piątek, 3 września 2021

Witaj szkoło-:(



Lubię rozpoczęcia roku szkolnego. Nie dlatego, że wreszcie dzieci idą do szkoły, życie wróci na uporządkowane tory, choć nie ma co ukrywać, wielu rodziców ciągnie resztą sił do tego pierwszego września i tutaj wreszcie łapie oddech. Ekspediowanie pociech do odbywania obowiązku szkolnego bywa pełne napięcia: zakupy, książki, zeszyty i garderoba za mała po wakacyjnym przyroście ciała, co okazuje się dopiero w przeddzień rozpoczęcia szkoły. Znamy te klimaty, nieprawdaż?

Lubię bo, co oczywiste w naszym środowisku szkolnym, to okazja aby znowu zobaczyć mnóstwo fajnych ludzi, przyjaciół, znajomych, rodziców z klas moich dzieci, rodziców poznanych podczas zajęć sportowych, wycieczek ojców z synami, wypraw kajakowych ojców z córkami, pikników szkolnych, urodzin, imienin itp. Choć muszę powiedzieć, że atmosfera szaleństwa weekendowego towarzyskiego przygasła, może przez pandemiczne czasy, a może jakaś inna faza w życiu. Kiedyś to się działo, wychodził człowiek z domu i zaraz spotykał ludzi na spacerze sąsiadów z ludźmi nowymi, i zaraz całe towarzystwo wbijało na taras na kawę. Potem jeszcze ktoś przechodził, dołączał i spotkanie się znaczne robiło. Albo rozwoził człowiek całą sobotę dzieciarnię po różnych zajęciach, zbiórkach, urodzinach, meczach. Tu się zagadało, tam przyżartowało, tu wdepnęło na kawę i torcik. I reset od pracy tygodniowej był murowany. Energia czerpana od innych ludzi. Radość z relacji. Entuzjazm z życia, z jego najprostszych przejawów, z rozmowy, wspólnego wypicia kawy, nawet średniej jakości anegdoty. Gdzie to się podziało? Co się z nami dzieje? Pochowaliśmy się w jaskiniach zastraszeni przez telewizję i statystyki?

Tak, uważam że pandemia za bardzo wpłynęła na relacje międzyludzkie, oczywiście negatywnie. Zamiast się uściskać ludzie coś bąkają pod nosem na powitanie, zamiast zrobić „niedźwiadka” na pożegnanie stukają się pięściami. Jednak to są drobiazgi w porównaniu z wyrwą w życiu wielu nastolatków, dzieci i młodzieży. Dla nas rok to jedna któraś tam życia, dla nich to epoka. Ile przeżyć ich ominęło, rozmów, wydarzeń, przygód? Ile wiedzy, wysiłku, który procentowałby w przyszłym życiu, ile skupienia, ile motywacji wewnętrznej. Zamiast tego ile obejrzeli seriali, których nie powinni, ile czasu pochłonęły gry komputerowe, ile zaburzeń snu, zarwanych nocy na czatowanie przez komórkę (żeby tylko), ile nawdychali się kurzu z klawiatur komputerów, jak opalili sobie buźki niebieskim światełkiem monitorów? Ile słów padło na Snapchatach i Messengerach, które nigdy by im nie przeszły przez gardło w sytuacji bezpośredniej rozmowy z drugą osobą?

Nic to. Spieszmy się cieszyć powrotem do szkoły, tak szybko może odejść.

Lubię powroty do szkoły z jeszcze jednego powodu. Wzrusza mnie widok nauczycieli moich dzieci. Ludzi, którzy przez cały sierpień na sucho harowali w szkole aby przygotować to co najlepsze na cały rok. Szkolili się, przygotowywali materiały, szlifowali formę. Nie zazdroszczę im, ale podziwiam. Zawód nauczyciela jest jednym z najważniejszych.

środa, 1 września 2021

Koniec lata…

 …w Czarnolesie. Wybraliśmy się z Piotrem i przyjacielem Jarosławem z dalekiego Augsburga na wycieczkę końcowowakacyjną. Tylko półtorej godziny jazdy samochodem piękną drogą na Lublin, potem przez lasy i pola do Czarnolasu. Bo właśnie miejsce tworzenia i zamieszkiwania Jana Kochanowskiego wygrało casting na cel naszej spontanicznej i szybkiej wycieczki. Gdybym miał jednym zdaniem podsumować tę wyprawę napisałbym: Boże, dlaczego tak późno tam zawitaliśmy? Gdyż, albowiem, azali, już z dawien dawna myśleliśmy aby odwiedzić dworek czarnoleski. Po pierwsze dlatego, że jest blisko a ostatnio byłem tam z wycieczką w liceum, nota bene imienia Jana Kochanowskiego, czyli ho, ho, ho, nie epatujmy może innych tutaj PESEL-ami. Po drugie od czasu do czasu zwiedzamy taką właśnie „dalszą okolicę” ale zdecydowanie za rzadko. No i genius loci, miejsce gdzie wielki polski poeta żył i tworzył musi być jakoś ciekawe.

Nie pomyliliśmy się. Wycieczka dołącza do zbioru bardzo udanych wycieczek. Chociaż jej pomysł powstał właściwie tuż przed wykonaniem, miało cały dzień padać a świeciło piękne słońce, i choć nie możemy jej zaliczyć do wycieczek rodzinnych (cóż, prawie każdy miał inne plany a Ewa zawsze przed rozpoczęciem roku szkolnego pracuje jak szalona) z wszystkiego jesteśmy zadowoleni.

Dworek położony jest w genialnym parku, tak jak to się kiedyś mieszkało i żyło po szlachecku. Lipy czarnoleskiej dawno nie ma ale jest miejsce gdzie rosła. Trzeba przyznać zacne miejsce do tworzenia. Na tyłach dworku, w zasięgu wzroku i przywołania przez domowników ale na tyle daleko aby uciec od zgiełku domowych spraw w krainę twórczości. Po prawo staw, pływają kaczki, piękna przyroda. Takie miejsce z widokiem na dom to w ogóle jest fajna sprawa. Wokół i w środku jest cicho i spokojnie, na terenie muzeum nie można nic zjeść, można tylko wypić. W ogóle aby zjeść to trzeba potem jechać do Kazimierza co oczywiście zrobiliśmy, przy okazji trafiając na festiwal muzyki ludowej na rynku. Naprawdę czad, robiło to wrażenie, nigdy bym się nie spodziewał. A zatem combo: Czarnolas i Kazimierz to gwarancja satysfakcji klienta.

Wracając do Czarnolasu, ekspozycja muzeum jest tradycyjna, eksponaty, wiszące obrazy, wyryte na ścianach cytaty i audioprzewodnik, w sumie dający radę. Akurat na pół godziny, nawet małe dzieci wytrzymają. Oczywiście Krzyś Noworyta by się zżymał, że to jest za słabe. Też wyobrażam sobie co tam mogłoby być i się dziać przy takim materiale. Nawet bez mediów wizualnych i innych superpomysłów, gdyby tam odbywały się jakieś festiwale czarnoleskie, spotkania, koncerty, wieczory poetyckie itp. Mogłoby się dziać. Jednak nawet bez tego co mogłoby być a czego nie ma, miejsce jest genialne, powiedziałbym czarujące. Miejsce gdzie powstawała wielka poezja, gdzie spotykały się największe umysły tamtej epoki, parkowe dróżki, które wysłuchiwały dysput, dyskusji, rozmów, przyroda, która była natchnieniem a nawet jeśli tylko tłem powstającej wielkiej poezji – no jeśli jest coś takiego jak genius loci, to na pewno w takich miejscach. Piszę to przecież po to aby podzielić się z Wami inspiracją na wyjazd jesienny. Jak zawsze: idee i inicjatywy. No i sprawdzić, czy jest sens coś tu jeszcze umieszczać od czasu do czasu.

Idąc dalej po czarnoleskiej posiadłości na końcu parku natrafiamy na mały amfiteatr ze świetną akustyką. Aż się prosi aby kiedyś urządzić tam jakieś przedstawienie, najlepiej w czerwcu, ma się rozumieć. Widzę tam też oczami wyobraźni Skautów Europy robiących podczas swojej wędrówki przedstawienie, na które zaprosili okolicznych mieszkańców ale i gości ze swojego miejsca zamieszkania: Warszawy, Radomia, Lublina czy Puław. Jakże bym chciał wziąć udział w takim przedstawieniu.

Kochanowski to oczywiście fraszki, pieśni, treny, postępująca łysina i fajna broda prosto od barbera (widzicie to od niego to hipsterstwo się zaczęło), to studia (jak wielu synów dobrych domów wysyłany był by zasięgać nauk w najlepszych miejscach w Europie), praca na dworze królewskim, a potem sielanka na swoich włościach, i nagła śmierć na wyjeździe. O tym dowiemy się w muzeum ale poczucie dużego niedosytu pozostaje. Może to i lepiej.









piątek, 5 stycznia 2018

Hurra! Nowy Rok!

Hurra! Nowy Rok, i to już 2018 po narodzeniu Chrystusa, a świat jeszcze trwa, istniejemy, słońce wschodzi, mamy czym oddychać (no, właściwie, to nie chcemy wiedzieć co my tam naprawdę wdychamy na spacerze w Józefowie, ale nie zdziwiłbym się gdyby ludzie palili tu w piecach plastikiem). Z rzeczy pewnych - jesteśmy o rok starsi. Wszyscy, bez wyjątku. Jednak coś nas łączy. To przemijanie, które jak pisał poeta Wojtyła, “ma sens”.

Dotychczas uważałem, że Sylwester i huczne obchody witania nowego roku są znacznie przereklamowane. Teraz myślę chyba inaczej. (Nie, nie z powodu ogromnego sukcesu “Sylwestra z Jedynką” w Zakopanem-;)). Życie jest jak błysk światła w ciemnej jaskini, a każdy dzień jest cudem. Patrzyliście na sprawy z tej perspektywy, ha? Ja też nie, ale ostatnio mi to świdruje w głowie. Nic nie zdarza się dwa razy, mamy swoje pięć minut na różnych polach życia. Raz, jeden, jedyny raz mamy pierwszy dzień w pracy i możemy zrobić dobre pierwsze wrażenie (potem nawet jak dobre wrażenie zrobimy, nie będzie już pierwsze). Raz idziemy na pierwszą randkę, raz rodzi się nasze pierwsze dziecko, raz stajemy na ślubnym kobiercu, raz mamy osiemnastkę czy czterdziestkę, raz maturę (przynajmniej większość), raz mamy szesnaście czy siedemnaście lat.  Potem żebyśmy bardzo chcieli i wbijali się w nieprawdopodobnie wąskie rurki (nawet na mokro), i żelowali resztki włosów, i żuli gumę, i zajadali się w MacDonaldzie, i słuchali coraz gorszej muzyki - nie da rady. Świadomość przemijania dodaje smaku dniom, każe szanować każdą minutę, żyć pełnią życia, nie oszczędzać dobrych pomysłów na późniejszy czas. Co masz zrobić, zrób teraz! Nie oszukuj się odkładając na później. Jutro - jest wyznaniem przegranych. Znam przecież te maksymy tak, że spontanicznie cisną mi się na usta, ale moja lista spraw do zrobienia “jutro”, czy przy pierwszej wolnej chwili nigdy nie topnieje do zera.

Zasiadłem do komputera aby napisać coś na tego bloga, nakarmić go, przypomnieć się tym bardzo nielicznym, sympatycznym, którzy na niego zaglądali. Zasiadłem bez żadnego planu, ot, strumień świadomości. Może spróbuję pociągnąć dalej, co myślicie? Podsumowanie roku. Owszem jest ale nie mam siły teraz go drążyć. Wolę myśleć o tym co przede mną. Odpoczynek, Święta - tak, świetnie. Nic zaskakującego, przewidywalnie, tradycyjnie, bez ochoty na żadne zaskoczenia. Przeciwnie. Miło, smacznie. Prezenty, życzliwość. Kilka spotkań z przyjaciółmi, zaniedbywanymi przez intensywne życie. Kilka spraw załatwionych, kilka ćwiczeń wykonanych. Filmy - pasmo rozczarowań. Książki - moc zdziwień! Żadnej nie przeczytałem w całości, wolałem kilkanaście po małym kawałku, przypadkowym nieraz skrawku. W papierze. Bardzo to było dobre. Gazety, precz! To nieporównywalne. Pomysły, znów cała masa. Do rozdania innym. Bez złudzeń.

Przewidywania na ten rok? Nie ma mądrego. Jest wiele niepewności w świecie, obyśmy jako kraj nie włożyli dłoni w drzwi. Potrzeba wirtuozów, mistrzów ekwilibrystyki, finezyjnych, dalekowzrocznych i zimnokrwistych mężów stanu. Postać na dziś (i na cały rok, i nie jest to optymistyczna wiadomość) Tomasz Morus. Wybitna postać pod każdym względem. Powinniśmy mu się przypatrzeć, dociekliwiej. A może i zaprzyjaźnić.

Co jest źródłem optymizmu? Zawsze. Młodzi! Młodzi ludzie mają jeszcze zbyt mało doświadczenia aby nie mieć złudzeń, aby zbyt szybko wyciągać wnioski, ale za to sporo wiary w siebie, spontanicznej odwagi. Nie wiedzą, że czegoś nie można, że nie da się, i to robią. I dają radę!

Wracając do Morusa. Wpadł mi w ręce świetny artykuł Chestertona o nim z tomu “Źródło i mielizny”, tekst genialny, skrzący się paradoksami i mistrzostwem językowym w każdym zdaniu. Chesterton wskazuje na wiele bardzo znamiennych aspektów historii oporu Morusa wobec absolutyzmu królewskiego, bo o to chodziło, o postawienie się króla ponad prawem, ponad wszystkim. Morus zginął jak inni męczennicy, “nie chciał uznać, że obywatelski obowiązek posłuszeństwa każe oddawać cześć bożkowi”. Jak pisze genialny Anglik, Morus był orędownikiem Wolności i w swoim życiu prywatnym uosabiał prawdę, że Wolność mieszka w domu rodzinnym. O ile jego życie publiczne stało się monumentalną tragedią, to jego życie prywatne było nieustanną komedią. Był niezrównanym “humorystą”, który “pasjami lubił nabierać ludzi”. Gdy wspinał się po drabinie na szafot powiedział do strażników: “Odprowadźcie mnie tylko bezpiecznie na górę; drogę na dół załatwię we własnym zakresie.” Prosił też kata aby oszczędził brodę bo nic nie zawiniła.

Dzieci życzyły mi bym był bardziej cierpliwy, spokojny, nie denerwował się. Miały rację. Już Św. Paweł przecież pisał, że miłość cierpliwa jest. Ojcowska także.

Dziękuję uprzejmie za uwagę. Teraz mi lepiej.


niedziela, 17 września 2017

Co jakiś czas ktoś życzliwy mnie pyta (za co dziękuję), czy ze zgoleniem brody zaprzestałem pisania czegokolwiek? Cóż powiedzieć? Czegokolwiek to nie… Codziennie piszę setki maili na przykład. Natomiast sporo czytam (jak na mnie) i nic prawie nie oglądam. Może nie piszę bo nie czuję, że miałbym coś odkrywczego do powiedzenia? Sam nie wiem… Dużo się dzieje, i to na różnorakich polach, biorę w tym udział, bynajmniej nie jedynie jako pasywny uczestnik, mimo to mało co mnie zaskakuje, mało co zachwyca, nic nie wydaje się świeże, przenikliwe, przejmujące lecz za to przewidywalne, wtórne, powierzchowne. Czy to właśnie oznacza dojrzałość?  Dojrzała dojrzałość-;) Brak złudzeń co do rzeczywistości? Niemożność krzesania z siebie taniego, pozbawionego podstaw entuzjazmu? Dostrzeganie konsekwencji? Jak przewidywanie tego, że w trzecim ruchu polegnie hetman? I co? Mam przy komputerze pastwić się nad rzeczywistością? Mam pluć zgorzknieniem?

Nie będę. Opowiem Wam za to o jednej z moich pięćdziesięciu lektur. Tak jest. Przy okazji wakacji policzyłem napoczęte i nieskończone książki. Naprawdę jest ich jeszcze więcej, ale większości nie mam chyba ochoty kończyć. Jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca? Jednak jest wiele, do których chciałbym wrócić, ale wcale się z tym nie śpieszę. Złośliwy powiedziałby, że jest akceptacja rzeczywistości, tzw. realiów. No i co? Mam niesamowity komfort sięgania po to, na co akurat mam ochotę. Zależnie od nastroju i apetytu. Żadnych lektur obowiązkowych, uzupełniających, modnych, przypadkowych. Tylko to, co chcę przeczytać. Niestety nic prawie z tego zbioru nie jest dostępne na audiobooku, a prawie nic na ebooku, więc muszą piętrzyć się na stosie w sypialni te pochłaniacze kurzu ku utrapieniu mojej życiowej towarzyszki. Nie wolno ich odłożyć na półkę, bo przecież mogę zachcieć uczknąć z którejś kilka stroniczek w któryś z jesiennych wieczorów.

Tak stało się z „Dziennikiem” Sandora Maraia, kilka lat już się kurzy. Nie skończyłem (bo to zasadniczo nie jest lektura do jednorazowego wchłonięcia) i długo nie wracałem. Słyszałem oczywiście, że końcówka jest wstrząsająca. Więc tym razem zacząłem właśnie od niej. A jest wstrząsająca dlatego, że facet powoli umiera, osuwa się coraz bardziej w zaawansowaną starość, odchodzą po kolei jego najbliżsi, ludzie, których znał. Zostaje sam z perspektywą pogłębiającego się niedołęstwa, którego się obawia. Skrupulatnie odnotowuje zmniejszającą się wydolność fizyczną, coraz większe zmęczenie przy spacerach i codziennych czynnościach. Martwi go jedno. Czy zdoła sobie strzelić w łeb zanim przestanie być w stanie czyn taki popełnić. Jest to smutne bardzo. Brak wiary, że życie się nie kończy tylko zmienia. I te wspomnienia rozsypywania prochów nad oceanem, żony, syna. Pustka. Uświadamia też coś, o czym nie chcemy pamiętać, że ciało obumiera, że śmierć jest procesem, że starość nie zawsze przypomina reklamy Biovitalu. Że umieranie na szpitalnym łóżku, bez rodziny, wśród obcych, rzadko obdarzonych empatią, a jeśli już to służbową, bez bliskich trzymających za rękę, a może i trzymających zapaloną gromnicę, i w ręku też coś innego może trzymających, takie coś co się przesuwa palcami, jest trudne, jest bolesne, jest nieludzkie. Marai nie pozostawia nam złudzeń. Ciało odmawia mu posłuszeństwa, z bólem notuje, że już nie może pisać, czytać, że trwa tylko. Dobiega dziewięćdziesiątki, jego przybrany syn Janos zmarł nagle w sile wieku. A wcześniej jeszcze odeszła jego ukochana żona Lola, wspomina ją z tkliwością. Na przykład to, że od jakiegoś czasu nie może tuż po przebudzeniu odnaleźć jej ręki, bo zawsze, przez lata, to była pierwsza czynność, to czułe ujęcie dłoni ukochanej osoby, dotknięcie, znak. Nieliczni odwiedzający wybitnego pisarza w ostatnim okresie jego życia wiedzieli, że nie wolno im siadać w fotelu Loli, że to nie przystoi. Podczas rozmowy Marai od czasu do czasu mimowolnie gładził ręką oparcie tego fotela, jej fotela.

Lola zostawiła w skrzyni swoje dzienniki, codziennie spisywała ich wspólne życie. Spisywała je dla niego, on pisał dla innych. Stąd pewnie moglibyśmy dowiedzieć się więcej o życiu tych węgierskich emigrantów, emigrantów niezłomnych. Marai nie wyraził zgody na żadne wydania swoich dzieł w kraju dopóki nie opuści go ostatni żołnierz sowiecki. Pisał tylko po węgiersku, pisał ze świadomością, że jeśli jego głos zostanie kiedyś usłyszany, to zapewne nie za jego życia. Był wierny europejskiej kulturze, przyzwoitości, zdrowemu rozsądkowi i powołaniu pisarza, który przemawia przez swoje dzieła.

Uważam, że niniejszy wpis jest bardzo dopasowany do jesiennego nastroju i znowu jednoznacznej prognozy na najbliższe dni. W związku z tym mam dla Was coś jeszcze, piosenkę Joe Dassina, którą na pewno kojarzycie z Lata z Radiem czy jesienią, sam nie wiem. Ja ją kojarzę z ubiegłotygodniowego wieczoru u przyjaciół świętujących swoją piękną, okrągłą rocznicę ślubu. „Jeśli nie istniałabyś, po cóż miałbym żyć” taki jest jej tytuł. Teledysk nie jest najważniejszy. Powiedzieć o nim, że jest oldskulowy to nic nie powiedzieć.

Tutaj natomiast z polskim tłumaczeniem:  https://m.youtube.com/watch?v=gyVujrAvkdA

środa, 6 września 2017

Wielka kumulacja

Wreszcie szkoła! Mało tego, wraz z rozpoczęciem roku szkolnego, przyszła jesień, i to taka prawdziwa, z deszczem, szarością i zimnem wślizgującym się pod poły płaszcza. Prawdziwa kumulacja! Radykalne pożegnanie wakacji i lata, powrót do normalności, zwykłego, imponującego tempa. Od razu lepiej się jeździ, wolniej, bardziej przewidywalnie, tak że można wszystko załatwić z samochodu, wykonać tuzin telefonów, wysłuchać wiadomości i kilka rozdziałów dobrego audiobooka. Można skupić się w pełni na pracy, nie chce się nawet wychodzić z biura na lunch na zewnątrz i kompletnie nie wzrusza nas, że ktoś jeszcze kłuje w oczy świeżą opalenizną. Rodzice dobrze wiedzą, że tak długie wakacje szkolne są nie do zniesienia, końcówka sierpnia to istna wykończeniówka, trudniejsza do wytrzymania niż pierwszy tydzień roku szkolnego. A tak, dzieci wreszcie w szkole, z rówieśnikami, na zajęciach pozaszkolnych, podczas odrabiania lekcji. Same wcześniej idą spać, bo rano muszą wstać. Od razu lepsza organizacja czasu, efektywność, porządek. Jakże miło będzie znowu je rozwozić na basen, do muzycznej, na zbiórkę, ze zbiórki, na urodziny i z urodzin. Jak przyjemnie będzie spędzać sobotę w samochodzie, żyć ich entuzjazmem, chłonąć relacje, łapczywie karmić się okruszynami przelotnych spotkań z innymi rodzicami, naszymi dobrymi znajomymi a nawet gdzieś przy okazji odbierania potomka, przysiąść na chwilę albo i na kawę, i pogawędzić trochę.
A potem wrócić do sweet home, rozpalić w kominku, zasiąść w fotelu, poczęstować się świeżo upieczonym sernikiem i otworzyć odłożoną wcześniej książkę. Na jesieni szybciej się czyta, intensywniej żyje, lepiej smakują międzyludzkie relacje. Żyjemy szybciej, dni biegną jak szalone, czas jest krótki, mamy szansę zrozumieć więcej.
Niech żyje jesień! Jak najbardziej jesienna.


piątek, 16 czerwca 2017

Jak zostałem brodaczem


Od zawsze hołdowałem przeświadczeniu, że klasa mężczyzny to m.in. codzienne golenie się, nawet w bardzo niesprzyjających okolicznościach. Taki był podobno etos oficerski. Bomby mogły lecieć na głowę, mogło się walić i palić ale w okopach nic tak dobrze nie wpływało na morale żołnierzy jak ogolona twarz oficera. Nie wiem skąd te opowieści. Nie mniej jednak egzystowały gdzieś tam w czeluściach świadomości. Nic dziwnego zatem, że na brodaczy zawsze patrzyłem z pewną dozą podejrzliwości. Brodacz jawił się jako istota bardziej pierwotna, brody nosili pewnie Mieszko i Chrobry, tłumy wikingów i innych barbarzyńców. Broda kojarzy się z drwalem, człowiekiem lasu, typem ogorzałym we flanelowej koszuli i o mętnym wzroku. Brody to także ZZ Top i wbici w skóry pięćdziesięciolatkowie na harleyach.

Tym niemniej od jakiegoś czasu było jasne, że moda na brody nastanie. Dość już wszyscy mieli niby-mężczyzn, tych wszystkich biedaków pozbawionych męskich przymiotów, zdecydowania, siły, szlachetności. Facetów, na których nie można się oprzeć, którym można by zaufać. I te stroje, wąskie spodnie wciskane na umięśnione, owłosione łydki. Na mokro? No bo jak inaczej? Acz kiedyś panowie chodzili ponoć w rajtuzach, więc w sumie o co chodzi.

Zatem brody jako substytut? Jakby odpowiedź na krzyk: chcemy więcej męskości, więcej mężczyzny w mężczyźnie! Zarost – nieodmienna cecha męskiego ciała. Nie do podrobienia. Bo kobieta z brodą to jednak nie halo.

I pojawiły się brody, bródki i brodziska. Brody na drwala, długie, czesane, pielęgnowane olejkiem i strzyżone co tydzień przez fachowego golibrodę. A jak taka broda to i zaczeska na bok, z przedziałkiem, jak z filmów w starym kinie albo na zdjęciach żołnierzy AK. Brody krótkie, kilkudniowe, brody uwydatniające dolną szczękę, brody dodające męskiego szyku. Brody a’la Clooney, Brad Pitt, Sean Connery a nawet Ryan Gosling. Dla każdego coś miłego. Brody ciekawie łaskoczące i przyjemne w dotyku. Brody ocieplające wizerunek albo dodające powagi, brody świadczące o zmianie, konserwatywne albo nowoczesne, brody jako bunt i brody jako uleganie modzie.

Postanowiłem i ja zaryzykować…

Żona marudziła, że marzy o randce z brodaczem. Cóż było robić? Siła wyższa. Odkąd twarz mą zaczął okrywać charakterystyczny puch, zaczęły dziać się zaskakujące, dziwne rzeczy.
Pierwsze dni – dziwne uczucie. Szczególnie rano podczas kontaktu z bieżącą wodą, dotykasz twarzy i wzdrygasz się. Czy to ja? Co to za futro na moich policzkach? Wiewiórka wpadła przez okno? Jeszcze śnię? I to koszmar?

Potem - reakcje ludzi. Kogo byś nie spotkał, albo komentarz, albo pytanie, albo znaczący uśmieszek. Budzisz sympatię. Nie ma wątpliwości. Ile by za to normalnie dać, a tu, proszę, za darmo. Ocieplenie wizerunku jak nic. A brodacze jak na ciebie patrzą! Stałeś się jednym z nich, jest moc, jest solidarność. W windzie, w kawiarni, na spotkaniu z klientem. Uhm.


W brodzie cieplej. Oszczędzasz sporo czasu na goleniu, dziesięć minut więcej snu rano – niebagatelna sprawa. Wzbudzasz zainteresowanie. Niektórzy mówią, że ci do twarzy, inni (inne, bądźmy precyzyjni), że wyprzystojniałeś. To wszystko znacząco wpływa na samopoczucie i ogólny poziom zadowolenia z życia. Jesteś bardziej uśmiechnięty i wyluzowany. Dotychczasowe problemy wydają ci się jakieś takie bardziej banalne. Zaczynasz patrzeć na życie i przyszłość z większym optymizmem. Ale nie tylko na to patrzysz inaczej. Mimo tego, że jak zauważasz, zazwyczaj brodacze są w większości, czy to na spotkaniu w pracy czy z przyjaciółmi, to jednak trafiają się jakieś rodzynki ze starannie wygoloną twarzą. Zaczynasz spoglądać na nich podejrzliwie. Zauważasz, że zachowują się nieco zbyt obcesowo, jakby wywyższali się tą swoją gładkością. Z drugiej strony masz wrażenie jakby ogoleni nie pasowali do towarzystwa. Może nie chodzi od razu o to, że wyglądają na szpiegów z krainy deszczowców, ale coś ci tu jednak nie pasuje, coś wyraźnie nie leży. Innym razem znów patrzysz na nich jak na niepoważnych ludzi, podrostków niemalże, mających mleko pod nosem. Pan po lewo w brodzie, po prawo kozia bródka, na wprost trzydniówka, a obok ciebie w windzie kompletny brodowy golas, pachnący jeszcze płynem po goleniu. 

To mimowolne. Odczuwasz po prostu niepokój.

wtorek, 17 stycznia 2017

PROM Kultury Saska Kępa


Serdecznie zapraszam na kolejne spotkanie promocyjne (być może ostatnie w tym sezonie, przynajmniej na Mazowszu). Jak wiecie, zawsze staramy się nie tylko nie przynudzać, ale potraktować książkę jedynie jako pretekst do miłego wieczoru w miłym gronie z Wami.

19.01 czwartek godz. 19.00 PROM Kultury Saska Kępa, ul. Brukselska 23. Parzą tam kawę i herbatę.

Prowadzenie Przemysław Babiarz, TVP; performance: Jakub Sewerynik i Artur Wasiak; zapowiedź: Adam Woronowicz.





wtorek, 10 stycznia 2017

Miesiąc miodowy z Transakcją

Korzystając z poświątecznego i ponoworocznego spowolnienia postanowiłem w kilku słowach podsumować pierwsze chwile z „Transakcją”-;)

Dociera do mnie wiele sygnałów dotyczących odbioru powieści i za wszystkie bardzo Wam dziękuję. Dostałem na gorąco kreślone kilkuzdaniowe recenzje smsami, mailem, przez messengera, bezpośrednio, dostawała je moja małżonka. Może wiecie lub nie (ja o tym trochę słyszałem, a teraz testuję na sobie, że to prawda), autor zawsze z drżeniem czeka na reakcje czytelników. Nawet jeśli jest to ósmy czy dziewiąty tom z serii o dzielnym detektywnie lub sprytnym komisarzu, to mimo to jest niepewność. Czy temat chwyci, czy wyjdzie na jaw, że ciężko było mu tworzyć niektóre fragmenty, czy pomysły, które roił jako genialne, zostaną w ogóle zauważone? Pisarze nie piszą do szuflady, dla potomnych. To mit. Pisarze piszą dla czytelników, nie istnieją bez nich. Na szczęście ja jestem tylko autorem i od napisania do wydania w moim przypadku upłynęło trochę czasu i tym długim wykańczaniem powieści byłem już wykończony, więc niby powinienem być spokojniejszy…

Tym niemniej bardzo się cieszę, że otrzymałem zapewnienia, iż książka pomogła żonom bardziej zrozumieć ciężko pracujących mężów, mężom żony, dzieciom ojców, teściowym zięciów, studentom prawa, że kariera prawnicza to nie sielanka rodem z serialu, rodzicom pchającym dzieci na studia prawnicze, jaki szykują im los, że to nie dostojne zasiadanie za mahoniowym biurkiem ale prawdziwa harówka, itd., itp. Czytają młodzi, czytają dojrzali, czytają starsi. Teściowa jednego kolegi, odmówiła współpracy przy przygotowywaniu niedzielnego obiadu, nie poszła na sumę, bo nie mogła oderwać się od Transakcji, którą wyszperała z półki z nowościami. Pewien mecenas przygotował sobie lekturę na Święta, nie dał rady, połknął w dwa wieczory podczas przedświątecznej gorączki. Inny w trzy noce, jeszcze inny w drodze na rozprawę i z powrotem na drugi koniec Polski. Prawnicy z pół tuzina czołowych kancelarii odnaleźli w realiach pracy przedstawionych w powieści swoje realia, kilkakrotnie usłyszałem od przedstawicieli także innych, róznorodnych zawodów, że dylematy Maćka to też ich dylematy, że dużo o nich w tej powieści, że mogli utożsamić się w pełni z głównym bohaterem, jakby narrator siedział w ich głowach.

Cóż, Maciej Rumicki to jeden z nas. Człowiek, którego możemy spotkać w windzie, w sklepie z garniturami czy pchającego wózek z żywnością w supermarkecie. Targany naszymi emocjami i przeżywający nasze dylematy, narażony na „pułapki czyhające na współczesnych mężów, ojców i prawników (pracowników) w jednym (choć przesłanie jest jak najbardziej uniwersalne i to jest też siła książki”. (W cudzysłowie to oczywiście cytaty, nie moje interpretacje-;)).

Wielu z Was treści w książce, pewne fragmenty „poruszyły” czy „dotknęły” (szczególnie Panie, a może tylko Paniom łatwiej się do tego przyznać-;)?). Pisaliście też, że „można się w niej przejrzeć i identyfikować z wieloma wątkami” albo „Dla mnie ta książka jest przede wszystkim dobrą historią o walczących ze zmaganiami dnia codziennego (jak my wszyscy) kochających się ludziach!”. Niewątpliwie jest to też książka o miłości, jej początkach i zagrożeniach, i pięknie życia rodzinnego. Są też osoby, które powiedziały mi, że zawdzięczają salwy śmiechu niektórym fragmentom.

Kochani, niezmiernie za wszystko dziękuję! Bardzo cenne są dla mnie Wasze głosy! Cieszę się, że wielu z Was odczytało różne intencje autora ale przede wszystkim z tego, że książka „nadawała się do przeczytania”, że „wciąga” a wielu pochłonęło ją jednym tchem, i nie rozczarowała ich. Wierzcie mi, wiele mnie kosztowało jej skończenie. „Transakcja” to jednak nie tylko powieść prawniczo-sensacyjna, pisałem już, że nie aspirowałem do napisania prawdziwego thrillera prawniczego (tym razem-;)). A nawet nie przede wszystkim taka. To powieść obyczajowa, o życiu ludzi pędzących, koło których gdzieś obok dzieje się historia. Bo to książka również o pewnym marzeniu o Polsce. Marzeniu, dodajmy, niespełnionym.

Jak pamiętacie albo i nie, jeszcze przed wydaniem, prezentowałem Wam na tym blogu koncepcję na dystrybucję tej książki. Jeśli spodoba się Wam bardzo - bardzo ją polecajcie ludziom, co do których przypuszczacie, że może ich zainteresować. Jeśli spodoba Wam się tylko trochę - trochę tylko polecajcie tym lub innym znajomym. Nie szczędźcie słów ani atramentu (tuszu, tonera, ekranu, strun głosowych). Jeśli ani trochę – wymownie przemilczcie-;)


To piękna idea polecania sobie, bezpośrednich rekomendacji, wręczania jako nieprzypadkowego prezentu. Idea książek żyjących, pożyczanych, przekazywanych z rąk do rąk, a może i czasami wydzieranych sobie przez domowników, taka idea na pewno jest mi bardzo bliska-;)

piątek, 30 grudnia 2016

O polskiej cnocie gościnności


Ewa Polak-Pałkiewicz - Polska cnota gościnności (fragmenty za Plus Minus z 22.12.2016.)

"Francuski historyk Jean de Goyard odnosi się do tak charakterystycznej dla przedstawicieli jego narodu umiejętności prowadzenia przy stole lekkiej, finezyjnej rozmowy: „Na przestrzeni tysiąca lat Kościół stopniowo zwalczał egoizm w stosunkach towarzyskich: ludzie nie interesowali się już tylko sobą i nie mówili już tylko o sobie, lecz o tym, co dotyczyło innych. Nabrali w ten sposób zmysłu lekkości i niepospolitości. Rozmowa stała się tradycją chrześcijańską, której uczono w domu rodzinnym, niektóre rody były szczególnie znane z umiejętności prowadzenia wykwintnej rozmowy czy żywości umysłu, tak jak inni ze swej brzydoty czy umiejętności dosiadania konia... Niestety, Rewolucja Francuska zniszczyła sztukę konwersacji: przez Rewolucję społeczeństwo poniosło olbrzymią stratę, może nawet niepowetowaną... Francja straciła umiejętność prowadzenia rozmowy" (hr. Roeder).

Po okresie terroru zginęła w Paryżu, jak stwierdzają kronikarze, ta „słodycz i ogłada", która czyniła to miasto „czarującym i powabnym przez tak długi czas", zaznacza Goyard. Teraz ludzie zaczęli mówić zbyt głośno i nie słuchali się nawzajem.

Dawne polskie domy, w których przyjmowano gości, ze szczególnym pietyzmem celebrowały właśnie sztukę rozmowy. Rozmowa była ważniejsza niż menu, ważniejsza niż wystawność stołu, wspaniałość sreber i blask kandelabrów, niż tańce, polowania, kuligi i popisy wokalne towarzyszące wizycie. Ona była prawdziwie chrześcijańską esencją polskiej gościnności.
(…)
Milczenie podczas spożywanego wspólnie posiłku i wpatrywanie się w talerz było zawsze uważane za symptom nieokrzesania.
(…)
Porządne ubranie to wyraz szacunku wobec bliźnich. W dawnej Polsce strój był sprawą poważną, nie dlatego, że byliśmy tacy porządniccy i ułożeni. Różnie bywało, rozumieliśmy jednak rangę wspólnoty. Wspólnota zobowiązywała, współżycie w ramach społeczeństwa nie było czymś bez znaczenia. Warszawiacy przed wojną, wybierając się do Śródmieścia z odleglejszych dzielnic, zakładali eleganckie ubrania. Zobowiązywały środki lokomocji publicznej, uczelnie, biura, teatry, kawiarnie, stylowe latarnie, zadbane parki, ukwiecone trawniki, piękne aleje.”