Serdecznie witam na blogu „Jeszcze w zielone gramy…” i zapraszam do jego odwiedzania. Blog powstał w czasie, gdy byłem naczelnikiem Skautów Europy w Polsce, jako dodatkowy sposób komunikacji z szefami (której cały czas miałem wielki niedosyt). Od tego czasu zmienił nieco oblicze i stał się bardziej uniwersalny i wielotematyczny. Teraz jest miejscem, gdzie w nielicznych wolnych chwilach między intensywną pracą zawodową, absorbującym życiem rodzinnym i całą masą innych ważnych spraw staram się zamieszczać materiały, mogące być interesującymi lub użytecznymi, w zamierzeniu przynajmniej, zarówno dla młodych ludzi, jak i tych bardziej dojrzałych w latach, którym lwią część życia pochłania praca i rodzina. Jednak większość tematów, mam nadzieję, może zainteresować każdego. Znajdziecie tu m.in. wpisy dotyczące rozwoju osobistego, wychowania, relacji małżeńskich, bieżących spraw społecznych, recenzje filmów, wypisy z lektur, obserwacje obyczajowe, prawdziwe historie. Samo życie. Aha i jeszcze jedno, choć źródłem lub przyczyną wielu wpisów będą inni, którym niniejszym bardzo dziękuję, odpowiedzialność za zamieszczane treści ponosi wyłącznie autor.
Miłej lektury! Z pozdrowieniami, Zbigniew Korba

środa, 22 czerwca 2011

Katolicki oksymoron

Powstaje tutaj katolicki oksymoron, co może potwierdzić każdy, kto tego doświadcza: bezkompromisowość co do zasad i miłosierny pragmatyzm w obliczu konkretnej rzeczywistości. Jak dobry, stary proboszcz, który grzmiał z ambony, a był wyrozumiały i serdeczny w tajemnicy spowiedzi. Katolicka hipokryzja? Nie opowiadajmy głupot. To zasłużony realizm dotyczący ludzkiej kondycji, zdolność otwierania się na życie i jego nieskończenie wiele przypadków, czego w swoim fanatyzmie nie znają współczesne ideologie. Mówią one, że kochają człowieczeństwo, ale odrzucają - o ile nie nienawidzą - konkretnego człowieka i jego małą wielką historię.

Jest pewna tragiczna anegdota, która zawsze mnie poruszała: Robespierre, niezniszczalny apostoł laickiej ascezy, moralności narzuconej masom w imię swojej abstrakcyjnej cnoty wysłał na gilotynę tysiące osób. Kiedy padło na niego i przybył na plac na dwukołowym wózku przeznaczonym dla skazańców, po raz pierwszy zobaczył narzędzie śmierci! Z trudem orientował się, gdzie było zainstalowane i tylko teoretycznie - jak działało. Ci, których wysłał na tę scenę, nie byli konkretnymi mężczyznami i kobietami, nie byli ciałem i krwią, radościami i smutkami, pragnieniami i lękami, młodzi i starzy z imieniem oraz nazwiskiem. Byli tylko symbolami, abstrakcyjnymi przedstawicielami zła, w pojęciu doktrynalnej etyki. Wszystkie te obcięte głowy (jedenaście tysięcy w ciągu zaledwie jednego roku) nie były niczym innym, jak dossier, pod którym ten kapłan boskiego rozumu złożył swój podpis, bez problemu sumienia, co więcej, przekonany, że służy sprawie doskonałego społeczeństwa.

Tymczasem chrześcijaninowi chodzi o wskazanie ideału, o nierezygnowanie nigdy z niego. O trud osiągania tego ideału zawsze, a jednocześnie gotowość zrozumienia słabości natury zranionej grzechem pierworodnym, okazywanie konkretnej osobie (zwróć uwagę: począwszy od nas samych) cierpliwości samego biblijnego Boga, który potrafi czekać, smuci się, raduje, czasem wręcz żałuje (…).

Vittorio Messori w wywiadzie-rzece „Dlaczego wierzę” str. 388

0 komentarze:

Prześlij komentarz