Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 czerwca 2023

Dzień Ojca! Subiektywny ranking filmów ojcowskich


Dzień Ojca!

Dzisiaj podobno jest, w pakiecie z ostatnim dniem szkoły.

Piękna sprawa być ojcem. Zgadzasz się? Ojcostwo to wspaniała misja, nadająca sens życiu, tak bardzo odpowiedzialna, czyniąca z chłopca mężczyznę. Dałeś życie, zostałeś współpracownikiem Najwyższego w powołaniu do życia już na zawsze innej istoty ludzkiej. Czy to nie sprawia, że robisz wielkie oczy, że odbiera ci mowę, że stajesz w jakiejś postawie respektu do rzeczywistości, która nas przerasta? Czy to nie zaskakujące, że widzisz swoje cechy, pragnienia, upodobania albo uprzedzenia w tym młodym człowieku? Bo po kim on to ma?

Czy nie kręci cię to, że dla swojej córeczki księżniczki jesteś królem, a dla synka idolem? Oczywiście tylko do pewnego momentu, za chwilę zaczną dorastać i podważać wszystko co mówisz i robisz. Ty powiesz „A”, to oni „B”, tak to już jest na tym najdoskonalszym z niedoskonałych światów.

Usłyszałem kiedyś, że ojcostwo jest największą karierą mężczyzny. Bardzo mi się spodobało to sformułowanie. Nie jest to kariera łatwa, czasami a może nawet często trudna, o wiele trudniejsza niż sukcesy w wielu korporacjach. Czy jednak jest to najważniejsza misja dla nas, ojców XXI wieku, w kraju nad Wisłą? Czy wielu pnących się po szczeblach awansu menadżerów, zdolnych profesjonalistów, lekarzy, prawników jest jednocześnie tak dobrymi ojcami, jakimi mogliby być? Ilu ojców nie ma czasu dla swoich dzieci, rzuca zwitkami banknotów aby się od nich odczepiły? Aby pozwoliły na spokojne realizowanie ich męskich pasji. Piwo z kolegami, rower z kolegami, pobiegane, siłownia, poimprezowane. Może przesadzam, wszystko da się pogodzić. Ależ oczywiście, jeśli stawia się priorytety.

Rośnie nam pokolenie ludzi okaleczonych, poobijanych, pozbawionych ojcowskiej uwagi i troski. W kraju nad Wisłą. Tu nie przesadzam, niestety. Zerknijcie na korytarze szpitali psychiatrycznych, statystyki policyjne odtruć alkoholowych wśród młodzieży albo w smartfony waszych pociech.

I nie chodzi tylko o uwagę wobec swoich dzieci, ale bycie ojcem, postawa ojcowska implikuje przecież troskę o innych też, o inne dzieci, o świat, o przyszłość, o ciągłość, o kontynuację. O wielki świat i mały świat wokół nas.

Myślę sobie, że gdyby ojcowie byli trochę bardziej ojcami, trochę bardziej się poczuwali do swojej wielkiej misji, świat byłby lepszy.

A na osłodę tej nieco gorzkiej refleksji 

poniżej mój subiektywny ranking filmów ojcowskich:

Życie jest piękne – reż. Roberto Benigni, ojciec i syn w obozie koncentracyjnym a wcześniej piękno życia rodzinnego i miłości, śmiech i łzy, poruszające.

Droga – Cormac McCarthy autor. Ojciec ucieka z synem przez apokaliptyczny świat pełen złych ludzi. Ja czytałem książkę, jest też film ale nie oglądałem, może być straszny, bo książka jest straszna ale warto na pewno przeczytać książkę i wytrwać do jej końca. Zwieńczenie tej opowieści wskaże ci, czym jest powołanie ojcowskie, po co jesteś ojcem!

Iniemamocni – genialna kreskówka, rodzina superbohaterów, świetny scenariusz, cięte dialogi, przesłanie i klisze z Bondów, Mission Impossible itp. Wyśmienita zabawa dla całej rodziny!

Iniemamocni 2 – to samo co jedynka ale trochę inaczej. Praca jest ale dla Elastyny, pan Iniemamocny musi zostać w domu i ogarniać dzieci. Wiele autentyzmu psychologicznego postaci, naprawdę utalentowane głowy pracowały nad tym filmem.

W pogoni za szczęściem – w roli głównej Will Smith, klasyk i hit, czułość i opiekuńczość ojcowska a jednocześnie opowieść o tym jak trzeba walczyć, jak można pracować, jak dążyć do celów, nie zrażać się, mając w głowie wielką motywację.

Ukryte piękno – jeszcze raz Will Smith, tym razem wypalony, cały w kawałkach po śmierci dziecka. Dobrze zrobione, ciekawy pomysł, wzruszające. Will gra fenomenalnie, pozostała obsada też zjawiskowa.

Gran Torino – Clint Eastwood, wielki film, o postawie ojcowskiej nawet gdy spartoliło się wychowanie swoich dzieci, o czymś więcej też, o odpowiedzialności, ofierze, relacjach, no i charyzmatyczny, plwający Clint ze spluwą i o polsko brzmiącym nazwisku Kowalsky.

Przemytnik – znowu Eastwood, stary człowiek i pojednanie z najbliższymi, sporo przekleństw i męskiej szorstkości, od nastolatków wzwyż.

Czego pragną kobiety – Mel Gibson w komedii, nie pamiętam za dobrze już treści ale dobrze pamiętam jak główny bohater, typowy rozwodnik po przejściach, nie interesujący się swoimi dziećmi tylko kobietami, walczy jakoś tam o swoją córkę. Wyglądało na to jakby Mel dołożył niektóre sceny i dialogi do scenariusza, ale dobre i to.

Patriota – Mel Gibson tym razem chcąc ocalić rodzinę musi zaangażować się w ocalanie świata. Przesłanie wciąż aktualne. Sporo krwi. Fajne sceny: Mel śpi z dziećmi, syn Mela je jabłko tak samo jak ojciec, itd.

Okup - znowu Gibson jako ojciec walczący z porywaczem syna, dobra sensacja.


Uprowadzona – tym razem Liam Neeson nie ma litości dla porywaczy córki. Dla ludzi o mocnych nerwach. Brutalne.

Family Man – rzecz o rodzinie, o tym, że decyzja rodzi decyzje, że mając dzieci ma się mniej garniturów i są one tańsze. Nicolas Cage rozśmiesza do łez, wiele kultowych już scen.

To wspaniałe życie – film Franka Capry z 1946 roku. Klasyk. Genialny. Scenarzyści Family Mana zerżnęli pomysł na fabułę ale a rebours. To nic, oba filmy są świetne. Ten też właściwie o wyborach ale bycie ojcem jest wyborem, czyż nie?

Poznaj mojego tatę - Robert de Niro contra Ben Stiller, teść obcinający kandydata na zięcia, pouczające dla ojców córek na wydaniu. Wiele dobrych gagów, kilka rubasznych, jak to w amerykańskiej komedii.

 

Father Stu - Mark Wahlberg jako szalony bokser a Gibson w roli jego zapuszczonego ojca. Nie jest to przykład ojcostwa do naśladowania choć w końcowych scenach Mel staje na wysokości zadania. Walczymy do samej śmierci, pamiętajcie. Opowiedziana historia natomiast świetna.


Tak to się robi teraz – z początku może nawet niesmaczna komedia, potem poruszający melodramat, o tym, że swoje dziecko najlepiej zrozumie rodzic, że w imię dobra dziecka, trzeba odważyć się oświadczyć, wreszcie do jasnej cholery, jego matce. Do tego Jenifer Aniston i Jason Bateman. Więcej tutaj: https://zbigniewkorba.blogspot.com/2013/12/moj-maz-nie-jest-moze-idealny-ale.html


czwartek, 6 kwietnia 2023

NAJPIĘKNIEJSZY ZAWÓD ŚWIATA





 


NAJPIĘKNIEJSZY ZAWÓD ŚWIATA

Oczywiście bycie księdzem nie jest zawodem. Jest powołaniem.

Jakże piękne jest to powołanie. Powołanie zaszczytne. Kapłan Kościoła Rzymskokatolickiego wyznający Credo, wiarę w obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii, w ofiarny i zbawczy sens Mszy Św., we współuczestniczenie w ofierze Chrystusa na krzyżu. Oddanie swojego życia w całości temu aby ułatwiać ludziom zbawienie, być dla nich, być szafarzem sakramentów, pośrednikiem poprzez którego działa sam Bóg - jest czymś niebywałym. Niebywale wielkim i wymagającym niebywałej pokory i powagi koniecznej do wykonywania tych zadań. Rozgrzeszanie, wysłuchiwanie najgorszych przewin, udzielanie ostatniego namaszczenia, obcowanie ze śmiercią, rozpaczą i brakiem nadziei. Z drugiej strony piękno i radość przygotowania do pierwszej komunii Św. albo do sakramentu małżeństwa, udzielanie chrztu świętego małym dzieciom. Piękna, niesamowita misja.

Jak pisał Bousset, którego cytuje Mauriac w swoich pamiętnikach, ksiądz to najbardziej wszechstronny zawód świata, bo będąc księdzem można być jednocześnie: aktorem, nauczycielem, retorem, psychologiem, lekarzem dusz, przedsiębiorcą, zarządzającym, trzeba też opanować mnóstwo umiejętności praktycznych. Gdy sprawuje się opiekę nad ministrantami, dodajmy od siebie, warto być też piłkarzem, rowerzystą, programistą, informatykiem, a gdy ma się pod opieką harcerzy to można wykazać się również jako kucharz, survivalowiec, śpiewak, gitarzysta, ratownik, pielęgniarz.

Bousset nie przewidział jednak, że można też być bokserem albo szefem hospicjum dla śmiertelnie chorych.

Chodzi mi mianowicie w tym momencie o zareklamowanie trzech filmów, które są absolutnymi „must see”. Jako że pogoda na Wielkanoc nas nie rozpieszcza, jestem prawie pewien, że zamiast spacerów rodzinnych, zasiądziecie w niedzielę albo lany poniedziałek przed telewizorem albo rzutnikiem aby coś obejrzeć. Dlaczego zatem nie któryś z niżej wymienionych filmów?

Pierwszy to „Father Stu”, w tej chwili jest na różnych platformach streamingowych np. HBO. Prawdziwa historia boksera łobuziaka, który został księdzem, lecz wcześniej zapadł na ciężką chorobę, w wyniku starć na ringu. Nieprawdopodobna historia gdyby nie była prawdziwa. W roli głównej Mark Wahlberg, który jest jednocześnie reżyserem a do współpracy zaprosił innego znanego, przy czym wielce grzesznego jak sam o sobie mówi, katolika z Hollywood, Mela Gibsona. Wahlberga nie trzeba przedstawiać, porządna firma. A i film jest przyzwoicie zrobiony.

Drugim filmem, który już wszyscy chyba obejrzeliście, ale może jednak nie wszyscy, jest „Johnny”. Opowieść o ks. Janie Kaczkowskim, założycielu hospicjum w Pucku. Śmiertelnie chory na glejaka mózgu, nie zaprzestał pracy ale walczył do końca. O ludzi, o dusze, o godne umieranie i przechodzenie stąd do tam. Niektóre sceny są naprawdę wstrząsające. A postać tego kapłana, żyjącego na „pełnej petardzie” może porywać, może inspirować. Jego nieporozumienia z hierarchią, owszem wiemy, że takie były, w filmie ukazane są jednak w karykaturalny sposób a aktor dobrany do roli biskupa, cóż, szkoda gadać. To już kolejny film, w którym postać biskupa jest pokazana niczym z pisemek antyklerykalnych w okresie stalinizmu. Czyż konflikt nie zyskałby kolorów, gdyby twórcy, jeśli już koniecznie chcieli ten wątek wyeksponować, wierniej odwzorowali pierwowzór? Dobrze, nie ma się co czepiać, młody kapłan, pozytywny bohater, robiący coś dobrego wbrew hierarchii. Super w dzisiejszych czasach, a mając na uwadze to, że film znalazł się ostatnio na Netfliksie, czyż można chcieć więcej?

Uprzedzę jeszcze pytanie, ze względu na intensywność emocjonalną niektórych scen, moim zdaniem, raczej nie do oglądania z dziećmi młodszymi niż starsze nastolatki.

I last but not least – “Ostatni szczyt”, film Juana Manuela Cotelo. Szalony hiszpański reżyser jedzie aby zrobić wywiad ze znanym księdzem. Niestety nie udaje mu się to, bo ksiądz ginie w górach. Wstrząśnięty tą nagłą, tragiczną śmiercią, reżyser nie daje za wygraną, rozmawia z przyjaciółmi i rodziną zmarłego i decyduje się zrobić film. I jest to film genialny. Dokument, który ogląda się lepiej niż wiele filmów fabularnych. Historia jednego z tysięcy kapłanów oddanych swojej pracy. Przejętego wiarą, idealisty stąpającego twardo po ziemi, miłośnika gór, człowieka wesołego, o szerokich horyzontach. Film wciąga wszystkich, małych i dużych. Widziałem czterdziesto- a nawet pięćdziesięcioletnich chłopów jak dęby, którzy podczas projekcji ryczeli jak bobry.

Film do obejrzenia na katoflix i cda.

Mam nadzieję, że Was trochę zachęciłem.

Z okazji Wielkiego Czwartku przekazuję najlepsze życzenia dla wszystkich kapłanów! Macie wspaniałą misję, nie zrażajcie się niczym, róbcie swoje najlepiej jak umiecie, każdego dnia!

sobota, 5 listopada 2022

Zupa nic!


Gdybym ten film obejrzał wcześniej to nie wiem czy siliłbym się na niektóre teksty we „Wszystkich klęskach wieku (nie)męskiego”. „Zupa nic” to bowiem piękny fresk (choć słowo to nie pasuje zupełnie do tamtych czasów) lat osiemdziesiątych, na które przypadło i moje dzieciństwo. Z tego dzieciństwa i wczesnej młodości niektóre smaczniejsze kąski starałem się przywołać i ocalić we wspomnianej książeczce. Jeśli nie wiecie co obejrzeć w ten weekend a chcecie obejrzeć komedię, mogę szczerze polecić ten film. 

Adam Woronowicz prezentuje w nim najlepszą formę, jest w swoim żywiole w roli pomiatanego przez system schyłkowego PRL-u architekta. Wtórują mu koncertowo Kinga Preiss grająca jego żonę i Ewa Wiśniewska (teściowa), oraz szwagier Zenek czyli Rafał Rutkowski. Różne sceny w filmie są po prostu genialne. I ma się rozumieć, prześmieszne. Ten entourage głównego bohatera, ten outfit, na czele ze skórzaną brązową marynarko-kurtką, ale i spodnie dzwony, i takie koszule non-iron z wywijanymi kołnierzami, i ten brzuszek piwny, no, uczta dla oka. W tym filmie jest wszystko: blaski i cienie pomieszkiwania w dwóch pokojach rodziny z dwoma córkami oraz teściową, zgubienie kartek na mięso, pijany ojciec wracający przed Wigilią z choinką-kikutem, wygranie talonu na samochód, radość i smutki z tym związane (problemy z gaźnikiem, kradzież kół). Jest karp w wannie przed Wigilią, jest skok przez kozła na lekcji WF-u, jest wszechwładna cesarzowa-kadrowa w pracy i płaszczenie się przed nią. Są wycieczki na saksy na Węgry i przemycane kołnierze z lisów, jest i szwagier cwaniak, który umie się ustawić w rzeczywistości jaka jest, no i kolejka za meblami uwieńczona niesamowitym sukcesem – zdobyciem „wypoczynku Edyta”.

W tekście „Każdy chciał być DJ-em” wspominam podobne perypetie:

„Mój ojciec kiedyś stał całą noc w kolejce przed sklepem sportowym, bo dostał informację, że mają rzucić namioty. Nasz stary nie nadawał się już do użytku, więc nowy bardzo by nam się przydał do wyjazdów. Nad ranem okazało się, że dojechały nie namioty, tylko rowery i śpiwory. Rowerów trzy sztuki, więc ojca już to szczęście nie objęło, za to kupił dwa śpiwory. Wprawdzie śpiworów akurat nie potrzebowaliśmy, ale skoro je rzucili, grzechem byłoby nie wziąć po całej nocy koczowania pod sklepem na zimnie.

Innym razem całą rodziną obstawialiśmy dostawę mebli. Mamie marzyły się mahoniowe matowe regały. Nie dotarły. Może w przyszłym tygodniu? Znowu koczowanie. I tak ze trzy razy. W końcu przywieźli. Jasne na wysoki połysk. Wzięliśmy oczywiście. Do dzisiaj straszą w mieszkaniu mojej mamy. Ale ile było podczas tych komitetów kolejkowych zabawy wieczornej i nocnej, podchody, w chowanego, berek, żarty, totalna integracja dzieciarni asystującej matkom i ojcom.”

Wspomnę tylko, że z tym namiotem jeździliśmy „maluchem” czyli fiatem 126p w góry, a bagażnik dachowy wyglądał identycznie jak ten, który Woronowicz tak umiejętnie upinał w filmie przed wyjazdem na wakacje.

Co w tym filmie urzeka? Wszystko: dobrze skrojone i obsadzone role, scenariusz, jest tu jakaś finezja, której zazwyczaj brakuje w polskich produkcjach, szczególnie z komediach. Lecz przede wszystkim urzeka atmosfera! Ciepła, pobłażliwa, to nie jest żaden sentymentalizm ani z drugiej strony brutalne ciśnięcie beki jak w Alternatywach 4 u Barei. Historia jednej z tysięcy rodzin, ze standardowymi problemami dla tego czasu, ale z tego wyłania się jakaś wdzięczność, piękno, relacje, wspieranie się w życiu. Nawet scena imienin to klasyk. Tam jest wszystko: trzy małżeństwa, sałatka z warzyw, nóżki w galarecie, coś do przepijania tej galarety. Tak to wyglądało, biednie, groteskowo. Ale budzi to naszą sympatię, nie tylko dlatego, że to część naszej historii, życie naszych rodziców czy dziadków, ale dlatego bo przez tę ciasnotę, upokorzenia, przez ten peerelowski paździerz prześwituje życie. Podstawowe relacje rodzinne, sąsiedzkie, koleżeńskie - dzięki którym łatwiej żyć. Dzięki którym życie w ogóle nabiera większego sensu. Bez względu na zmieniające się scenografie życia, gadżety, materialne przedmioty westchnień - jakość relacji napędza jakość życia.

Może i nieładnie powiedziane, ale chyba prawdziwie.


czwartek, 21 kwietnia 2016

To wspaniałe życie

Czasami ludzi można mieć dość, jak bohater filmu „To wspaniałe życie” George Bailey. Dyrektor towarzystwa budowlanego grany przez Jamesa Stewarda (to ten aktor z filmów Hitchcocka, ale kto to jeszcze ogląda?), całe dorosłe życie buduje ludziom domy, samemu ledwo wiążąc koniec z końcem. Nie o takim życiu marzył, miał podróżować, skończyć studia, zrobić wielką karierę i zarobić mnóstwo pieniędzy. Jednak splot okoliczności spowodował, że musiał podjąć inne decyzje. Wadzi się stale z czarnym charakterem, miejscowym oligarchą i krezusem, Potterem. Gdy w wyniku złośliwości starego rekina finansowego towarzystwo staje na skraju bankructwa, nasz bohater chce ze sobą skończyć. Czara goryczy przelała się, rzeczywistość stała się nie do zniesienia. Jest wigilia lecz on wybiega z domu, zostawia żonę (zjawiskowa Donna Reed), dzieci, wydziera się na nich wcześniej i wścieka, jakby byli czemukolwiek winni w tej sytuacji. I gdy już wydawało się, że w ten dzień zły, George nie zdoła przeciwstawić się rozpaczy i ostać na tym łez padole, gdy już, już przymierzał się do skoku z mostu, wydarzyło się coś, czego on ani nikt inny się nie spodziewał... Dostał jeszcze jedną szansę. Zobaczenia jak wyglądałby ten świat, to miasteczko, ci ludzie – bez niego. I była to wizja straszna.

Film Franka Capry z 1946 r. to prawdziwy klasyk. Podobno w wielu telewizjach świata w Święta Bożego Narodzenia jest tym, czym dla nas nieszczęsny Kevin sam w domu. Nijak nie da się porównać tych filmów. Film Capry nie dość, że świetnie zagrany i skrzący się znakomitymi dialogami, to niesie w sobie mocny ładunek treści. Treści niebanalnych, lecz zaskakująco głębokich. Ni mniej, ni więcej to największy, najważniejszy film o tym, że każde życie ma nieskończoną wartość i że nie zdajemy sobie kompletnie sprawy z tego, jak bardzo na siebie wzajemnie oddziałujemy i ile dla siebie znaczymy. My ludzie! Uwikłani w codzienność, ugrzęźnięci w małych kłopotach i radościach, w zmartwienia i znój pracy, której sensu nie widać. Niedoceniający tego, co mamy: życzliwości naszych bliskich, tego że są wokół nas, że mamy dla kogo się trudzić. Nie znamy skutków naszych czynów, a może inaczej, znamy tylko niektóre.

Wszystko, co robimy i jak robimy ma znaczenie. Buduje albo niszczy. Nie tylko czyny ale nawet słowa mają moc leczącą albo destrukcyjną. Rezygnacja z siebie, własnych ambicji, planów dla innych, aby służyć ma sens. Takie jest przesłanie tego filmu. Przesłanie, powiedzmy sobie szczerze, pokrzepiające. Naprawdę!

Jeśli potrzebujecie filmu dla poprawy nastroju, ale nie po taniości jakąś mierną, współczesną komedią romantyczną, nie daj Boże polską, to ten film jest dla Was! Może ktoś z Was myśli, że przez rodzinę, przez te małe bąki w domu, przez to tłuczenie się kolejką do pracy i z powrotem dzień w dzień, omija go prawdziwe życie, fun, kariera. Może ktoś jest zmęczony, w domu dzieci chorują, żona go nie rozumie, a w pracy znowu ten kretyn szef. Chciałbym napisać z rozpędu, że szkoła, nauczyciele, rodzice, ta kretynka Jolka, ale szczerze to nie jestem pewien, czy do starego kina nie trzeba dojrzeć? Czy ten film trafi do ludzi przed trzydziestką? W każdym razie, jeśli macie chandrę, zły dzień, być może czujecie po części to co czuł George Bailey – weźcie sobie i obejrzyjcie tego Caprę.

Jest wiele innych rzeczy, które urzekają w tym filmie, jak staroświecki styl gry aktorskiej, bardzo teatralny, wyrazisty. Wtedy grało się na całego, z gestem, ekspresją, przesadą. Jak to, że młodzi ludzie są pełni energii, zdrowego entuzjazmu, śpiewają nawet i jest to czymś naturalnym. (Kto teraz śpiewa, wracając do domu?) Zaznaczę zaraz, że z moich obserwacji wynika, że czymś typowym dla naszych czasów jest raczej apatia młodych, słuchanie muzyki w pojedynkę, ze słuchawkami na uszach w tramwaju plus oczywiście permanentne przyklejenie do swojego smartfona. I kto jest/był bardziej szczęśliwy? Tamte obdartusy w szerokich spodniach i dziurawych butach, cmokający za przechodzącymi chodnikiem pięknościami szeleszczącymi różowymi falbankami sukienek czy dzisiejsi zakompleksieni młodzieńcy w rurkach z Zary, przerzucający na fejsbuku zdjęcia wyzwolonych koleżanek? Na razie zostawię Was z tym pytaniem, bo nie chciałbym tymczasem zapomnieć o jeszcze jednej kwestii.

Film powstał w oparciu o scenariusz na podstawie opowiadanka mało znanego autora. I to jest piękne! Ta moc płynąca z dobrze skonstruowanej fabuły, napisanej od serca, nie pod publikę, nie na zamówienie, ale z głębokiego przekonania. Obraz nie od razu odniósł sukces, jego popularność rosła z czasem, z biegiem lat aż po dzień dzisiejszy.


I jak tu nie wierzyć w potęgę dobrych historii? Ta jest jedną z nich.

niedziela, 15 lutego 2015

Ben Carson czytałby Frondę

Prawdziwe historie są lepsze niż te wymyślone. Sztuczne, nierealne, wydumane, które dobrze się ogląda, a po obejrzeniu, dochodzi do człowieka, że to bujda, i tylko niesmak pozostaje. Tak jest z wieloma współczesnymi fabułami, w filmach i w książkach. Ale nie ze wszystkimi na szczęście.

W Krakowie opowiadałem o filmie “Cudowne ręce. Opowieść o Benie Carsonie”. Naprawdę warto go obejrzeć. Nie dlatego, że zgarnął jakiegoś Oscara, ale ponieważ opowiada historię życia bohatera, wybitnego neurochirurga, który po raz pierwszy przeprowadził udaną operację rozdzielenia bliźniąt syjamskich połączonych mózgami. Carson to postać nam współczesna, żyje w Stanach Zjednoczonych i ma się bardzo dobrze, skoro jego nazwisko pojawia się na giełdzie kandydatów w wyborach prezydenckich z ramienia partii republikańskiej (pisała o tym Rzeczpospolita kilka miesięcy temu).

Wraz z bratem wychowywany samotnie przez matkę, analfabetkę, która w pewnym momencie zrozumiała, że jej synowie aby wydobyć się z zaklętego kręgu biedy, przemocy i kłopotów z prawem, muszą wziąć się solidnie do nauki. U profesora, w którego domu przeprowadzała porządki, dostrzegła telewizor przysypany stosem książek. Już wiedziała, co zrobić. Gdy wróciła do swojego mieszkania, chłopcy jak zawsze ślęczeli przed telewizorem zaśmiewając się z jakiegoś durnego programu. Jednym ruchem wyłączyła skrzynkę i zapowiedziała, że odtąd mają wypożyczać dwie książki z biblioteki tygodniowo i po przeczytaniu robić jej streszczenie. Dopiero wtedy mogą obejrzeć jeden wybrany program.

Takich smaczków jest więcej. W efekcie Ben z chłopaka nieradzącego sobie z nauką, opryszka wymachującego nożem staje się dojrzałym mężczyzną, który wie, czego chce. Dostaje się na Harvard, potem do prestiżowego szpitala. Ma wspaniałą żonę i piękne, udane życie. Zbyt cukierkowa historia? Można by tak powiedzieć, gdyby nie była prawdziwa. Gdyby ktoś pisał ten scenariusz z głowy, pewnie mielibyśmy więcej zakrętasów i udziwnień.

Jeśli szukacie przyzwoitego filmu z edukacyjnym morałem, będzie jak znalazł na zimowy rodzinny wieczór.

Gdy docieraliśmy na spotkanie w Krakowie, w korku czytaliśmy nową Frondę, Miesięcznik Grzegorza Górnego. Niby w wersji light, a przypomina ona starą, tą pierwszą i najlepszą Frondę z połowy lat dziewięćdziesiątych. Tą, której każdy numer był wydarzeniem i dawał mocny materiał, nie do znalezienia gdziekolwiek indziej. Tą, której pierwszy numer odkryłem całkiem przypadkowo a kolejne woziliśmy z kolegami w paczkach niczym jakąś cenną bibułę, by karmić nią szeroko pojęte nasze środowisko.

Jedziemy więc z tą nową Frondą. Na początku wstępniak Grzegorza Górnego, przypomnienie, że to, co było podwaliną pierwszej Frondy to sprzeciw wobec traktowania człowieka redukcjonistycznie, jedynie jako konsumenta, wyborcy, albo jako organizm biologiczny. I tu od razu widać, o co chodzi. Rozejrzyjmy się, przypomnijmy sobie ostatnio przeczytane książki, gazety, obejrzane filmy. To jest istotna różnica, sedno! Myślenie o człowieku: czy jako o ciele i duszy, w całej złożoności jego wymiarów czy redukując go do jednego aspektu, co człowieka poniża i ignoruje jego godność. Od tego wszystko się zaczyna i na tym wszystko się kończy.

Górny, to marka. Daje gwarancję jakości. Rasowy dziennikarz, redaktor z powołania. Precyzyjny, szukający faktów, nie lejący wody. Cieszę się, że kiedyś mogłem go ściągnąć na Św. Krzyż i wozić Fiatem Uno wraz z małżonką, pomiędzy Górami Świętokrzyskimi a Studzianną, gdzie miał również konferencję dla przewodniczek. Potem przedrukowywaliśmy go w Przestrzeni, teraz mu kibicujemy.

A w pierwszym numerze, jest dobrze, nie ma rozczarowania, lecz porcja solidnych tekstów. Otwierający wywiad z Malejonkiem, wywiad z Alainem Besanconem o tym, czym jest islam, a potem blok tekstów o tym jak wychowuje się na świecie elity, na czołowych uczelniach w USA, ale i rzut oka na naszą historię. Ciekawy tekst o Springsteenie, o fenomenie polskiej husarii i katolickim Archiwum X pod Insbruckiem a wymieniam tylko niektóre artykuły. Mam przeczucie, że warto zaprzyjaźnić się z nowym miesięcznikiem Fronda. Miłej lektury!

A na koniec pytanie: zostać przy tym formacie „dynamicznym” bloga czy wrócić do starego?

piątek, 28 marca 2014

Kamienie na szaniec 2014


W końcu obejrzałem te nowe “Kamienie na szaniec”. I co? Myślałem, że będzie gorzej, oglądało się dobrze, nawet bardzo dobrze. Pełna życia młodzież, podobali mi się dwaj odtwórcy głównych ról, nowe niezgrane twarze młodych aktorów. Ich bohaterowie mają w tym filmie mocne osobowości, energiczne, pełne entuzjazmu, młodzieńczej werwy. Atmosfera tamtego mrocznego czasu oddana przekonująco, ulice tętniące życiem, chociaż ponure jak to za okupacji, gazowanie kin, riksze, długie płaszcze i szybkie spojrzenia. Piękne wnętrza inteligenckich domów, pełnych książek, gustownych mebli i dodatków, ryciny i niebanalne obrazy na ścianach. Przebłysk tej dawnej Polski, którą zamordowano. I Niemcy, jak zawsze porządni i punktualni, katujący więźniów przepisowo w godzinach pracy do siedemnastej. Sceny rozstrzeliwań ulicznych, prawdziwa groza, która została oddana o wiele lepiej niż np. w „Czasie honoru”, gdzie SS-Obersturmbannführer Rainer przy gestapowcach przesłuchujących Rudego to postać niemal groteskowa. Może dlatego, że grający go Piotr Adamczyk ma jednak ogromny potencjał komediowy. Sceny przesłuchań są w tym filmie dramatyczne i poruszające, widzimy autentyczne bestialstwo w białych rękawiczkach. Elegancki oficer zajadający czekoladki od Wedla i wymuskaną dłonią unoszący filiżankę z herbatą do ust, które recytowały może nawet kiedyś poezję Goethego, by za chwilę powrócić do katowania więźnia, ale tak aby podczas bicia nie pobrudzić sobie butów. Traktowali Polaków jak zwierzęta, albo i gorzej. Za te sceny Glińskiemu należy się uznanie. Kadr z martwym już ciałem Rudego na stole w Szpitalu Wolskim przypomina obraz Andrei Mantegny „Opłakiwanie zmarłego Chrystusa”. Przynajmniej mnie to przyszło na myśl, nie wiem czy było to świadome nawiązanie przez twórców filmu. Jeśli tak, tym lepiej, bo te sceny niosą wielki ładunek.

Ta prawda detali jest jakoś warta docenienia, film jest zrobiony fachowo, warsztatowo poprawnie. Każdy ułamek prawdy o świecie, który bezpowrotnie odszedł w przeszłość, no, nie odszedł sam, został zakatrupiony, a na wszelki wypadek jego serce przebite osinowym kołkiem a trumna zabita grubymi gwoźdźmi i zalana cementem, więc każdy taki okruch, skrawek, ukruszony kamyk godzien jest podniesienia i przyjrzenia się mu a może i wydania z siebie spontanicznego „wow”: to tak było naprawdę?, Warszawa była tak piękna?, ci ludzie mieli taką klasę?, o mój Boże!

Jednak problem z tym filmem jest niestety jeden. To nie są „Kamienie na szaniec” to jest film na motywach „Kamieni na szaniec”. Jest jakiś Rudy, jest Zośka, ale nie jesteśmy pewni czy to Jan Bytnar, czy to Tadeusz Zawadzki, których pamiętamy z lektury czy opowieści ludzi, którzy ich znali. Ci w filmie mają niektóre cechy tamtych prawdziwych ale nie wszystkie, mają za to inne, których tamci chyba nie mieli. Reżyser postanowił bowiem bohaterów trochę poprawić, chyba wydali mu się nieznośni w swej domniemanej nieskazitelności, niby smarkacze a tacy dojrzali, niby młodzi a tacy odpowiedzialni. I cała ta historia spisana przez Kamińskiego... Jakby wymyślona, przesadzona chyba. Czy tak mogło być? - Już na pewno nie uwierzę, że chłopaki nie robili tego, co teraz młodzież podobno robi, jak informuje mnie MTV – pomyślał pewnie Gliński. Jak pomyślał, tak uczynił. Pomajstrował, pogłówkował i wyszło mu, że Rudy trochę bardziej na piedestale bo przecież cierpi i umiera zakatowany, no to niech tylko piersią dziewczęcą się pobawi troszeczkę, a Zośka wyższy, główny bohater, i na końcu dopiero ginie, no to wrzućmy mu całą gołą dziewczynę do łóżka. Ma prawo chyba chłopak się pocieszyć po śmierci przyjaciela, a dziewczyna niczego sobie.

Przepraszam, że kpię, nie wypada nawet, nie jest to na miejscu w żadnym wypadku. To są postaci historyczne! Zaraz nasuwa się jednak pytanie: a czy wypadało im wrzucać gołe dziewczyny do łóżka? Wciąż słyszymy w różnych recenzjach mądrych podobno ludzi, że w całej tej kulturze, literaturze i filmie chodzi tylko o to, „aby opowiedzieć historię, dobrą historię”. I to wszystko. To dlaczego pan reżyser Gliński nie chciał nam po prostu opowiedzieć tej historii? I to jakiej historii? Kultowej, znanej we wszystkich pokoleniach, budującej, nie zmyślonej ale napisanej przez życie, tak czy inaczej zapewniającej znakomitą frekwencję na seansach. Czy o to chodziło? No powiedzcie sami, bo ja naprawdę nie wiem. Jak sam mówi, chciał aby bohaterowie wydali się bliżsi współczesnej młodzieży. Ale po co? Aby ich naśladowali? Ale w czym? Bo z filmu wynika, że tylko w pięknej śmierci. Naprawdę nie wiem, w czym jeszcze. W zachowaniu bardziej adekwatnym do nastolatków a nie dwudziestodwuletnich młodych mężczyzn? Bo oni tu zachowują się jak banda wyrostków bawiących się w wojnę. A może w drżączce aby cokolwiek robić, jak najszybciej, jak najbardziej ryzykownie? Bo w filmie widzimy, że są jacyś nadpobudliwi, pyskują do rodziców, stawiają się. Dyskusja Zośki z ojcem-Globiszem to jakieś kompletne kuriozum. A może w nieumiejętnym posługiwaniu się bronią? Albo w sztubackim, głupawym narażaniu rodziny w związku z przynoszeniem chyba dla zabawy broni czy radia i prezentowaniem ich podczas rodzinnej kolacji? Naprawdę nie wiem, bo o tym, że „żyli pięknie” trudno podczas filmu się przekonać. To, że mieli towarzystwo, że lubili się, że parskali śmiechem jak młode byczki, to fajnie. Ale to wszystko? To ma zachwycić współczesną młodzież?

Widać, że autorzy filmu mają jakieś swoje mniemanie o młodych ludziach, chyba na podstawie obserwacji jak włóczą się po lekcjach w galerii handlowej a może jak imprezują na reklamach piwa, nie wiem. Jest ono jednakże dosyć infantylne. I na siłę bawią się w dydaktyków, chcą nam coś przekazać, ja nie wiem co, może jak mówi hasło na plakacie „przyjaźń, młodość, wolność”. Że warto się przyjaźnić, że warto być młodym i wolnym. Jeśli tylko tyle, to ten przekaz nie jest zbyt ambitny. Przyjaźń, owszem w filmie jest i to pokazana całkiem sympatycznie i dramatycznie, i jest walka o przyjaciela, i te sceny z Zośką organizującym akcję odbicia więźniów są naprawdę dobre, poruszające. Młodość oczywiście jest wartością, trochę niezależną od nas, szybko przemijającą, niektórzy o tym chyba zapominają i robią z siebie pośmiewisko. Ale wolność? Może po prostu dobrze się sprzedaje i dlatego na plakacie? Ja widzę tam więcej wartości oczywiście, choć reżyser o nich nie wspomina w wywiadach, więc nie wiem czy chciał je uwypuklić czy tylko nie udało się ich pominąć, bo są przecież nierozerwalnie związane z tą historią pięknego życia i pięknej śmierci. Ja widzę lojalność, wierność danemu słowu, niezgodę na zakłamanie, chęć podtrzymania na duchu innych, odwagę, odpowiedzialność za społeczeństwo, męstwo do granic wytrzymałości ludzkiej, panowanie ducha nad ciałem i to wcale nie koniec listy. Czy to chcieli nam powiedzieć autorzy filmu czy tylko tak wyszło przy okazji bo nie dało się całkiem tej historii „poprawić”? Nie jestem w stanie tego ocenić. Natomiast jest mi ogromnie szkoda, że kolejny twórca nie ma w sobie pokory wobec dzieła, wobec historii, prawdziwych ludzi, wobec odbiorców w końcu. Że wie lepiej, że nas poucza i stara się coś wykazać zamiast opowiadać. Czy w każdym filmie teraz trzeba nas przekonywać, że można było być szlachetnym, panować nad sobą wobec zagrożenia życia a nie można było zapanować nad swoimi rękami, gdy się jest sam na sam z dziewczyną. Co jest jeszcze smutne w tym wszystkim, że my tu sobie pogadamy na blogach a gimbaza i tak zaliczy to w kinie i w głowie jej się utrwali – „możesz zostać bohaterem gdy będziesz chciał zginąć na barykadzie, nieważne jak żyjesz i co robisz z koleżankami z klasy”. Innymi słowy, możesz żyć brzydko ale umierać pięknie.

Prawda zaś jest taka, że na barykady idą zawsze ci najszlachetniejsi i tam giną, a tchórze i cwaniacy siedzą cicho w piwnicy i piją bimber, a gdy wszystko już ucichnie i zagrożenie minie, wypełzają na zewnątrz i zajmują miejsca tych, których pamięci nawet nie ma kto bronić. I tak w każdym pokoleniu, od stuleci aż po dzień dzisiejszy.

czwartek, 2 stycznia 2014

Wuj to nie wszystko


Mieliśmy pociągnąć dalej refleksję o wujach w okresie świątecznym, ale nie dało rady, jak święta, to święta. Spróbujmy więc może w klimacie noworocznym. Wiecie, wuj wujem, ale opowiadać dzieciom muszą przede wszystkim rodzice.

Zdarzyło się tak, że zaraz po opublikowaniu postu o roli wuja oglądaliśmy z dziećmi film „Opowieści na dobranoc” czy jakoś podobnie zatytułowany. Nie będę go tu reklamował, bo jak pisałem, próbuję polecać rzeczy bardzo dobre, wychodząc z założenia, że nawet na dobre ludzie tu zaglądający mogą nie mieć czasu. Ta produkcja, powiedzmy, że była po prostu znośna. Tytułowymi opowieściami na dobranoc raczy syna i córkę swojej siostry wujek grany przez Adama Sandlera (a w polskim dubbingu przez jak zwykle zabawnego Piotra Adamczyka). Te historie są trochę związane z kłopotami wujka, ale dość radykalnie poprawiane w trakcie opowiadania przez dwoje siostrzeńców. Nie poświęciłbym zdania na ten film, gdyby tak dobrze, w sposób zupełnie nie zaplanowany i zaskakujący dla mnie samego nie wpisał się w tekst o roli wujów, ciotek, babć i innych przyjaciół rodziny. Powtórzmy na wszelki wypadek - wuj to postać niezbędna w wychowaniu.

Teraz zwracam się do, mam cichą nadzieję, czytających to studentów, czy (no w to, to już trzymajcie mnie, chyba nie uwierzę) licealistów. Ja dużo czasu poświęcam tu różnym refleksjom związanym z wychowaniem dzieci. Cóż, „karmię was tym, czym sam żyję”, a przecież jako ojca piątki pociech na co dzień żywo mnie to interesuje. Chcę Wam jednak powiedzieć, żebyście byli uważni, bo to jest dla Was również jak znalazł. Weźmy na przykład tego maglowanego tu przez chwilę wuja. Przecież to jest o Was. Wujek-student, który wpada do domu starszej obdarzonej potomstwem już siostry, by za darmo (nie oszukujmy się) dobrze podjeść, ale który przy tej okazji przeturla się z najmłodszymi po dywanie czy też zaprezentuje im najnowszą wersję podrzucania ich pod sam sufit - to jest bożyszcze młodzieży w każdym wieku. Pamiętam pojawiającego się u nas sporadycznie Remika licealistę a potem studenta (teraz już szczęśliwego ojca) i jego zaraźliwy, rześki śmiech już od progu i wykrzykiwanie jakichś haseł-powitań typu „mała korbołaza” czy jakoś podobnie, przybijanie piątek, żółwików i ogólny tumult. Do dziś nie wiem, co ta „korbołaza” miała znaczyć i skąd się to wzięło. Macie jednak jak w banku, że gdy dziewczyna będzie chciała was przetestować czy nadajecie się do małżeństwa, to zaciągnie was do jakiejś swojej rodziny czy starszej koleżanki z niemowlakiem, by bacznie obserwować, jak nawiązujecie kontakt z tym brzdącem. Oczywiście można się tłumaczyć, że tarzać to się będziecie, ale nie z jakąś obcą latoroślą tylko ze swoim synem, ale na pewno lżej na sercu tej dziewczynie młodej, drżącej o swoją przyszłość, będzie zobaczyć kandydata na męża nawiązującego szybki kontakt empatyczny z całkiem obcymi dziećmi niż widzieć wycofanego, ziejącego niechęcią i obojętnością do ludzi i świata mruka.

No, dobrze. Wuj wujem ale i tak wiadomo, że najważniejsi są rodzice. Także w opowieściach, także na dobranoc. Jest tu mnóstwo historii i anegdot, na przykład moja najmłodsza córka toleruje tylko jeden rodzaj opowieści na dobranoc: o księżniczkach. Choćbyś nie wiadomo jak ciekawe fabuły był w stanie rozsnuć przed dziecięcą wyobraźnią, jeśli dosyć szybko nie pojawi tam się jakaś nieszczęśliwa lub całkiem pogodna księżniczka, mieszkająca koniecznie w zamku, nawet jeśli rzecz dzieje się współcześnie, to pakuj manatki bracie i wskakuj do fosy, gdzie bez zwłoki zjedzą cię krokodyle.

Pytanie jakiego gatunku krokodyle, bo jest ich aż cztery rodzaje. Tego właśnie dowiedział się mój przyjaciel podczas gry planszowej ze swoimi dziećmi w te Święta. U nas hitem tego sezonu stała się gra „Wsiąść do pociągu”, całkiem sprawnie przesłana mi przez sklep Rebel.pl prosto pod choinkę. Doskonała jest też IPN-owska „Kolejka”.

Dlaczego opowieści na dobranoc (inny mój znajomy, bardzo zajęty człowiek pracujący nie bojący się wyzwań i w ciągłej podróży służbowej, opowiada bajki córce co dzień, jeśli trzeba to i przez telefon) i gry planszowe, nawet jeśli „zachwytu w nas nie wzbudzają”, są godne polecenia a właściwie winny być pozycją obowiązkową w grafiku zajęć rodzinnych? Już tłumaczę. Bo sprzyjają budowaniu R E L A C J I!

A  bez   R E L A C J I   nie ma nic. Nie ma zaufania, nie ma wychowania. Teraz bardzo modne jest hasło „biznes to relacje”, że w biznesie bez relacji nie da rady, są różne konferencje, książki na ten temat. Rozumiecie: w biznesie, gdzie jest przecież obiektywny interes, gdzie liczy się jakość towaru, usługi, gdzie często rozstrzyga cena. I mimo to tak duży nacisk jest kładziony na to, z kim współpracujemy, na czynnik ludzki. To co mówić o rodzinie, o małżeństwie, o przyjaźni. Warto zadać sobie pytanie czy zajęcia, nasz sposób spędzania czasu razem wspiera budowanie RELACJI między nami czy też nie? A może można by lepiej tę RELACJĘ budować? Rozmawianie, patrzenie sobie w oczy, spacer, kontakt, bliskość pomaga. Gapienie się razem na witryny sklepowe, wśród huku muzyki chyba mniej. Wg ostatnich badań na Mazowszu rodzice nie przytulają prawie 70 procent uczniów podstawówek, a ponad połowie dzieci rodzice nie czytali bajek.

Tu jest link do kampanii Fundacji Mamy i Taty, która jest właśnie o tym www.rozmowatowychowanie.pl.

I to jest podstawa, także w budowaniu RELACJI z kimś, z kim chcę się być może związać na całe życie (widzicie, znowu mamy temat uniwersalny dla wszystkich pokoleń). Trzeba gadać, gadać i gadać. I mieć o czym!

I z tym dzisiaj w klimacie noworocznym Was pozostawiam. Życzę Wam budowania dobrych RELACJI w 2014 roku!
 

sobota, 28 grudnia 2013

Mój mąż nie jest może idealny, ale przynajmniej mi się oświadczył a właściwie dlaczego najłatwiej wychowywać swoje dzieci


Wiecie, że staram się polecać na tym blogu jedynie rzeczy bardzo dobre. Jasne, zawsze to kwestia gustu, jednak niewątpliwie nie znajduję czasu na odstręczanie od rzeczy słabych czy dzielenie się tymi, które okazały się nie dość dobre albo miały swoje mankamenty (zresztą takich unikam).

Jednym z takich filmów, które mają swoje mankamenty i dotąd nie znalazły się tutaj, choć obejrzałem go już chyba 2-3 lata temu jest film, który telewizja polska emituje dzisiaj o godz. 20.20.

„Tak to się robi teraz” (głupie i stronnicze tłumaczenie, po angielsku tytuł to „switch” - zamiana i taki byłby zdecydowanie lepszy)

A zatem ostrzegam, żeby ktoś nie zgłaszał do mnie reklamacji, możecie go obejrzeć na własne ryzyko. Ta komedia z Jennifer Aniston i Jasonem Batemanem w rolach głównych jest bardzo nierówna. Singielka (Jennifer) czuje się samotnie i postanawia sobie „zafundować” dziecko. To adekwatne określenie. Wybiera bowiem dawcę nasienia (rosłego osiłka) i poddaje się sztucznej inseminacji. Niestety w wyniku pewnych zawirowań (tak to ujmijmy), biologicznym ojcem dziecka zostaje jej długoletni adorator, fajtłapowaty Wally. Nikt nie wie, że zaszła taka zmiana. Tak, to nie powinno być wcale śmieszne, jest więcej niż niesmaczne, jest drwiną z życia ludzkiego, zabawą, krotochwilą. Niestety autorzy filmu chcą, aby nas to śmieszyło, a to powinno wywoływać grymas niezgody.

Jeśli jednak przebrniemy przez początek, potem jest lepiej i dlatego zwracam uwagę na ten film. Niestety tak ostatnio jest, że ludzie, jeśli czegoś nie widzą w filmach czy serialach to to nie istnieje. Co z tego, że polski ruch oporu był kilkadziesiąt razy silniejszy niż rachityczny francuski, z filmów europejskich to nie wynika, przeciętny Europejczyk uważa, że było na odwrót. Przykłady można mnożyć. Tym bardziej w świetle ostatnich dyskusji o in vitro, teoriach gender itp. druga część filmu daje do myślenia.

Co mianowicie tam dalej się dzieje? Po kilku latach fajtłapa Wally spotyka swoją miłość z sześcioletnim synkiem, i ze spotkania na spotkanie coraz bardziej odnajduje w nim swoje cechy, zachowania czy fobie. Okazuje się być jedyną osobą, która rozumie małego chłopca, który nie jest typem sportowca, ale jak ojciec inteligentnym nadwrażliwcem. Niestety o chłopcu przypomina sobie również osiłek, który jest przekonany, że jest biologicznym ojcem dziecka. Wkracza do akcji, chce poślubić Aniston i zaczyna wychowywać domniemanego syna na swój obraz i podobieństwo. Każe mu wspinać się po ściankach skałkowych, tak jak sam uwielbiał w dzieciństwie, czego mały nie cierpi. Zaczyna się walka o szczęście dziecka, obfitująca w sytuacje melodramatyczne. I tu ten film zaczyna być po prostu niezły.

Widzimy na własne oczy, że jest coś takiego, o czym wszyscy biolodzy i genetycy wiedzą od lat (a za mało o tym mówią w mediach) – geny! Geny, które przenoszą cechy nie tylko płciowe, ale i typ charakteru, skłonności, zdolności i mnóstwo innych cech, z powodu których babcie i ciotki mają zawsze co robić na spotkaniach rodzinnych, omawiając które z dzieci jest do którego z rodziców czy nawet dziadków podobne, „a ten się wrodził w wuja Stefana”, etc. Własne dzieci kochać przez to najłatwiej, rodzice są tymi, którzy najlepiej powinni rozumieć swoje dzieci. Oczywiście, nie zawsze syn choleryka jest cholerykiem i to dla rodzica jest wyzwanie, aby starać się rozumieć swoje dziecko nie intuicyjnie, ale wkładać w to więcej wysiłku, również intelektualnego. Tu kłania się cała nauka o typach osobowości, co jest tematem fascynującym i zaniedbanym w wychowaniu, ale nie na dzisiaj. Tym bardziej szacunek i cześć dla małżonków decydujących się na adopcję! To jeszcze większa miłość, nie zawsze łatwa, to wielki dar i większa zasługa. Ludzie, chwała Wam za to!

A wracając do Wally’ego i Aniston, widzów krew zalewa, gdy patrzą jak facetowi brak wciąż odwagi, by wziąć się w garść, poważnie zawalczyć o kobietę swego życia i wreszcie wyznać jej miłość. Po seansie niejedna żona pomyśli: „uff, mój mąż nie jest może idealny, ale przynajmniej mi się oświadczył”.

Dlatego film jest do obejrzenia przez dorosłych, męża z żoną najlepiej, ale zdecydowanie bez dzieci.

piątek, 28 czerwca 2013

Nauczyciel-Mistrz


Rok szkolny kończy się, najwyższy czas na obiecany post o nauczycielach. To jeden z najważniejszych i najpiękniejszych zawodów, a w Polsce jeden z najbardziej zdeprecjonowanych i niedocenionych. Nauczyciel, nie dość, że mu mało płacą, to musi trudzić się z nieswoimi dziećmi, które są często rozkrzyczane a on nawet nie może ich wyrzucić za drzwi, by nie podniosło się larum rodziców. „Obyś cudze dzieci uczył” – mawiano. Nie zazdroszczę, ciężki chleb. Tym bardziej winniśmy wdzięczność dobrym nauczycielom, naszym nauczycielom i nauczycielom naszych dzieci! Drodzy nauczyciele, dziś mówimy Wam wielkie dziękujemy!
Ja wspominam wielu swoich z rozrzewnieniem. Pani Tukalska od polskiego w podstawówce na zawsze wbiła nam w głowy, że najpierw jest imię a potem nazwisko. Do dziś drażni mnie jak jakiś naganiacz nagrywa mi się na komórkę „Tu Andrzejkowski Jan”. Z kolei dzięki profesorowi Wasilewskiemu z liceum przeczytałem dokładnie wszystkie lektury z wyjątkiem „Miłosierdzia gminy” Konopnickiej (bo byłem wtedy chory). Pani Poleszczuk agitowała za moją kandydaturą na prezydenta szkoły, a wielu innym zależało po prostu na tym, aby coś tam zostało w tych pustych głowach.
Nie wszyscy nauczyciele wiedzą, jak potężną rolę mogą odegrać. Relacja mistrz – uczeń to jedno z najbardziej fascynujących doświadczeń. Mistrzowi powinno zależeć na uczniu, widzi w nim potencjał, diament, który należy oszlifować; powinien chcieć wykrzesać ukryte możliwości, zainspirować i tchnąć entuzjazm w zdobywanie wiedzy i pokonywanie samego siebie. Uczeń, który rozumie i czuje, że odnosi sukcesy, pokonując samego siebie, swoje lenistwo, ociężałość i wygodnictwo, idzie do przodu i zadziwia sam siebie i ludzi wokół. Mistrzowi zależy na uczniu, ekscytuje się jego sukcesami jak własnymi. Mistrz miewa słabość do swoich najlepszych uczniów, jest im w stanie wiele wybaczyć w zamian za to, że nie odzierają go z resztki złudzeń, że to co robi ma sens, że nie jest rzucaniem grochu o ścianę. Aby chcieć wysilać się w swojej pracy, trzeba widzieć chociaż jedne oczy słuchające ze zrozumieniem lub co najmniej życzliwością.
Problemem naszych szkół jest jednak jeszcze coś innego. To, o czym pisał Mickiewicz (tak, ten sam, co do którego uparłem się, że ma się kurzyć do wakacji na szafce nocnej). „Nie uczy się ludzi, jak być ludźmi, a uczy się ich wszystkiego innego; im zaś nigdy tyle nie zależy na reszcie, co na tym, aby być ludźmi. Zależy im wyłącznie na umiejętności jedynej rzeczy, której się nie uczą”. „Jak żyć?” – jedno z najważniejszych pytań, zaraz po pytaniu: „Po co żyć?” Tak, tak, wszyscy szukają sensu, a nawet, nie bójmy się tego słowa - mądrości. Nauczyć fachu, przekazać wiedzę – ważna sprawa, udostępniać mądrość – jeszcze ważniejsza.
Miałem i mam wielu mistrzów w różnych dziedzinach. Wielu w pracy, od których uczyłem się jak uprawiać zawód. Cały czas się uczę. Wspomnę tu o jeszcze kilku innych. Maurice Ollier – mentor, uczył nas czym są a czym nie są Skauci Europy. Pamiętam jak jednego razu podczas Eurojamu w Viterbo zapytał, czy nie chcielibyśmy zobaczyć jak wychowują się kobiety z charakterem. Poderwaliśmy się na równe nogi, by skorzystać z tego uśmiechu losu i zobaczyć obóz francuskich przewodniczek. A potem napięcie tylko rosło. Licznym rozmowom z Maurice’m dużo zawdzięczamy.
Rafael Pich – wykładowca MBA w IESE i twórca kursów dla rodziców w Akademii Familijnej. Piętnował „babiloński styl nauczania”, przekonany, że najwięcej rodzicom pomogą inni rodzice dzieląc się swoim doświadczeniem, a nie facet z doktoratem oderwany od biurka.
Na temat innowacyjności słuchałem absolutnie genialnych prezentacji, przewietrzających czaszkę, poszerzających horyzonty. Jednak największą lekcją, jaką w tym względzie kiedykolwiek otrzymałem była rozwinięta na zaskakujących przykładach przez śp. Mecenasa dewiza działania „bez konserwatywnej trwogi”.
Mógłbym jeszcze długo, ale nie będę tu się więcej rozwodził i udawał, że zajmuję się na co dzień podobnymi rozmyślaniami a nie czytaniem przepisów i pisaniem umów. Zakończmy reklamą dwóch filmów, które polecić można nie tylko nauczycielom ale i wszystkim kandydatom na „mistrzów” (np. akelom, drużynowym, i wszystkim wychowawcom na letnich obozach).
 
Pierwszy to „Człowiek bez twarzy” z Melem Gibsonem jako oszpeconym w wypadku nauczycielem, który pomaga dwunastolatkowi w zdaniu egzaminu.
Drugi to „Klub imperatora” z Kevinem Kline’m grającym nauczyciela, który chce uczniom przekazać nie tylko wiedzę ale i zasady. Film bez taniego happy endu.

środa, 10 kwietnia 2013

Cristiada

Cristiada

Obejrzałem film “Cristiada” i mogę powiedzieć: znakomity, wstrząsający, wzruszający, doskonały i wiele więcej. Dawno nie widziałem czegoś równie mocnego! To wielkie widowisko filmowe, które wgniata w fotel.

Warsztatowo jest bardzo dobrze zrobiony, wspaniała pierwszorzędnie dobrana obsada na czele z genialnym Andy Garcia, świetnie zagrany, poprowadzony reżysersko, nie ma mielizn scenariusza. Nie wierzcie różnym pismakom, którzy narzekają na reżysera, „nierówność” scen, że nie wiadomo, jaki to gatunek itp. bzdury. Zarzuty są tak miałkie, że szkoda to cytować, to szukanie dziury w całym, próba znalezienia mankamentów (których nie ma) byle tylko jak najmniej ludzi go obejrzało. (W tym kontekście dziwi mnie bardzo chłodna recenzja na portalu wnas.pl, co jest zastanawiające, ale mniejsza o to). Bardzo trafnie dzieli się swoimi wrażeniami Tomasz Terlikowski, którego tekst załączam, aby się nie powtarzać. Świetna recenzja również Edwarda Kabiesza w Gościu.

Film zarobił sporo pieniędzy w Meksyku i nie ma powodu, dla którego nie zarobiłby w Polsce. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłem, że jest grany tylko w dwóch małych kinach w Warszawie. Premiera i nie ma jej w Cinema City, Multikinie. Co jest grane?

Postanowiłem sprawdzić u źródła, skontaktowałem się z dystrybutorem. Co się dowiedziałem? Po pierwsze, żaden z dużych dystrybutorów nie był zainteresowany dystrybucją „Cristiady” w Polsce. Dlaczego? Nie wiem. Ale zapytajcie tych dystrybutorów.

Gdy już znalazł się mały dystrybutor, który robi to, bo szkoda mu, aby takiego filmu nie poznali polscy widzowie, ale nie ma kasy na promocję, odpowiednich zasobów, itd., okazało się, że dwie największe sieci kinowe czyli ani Cinema City ani Multikino nie są zainteresowane tym filmem. Dlaczego? Nie wiem. Ale zapytajcie ich.

Ponadto, akurat teraz na wszystkich forach internetowych ktoś wkleja linki do bezpłatnej kopii, której nie sposób zablokować, bo jest umieszczona na serwerze w Somalii. A w kinach film wyświetlany jest tylko przez 2 tygodnie.

Dlaczego krwawe prześladowanie katolików prawie sto lat temu przez wolnomyślicielski reżim (nie komunistyczny tym razem) ma być tematem tabu? Czy wiecie, że prześladowanie Kościoła w Meksyku nie skończyło się wraz z końcem powstania Cristeros ale trwało do końca XX w.? Papież Jan Paweł II za to, że pojawił się w sutannie podczas wizyty w Meksyku w 79 r. został obłożony karą pieniężną. Barbarzyństwo zwycięża, gdy dobrzy ludzie nic nie robią, nie dają mu odporu. „Zło dobrem zwyciężaj” nie jest wezwaniem do nicnierobienia. Przeciwnie.

Kochani,

Nie przegapcie okazji do wielkich przeżyć i wzruszeń. Ruszajcie do kin dziś, jutro, pojutrze, aby zobaczyć „Cristiadę” na dużym ekranie i poczuć tą solidarność z innymi wgniecionymi w fotele widzami. Nie oglądajcie wersji pirackich w Internecie. Zachęcajcie rodziny, znajomych i przyjaciół. Idźcie razem! Ruszajcie do kin! Jak zachęca Andy Garcia to nie jest film dla katolików to po prostu film wart zobaczenia przez każdego, kto lubi kino.

Prawda jest taka, że film jest za dobry i nie można go zmiażdżyć „zarzutami warsztatowymi”. Trzeba go więc zablokować zakulisowymi gierkami. Nie pozwólmy na to! Viva Christo Rey!

niedziela, 7 kwietnia 2013

Mężu obejrzyj z żoną film a nawet dwa

Zima nie chce nas opuścić, panoszą się anginy, grypy i zwykłe przeziębienia. Wśród ludzi narasta frustracja, podenerwowanie, zmęczenie a nawet pojawiają się nastroje depresyjne. Na ekranach od wczoraj „Cristiada” i „Układ zamknięty”, więc jest na co pójść do kina (w przypadku pierwszego filmu do całego jednego kina na terenie W-wy (sic!)). Jeśli jednak wolisz spędzić wieczór w domu, nie masz lepszego pomysłu albo nie daj Boże dopadła cię jedna z ww. przypadłości, tak jak mnie, MĘŻU obejrzyj z żoną film (bez dzieci), który może przypadnie jej do gustu. Oto dwie propozycje:
 
Malowany welon
 

Film z 2006 r. z Edwardem Nortonem i Naomi Watts w rolach głównych. Akcja osadzona jest w latach 20-tych XX w., najpierw w Anglii a potem w Chinach, dokąd para głównych bohaterów wyjeżdża zaraz po ślubie. Kitty (Watts) szybko zgadza się na ślub z zakochanym w niej po uszy lekarzem-bakteriologiem, nie kochając go naprawdę i do tej ważnej decyzji podchodząc frywolnie. Jest ona dość rozrywkową i powierzchowną dziewczyną, rozpieszczonym egocentrykiem szukającym przyjemności, on obowiązkowym i uporządkowanym sztywniakiem. W Szanghaju Kitty szybko nawiązuje romans z żonatym mężczyzną i robi ze swego szlachetnego męża rogacza (przykro na to patrzeć). Z drugiej strony szkoda, że lekarz wcześniej nie wykrzesał z siebie trochę mniej „czerstwych” zachowań. Gdy Walter (Norton) odkrywa bolesną prawdę, stawia ultimatum: albo odprawia ją w niesławie z rozwodem do Anglii (tak, były kiedyś takie czasy, gdy zdrada nie była jedynie powodem bycia na okładce kolorowych magazynów) albo ona jedzie z nim w dziką chińską dżunglę do wioski, gdzie panuje epidemia cholery. To jest bardzo ciekawy moment filmu, Walter dokonuje rozpaczliwej decyzji (on może zginąć, ona ma wybór może wracać i jedynie „najeść się wstydu” albo jechać z nim). Lekarz jest ofiarą, ale zachowuje się z godnością, honorowo i podejmuje bezkompromisową, twardą decyzję. Przypominam sobie opowieść, którą opowiadał na jednym z otwartych spotkań Szymon Hołownia, jak to Matka Angelika (założycielka EWTN) w swoim talk-show doradzała zdradzonej kobiecie, do której mąż chciał się wprowadzić z kochanką, aby zrzuciła jego rzeczy ze schodów, wystawiła walizki i zatrzasnęła drzwi. Tak, Walter ma głowę na karku, chociaż wydaje się bezlitosny. Niewątpliwie miłosierny to on wtedy nie jest, ale widzimy, że taki radykalny, ryzykowny ruch jest szansą, być może jedyną na ocalenie tej miłości. Poza wszystkim Norton gra po prostu znakomicie.

Skazani na siebie w podróży i potem w dalekiej wiosce, mogą lepiej się poznać. W Kitty dokonuje się przemiana, dojrzewa jako człowiek również pod wpływem obcowania z cierpieniem i poświęceniem innych (to jest pięknie ukazane, i tak to jest, stajemy się lepsi gdy obcujemy z lepszymi od siebie, bardziej oddanymi i szlachetnymi ludźmi, i odwrotnie niestety). Nie łatwo jest wybaczyć zdradę i nie ma tu drogi na skróty. Obserwując Waltera-Nortona widzimy też etos Europejczyka niosącego cywilizację innym ludom, prawdę wypieraną i postponowaną przez polityczną poprawność. Świetny jest wątek budowania wodociągu. W końcu ich miłość nie tyle odżywa, co rodzi się na serio. Poskąpię szczegółów, ale te fragmenty filmu nie są cukierkowate, lecz przeciwnie tchną autentyzmem, uwodzą realizmem (np. scena gdy Walter w mgnieniu oka widzi Kitty zaabsorbowaną pomocą dzieciom – czy życie ludzi nie zmienia się czasami przez jedno spojrzenie?). Autorzy filmu oszczędzili nam taniego happy endu, spróbowali za to wzruszyć. Film kończy się jednak optymistycznie. (Na marginesie, lepiej i bardziej spójnie niż książka, która jest kanwą filmu). Na koniec nie sposób zapomnieć i niezwykłych krajobrazach Chin, pięknych zdjęciach i doskonale wpisującej się w nastrój filmu muzyce.


Tygrys i śnieg
Kolejny, wydający się zwariowanym film Roberto Benigniego. Tym razem jest on poetą na zabój zakochanym w Vittorri (Nicolette Braschi, tak ta sama, z którą grał w „Życie jest piękne” a która prywatnie jest jego żoną). Vittoria niestety pozostaje nieczuła na coraz bardziej rozpaczliwe próby zwrócenia na siebie uwagi przez ekscentrycznego adoratora. W końcu podąża on za swoją muzą aż do Iraku, który pogrążony jest w wojnie.

Wygłupy Roberto w pewnym momencie mogą irytować i zastanawiamy się, o co w tym wszystkim chodzi. Czy to ma być śmieszne? Ale cierpliwości, pamiętajmy, że to również dramat. Czy już zapomnieliśmy, jak Roberto nas wzruszył „Życiem”. I tu się nie zawiedziemy, tylko dotrwajmy do końca. Nic więcej nie powiem, by nie odbierać wam tej przyjemności.

środa, 27 lutego 2013

2 filmy ostatnio

Nie mam czasu na więcej niż krótka sucha reklama dwóch filmów ostatnio. Pierwszy z żoną: Nędznicy.


Niestety nie widziałem musicalu, ale to jest musical w filmie, każde słowo jest śpiewane (nawet przez Russella Crowe'a, choć on śpiewa też podobno w swoim zespole). I wątki chrześcijańskie są podobno bardziej uwypuklone, choć co to znaczy właściwie. To jest główna oś książki, więc jak można by ich nie uwypuklić. Powieść czytałem z grupą przyjaciół w ósmej klasie podstawówki, czyli dzis druga gimnazjum. Zrobiła na nas wtedy, jak pamiętam, niemałe wrażenie. Szukaliśmy lektur, które mogłyby nas poruszyć, pozwolić coś odkryć. Wracając do filmu: dobrze zagrany (zaśpiewany), świetne sceny, muzyka, świetnie pokazani młodzi rewolucjoniści (Hugo był i za rewolucją i przeciw w zależności od wiejących wiatrów dziejowych, kochał lud podobno, choć Paul Johnson, jak pamiętam, w swojej książce o geniuszach, naśmiewał się z niego, że była to fanfaronada). Hugh Jackman świetny jako Jean Valjean, niesamowita otwierająca scena z galer a potem u biskupa. Crowe też przekonujący, szkoda że nie schudł do roli. Jest tu i nawrócenie, i przebaczenie, miłość, pozorna bezradność uczciwego wobec podłości ludzi małych, jest i miłość ojca, i zrozumienie, że trzeba się wycofać. Mnie się podobało, a wam?

Drugi z dziećmi. I tu nieoczekiwanie miłe zaskoczenie, na co nie wskazywał tytuł filmu (ale jako przezorny rodzic wcześniej zerknąłem na strony CNS i IMDb i już wiedziałem, że tragedii nie będzie). Ralph Demolka okazał się sympatyczną animacją, opartą na ciekawym pomyśle. Negatywny bohater jednej z gier komputerowych ma dość tego, że jego zadaniem jest tylko niszczyć i nikt go nie lubi. Postanawia zagrać va banque i zasłużyć na uznanie zdobywając medal w innej grze. Świetny dubbing Lubaszenki, dużo śmiesznych, inteligentnych dialogów (tym razem jakoś nie za bardzo podkręconych pod zerotyzowanych dorosłych), jednak faktycznie ja bardziej się ubawiłem niż dzieci. I na koniec niebanalny morał.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Jeszcze więcej filmów rodzinnych

Co ja zrobię, że ten wpis powinien był zostać opublikowany parę miesięcy temu, gdy za oknem siąpił deszcz albo trzymał trzaskający mróz, co sprzyjało rodzinnym wieczorom filmowym. A teraz? Teraz to trzeba iść na rower, pokazać dzieciom wiosnę. Chociaż póki co wiosna nas nie rozpieszcza, więc może jednak kilka filmów tylko z pozoru dla najmłodszej widowni.




Najpierw zupełny hit. Film „Iniemamocni” wyprodukowany przez studio Pixar to jeden z moich ulubionych filmów animowanych dla całej rodziny. Niezwykle inteligentny scenariusz, doskonałe, celne, dowcipne dialogi, i pierwszorzędny polski dubbing z Piotrem Fronczewskim i Dorotą Segdą na czele. Film jest swego rodzaju pastiszem kina akcji, z łatwością odnajdziemy tu wątki z Jamesa Bonda, Mission Impossible, Supermana i innych podobnych produkcji. Tym razem jednak bohaterem nie jest singiel i jego aktualna dziewczyna ale prawdziwa rodzina, ojciec, matka i trójka dzieci.
Cała familia obdarzona jest nadzwyczajnymi zdolnościami. Ojciec dysponuje niezwykłą siłą, powstrzymuje pędzące pociągi, walące się budynki a wyrwanie ogromnego drzewa z korzeniami to dla niego pestka. Mama to Elastyna, kobieta której kończyny mogą rozciągać się na nieprawdopodobną długość. I pociechy: znikająca (niewidzialna) córka, szybki jak światło synek i najmłodsze niemowlę o jeszcze niesprecyzowanej nadzwyczajnej specjalizacji.

Oglądaliśmy ten film całą rodziną już kilka razy i zawsze dobrze się bawimy. Jak na produkt kasowy ostatnich lat przystało dzieci są zadowolone bo jest kolorowo, akcja toczy się wartko, a dorośli śmieją się częściej, bo duża część dowcipów jest właśnie dla nich. Często w tego typu filmach te dowcipy ponad głowami najmłodszych (w amerykańskich recenzjach „jokes aimed over the heads of youngsters” często „vaguely sexual”) doprowadzone są do przesady, a seksualne podteksty pod dorosłych podkręca dodatkowo dyżurny polski tłumacz dialogów, nazwiska nie podam. Jegomość sam nie ma dzieci i w żaden sposób nie dostosowuje się do ich wrażliwości (można przecież podsłuchiwać w piaskownicy albo spędzić niedzielne popołudnie z dziećmi znajomych). W jednym z wywiadów przyznał się, że w ogóle mu to nie przeszkadza tłumaczyć dialogi w filmach przeznaczonych dla dzieci, gdyż sam dobrze się przy tym bawi a to jest przecież najważniejsze. Cóż, dajmy temu na razie spokój. W „Iniemamocnych” nie ma tego rodzaju przesady, dialogi są miejscami mięsiste jak to w filmach akcji ale nie przekraczają granicy przyzwoitości i dobrego smaku.

Kilka słów o fabule. Superbohaterowie w rodzaju supermanów różnej maści, spidermanów, Batmanów i im podobnych ratują ludzi, pociągi, wyłapują bandytów. Ale do czasu, aż niektórzy uratowani nie wytoczą im procesów sądowych. Ktoś chciał popełnić samobójstwo a superbohater wbrew jego woli go uratował, itd. Rząd USA nie ma już ochoty płacić odszkodowań, więc superbohaterowie muszą zawiesić swoje stroje w szafie, wtopić się w tłum i wieść życie zwyczajnych zjadaczy chleba. Taki los spotkał też rodzinę Imiemamocnych. Słynący z nadludzkiej siły pan Iniemamocny, zamiast zapobiegać katastrofom kolejowym i napadom na banki, codziennie udaje się do pracy jako urzędnik ubezpieczeniowy. Aż pewnego dnia zostaje zwerbowany do poważnej akcji, która odmieni jego samopoczucie ale narazi na śmiertelne niebezpieczeństwo całą rodzinę. Na szczęście w rodzinie siła i żona z dziećmi uwolni lekkomyślnego męża z opresji.

Film jest bardzo dynamiczny, śmieszny i pełen kapitalnych, autentycznych psychologicznie tekstów. Na przykład Iniemamocny mówi: „Mam już dość tego życia na niby”. Żona odpowiada: „Na niby? Ale my jesteśmy naprawdę, Twoja rodzina”. Czy to nie przypomina skowytu niejednego znużonego pracą głównego żywiciela rodziny?
Świetnie ukazane w filmie są motywy męskiej dumy, pragnień np. uznania w pracy, konieczności poczucia sensowności tego co się robi a z drugiej strony niespełnienia, narastającej frustracji i pogoni za przygodą. Na przeciwnym biegunie kobiecy pragmatyzm sprowadzający Iniemamocnego z bujania w obłokach do twardej rzeczywistości.

Mógłbym jeszcze długo, krótko podsumowując: świetna rozrywka rodzinna.

Kolejny świetny film animowany to „Odlot”. To z kolei historia staruszka, który całe życie marzył o wyprawie z żoną do Ameryki Południowej. Nie udało to się za jej życia, wdowiec postanawia więc wyruszyć, czy raczej wylecieć w podróż sam. Przez przypadek na pokład domu z balonami, robiącego za statek powietrzny, dostaje się mały skaut, który stanie się kompanem starca na dobre i złe. Starzec jest bardzo autentyczny, film niesie trochę prawdy o starości, która jest czasami zgorzkniała, pełna wspomnień i nieufności do współczesności. Widzimy jednak świetny wątek relacji między chłopcem a dziadkiem, z trudem rodzącą się sympatię, lojalność i przyjaźń. Sceny gdy bohater wspomina życie ze swoją żoną, patrzy na zdjęcia, przypomina sobie różne piękne i trudne chwile są po prostu ładne, budujące a nawet wzruszają. Zwyczajne życie z troskami, pełne małych wydarzeń i zmartwień ale i radości, przeżywane wspólnie, jest piękne. Ale to tylko klika reminiscencji. Poza tym akcja filmu toczy się wartko i uświadamiamy sobie, że oglądamy trzymający w napięciu film sensacyjny. Są i pojedynki, i nagłe zwroty akcji, groźnie szczekające gadające ludzkim głosem psy mogą przyśnić się najmłodszym widzom. Ostatecznie wszystko kończy się dobrze. „Odlot” to świetne kino familijne! Gorąco polecam.

Dla młodych widzów jeszcze jedna przyjemna animacja - „Rio”. Przyznaję zakupiłem przypadkowo, w promocji. A tu taki hit. Ulubiony film mojego najmłodszego syna a niektórymi dialogami dzieci mówiły przy stole. Na pierwszy rzut oka fabuła ryzykowna jak na film dla najmłodszych. Papuga samiec z Minnesoty jedzie do Brazylii aby połączyć się z papugą samicą i ocalić gatunek. A w Rio właśnie karnawał. Jednak produkcja jest zrobiona z wyczuciem, nie ma scen czy tekstów, których objaśnianie mogłoby być kłopotliwe. Owszem pojawia się opryszek w złotym bikini czy „kręcące tyłeczkiem” tancerki, co niektórzy rodzice mogą uznać jako krok w złym kierunku. Jednak całość broni się. Papugi zostają uwięzione przez handlarzy, potem uciekają, następnie znów są schwytane. Biedny główny bohater jako papuga-domator wychowany w klatce nie umie latać, czym utrudnia ucieczkę i przez co przeżywa osobiste rozterki. Mamy tu jednak i przyjaźń, i lojalność, i solidarność, pomaganie innym. Film jest niezwykle kolorowy, wypełniony motywami muzycznymi opartymi na brazylijskiej sambie. Na chwilę przenosimy się do Rio, widzimy je z lotu ptaka, jest pięknie (szczególnie gdy ogląda się w zimę). Nie brakuje oczywiście humoru a nawet scen wywołujących salwy śmiechu, jak te w których głównym bohaterem jest przemiły, ośliniony buldog. Jak najbardziej do obejrzenia z najmłodszymi.

I na koniec, trzecia część zekranizowanej trylogii C.S. Lewisa „Opowieści z Narni. Podróż Wędrowca do Świtu”. Świetny film przygodowy, trochę awanturniczy, marynistyczny, rycerski, trochę przypominający filmy z gatunku płaszcza i szpady. Jednocześnie fantastyczna baśń, tajemnicze krainy, chłopiec zamieniony w smoka. Chłopiec ten to kuzyn głównych bohaterów o imieniu Eustachy. W książce główny bohater, tu na początku raczej przyczyna komizmu, ale potem faktycznie bohater, który ratuje wyprawę. Świetnie ukazana jest ta postać, najpierw zmanierowanego, niegrzecznego chłopca, na którym jednak nikt nie stawia kreski. Przeciwnie film świetnie pokazuje, że każdy może się zmienić a serdeczności i zaufania nie można skąpić. Wątek ten może być świetnym przyczynkiem do rozmowy z dziećmi po filmie. Nie będę opowiadał fabuły. „Opowieści z Narni” to jazda obowiązkowa w kinie familijnym.