Serdecznie witam na blogu „Jeszcze w zielone gramy…” i zapraszam do jego odwiedzania. Blog powstał w czasie, gdy byłem naczelnikiem Skautów Europy w Polsce, jako dodatkowy sposób komunikacji z szefami (której cały czas miałem wielki niedosyt). Od tego czasu zmienił nieco oblicze i stał się bardziej uniwersalny i wielotematyczny. Teraz jest miejscem, gdzie w nielicznych wolnych chwilach między intensywną pracą zawodową, absorbującym życiem rodzinnym i całą masą innych ważnych spraw staram się zamieszczać materiały, mogące być interesującymi lub użytecznymi, w zamierzeniu przynajmniej, zarówno dla młodych ludzi, jak i tych bardziej dojrzałych w latach, którym lwią część życia pochłania praca i rodzina. Jednak większość tematów, mam nadzieję, może zainteresować każdego. Znajdziecie tu m.in. wpisy dotyczące rozwoju osobistego, wychowania, relacji małżeńskich, bieżących spraw społecznych, recenzje filmów, wypisy z lektur, obserwacje obyczajowe, prawdziwe historie. Samo życie. Aha i jeszcze jedno, choć źródłem lub przyczyną wielu wpisów będą inni, którym niniejszym bardzo dziękuję, odpowiedzialność za zamieszczane treści ponosi wyłącznie autor.
Miłej lektury! Z pozdrowieniami, Zbigniew Korba

niedziela, 6 maja 2012

Oblężenie Zbaraża


Kilka dni temu Skauci Europy zdobyli zamek w Czersku. Dla prawie ośmiuset nastoletnich chłopców zdobywanie zamku, jak i całe Wielkie Harce Majowe były niewątpliwie niesamowitą przygodą. Sto siedemdziesiąt zastępów z ponad czterdziestu drużyn przybyło z całej Polski w okolice Góry Kalwarii, aby przez kilka upalnych dni uprawiać autentyczne harcerstwo. Trzeba było widzieć te radosne twarze! Byłem tam właściwie tylko przez chwilę więc nie jestem najlepszą osobą, aby opisać to wydarzenie. (Świetny opis np. tutaj: Skauci poharcowali.) Jednak kilka godzin w zupełności wystarczyło, by zakrzyknąć: zaiste, tegoroczne Harce Majowe były wielkie!

Porzuciwszy samochód na skraju lasu od razu napotkałem rezolutnego harcerza. Poinformował mnie uprzejmie i precyzyjnie, gdzie znajduje się obozowisko i co się wydarzyło dotychczas. Zapytałem w jakim jest zastępie. Odpowiedział grzecznie, że jest zastępowym, choć jest dopiero w szóstej klasie, ale to zastęp samodzielny, że wie, iż jest trochę za młody, ale nie było wyjścia. Przytaknąłem, mówiąc, że życie nie składa się tylko z idealnych sytuacji, a bycie zastępowym to przecież służba, którą czasami musimy podejmować wtedy, gdy zachodzi taka konieczność, a nie wtedy gdy byłby to dla nas najbardziej odpowiedni moment. Dodałem, iż dobrze to o nim świadczy, że ma taką refleksję. Po drodze zapoznałem się jeszcze z książeczką, w której jest wszystko co trzeba, prostą, w idealnym formacie mieszczącym się w kieszeni. Tak doszliśmy na skraj wielkiej polany.

Na jej obrzeżach kręcili się Skauci Europy, jedni przygotowywali posiłek, inni sprzątali, jeszcze inni już przygotowywali się do wieczornych ognisk. W kilku miejscach odbywały się narady platform (tym razem zwanych harcami). Każdą naradę prowadził jeden z bardziej doświadczonych drużynowych, odpowiedzialny za dany harc, otoczony wianuszkiem około dwudziestu zastępowych, z których każdy dzierżył pewnie proporzec swojego zastępu. Wszyscy nienagannie umundurowani, w beretach, choć wciąż było naprawdę gorąco. Twarze skupione, odpowiedzialne, dyskusje rzeczowe, konstruktywne. Co za widok! Teren emanował niesamowitym duchem i energią młodych chłopaków, zmęczonych upałem ale szczęśliwych.

Obozowanie w kilkuosobowych zastępach, pod okiem drużynowego, najczęściej studenta lub maturzysty. Życie jak na zwyczajnym biwaku a jednocześnie poczucie, że jest tylu innych w takich samych mundurach, żyjących tych samym stylem, tuż obok. Mocne drużyny z kilkunastoletnią tradycją, proporce ich zastępów obwieszone tasiemkami upamiętniającymi sukcesy kolejnych pokoleń. Tuż obok zastępy z bardzo młodych drużyn, powstałych rok, dwa temu, dopiero raczkujący w harcerstwie, miały okazję przypatrywać się i uczyć od bardziej doświadczonych.

A wszystko to dzięki kilkunastomiesięcznej pracy całego sztabu ludzi. Spotykam kilku na polanie. Najpierw Jurka Żochowskiego robiącego zawzięcie zdjęcia. On odpowiada za grę fabularną, znany pasjonat historii czyli właściwa osoba na właściwym miejscu. Kanwą gry jest „Ogniem i mieczem” i obrona Zbaraża (za który będzie robił zamek w Czersku). Za chwilę zderzam się z Marcinem Kuczajem, namiestnikiem harcerzy, który z notesem w ręku na bieżąco notuje to, co wymaga korekty, poprawienia, omówienia pewnie na najbliższej radzie szefów. W Kraalu Bartek Bodziechowski, komendant WHM, hufcowy krakowski. Dalej Paweł Przypolski, szef Kraala, on tu dyscyplinuje ekipę WHM, by cały czas towarzyszył jej dobry styl. Zza jego pleców wyrasta Piotrek Jedziniak, który czuwa nad programem. Kątem oka widzę pustelnię, ks. Marek chyba kogoś właśnie spowiada. Teren objeżdża właśnie samochód ekipy logistyczno-ochronnej Michała Fabiszewskiego. Mógłbym ciągnąć i ciągnąć, a kogoś na pewno bym pominął.

Ta grupa to siedmiu czy dwunastu wspaniałych, pasjonaci skautingu, a ściślej zielonej gałęzi. Są prawdziwi weterani jak Paweł, który pamięta pierwsze Harce na początku lat dziewięćdziesiątych. Jest świeża krew, jak Marcin i Bartek. Przecież to było chwilę temu jak podczas jednego z Adalbertusów ich zastęp kursantów zaprosił mnie na obiad i gawędziliśmy sobie o ważnych sprawach. Pamiętam, jak pomyślałem wtedy: „świetna ekipa, będą z nich ludzie”. I oto są. Młodzi mężczyźni z różnych części Polski przez ponad rok pracują nad imprezą dla swoich młodszych kolegów, co tydzień przez skype naradzają się, popychają sprawy do przodu. Pracują nad tym, aby te kilka dni było nie tylko przygodą, ale i dało efekt wychowawczy. By było nie tylko fajnie, ale i bezpiecznie. Potem zostawiają żony w domu i przez kilka dni usychają z chłopakami w upale, entuzjazmując się sukcesami skautów, jakby od tego zależała przyszłość Polski i świata. Bo czyż nie zależy?

W telewizji pełno reportaży o jakichś śpiewakach z kolejnego, robionego wedle tej samej sztancy programu. Udramatyzowanie, jak to trafili do programu, wysilali się, by w końcu zaśpiewać (o jak koszmarnie zaśpiewać). Co to oni nie lubią, jaki to pogląd mają na życie, etc. Banały, frazesy. Ale trzeba pokazać tumanom przed telewizorami, że dziś nie trzeba wysiłku aby być w tv. Nie ważne, że nie wiesz, kiedy wybuchła II Wojna Światowa, ani kto to był Kopernik i jesteś patentowanym leniem. I tak zrobimy o tobie reportaż, bo to się sprzedaje, a ciemny lud to kupi. Podczas gdy w okolicach Góry Kalwarii był znakomity materiał na reportaż o siedmiu czy dwunastu wspaniałych, którzy z pasji, ale i z poczucia obowiązku i służby społeczeństwu robią wydarzenie dla ośmiuset chłopaków. I jest to ekipa, w której znajdziecie i zdolnych, przebojowych studentów, i młodych menadżerów wielkich firm, i przedsiębiorców znających smak sukcesu i walki z biurokracją, tudzież wybitnego naukowca piszącego habilitację, czy zapalonych charyzmatycznych kapłanów.

Chłopaki, wiem, że nawet nie myśleliście o tym, aby ktoś robił o Was reportaże. Nie musicie być zakłopotani, reportażu nie będzie. (Na marginesie trzeba oddać sprawiedliwość, że dzięki zabiegom Tomka Podkowińskiego z oprawą medialną samych WHM było całkiem w porządku, był i materiał w telewizji, i artykuły w prasie). Piszę to po prostu jako obywatel, zatroskany o miejsce, w którym żyje. Zbulwersowany lansem troglodytów, i skromnością bohaterów. Polska będzie lepsza, gdy podobni pasjonaci będą realizować z determinacją dobre pomysły w różnych dziedzinach pro publico bono.

Mam nadzieję, że wielu z nich 30 kwietnia zdobywało zamek w Czersku.

P.S. Zdjęcia z imprezy zamieszczone tutaj zawdzięczamy Pawłowi Kuli i Pawłowi Przypolskiemu (mam nadzieję, że nie mają nic przeciwko). Więcej pysznych zdjęć np. na stronie WHM na facebooku.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Jeszcze więcej filmów rodzinnych

Co ja zrobię, że ten wpis powinien był zostać opublikowany parę miesięcy temu, gdy za oknem siąpił deszcz albo trzymał trzaskający mróz, co sprzyjało rodzinnym wieczorom filmowym. A teraz? Teraz to trzeba iść na rower, pokazać dzieciom wiosnę. Chociaż póki co wiosna nas nie rozpieszcza, więc może jednak kilka filmów tylko z pozoru dla najmłodszej widowni.

Najpierw zupełny hit. Film „Iniemamocni” wyprodukowany przez studio Pixar to jeden z moich ulubionych filmów animowanych dla całej rodziny. Niezwykle inteligentny scenariusz, doskonałe, celne, dowcipne dialogi, i pierwszorzędny polski dubbing z Piotrem Fronczewskim i Dorotą Segdą na czele. Film jest swego rodzaju pastiszem kina akcji, z łatwością odnajdziemy tu wątki z Jamesa Bonda, Mission Impossible, Supermana i innych podobnych produkcji. Tym razem jednak bohaterem nie jest singiel i jego aktualna dziewczyna ale prawdziwa rodzina, ojciec, matka i trójka dzieci.
Cała familia obdarzona jest nadzwyczajnymi zdolnościami. Ojciec dysponuje niezwykłą siłą, powstrzymuje pędzące pociągi, walące się budynki a wyrwanie ogromnego drzewa z korzeniami to dla niego pestka. Mama to Elastyna, kobieta której kończyny mogą rozciągać się na nieprawdopodobną długość. I pociechy: znikająca (niewidzialna) córka, szybki jak światło synek i najmłodsze niemowlę o jeszcze niesprecyzowanej nadzwyczajnej specjalizacji.

Oglądaliśmy ten film całą rodziną już kilka razy i zawsze dobrze się bawimy. Jak na produkt kasowy ostatnich lat przystało dzieci są zadowolone bo jest kolorowo, akcja toczy się wartko, a dorośli śmieją się częściej, bo duża część dowcipów jest właśnie dla nich. Często w tego typu filmach te dowcipy ponad głowami najmłodszych (w amerykańskich recenzjach „jokes aimed over the heads of youngsters” często „vaguely sexual”) doprowadzone są do przesady, a seksualne podteksty pod dorosłych podkręca dodatkowo dyżurny polski tłumacz dialogów, nazwiska nie podam. Jegomość sam nie ma dzieci i w żaden sposób nie dostosowuje się do ich wrażliwości (można przecież podsłuchiwać w piaskownicy albo spędzić niedzielne popołudnie z dziećmi znajomych). W jednym z wywiadów przyznał się, że w ogóle mu to nie przeszkadza tłumaczyć dialogi w filmach przeznaczonych dla dzieci, gdyż sam dobrze się przy tym bawi a to jest przecież najważniejsze. Cóż, dajmy temu na razie spokój. W „Iniemamocnych” nie ma tego rodzaju przesady, dialogi są miejscami mięsiste jak to w filmach akcji ale nie przekraczają granicy przyzwoitości i dobrego smaku.

Kilka słów o fabule. Superbohaterowie w rodzaju supermanów różnej maści, spidermanów, Batmanów i im podobnych ratują ludzi, pociągi, wyłapują bandytów. Ale do czasu, aż niektórzy uratowani nie wytoczą im procesów sądowych. Ktoś chciał popełnić samobójstwo a superbohater wbrew jego woli go uratował, itd. Rząd USA nie ma już ochoty płacić odszkodowań, więc superbohaterowie muszą zawiesić swoje stroje w szafie, wtopić się w tłum i wieść życie zwyczajnych zjadaczy chleba. Taki los spotkał też rodzinę Imiemamocnych. Słynący z nadludzkiej siły pan Iniemamocny, zamiast zapobiegać katastrofom kolejowym i napadom na banki, codziennie udaje się do pracy jako urzędnik ubezpieczeniowy. Aż pewnego dnia zostaje zwerbowany do poważnej akcji, która odmieni jego samopoczucie ale narazi na śmiertelne niebezpieczeństwo całą rodzinę. Na szczęście w rodzinie siła i żona z dziećmi uwolni lekkomyślnego męża z opresji.

Film jest bardzo dynamiczny, śmieszny i pełen kapitalnych, autentycznych psychologicznie tekstów. Na przykład Iniemamocny mówi: „Mam już dość tego życia na niby”. Żona odpowiada: „Na niby? Ale my jesteśmy naprawdę, Twoja rodzina”. Czy to nie przypomina skowytu niejednego znużonego pracą głównego żywiciela rodziny?
Świetnie ukazane w filmie są motywy męskiej dumy, pragnień np. uznania w pracy, konieczności poczucia sensowności tego co się robi a z drugiej strony niespełnienia, narastającej frustracji i pogoni za przygodą. Na przeciwnym biegunie kobiecy pragmatyzm sprowadzający Iniemamocnego z bujania w obłokach do twardej rzeczywistości.

Mógłbym jeszcze długo, krótko podsumowując: świetna rozrywka rodzinna.

Kolejny świetny film animowany to „Odlot”. To z kolei historia staruszka, który całe życie marzył o wyprawie z żoną do Ameryki Południowej. Nie udało to się za jej życia, wdowiec postanawia więc wyruszyć, czy raczej wylecieć w podróż sam. Przez przypadek na pokład domu z balonami, robiącego za statek powietrzny, dostaje się mały skaut, który stanie się kompanem starca na dobre i złe. Starzec jest bardzo autentyczny, film niesie trochę prawdy o starości, która jest czasami zgorzkniała, pełna wspomnień i nieufności do współczesności. Widzimy jednak świetny wątek relacji między chłopcem a dziadkiem, z trudem rodzącą się sympatię, lojalność i przyjaźń. Sceny gdy bohater wspomina życie ze swoją żoną, patrzy na zdjęcia, przypomina sobie różne piękne i trudne chwile są po prostu ładne, budujące a nawet wzruszają. Zwyczajne życie z troskami, pełne małych wydarzeń i zmartwień ale i radości, przeżywane wspólnie, jest piękne. Ale to tylko klika reminiscencji. Poza tym akcja filmu toczy się wartko i uświadamiamy sobie, że oglądamy trzymający w napięciu film sensacyjny. Są i pojedynki, i nagłe zwroty akcji, groźnie szczekające gadające ludzkim głosem psy mogą przyśnić się najmłodszym widzom. Ostatecznie wszystko kończy się dobrze. „Odlot” to świetne kino familijne! Gorąco polecam.

Dla młodych widzów jeszcze jedna przyjemna animacja - „Rio”. Przyznaję zakupiłem przypadkowo, w promocji. A tu taki hit. Ulubiony film mojego najmłodszego syna a niektórymi dialogami dzieci mówiły przy stole. Na pierwszy rzut oka fabuła ryzykowna jak na film dla najmłodszych. Papuga samiec z Minnesoty jedzie do Brazylii aby połączyć się z papugą samicą i ocalić gatunek. A w Rio właśnie karnawał. Jednak produkcja jest zrobiona z wyczuciem, nie ma scen czy tekstów, których objaśnianie mogłoby być kłopotliwe. Owszem pojawia się opryszek w złotym bikini czy „kręcące tyłeczkiem” tancerki, co niektórzy rodzice mogą uznać jako krok w złym kierunku. Jednak całość broni się. Papugi zostają uwięzione przez handlarzy, potem uciekają, następnie znów są schwytane. Biedny główny bohater jako papuga-domator wychowany w klatce nie umie latać, czym utrudnia ucieczkę i przez co przeżywa osobiste rozterki. Mamy tu jednak i przyjaźń, i lojalność, i solidarność, pomaganie innym. Film jest niezwykle kolorowy, wypełniony motywami muzycznymi opartymi na brazylijskiej sambie. Na chwilę przenosimy się do Rio, widzimy je z lotu ptaka, jest pięknie (szczególnie gdy ogląda się w zimę). Nie brakuje oczywiście humoru a nawet scen wywołujących salwy śmiechu, jak te w których głównym bohaterem jest przemiły, ośliniony buldog. Jak najbardziej do obejrzenia z najmłodszymi.


I na koniec, trzecia część zekranizowanej trylogii C.S. Lewisa „Opowieści z Narni. Podróż Wędrowca do Świtu”. Świetny film przygodowy, trochę awanturniczy, marynistyczny, rycerski, trochę przypominający filmy z gatunku płaszcza i szpady. Jednocześnie fantastyczna baśń, tajemnicze krainy, chłopiec zamieniony w smoka. Chłopiec ten to kuzyn głównych bohaterów o imieniu Eustachy. W książce główny bohater, tu na początku raczej przyczyna komizmu, ale potem faktycznie bohater, który ratuje wyprawę. Świetnie ukazana jest ta postać, najpierw zmanierowanego, niegrzecznego chłopca, na którym jednak nikt nie stawia kreski. Przeciwnie film świetnie pokazuje, że każdy może się zmienić a serdeczności i zaufania nie można skąpić. Wątek ten może być świetnym przyczynkiem do rozmowy z dziećmi po filmie. Nie będę opowiadał fabuły. „Opowieści z Narni” to jazda obowiązkowa w kinie familijnym.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Gandalf do Froda dzisiaj

— Wolałbym, żeby się to nie zdarzyło akurat za mojego życia — powiedział
Frodo.
— Ja także - odparł Gandalf. - Podobnie jak wszyscy, którym wypadło żyć
w takich czasach. Ale nie mamy na to wpływu. Od nas zależy jedynie użytek, jaki zechcemy zrobić z darowanych nam lat. A nasz czas zapowiada się czarno! Nieprzyjaciel szybko rośnie w potęgę. Sądzę, że plany jego jeszcze nie dojrzały, lecz już dojrzewają. Czekają nas ciężkie próby. Nie ominęłyby nas zresztą, nawet gdyby nie dotknęło nas to straszliwe zrządzenie losu. Nieprzyjacielowi brak wciąż jeszcze jednej rzeczy, która by mu dała siłę i władzę, by zmiażdżyć wszelki opór, złamać ostatnie linie obrony, po raz wtóry pogrążyć wszystkie kraje w ciemnościach. Brak mu tego Jedynego Pierścienia.

sobota, 24 marca 2012

Uruchamiający innych lider

Wielgolas. Pielgrzymka na Święto FSE. Niezwykła pogoda, piękna Polska, dobrze nastrojone twarze. To tylko prawy brzeg a jaka moc ludzi. Tak, ludzie nie mogą ginąć w tłumie. Nie ginęli. Po drugie, środków nie można nigdy mylić z celami. Dziś środek był dobrany do celu.

Rozmowy. Z kilkoma spotkanymi dzisiaj osobami uczestniczyliśmy we czwartek w wykładzie w szkole Strumienie, dr Szymona Grzelaka, psychologa, autora książki „Dziki ojciec”. Wykład z grubsza o wychowaniu córek. Prelegent znany jest z nietuzinkowych pomysłów na wychowanie, w szczególności z lansowania zwyczajów rodzinnych związanych z przechodzeniem dzieci na kolejny szczebel rozwoju osobistego. I tak, sześciolatka odbywa z tatą wyprawę do lasu, a dwunastolatka z obojgiem rodziców do wybranego miasta. Cytowana francuska rodzina wyprawiała się z kolejnymi córkami do Wenecji, Rzymu, Mediolanu. My nie zrażajmy się. Atrakcją może być nawet wyjazd na działkę do wujka Ryśka. Pomysły są istotne ale grunt aby nie umykały nam ważne momenty w życiu naszych dzieci, aby je podkreślać, dostarczać pozytywnych przeżyć i wykorzystywać wychowawczo. Zgadzam się z tym w stu procentach.

Utkwiła mi też w pamięci opowiedziana historia jak to ojciec wymyślał coraz to nowe pomysły na uświetnienie życia najstarszej córki-nastolatki. W końcu nieco zniecierpliwiona pierworodna musiała ostudzić twórczego ojca w mniej więcej taki sposób: „wiesz tato, pozwól, że sama sobie to zorganizuję”. Ta z pozoru błaha anegdota wydała mi się niezwykle dobrze ilustrować znane zjawisko, nie tylko wychowania w domu czy w harcerstwie, ale i w życiu politycznym, zawodowym, społecznym. Otóż, często im bardziej „pomysłowy” ojciec, tym bardziej pasywne dzieci; im bardziej aktywny drużynowy, tym bardziej pasywni zastępowi; im bardziej omnipotentny lider czy szef w pracy, tym bardziej wycofani współpracownicy. Bycie liderem w domu, w życiu społecznym czy zawodowym to nie tylko instynkt przewodzenia ale szereg umiejętności, które należy stale rozwijać. Dyrygent nie gra sam na żadnym instrumencie lecz wprawia w ruch całą orkiestrę, prowadzi ją umiejętnie a efektem jest symfonia. Wydobywać z innych to co najlepsze, uruchamiać ich potencjał a samemu się chować, wciągać do współdecydowania i faktycznie ludzi słuchać, być w stanie zmienić zdanie pod wpływem mądrej uwagi najmniej doświadczonego współpracownika, rzucać ludzi na głęboką wodę ale nie pozwolić aby utonęli, uczciwie oceniać (czasami upominać) ale tak, aby byli po chwili wdzięczni i dzięki temu poszli do przodu – oto sztuka! Powiedzmy od razu - sztuka rzadka. Być takim ojcem, szefem to cel. Napiszę o tym więcej przy okazji recenzji filmów. Niebawem.

środa, 1 lutego 2012

O sztuce dobrego życia albo jak nie być burakiem


O tym traktuje książka „Humanizm dobra niewidzialne” prof. Juana Luisa Lordy. To rzecz godna polecenia dla wszystkich. W skondensowanej formie, pełnej cytatów i złotych myśli autor snuje refleksję nad tym, czym dla człowieka jest kultura, życie intelektualne, piękno, styl, poczucie humoru, przyjaźń, itd. Kilka pierwszych z brzegu cytatów:

Najpierw odnośnie tego, dlaczego czytanie jedynie gazet jest niewystarczające dla człowieka chcącego mienić się wykształconym i inteligentnym. Autor cytuje Annę Kareninę Lwa Tołstoja: „Obłoński prenumerował i czytał pismo liberalne o tendencji nie skrajnej, lecz takiej, jakiej trzymała się większość. Mimo że nie interesowała go właściwie ani nauka, ani polityka, stale podzielał w tych wszystkich sprawach poglądy większości i jej dziennika, a zmieniał je tylko wówczas, gdy zmieniała je większość. Mówiąc ściślej, nie on zmieniał poglądy, lecz one same się w nim niedostrzegalnie zmieniały. Obłoński nie wybierał kierunku ani zapatrywań; prądy i zapatrywania przychodziły do niego same, podobnie jak nie wybierał fasonu kapelusza ani kroju surduta, lecz nosił to co wszyscy”.

W takim razie co czytać? „Nie czytaj przeciętnych – radzi poeta Max Jacob – czytaj dzieła wielkich osobowości i krocz w ich towarzystwie. (…) Ile czasu, ile godzin straciłem, czytając książki, w których nie pozostało mi nawet wspomnienie! Gdybym poświęcił ten czas w jednym tylko kierunku, dziś byłbym go już osiągnął. (…) Kultura pochodzi z tego, czego dokona jeden dobry wykład filozofii i dogłębna znajomość geniuszy. Reszta książek to luksus na wakacje. Nie ma czasu na czytanie bezużytecznych książek”.

Na temat umiejętności świętowania: „Święto to coś więcej. To pewien rytuał, który zatrzymuje i przełamuje rytm codzienności, ponieważ pragnie na coś wskazać. Jeśli życie nie zatrzymuje się, aby świętować to, co ważne, zjada je czas, który biegnie nieubłaganie. (…) Święta mają bowiem pewien posmak raju: nie tylko dlatego, że na ogół zwalniają z obowiązku pracy, lecz przede wszystkim dzięki radości, zabawie i życiu, które dzieli się z innymi. (…) Święto musi posiadać znaki obfitości, braku miary, czegoś zaskakującego, niecodziennego i nadzwyczajnego”.

I na koniec cytat z cytowanych tamże Czterech miłości C.S. Lewisa: „I to jest właśnie przyczyna, że tym godnym litości ludziom, którzy po prostu chcą się , nigdy się to nie udaje. Pragnienie czegoś poza przyjaźnią jest koniecznym warunkiem zaprzyjaźnienia się. Gdyby prawdziwa odpowiedź na pytanie” brzmiała: - nie mogłaby powstać z tego żadna przyjaźń, choć może powstanie przywiązanie. Nie miałaby się wokół czego owinąć, bo przyjaźń musi posiadać swój ośrodek, choćby nim była pasja do gry w domino lub do białych myszy. Ci, co nic nie posiadają, nie mają się czym dzielić, ci, co nigdzie nie zmierzają, nie mogą mieć towarzyszy podróży”.

O tych i innych rzeczach, jak żyć „jak człowiek” możecie dowiedzieć się z lektury tej pouczającej książki.

niedziela, 22 stycznia 2012

Znowu o US

Ten wpis miał być o czym innym, przynajmniej na początku. Jednak muszę zacząć znowu od Ricka, bo mnie rozweselił i wzruszył przed chwilą.

Dzieci śpią, a ja oglądam i podziwiam jak wygląda przywództwo, jak przemawiają kandydaci z wizją. Wolność, szacunek dla pracy, godność każdej osoby, wiara w człowieka, wiara w Amerykę. Smaczne kawałki: „To była rodzinna decyzja, istotna decyzja aby dać krok do przodu, wejść na linię ognia. Bo to jest linia ognia (tu żona i uśmiechnięte młode twarz z tyłu kiwają ze zrozumieniem głowami). Obudziliśmy się jak wiele ludzi w Ameryce. Bo cos szło źle w kraju. Ameryka, którą kochamy zaczęła się fundamentalnie zmieniać. Siedzieliśmy przy stole w kuchni rodziną i pomyśleliśmy, nie możemy dalej być tylko obserwatorami”. Zobaczcie między drugą a trzecią minutą.

I na tym niestety zakończymy na dzisiaj.

niedziela, 8 stycznia 2012

Ameryka wciąż może inspirować

Czytanie gazet w ostatnich tygodniach może być zajęciem przygnębiającym. Wiele bieżących informacji a także prognoz na 2012 rok nie napawa optymizmem. Nie ulega wątpliwości historia przyspiesza, a my spoglądamy „w poszukiwaniu straconego czasu”. W takim nastroju, zafrapowany kampanią prezydencką w USA, postanowiłem skorzystać z dobrodziejstwa Internetu, by obejrzeć to i owo zza oceanu w dniu rozstrzygnięcia prawyborów partii republikańskiej w stanie Iowa.

To było odświeżające. Pierwsza debata sprzed kilku miesięcy. Jak przedstawiają się politycy amerykańscy z wieloletnim stażem i wybitnymi osiągnięciami. Przede wszystkim jako ojcowie, matki, rodzice. Nie wierzycie, zobaczcie sam początek: 1 Debata
Jak odnoszą się do siebie, do publiczności, jak odpowiadają na zarzuty. Spokojnie, z uśmiechem na ustach, dowcipnie, rzeczowo, pewnie. Miło tego się słucha. Jednak nie chodzi przede wszystkim o styl ale o treść, za słowami kryją się mocne przekonania udokumentowane czynami wielu lat. Wiara w kraj, rodaków.

Dziennikarze, troje na jednego. Ze stacji, która nie lubi republikanów. Przypierając do muru kandydata, zachowują klasę i miarę, której brakuje w podobnych sytuacjach w Polsce. Zobaczcie jak proszą Mitta Romneya aby odniósł się do nazwania go „kłamcą” przez Newta Gingricha, a ten nie obrzuca konkurenta epitetem ale stwierdza, że Newt „ma prawo być rozczarowany”: Mitt contra 3

I jeszcze zupełnie fenomenalne wystąpienie Ricka Santorum z podziękowaniem dla wyborców i … Boga: Rick. Najlepszy jest cały ten tłumek śmiejący się od ucha do ucha.

Ponadto film, w którym Rick opowiada o swojej chorej na chorobę genetyczną córeczce. U nas pewnie coś takiego zostałoby okrzyknięte używaniem dla celów politycznych rodziny, paskudnym graniem na emocjach, etc. Oto: Bella

Jeśli ktoś jest zmęczony naszym życiem publicznym, proponuję dziś szukać inspiracji za oceanem. Polityka może wyglądać inaczej, demokracja może być bardziej realna, a ciężką pracą można zmienić swój los. Tam jest czymś naturalnym, że obywatele interesują się sprawami publicznymi. Istnieją też mechanizmy, dzięki którym wpływ na polityków jest bardziej realny. Podczas wspomnianych prawyborów w Iowa, oprócz wielu spotkań kandydatów z wyborcami, odbyło się ponad 1700 wieców, na którym każdego z kandydatów reprezentował przedstawiciel przemawiający w jego imieniu i zachęcający do głosowania. Ludzie dyskutowali, przekonywali się, potem decydowali. Wyobrażacie sobie u nas coś podobnego?

W tej chwili pewnie nie. Warto jednak pamiętać, że Polska ma wielkie tradycje republikańskie. Gdy innym narodom nawet się to nie śniło 10% naszej populacji uczestniczyło w podejmowaniu najważniejszych decyzji państwowych. Konstytucja 3 Maja jest pierwszą europejską konstytucją, a drugą na świecie po amerykańskiej właśnie.

niedziela, 18 grudnia 2011

Family Man – komedia romantyczna jakiej potrzebujesz


Idą święta, z nimi zima, a zatem czas na Family Man’a.

To absolutny hit! Jeden z moich ulubionych filmów. Najlepsza komedia romantyczna, przy tym o walorach terapeutycznych zwłaszcza dla białych kołnierzyków. Doskonała do oglądania z żoną, w któryś z zimowych, pobożonarodzeniowych wieczorów, gdy za oknem pada śnieg, drewno trzaska w kominku, a w filiżance pachnie aromatyczna herbata. Wracam do tego filmu systematycznie i zawsze dobrze się bawię. Nikt komu polecałem, nie zgłaszał reklamacji.

Nowojorski yuppie (słowo passe, ale oddające dobrze bohatera), Jack Campbell (rewelacyjny w tej roli Nicholas Cage), singiel, zamykający transakcję stulecia, nagle budzi się jako mąż porzuconej 13 lat wcześniej Kate i ojciec dwójki ich dzieci. Z początku ta nowa sytuacja to dla niego prawdziwa trauma. Powoli zaczyna jednak odnajdywać się w nowych rolach, męża i ojca, a w końcu nie chce ich wcale porzucić. Mimo niecodziennego pomysłu na fabułę, film jest pełen bardzo autentycznych, realistycznych, prawdziwych sytuacji i dialogów.

Wiele komicznych wręcz kultowych scen (np. wybór koszuli, przedłużająca się narada w wigilię w pracy, przyjęcie bożonarodzeniowe, oglądanie video z urodzin Kate, coaching przyjaciela-sąsiada, który podejrzewa, że Jack ma kryzys małżeński). Mięsiste, przezabawne dialogi. Świetni aktorzy, jak zawsze urzekający klimat Nowego Jorku. To również film bardzo dowartościowujący młode małżeństwa z dziećmi, gdyż niezwykle trafnie pokazuje jak wielkim trudem, ale i radością jest „wybór rodziny”. Oczywiście potrzeby komediowej fabuły nakazują pewne przerysowania, ale dają one też do myślenia. Takich filmów - pogodnych, rozweselających, ale i inteligentnych nie ma zbyt wiele, więc wracajmy do Family Man’a w zimowe wieczory.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Tak właśnie to działa

Sobota godzina dziewiąta rano, szaro i jesiennie. Przed kościołem w Józefowie gromadzą się wilczki, za chwilę akela przywoła ich na apel rozpoczynający zbiórkę. Pięćdziesiąt metrów dalej jeden z zastępów szykuje się do wyjazdu rowerowego. Pogoda chłopakom nie przeszkadza. Jeden z nich, Franek podchodzi na chwilę do wilczków, rozmawia z przybocznym Baloo, po czym Baloo tarmosi się z nim chwilę w sposób zdradzający, że tego typu manewry były częste, gdy harcerz był jeszcze w gromadzie. Ściska ramieniem za głowę i drugą ręką michra mu włosy. Chłopak wyrywa się, śmieje, wszystko w tradycyjnie chłopięcym stylu. Odchodzi w końcu do zastępu. Za chwilę rowerzyści odjeżdżają, co wywołuje spore zamieszanie w szeregach wilczków, chłopaki patrzą z zachwytem na starszych kolegów oddalających się za bramą.

Tak właśnie to działa! Wychowanie młodych przez młodych, choć trochę starszych. Naturalny autorytet starszego kolegi, który przyciąga i emanuje.

piątek, 9 grudnia 2011

Szpieg


Od dawna miałem nieuświadomioną ochotę na taki właśnie film. Prawdzie życie szpiegów, szare i w większości utkane z monotonnych czynności, rutyny, pracy głową a nie mięśniami, ślęczenia nad papierami i wysilania szarych komórek. „Szpieg” będący adaptacją słynnej powieści Johna Le Carre „Druciarz, Krawiec, Żołnierz, Szpieg” opowiada o tajnym śledztwie prowadzonym wewnątrz brytyjskiego wywiadu, słynnego MI6, w celu dekonspiracji sowieckiego szpiega działającego na samym szczycie tej instytucji. Warto pamiętać, że książka została zainspirowana prawdziwą aferą z czasów zimnej wojny. Otóż w MI6 przez długie lata działało kilku podwójnych agentów zwerbowanych przez Sowietów a zajmowali oni najwyższe stanowiska. Była to tzw. Grupa Oxbridge. Nazwa pochodzi od dwóch najsłynniejszych angielskich uniwersytetów Oxford i Cambridge, na których studiowali niezwykle utalentowani pracownicy wywiadu i miłośnicy komunizmu.

Film nakręcony jest niezwykle oryginalnie. Zdjęcia specjalnie utrzymane są w szaroburych kolorach, z ekranu przenika wilgoć i mgła Londynu, w obskurnych pomieszczeniach w oparach dymu widzimy zmęczone twarze mężczyzn po pięćdziesiątce prowadzących ze sobą grę o wysoką stawkę. Genialna minimalistyczna gra Gary Oldmana w tytułowej roli Smileya zasługuje na Oscara. Plejada innych angielskich aktorów z Colinem Firthem na czele stanowi o tym, że film jest zagrany świetnie. Generalnie jest to bardzo British style: inteligentne dialogi, dosyć skomplikowana intryga, angielska flegma.

Uwaga: amatorów klasycznych filmów sensacyjnych w stylu Bonda może rozczarować. Ci, którym się spodoba, zechcą obejrzeć jeszcze raz, aby poskładać sobie całą łamigłówkę dokładniej. Znane mi kobiety po obejrzeniu nie były nawet w 1/3 tak zachwycone filmem jak mężczyźni (jednak próba badawcza może zawierać błąd, gdyż mówimy jedynie o dwóch przypadkach).

czwartek, 8 grudnia 2011

Forum Młodych FSE 2011

Forum Młodych FSE dwa tygodnie temu to KWS, kolejny wielki sukces. 300 osób, świetni goście, wspaniała atmosfera, tzw. miód z boczkiem. Byłem ledwie chwilę (kilka godzin) i nie żałuję. Gdy moja małżonka uwijała się pewnie za zakupami na bazarku, odrabiała z dziećmi lekcje, robiła obiad i piekła ciasto, ja „podszywając się za młodzież” w najlepsze słuchałem sobie arcyciekawych wystąpień. Miło się słucha mądrych rzeczy. Ważne aby je zrozumieć, jednak zrozumieć to nie to samo co zapamiętać, a zapamiętać to nie to samo co wdrożyć w życie. Dlatego warto notować, a notatki czytać i do nich wracać. Nie wiem ile osób notowało, wokół mnie mało.

Szczególnie miło było posłuchać Jacka Pulikowskiego. Dużo pierwszorzędnych, ważnych myśli, np. o głównej tezie dzieła Karola Wojtyły „Osoba i czyn”, iż przez dobre czyny człowiek staje się dobry, zmienia się. Dobre uczynki uszlachetniają nas. „Dobry uczynek” – brzmi znajomo? Dlatego nie wystarczy być dobrym, myśleć dobrze, trzeba jeszcze działać, czynić, zmieniać rzeczywistość.

Albo że powołanie małżeństwa to budowa komunii osób, i że nikt tego nie rozumie, bo to najwyższa półka. I że gdy nie można teściowej polubić, to trzeba ja pokochać. A jeśli ktoś opuszcza małżonka, rozwodzi się, to nie powinien utrzymywać, że kocha dzieci. Bo to nijak dobre dla dzieci nie jest. I rady o szukaniu męża dla dziewczyn zamykających się w wieży, pierwszorzędne.

Brawo dla Jurka i Asi oraz wszystkich, którzy im pomagali. Tak trzymać!

środa, 7 grudnia 2011

Prorocze wizje Dostojewskiego

Fragment rozmowy diabła z Iwanem Karamazowem:

„Tam są nowi ludzie - zdecydowałeś wtedy, jeszcze zeszłej wiosny, wybierając się tu. Zamierzają zburzyć wszystko i zacząć od ludożerstwa. Głupcy, mnie się nie spytali! Moim zdaniem, nie trzeba nic burzyć, trzeba jedynie zburzyć w ludzkości ideę Boga (a ja wierzę, że ten okres nastąpi, podobnie jak następują po sobie okresy geologiczne), to sam przez się, bez ludożerstwa, runie cały dawny światopogląd, a przede wszystkim cała dawna moralność, i przyjdzie wszystko nowe. Ludzie zespolą się, aby czerpać z życia wszystko, co ono dać może, ale zespolą się jedynie gwoli szczęścia i radości, i to tylko w tym życiu. Człowiek uniesie się poczuciem boskiej tytanicznej dumy i zjawi się człowiek-bóg. Nieustannie, każdej godziny zwyciężając bezgranicznie przyrodę swoją wolą i nauką, człowiek ów każdej chwili będzie odczuwał rozkosz tak wzniosłą, że zastąpi mu ona wszystkie dawne obietnice rozkoszy niebieskich. Każdy się dowie, że jest śmiertelny bez zmartwychwstania, i przyjmie śmierć dumnie i spokojnie, jak Bóg. Z dumy zrozumie, że nie ma co sarkać na to, że życie jest jednym mgnieniem, i pokocha bliźniego swego nie myśląc o nagrodzie. Miłość zaspokoi tylko mgnienie życia, ale już sama świadomość jej ulotności wzmocni jej płomień o tyle, o ile poprzednio rozpływał się on w obietnicach miłości pozagrobowej i nieskończonej…” no i tak dalej, i tak dalej w tym guście. Uroczo!

Iwan siedział, zasłaniając uszy rękoma i patrząc w ziemię, ale zaczął drżeć na całym ciele. Gość mówił dalej:
- Pytanie teraz polega na tym, myślał mój młody filozof, czy możliwe, aby taki okres nastąpił, czy nie? Jeśli nastąpi, to wszystko jest rozstrzygnięte, i ludzkość urządzi się ostatecznie. Ale ponieważ ze względu na zatwardziałą głupotę ludzką nie nastąpi to jeszcze chyba i za tysiąc lat, to każdy, kto uświadamia sobie już teraz prawdę, ma prawo urządzić się, jak mu się tylko podoba, na nowych podstawach. W tym sensie „wszystko jest dozwolone”. Mało tego: jeśli ten okres nawet nigdy nie nastąpi, to ponieważ Boga i nieśmiertelności i tak nie ma, więc nowy człowiek ma prawo stać się człowiekiem-bogiem, choćby nawet był sam na całym świecie, i oczywiście jako taki z lekkim sercem przeskoczyć wszystkie moralne przeszkody dawnego niewolnika, jeśli to tylko okaże się potrzebne. Dla Boga nie ma praw! Gdzie Bóg stanie, tam już miejsce boże! Gdzie ja stanę, tam już od razu będzie pierwsze miejsce… „wszystko jest dozwolone”, i basta!

Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow