Serdecznie witam na blogu „Jeszcze w zielone gramy…” i zapraszam do jego odwiedzania. Blog powstał w czasie, gdy byłem naczelnikiem Skautów Europy w Polsce, jako dodatkowy sposób komunikacji z szefami (której cały czas miałem wielki niedosyt). Od tego czasu zmienił nieco oblicze i stał się bardziej uniwersalny i wielotematyczny. Teraz jest miejscem, gdzie w nielicznych wolnych chwilach między intensywną pracą zawodową, absorbującym życiem rodzinnym i całą masą innych ważnych spraw staram się zamieszczać materiały, mogące być interesującymi lub użytecznymi, w zamierzeniu przynajmniej, zarówno dla młodych ludzi, jak i tych bardziej dojrzałych w latach, którym lwią część życia pochłania praca i rodzina. Jednak większość tematów, mam nadzieję, może zainteresować każdego. Znajdziecie tu m.in. wpisy dotyczące rozwoju osobistego, wychowania, relacji małżeńskich, bieżących spraw społecznych, recenzje filmów, wypisy z lektur, obserwacje obyczajowe, prawdziwe historie. Samo życie. Aha i jeszcze jedno, choć źródłem lub przyczyną wielu wpisów będą inni, którym niniejszym bardzo dziękuję, odpowiedzialność za zamieszczane treści ponosi wyłącznie autor.
Miłej lektury! Z pozdrowieniami, Zbigniew Korba

środa, 1 lutego 2012

O sztuce dobrego życia albo jak nie być burakiem


O tym traktuje książka „Humanizm dobra niewidzialne” prof. Juana Luisa Lordy. To rzecz godna polecenia dla wszystkich. W skondensowanej formie, pełnej cytatów i złotych myśli autor snuje refleksję nad tym, czym dla człowieka jest kultura, życie intelektualne, piękno, styl, poczucie humoru, przyjaźń, itd. Kilka pierwszych z brzegu cytatów:

Najpierw odnośnie tego, dlaczego czytanie jedynie gazet jest niewystarczające dla człowieka chcącego mienić się wykształconym i inteligentnym. Autor cytuje Annę Kareninę Lwa Tołstoja: „Obłoński prenumerował i czytał pismo liberalne o tendencji nie skrajnej, lecz takiej, jakiej trzymała się większość. Mimo że nie interesowała go właściwie ani nauka, ani polityka, stale podzielał w tych wszystkich sprawach poglądy większości i jej dziennika, a zmieniał je tylko wówczas, gdy zmieniała je większość. Mówiąc ściślej, nie on zmieniał poglądy, lecz one same się w nim niedostrzegalnie zmieniały. Obłoński nie wybierał kierunku ani zapatrywań; prądy i zapatrywania przychodziły do niego same, podobnie jak nie wybierał fasonu kapelusza ani kroju surduta, lecz nosił to co wszyscy”.

W takim razie co czytać? „Nie czytaj przeciętnych – radzi poeta Max Jacob – czytaj dzieła wielkich osobowości i krocz w ich towarzystwie. (…) Ile czasu, ile godzin straciłem, czytając książki, w których nie pozostało mi nawet wspomnienie! Gdybym poświęcił ten czas w jednym tylko kierunku, dziś byłbym go już osiągnął. (…) Kultura pochodzi z tego, czego dokona jeden dobry wykład filozofii i dogłębna znajomość geniuszy. Reszta książek to luksus na wakacje. Nie ma czasu na czytanie bezużytecznych książek”.

Na temat umiejętności świętowania: „Święto to coś więcej. To pewien rytuał, który zatrzymuje i przełamuje rytm codzienności, ponieważ pragnie na coś wskazać. Jeśli życie nie zatrzymuje się, aby świętować to, co ważne, zjada je czas, który biegnie nieubłaganie. (…) Święta mają bowiem pewien posmak raju: nie tylko dlatego, że na ogół zwalniają z obowiązku pracy, lecz przede wszystkim dzięki radości, zabawie i życiu, które dzieli się z innymi. (…) Święto musi posiadać znaki obfitości, braku miary, czegoś zaskakującego, niecodziennego i nadzwyczajnego”.

I na koniec cytat z cytowanych tamże Czterech miłości C.S. Lewisa: „I to jest właśnie przyczyna, że tym godnym litości ludziom, którzy po prostu chcą się , nigdy się to nie udaje. Pragnienie czegoś poza przyjaźnią jest koniecznym warunkiem zaprzyjaźnienia się. Gdyby prawdziwa odpowiedź na pytanie” brzmiała: - nie mogłaby powstać z tego żadna przyjaźń, choć może powstanie przywiązanie. Nie miałaby się wokół czego owinąć, bo przyjaźń musi posiadać swój ośrodek, choćby nim była pasja do gry w domino lub do białych myszy. Ci, co nic nie posiadają, nie mają się czym dzielić, ci, co nigdzie nie zmierzają, nie mogą mieć towarzyszy podróży”.

O tych i innych rzeczach, jak żyć „jak człowiek” możecie dowiedzieć się z lektury tej pouczającej książki.

niedziela, 22 stycznia 2012

Znowu o US

Ten wpis miał być o czym innym, przynajmniej na początku. Jednak muszę zacząć znowu od Ricka, bo mnie rozweselił i wzruszył przed chwilą.

Dzieci śpią, a ja oglądam i podziwiam jak wygląda przywództwo, jak przemawiają kandydaci z wizją. Wolność, szacunek dla pracy, godność każdej osoby, wiara w człowieka, wiara w Amerykę. Smaczne kawałki: „To była rodzinna decyzja, istotna decyzja aby dać krok do przodu, wejść na linię ognia. Bo to jest linia ognia (tu żona i uśmiechnięte młode twarz z tyłu kiwają ze zrozumieniem głowami). Obudziliśmy się jak wiele ludzi w Ameryce. Bo cos szło źle w kraju. Ameryka, którą kochamy zaczęła się fundamentalnie zmieniać. Siedzieliśmy przy stole w kuchni rodziną i pomyśleliśmy, nie możemy dalej być tylko obserwatorami”. Zobaczcie między drugą a trzecią minutą.

I na tym niestety zakończymy na dzisiaj.

niedziela, 8 stycznia 2012

Ameryka wciąż może inspirować

Czytanie gazet w ostatnich tygodniach może być zajęciem przygnębiającym. Wiele bieżących informacji a także prognoz na 2012 rok nie napawa optymizmem. Nie ulega wątpliwości historia przyspiesza, a my spoglądamy „w poszukiwaniu straconego czasu”. W takim nastroju, zafrapowany kampanią prezydencką w USA, postanowiłem skorzystać z dobrodziejstwa Internetu, by obejrzeć to i owo zza oceanu w dniu rozstrzygnięcia prawyborów partii republikańskiej w stanie Iowa.

To było odświeżające. Pierwsza debata sprzed kilku miesięcy. Jak przedstawiają się politycy amerykańscy z wieloletnim stażem i wybitnymi osiągnięciami. Przede wszystkim jako ojcowie, matki, rodzice. Nie wierzycie, zobaczcie sam początek: 1 Debata
Jak odnoszą się do siebie, do publiczności, jak odpowiadają na zarzuty. Spokojnie, z uśmiechem na ustach, dowcipnie, rzeczowo, pewnie. Miło tego się słucha. Jednak nie chodzi przede wszystkim o styl ale o treść, za słowami kryją się mocne przekonania udokumentowane czynami wielu lat. Wiara w kraj, rodaków.

Dziennikarze, troje na jednego. Ze stacji, która nie lubi republikanów. Przypierając do muru kandydata, zachowują klasę i miarę, której brakuje w podobnych sytuacjach w Polsce. Zobaczcie jak proszą Mitta Romneya aby odniósł się do nazwania go „kłamcą” przez Newta Gingricha, a ten nie obrzuca konkurenta epitetem ale stwierdza, że Newt „ma prawo być rozczarowany”: Mitt contra 3

I jeszcze zupełnie fenomenalne wystąpienie Ricka Santorum z podziękowaniem dla wyborców i … Boga: Rick. Najlepszy jest cały ten tłumek śmiejący się od ucha do ucha.

Ponadto film, w którym Rick opowiada o swojej chorej na chorobę genetyczną córeczce. U nas pewnie coś takiego zostałoby okrzyknięte używaniem dla celów politycznych rodziny, paskudnym graniem na emocjach, etc. Oto: Bella

Jeśli ktoś jest zmęczony naszym życiem publicznym, proponuję dziś szukać inspiracji za oceanem. Polityka może wyglądać inaczej, demokracja może być bardziej realna, a ciężką pracą można zmienić swój los. Tam jest czymś naturalnym, że obywatele interesują się sprawami publicznymi. Istnieją też mechanizmy, dzięki którym wpływ na polityków jest bardziej realny. Podczas wspomnianych prawyborów w Iowa, oprócz wielu spotkań kandydatów z wyborcami, odbyło się ponad 1700 wieców, na którym każdego z kandydatów reprezentował przedstawiciel przemawiający w jego imieniu i zachęcający do głosowania. Ludzie dyskutowali, przekonywali się, potem decydowali. Wyobrażacie sobie u nas coś podobnego?

W tej chwili pewnie nie. Warto jednak pamiętać, że Polska ma wielkie tradycje republikańskie. Gdy innym narodom nawet się to nie śniło 10% naszej populacji uczestniczyło w podejmowaniu najważniejszych decyzji państwowych. Konstytucja 3 Maja jest pierwszą europejską konstytucją, a drugą na świecie po amerykańskiej właśnie.

niedziela, 18 grudnia 2011

Family Man – komedia romantyczna jakiej potrzebujesz


Idą święta, z nimi zima, a zatem czas na Family Man’a.

To absolutny hit! Jeden z moich ulubionych filmów. Najlepsza komedia romantyczna, przy tym o walorach terapeutycznych zwłaszcza dla białych kołnierzyków. Doskonała do oglądania z żoną, w któryś z zimowych, pobożonarodzeniowych wieczorów, gdy za oknem pada śnieg, drewno trzaska w kominku, a w filiżance pachnie aromatyczna herbata. Wracam do tego filmu systematycznie i zawsze dobrze się bawię. Nikt komu polecałem, nie zgłaszał reklamacji.

Nowojorski yuppie (słowo passe, ale oddające dobrze bohatera), Jack Campbell (rewelacyjny w tej roli Nicholas Cage), singiel, zamykający transakcję stulecia, nagle budzi się jako mąż porzuconej 13 lat wcześniej Kate i ojciec dwójki ich dzieci. Z początku ta nowa sytuacja to dla niego prawdziwa trauma. Powoli zaczyna jednak odnajdywać się w nowych rolach, męża i ojca, a w końcu nie chce ich wcale porzucić. Mimo niecodziennego pomysłu na fabułę, film jest pełen bardzo autentycznych, realistycznych, prawdziwych sytuacji i dialogów.

Wiele komicznych wręcz kultowych scen (np. wybór koszuli, przedłużająca się narada w wigilię w pracy, przyjęcie bożonarodzeniowe, oglądanie video z urodzin Kate, coaching przyjaciela-sąsiada, który podejrzewa, że Jack ma kryzys małżeński). Mięsiste, przezabawne dialogi. Świetni aktorzy, jak zawsze urzekający klimat Nowego Jorku. To również film bardzo dowartościowujący młode małżeństwa z dziećmi, gdyż niezwykle trafnie pokazuje jak wielkim trudem, ale i radością jest „wybór rodziny”. Oczywiście potrzeby komediowej fabuły nakazują pewne przerysowania, ale dają one też do myślenia. Takich filmów - pogodnych, rozweselających, ale i inteligentnych nie ma zbyt wiele, więc wracajmy do Family Man’a w zimowe wieczory.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Tak właśnie to działa

Sobota godzina dziewiąta rano, szaro i jesiennie. Przed kościołem w Józefowie gromadzą się wilczki, za chwilę akela przywoła ich na apel rozpoczynający zbiórkę. Pięćdziesiąt metrów dalej jeden z zastępów szykuje się do wyjazdu rowerowego. Pogoda chłopakom nie przeszkadza. Jeden z nich, Franek podchodzi na chwilę do wilczków, rozmawia z przybocznym Baloo, po czym Baloo tarmosi się z nim chwilę w sposób zdradzający, że tego typu manewry były częste, gdy harcerz był jeszcze w gromadzie. Ściska ramieniem za głowę i drugą ręką michra mu włosy. Chłopak wyrywa się, śmieje, wszystko w tradycyjnie chłopięcym stylu. Odchodzi w końcu do zastępu. Za chwilę rowerzyści odjeżdżają, co wywołuje spore zamieszanie w szeregach wilczków, chłopaki patrzą z zachwytem na starszych kolegów oddalających się za bramą.

Tak właśnie to działa! Wychowanie młodych przez młodych, choć trochę starszych. Naturalny autorytet starszego kolegi, który przyciąga i emanuje.

piątek, 9 grudnia 2011

Szpieg


Od dawna miałem nieuświadomioną ochotę na taki właśnie film. Prawdzie życie szpiegów, szare i w większości utkane z monotonnych czynności, rutyny, pracy głową a nie mięśniami, ślęczenia nad papierami i wysilania szarych komórek. „Szpieg” będący adaptacją słynnej powieści Johna Le Carre „Druciarz, Krawiec, Żołnierz, Szpieg” opowiada o tajnym śledztwie prowadzonym wewnątrz brytyjskiego wywiadu, słynnego MI6, w celu dekonspiracji sowieckiego szpiega działającego na samym szczycie tej instytucji. Warto pamiętać, że książka została zainspirowana prawdziwą aferą z czasów zimnej wojny. Otóż w MI6 przez długie lata działało kilku podwójnych agentów zwerbowanych przez Sowietów a zajmowali oni najwyższe stanowiska. Była to tzw. Grupa Oxbridge. Nazwa pochodzi od dwóch najsłynniejszych angielskich uniwersytetów Oxford i Cambridge, na których studiowali niezwykle utalentowani pracownicy wywiadu i miłośnicy komunizmu.

Film nakręcony jest niezwykle oryginalnie. Zdjęcia specjalnie utrzymane są w szaroburych kolorach, z ekranu przenika wilgoć i mgła Londynu, w obskurnych pomieszczeniach w oparach dymu widzimy zmęczone twarze mężczyzn po pięćdziesiątce prowadzących ze sobą grę o wysoką stawkę. Genialna minimalistyczna gra Gary Oldmana w tytułowej roli Smileya zasługuje na Oscara. Plejada innych angielskich aktorów z Colinem Firthem na czele stanowi o tym, że film jest zagrany świetnie. Generalnie jest to bardzo British style: inteligentne dialogi, dosyć skomplikowana intryga, angielska flegma.

Uwaga: amatorów klasycznych filmów sensacyjnych w stylu Bonda może rozczarować. Ci, którym się spodoba, zechcą obejrzeć jeszcze raz, aby poskładać sobie całą łamigłówkę dokładniej. Znane mi kobiety po obejrzeniu nie były nawet w 1/3 tak zachwycone filmem jak mężczyźni (jednak próba badawcza może zawierać błąd, gdyż mówimy jedynie o dwóch przypadkach).

czwartek, 8 grudnia 2011

Forum Młodych FSE 2011

Forum Młodych FSE dwa tygodnie temu to KWS, kolejny wielki sukces. 300 osób, świetni goście, wspaniała atmosfera, tzw. miód z boczkiem. Byłem ledwie chwilę (kilka godzin) i nie żałuję. Gdy moja małżonka uwijała się pewnie za zakupami na bazarku, odrabiała z dziećmi lekcje, robiła obiad i piekła ciasto, ja „podszywając się za młodzież” w najlepsze słuchałem sobie arcyciekawych wystąpień. Miło się słucha mądrych rzeczy. Ważne aby je zrozumieć, jednak zrozumieć to nie to samo co zapamiętać, a zapamiętać to nie to samo co wdrożyć w życie. Dlatego warto notować, a notatki czytać i do nich wracać. Nie wiem ile osób notowało, wokół mnie mało.

Szczególnie miło było posłuchać Jacka Pulikowskiego. Dużo pierwszorzędnych, ważnych myśli, np. o głównej tezie dzieła Karola Wojtyły „Osoba i czyn”, iż przez dobre czyny człowiek staje się dobry, zmienia się. Dobre uczynki uszlachetniają nas. „Dobry uczynek” – brzmi znajomo? Dlatego nie wystarczy być dobrym, myśleć dobrze, trzeba jeszcze działać, czynić, zmieniać rzeczywistość.

Albo że powołanie małżeństwa to budowa komunii osób, i że nikt tego nie rozumie, bo to najwyższa półka. I że gdy nie można teściowej polubić, to trzeba ja pokochać. A jeśli ktoś opuszcza małżonka, rozwodzi się, to nie powinien utrzymywać, że kocha dzieci. Bo to nijak dobre dla dzieci nie jest. I rady o szukaniu męża dla dziewczyn zamykających się w wieży, pierwszorzędne.

Brawo dla Jurka i Asi oraz wszystkich, którzy im pomagali. Tak trzymać!

środa, 7 grudnia 2011

Prorocze wizje Dostojewskiego

Fragment rozmowy diabła z Iwanem Karamazowem:

„Tam są nowi ludzie - zdecydowałeś wtedy, jeszcze zeszłej wiosny, wybierając się tu. Zamierzają zburzyć wszystko i zacząć od ludożerstwa. Głupcy, mnie się nie spytali! Moim zdaniem, nie trzeba nic burzyć, trzeba jedynie zburzyć w ludzkości ideę Boga (a ja wierzę, że ten okres nastąpi, podobnie jak następują po sobie okresy geologiczne), to sam przez się, bez ludożerstwa, runie cały dawny światopogląd, a przede wszystkim cała dawna moralność, i przyjdzie wszystko nowe. Ludzie zespolą się, aby czerpać z życia wszystko, co ono dać może, ale zespolą się jedynie gwoli szczęścia i radości, i to tylko w tym życiu. Człowiek uniesie się poczuciem boskiej tytanicznej dumy i zjawi się człowiek-bóg. Nieustannie, każdej godziny zwyciężając bezgranicznie przyrodę swoją wolą i nauką, człowiek ów każdej chwili będzie odczuwał rozkosz tak wzniosłą, że zastąpi mu ona wszystkie dawne obietnice rozkoszy niebieskich. Każdy się dowie, że jest śmiertelny bez zmartwychwstania, i przyjmie śmierć dumnie i spokojnie, jak Bóg. Z dumy zrozumie, że nie ma co sarkać na to, że życie jest jednym mgnieniem, i pokocha bliźniego swego nie myśląc o nagrodzie. Miłość zaspokoi tylko mgnienie życia, ale już sama świadomość jej ulotności wzmocni jej płomień o tyle, o ile poprzednio rozpływał się on w obietnicach miłości pozagrobowej i nieskończonej…” no i tak dalej, i tak dalej w tym guście. Uroczo!

Iwan siedział, zasłaniając uszy rękoma i patrząc w ziemię, ale zaczął drżeć na całym ciele. Gość mówił dalej:
- Pytanie teraz polega na tym, myślał mój młody filozof, czy możliwe, aby taki okres nastąpił, czy nie? Jeśli nastąpi, to wszystko jest rozstrzygnięte, i ludzkość urządzi się ostatecznie. Ale ponieważ ze względu na zatwardziałą głupotę ludzką nie nastąpi to jeszcze chyba i za tysiąc lat, to każdy, kto uświadamia sobie już teraz prawdę, ma prawo urządzić się, jak mu się tylko podoba, na nowych podstawach. W tym sensie „wszystko jest dozwolone”. Mało tego: jeśli ten okres nawet nigdy nie nastąpi, to ponieważ Boga i nieśmiertelności i tak nie ma, więc nowy człowiek ma prawo stać się człowiekiem-bogiem, choćby nawet był sam na całym świecie, i oczywiście jako taki z lekkim sercem przeskoczyć wszystkie moralne przeszkody dawnego niewolnika, jeśli to tylko okaże się potrzebne. Dla Boga nie ma praw! Gdzie Bóg stanie, tam już miejsce boże! Gdzie ja stanę, tam już od razu będzie pierwsze miejsce… „wszystko jest dozwolone”, i basta!

Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow

czwartek, 24 listopada 2011

Marzenie

„Jego słowa zrozumieli naprawdę tylko wtajemniczeni, którzy wiedzieli, że prawdziwym sensem ludzkich spraw jest nie tylko rzeczywistość, lecz również marzenia, które powstają z możliwości w niej ukrytych”.

Sandor Marai „Sindbad powraca do domu”

czwartek, 3 listopada 2011

Jane lepsza niż Bitwa

Obiecałem sobie, że nie napiszę nic o „Bitwie Warszawskiej 1920 roku” Hoffmana dopóki nie zobaczę innego filmu, który mnie zachwyci. Co do Bitwy jedno ciśnie mi się na usta: jak można tak totalnie spartolić taki temat? Gdyby mi ktoś powiedział przed seansem, że ledwo dotrwam do końca, nie uwierzyłbym. Brak słów aby oddać skalę rozdrażnienia. O rozczarowaniu właściwie mówić nie można, trochę się tego spodziewałem, pamiętając sceny taplania się w błocie husarii w „Ogniem i mieczem”. Jednak tutaj jest znacznie gorzej, źle obsadzeni aktorzy (i nieaktorzy w przypadku Urbańskiej), płytki i banalny scenariusz, tekturowe kwestie marszałka, tanie chwyty pod publiczkę. Tragedia. Trafnie sprawę oddał Andrzej Łapicki w cotygodniowym felietonie dla Rzeczpospolitej: „Jak nie ma dobrze napisanych ról, nawet Szyc się nie wyrabia. Myślę, że zamiast eksperymentów optycznych, lepiej było zamknąć się w pokoju hotelowym i napisać scenariusz”. Święte słowa!

Warto natomiast, naprawdę warto obejrzeć „Jane Eyre” wg powieści Charlotte Bronte pod tym samym tytułem. Książki nie czytałem, ale kupię żonie na gwiazdkę. Skoro film jest jej wierną adaptacją na pewno jest znakomita. Jest to historia dziewczyny-sieroty, którą niedobra ciotka umieszcza w strasznej szkole z internatem. Koszmarne przeciwności nie załamują jej, pośród nich odnajduje piękną przyjaźń. Po zakończeniu nauki zostaje guwernantką córki tajemniczego arystokraty. Szorstki w obyciu mężczyzna zaczyna interesować się młodą dziewczyną, w końcu rodzi się uczucie między nimi. Potem jest dramatycznie i częściowo tragicznie. Nie warto wiedzieć wcześniej dlaczego, by nie odbierać sobie przyjemności oglądania. Z filmu przebijają mocno ważne wartości: szacunek dla siebie samego, godność osoby, nierozerwalność małżeństwa mimo wszystko, honor. Kapitalnie spisała się odtwórczyni głównej roli Mia Wasikowska, aktorka polskiego pochodzenia. W obsadzie również m.in. jak zawsze doskonała, znana z Jamesa Bonda, Judi Dench. Jest to film na pewno dla rodziców i ich córek, ale nie najmłodszych córek, raczej starszych nastolatek. Jak na romans w ogóle nie przesłodzony, przeciwnie, trochę nawet mroczny. Jednym słowem: polecam!

środa, 2 listopada 2011

Najbardziej optymistyczne wiadomości

Wrzesień i październik były intensywnymi miesiącami dla naszej rodziny. Marta po raz pierwszy przekroczyła progi przedszkola. Już od tygodni nie mogła się doczekać tej chwili, ciągle komuś opowiadając, że niedługo będzie przedszkolakiem. Gdy jednak chwila ta nadeszła, pojawiły się kłopoty. Przesiadywanie na ławeczce w szatni, niechęć wejścia do sali i coraz bardziej zacięta mina wyprowadzały z równowagi Ewę. W końcu miałem pojechać z Martą ja. Pomyślałem: „sama przyjemność, pestka, pokażmy jak się odprowadza dziecko”.

Rano w przedszkolu wspaniała atmosfera, mnóstwo uśmiechniętych, mimo pewnego pośpiechu, ludzi. Niestety koncepcja wejścia z marszu, przedszkolny blitzkrieg, nie powiódł się. Siedzimy na ławeczce, Marta chce się ubierać w kurtkę, ja coraz bardziej gotuję się w zimowym płaszczu. Co chwila ktoś posyła mi znaczące spojrzenie. Już jesteśmy pod drzwiami ale Marta pozostaje harda. W końcu z sali wychyla się jej pani Ania (czyli nasza znana i lubiana Ania Godlewska) i błyskawicznym ruchem porywa Martę na ręce, po czym znika za drzwiami. Rozlega się histeryczny płacz, Marta jest bordowa na twarzy. Momentalnie ucisza się, nic nie słyszę zza drzwi. Zaglądam z ciekawości przez szybę. Marta stoi przy biurku, odbiera jakąś naklejkę i cała podekscytowana słucha pani. Mój Boże, i po co taka heca przed drzwiami. Patrzę jeszcze na prace powieszone na szybie, rysunek Marty jest idealny, kredka nie wychodzi poza linie. To wyjątkowe w tym wieku ale w populacji moich dzieci to tradycja. Odchodzę szczerze rozbawiony.

Po dwóch tygodniach Marta opowiada wszystkim wokoło, że właśnie miała „prasowanie”, „nie, kasowanie na biedronkę”. Jest bardzo dumna a na bluzie pokazuje przypięta naklejkę biedronki. No i nauczyła się jeździć na rowerze. To napawa mnie dumą rodzicielską.

Piotrek. Skończył już dawno półtora roku i nie pozwala aby traktować go jak dziecko. Ma aspiracje. Boki można zrywać jak naśladuje starsze rodzeństwo, najpierw nadstawia ucha a potem robi to, co oni. Dostał właśnie nowe buty. Tupie i popisuje się. Najlepiej obserwować, gdy tłumaczy coś którejś z sióstr, w swoim języku, ale z intonacją taką, jak trzeba. Zaczyna też kopać piłkę. Oj, czyżby chciał iść w ślady brata? Kopie lewą nogą tak jak Stasiek. I jest niesamowicie ciekawy świata, otwiera wszystkie szuflady, zapoznaje się z ich zawartością, wkłada palce, tam gdzie nie potrzeba. Wszyscy musimy na niego ogromnie uważać. Taki wiek. Wiek odkrywcy, ile radości z poznawania świata!

Mela zaczęła naukę gry na skrzypcach. Odwiedziły ją koleżanki a ona wyciągała skrzypce z futerału i chowała, pociągając za struny i z lubością odpowiadając na pytania. Pani od skrzypiec po pierwszej lekcji uznała, że Mela ma błysk w oku, więc będą z niej ludzie. Myślę sobie, że ten błysk w oku to ważna rzecz. Ja też lubię taki błysk w oku.

Mela i Marta mają wreszcie swoje biurka i nabożnie z nich korzystają. Mela odrabia lekcje a Marta udaje, że też ma lekcje i że też odrabia. Marta pięknie rysuje, i pasjami wykonuje zadania z książeczek dla maluchów, od czasu do czasu pytając, co trzeba zrobić w danym zadaniu.

Stasiek i Marysia mają mnóstwo lekcji. Gdy wracam późno, na stole w jadalni czekają na mnie często rozłożone prace z angielskiego i francuskiego do sprawdzenia. Jak to dobrze, że wolą, aby matematykę i polski sprawdzała im mama.

Wieczorami zaglądając na portale staram się śledzić bieżące wiadomości z kraju i ze świata. Te powyżej to najbardziej optymistyczne wiadomości ostatnich tygodni.

środa, 19 października 2011

Steve Jobs o śmierci

Gdy miałem 17 lat, znalazłem gdzieś cytat, który brzmiał mniej więcej tak „jeśli każdego dnia będziesz żył tak, jakby to był twój ostatni dzień, to pewnego dnia na pewno będziesz miał rację”. Zrobiło to na mnie takie wrażenie, że od tego czasu, przez ostatnie 33 lata, każdego ranka patrzyłem w lustro i pytałem sam siebie „czy gdyby dzisiaj był ostatni dzień mojego życia, to chciałbym robić to, co mam zamiar robić?”. I jeśli odpowiedź brzmiała „nie” przez zbyt wiele dni z rzędu, wiedziałem, że muszę coś zmienić – tłumaczył Steve Jobs sześć lat temu absolwentom Uniwersytetu Stanforda. Stwierdził dalej, że pamięć o nieuchronnej śmierci była jednym z najważniejszych narzędzi, które pomogło mu w podjęciu najważniejszych wyborów w życiu.