Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 maja 2025

Habemus Papam

 

Niesamowity wieczór. Ponad wszelkie oczekiwania, loterie, spekulacje. Zaskoczenie. Już w drugim dniu, prawdopodobnie w czwartym głosowaniu został wybrany nowy papież. Gdy wyczytywane jest jego imię, niektórzy myślą, że to może kard. Sarah, też Robert przecież, Prevosta nie kojarzą. Nie pisała o nim w ogóle prasa, nie huczały Internety. Idealnie sprawdziło się powiedzenie, że kto wchodzi papieżem, wychodzi kardynałem. Katolicki świat wstrzymał oddech. Ale chwilę wcześniej? Widzieliście tych radosnych kardynałów o różnych kolorach skóry, z różnych kontynentów, tłoczących się na sąsiednich balkonach. Oni byli podekscytowani tą niespodzianką dla Kościoła, swoim wyborem. Nie zafrasowani, że co my zrobiliśmy, jak to będzie, etc. Nie. Spójrzcie na nagraniu na te twarze: są roześmiane, pełne nadziei i zdrowej radości.

Amerykanin. Misjonarz, biskup w Peru, augustianin, ostatnio szef dykasterii ds. biskupów. Urodzony w Chicago, pochodzenie ze strony ojca francusko-włoskie, ze strony matki hiszpańskie. Studiował matematykę, był i nauczycielem, i zaangażowanym w zwyczajne duszpasterstwo, i w zarządzanie jako prowincjał zakonu. Na misjach, ewangelizator, zna i bogatą Amerykę Północną, i biedną Południową. W Rzymie od dwóch lat. Co za droga życia, tak wiele doświadczeń, tak różnorodnych a wszystkie adekwatne, przydatne.

Wielu ludziom zakręciła się łza w oku zobaczywszy na balkonie Bazyliki Św. Piotra człowieka skromnego, spokojnego, o łagodnym i inteligentnym wyrazie twarzy. O twarzy ascetycznej, oczach współczujących. Czy poczuliśmy, że Duch Święty kieruje losami Kościoła, czy uwierzyliśmy znów, że Pan nie porzuci swego Kościoła? Oczywiście przywódców państw, Kościoła, postaci na stanowiskach decyzyjnych – oceniamy po decyzjach podjętych, po ich skutkach. Poza tym, kimże jesteśmy by oceniać, trawestując znany cytat. Jednak już pierwsze gesty, słowa, obrazki w wielu tchnęły nową nadzieję.

Przede wszystkich piękne słowa o pokoju, którymi przecież Chrystus zwracał się po Zmartwychwstaniu do apostołów, Marii Magdaleny i innych: „Pokój Wam”. Nowy papież zapisał odręcznie co chce powiedzieć, przed sobą miał kartki. Czyż nie wspaniale? Czyż nie ulga, mając w pamięci wiele improwizowanych wypowiedzi, które wywoływały w ostatnich latach sporo zamieszania. I imię – Leon XIV. Lew, który broni, który jest łagodny ale jak trzeba umie zaryczeć. I nawiązanie do poprzedników, szczególnie Leona XIII, mocnej persony, odważnie odpowiadającej na wyzwania swoich czasów, również na niwie nauki społecznej, czyli zajmowania się „tym światem”. Wiele o miłości Boga, podziękowanie i wspominanie papieża Franciszka, mocne słowa: „Zło nie zwycięży”, i wreszcie wspólna modlitwa do Maryi.

Wielu ucieszyło się podobieństwem fizycznym do Jana Pawła II, inni tradycyjnym strojem na takie okazje, jeszcze inni cytatem ze Św. Augustyna i bardziej ogólnie bycie jego duchowym synem i uczniem myśli tego wielkiego świętego, jak jeden z jego niedawnych poprzedników na Stolicy Piotrowej. Cóż za bogata osobowość, przeplatające się motywy i nawiązania. Czyż nie tego oczekujemy: ciągłości i twórczej odpowiedzi na nowe wyzwania, dzięki zanurzeniu w dorobek pokoleń? I fakt, że nie powiedział nic po angielsku, aby nie dawać asumptu do czegoś tam. Czegoś, dlaczego nawet jego rodzony brat od zawsze był przekonany, że „Amerykanin nie może zostać papieżem”.

Został. I oby prowadził pewnie Łódź Piotrową.

piątek, 5 lipca 2024

Maurice Ollier R.I.P.

 

Eurojam Viterbo 1994, po lewo Maurice Ollier, mini-szkolenie dla delegacji polskiej

Dzisiaj nad ranem zmarł Maurice Ollier. Wielki, mądry a przy tym skromny człowiek, przyjaciel Polski i Polaków, osoba, która położyła wielkie zasługi dla powstania Skautów Europy w Polsce. Miał osiemdziesiąt lat, dobre życie i piękną śmierć. Odchodził powoli przez kilka dni, podczas których u jego „łoża śmierci” zgromadziła się cała jego rodzina, dzieci i wnuki, które towarzyszyły mu w przejściu do lepszego świata.

O tym wszystkim informował nas Zbyszek Minda, który z Maurice’m był najbliżej i na początku, i w ostatnich latach, a teraz w bieżącym kontakcie z jego dziećmi. Zamieścił już piękne wspomnienie na swoim blogu, do którego odsyłam Tutaj.

Pozwolę sobie na kilka refleksji i wspomnień z mojej strony, a na końcu zamieszczam fragment większej całości, nad którą od jakiegoś czasu pracuję.

Maurice’a poznaliśmy w styczniu 1994 roku w Warszawie. Przyjechał z delegacją na negocjacje dotyczące naszego ewentualnego wstępowania do Federacji Skautingu Europejskiego. Cytował jak z rękawa przykłady z historii Polski, od Królowej Jadwigi po Jana III Sobieskiego, wyznał, że przed przyjazdem przeczytał dużo książek o Polsce. Dwa lata później będąc u niego w domu zobaczyłem ten stos, miał jakieś 70 centymetrów wysokości.

Potem był Eurojam w Viterbo i w Le Puy, gdzie Maurice cały czas nas edukował. Mieliśmy mini-szkolenie na obozowisku w Viterbo, najlepsze jednak były wieczorne rozmowy albo rajd do obozowiska dziewczyn, gdy Maurice tłumaczył nam różnice w wychowaniu dziewczyn i chłopaków. Mam wiele scen przed oczami, ciągle żywych. Wieczór, zachodzące nad koronami drzew słońce, odgłos cykad i dziesiątki ognisk harcerskich, przy których rozbrzmiewa radosny, młodzieńczy śpiew, okrzyki, entuzjazm tak jak tylko Skauci Europy potrafią. Idziemy w kilku z Maurice’m, który nagle przystaje i jakby nasłuchuje, po czym odwraca twarz w naszą stronę:

- Widzicie? Słyszycie to? Jeśli chcecie coś zrobić dla Polski, opowiedzieć ją młodym ludziom z innych krajów, podzielić się piękną historią, uświadomić, bo oni przecież nic, ale to nic o niej nie wiedzą, możecie to zrobić przy takich ogniskach.

Wycieczka do obozu przewodniczek, Viterbo 1994

Kolejna scena, jakże profetyczna, gdybyśmy mieli jakiegoś poetę w naszym gronie, powinien powstać o niej przejmujący wiersz. Jest 1996 rok, wielka pielgrzymka Skautów Europy z okazji 1500-lecia chrztu Francji. Jesteśmy tam całym autokarem z Polski. Czekam z Maurice’m na wielkiej łące pod lasem, gdzie ma powstać obozowisko. Nagle podjeżdżają autokary, może dwadzieścia, może trzydzieści, dużo. Wysypują się z nich wędrownicy i przewodniczki, a z każdego z autokarów dodatkowo kapłan. Jeden w szarym habicie, drugi w białym, trzeci w brązowym, a z czwartego ksiądz w czarnej sutannie. Jest ich kilkudziesięciu, tyle ile autokarów. Ten widok jest niesamooowity! Robi na mnie wrażenie, Maurice to widzi i oczywiście natychmiast wykorzystuje aby wygłosić krótką pogadankę. Że służymy Kościołowi, dając marynarzy, którzy zaciągają się pod różne bandery, że skauting nie buduje swojego okrętu, płynącego przez życie pod swoją, odrębną banderą. Nie. Wychowujemy ludzi dla ruchów, dla różnych miejsc w Kościele i w społeczeństwie, którzy idą w życie w te różne miejsca i mają je zmieniać. I ta różnorodność duchowości, powołań, jest oznaką zdrowego ducha, tego że dobrze pełnimy służbę, realizujemy naszą misję. On mówi to o organizacji francuskiej, ale dobrze wiem, że mówi to dydaktycznie, z zamysłem, w dobrej wierze, przekazuje wszystko co wie, dzieli się doświadczeniem, esencją, że może Polska pójdzie tym tropem, że coś w tych głowach słowiańskich może zostanie. Szkoda że tak słabo znam francuski, szkoda, że nie mogę wszystkiego, w detalach wyłapać z jego wypowiedzi, które są uprzejme, dostosowane do słuchacza, powtarza najważniejsze tezy, gestykuluje, upewnia się, że przekaz dociera. Wiele razy potem jeszcze o tym usłyszymy: nie statek, lecz marynarze pod różne bandery. Ten widok autokarów i wielkiej różnorodności kapłanów, najpewniej w większości byłych szefów skautów Europy, jest tak ilustracyjny, tak mocny!

Pielgrzymka do Reims, 1996, fajne zdjęcie Maurice'a z moją przyszłą żoną 
(szkoda, że ja nie mam takiego-;))

„ (…)

Pierwszy wyjazd na obóz szkoleniowy Charlemagne do Francji, kwiecień 1995

Wyjechaliśmy we dwóch Zbyszek Minda i ja. Mieliśmy wziąć udział w międzynarodowym: francusko-niemieckim obozie szkoleniowym Charlemagne, Karol Wielki. W miejscu szczególnym go wiosce gdzie urodziła się Joanna d’Arc. Cali Francuzi, za to ich od początku polubiliśmy. Symbole, genius loci, detale, w których kryje się sens, nazwane detalami jedynie dla niepoznaki. Najpierw jednak Święta Wielkiej Nocy z rodziną Maurice’a Ollier’a. Zapowiadało się świetnie, i tak też było. Dojechaliśmy w Wielki Piątek. Jeszcze w Wielki Czwartek byliśmy wieczorem na liturgii u Dominikanów na Freta w Warszawie. Wspaniała liturgia, ale to „tylko” Wielki Czwartek, wiadomo najbardziej normalna msza w porównaniu do liturgii kolejnych dni. W piątek Maurice zabrał nas w centrum Paryża do kościoła blisko jego biura, w którym zostawiliśmy plecaki. Na liturgii średnia wieku grubo po rozpoczęciu wieku emerytalnego, wszyscy siedzą, cały czas siedzą. Na koniec Komunia Św. Kapłan szybko usiadł a rozdawały ją dwie kobiety, jedna ubrana w dżinsy i długi, wełniany, rozwleczony sweter. Druga, nie lepiej. Byliśmy w ciężkim szoku. Po opuszczeniu kościoła musieliśmy mieć nietęgie miny, bo Maurice zaraz powiedział, żebyśmy się nie martwili, jutro zabierze nas na liturię w swojej parafii, gdzie jest normalniej, prawie tak jak w Polsce. To „prawie” trochę nas zaniepokoiło, ale byliśmy i tak pełni ogólnego podekscytowania.

Maurice odbiera nas od Laurent'a Wallut'a, Paryż 1995

Następnego dnia faktycznie udaliśmy się do parafialnego kościoła w Elancourt, miejscowości na przedmieściach Paryża, zbudowanego wśród wielkich bloków z płyty. Trochę nas zdziwiło, że we Francji, którą dotąd znaliśmy z domków i domów istnieje osiedle przypominające Ursynów. Okazało się, że we Francji też rządzili socjaliści, wprowadzając na swoją modłę podobne pomysły jak w krajach bloku komunistycznego. Tu było ładniej, więcej zieleni, czysto ale jednak duża gęstość zaludnienia i wiele pięter.

Kościół był szerszy niż dłuższy i właściwie nie miał prezbiterium. Na liturgii Wielkiej Soboty było wielu ludzi, dużo młodzieży, normalna służba liturgiczna, śpiewy. Na koniec uderzyło nas tylko to, że zaraz po zakończeniu liturgii, zanim jeszcze kapłan i asysta liturgiczna doszli do zakrystii, tłum zaczął niesamowicie głośno gadać. Piszę „gadać”, ponieważ zgiełk zrobił się niesamowity, wszyscy w jednym momencie zaczęli ze sobą rozmawiać. To był zgrzyt. Maurice znowu kątem oka zauważył, że my to tak odebraliśmy, jako zgrzyt właśnie. Jakimż on był bacznym, wrażliwym obserwatorem i wspaniałym gospodarzem zainteresowanym samopoczuciem nawet tak młodych gości! Maurice zagadnął do nas od razu jak wyszliśmy na zewnątrz.

- Wiem, wiem. Poczekajcie, jutro zabiorę was w jeszcze inne miejsce. Jestem pewien, że tam wam się spodoba.

Następnego dnia, w niedzielę wielkanocną, ruszyliśmy samochodem poza miasto. Jechaliśmy dłuższą chwilę wśród pól, lasów i łąk, by dotrzeć do małej miejscowości na jeszcze dalszych obrzeżach Paryża. Dotarliśmy do kościoła, otoczonego niezliczoną ilością zaparkowanych samochodów.

Wchodzimy do środka, a tam pełen kościół, mnóstwo młodych ludzi, młodych małżeństw, granatowe kurtki i płaszcze, malcy w krótkich spodenkach, Francja elegancja. Ktoś rozdaje teksty pieśni. Po chwili zaczyna się Msza Św. Piękna asysta, kilkunastu ministrantów w białych albach, świece, kadzielnica, i skupiony młody kapłan, dyskretnie pozdrawiający uśmiechem zgromadzonych. Msza była wspaniała, Paryż wart był Mszy, to znaczy przyjazd tutaj był tego wart, pomijając wszystko, nawet ze względu na tę jedną Mszę. Była to zwyczajna Msza, taką jaką znamy z naszych kościołów, ale odprawiana bardzo nabożnie, na której wszystko było jak należy od początku do końca. Uroczysta, okadzenie, świece krążące od ołtarza do ambony. I kazanie, płomienne. Ksiądz miał małe karteczki, kilka, na których najwidoczniej miał wynotowane punkty, które rozwijał. Ludzie zasłuchani. On precyzyjny, tłumaczący starannie aby być dobrze zrozumianym. Krótko, mimo niedzieli. Śpiew – znakomity! Wychodzimy poruszeni, w megapozytywnym nastroju, na pewno widać to po nas. Maurice uśmiecha się, chce zadać „rozstrzygające pchnięcie szpadą”.

- Chodźcie ze mną, jeszcze jedna rzecz.

Idziemy do zakrystii. Ksiądz już rozebrany z ornatu i alby, podchodzi od razu do Maurice’a. Witają się serdecznie, zagadują, po czym Maurice odwraca się od razu w naszą stronę i przedstawia nam kapłana.

- To ksiądz Pierre. Był skautem i drużynowym w naszym hufcu.

Tak! Wiedział jak nas podejść, jak rozłożyć na łopatki, jak totalnie zdobyć. Przybijamy piątkę, wymieniamy jakieś krótkie uwagi i pozdrowienia. Wychodzimy.

Jesteśmy pod wrażeniem. Znowu, trochę więcej rozumiemy o co tu chodzi. O co chodzi z tymi Skautami Europy, jakich ludzi ten ruch wychowuje i ma wychowywać. Jaki jest jego cel. Jesteśmy zmotywowani do działania.

Pielgrzymka do Reims, 1996, posiłek, 
jak widać Maurice wykorzystuje każdą chwilę na przekazywanie swojej wiedzy

Maurice jest człowiekiem, który położył wielkie zasługi dla powstania skautingu europejskiego w Polsce. Chciałem napisać „może i największe”, ale po namyśle nie chcę oceniać, wydawać sądów, itd. każdy ma swojej zasługi, niechaj policzone zostaną tam po drugiej stronie. Chciałem tak napisać bo oczywiście były osoby bardziej zaangażowane, czasowo na pewno, decyzyjne, ówcześni komisarze federalni: Gildas Dyevre, potem Pierrette Givelet, sekretarz federalny Jeanne Taillefer, niestrudzony Laurent Wallut, Jacques Mougenot i wielu innych. Jednak osobą, która najbardziej rozumiała, że Polska to nie Francja, najumiejętniej tłumaczyła i najgłębiej rozumiała i mówiła o niuansach był Maurice Ollier. Wtedy jako doradca właściwie, poproszony o tę misję, rewitalizowany ze skautowej emerytury. Jak mieliśmy się dowiedzieć później, człowiek który „zęby zjadł na skautingu”, był Komisarzem Federalnym, potem czy wcześniej ale pierwszym etatowym pracownikiem stowarzyszenia francuskiego, który wiele rzeczy „postawił”, „uruchomił”. Prywatnie mąż sympatycznej żony i ojciec czwórki dzieci. Mieliśmy je wszystkie poznać. Przy okazji okazało się, że jedną z dwóch przewodniczek o imieniu Cecile, które po cichu adorowało wielu wędrowników podczas wędrówki euromootowej do Le Puy, jest jedna z córek Maurice’a😉  (…)”

 

piątek, 7 lipca 2023

Niezwykle niewygodny człowiek


Niezwykle niewygodny człowiek

Ileż szczęścia miałem, że w przeddzień spotkania poświęconego promocji książki o Stanisławie Sedlaczku, natrafiłem na to wydarzenie na fejsbuku i następnego dnia stawiłem się prawie punktualnie w Domu Spotkań z Historią przy ul. Karowej w Warszawie. Przeżyłem coś podobnego jak ładnych parę lat temu gdy niespodziewanie znalazłem się na spotkaniu poświęconym promocji żółtej, papieskiej teki krakowskich Pressji. Miłe zaskoczenie, niedowierzanie, bezbrzeżną radość, że są ludzie których wcześniej nie znałem, którzy robią kawał dobrej roboty albo których znałem, ale nie wiedziałem, że takie rzeczy robią! Gratuluję i dziękuję zatem Fundacji Jacobstaf!, Wydawnictwu ZHR, Jarkowi Błoniarzowi, Markowi Wojdanowi, śp. autorowi książki Marianowi Miszczukowi, prowadzącemu spotkanie Tomaszowi Kozłowskiemu i historykowi Tomaszowi Sikorskiemu.

Za co?

Za przywołanie i przybliżenie postaci tak niezwykle ważnej dla historii polskiego harcerstwa, dla historii Polski, postaci emblematycznej dla naszych trudnych losów polskich, to znaczy osoby wybitnej, o wielkich zasługach, która miała być jednak wymazana z pamięci, anihilowana a jej wpływ ograniczony do zera. Tą postacią jest harcmistrz RP Stanisław Sedlaczek.

Książka o nim z 1991 roku, starannie gromadzone strzępki historii Hufców Polskich, kontakt z jego synem ks. Marianem Sedlaczkiem a także z ostatnimi żyjącymi harcerzami Hufców Polskich jak Krzysztof Eychler, w którego domu bywaliśmy i który bywał na pierwszych Harcach Majowych tworzącego się ruchu Skautów Europy w Polsce – wszystko to było niesamowicie ważne przy decyzjach związanych ze wstąpieniem SHK „Zawisza” do Federacji Skautingu Europejskiego.

Były to jednak tylko drobne puzzle zbierane pieczołowicie aby ułożyć z nich jakiś spójny obraz, ale wielu tych puzzli brakowało. Jakaż była moja radość, gdy wziąłem do ręki, pięknie wydaną, przebogato ilustrowaną, grubą i ciężką jak cegła biografię Sedlaczka pt. Lord Cotbury. Zanim jednak o książce, to o samym spotkaniu.

Przede wszystkim niezwykłe opowieści Marka Wojdana, który zaprzyjaźnił się z dziećmi Stanisława Sedlaczka i swoją przygodę z tą postacią rozpoczął w roku 1988. Podczas jednej z manifestacji został zgarnięty przez SB z ulotką, na której wspominany był Sedlaczek. Wojdan kompletnie nie wiedział kto i jak mu ją wręczył, ani kim był człowiek na ulotce, ale postanowił się nim zainteresować. I tak rozwinęła się pasja i więź zupełnie nadzwyczajna, dziedziczona przez kolejne pokolenia harcerzy ze Świebodzina. Opowieść Marka Wojdana o Sedlaczku i ilość zgromadzonych pamiątek są naprawdę zdumiewające. Począwszy od plecaka, z którym Sedlaczek uciekał z Kijowa podczas wojny polsko-bolszewickiej a w którym potem jego dzieci wynosiły osobiste drobiazgi z Powstania Warszawskiego, po indeks z ocenami ze studiów, notesy, pierwsze wydania książek, kamień, który używał do przyciskania papierów na swoim biurku.

Teraz kilka słów o samej postaci. Jak najkrócej ująć to kim był Stanisław Sedlaczek?

Był człowiekiem, który z tworzącym się ruchem skautowym związał się jako już osoba dorosła, miał wtedy 21 lat, i pozostał mu wierny aż do końca swoich dni. Był jedną z osób, które najwięcej przyczyniły się do powstania i rozwoju harcerstwa na ziemiach polskich. A być może nawet najważniejszą z tych osób, jeśli chodzi o odciśnięty ślad, wpływ na innych, ilość publikacji, przeprowadzonych szkoleń, głębokość i długość swojego zaangażowania. Zaskoczenie? Wszyscy słyszeli o Małkowskim, prawda? A potem od razu Szare Szeregi i Kamienie na Szaniec. Taka jest wiedza potoczna. Małkowski przetłumaczył książkę Baden-Powella (nie on jeden ale historia tego tłumaczenia jest faktycznie epicką historią), jednak zmarł tragicznie już w 1919 r. A Sedlaczek, o którym mało kto słyszał? Sedlaczek do 1931 roku był na przemian naczelnikiem albo przewodniczącym ZHP, napisał kilkadziesiąt książek skautowych, przetłumaczył kilkanaście, napisał setki artykułów, przeszkolił setki instruktorów harcerskich, itp., itd. Zainteresowanych odsyłam do książki.

Był, można powiedzieć, integralnym wychowawcą, człowiekiem głębokim, niezwykle pracowitym. Uderzyła mnie informacja o tym, że mimo wielu obowiązków, jakie miał, które wymagały podróży, przebywania poza domem - w pamięci jego dzieci przeważało wspomnienie o tym, że był oddany rodzinie, że bawił się z nimi, że był po prostu obecny. Dopiero późnym wieczorem gdy one już kładły się spać, on siadał do biurka i długo w noc pisał, pracował.

Był człowiekiem głębokiej wiary, intelektualnie ukształtowanym w tradycji myśli narodowej. Niewątpliwie był autorytetem, wokół którego gromadzili się jego współpracownicy i wychowankowie.

Zginął w Oświęcimiu w 1941 roku. Z jego transportu 350 polskich inteligentów nikt już żywy nie wyszedł z Auschwitz. Został aresztowany w nocy przez Gestapo. Miał możliwość ucieczki bo z dołu zadzwonił stróż, aby go przestrzec, że po niego właśnie idą a w mieszkaniu było tylne drugie wyjście, którym mógł zbiec. Jednak nie zrobił tego z obawy o rodzinę. Nie był przesłuchiwany, nie wiadomo pod jakim zarzutem został w ogóle aresztowany. Prawdopodobnie pod żadnym, w ramach akcji unicestwiania polskiej inteligencji, począwszy od najwybitniejszych jej przedstawicieli, mających największy wpływ na innych. Już we wrześniu 1939 roku Niemcy pojawili się aby go aresztować w ówczesnym miejscu zamieszkania w Poznaniu, jednak rodzina już szczęśliwie opuściła to miasto. Jak bolesna jest ta historia, jak przeraźliwie wstrząsająca. Ciekawy jestem, czy ktoś wie czy otwarte są albo kiedy będą otwarte jakiekolwiek archiwa niemieckie z czasów II Wojny Światowej? Zgadywać można, że zgodnie z niemiecką skrupulatnością, powinny być tam dokumenty np. związane z aresztowaniem Sedlaczka. Czy kiedykolwiek dowiemy się całej prawdy?

Książka jest wynikiem ogromnej pracy jej autora. Na koniec jednak mała łyżka dziegciu. Autor jakby z zawstydzeniem opisuje niektóre sytuacje czy poglądy Sedlaczka, szczególnie w części dotyczącej lat trzydziestych, gdy Sedlaczek i całe środowisko, które tworzyło i budowało organizację przez kilkanaście wcześniejszych lat było stopniowo odsuwane od wpływu i marginalizowane w ZHP. Przedstawia np. jakiś pogląd Sedlaczka, a potem często zaraz w kolejnym zdaniu go kontruje, pisząc, że były jakieś inne głosy, których jednak nie przytacza, albo że coś musiało wywoływać sprzeciw ówczesnych ale takiego sprzeciwu też nijak nie udowadnia. Dziwnie mi się takie fragmenty czytało, zgaduję, że śp. autorowi bliżej było do szkoły szaroszeregowej i tej, która umasowiła harcerstwo, upaństwowiła je w latach trzydziestych. Pisze on na przykład tak: „dopiero wsparcie, jakiego udzielił harcerstwu śląskiemu wojewoda Michał Grażyński, unaoczniło potężne możliwości istniejące w ruchu harcerskim w sytuacji, gdy mógł on liczyć na przemyślaną i konsekwentną pomoc państwa”. Podnoszone są aspekty finansowe, że wcześniej Związek borykał się z problemami, nie domykał się budżet itp. a później przeciwnie, finanse były znakomite. W którymś momencie autor cytuje krytyków tych zmian, którzy w latach trzydziestych pisali, że działo się tak wyłącznie dzięki wielkim subwencjom, które wynosiły ponad osiemdziesiąt procent całego budżetu ZHP.

Trzeba oddać sprawiedliwość śp. autorowi, że zaraz na początku w przedmowie książki zaznacza, że z niektórymi poglądami Sedlaczka „fundamentalnie się nie zgadza”. Widać to potem w wielu miejscach, czasami trochę nazbyt. Niepotrzebnie.

Tym nie mniej chwała śp. druhowi Marianowi Miszczukowi za uczciwość intelektualną i kawał wykonanej dobrej roboty. Fakty mówią zwykle same za siebie, tak jest i tym razem, w tej historii o pięknej postaci. 

poniedziałek, 7 marca 2022

Ukraina


Jeszcze nieco ponad tydzień temu beztrosko wspominaliśmy sobie na fejsbuku przygody harcerskie. Dwa dni później zaczęła się wojna. Prawdziwa, w której giną ludzie a miasta obracają się w ruinę. Jesteśmy świadkami czegoś bardzo złego dla Ukrainy i bardzo niebezpiecznego dla całego świata.

Wojna tuż obok zmienia wiele. Nikomu teraz nie jest do śmiechu. Staramy się kontynuować swoje normalne obowiązki, lecz cały czas śledzimy wiadomości, martwimy się, wzruszamy i pomagamy jak możemy. Jako Polska, jako Polacy zachowujemy się „jak trzeba”, a nawet więcej. Otwarcie serc, zaangażowanie ludzi dobrej woli jest niesamowite. Zniknęły podziały, mówimy jednym głosem i wspólnie się angażujemy. To na pewno jest właściwe i konieczne do robienia, uczynki miłosierdzia co do ciała. Po pierwszym entuzjazmie, może przyjść jednak zmęczenie, nie będzie łatwo, to nie orkiestra wielkiej pomocy grająca jeden dzień w roku. Oczywiście oby jak najkrócej trwała rozłąka rodzin, oby ludzie mogli wrócić do swoich domów, żony i dzieci do mężów i ojców. Nikt jednak nie wie, jak potoczą się dalsze wypadki, ile będzie to wszystko trwało.

Nie wiem do końca, czy jest sens dzielić się tymi myślami tutaj, kogo mogą obchodzić, dlatego nie pisałem wcześniej, choć głowa pęka od pytań, domysłów i spekulacji. Zamiast zaczytywać się w komentarzach i wiadomościach, na pewno sensowniej jest robić cokolwiek, wpłacać, zawozić, dowozić, gościć, kupować i wysyłać. Jeszcze raz wielki szacunek, wielkie podziękowanie dla wszystkich angażujących się jakkolwiek, to wielka narodowa akcja, gdzie dajemy świadectwo swojego człowieczeństwa, i patos jest tu jak najbardziej na miejscu. Dlatego tylko kilka myśli na szybko.

Doszło do ataku na niepodległe, suwerenne państwo. Bez względu na wszelkie rozważania geopolityczne, analizy doktryny Rosji itp. to jest to akt bezprawia międzynarodowego, naruszenie podstawowych praw ludzkich, prawa narodów do samostanowienia, coś takiego wymaga natychmiastowego potępienia przez wspólnotę międzynarodową i powinno wymagać reakcji. Patrząc na historię, nigdy takich wątpliwości nie miał Jan Paweł II, który zawsze bezkompromisowo reagował i krzyczał (to jest adekwatne słowo, tak właśnie było) na Placu Świętego Piotra w obliczu wojen, bez względu na to kto je wszczynał. Wojna zawsze jest kataklizmem, w którym giną niewinni ludzie, zostawia zgliszcza materialne i rany psychiczne na pokolenia. Nienawiść rodzi nienawiść. O tym trzeba pamiętać. Możemy się cieszyć z tych lub owych taktycznych zwycięstw Ukraińców, z tego że Romowie zakosili czołg Rosjanom, że to lub owo, ale w poczuciu powagi, to jest tragedia dziejąca się na naszych oczach. Zło, które wypełza, tak szybko nie chowa się potem do swojej pieczary.

Widzimy, że Polska nie miała żadnych wątpliwości od samego początku. Nie można tego powiedzieć o reakcjach w pierwszych dwóch dniach napaści kilku ważnych krajów. Inwazja była nazywana konfliktem, operacja militarną itp. To zawstydzające, ale to tylko nam uświadamia, że moralność międzynarodowa jest na niskim poziomie, że wcześniej akceptowano rozwiązania siłowe, a skromne komunikaty oburzenia blakły już po kilku dniach. We współczesnym świecie liczy się siła a nie prawo, sprzeciwiamy się temu, to nas oburza ale musimy o tym pamiętać. Putin w sposób wyostrzony i karykaturalny uprawia tępą, kłamliwą propagandę i łatwo ją identyfikować, ale to nie znaczy, że gdy inni używają jej w sposób bardziej finezyjny, mamy jej ulegać. Nie powinniśmy mieć złudzeń i nie powinniśmy ulegać zbytniemu optymizmowi, który gdzieniegdzie się pojawił.

Pojawił się, ponieważ kilka pozytywnych aspektów faktycznie wystąpiło. Zachód zjednoczył siły, Szwecja, Finlandia zgłosiły akces do NATO, te państwa mają dobre rozeznanie sytuacji i pamiętają historię. Białoruś oficjalnie nie rzuciła swoich dywizji do akcji bezpośredniej, Łukaszenka kluczy chyba, na ile może, w każdym razie różne tu są domysły. Polska otrzymuje werbalne wsparcie sojuszników z NATO, pojawiło się kilka tysięcy żołnierzy, etc. Domniemany układ rosyjsko-niemiecki został rozerwany, zwidy i naiwne pobożne życzenia zachodniej Europy na temat Putina w obliczu krwawych wydarzeń rozwiewają się. Choć powoli i niechętnie. I najważniejsze: Ukraina wciąż walczy! Wbrew wszelkim prognozom i pewnie oczekiwaniom różnych możnych tego świata, którzy wtedy odetchnęliby z ulgą i zaczęli rozmasowywać dyplomatycznie faus paux Putina, Ukraina stawiła mężny opór i okazała się dużo silniejsza niż myślano.

Cały świat zobaczył dzielny naród ukraiński zjednoczony wokół swoich przywódców. Mnóstwo faktów nie tylko daje do myślenia, co powinno wstrząsać zamożnymi, leniwymi społeczeństwami Zachodu. Mężczyźni - obywatele Ukrainy pracujący zagranicą, wrócili do kraju by go bronić. Takie informacje robią wrażenie. Niejednemu przyszło do głowy pytanie: czy w jakimkolwiek innym narodzie byłby teraz taki duch? Czy taki duch byłby w Polsce? Wolelibyśmy tego nie testować w praktyce. Kiedyś mieliśmy takiego ducha, wielkiego ducha, a było to w roku 39, a potem w 44. Jak kamienie rzucane na szaniec poszły w dym walki najlepsze jednostki, zginęło całe pokolenie, mężnie oddając życie za ojczyznę. Życia ojczyźnie jednak to nie ocaliło, w żaden sposób. W żaden. Wiemy o tym dobrze. To jest trauma, która trwa w naszym narodzie, myślę, że głęboko, i nie ma pewnie osoby, która by o tym nie pomyślała w ostatnich dniach. Nasze bohaterstwo nie wzruszyło zachodniej opinii publicznej ani nie obeszło rządzących. Czy teraz bohaterstwo Ukraińców wzruszyłoby ich, gdyby nie przejmujące obrazki w telewizji i na fejsbuku? Czy jakakolwiek demonstracja ruszyłaby ulicami miast europejskich? Nasze bohaterstwo wykrwawiło nas i ułatwiło Stalinowi jego plany dla Polski. Pamiętajmy, nigdy, nigdy nie liczmy na to, że krew naszych młodych chłopców kogokolwiek do czegoś popchnie, zmusi, nakłoni np. do pomocy. Nie wolno nigdy przedmiotowo traktować innego człowieka nawet w takich przypadkach. Owszem walka może być konieczna po prostu dla obrony, dla walki o życie innych ludzi. Na tym polega etos żołnierski: żołnierz ryzykuje własnym życiem dla obrony żyć innych ludzi.

Dlatego niepokoją mnie głosy, że w razie napaści na Polskę musielibyśmy wytrwać trzy, pięć, siedem albo czternaście dni aby państwa NATO przyszły nam z pomocą. Nie! I jeszcze raz nie! Ostatecznie jestem prawnikiem i w Artykule 5 Paktu Północnoatlantyckiego nie widzę żadnych tego typu zapisów. To postanowienie jest proste jak drut! Napaść na jednego oznacza wojnę ze wszystkimi i obliguje innych do udzielenia pomocy „łącznie z użyciem siły zbrojnej”, do podjęcia działań „niezwłocznie”. Niezwłocznie oznacza, jak wszyscy prawnicy wiedzą, bez uzasadnionej zwłoki. A wiadomo przecież, że trzeba się spakować, przylecieć, etc. Więc różni analitycy wskazujący na konieczność posiadania silnej armii zdolnej do oporu przez te ileś tam dni, więc ci analitycy w praktyce pewnie mają rację. Ale publicznie, na zewnątrz nie możemy tego akcentować: powinniśmy akcentować konieczność natychmiastowej odpowiedzi. Oby te rozważania pozostały na zawsze tylko teoretyczne.

Patrzenie na bohaterską walkę Ukrainy uruchamia w nas bolesne wspomnienie naszej historii i strach o to, czy z nami nie będzie tak samo? Czy Ich mężna walka, ofiara krwi powstrzyma powrót pod sowiecki but? Zaraz za tym czai się strach, co będzie dalej? Państwa Bałtyckie? A potem „mój kraj Polska”? I co wtedy? Będziemy głośno krzyczeć, że honor, że nie oddamy guzika a potem zginie kilkaset tysięcy ludzi, nasze miasta zostaną zrównane z ziemią, a i tak przegramy. Przepraszam, że wypowiadam obawy, które są w głowach, o których boimy się myśleć. Czy w tym kontekście może dziwić zainteresowanie stanem uzbrojenia naszej armii? Sensownością różnych decyzji, zakupami wyszukanego, drogiego sprzętu w małych ilościach, który ma pojawić się tu za kilka lat? A może powinniśmy wyprodukować (możemy sami) tysiące ręcznych wyrzutni przeciwpancernych i przeciwlotniczych? Ich magazyny mieć w każdej gminie? Może powinniśmy przeszkolić w nauce strzelania miliony i miliony kałasznikowów mieć w magazynach, by w razie wojny rozdać broń? Nie chcę się tu wymądrzać, bo setki ekspertów teraz się pojawiło i każdy wrzuca swoje pięć groszy. Chcę tylko powiedzieć, że takie zainteresowanie, taka refleksja, taka dyskusja jest naturalna, jest uzasadniona, wynika z naszych uzasadnionych obaw. To jednak jest przerażające, wolelibyśmy aby nasza wiara w sojusze i w potęgę techniczną naszej armii została wzmocniona. Abyśmy zostali uspokojeni. Aby każdy z nas mógł się zajmować swoim zawodem, uprawą ogródka czy czymkolwiek chce, pewny, że nigdy sam nie będzie musiał chwycić za broń by bronić swoich najbliższych. Na razie prawda jest taka, że mamy mikroskopijną armię ze skromnym wyposażeniem. I trzeba mieć to na uwadze. Potrzebujemy czasu aby to zmienić.

Większość świata (chciałbym napisać cały, ale musimy starać się być jednak precyzyjni) chce przegranej Putina, zamachu stanu na Kremlu, wygranej Ukrainy. A co jak Kijów padnie? Co będzie dalej? Jednak przegrana Putina teraz również nas w całości nie uspokoi. Bo co dalej? Odpuści, wycofa się i zaakceptuje przegraną? Przecież ten system, ci ludzie nie liczą się z niczym, nie wierzą w Boga, nie boją się żadnej kary, boskiej w szczególności. Odetniemy hydrze jedną głowę, czy nie odrosną dwie? Nikt chyba nie jest spokojny. Wojna raz rozpoczęta może rodzić falę.

Dlatego jedna rzecz, niewątpliwa, którą możemy i powinniśmy czynić to modlitwa, pokuta i post. Wielki szacunek dla wszystkich proboszczów, którzy już zarządzili to co trzeba. Super, że wielu ludzi natychmiast sięga po różańce. Dziwię się właściwie dlaczego codziennie nie biją dzwony na trwogę? Nie czekajmy aż ktoś to zrobi za nas. Wzywajmy, proponujmy swoim proboszczom, wikarym, grupom parafialnym wielkie akcje modlitewne. Różańce i adoracje, przebłagalne, dziękczynne i pokutne. Wyobrażam sobie, że nawet niewierzący, ludzie nie mający łaski wiary, mogą zachęcać do tego innych. Znajomość faktów historycznych: Lepanto 1571, Portugalia, Warszawa 1920, Austria 1955, Filipiny 1986, mogłaby do tego skłaniać z przyczyn całkowicie konformistycznych. Dlaczego nie, skoro podobno pomogło w innych sytuacjach? Na pewno nie zaszkodziło. Wszystkie te miejsca łączy jeden rodzaj zwycięstw, jeden mianownik. Warto poszperać i doczytać we własnym zakresie. Napiszę tylko, że między 6 a 15 sierpnia 1920 r. we wszystkich kościołach Warszawy trwała 24-godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu, kardynałowie Kakowski i Dalbor zarządzili ogólnonarodową krucjatę modlitewną, ludzie klęczeli non stop. Podobnie rabinat warszawski w tym czasie wezwał do odmawiania codziennie specjalnych modlitw. Wszyscy wtedy rozumieli, że Bóg jest najpewniejszą pomocą w trudnościach. Wiemy, że wtedy się udało. Nie żartujmy tylko, że dzięki geniuszowi Piłsudskiego. Nic takiego lub choćby podobnego nie miało miejsca ani w 39 ani w 44 roku.

Warto też zauważyć, że biskupi ukraińscy wystosowali apel do papieża Franciszka o wykonanie apelu z Fatimy o poświęcenie Rosji Niepokalanemu sercu Maryi (105 lat temu, przypomnijmy, została wydana „precyzyjna instrukcja” jak to ma wyglądać, a jakoś się nie złożyło aby ją wykonać przez setkę lat z okładem). Pius XII i Jan Paweł II zrobili to, ale połowicznie, nie tak jak wynikałoby z „instrukcji”. Cóż, to już nie w naszej mocy.

Gdy zaczyna się wojna, gdy widzimy, że to jest wielka rozgrywka, to logika ludzka i środki ludzkie nie są wystarczające. Z bajek pamiętamy, że gdy dżin zostanie wypuszczony z butelki, nie jest łatwo z powrotem go tam zapędzić. Jakbyśmy bardzo nie ufali i nie wierzyli w geniusz przywódców politycznych i wojskowych, należy modlić się za ich dobre decyzje, najlepsze w danej sytuacji. Nie zawsze jest je łatwo podjąć, nawet zakładając całkowicie dobrą wolę, świetne przygotowanie do pełnionych funkcji, wystarczające informacje i odrobienie lekcji z historii. Nie ulega wątpliwości, że w sytuacji kryzysowej trzeba stać twardo przy rządzących, nie jątrzyć, nie dzielić, ale nie znaczy to, że nie należy uważnie obserwować, mieć stuprocentowe zaufanie i nie mówić „sprawdzam”. Na szczęście wydaje się, że w obecnej sytuacji, nasi rządzący stają na razie na wysokości zadania. Z tego co wiemy, podejmują dobre decyzje, robią to co trzeba. Ale co my tam wiemy, w szczególności o tym co będzie za chwilę, co jest przedmiotem rozmów na szczycie itd. Wszystko wskazuje na to, że najważniejsze sprawdziany jeszcze przed nimi. Oby je zdali.

I jeszcze jedno, musimy pamiętać o latach prania mózgów i cichej propagandy na Zachodzie. Filorosyjskość nie tylko elit politycznych ale i zwykłych ludzi w Niemczech, we Francji, w innych krajach. Owszem pojawił się szok, niedowierzanie, ale ta wcześniejsza sympatia nie zginie żywcem pogrzebana. Ona może odżyć, i to bardzo szybko. Nie mówię już o działaniu agentury wpływu, pudeł rezonansowych i „pożytecznych idiotów”. Dlatego tak ważne jest uświadamianie: naszych zagranicznych przyjaciół i znajomych, kolegów z pracy, wszelkich znajomych i obcokrajowców. To jest ten moment, kiedy można uzyskać jakąś zmianę świadomości. Róbmy to!

Za dużo tych wątków ale jeszcze jeden: istnieje ryzyko, że za dobro czynione teraz możemy ponieść też swoją cenę. Nasza dobra postawa jest i pozostanie wyrzutem sumienia dla Zachodu, który ufał Putinowi, dealował z Putinem, wiązał nadzieje zysków, świetlanej przyszłości z Rosją reprezentowaną przez system putinowski. Przymykano oczy, chętnie wierzono w swoje projekcje wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi. Robiono interesy. Już teraz widać, że tylko w naszej telewizji wzorowa postawa Polaków i Polski jest widoczna. W innych mniej. Pojawić się mogą akcje defamacyjne wyolbrzymiające jakieś incydenty, już się pojawiły, które mogą być efektem prowokacji, itd. Nasze państwo nie jest przygotowane do przeciwdziałania takim akcjom, już nie raz się o tym przekonaliśmy. Czy my coś możemy zrobić? Owszem: głośmy prawdę, komentujmy, opowiadajmy - naszym znajomym, przyjaciołom, kontaktom, ludziom z naszych firm w innych krajach. Wchodźmy na zagraniczne portale informacyjne, komentujmy, prostujmy albo uświadamiajmy. Niech zobaczą, niech się dowiedzą, wciągajmy ich w pomoc, w zaangażowanie. Jest szansa na dotarcie do niektórych przynajmniej osób, przebicia się z faktami, do zmiany stereotypów. Nawet jeśli przebijemy się do części osób to i tak będzie bardzo dobrze.

Jeszcze jedna rzecz naprawdę już na koniec. Postawa Ukrainy budzi podziw, na naszych oczach rodzi się wielki mit, mit założycielski, dużo lepszy niż wszystkie wcześniej. W tym micie jest polska ręka podana w potrzebie sąsiadowi, jest bezwarunkowa pomoc. Bez względu na to co jeszcze się wydarzy, to już się wydarzyło i zmieni historię w tej części Europy.

To tyle moich trzech groszy.

wtorek, 15 grudnia 2015

Leszczyński (część II)


Gdy w 1733 r. umiera August II, Stanisław wraca do Polski. Tym razem zostaje wybrany na króla w euforii szlachty, nie na długo jednak bo prawie wprost z elekcji szlachta rzuciła się do ucieczki. Wojska rosyjskie zajęły opustoszałą Warszawę i pod jej bagnetami „garść szlachty, rublochapów” - jak pisze autor - „wystękała na Pradze, że na króla polskiego wybiera Augusta III Sasa”. Leszczyński z prymasem i co gorliwszymi stronnikami schronił się w Gdańsku. Tu gdańszczanie podjęli bohaterską obronę. „Gdyby szlachta ówczesna miała setną część tego animuszu rycerskiego co gdańskie liczykrupy – nie oparłyby się kacapy, zmykając z Polski, aż na Wołdze”, żałuje Zbyszewski.

Gdy oblężenie Gdańska trwało a sytuacja stawała się rozpaczliwa, król ryzykuje ucieczkę. Nocą w przebraniu chłopa, na łódce Wisłą, potem kilka dni przez bagna, następnie furmanką. „Ta dramatyczna ucieczka Leszczyńskiego zadziwiła Europę. Ukazały się książeczki z jej opisem, z życiorysem dwukrotnego króla. Leszczyński stał się najbardziej sensacyjną postacią epoki”. Tego nie powie autor, ale my możemy, że prawdopodobnie Stanisław był wówczas najpopularniejszym celebrytą Europy.

Schroniwszy się w Królewcu, znów obmyślał jak powrócić na tron. Jego zwolennicy zawiązali konfederację dzikowską. Jak pisze emigracyjny publicysta: „Leszczyński zapoczątkował też złudną mrzonkę szukania w Prusach oparcia przeciw Rosji. Sejm czteroletni pół wieku później powtórzył ten błąd z równie zerowym skutkiem co Leszczyński. Prusy w XVIII wieku były parszywym szakalem, który tylko węszył, co by chlapnąć z odpadków pozostawionych przez tygrysa - Rosję.” Zbyszewski pisze jeszcze, że osobistą kompromitacją Leszczyńskiego była laurka jaką wystawił młodemu królewiczowi pruskiemu, późniejszemu Fryderykowi II. „Przyszłego arcyłotra widział jako Bożego baranka.”

Gdy Leszczyński i dzikowianie negocjowali w Wersalu z francuskim premierem odbijanie tronu polskiego, gruchnęła wieść, że Francja zawarła pokój z Austrią, na mocy którego otrzymała księstwo Lotaryngii i Baru, w zamian za uznanie Augusta III Sasa królem polskim. Nie po raz ostatni łatwowierni Polacy dali się zwieść i oszukać, rozegrać jak dzieci.

„Olbrzymia Rzeczpospolita, trzecie pod względem obszaru państwo w Europie, nawet po pijanemu nie roiła, by mogła decydować o swych wewnętrznych sprawach – bez poparcia obcych. Więc pokornie ugięła się przed tłustym Sasem i uznała epizod z Leszczyńskim za skończony. Ludwik XV nakazał teściowi – dla dobra świata – zrzec się korony polskiej. 26 stycznia 1736 potulny Leszczyński, wśród płaczu i przekleństw swych stronników, abdykował oficjalnie po raz trzeci. Opuścił Królewiec i wrócił do Francji”.

Cóż powiedzieć? „Dla dobra świata” Polska jeszcze wielokrotnie później z czegoś rezygnowała, coś dawała z siebie, ten świat broniła biorąc na siebie impet niszczących sił. Świat zwykle nie odpłacał nawet miedziakami. Przykład 1920 rok, potem 1939.



Król Francji dał teściowi na pociechę świeżo zdobyte Księstwo Lotaryngii. Dał de nomine bo Leszczyński miał być figurantem a rządy miał sprawować francuski intendent. „Starego Leszczyńskiego, wiecznego emigranta, uważano za niedołęgę i sądzono, że zadowoli się szczodrą pensją półtora miliona liwrów rocznie, szumnym tytułem i rolą figuranta. Nic nie mogło być błędniejszego. Normalnie w wieku 60 lat Polacy są już rozsypującymi się ramolami. Tymczasem Leszczyński był pełen wodorowej energii, rwał się do prawdziwego - nareszcie - panowania. Przezwyciężył początkową żywą niechęć tubylców do siebie jako do wschodniego przybłędy, ugłaskał surowego La Galaziere’a (intendenta) i pomalutku wycyganił mu lejce z rąk”.

„Człowiek zabiera z sobą na tamten świat tylko to, co rozdał za życia. Ukochany przez poddanych Leszczyński przeszedł do historii Lotaryngii jako najlepszy władca, jakiego kiedykolwiek miała.”

Jak widzicie, cytuję obficie Zbyszewskiego miast silić się na swoje parafrazy czy komentarze, jego teksty są tak celne, że bodaj ich autor przemówił bezpośrednio za pośrednictwem tego bloga. W tym miejscu jednak nie mogę się powstrzymać. To, że Stanisław dopiero w wieku sześćdziesięciu lat rozwinął skrzydła i zrealizował swoje marzenia o sprawowaniu władzy, i to z tak doskonałym skutkiem, zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Bo przecież wcześniej tylko szamotał się, wstępował na tron, abdykował, uciekał, tułał się po emigracji, trwonił doskonałe przygotowanie do sprawowania funkcji. Jakże musiał być tym zirytowany, może zgorzkniały nawet, z poczuciem niespełnienia, patrzył z oddali na to, co dzieje się z Rzeczpospolitą i rwał włosy z głowy (lub z peruki). Mówiąc po obecnemu: „looser”. I nagły uśmiech losu, który wykorzystał na 200%. Tak moi mili, trzeba być długodystansowcem. Myślę, że taka nauka z tego płynie, aby nigdy nie rezygnować, nie grzebać marzeń, talentów, umiejętności, ale mieć je gdzieś na podorędziu, bo jeszcze nie wiadomo, gdzie nas Opatrzność postawi, do jakich zadań powoła. I nie czekać na to bezczynnie ale podejmować próby, nie załamywać rąk, tylko wchodzić oknem gdy nas wyrzucają drzwiami.

Oddajmy znowu głos panu Karolowi:
„Aktywność i dobre pisanie rzadko idą w parze. Leszczyński do ruchliwości we wszystkich dziedzinach dorzucił i ruchliwość pióra”.

„Był urodzonym felietonistą. Pisał zwięzłe, żywe rozprawki na różne tematy. Wdał się w publiczną przed całą Europą dyskusję z samym J.J. Rousseau na temat wychowywania dzieci. Wyższość w praktyce ojca, który wychował córkę na królową Francji, nad ojcem, którego dzieci, poprzez przytułek, wyrosły na rzezimieszków, nie ulegała kwestii. Ale i w swadzie pisarskiej, i w zręczności argumentacji filozof z Nancy nie dał się pobić mędrkowi z Genewy.”

I tu proszę Państwa, kolejny epizod, który mnie niezwykle ujął w życiorysie władcy Lotaryngii. Nie tylko dlatego, że gdyby Stanisław żył w naszych czasach, pisałby pewnie najpoczytniejszego bloga. Wiecie kim był Jan Jakub Rousseau? Jednym z największych szarlatanów intelektualnych nowożytności, facetem którego tezy z „Umowy społecznej” muszą do dzisiaj zakuwać biedni studenci prawa, a tezy z „Emila” studenci pedagogiki. Chcecie pokłócić się z nauczycielem, który poucza, że Rousseau wielkim myślicielem oświeceniowym był, chcecie zakwestionować paradygmat i zaimponować koleżankom? Przeczytajcie któreś z tych dziełek Jana Jakuba, to wystarczy, jeśli macie trochę oleju w głowie. Albo rozprawkę, której tezy zmiażdżył nasz dzisiejszy bohater, czyli „Czy odrodzenie się nauk i sztuk przyczyniło się do naprawy obyczajów?” Zdaniem Rousseau, nie. Był to wyraz zwątpienia w cywilizację ludzką, mówiąc delikatnie, a dosadniej - Rousseau opiewał nieuctwo i na piedestał stawiał człowieka dzikiego, nieskażonego kulturą. Leszczyński dał temu odpór, pisząc m.in. że nauka służy ludziom do poznania prawdy, ale też dobra. Jego zdaniem samo poznawanie natury uszlachetnia poznającego i „ład wnosi w postępowanie”.



Leszczyński uczynił ze swego dworu w Luneville ośrodek intelektualny. Założył teatr, akademię literatury, wybudował wiele pałaców i gmachów.

„Główne zainteresowanie Leszczyńskiego stanowiła jednak wciąż Polska. Założył akademię rycerską, (…) pierwowzór późniejszych Collegium Nobilium Stanisława Konarskiego i Korpusu Kadetów Stanisława Augusta”

„Leszczyński był pierwszym, który zdał sobie jasno sprawę z katastrofalnego ustroju Rzeczpospolitej. Jego kapitalne dzieło „Głos wolny, wolność ubezpieczający” jest prekursorem wszystkich reform, łącznie z Konstytucją 3 Maja, przeprowadzonych z takim mozołem przez Sejm Czteroletni 60 lat później. Zmianę wolnej elekcji, ukrócenie liberum veto, podniesienie wojska do 100 tysięcy, przyśrubowanie podatkowe, ład w obsadzie urzędów – wszystko to zalecał już Leszczyński.

Są ludzie, co świadomie plotą bzdury – aby tylko być oryginalnymi, zadziwić słuchaczy. Odwrotnie Leszczyński. Głosił rzeczy mądre i rewelacyjne, owijając je w bawełnę banału, starając się je przemycić jako konserwatywne i naturalne. Ambitny pisarz pragnie sensacji, ambitny polityk jej unika. A Leszczyński był zawsze przede wszystkim politykiem. Wiedział, że radykalne reformy trzeba przeprowadzić, lecz nie trzeba nigdy z góry straszyć.

Dlatego też „Głos wolny…” tak rewolucyjny, tak odmienny w poglądach od ogólnie przyjętych wówczas w Polsce, choć napisany w roku 1733, wydał Leszczyński dopiero w roku 1749 w chwili gdy (na krótko) zwątpił o możności odzyskania korony.”

„W ciągu 30 lat w Lotaryngii Leszczyński nigdy nie przestał myśleć o powrocie na tron polski”.

„Opasły August III umarł w roku 1763. Młody stolnik Poniatowski był głównym kandydatem na króla. Aż skoczył Leszczyński z podniecenia. Przed wyblakłymi oczami zamajaczyła mu znów korona.

Co za brednia, że emigrant polityczny przyzwyczaja się do swego domku z ogródkiem, do nocnych pantofli, że zapomina o kraju, że popada w rezygnację.
Nigdy!

Szatański Leszczyński, mając 86 lat, gotów był rzucić swój pałac, dostatki, kochanki, córkę, wnuków, świetną pozycję w Europie, całą Lotaryngię do diabła i pognać do Warszawy, zaryzykować nową awanturę. Ze szwungiem, z zapałem chłopca, co rusza pierwszy raz w życiu polować na kaczki, rzucił się raz jeszcze do kampanii elekcyjnej.”

Nie udało się tym razem. Zbyszewski opowieść o królu Stanisławie kończy tak: „23 lutego 1766 zmarł Leszczyński, człowiek, który był dwa razy królem i trzy razy abdykował, który kochał Polskę, a uszczęśliwił Lotaryngię, który może by zdołał zatrzymać Rzeczpospolitą przed runięciem w przepaść, gdyby te 60 lat panował, a nie błąkał się na przymusowej emigracji.”

I jeszcze rozprawia się z właściwą sobie swadą z innymi kontrowersjami dotyczącymi tej malowniczej postaci.
„Naiwni historycy urobili sobie pogląd, że Leszczyński tak kochał Polskę, że aby do niej wrócić, gotów był ją uszczuplić. Bzdura!” Zbyszewski twierdzi, że tak wtedy było, takie czasy, ja ci dam to księstwo, ty mi tamto. Bagatelizuje to, choć w nas może to budzić niesmak, bo wiemy, co było dalej.


„Leszczyński byłby sto razy lepszym królem od Augusta II. Ale – skoro utracił koronę – byłoby sto razy lepiej dla Polski, by zrezygnował z niej naprawdę i nie wprowadzał wieloletniego zamętu.” Zbyszewski zapewne ma rację. Dwieście lat później inny Polak wyciągnął z tego lekcję i ustąpił, w imię dobra Rzeczpospolitej, nie chciał rozlewu bratniej krwi, chociaż legalnie, prawnie racja była po jego stronie. Postąpił tak Roman Dmowski po zamachu majowym w 1926 roku.

poniedziałek, 28 września 2015

Krzyżowcy


Krzyżowcy! Lektura aktualna, wczoraj, dzisiaj, za sto lat, i do końca świata. Chociaż traktuje o wydarzeniach z początków drugiego tysiąclecia a napisana została osiemdziesiąt lat temu. Z turbulencjami dobrnąłem do końca, 37 godzin słuchania w samochodzie, ale było warto.

Od razu zaznaczę, że przez początek trzeba się przedzierać jak przez chaszcze nad Wisłą. Archaiczny język stylizowany na polszczyznę XI wieku, mentalność prostych, „dobrych rycerzy polskich, wojów”, jak często nazywa ich Zofia Kossak, pełna jeszcze guseł i przesądów, świat dosyć brutalny, prymitywny, ale prostolinijny. To może odstręczać, zwłaszcza młodego czytelnika. Gdy już jednak pokona się ten opór, lektura wciąga nie na żarty.

Z grubsza mówiąc rzecz traktuje o pierwszej wyprawie krzyżowej odbytej w celu wyswobodzenia Ziemi Świętej z rąk muzułmanów. To fresk historyczny, pomijając wszystkie inne aspekty, odrabiamy porządną lekcję historii o tych wydarzeniach, o zwyczajach średniowiecznej, rycerskiej Europy, lecz i Wschodu, Konstantynopola, która pozwoli nam lepiej rozumieć późniejsze czasy ale i teraźniejszość. Autorka wykonała wielką pracę, by pieczołowicie przygotować się do pisania. Prawie wszystkie fakty i olbrzymia większość występujących w niej postaci jest historyczna i autentyczna. Nawet wątek „polskich wojów”, jakkolwiek wydawałby się naginany, taki nie jest. Kroniki wprawdzie milczą o szczegółach, ale wiadomo, że tacy krzyżowcy byli. Jak pisze autorka w zakończeniu, świadczy o tym zachowana mowa papieża Urbana II wygłoszona w Clermont, w której wśród innych narodów błogosławił krzyżowców-Polaków.

Wydaje mi się, że czeka nas renesans zainteresowania tą książką. Wiecie dlaczego… (Choć może bardziej trzeba się zainteresować lekturami o upadku cesarstwa rzymskiego i wędrówkach ludów). Pierwsza wyprawa krzyżowa zmieniła bieg historii, nie tylko dlatego, że ostatecznie uwieńczona została sukcesem, ale podczas niej i w związku z nią miało miejsce wiele wydarzeń precedensowych, po których nic już nie było takie jak dawniej. Autorka wiąże nas z wieloma bohaterami, są wśród nich polski rycerz Imbram i jego bracia, przewodzący wyprawie biskup Ademar de Monteuil, jest Godfryd de Bouillon i jego brat Baldwin, książę Tuluzy Rajmund St. Gilles, jest książę lombardzki Boemund i jego bratanek Tankred. Jest w końcu cała plejada postaci kobiecych. Nie mam tu zamiaru pisać regularnej recenzji, już i tak zbyt długo zwlekałem z podzieleniem się z Wami tą lekturą. Powiem jedno - lektura nie jest przyjemna. Ilość świństw, zdrad, sprzeniewierzeń, kłamstw i żerowania na naiwności ludzkiej towarzysząca wyprawie i przedstawiona w książce jest doprawdy „imponująca”. Do tego ciasnota umysłowa, upartość, zawziętość. Krew leje się strumieniami, gwałty, działanie z niskich pobudek, kłótnie i spory są na porządku dziennym. Wiele wątków i wydarzeń to prezentacja pychy ludzkiej we wszelkich jej najsmutniejszych barwach. Aktywność księcia ciemności pod płaszczykiem działań ludzi w imię hasła „Bóg tak chce!” jest zatrważająca. Z drugiej strony na tym tle tym bardziej jaśnieje niezłomne świadectwo takich ludzi jak biskup Ademar. Książka ukazuje dylemat, który zawsze staje w przypadku tego typu wielkich operacji: czy szczytny cel uzasadnia tak wielkie ofiary poniesione w związku z jego realizacją? I jak wielkie ofiary ponoszą ci, którzy mimo wszystkich możliwych godnych usprawiedliwień podejmują odpowiedzialność, biorą brzemię na barki i nie chowają się za parawanem wymówek, podejmując walkę ze złem z otwartą przyłbicą. Aż do przelania krwi, aż do oddania ofiary ze swojego życia.

Jedno warto powiedzieć, autorka nie epatuje nas złem, jak wielu współczesnych autorów, bez celu albo w celu zgoła jasnym (tfu, ciemnym), aby nas ze złem oswoić, na zło znieczulić, albo złem zafascynować. O nie! W moim mniemaniu robi to po to, abyśmy nie byli naiwni, abyśmy pamiętali o tym, jaka jest kondycja ludzka. I że okoliczności zewnętrzne albo sprzyjają temu, że jesteśmy bardziej ludźmi, albo upodabniamy się do zwierząt, lecz nie determinują tego, bo mamy wolną wolę.
Powiem tak: ktokolwiek kiedykolwiek chce pełnić jakieś funkcje kierownicze w dobrych dziełach, tzn. takich, które mają szczytne cele, a szczególnie takich, w których przy okazji krzyżują się ludzkie emocje, pragnienia, ambicje – powinien przeczytać tę książkę. Znajdzie w niej wiele sytuacji, które zna z autopsji albo które mu się na pewno przydarzą. Bo człowiek się nie zmienia. Bo świat się nie zmienia. Po jednej stronie jest pokora, po drugiej pycha, bo walczą ze sobą dwa królestwa: ludzkie i niebieskie, państwo ziemskie i państwo boże. Wczoraj, dzisiaj i aż do skończenia świata!

środa, 1 lipca 2015

Krótka ballada o chłopcu polskim




Krótka ballada o chłopcu polskim

Właśnie kończyło się jego dzieciństwo! Nie zdawał sobie z tego zupełnie sprawy, gdy w sierpniowe, upalne popołudnie siedział na schodach pomostu jeziora dziadków. Zanurzony po szyję w przyjemnie ciepłej wodzie założył zawadiacko nogę na nogę i obserwował walczące między sobą kolorowe kaczki. Beztroskie wakacje dobiegały końca. Było cudownie, macierzanki pachniały upojnie, brzęczały otyłe pszczoły oszołomione ilością kwiatów, których nie były w stanie odwiedzić.

Władek miał dopiero trzynaście lat. Za trzy dni wybuchnie wojna.

Jego głębokie, ciemne oczy i cienkie, ostro wycięte usta zdradzały, że był to chłopiec wrażliwy, widzący głębiej i czujący mocniej, ale jednocześnie pełen uporu i pewności siebie. W jego spojrzeniu było wszystko. Marzenia, plany, duma, nuta niepewności co do przyszłego losu, ale i determinacja by wyjść mu odważnie naprzeciw. Za trzy dni rozpocznie edukację w prestiżowym liceum Św. Genowefy w Paryżu. Jutro o piątej rano kierowca dziadka odwiezie go na dworzec kolejowy. Tak chciał ojciec. Kilkudniowy minister w rządzie Chjeno- Piasta, a przez resztę krótkiej niepodległości wzięty adwokat lwowski, z epizodem na więzienie w Berezie Kartuskiej.

Ojca z nim nie ma. Załamał się, odkąd odeszły jego żona i córka, matka i siostra Władka. „Odeszły” to eufemizm. Taki jest ostateczny efekt gruźlicy. Ojciec też ją ma. Przebywa teraz w sanatorium, w Davos. Już trzy lata, jest chory, umiera. Władek to nadzieja ojca.

- Pamiętaj, tacy jak ty, muszą poprowadzić nasz kraj dalej. Nie zmarnować wysiłku mojego pokolenia, ale wszystko zrobić lepiej, mądrzej, na nowo. Musisz się dużo nauczyć, bardzo dużo – to ostatnie jego słowa przed wyjazdem, które syn zapamiętał. Miał wtedy dziesięć lat.

Rozległ się gwizd, para buchnęła spod lokomotywy, zachrzęściły koła, pociąg odjechał punktualnie. Dworzec, ale i skład relacji Odessa - Berlin były wówczas niezwykle eleganckie, podobnie jak bale, zawody hippiczne, podwieczorki i generalnie obyczaje.

Pociąg dotarł do Poznania i nie wyjechał stamtąd już w dalszą trasę. Władek z tysiącami innych, furmankami, pieszo, czmychając do rowów, gdy nadlatywały niemieckie Messerschmitty, w łachmanach dotarł po dwóch tygodniach do dworku dziadków. Dziadek ściskał go długo, jakby chciał go wzmocnić, jakby chciał mu przekazać przez ten uścisk wszystko, czym chlubił się ich ród, wszystko, co wypracował, co osiągnął przez lata. Kąpiel, kolacja i głęboki sen. To ostatnia tak przyjemna noc na długi, bardzo długi czas. Władek śni o kolorowych wyspach, rajskich ptakach i dziwacznych, ale łaszących się do niego zwierzętach.

Następnego dnia wkraczają Sowieci, niebo zasnuwają ciemne, deszczowe chmury. Dni są niespokojne, aż pewnego razu pobudka o piątej rano, pół godziny na spakowanie jednej walizki, ciężarówka, wyboje, suche komendy żołnierzy, szczęk broni. Na dworcu tłum podobnych nieszczęśników, w jesionkach, inteligentne, szlachetne twarze, mężczyźni, kobiety, dzieci, starcy. Dziadek chwyta Władka za ramiona, ma łzy w kącikach oczu, ale usta ostro wycięte, jak on, zdecydowane:

- Musisz być mocny, musisz być mocny – szepcze i przytula chłopaka. Babcia płacze.

Dziadek nie wytrzymuje podróży w bydlęcym wagonie, dostaje prawdopodobnie zapalenia płuc, wysokiej gorączki. Jego ciało wyrzucają z wagonu gdzieś w okolicach Ałma-Aty. Twarz babci przecina smuga, której nigdy już nic nie rozjaśni. Pracują w kołchozie, żywią się korzeniami, śpią w ziemiance. Jak zwierzęta, lecz oni nie są zwierzętami. Władka ciemne oczy żarzą się jak ogniki, zagryza wargi, ucieknie stąd, będzie żył, nie podda się. Na razie opiekuje się babcią, ale ona jest coraz słabsza. Marnieje z dnia na dzień. Po jej śmierci, obmyśla plan ucieczki, pamięta doskonale lekcje geografii z panem Klimkiewiczem. Jest odważny.

Nie musi uciekać. Wypuszczają go, wychodzi do Iranu z Armią Andersa, ma już piętnaście lat, może nosić karabin. Pod Monte Cassino ratuje oddział angielski z opresji, dostaje order. Razem z generałem płacze, gdy przez radio nadchodzą kolejne wiadomości o tragedii Powstania Warszawskiego. Chciałby wrócić do kraju, ale nie ma już jego domu, nie ma bliskich, nie ma już Polski tam gdzie od wieków żyli.

Zostaje w Londynie, pracuje najpierw jako magazynier, barman, w końcu rozkręca swoją restaurację w Szkocji. Żeni się ze Szkotką, niby w narzeczeństwie sobie obiecywali, że do dzieci będą mówić też po polsku, ale nie ma na to czasu, a po prawdzie, to i potrzeby. Prenumeruje Dziennik Polski, Wiadomości, właściwie z przyzwyczajenia, nikt już chyba nie wierzy, że prawdziwa Polska się odrodzi. Wracać tam? Nie jest Stanisławem Mackiewiczem czy Zofią Kossak, nikt nie powita go kwiatami, lecz wiankiem donosicieli. Wracać i mieszkać w domu komunalnym w Gorzowie Wielkopolskim ze wspólną łazienką z jakimś milicjantem, a co drugi dzień łasić się w spółdzielni o przydział swojego M-3? Nie zniósłby tego.

Najstarszy syn Władka, John skończył King’s College, dostał pracę w Citi, i ma wspaniałą żonę, Katie, miłą Walijkę. Ostatnio był w Edynburgu z synami u dziadków. Jeden z nich zagadnął dziadka.

- Grandpa, powiedz nam coś o kraju twojego dzieciństwa, mamy zadaną taką pracę w szkole?

- Hm, ten kraj to Atlantyda, już nie istnieje – Władysław zamyślił się. – Może, może…. opowiem wam o nim innym razem.
 

poniedziałek, 10 listopada 2014

Lubię panny


Najpierw Morowe, potem Wyklęte, w teraz Wygnane. Te dziewczyny przede wszystkim genialnie śpiewają, a słowa, brzmienie i aranżacja tych piosenek są znakomite. Za projektem, bo tak to już trzeba nazwać, stoi doświadczony i fenomenalny muzyk Darek Malejonek, którego nikomu chyba przedstawiać nie trzeba, i plejada młodych ale i bardziej doświadczonych artystek. Wszystkie mają zjawiskowe głosy, i jak śpiewają na tych płytach, ech. To jest najwyższy poziom. Słodycz zmieszana z melancholią, czułość z dzielnością, zalotność z dramatem. Każda piosenka jest przy tym inna i przeniknięta stylem danej wokalistki. Powiedzieć, że lubimy te piosenki to nic nie powiedzieć. My za nimi przepadamy.

Te utwory to z jednej strony hołd dla bohaterów, z drugiej być może pierwsze zaistnienie w ogóle w świecie popkultury postaci i wydarzeń, które zasługują na naszą pamięć, nie bierną bynajmniej, bo te historie są wciąż żywe.

Morowe panny – Idziemy w noc, Strach, Poranek, Rota w wykonaniu Lilu, Dla Marysi, Za wolność z wymieniem imion licznych bohaterskich kobiet, to tylko niektóre hity.

Panny Wyklęte – najlepsze kawałki: On nie zapomni, Noc, Panie Generale, Noc, Prawem wilka, Niezłomni, Jedna chwila, Walczyk. Nie, to nie ma sensu, każda z tych piosenek ma w sobie coś i każda jest warta uwagi.

Panny Wygnane - wczoraj premierowy koncert ale pierwsze piosenki z tej trzeciej już płyty tego projektu były już udostępnione kilka tygodni temu. Jaki dobry pomysł by mówić o wypędzonych z Polski w taki sposób. Marcelina i Maleo Reggae Rockers - Historie zagubione, przejmująca piosenka nawiązująca do czerwonych maków pod Monte Cassino Marcelina.

Piosenka o Wojtku w wykonaniu Mariki i MRR to oczywiście historia niedźwiedzia, który z Armią Generała Andersa przeszedł szlak bojowy, mamy już o nim dwie książki, historia jest filmowa. „Metrykalnie może Arab ale serce to miał polskie”. „Podrywał z nami dziewczyny, ciągnął ciężkie graty, siedział na warcie, „kiedy widzisz śmierć codziennie, dusi strach i brak oddechu, żeby nie popaść w szaleństwo, misia trzeba ci i śmiechu”. „Widząc ludzkie okrucieństwa miś zachował się jak człowiek”.
Zanim cała płyta w naszych rękach, tutaj przedsmak.

sobota, 20 września 2014

Zofia Kossak


Właśnie wróciłem z podróży, podczas której dowiedziałem się, że główne aktywa nieruchomościowe Portugalii, kilkaset lat temu wielkiej potęgi morskiej i kolonialnej, kupowane są przez kapitał chiński, brazylijski, arabski, amerykański, a nawet afrykański. Wchodzę w Internet i zapoznaję się ze składem nowego rządu. I co? I jak tu nie zatęsknić za Sienkiewiczem.

To może dzisiaj tekst o Zofii Kossak. Była przecież nazywana kontynuatorką sienkiewiczowskiej prozy. Może ta historia Was zainteresuje. (Choć pewnie nie w takim stopniu jak poprzedni wpis, pod którym rozgorzała wielce pouczająca dyskusja-;))

***

Gdy Andrzej Horubała w tygodniku „Do Rzeczy” brutalnie obszedł się z wydaniem książki „Karol Wojtyła - Jan Paweł II Notatki osobiste 1962-2003”, pisząc, że nie powinny być wydane, iż mogą być źródłem rozczarowania, że to notes a zapiski są techniczne i nie odnajdziemy tu dziennika duszy wielkiego papieża – pomyślałem, że pan redaktor przesadza i zbytnio dramatyzuje.

Jednak gdy już sięgnąłem po tę wydaną tuż przed kanonizacją papieża książkę, nie da się ukryć, że trochę zrozumiałem rozczarowanie Horubały. To faktycznie są skrawki, strzępy notatek, technicznych, opisowych, relacyjnych. Więcej dowiemy się o duszy Jana Pawła II z jego homilii, wypowiedzi, katechez i pism. Nie znaczy to jednak, że nie warto po nie sięgnąć. Warto ale właśnie jako uzupełnienie.

Możemy też pójść w jeszcze innym kierunku. Wiadomo, że papież był głęboko osadzony w polskiej kulturze, jak sam powiedział „Polska mnie wychowała i przygotowała”. Polska to także nasza literatura, czterech wielkich romantyków, z ukochanym dla Wojtyły Norwidem. Co czytał Jan Paweł II? Prof. Wanda Półtawska wspomina, że kiedyś papież sam zaproponował, co wybrać jako lekturę wakacyjną: „Może Szczucką? Pięknie pisze i dawno już jej nie czytaliśmy." (Na marginesie, warto wiedzieć, że w swojej pierwszej parafii w Niegowici Wojtyła jako młody wikary przygotował z parafianami sztukę Kossak pt. „Gość oczekiwany”).

Zofia Kossak-Szatkowska primo voto Szczucka, postać niezwykła i zdecydowanie zbyt mało pamiętana. Jej życie było pełne zwrotów akcji i dramatycznych wydarzeń, to gotowy scenariusz filmowy. Przybliża ją nam Joanna Jurgała-Jureczka w ostatnio wydanej biografii pisarki pt. „Zofia Kossak. Opowieść biograficzna”.

Córka Anny i Tadeusza Kossaków, bratanica słynnego malarza Wojciecha Kossaka i wnuczka jeszcze słynniejszego Juliusza, „z tych Kossaków” jak często szeptano. Z rodu wybitnie uzdolnionego w sztukach pięknych, przede wszystkim malarstwie ale i literaturze. Jej wujeczne siostry to Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec, a Witkacy był kuzynem. Wykształcona malarsko miała początkowo inne plany, ale książka „Pożoga” napisana na podstawie jej przeżyć i dramatycznej ucieczki z ogarniętego rewolucją bolszewicką Wołynia dała jej sławę i uznanie, stając się debiutem i przepustką do wielkiej kariery literackiej.

Jak pisała później w liście do Melchiora Wańkowicza „żaden geniusz nie wyszedł wprost od wideł i gnoju. Geniusz musi być hodowany.” Niewątpliwie taka hodowla geniuszy miała miejsce w rodzie Kossaków, gdzie staranna edukacja, nasiąkanie polskością, cnotami, stylem, dobrym wychowaniem było codziennością.

Dlaczego Zofia Kossak powinna interesować czytelników tego bloga tak jak interesowała papieża? Bo była pisarką głęboko przejętą swoją wiarą, a przy tym pisarką dobrą. Podczas studiów rysunku w Genewie, jak pisze autorka jej biografii, Zofia „zetknęła się z nowoczesną katolicką filozofią i duże wrażenie zrobiła na niej prelekcja pisarza francuskiego Georges’a Goyau – „człowieka wielkiej wiary i wielkiej wiedzy. Dotychczas mój stosunek do wiary był czysto uczuciowy – wyznała pisarka. (…) Wtedy po raz pierwszy owionął mnie wielki dech chrześcijaństwa rzeczywistego. Zobaczyłam, że wiara to nie tylko majowe nabożeństwo lub złota legenda, ale najdoskonalszy system filozoficzny, jaki kiedykolwiek wydał świat”. Tak właśnie jest! Choć może na co dzień za mało tym żyjemy, w to wierzymy, tak jak Szczucka. Czy dlatego, że za mało czytamy czy słuchamy właśnie ludzi „wielkiej wiary i wielkiej wiedzy”?

Od 1923 r. związana jest z Górkami Wielkimi na Śląsku Cieszyńskim, gdzie po śmierci pierwszego męża Stefana Szczuckiego ponownie wychodzi za mąż za o 7 lat młodszego od siebie Zygmunta Szatkowskiego. Tam powstają kolejne książki, znane nie tylko w Polsce ale przynoszące jej uznanie zagranicą: Krzyżowcy, Bez Oręża, Król Trędowaty, dla dzieci Kłopoty Kacperka Góreckiego Skrzata i wiele innych. Mówi się o niej, że kontynuuje tradycje Sienkiewicza w prozie.

Fascynują ją żywoty świętych, m.in. Św. Stanisława Kostki, którego zawołanie: „Do wyższych rzeczy jestem stworzony (Ad maiora natus sum)” bardzo jej się podoba. Pisze Szaleńców Bożych, rzecz o świętych. Frapuje ją kwestia powszechnego powołania do świętości, kilkadziesiąt lat później tak mocno podkreślona przez Sobór Watykański II. Pisarka pisała tak w jednym z listów: „Każdy człowiek jest powołany do świętości, ale mazgaj, lękliwiec, próżniak ma małe szanse. Zmarnuje łaskę. Na szlaku wielu takich, co odpadli”. Jak zauważa jej biograf Joanna Jurgała-Jureczka: „W innym miejscu Zofia Kossak zapewniała, że każdy chrześcijanin powołany jest do świętości, a zagadnienie to zajmowało ją stale, więc w utworach o charakterze hagiograficznym w nowoczesny sposób portretowała „bożych szaleńców”. Tego rodzaju twórczość uważała za szczególnie ważną.”

Pisarka miała też wyrobione zdanie na temat roli literatury i jej głębokiego znaczenia. W eseju z 38 roku pt. „Służba pisarza” pisała tak: „Dobra literatura to ta, która ukazuje nieskończoność i wielkość wszechświata, sens życia, celowość życia, która pobudza do walki ze złem, do przeciwstawiania się złu, która głosi wiarę w zwycięstwo dobra, żąda heroicznej, aktywnej postawy”. W liście do Anny Sadowskiej „znając jej sceptycyzm religijny, zapewniała, że dzięki dobrym książkom znajdzie się pod bramą Damaszku”. To zagadnienie zajmowało ją stale. Więc pisała, pisało dużo. „Nie ma miejsca na natchnienie. Gdyby autor na nie czekał, niewiele zdążyłby napisać.” Po wojnie przy pisaniu trzech tomów Dziedzictwa wspierał ją w żmudnych pracach przygotowujących pisanie, w zbieraniu materiałów mąż. Charakteryzując pracę swoją i jej męża pisała: „Pracujemy, jak byśmy mieli żyć wiecznie, a żyjemy, jak byśmy mieli umrzeć jutro”. Mówiła wielokrotnie, że samo pisanie jest niczym w porównaniu z pracą przygotowawczą, zbieraniem materiałów, czytaniem literatury z epoki i źródeł.


W 1952 r. wychodzi „Przymierze”. Chwalono je, że jest o powołaniu i wypełnianiu tego powołania przez każdego człowieka. Warto wiedzieć, że Giedroyć, twórca i guru paryskiej Kultury, tak hołubionej po 89 r. w Polsce, sekował to dzieło. Do Wańkowicza pisał: „Może by pan to smacznie zjechał?”

Cofnijmy się jednak na chwilę wstecz. W czasie okupacji w 1942 r. Zofia Kossak publikuje słynną ulotkę „Protest”, która jest pierwszą oficjalną i tak zdecydowaną reakcją potępiającą zagładę Żydów. Jest założycielką Tymczasowego Komitetu Pomocy Żydom, przekształconego wkrótce w Radę Pomocy Żydom "Żegota". Angażuje się w ratowanie tysięcy istnień. Jest to niewątpliwie wielka, historyczna zasługa pisarki, świadcząca o jej szlachetności i osobistym bohaterstwie.
Jak pisze Jurgała-Jureczka „Jan Dobraczyński uważał, że mało kto zrobił dla Żydów tak wiele i „mało kto usłyszał za tę bezprzykładnie ofiarną pracę tak mało słów wdzięczności””. Kossak przed wojną bowiem: „Uważała Żydów za politycznych i gospodarczych wrogów Polski, lecz w obliczu zagłady trzeba było porzucić dawne nawyki myślowe, ponieważ „to był warunek zachowania człowieczeństwa””. (…) „Ratowanie Żydów łączyło się z wielkim niebezpieczeństwem również z powodu postawy samych Żydów, przerażonych i zaszczutych. Po wojnie Zofia Kossak tak oceniała zachowanie wielu uratowanych: „Kiedyś pytałam bardzo porządnego Żyda, czy w razie »wpadki» sypnąłby nas. Namyślił się nad odpowiedzią. Powtarzam, to był bardzo porządny i rozumny człowiek. Powiedział: »Proszę pani, ja bym nie chciał, ale jakby bardzo bili, to ja bym musiał»”.

„Otóż to! – komentowała pisarka. – A Niemcy »bardzo bili»”

Fragment ten świadczy o tym, jak wielkim bohaterstwem było to co robiła „Ciotka” (bo taki pseudonim miała Kossak) oraz inni Polacy ratujący Żydów podczas okupacji niemieckiej.

Dopiero w 1982 r. została uznana przez państwo Izrael za Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Cytowana książka nie daje odpowiedzi, dlaczego stało się to tak późno.

We wrześniu 1943 roku założyciela Żegoty zostaje przypadkowo aresztowana i wywieziona do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Ledwo to przetrwała, zostaje przewieziona po pół roku na Pawiak i dzięki staraniom polskiego podziemia wykupiona. Niemcy nie wiedzieli kogo aresztowali i potem zwolnili. Skrajnie wycieńczona bierze udział w Powstaniu Warszawskim. Po jego upadku przebywa w Częstochowie, gdzie doradza biskupowi reaktywowanie tygodnika „Niedziela”. Wraca do Górek Wielkich. Nadal ukrywa się pod nazwiskiem Sikorska, jednak nowe władze łatwo ją odnajdują. Dostaje wezwanie adresowane na jej prawdziwe nazwisko z nakazem stawienia się w Warszawie. Zostaje przewieziona na spotkanie z Jakubem Bermanem, drugim po Bierucie człowieku zarządzającym Polską z nadania sowietów. Berman był pochodzenia żydowskiego. W zamian za uratowanie dzieci żydowskich podczas okupacji, proponuje jej w sposób jednoznaczny wyjazd z kraju. Była to propozycja nie do odrzucenia.

Wyjeżdża z córką do Szwecji, bez grosza przy duszy snują się ulicami Sztokholmu. Córka przypadkiem zauważa nazwisko matki na okładce książki eksponowanej w witrynie księgarni. Kolejne tygodnie układają się w historię rodem z bajki. Trafiają do wydawcy, okazuje się, że jej książki są dość popularne nie tylko w Szwecji, ale i za oceanem. Wydawca wypłaca jej należne honorarium, ona daje wywiady, spotyka się w czytelnikami, występuje w mediach, szybko zyskuje uznanie i popularność. Za uzyskane pieniądze wyjeżdża do Anglii. Tutaj w ogłoszeniu o jej przyjeździe w Dzienniku Polskim ostatnie zdanie informuje, że „pracowała ostatnio w Warszawie jako sekretarka osobista p. Bolesława Bieruta”. To wierutne kłamstwo w sposób zaskakujący zadomawia się wśród emigracji. Pisarka, zaszczuta atmosferą tej potwarzy, odnalazłszy męża i syna, decyduje się na wyjazd do Kornwalii. Szatkowscy wydzierżawiają tam gospodarstwo rolne i sami na nim pracują. Spędzili tam dziesięć ciężkich lat w trudnym klimacie pokrzywionych od ciągłego wiatru drzew, deszczu i zimna znad Atlantyku, wśród zamkniętych w sobie i nie okazujących emocji Anglików, ciężko pracując na polu i w oborze. W Polsce jej książki zostają wycofane z bibliotek i jest objęta całkowitym zakazem druku. Dzieli los wielu polskich emigrantów, z ludzi majętnych przekształconych w farmerów i robotników, z generałów w magazynierów i barmanów, polskiej elity zdeklasowanej i ledwo wiążącej koniec z końcem dzięki ciężkiej i kiepsko płatnej pracy fizycznej.

Gdy na fali odwilży roku 1956 nadarza się okazja Zofia Kossak decyduje się wrócić z mężem do kraju. Oczywiście idzie na pewien kompromis, nie komentuje publicznie poczynań władz, w jakiś sposób uwiarygadnia je swoim powrotem. Ale jest w Polsce, znowu w ukochanej ojczyźnie, wśród swoich. Emigracja wiele ją kosztowała. Mawiała, że jest tułaczem, a tacy ludzie są jak drzewa wyrwane z gruntu z korzeniami, istnieją jeszcze ale powoli usychają. Jej książki zaczynają być wznawiane w kraju, spotyka się z czytelnikami, żyje.

Umiera w roku 1967, zostaje pochowana w grobie rodzinnym w Górkach Wielkich. W tej chwili znajduje się tam muzeum jej poświęcone. Może kiedyś uda się Wam odwiedzić to miejsce. Tymczasem mamy książki Zofii Kossak, czytał je papież, czytajmy i my.