolejnych zrywach powstańczych oraz, last but not least, nasz katolicyzm i wierność Kościołowi na przestrzeni dziejów”. W posłowiu do książki Kazimierza Pruszyńskiego „Poland” pisał, że: „Nigdy nie pominąłbym okazji, by oddać nawet niewielką przysługę Polsce – temu najbardziej wysuniętemu, najbardziej rycerskiemu i najbardziej zagrożonemu przyczółkowi rycerskości, permanentnie wszak zagrożonemu na tym świecie”.
To bardzo intrygujące słowa, angielski prześmiewca nie był typem naiwniaka, którego łatwo uwieść, ale bystrym obserwatorem i tęgą głową. Dlaczego przywołuję te cytaty? Bo one się ze sobą łączą, wynikają z nich pewne konkluzje, ale cierpliwości.

Przy okazji warto zwrócić jeszcze uwagę, że angielski pisarz niejednokrotnie dopominał się o skuteczną „propagandę polską w Anglii”. Wiemy, że słusznie i bezskutecznie. Apelował, aby pokazać Anglikom „pierwiastki romantyczne i heroiczne” w dziejach Polski i wskazywał na konieczność przygotowania sugestywnego zarysu historii Polski, „historii wielkiego cudu, który zdarzył się za naszych czasów w środku Europy”. Sam marzył, aby napisać książkę o Polsce, ale nie zdążył. Przeszkodą była jego śmierć. Mówiąc o cudzie, miał na myśli zmartwychwstanie Polski po 123 latach zaborów.

Minęło kilkadziesiąt lat a my nie mamy sugestywnego zarysu historii Polski nawet na swoje potrzeby. Istnieje podobno Muzeum Historii Polski, które nie może doprosić się o to, by obdarzyć je budynkiem i wegetuje jako byt niemal wirtualny. Podobno Duńczycy raz byli potęgą, za czasów wikingów, i eksploatują to na całej linii w programach nauki historii, muzeach, atrakcjach turystycznych, etc. Przedwczoraj rocznica Cudu nad Wisłą, którego muzeum też nie ma. Jest za to film „Bitwa warszawska 1920”, którego fragmenty po raz drugi obejrzałem z dziećmi w celach edukacyjnych. I nie wiem czy Hofman kpi czy o drogę pyta? Poziom dramaturgii budzi zażenowanie, gra aktorska to, no nie wiem, jakby oni wszyscy tam się nieźle bawili, wybuchali śmiechem po wyrecytowaniu tych papierowych tekstów. Natasza Urbańska z wybielonymi zębami w szpitalu polowym czy strzelająca z ckm-u – groteska. Czy oni to nakręcili, aby nas poniżyć? Czy nie widzieli żadnego porządnego filmu, nie wiedzą, jak to się robi? Szkoda słów.

Jak czytałem o tych „pierwiastkach romantycznych i heroicznych” przypomniało mi się przedstawienie na Bemowie, przypomniał Maurice Ollier, Francuz, który na zlocie Skautów Europy w 1994 r. na tle dziesiątek wieczornych ognisk, pięknego śpiewu przekonywał kilku dwudziestoparoletnich chłopaków z Polski: „Musicie zachodnim Europejczykom opowiedzieć o Waszej historii właśnie podczas takich ognisk. O królowej Jadwidze, Janie III Sobieskim, Cudzie nad Wisłą, bo oni nic o tym nie wiedzą i się nie dowiedzą”. (Maurice obczytał się o Polsce i zafascynował naszą historią, przed wylądowaniem na pamiętne styczniowe spotkanie i dyskusję o wstąpieniu do FSE). Jesteśmy być może najbardziej bohaterskim narodem w dziejach, i tych „pierwiastków” jest ogromnie dużo, jednak nikt tego na świecie nie wie. Tzn. kiedyś wiedziano, ale nowe pokolenia już nie pamiętają. Czy my sami o tym wiemy?

Jeszcze jeden cytat (podesłany z Internetu), choć może jest ich za dużo, ale same wpadają, szkoda się nie podzielić:
Kazimierz Brandys, "Miesiące" 1979
[...] Zdumiewa najbardziej myśl, że swoją prawdę naród tak umiejętnie chronił i przechowywał. Tak długo i tak umiejętnie. Nasuwa się ciężkie podejrzenie. Czy nie za pochopnie sądziło się tę masę, widząc w niej bezwład i słabość lub dopatrując się w jej zniewoleniu codzienną wegetacją – braku zasobów duchowych. [...] Znamy własną historię, co jednak nie oznacza, że zawsze potrafimy dostrzec jej piękno. A jest piękna. W dziejach Europy bodajże nie istnieje kraj, którego przeszłość miała tak niewiele win w stosunku do świata. Tuż obok przylegały do nas dwa narody o najposępniejszej historii. Niemcy i Rosja. Z dwóch stron Polska stanowiła pośrodku obszar praw i życia. Między schizofreniczną siłą Niemiec a obłąkaną pustką Rosji usiłował żyć naród, który przez długi czas brał serio najszczytniejsze zasady ludzkości – chrześcijaństwo, humanizm, demokrację, swobodę ludzkiej osoby i wiary – a po ośmiu wiekach płacił za swoje fantazmaty niewolą i śmiercią za wolność”.

Najszczytniejszymi zasadami ludzkości jest też ludzka solidarność i miłość bliźniego aż po oddanie swojego życia. Szkoda, że socjologowie do tej pory fascynowali się tym, jak się czyni zło a nie dobro. Prof. Zimbardo powinien też wnikliwiej zbadać, jak to jest, że jeden naród wybiera Gandhiego a inny Hitlera.

Wróciwszy z wakacji, dowiedziałem się, że w lipcu utonął człowiek, sąsiad można powiedzieć, mieszkał kilka ulic dalej, w sile wieku, żona, dzieci. Nie znaliśmy się, choć może gdzieś minęliśmy się w sklepie z pieczywem, w drodze do kościoła czy na spacerze. Dziecko topiło się w morzu bałtyckim. On był na spacerze z rodziną, wskoczył do wody, uratował je, przekazał następnemu człowiekowi w wodzie, lecz jego zabrała fala i już nie oddała. Św. Maksymilian Kolbe oddał życie za ojca rodziny, aby ten mógł żyć dla swoich dzieci. Ten nasz sąsiad oddał życie za kogoś, kogo nie znał, nie miał czasu na zastanowienie, obliczenie ryzyka, sporządzenie wykazu za i przeciw. Nie będzie już mógł żyć dla swoich dzieci. Powinien jednak żyć wiecznie w ich pamięci. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie ich cierpienia, to jest wielka tragedia, ogromna strata. Dlatego Jego syn powinien słyszeć po wielekroć, po wsze czasy, że jego ojciec był prawdziwym bohaterem, odważnym i dzielnym człowiekiem, któremu społeczeństwo winne jest uznanie a rodzina winna być opromieniona szacunkiem ludzkim i otoczona opieką. Cześć jego pamięci!

poniedziałek, 15 lipca 2013

Tolkiena kłótnia z Mickiewiczem o podstawy szczęścia małżeńskiego

Wreszcie wakacje. Nie dla wszystkich, ale nie narzekam-;) Przyjemnie skoczyć na lunch do Restro i zawsze spotkać jakiegoś znajomego mecenasa z poprzednich kancelarii. Atmosfera w tym Restro jak w Paryżu (i widzicie, tak to jest z Polakami, wszystko im wyrwali i ciągle gdzieś i do czegoś muszą aspirować). Po pracy ostatnie spotkanie na Placu Zbawiciela, który obrodził mnóstwem kafejek. Ludzie oblepiają krzesła, stołki i leżaki, dziewczyny wykrojone jak z żurnala, faceci sfruwający z biur w białych koszulach i sześćdziesięcioletni hipsterzy sączący coś zielonego przez słomkę. Tych legendarnych, co to wykuwają teraz nową frondę nie widziałem, ale to nie był wtorek. W samochodzie słucham Jacka Kaczmarskiego, takie greatest hits. Całkiem niezły ten Kaczmarski, zaiste wielkim bardem był bez dwóch zdań. Jeszcze nam jakiś wieczór kulturalny z tego wyjdzie kiedyś.
W jeden z tych wakacyjnych dni wbiegam do kuchni w pracy po kawę, a tu impreza. Kolega się ożenił, świętujemy. Zespół stoi, sączy z kubków, winszuje. Winszuję i ja. Jest czego, warto się ucieszyć z czyjegoś szczęścia, czyż nie?
To mnie zmobilizowało do poszukania fragmentu listu Tolkiena do syna, który ktoś kiedyś wrzucił wiadomo gdzie w sieci. Może nie byłem wystarczająco zdeterminowany, ale nie znalazłem. Za to kupiłem sobie na taniej książce te Listy i bez problemu od razu odnalazłem to, czego szukałem. O fragment poniżej właśnie mi chodziło:
„Prawie wszystkie małżeństwa, nawet te szczęśliwe, są błędami: w tym sensie, że prawie na pewno (w doskonalszym świecie lub przy nieco większej ostrożności na tym, bardzo niedoskonałym) oboje partnerzy mogliby sobie znaleźć odpowiedniejszego towarzysza. Lecz „prawdziwa bratnia dusza” to ta, za którą się wyszło. My prawie nie dokonujemy wyboru: robi to życie i okoliczności (chociaż jeśli istnieje Bóg, muszą to być jego instrumenty lub pozory). (…) Jedynie w niezwykle rzadkich szczęśliwych przypadkach łączą się ze sobą mężczyzna i kobieta, którzy naprawdę są sobie jakby przeznaczeni i zdolni do wielkiej, wspaniałej miłości. Ta możliwość wciąż nas oszałamia, chwyta za gardło: powstało na ten temat mnóstwo wierszy i opowieści, prawdopodobnie więcej niż istniało takich miłości w prawdziwym życiu (a jednak najwspanialsze z tych opowieści nie mówią o szczęśliwym małżeństwie wielkich kochanków, lecz o ich tragicznym rozdzieleniu; jakby nawet w tej sferze to, co prawdziwie wielkie i wspaniałe w tym upadłym świecie, było bardziej osiągalne przez zawód i cierpienie). W takiej wielkiej, nieuniknionej miłości, często miłości od pierwszego wejrzenia, doznajemy chyba wizji małżeństwa, jakim powinno ono być w nieupadłym świecie. W tym upadłym świecie naszymi jedynymi przewodnikami są rozwaga, mądrość (rzadka w młodości, zbyt późna w starości), czyste serce i wierność woli (…)”.
Wiem, że nie lubicie przydługich cytatów, ale skoro już znalazłem-;) Tak właśnie uważam, że Tolkien może mieć rację. Szukasz kochany księżniczki a ty dziewczyno księcia na białym koniu, zaglądasz do wszystkich lokali w śródmieściu a tu ani dudu. Nie mówię, żeby brać pierwszego, który się nawinie, zagryźć wargi, przełknąć ślinę, przed ołtarz i jakoś to będzie. Jednak z drugiej strony czy nie za dużo tych wyidealizowanych oczekiwań, poszukiwania osoby z jakimiś wymyślonymi atrybutami i cechami osobniczymi. Za nami wszystkimi wleką się gdzieś te wszystkie filmidła, te romantyczne, nierealne historie. Jak gdyby jedyną podstawą sukcesu było tylko i właśnie to: znalezienie odpowiedniej osoby. I koniec historii, dalej idylla, żyli długo i szczęśliwie. Otóż nie, tak nie jest. Miłość (podobnie jak życie samo) jest zadaniem. Jeśli wierzymy w człowieka, w to, że może wciąż iść do przodu, doskonalić się, zmieniać, stawać się coraz lepszą wersją samego siebie - to nie możemy wszystkiego zwalać na miłość rozumianą jako uczucie. Chyba człowiek coś może, czy tak? Ma rozum, wolę, może swoją miłość ożywiać, może rozwijać, budować, może starać się ją wzbudzić wreszcie, bo i tak może się zdarzyć. Drażni mnie już ten nachalny przekaz, że człowiek jest niewolnikiem swoich uczuć, zakochał się, odkochał się. Zakochał się, dobrze – żeni się, odkochał się – rozwodzi się. Miłość dziś jest, jutro już jej nie ma.
Oczywiście Tolkienowi odpowie Mickiewicz, że „W wiekach średnich kobieta w swojej sypialni modliła się za tę samą sprawę, za jaką mąż walczył na polu bitwy, i była pewna, że tem pomaga mężowi. Byli więc potrzebni jedno drugiemu; zmierzając do jednego celu, służąc jednej sprawie, czuli się w spółce duchowej.” Jedność małżonków duchowa, co do pragnień i celów, odczuć i ocen jest niewątpliwie czymś wspaniałym. Ale to nie pojawia się ot tak. To się buduje. Przed ślubem i po ślubie. Nie wypada w imię wydumanego ideału zbyt długo zwlekać z podstawowym zadaniem człowieka: założyć rodzinę, wychować dzieci.
A zatem panowie i panie studenci, rozejrzyjcie się podczas wakacji. Nie każdy musi jechać do dalekiego Torunia na studia podyplomowe, by znaleźć wybrankę.
I jakby tego było mało, kilka dni temu odebrałem telefon. Od M., starego druha z mojej drużyny. Lata się nie widzieliśmy, właśnie się ożenił. No, miły był ten telefon. Warto było trudzić się na tym wtedy końcu świata, pod wiatr i pod prąd. A w piątek Św. Brunona z Kwerfurtu. Historia z obraniem Brunona za patrona drużyny obrosła już legendą i faktycznie nie ma tu przesady. Pozdrawiam szczególnie wszystkich brunoniaków.

niedziela, 30 czerwca 2013

Bauman syn Adama

Trwa festiwal prof. majora Baumana w mediach wywołany przypomnieniem jego przeszłości oficera Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jednostki, przypomnijmy, której głównym celem było zwalczanie polskiego podziemia niepodległościowego i zaprowadzanie sowieckich porządków na polskiej ziemi (bo prawdziwej Polski już nie było).
Zwrócę tu uwagę tylko na jedną, wydaje mi się, interesującą rzecz. Bauman jest guru środowisk lewicowych, w większości swoich licznych książek odmienia przez przypadki taką oto zasadniczą myśl: wszystko jest płynne, ewoluuje; normy, zasady, reguły nie są stałe; nie ma jasnych granic, pojęcia takie jak dobro – zło, prawda – kłamstwo są w zupełności względne. Już nic nie wiadomo, jest chaos ale ładnie, uczenie i modnie się nazywa: ponowoczesność, płynna nowoczesność, czy też moralność ponowoczesna.
Zwracałem już uwagę na tym blogu na wpływ biografii na dzieła, koncepcje i myślenie m.in. na przykładzie Sienkiewicza. W Polsce biografistyka w tej chwili, oprócz kilku chlubnych wyjątków, jest w opłakanym stanie. Szkoda. Czytanie biografii jest niezwykle pouczające. Rodzi się bowiem pytanie: jak bardzo służba w KBW wpłynęła na stworzenie socjologiczno-filozoficznej koncepcji rozmywającej wszystko, którą Bauman w sposób bardzo zręczny rozwija na różne sposoby w swoich książkach? Jak inaczej usensownić swoją biografię, jak intelektualnie wyjść z twarzą dla samego siebie? Często - konceptualizując, tworząc misterną, wielopiętrową konstrukcję intelektualną uwodzącą samego siebie.
I nie chodzi tu nawet o Baumana. Nie słyszeliście gadek, o tym, że dzieci będą szczęśliwsze, kiedy rodzice wreszcie się rozwiodą, bo źle jest trwać w fałszu, kiedy uczucie wygasło… Chodzi zatem o każdego z nas, "syna Adama" żyjącego w tym, jak mawiał Tolkien, upadłym świecie.

piątek, 28 czerwca 2013

Nauczyciel-Mistrz


Rok szkolny kończy się, najwyższy czas na obiecany post o nauczycielach. To jeden z najważniejszych i najpiękniejszych zawodów, a w Polsce jeden z najbardziej zdeprecjonowanych i niedocenionych. Nauczyciel, nie dość, że mu mało płacą, to musi trudzić się z nieswoimi dziećmi, które są często rozkrzyczane a on nawet nie może ich wyrzucić za drzwi, by nie podniosło się larum rodziców. „Obyś cudze dzieci uczył” – mawiano. Nie zazdroszczę, ciężki chleb. Tym bardziej winniśmy wdzięczność dobrym nauczycielom, naszym nauczycielom i nauczycielom naszych dzieci! Drodzy nauczyciele, dziś mówimy Wam wielkie dziękujemy!
Ja wspominam wielu swoich z rozrzewnieniem. Pani Tukalska od polskiego w podstawówce na zawsze wbiła nam w głowy, że najpierw jest imię a potem nazwisko. Do dziś drażni mnie jak jakiś naganiacz nagrywa mi się na komórkę „Tu Andrzejkowski Jan”. Z kolei dzięki profesorowi Wasilewskiemu z liceum przeczytałem dokładnie wszystkie lektury z wyjątkiem „Miłosierdzia gminy” Konopnickiej (bo byłem wtedy chory). Pani Poleszczuk agitowała za moją kandydaturą na prezydenta szkoły, a wielu innym zależało po prostu na tym, aby coś tam zostało w tych pustych głowach.
Nie wszyscy nauczyciele wiedzą, jak potężną rolę mogą odegrać. Relacja mistrz – uczeń to jedno z najbardziej fascynujących doświadczeń. Mistrzowi powinno zależeć na uczniu, widzi w nim potencjał, diament, który należy oszlifować; powinien chcieć wykrzesać ukryte możliwości, zainspirować i tchnąć entuzjazm w zdobywanie wiedzy i pokonywanie samego siebie. Uczeń, który rozumie i czuje, że odnosi sukcesy, pokonując samego siebie, swoje lenistwo, ociężałość i wygodnictwo, idzie do przodu i zadziwia sam siebie i ludzi wokół. Mistrzowi zależy na uczniu, ekscytuje się jego sukcesami jak własnymi. Mistrz miewa słabość do swoich najlepszych uczniów, jest im w stanie wiele wybaczyć w zamian za to, że nie odzierają go z resztki złudzeń, że to co robi ma sens, że nie jest rzucaniem grochu o ścianę. Aby chcieć wysilać się w swojej pracy, trzeba widzieć chociaż jedne oczy słuchające ze zrozumieniem lub co najmniej życzliwością.
Problemem naszych szkół jest jednak jeszcze coś innego. To, o czym pisał Mickiewicz (tak, ten sam, co do którego uparłem się, że ma się kurzyć do wakacji na szafce nocnej). „Nie uczy się ludzi, jak być ludźmi, a uczy się ich wszystkiego innego; im zaś nigdy tyle nie zależy na reszcie, co na tym, aby być ludźmi. Zależy im wyłącznie na umiejętności jedynej rzeczy, której się nie uczą”. „Jak żyć?” – jedno z najważniejszych pytań, zaraz po pytaniu: „Po co żyć?” Tak, tak, wszyscy szukają sensu, a nawet, nie bójmy się tego słowa - mądrości. Nauczyć fachu, przekazać wiedzę – ważna sprawa, udostępniać mądrość – jeszcze ważniejsza.
Miałem i mam wielu mistrzów w różnych dziedzinach. Wielu w pracy, od których uczyłem się jak uprawiać zawód. Cały czas się uczę. Wspomnę tu o jeszcze kilku innych. Maurice Ollier – mentor, uczył nas czym są a czym nie są Skauci Europy. Pamiętam jak jednego razu podczas Eurojamu w Viterbo zapytał, czy nie chcielibyśmy zobaczyć jak wychowują się kobiety z charakterem. Poderwaliśmy się na równe nogi, by skorzystać z tego uśmiechu losu i zobaczyć obóz francuskich przewodniczek. A potem napięcie tylko rosło. Licznym rozmowom z Maurice’m dużo zawdzięczamy.
Rafael Pich – wykładowca MBA w IESE i twórca kursów dla rodziców w Akademii Familijnej. Piętnował „babiloński styl nauczania”, przekonany, że najwięcej rodzicom pomogą inni rodzice dzieląc się swoim doświadczeniem, a nie facet z doktoratem oderwany od biurka.
Na temat innowacyjności słuchałem absolutnie genialnych prezentacji, przewietrzających czaszkę, poszerzających horyzonty. Jednak największą lekcją, jaką w tym względzie kiedykolwiek otrzymałem była rozwinięta na zaskakujących przykładach przez śp. Mecenasa dewiza działania „bez konserwatywnej trwogi”.
Mógłbym jeszcze długo, ale nie będę tu się więcej rozwodził i udawał, że zajmuję się na co dzień podobnymi rozmyślaniami a nie czytaniem przepisów i pisaniem umów. Zakończmy reklamą dwóch filmów, które polecić można nie tylko nauczycielom ale i wszystkim kandydatom na „mistrzów” (np. akelom, drużynowym, i wszystkim wychowawcom na letnich obozach).
 
Pierwszy to „Człowiek bez twarzy” z Melem Gibsonem jako oszpeconym w wypadku nauczycielem, który pomaga dwunastolatkowi w zdaniu egzaminu.
Drugi to „Klub imperatora” z Kevinem Kline’m grającym nauczyciela, który chce uczniom przekazać nie tylko wiedzę ale i zasady. Film bez taniego happy endu.