Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiara. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 maja 2025

Habemus Papam

 

Niesamowity wieczór. Ponad wszelkie oczekiwania, loterie, spekulacje. Zaskoczenie. Już w drugim dniu, prawdopodobnie w czwartym głosowaniu został wybrany nowy papież. Gdy wyczytywane jest jego imię, niektórzy myślą, że to może kard. Sarah, też Robert przecież, Prevosta nie kojarzą. Nie pisała o nim w ogóle prasa, nie huczały Internety. Idealnie sprawdziło się powiedzenie, że kto wchodzi papieżem, wychodzi kardynałem. Katolicki świat wstrzymał oddech. Ale chwilę wcześniej? Widzieliście tych radosnych kardynałów o różnych kolorach skóry, z różnych kontynentów, tłoczących się na sąsiednich balkonach. Oni byli podekscytowani tą niespodzianką dla Kościoła, swoim wyborem. Nie zafrasowani, że co my zrobiliśmy, jak to będzie, etc. Nie. Spójrzcie na nagraniu na te twarze: są roześmiane, pełne nadziei i zdrowej radości.

Amerykanin. Misjonarz, biskup w Peru, augustianin, ostatnio szef dykasterii ds. biskupów. Urodzony w Chicago, pochodzenie ze strony ojca francusko-włoskie, ze strony matki hiszpańskie. Studiował matematykę, był i nauczycielem, i zaangażowanym w zwyczajne duszpasterstwo, i w zarządzanie jako prowincjał zakonu. Na misjach, ewangelizator, zna i bogatą Amerykę Północną, i biedną Południową. W Rzymie od dwóch lat. Co za droga życia, tak wiele doświadczeń, tak różnorodnych a wszystkie adekwatne, przydatne.

Wielu ludziom zakręciła się łza w oku zobaczywszy na balkonie Bazyliki Św. Piotra człowieka skromnego, spokojnego, o łagodnym i inteligentnym wyrazie twarzy. O twarzy ascetycznej, oczach współczujących. Czy poczuliśmy, że Duch Święty kieruje losami Kościoła, czy uwierzyliśmy znów, że Pan nie porzuci swego Kościoła? Oczywiście przywódców państw, Kościoła, postaci na stanowiskach decyzyjnych – oceniamy po decyzjach podjętych, po ich skutkach. Poza tym, kimże jesteśmy by oceniać, trawestując znany cytat. Jednak już pierwsze gesty, słowa, obrazki w wielu tchnęły nową nadzieję.

Przede wszystkich piękne słowa o pokoju, którymi przecież Chrystus zwracał się po Zmartwychwstaniu do apostołów, Marii Magdaleny i innych: „Pokój Wam”. Nowy papież zapisał odręcznie co chce powiedzieć, przed sobą miał kartki. Czyż nie wspaniale? Czyż nie ulga, mając w pamięci wiele improwizowanych wypowiedzi, które wywoływały w ostatnich latach sporo zamieszania. I imię – Leon XIV. Lew, który broni, który jest łagodny ale jak trzeba umie zaryczeć. I nawiązanie do poprzedników, szczególnie Leona XIII, mocnej persony, odważnie odpowiadającej na wyzwania swoich czasów, również na niwie nauki społecznej, czyli zajmowania się „tym światem”. Wiele o miłości Boga, podziękowanie i wspominanie papieża Franciszka, mocne słowa: „Zło nie zwycięży”, i wreszcie wspólna modlitwa do Maryi.

Wielu ucieszyło się podobieństwem fizycznym do Jana Pawła II, inni tradycyjnym strojem na takie okazje, jeszcze inni cytatem ze Św. Augustyna i bardziej ogólnie bycie jego duchowym synem i uczniem myśli tego wielkiego świętego, jak jeden z jego niedawnych poprzedników na Stolicy Piotrowej. Cóż za bogata osobowość, przeplatające się motywy i nawiązania. Czyż nie tego oczekujemy: ciągłości i twórczej odpowiedzi na nowe wyzwania, dzięki zanurzeniu w dorobek pokoleń? I fakt, że nie powiedział nic po angielsku, aby nie dawać asumptu do czegoś tam. Czegoś, dlaczego nawet jego rodzony brat od zawsze był przekonany, że „Amerykanin nie może zostać papieżem”.

Został. I oby prowadził pewnie Łódź Piotrową.

piątek, 1 listopada 2024

Święto Wszystkich Super-Żywych Świętych, Wiecznie Żywych Świętych!


Dla spragnionych błyskotliwych refleksji teologicznych związanych z dzisiejszym świętem znakomity tekst homilii wygłoszonej rok temu w Święto Wszystkich Świętych przez arcybiskupa Sydney, Anthony’ego Fishera. Miałem wyjątkowe szczęście słuchać jej na żywo w Londynie podczas konferencji ARC. Ostatnio prasa cytowała jego mądre wypowiedzi z Synodu. Dajcie znać czy Wam też się ten tekst podoba? Cudem to dostałem po angielsku, a polskie tłumaczenie to dzieło Deepla i moje (oczywiście nieautoryzowane, udostępniam, bo szkoda aby takie dobre teksty nie były w czytaniu). Enjoy!

HOMILIA PODCZAS MSZY ŚWIĘTEJ W UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

KONFERENCJA ARC, KOŚCIÓŁ ŚW. MAŁGORZATY, CANNING TOWN, 2023 R.

abp sydney, anthony fisher

Wszystkich Świętych nie jest tak naprawdę świętem wszystkich świętych. Nie jest to uroczystość tych "żywych świętych", którzy są wśród nas, przejrzystych na Bożą łaską, wykazujących się niezwykłymi cnotami. Nie jest to również święto tych, którzy stają się świętymi, a których św. Paweł odważył się już nazwać "świętymi". Nie, we Wszystkich Świętych nie chodzi o żywych świętych.

Ale byłoby dziwne powiedzieć, że jest to święto wszystkich zmarłych świętych. To dlatego, że chociaż umarli, nie wierzymy, że święci są martwi. W naszych wyznaniach wiary wyznajemy wiarę w świętych obcowanie, przebaczenie grzechów, zmartwychwstanie ciała i życie wieczne. Wierzymy więc, że święci są bardziej żywi w niebie niż kiedykolwiek byli na ziemi. Zamiast Święta Wszystkich Umarłych Świętych, dziś obchodzimy Święto Wszystkich Super-Żywych Świętych, Wiecznie Żywych Świętych!

Chociaż Paweł z radością używał słowa "święty" do opisania każdego chrześcijanina - ponieważ wszyscy jesteśmy, miejmy nadzieję, świętymi w trakcie stawania się nimi - większość z nas czułaby się niekomfortowo, gdyby nazywano nas świętymi. Częściowo taka nieśmiałość odzwierciedla właściwą pokorę: znamy nasze słabości i wady; wciąż mamy wiele do zrobienia, lub Bóg ma, aby przygotować nas na niebo. Ufamy, że większość z tego przygotowania wydarzy się w tym życiu, ale część może być jeszcze wymagana w czyśćcu. Czujemy jednak, że na tym etapie nie jesteśmy jeszcze gotowi na niebo, nie jesteśmy jeszcze udoskonaleni. 

Drugim powodem, dla którego ludzie mogą być powolni w mówieniu lub myśleniu o tych, którzy są w niebie, jest to, że szczerze mówiąc niewiele wiemy o życiu w niebie. Jest ono poza naszym doświadczeniem. Oczywiście, w Biblii jest wiele przebłysków świętych w niebie. Wiemy, że Chrystus powrócił z martwych jako obietnica życia po śmierci (1 Kor. 15 itd.). Ale to, co oznacza dla Niego "zasiadanie po prawicy Ojca w chwale" i jakie będzie dla nas życie pozagrobowe, jest nadal dość tajemnicze. Jak powiedział słynny filozof Ludwig Wittgenstein: "To, o czym nie możemy mówić, musimy pominąć milczeniem".  Niektóre rzeczy są poza naszym obecnym zrozumieniem lub artykulacją. Niebo i życie świętych mogą w dużej mierze należeć do tej kategorii, a wszystko, co o nich powiemy, będzie bardziej rozpraszające niż odkrywcze.


Innym powodem, dla którego ludzie mogą być niechętni świętym, jest to, że uważają, że życie jako święty jest po prostu zbyt trudne. "Uczyń mnie czystym", modlił się młody Augustyn, "ale jeszcze nie teraz". Bycie przeciętną mieszanką dobra i zła może wydawać się na razie wystarczające. Niewielu z nas może być świętymi w pełnym tego słowa znaczeniu przez cały czas. I tak długo jak pokutujemy na tyle, aby dostać się do tylnych rzędów niebiańskiego kina, to wystarczy. (Jeszcze do tego wrócę...).

Rozważmy jednak czwarty powód, dla którego wielu ludzi nie chce myśleć o świętości i być świętymi: uważają, że świętość jest nudna. Popkultura mówi nam, że bycie w niebie oznacza wieczne siedzenie na chmurze, wpatrywanie się w jeden kierunek, granie na harfach i śpiewanie hymnów przez cały dzień - wszystko to jest bardzo nużące. Ale wiara chrześcijańska podkreśla, że w niebie czeka nas doskonały pokój, wieczny odpoczynek, całkowite spełnienie i to nie dlatego, że obniżyliśmy poprzeczkę tego, co nas satysfakcjonuje. Do nieba zabierzemy wszystko, co w nas najlepsze, odnowione i oczyszczone, i wszyscy będziemy kimś więcej, a nie kimś mniej (LG 48-51; KKK 1023-29 itd.). Zamiast być nużącym, życie świętych jest, jak wyjaśnił Benedykt XVI, "najwyższym momentem satysfakcji, w którym całość obejmuje nas, a my obejmujemy całość". To "jak zanurzenie się w oceanie nieskończonej miłości... życie w pełnym tego słowa znaczeniu, zanurzanie się wciąż na nowo w ogrom bytu, w którym po prostu ogarnia nas radość" - powiedział papież. 

 


Po piąte, popkultura często sugeruje, że w życiu pozagrobowym zrzucamy nasze ciała jak stare ubrania i zostawiamy za sobą materialny wszechświat, stając się duchami, aniołami lub częściami jednego wielkiego kosmicznego ducha. Byłoby to jednak wyrządzenie nam krzywdy. Bez ciał nie bylibyśmy już dłużej istotami ludzkimi; życie w niebie byłoby raczej umniejszeniem niż wzbogaceniem. Nie, w zmartwychwstaniu nasze ciała są uwielbione tak jak ciało Chrystusa. Chociaż ściany i drzwi, czas i przestrzeń już Go nie ograniczały, Zmartwychwstały Pan mógł być dotykany i mógł jeść: Był wcielony. Tak więc nie porzucamy świata materialnego dla duchowego ani nie budzimy się na chmurze po tym, jak wszystko inne zostało zniszczone: będzie nowe niebo i nowa ziemia, których częścią będą nasze własne ciała.

Jeśli więc wiele z tego, co popkultura mówi nam o niebie, jest mylące, jak najlepiej wyobrazić sobie ten "błogosławiony" stan? Giovanni di Fiesole, znany potomnym jako Fra Angelico, był XV-wiecznym dominikańskim bratem-teologiem, beatyfikowanym przez św. Jana Pawła II i ogłoszonym patronem artystów chrześcijańskich. Wśród jego obszernego dorobku znajduje się wiele wersji komunii świętych. W niektórych aniołowie i święci rozmawiają, czule się obejmują, a nawet tańczą pośród raju muzyki, kwiatów, śmiechu i czystego piękna.

Dalecy od homogenizacji, święci Angelico niosą ze sobą swoje historie, opowiedziane w ich fizjonomiach i kostiumach, teraz gloryfikowanych, ale wciąż zindywidualizowanych. Wyrażają różne osobowości i patrzą w różnych kierunkach, niektórzy kontemplują, inni są bardziej aktywni, niektórzy pogrążeni w rozmowie, inni skupieni na czymś innym, co ich interesuje. Wszyscy są w domu, ponieważ niebo jest naszym upragnionym powrotem do domu (J 14:2-4; 2Kor 5:1; Flp 3:20). Tutaj ukochani są ponownie zjednoczeni, wszystkie nasze najgłębsze pragnienia są spełnione: nasze pragnienie prawdy, piękna i dobra, miłości i pokoju, w świecie bez alienacji, niezgody lub sfrustrowanych pragnień, bez chorób, cierpienia i śmierci, bez smutku i łez (Iz 25:8; Ap 7:17; 21:4 itd.).

ÍËÔ

Jest tak wiele do powiedzenia na temat tego szczęśliwego miejsca, jakim jest niebo, tego błogosławionego stanu, jakim jest bycie świętym. W "Przewodniku Autostopowicza po Galaktyce" Douglasa Adamsa ogromny superkomputer o nazwie Głęboka Myśl spędza 7,5 miliona lat na obliczaniu "odpowiedzi na ostateczne pytanie dotyczące życia, wszechświata i wszystkiego", a odpowiedzią tą jest, komicznie, 42; niestety do tego czasu nikt już nie pamiętał, jakie pytanie zostało zadane Głębokiej Myśli. Więc pozwól, że ci powiem: ostateczne pytanie brzmi: jak być szczęśliwym na zawsze? Odpowiedź na to: dostać się do nieba.

To jest sens życia. Poznać, kochać i służyć Bogu, bliźniemu, sobie. Zachowywać dziesięć przykazań, które pokazują nam, jak kochać Boga i rzeczy Boże, takie jak kult, rodzina, życie, miłość, prawda, osoby, dary tej ziemi i praca ludzkich rąk. Żyć błogosławieństwami ogłoszonymi przez Jezusa w dzisiejszej Ewangelii (Mt 5, 1-12), które są wymiarami życia w królestwie Bożym. Kochać tak, jak kochał Chrystus. Oddawać cześć w duchu i prawdzie, która w najlepszym wydaniu jest przedsmakiem życia wiecznego, liturgii niebiańskiej, uczty eschatologicznej, komun

ii świętych (por. GS 38). Wszystko, co robi Kościół, ma na celu doprowadzenie nas do nieba. A kiedy zastanawiamy się na naszej Konferencji ARC, co jest potrzebne tutaj na ziemi, więcej świętych jest z pewnością częścią odpowiedzi!

 


Uczyń mnie czystym, Panie, ale jeszcze nie teraz? Nie, Panie, przygotuj mnie do nieba już teraz. Mogę mieć jeszcze tylko jedno stulecie, jeszcze jedną dekadę, jeszcze jeden rok, jeszcze jedną minutę na tej ziemi (por. 1 Tes 4 i 5). Uczyń mnie świętym pilnie, natychmiast, Panie. Zainspiruj mnie i uzdolnij do robienia niezwykłych rzeczy lub robienia zwykłych rzeczy z niezwykłą łaską - w mojej rodzinie, przyjaźniach, studiach, miejscu pracy, biznesie, czasie wolnym, gdziekolwiek - dla bogatszych lub biedniejszych, w chorobie i zdrowiu, aż do śmierci. Również moi bliscy, dalsza rodzina, parafia, koledzy, rodacy i ja: wszyscy jesteśmy niespokojni, Panie, dopóki nie spoczniemy w Tobie. Więc przygotuj nas, słodki Jezu, abyśmy znaleźli nasz odpoczynek w Tobie. A w swoim czasie, Panie, dołącz mnie do komunii Wszystkich Świętych w niebie, gdzie będę najprawdziwszym sobą i będę żył najpełniej - i na wieki wieków! Amen.

wtorek, 2 kwietnia 2024

Godzina 21.37


Godzina 21.37 - dziewiętnaście lat temu zmarł Jan Paweł II.

Pamiętam jak świeżo poznani w latach 90-tych Francuzi, Skauci Europy, mówili, że ich zdaniem JP II uratował chrześcijaństwo we Francji. Pamiętam jak na obozie Charle Magne poznałem kleryków z USA, twierdzili, że swoje powołanie zawdzięczają JP II, byli bardzo zadowoleni, że mogą poznać innego Polaka, nawet tak nieznaczącego jak ja, „bo Polska musi być niesamowitym krajem skoro wydała takiego papieża”. Wielu katolików na całym świecie odnalazło Kościół, wiarę, powołanie, sens życia, inspirując się pielgrzymowaniem, przepowiadaniem, osobowością Wojtyły.

Pamiętam, że gdy informacja o śmierci papieża przetoczyła się przez media wsiadłem w samochód z Marcinem Krukiem i pojechaliśmy na Krakowskie Przedmieście, pod Świętą Annę. Nie mogliśmy się przebić przez skupiony, zastygły w podniosłej chwili tłum. To było niesamowite, to co działo się wtedy na ulicach polskich miast. Warszawa świeciła tysiącami zniczy ustawianych wzdłuż ulic i placów. Nie pojechałem jednak na pogrzeb, pomyślałem, że nie ma co robić tłoku. Teraz żałuję.

Pamiętam, że zamykałem w tych dniach dużą transakcję. Siedzieliśmy w biurze amerykańskiej kancelarii prawnej spoglądając przez wielkie okna w dół, gdzie pochód ludzi wciąż i wciąż ustawiał świece. Główny prawnik dużego funduszu, Nowojorski Żyd dzielił się tym co przeczytał w amerykańskich gazetach o Wojtyle. Nie mógł się nadziwić, że była to tak niesamowita postać, że był robotnikiem i aktorem, że tyle krajów odwiedził, nie wiedział o tym wcześniej.

Czy należę do pokolenia JP II, jeśli takie kiedykolwiek istniało? Pierwszy bardzo świadomy kontakt to pielgrzymka w 1991 roku. On był już starcem, ja świeżo upieczonym studentem prawa. Dobrze pamiętam zimną, przeraźliwie zimną atmosferę w mediach. Nie był tu wtedy chciany, słuchano z powątpiewaniem jego nauk. Dobrze wryły mi się w pamięć jego dramatyczne słowa wykrzyczane w Masłowie pod Kielcami oraz na lotnisku w Radomiu. Nie było oklasków, a jeśli, to bardzo marne. Nie minęły nawet dwa lata od częściowo wolnych wyborów, za to tygodnik „Nie” rozchodził się w 750 tysiącach egzemplarzy a Gazeta Wyborcza w milionie. Połowicznie odzyskaliśmy wolność, błędy tamtego czasu ciągną się za nami do dzisiaj.

Eurojam 1994 roku, Viterbo i słynna audiencja w Bazylice Św. Piotra. Dopchałem się, pokazałem album ze zdjęciami z Harców Majowych. Pokiwał głową, „Studzianna, bardzo dobrze”. Kontakt z nim, tak, był elektryzujący! To był gość nad goście. Słusznie krzyczała młodzież: „Nie ma większego nad Jana Pawła Drugiego”.

Nie ma co, wiele jego słów, pamiętne „Każdy z was młodzi przyjaciele ma swoje Westerplatte”, „Musicie od siebie wymagać nawet gdyby inni od was nie wymagali”, wryło się w pamięć, było mocnymi drogowskazami dla wielu. Umiał przemówić, umiał wypowiedzieć, to była poezja.

Był herosem, który spowodował, że Kościół odzyskał inicjatywę, przeszedł do kontrofensywy, nie mając przecież żadnych dywizji poza słowem Bożym i wiarą. Wiara w potęgę, w moc słowa. To dało się zauważyć. Kreował fakty dokonane. Mówił nad głowami struktur, rządzących zwracając się bezpośrednio do każdego człowieka, pewnie z nadzieją, że może ten człowiek podejmie to słowo i przekuje je w czyn. I tak się działo! Pielgrzymki – fenomen. Światowe Dni Młodzieży – fenomen. Nauczanie – mocne i konsekwentne. Osobowość – czarująca. Ileż anegdot, ile spotkań, sytuacji. Każdy posiłek – goście z całego świata. Nieustanna rewolucja ducha, póki sił starczało. Umacniał, przerzucał mosty, podtrzymywał, rozniecał ogień.

Tyle rzeczy zaniechanych. Gdzie błyskotliwie ujęty podział na cywilizację życia i cywilizację śmierci? Czy ktoś używa jeszcze tych sformułowań?

Nie, odwoływanie się do Jana Pawła II nic teraz nie da. Trzeba czytać teksty, rozumieć je, a potem opowiadać swoimi słowami. Tak myślę.


czwartek, 6 kwietnia 2023

NAJPIĘKNIEJSZY ZAWÓD ŚWIATA





 


NAJPIĘKNIEJSZY ZAWÓD ŚWIATA

Oczywiście bycie księdzem nie jest zawodem. Jest powołaniem.

Jakże piękne jest to powołanie. Powołanie zaszczytne. Kapłan Kościoła Rzymskokatolickiego wyznający Credo, wiarę w obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii, w ofiarny i zbawczy sens Mszy Św., we współuczestniczenie w ofierze Chrystusa na krzyżu. Oddanie swojego życia w całości temu aby ułatwiać ludziom zbawienie, być dla nich, być szafarzem sakramentów, pośrednikiem poprzez którego działa sam Bóg - jest czymś niebywałym. Niebywale wielkim i wymagającym niebywałej pokory i powagi koniecznej do wykonywania tych zadań. Rozgrzeszanie, wysłuchiwanie najgorszych przewin, udzielanie ostatniego namaszczenia, obcowanie ze śmiercią, rozpaczą i brakiem nadziei. Z drugiej strony piękno i radość przygotowania do pierwszej komunii Św. albo do sakramentu małżeństwa, udzielanie chrztu świętego małym dzieciom. Piękna, niesamowita misja.

Jak pisał Bousset, którego cytuje Mauriac w swoich pamiętnikach, ksiądz to najbardziej wszechstronny zawód świata, bo będąc księdzem można być jednocześnie: aktorem, nauczycielem, retorem, psychologiem, lekarzem dusz, przedsiębiorcą, zarządzającym, trzeba też opanować mnóstwo umiejętności praktycznych. Gdy sprawuje się opiekę nad ministrantami, dodajmy od siebie, warto być też piłkarzem, rowerzystą, programistą, informatykiem, a gdy ma się pod opieką harcerzy to można wykazać się również jako kucharz, survivalowiec, śpiewak, gitarzysta, ratownik, pielęgniarz.

Bousset nie przewidział jednak, że można też być bokserem albo szefem hospicjum dla śmiertelnie chorych.

Chodzi mi mianowicie w tym momencie o zareklamowanie trzech filmów, które są absolutnymi „must see”. Jako że pogoda na Wielkanoc nas nie rozpieszcza, jestem prawie pewien, że zamiast spacerów rodzinnych, zasiądziecie w niedzielę albo lany poniedziałek przed telewizorem albo rzutnikiem aby coś obejrzeć. Dlaczego zatem nie któryś z niżej wymienionych filmów?

Pierwszy to „Father Stu”, w tej chwili jest na różnych platformach streamingowych np. HBO. Prawdziwa historia boksera łobuziaka, który został księdzem, lecz wcześniej zapadł na ciężką chorobę, w wyniku starć na ringu. Nieprawdopodobna historia gdyby nie była prawdziwa. W roli głównej Mark Wahlberg, który jest jednocześnie reżyserem a do współpracy zaprosił innego znanego, przy czym wielce grzesznego jak sam o sobie mówi, katolika z Hollywood, Mela Gibsona. Wahlberga nie trzeba przedstawiać, porządna firma. A i film jest przyzwoicie zrobiony.

Drugim filmem, który już wszyscy chyba obejrzeliście, ale może jednak nie wszyscy, jest „Johnny”. Opowieść o ks. Janie Kaczkowskim, założycielu hospicjum w Pucku. Śmiertelnie chory na glejaka mózgu, nie zaprzestał pracy ale walczył do końca. O ludzi, o dusze, o godne umieranie i przechodzenie stąd do tam. Niektóre sceny są naprawdę wstrząsające. A postać tego kapłana, żyjącego na „pełnej petardzie” może porywać, może inspirować. Jego nieporozumienia z hierarchią, owszem wiemy, że takie były, w filmie ukazane są jednak w karykaturalny sposób a aktor dobrany do roli biskupa, cóż, szkoda gadać. To już kolejny film, w którym postać biskupa jest pokazana niczym z pisemek antyklerykalnych w okresie stalinizmu. Czyż konflikt nie zyskałby kolorów, gdyby twórcy, jeśli już koniecznie chcieli ten wątek wyeksponować, wierniej odwzorowali pierwowzór? Dobrze, nie ma się co czepiać, młody kapłan, pozytywny bohater, robiący coś dobrego wbrew hierarchii. Super w dzisiejszych czasach, a mając na uwadze to, że film znalazł się ostatnio na Netfliksie, czyż można chcieć więcej?

Uprzedzę jeszcze pytanie, ze względu na intensywność emocjonalną niektórych scen, moim zdaniem, raczej nie do oglądania z dziećmi młodszymi niż starsze nastolatki.

I last but not least – “Ostatni szczyt”, film Juana Manuela Cotelo. Szalony hiszpański reżyser jedzie aby zrobić wywiad ze znanym księdzem. Niestety nie udaje mu się to, bo ksiądz ginie w górach. Wstrząśnięty tą nagłą, tragiczną śmiercią, reżyser nie daje za wygraną, rozmawia z przyjaciółmi i rodziną zmarłego i decyduje się zrobić film. I jest to film genialny. Dokument, który ogląda się lepiej niż wiele filmów fabularnych. Historia jednego z tysięcy kapłanów oddanych swojej pracy. Przejętego wiarą, idealisty stąpającego twardo po ziemi, miłośnika gór, człowieka wesołego, o szerokich horyzontach. Film wciąga wszystkich, małych i dużych. Widziałem czterdziesto- a nawet pięćdziesięcioletnich chłopów jak dęby, którzy podczas projekcji ryczeli jak bobry.

Film do obejrzenia na katoflix i cda.

Mam nadzieję, że Was trochę zachęciłem.

Z okazji Wielkiego Czwartku przekazuję najlepsze życzenia dla wszystkich kapłanów! Macie wspaniałą misję, nie zrażajcie się niczym, róbcie swoje najlepiej jak umiecie, każdego dnia!

wtorek, 28 marca 2023

WYMAZYWANIE JANA PAWŁA II czyli jeden mały krok na drodze do ….


 

WYMAZYWANIE JANA PAWŁA II czyli jeden mały krok na drodze do ….

Obejrzałem i przeczytałem w przedostatni weekend, to co było do obejrzenia i przeczytania na temat, którym żyły media i polityka przez ostatnie dwa tygodnie, czyli w skrócie czy Karol Wojtyła tuszował pedofilię w Kościele, w związku z reportażem TVN24 „Franciszkańska 3” i książką holenderskiego dziennikarza, której tytułu przytaczać nie będę. Dlaczego zadałem sobie ten trud? Czy z ciekawości lub dlatego bo chciałem się przekonać sam, zweryfikować lub może dlatego, że poczułem się zaniepokojony bezlitosnym oskarżeniem kruszącym autorytet wielkiej postaci? Otóż nie! Bo cierpię nad nadmiar czasu? Nie, nie cierpię na nadmiar czasu (przeciwnie, dlatego dopiero po kolejnym pracowitym tygodniu w weekend to pisałem, a w czasie kolejnego ten tekst kończyłem, a teraz dopiero publikuję). Poświęciłem na to swój cenny czas, ponieważ natychmiast pojawiło się zamieszanie w wielu głowach (mam nadzieję, że już go jest mniej, gdyż wiele rzetelnych publikacji i głosów pojawiło się w przestrzeni medialnej). Obejrzałem i przeczytałem co nieco, ponieważ obiecałem, że tak zrobię, m.in. koledze w pracy, aby nie być gołosłownym, aby w kolejnej naszej rozmowie odnosić się do konkretów. Chętnie odniosę się do nich w każdej innej rozmowie, która się nadarzy. Teraz na tyle na ile się uda krótko, kilka uwag podsumowujących.

1)  1) Nie jestem historykiem, ani dziennikarzem, oni już na szybko popełnili wiele miażdżących dla tego materiału tekstów. I dobrze. Tylko kto je przeczyta i kiedy? Materiał już złapał zasięgi, „poszły konie po betonie”, sformułowania rzucone w eter zostały zapamiętane a na pewno główne przesłanie. Zamieszanie i kolejna gorąca dyskusja oraz podział społeczny spowodowany. Takie jest prawo mediów i prawo dezinformacji i manipulacji. Nawet jeśli dwudziestu profesorów usiądzie i zetrze intelektualnie w pył cały ten, pożal się Boże, reportaż „śledczy” i książkę tajemniczego dziennikarza z Holandii - to takie starcie w pył dotrze tylko do części osób, a nawet jeśli dotrze, poczucie „że coś musi być na rzeczy” pozostanie. Takie jest nieubłagane prawo przekazu medialnego. Taka jest też złota reguła operacji dezinformacyjnych.

2)   2) Film ma charakter manipulacyjny, muzyka jest jak z horroru, ksiądz przechadzający się w sutannie w jakichś zaroślach o zmroku ma wywoływać skojarzenie sutanna=pedofil, i sam tytuł. Tytuł jest po prostu bezczelny. Wszystko w tym filmie nastawione jest na prowokację. Chodziło o prowokację. Po co, dlaczego, na czyje zlecenie?

3)   3) Pedofilia jest złem, zło należy wypalać gorącym żelazem. W rozumieniu tego zjawiska i tego jak z nim walczyć obecnie jesteśmy bogatsi o doświadczenia ostatnich dwudziestu lat, o badania naukowe, o rozwój wiedzy psychiatrycznej i psychologicznej. Naczytałem się o tym dosyć. Działania Wojtyły były zgodne z ówczesną wiedzą i przyjętymi procedurami działania. Pisanie o „zamiataniu pod dywan”, tuszowaniu, o tym, że „wiedział i nic nie zrobił”, jest nadużyciem. „Materiał”, który tak pieczołowicie redaktorzy gromadzili nie daje podstaw do tak daleko idących twierdzeń. Tym bardziej do insynuacji, że Karol Wojtyła tolerował zło w Krakowie, dlatego patrzył na nie przez palce w całym Kościele. To lansowana ze wszech sił teza, która nie daje się obronić. Zamiast tego są insynuacje i jazgot.

4)  4) Mierzi mnie wylewanie krokodylich łez przez tych nagłych przyjaciół ludzi skrzywdzonych, tych pierwszych sprawiedliwych dokonujących moralnego zadośćuczynienia za krzywdy skrzywdzonych poprzez nagranie ich na kamerze i wysłuchanie przez pięć minut. Publicyści w filmie grzmią: nie wysłuchano ofiar, nie dano głosu ofiarom. Może i tak było. Myślę, że nie wiedziano do końca jak się zachować. Może z perspektywy obecnej wiedzy i doświadczenia, jak należy podchodzić do takich przypadków, moglibyśmy uznać, że reakcje wówczas były niewystarczające. Ale były. Podejmowano decyzje, jakie wydawały się wówczas właściwe i wystarczające. Nie pokazano nic co wskazywałoby na intencjonalne zaniechanie, a tym bardziej na działanie ze złej woli. Czy redaktorzy oczekiwaliby aby dwóch kurialistów pojechało do wioski w latach sześćdziesiątych i przeprowadzało wywiad z ofiarą? Po to aby cała wioska huczała zaraz od plotek, aby skomplikować ofierze życie jeszcze bardziej? Wtórna wiktymizacja. Takim sformułowaniem posługują się, ci którzy zabierali głos w dyskusjach związanych ze sprawą szczecińską, którzy skądinąd też głośno oskarżają Wojtyłę. Czy nie przyszło im na myśl, że to czego, abstrahując od realiów historycznych, tak zdecydowanie od tamtej rzeczywistości żądają, mogłoby właśnie być taką wtórną wiktymizacją wtedy. Podobno, tak wyczytałem w mądrych opracowaniach, w przestępstwach gwałtu, nawet na dorosłych, najtrudniejsza, najbardziej traumatyczna może okazać się świadomość, że inni wiedzą. To może traumatyzować nawet bardziej niż samo zdarzenie. I zostać na dłużej w człowieku skrzywdzonym. Dlatego przez długie lata prawo karne nie ścigało przestępstw gwałtu z urzędu a tylko na wniosek. Nie wiem czy słusznie z naszej obecnej perspektywy, jednak preferencja ofiary była najważniejsza. Sprawiedliwość wobec sprawcy za cenę dodatkowej dolegliwości psychicznej dla ofiary uważana była za wylanie dziecka z kąpielą. Tak było w kodeksie karnym do 2013 roku. Teraz wszystkie przestępstwa przeciwko wolności seksualnej ścigane są z urzędu. Tak czy inaczej: wracanie do traumatycznych przeżyć jest prawdopodobnie jeszcze większą traumą dla osoby małoletniej niż dorosłej. Zgodzimy się chyba, że odpowiedzialne podejmowanie tych zagadnień wymaga fachowej wiedzy teoretycznej i praktycznej, delikatności, a na pewno nie jazgotu w mediach społecznościowych w świetle fleszy, kamer i z publicznym rozgłosem. W zakrzykiwaniu, niby w imieniu ofiar, o oddanie im głosu, wyczuwam hipokryzję i de facto przedmiotowe tych ofiar traktowanie.

5)  5) Obserwuję całą tą sytuację jako zwyczajny obywatel, obserwator, ale też jako prawnik, którego uczono takich podstaw jak to, że istnieje coś takiego jak domniemanie niewinności, czyli że winę trzeba udowodnić, że udowadnia ten kto twierdzi a nie ten kto zaprzecza, że „audiatur et altera pars” czyli że zawsze należy wysłuchać obu stron, że wina jest indywidualna a nie zbiorowa itd., etc. Ten materiał i idąca za nim fala wulgarnych komentarzy w mediach społecznościowych nie respektuje żadnych tego typu staroświeckich zasad. Żadnych reguł. Hasło zostało zapodane, sfora brytanów ruszyła do ataku.

6)  6) Kolejna sprawa: komentatorzy biorący udział w filmie. Oprócz Tomasza Krzyżaka, dla którego szacunek po wsze czasy za rzetelność dziennikarską, co do pozostałych - było to po prostu haniebne. Samo wystąpienie w takim programie, jak i zuchwałe, pewne siebie sądy na podstawie nikłych przesłanek, wybiórczo skrojonego materiału. Duża dezynwoltura.

7)   7) Można mieć wrażenie, że ktoś tu tylko wykonywał zlecone zadanie. Panowie dostali „zlecenie na Wojtyłę” i najlepiej jak umieli, je zrealizowali. Nie z poczucia misji, ale zwyczajnie za pieniądze. Węszyli i szukali dwa lata, i tyle wszystkiego wywęszyli i wyszukali co mamy w filmie. Odgrzewane kotlety, cztery przypadki, w tym dwa dokładnie opisane kilka miesięcy wcześniej w Rzeczpospolitej, które właściwie przemawiają na rzecz biskupa Wojtyły, jeśli tylko odjąć grobową muzykę, głos z offu i tępe powtarzanie hasła „Wojtyła wiedział” a dodać trochę faktów z szybkiej kwerendy dokonanej w ciągu kilku dni przez kilku dziennikarzy, historyków i blogerów. Okoliczności pominiętych przez autorów jako niepasujących do zamówionej narracji. Trzeba było aż wynająć tajemniczego dziennikarza z Holandii do zadań specjalnych? Zgaduję, że nikt z Polski nie podjął się tego podłego i niewdzięcznego zadania.

8)  8) Przypomina to polowanie z nagonką… na Wojtyłę. Podręcznikowo rozpisane role: dziennikarz śledczy, drugi dziennikarz, tyle że zagraniczny, czołowy publicysta przezywający sam siebie katotalibem (bolesna sprawa, naprawdę trudno uwierzyć), i pierwszy raz na oczy widziana przez opinię publiczną „uczennica i przyjaciółka papieża”. Prawdziwi przyjaciele chyba z krzeseł pospadali jak to zobaczyli (ci nieliczni, którzy jeszcze żyją, inni przewracają się w grobach z wrażenia). Jak w ogóle ktoś młodszy o 42 lata może nazwać siebie przyjacielem czy przyjaciółką kogoś o tyle lat starszego. To jest drwina w żywe oczy. Katotalib w wywiadzie z przyjaciółką w radiu nazywa ją tak kilka razy w ciągu dwudziestu kilku minut. Chyba po to aby się nam utrwaliło. Ona niespójnie i mgliście opowiada o tej domniemanej przyjaźni ale tak aby wywołać wrażenie, że uczennicą i przyjaciółką jednak była, że jakieś listy wymieniała, jakiejś konfidencji doświadczała. Żenujące. I ciemny lud miał to kupić? Naprawdę ten scenariusz musiał kroić ktoś z zagranicy, mający nas Polaków za skończonych tumanów, potomków chłopów pańszczyźnianych albo jakiś zatrzymany w rozwoju emerytowany pracownik IV departamentu SB. To jest tak toporne, że wierzyć się nie chce. Ledwo dotrwałem do końca. Jednak tak działa propaganda, musi być topornie, prosto, łopatologicznie, po to właśnie aby się utrwaliło, aby każdy idiota mógł zrozumieć, co się do niego mówi. Dlatego w filmie powtarzane są jak mantra słowa „wiedział”. 

9)    9) Kolejne pytanie: czy to atak na Polskę? Czy to sprawa polityczna? Czy przeciwnie, to tylko szczere szukanie sprawiedliwości i prawdy? Oczywiście, nawet jeśli przyjąć, że nie intencjonalnie, jest to uderzenie w naszą wspólnotę narodową, nie tylko w Polskę ale i właściwie szerzej: w kraje Europy Środkowej, gdzie komunizm upadł, również z pomocą Wojtyły. Kto tego nie rozumie, trudno, nie da się w skrócie wytłumaczyć.

1    10) Czy PIS, PSL i Konfederacja upolityczniły temat, przyjmując uchwałę o ochronie dobrego imienia Jana Pawła II? No chyba nie oni zaczęli tę historię. Ci zachowali się jak trzeba. Jak Polacy powinni, bez względu na to czy są wierzący czy nie. Niestety w imię ideologii, uprzedzeń, zajadłości natychmiast janczarzy ideologii lewicowych ruszyli do ataku: „Konieczna jest zmiana, likwidacja, odejście od symboli związanych z Janem Pawłem II” napisała jedna z posłanek.

     11) Cel „reportażu” jest wyłożony wprost przez „przyjaciółkę” w ostatnich minutach (jednak warto było dotrwać do końca). Dramatycznym tonem zadaje ona tam pytanie: „Jak my jako ludzie wierzący, jeszcze wierzący, sobie z takim obrazem Kościoła, który do nas dociera, poradzimy? Czy w ogóle jest to możliwe?” Wydaje mi się, że to jest właśnie sedno. O to właśnie w tym wszystkim chodzi. O rozbicie mentalne, psychiczne katolików. O zniechęcenie do pracy, do działalności, do czytania Jana Pawła II, do czegokolwiek. O utratę zaufania do Kościoła, o ustawienie świeckich w kontrze do Kościoła hierarchicznego. O podział, o ferment, o niepokój. A jeśli nie o to chodzi, to taki jest efekt, może i uboczny. „Jeszcze wierzący”, zapamiętajcie, to jest cel. Jak najmniej „jeszcze wierzących”.

1  12) Jednak chodzi o coś jeszcze, o paraliż działalności duszpasterskiej z młodzieżą. O zaszczucie kapłanów, którym się chce, którzy są przejęci swoją misją. W jednej z warszawskich parafii proboszcz postawił sprawę jasno: nie będzie tu ministrantów, nie potrzebujemy kłopotów. Komu będzie się chciało organizować i jechać na oazy? Organizować grupy modlitewne lub inne? Czuwania wieczorne, katechezy, pielgrzymki, obozy letnie, kolonie dla biednych dzieci? Nie wystarczy, że hołota osiedlowa woła za księdzem przechodzącym w sutannie „pedofil”? Trzeba jeszcze dodatkowych nieprzyjemności?

13  13)  Ja przesłuchałem jeszcze kilka programów z katotalibem i przyjaciółką, bo jedna czy druga osoba z Was zalinkowała mi to czy owo. Zmusiłem się do tego. I więcej już chyba tego nie zrobię. Wolę już kupić „Nie” Urbana albo „Fakty i mity”. Oni są przynajmniej uczciwi intelektualnie, nie udają, że bronią gdy bez pardonu atakują. Wolę już Heroda niż Judasza. Taki mamy klimat.

14  14) I jeszcze jedna myśl na koniec. Przechodzenie zbyt szybkie środowisk katolickich do dywagacji i dyskusji o różnicy między pokoleniami: tymi, którzy znali Jana Pawła II i tymi, którzy urodzili się za późno. O tym, czym jest świętość, że nie oznacza bezbłędności. O tym, że gdyby Kościół otworzył archiwa, albo zrobił lustrację, albo to i owo. Że pomniki brzydkie, że kremówki, że memy. Owszem są i bywają zaniedbania, i nie wszystkie pomniki są przepiękne. Ale w tej sprawie, jak w każdej innej, trzymajmy się faktów i danej sprawy a nie przechodźmy zbyt beztrosko do generalizacji, ekstrapolacji, filozofowania i tym podobnych pułapek. Czy naprawdę musimy tańczyć i śpiewać do cudzej muzyki? Czy musimy ścigać się, by wygrać w castingu na ostatnich naiwnych? Rozmawiajmy o nowej ewangelizacji, o ideach Jezusa Chrystusa, ich wpływie lub braku wpływu na ludzi i społeczeństwa, o odpowiedzi na współczesne wyzwania w świetle zasad wyłożonych w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Kłóćmy się o prawdę o człowieku, o jego powołaniu, przeznaczeniu, sensie życia, o tym co jest godne a co niegodne człowieka, o tym jak należy żyć, jak warto żyć, jak pozostać wolnym, o zasady. Zastawiajmy się, co sam Bóg miałby do powiedzenia, jaka byłaby jego odpowiedź.

Śpieszmy się. O Nim też może pojawić się wkrótce materiał śledczy, do końca kompromitujący postać Jeszuy z Nazaretu.

Wymazywanie Jana Pawła II to jeszcze jeden mały krok na drodze do …. anihilacji chrześcijaństwa.

 

wtorek, 13 maja 2014

Rzym i okolice


Ja mam niestety zawstydzające tempo, jeśli chodzi o reagowanie wpisami na tym blogu na wydarzenia. Dlatego wpisy tutaj nie mogą się szybko dezaktualizować, muszą być ponadczasowe-;) To taka zachęta, bo obiecana książka już naprawdę zaraz będzie wydana.

Uczyniwszy taki wstęp, gdy publiczność żyje już innymi tak istotnymi sprawami jak brodaci laureaci Eurowizji, pozwólcie wrócić jeszcze do wydarzenia sprzed dwóch tygodni.

Chociaż zgadzam się z tezą, że Jana Pawła II się „kremówkuje” redukując jego nauczanie i minimalizując wpływ, to powtarzanie tej tezy w związku z kanonizacją w różnych gazetach zaczęło być wręcz irytujące. Przeczytałem m.in. w jednym z dzienników wstępniak redaktora naczelnego, który ubolewał właśnie nad redukowaniem papieża do kremówki, „gdy on próbował powiedzieć coś więcej Polakom niż słynne „nie lękajcie się” wypowiedziane na Placu Zwycięstwa”. No, skoro redaktor nawet nie wiedział, a nie wiedząc, nie zadał sobie trudu by sprawdzić, że te słowa wypowiedziane były podczas inauguracji pontyfikatu do całego świata na Placu Św. Piotra, a na Placu Zwycięstwa to było przywołanie Ducha Świętego, aby odnowił oblicze polskiej ziemi – to o czym ta mowa?

Mówmy zatem za siebie i zaczynajmy od siebie. Mając gazetę, można zrobić wiele a nie tylko narzekać, uderzając w fałszywe tony. My nie mamy gazety, ale zrobiliśmy z rodzicami ze Stowarzyszenia 3M w szkole spotkanie „Jan Paweł II – święty, którego wciąż znamy za mało”. Z głębokim przekonaniem, że teza w tytule jest prawdziwa bez względu na to, ile już wiemy, ale przede wszystkim dlatego, iż był on postacią wybitną, której wpływ i wielkość będziemy coraz bardziej widzieć dopiero z perspektywy upływu czasu. Z naciskiem na przekazywanie wiedzy naszym dzieciom, przecież dla nich nawet atmosfera umierania papieża w 2005 roku to prehistoria, nie do odtworzenia, opowiedzenia, a co mówić wcześniej. Postanowiliśmy zatem wspólnie coś obejrzeć, czegoś posłuchać i o czymś istotnym porozmawiać z zaproszonymi gośćmi. I to zadziałało wspaniale. Oczywiste, proste środki, bez pompowania, i rewelacyjny efekt. Kto był, nie żałuje. Zawsze można bowiem znaleźć coś nowego.

Przykładowo coraz odważniej się mówi, że nauczanie JPII o rodzinie, teologia ciała, itp. to niezbędne uzupełnienie po wielu wiekach dzieła Św. Tomasza z Akwinu, któremu niestety nie starczyło czasu, bo mu się zmarło, aby kolejny tom swojej Summy poświęcić sakramentowi małżeństwa. I jakoś tak się złożyło, że to czego Tomasz intelektualnie nie rozpracował, musiało poczekać długo, długo ….

Mnie podczas tego spotkania uderzyło jeszcze wiele rzeczy, chociaż, przyznam się, wcale tego się nie spodziewałem. Że bardzo bliski duchowo Karolowi Wojtyle był Adam Chmielowski, Brat Albert, który był wybitnym malarzem, artystą pierwszego sortu a rzucił wszystko w wieku ponad czterdziestu lat, zrezygnował z „kariery”, by pracować z ubogimi. I Wojtyła też porzucił swoje pasje i plany, artystyczne, aktorskie, literackie, by być księdzem. I zawsze był nim przede wszystkim, a potem dopiero profesorem, naukowcem, etc. I te cerowane sutanny, o których już słyszeliśmy, i te zgrzebne „apartamenty papieskie”, to okazuje się wpływ Alberta.

Wiedziałem, że grał na bramce, jest nawet tytuł jakiejś książeczki „Najchętniej grał na bramce”. Abp Mokrzycki w specjalnym nagraniu na nasze spotkanie wskazał, że grał na bramce, dlatego iż nikt inny nie chciał grać na tej pozycji. Że też nigdy nie wpadłem na to. Jasne! Czy nie tak było podczas tysięcznych meczów rozgrywanych na podwórku: wszyscy chcieli być w ataku a nikt na bramce? I wtedy jakiś odpowiedzialny się znajdował i brał to brzemię. Więc taka jest geneza tej jego ulubionej pozycji. Dobry uczynek i to zrobiony tak, aby nikt się nie domyślił. I nawet na tytuł książki to wzięli. Czyż mocarz, gigant, który kreował fakty zmieniające historię, nie niecierpliwił się, oczekując na jakiś strzał, czy nie wolałby pobiec na połowę przeciwnika by tam rozgrywać, kiwać, budować misterną akcję a potem zwieńczyć ją efektownym strzałem? Odkrycie.

A skupienie uwagi na człowieku, na człowieczeństwie, osobie, która staje się bardziej przez czyn, przez to co robi i jak robi - to jest naprawdę coś bardzo atrakcyjnego intelektualnie, coś dla ludzi bardzo nawet dalekich od Kościoła, de facto myśl Wojtyły a potem nauczanie Jana Pawła II, to niezwykle frapująca propozycja dla intelektualistów, ludzi używających rozumu, pozbawionych uprzedzeń, wolnych od stereotypów, strachu, odważnych intelektualnie. Jedni wzruszali się jego świadectwem i w porządku, dla niektórych to będzie wszystko, i oni bardzo wiele skorzystają z obcowania z tą postacią. Inni powinni jednak sięgnąć do jego pism – wiele z nich to Himalaje. I nie zrażajmy się, w pewnym momencie może być dla nas zaskoczeniem, że umiemy na te Himalaje się wspinać i nie tracimy oddechu.

Znana jest anegdota, że Jego najważniejsze dzieło filozoficzne „Osoba i czyn” uchodziło za bardzo nieprzystępne dla zwykłych śmiertelników. Jeden osiemdziesięcioletni prałat pytany czy przygotował się na wieczność, odpowiedział, że tak, zamierza iść do czyśćca i kupił sobie taką książkę, którą będzie tam studiował „Osobę i czyn”.

Więc ja też ją sobie kupiłem za złotych 31, ale na razie nie zamierzam jej studiować, mam tu innych moc spraw. Za to z dziedziny audio polecam Skałkę i Błonia, rok 79, Plac Zwycięstwa na deser. Ależ głos, dykcja, mój Boże. Kiedyś do tego tu wrócimy.

niedziela, 4 maja 2014

Solidarność ojców

Melchior Wańkowicz w książce „Ziele na kraterze” wspomina historię, jak to jego córki podczas podróży po Francji trafiły do Marsylii, a tam późną porą do portowej tawerny, gdyż myślały, że tata by im nie darował niezaliczenia takiej atrakcji lokalnej. Nieskalane złem tego świata, nie pomyślały, że miejsce pełne marynarzy i usługujących im „wyróżowanych dziewczyn w grubych pończochach” niezbyt nadaje się na kolację dla panien z dobrego domu. Pomyślał za nie o tym ktoś inny. A było to tak:
 

„Od sąsiedniego stolika wstał stary robociarz ze zwisającym wąsem i podszedł do nich.

— Co tu panny robią?

— Zwiedzamy Marsylię — dosyć pokornie przyznały panny, oszołomione papierosami, dymem, wyziewami absyntu, czując w ustach cały piekielny pieprz zjełczałego kuskus (mielone mięso baranie opiekane na patyczkach).

— Proszę zaraz zapłacić rachunek — rozporządził się robociarz. — Odprowadzę was do domu. Gdzie mieszkacie?”

Wańkowicz podsumowuje nie bez cienia wdzięczności dla nieznajomego Francuza: „Okazuje się, że i klan tatusiów, rozsiany po różnych szerokościach globu, ma swoją solidarność”.
 

Przypomniałem sobie ten fragment podczas ostatnich zakupów w supermarkecie. Młody chłopak przyklejony do dziewczyny, ile mogli mieć lat? Nawet nie chcę zgadywać. Czy on zachowywałby się tak wiedząc, że patrzy na to jego ojciec? Czy ona pozwoliłaby jemu na takie zachowanie w obecności swojego ojca? Pod warunkiem rzecz jasna, że ten ojciec nie jest Felicjanem Dulskim, który jedynie w bardzo, bardzo ekstremalnych sytuacjach jest w stanie wyrzucić z siebie bezradne słowo, ale i tak bez żadnej pretensji do tego, aby miało ono jakąkolwiek moc sprawczą. A tak w ogóle to mało co go interesuje. A ilu innych ojców widzi takie dziewczęta, takich chłopaków i wzrusza ramionami, nie zwraca uwagi, bo przecież nie wypada tak wtrącać się, a co ja mogę?, albo co to da? Pouczał ich będę, jak mają się zachowywać? Jeszcze mi oponę przebije smarkacz? A potrzebne mi to?

Nie ma w nas solidarności. Jesteśmy obojętni i tchórzliwi, jest nam z tym wygodnie, łatwo usprawiedliwiamy swoją bierność i brak reakcji. Czyż nie? Wyobraźmy sobie siebie w tej tawernie w Marsylii, wzruszamy ramionami przełykając kolejny kęs dobrze upieczonej baraniny czy proponujemy odprowadzenie młodym dziewczynom z Polski?

„Wtrącanie się” w życie innych ludzi może być trudne, czy dobra wola w zwróceniu uwagi zostanie tak właśnie zinterpretowana, jako troska o drugiego, czy przeciwnie jako niechciane wtykanie nosa w nie swoje sprawy, dla którego odpowiedzią jest agresja. Najczęściej niestety to drugie. Dziś nawet nie można zwrócić uwagi w tramwaju, gdy ktoś rozmawia zbyt głośno przez telefon, by nie otrzymać w zamian obelgi. Dlatego czasem nauczeni doświadczeniem – pasujemy, machamy ręką, „odpuszczamy”. Czy słusznie?

Papież Jan Paweł II podczas pamiętnej pielgrzymki do ojczyzny w 1991 roku został powitany z rezerwą, chłodem, by nie powiedzieć niechęcią. Przez rządzących i naród ogłupiony antykościelną propagandą mediów, z jednej strony dyrygowanych przez tych, którzy jeszcze przed chwilą byli ciemiężycielami a teraz szybko zapomniano o ich rodowodzie, a z drugiej przez domniemanych przyjaciół, jeszcze dwa lata wcześniej czule deklamujących w kościelnych salkach a teraz będących awangardą marszu ku nowoczesności, dla której Kościół był jakoby przeszkodą. Gazety najpierw okazywały konsternację nauczaniem papieża, tak jakby mówiąc o dekalogu, mówił jakieś rzeczy nowe, by przejść do jawnego krytykowania i wręcz agresji. Tak było, i nic tu nie zmyślamy.

Papież prorok, niezrozumiany i wyszydzony we własnej ojczyźnie, na którą tak liczył i którą tak kochał, musiał bardzo cierpieć w tych dniach. Nie ustępował jednak, nie machał ręką, nie „odpuszczał”, ryzykując niezrozumienie, odrzucenie, wyszydzenie. Był solidarny z nami. Nigdy nie zapomnę tych słów wykrzyczanych przez papieża w uniesieniu w Kielcach 3 czerwca 1991 roku:

„Nie można tutaj mówić o wolności człowieka, bo to jest wolność, która zniewala. Tak, trzeba wychowania do wolności, trzeba dojrzałej wolności. Tylko na takiej może się opierać społeczeństwo, naród, wszystkie dziedziny jego życia, ale nie można stwarzać fikcji wolności, która rzekomo człowieka wyzwala, a właściwie go zniewala i znieprawia. Z tego trzeba zrobić rachunek sumienia u progu III Rzeczypospolitej!
Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono! Trzeba intensywnie odbudowywać! Nie można dalej lekkomyślnie niszczyć!”

czwartek, 30 maja 2013

Jak stróż w Boże Ciało

W poprzedniej dziesięciolatce, kiedy zaczynałem przygodę jako naczelnik Skautów Europy w Polsce, zrobiłem sobie taki mały objazd po Polsce, by spotkać się z szefami z różnych środowisk. Tymi, o których wszystko się opiera, na których ruch stoi. W jednym z miast zadałem pytanie „chłopaki, ale kto jest Waszym bohaterem? czy jest jakaś postać, która jest dla was wzorem postępowania?” Na to oni jeden po drugim: „Jan Paweł II”. Myślę, wspaniale. Ot, pokolenie JPII (było już po śmierci papieża Polaka). No to pytam: „A w czym on dla was jest tym wzorem? Co takiego jest w tej postaci, co może inspirować?” I tu zaczęły się schody. Eee, iii, a potem ogólniki. Ups. Spodziewałem się, że duch sportowy, organizacja czasu, poczucie humoru, głęboka modlitwa, jakieś sytuacje… a tu nic. No to myślę sobie, guzik prawda, żadnym on dla was wzorcem nie jest. To nie żywa postać, ale pomnikowa figura, odległa i nie budząca emocji. Można znać kogoś z bliska jak przyjaciela, jak brata, można znać tylko z widzenia lub ze szklanego ekranu. Jeśli chcemy znaleźć inspirację, motywację, czy zwyczajnie poznać jakąś postać bliżej, czytajmy na litość boską biografie.
Gdy dzisiaj ubrany jak stróż w Boże Ciało, to znaczy prawdę mówiąc, tak jak wyglądam pięć dni w tygodniu, szedłem w procesji, prowadząc misterną dyplomatyczną grę z dwójką najmłodszych dzieci, aby zechcieli dotrwać do końca, myślałem podobnie właśnie o tym: kim dla nas jest Jezus? Każdego z nas obdarzonego łaską wiary, deklarującego bycie chrześcijaninem. Właśnie: czy chrześcijaninem z metryki, z urodzenia czy takim, który spotkał swojego Boga? Chrześcijaństwo to religia spotkania z Osobą. Dziś, gdy publicznie wyznajemy wiarę w rzeczywistą obecność Chrystusa „pod postacią chleba” warto zadać sobie pytanie: czy jest choć jedna scena w Ewangelii, w której ta postać mnie intryguje, fascynuje, działa magnetycznie? Czy czytam Jego „biografię”? Ktoś zwrócił uwagę, że Chrystus był niesamowitym retorem, używał barwnych porównań, inteligentnych ripost, zadawał zaskakujące pytania. Ciekawe. Lecz wiele więcej niż to. Na dziś warto sięgnąć po Jana, rozdział 6. Tam jest scena, gdzie Jezus mówi o swoim ciele jako o pokarmie, co wywołuje zgorszenie. Wielu uczniów odchodzi, stwierdza, że „ciężka ta mowa”. To już było dla nich za mocne. Zawsze wyjaśniał, aby dobrze zrozumieli (np. Nikodemowi w nocy), prostował i cierpliwie tłumaczył sprawy mniejszej wagi. Gdyby sądził, że to wynik nieporozumienia, zapewne nie pozwoliłby im odejść. Jednak On nie powiedział, że chleb będzie „symbolizował” Jego ciało, ale że będzie jego ciałem. A zatem wie, że został zrozumiany i dlatego odeszli. Mimo to nie „zmiękczył” przekazu, aby ich zatrzymać.
Dziś Boże Ciało. Jan 6, 48-66
 

środa, 10 kwietnia 2013

Cristiada

Cristiada

Obejrzałem film “Cristiada” i mogę powiedzieć: znakomity, wstrząsający, wzruszający, doskonały i wiele więcej. Dawno nie widziałem czegoś równie mocnego! To wielkie widowisko filmowe, które wgniata w fotel.

Warsztatowo jest bardzo dobrze zrobiony, wspaniała pierwszorzędnie dobrana obsada na czele z genialnym Andy Garcia, świetnie zagrany, poprowadzony reżysersko, nie ma mielizn scenariusza. Nie wierzcie różnym pismakom, którzy narzekają na reżysera, „nierówność” scen, że nie wiadomo, jaki to gatunek itp. bzdury. Zarzuty są tak miałkie, że szkoda to cytować, to szukanie dziury w całym, próba znalezienia mankamentów (których nie ma) byle tylko jak najmniej ludzi go obejrzało. (W tym kontekście dziwi mnie bardzo chłodna recenzja na portalu wnas.pl, co jest zastanawiające, ale mniejsza o to). Bardzo trafnie dzieli się swoimi wrażeniami Tomasz Terlikowski, którego tekst załączam, aby się nie powtarzać. Świetna recenzja również Edwarda Kabiesza w Gościu.

Film zarobił sporo pieniędzy w Meksyku i nie ma powodu, dla którego nie zarobiłby w Polsce. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłem, że jest grany tylko w dwóch małych kinach w Warszawie. Premiera i nie ma jej w Cinema City, Multikinie. Co jest grane?

Postanowiłem sprawdzić u źródła, skontaktowałem się z dystrybutorem. Co się dowiedziałem? Po pierwsze, żaden z dużych dystrybutorów nie był zainteresowany dystrybucją „Cristiady” w Polsce. Dlaczego? Nie wiem. Ale zapytajcie tych dystrybutorów.

Gdy już znalazł się mały dystrybutor, który robi to, bo szkoda mu, aby takiego filmu nie poznali polscy widzowie, ale nie ma kasy na promocję, odpowiednich zasobów, itd., okazało się, że dwie największe sieci kinowe czyli ani Cinema City ani Multikino nie są zainteresowane tym filmem. Dlaczego? Nie wiem. Ale zapytajcie ich.

Ponadto, akurat teraz na wszystkich forach internetowych ktoś wkleja linki do bezpłatnej kopii, której nie sposób zablokować, bo jest umieszczona na serwerze w Somalii. A w kinach film wyświetlany jest tylko przez 2 tygodnie.

Dlaczego krwawe prześladowanie katolików prawie sto lat temu przez wolnomyślicielski reżim (nie komunistyczny tym razem) ma być tematem tabu? Czy wiecie, że prześladowanie Kościoła w Meksyku nie skończyło się wraz z końcem powstania Cristeros ale trwało do końca XX w.? Papież Jan Paweł II za to, że pojawił się w sutannie podczas wizyty w Meksyku w 79 r. został obłożony karą pieniężną. Barbarzyństwo zwycięża, gdy dobrzy ludzie nic nie robią, nie dają mu odporu. „Zło dobrem zwyciężaj” nie jest wezwaniem do nicnierobienia. Przeciwnie.

Kochani,

Nie przegapcie okazji do wielkich przeżyć i wzruszeń. Ruszajcie do kin dziś, jutro, pojutrze, aby zobaczyć „Cristiadę” na dużym ekranie i poczuć tą solidarność z innymi wgniecionymi w fotele widzami. Nie oglądajcie wersji pirackich w Internecie. Zachęcajcie rodziny, znajomych i przyjaciół. Idźcie razem! Ruszajcie do kin! Jak zachęca Andy Garcia to nie jest film dla katolików to po prostu film wart zobaczenia przez każdego, kto lubi kino.

Prawda jest taka, że film jest za dobry i nie można go zmiażdżyć „zarzutami warsztatowymi”. Trzeba go więc zablokować zakulisowymi gierkami. Nie pozwólmy na to! Viva Christo Rey!

niedziela, 6 stycznia 2013

Orszak po raz piąty

W obecnym czasie częstych identyfikacji przeciw, dzisiejsze Orszaki Trzech Króli połączyły tysiące uczestników w wielu miastach Polski i świata. W czasach zastępowania życzeń „Wesołych Świąt” życzeniami sezonowymi („seasons greetings”) i przesyłania kartek z bałwankami i śniegiem zamiast choćby z choinką, a jeszcze lepiej ze żłóbkiem betlejemskim, szybko rosnąca popularność pochodów orszaków trzech mędrców do ulicznych szopek jest czymś naprawdę nadzwyczajnym.


Przy tej okazji nie wiem do końca dlaczego ale spontanicznie przypomniał mi się niezwykle interesujący wywiad sprzed kilku miesięcy z prof. Stanisławem Grygielem cały tutaj pt. Bajka o człowieku.

Oto fragment:

„Modny współczesny filozof Peter Singer głosi, że nie ma różnicy między ludzkim noworodkiem a zwierzęciem. To jest zupełnie inna antropologia. Jedna z zasadniczych linii sporu, który toczy się w świecie, leży chyba właśnie tu – w pytaniu o to, kim jest człowiek.

– Myślę, że tak. Pytanie, jak toczyć dialog z tym światem, o którym ksiądz mówi. Ja nie umiem rozmawiać z tymi ludźmi, dlatego że ja żyję antropologią, którą uprawiam. A więc to nie jest opinia, to jestem ja.

Tym, którzy pomniejszają człowieka, mogę tylko pokazać siebie i moje życie. Nic więcej. Nie mogę zamienić na opinię tego, kim jestem. Albo ktoś to widzi albo nie. Jeżeli nie, to muszę cierpliwie czekać. Może zobaczy. Nie mogę go opuszczać, muszę być z nim. Jeżeli mnie odrzuci, to będę stał pod drzwiami jego domostwa.

Czy nie należy polemizować z tymi, którzy upowszechniają tak małą wizję człowieczeństwa?

– Ja bym nie polemizował. Dlaczego? Bo wymiana opinii zawsze prowadzi do walki. A marksistowska zasada mówiąca, że istotę stosunków międzyludzkich stanowi konflikt, jest z gruntu nieludzka. Istotą relacji międzyludzkich jest bycie razem – communio. Słowo communio ma ciekawy źródłosłów. Pochodzi od munus – obowiązek’ oraz cum – ‘razem’. Czyli „żyć z obowiązkiem”. Kiedy wchodzę w kontakt z drugim człowiekiem, zaczynam żyć z obowiązkiem. Drugi człowiek jest dla mnie wielkim obowiązkiem. Ten, który stara się zniżyć człowieka do poziomu szczura, jak to ksiądz powiedział, jest nadal dla mnie obowiązkiem, nawet większym obowiązkiem. Bo ja powinienem przy nim stawać się jeszcze głębszą antropologią. Powinienem być dla niego epifanią (objawieniem). Z nadzieją, że zobaczy. Co powiedział Chrystus? „Nie przyszedłem po to, by polemizować z opiniami, ale dać świadectwo prawdzie”. Kiedy Piłat pytał: „Cóż to jest prawda”, Jezus odpowiedział mu milczeniem, które jest słowem prawdy. Prawda stała przed Piłatem, ale on szukał czegoś innego.”

czwartek, 25 sierpnia 2011

Obfite relacje w sezonie ogórkowym

Niedziela ok. południa, uśpiwszy najmłodszego, umykam przed piskami dziewczynek do pomieszczenia z telewizorem. Przerzucam kanały w poszukiwaniu bezpośredniej relacji z ŚDM w Madrycie. W żadnej z głównych polskich stacji, w tym telewizji publicznej, nie znajduję nic. Znajduję dopiero w bezpłatnie dołożonym amerykańskim kanale EWTN. Z tego co pamiętam, zawsze dotąd bezpośrednie relacje z poprzednich ŚDM były. Nawet za rządów telewizją ludzi lewicy.

Wieczorem główne wydanie Wiadomości o 19.30. Relacja z Madrytu gdzieś pod koniec, jakieś 30 sekund. Zero wypowiedzi młodych wolontariuszy z Polski, którzy dajmy na to oszczędzali cały rok, pracując dorywczo, aby tam pojechać. Żadnych komentarzy znawców tematu, watykanistów, komentatorów, brak reportażu z ulic, wypowiedzi mieszkańców stolicy Hiszpanii. Ot, sucha relacja. Potem trzyminutowy materiał o dwóch niepełnosprawnych rowerzystach przemierzających Karkonosze i inne frapujące historie w głównym wydaniu programu informacyjnego, z którego pół Polski dowiaduje się co najważniejszego dzieje się właśnie w świecie.

Czy naprawdę wyjazd ponad stu tysięcy młodych Polaków by spotkać się z dwoma milionami innych zapaleńców z całego świata nie zasługuje na więcej niż 30 sekund uwagi? W gazetach też prawie nic. Muszę poczekać na przekaz ustny, bezpośredni, od świadków, kiedy wrócą szefowie i wędrownicy FSE z Józefowa i hufca Warszawa-Praga.

O udziale 2200 szefów z FSE jako wolontariuszy dowiedzieć się natomiast mogliśmy z programu informacyjnego pierwszego programu telewizji francuskiej. Piękny reportaż. Życzliwi od razu umieścili na Facebooku. Czyżby w Polsce było gorzej niż we Francji?

To było w weekend, w piątek późnym wieczorem przywiozłem dziewczynki po tygodniu spędzonym u babć. W domu zawrzało jak w ulu. Podczas wakacji kilka razy odbierałem gratulacje jako ojciec piątki dzieci. Dodajmy, przesympatycznej piątki. Gdy miły włoski staruszek w toskańskim miasteczku ściskał mi dłoń, a choć wskazywałem na żonę jako najbardziej właściwą adresatkę tych gestów, on potrząsał nią jeszcze bardziej energicznie, myślałem „bez przesady”. Po spokojnym tygodniu wieczorów my i tylko Piotrek, pomyślałem: „może i toskański mędrzec miał rację, jest różnica i warto wspierać rodziców choćby uściskiem dłoni”.

środa, 22 czerwca 2011

Katolicki oksymoron

Powstaje tutaj katolicki oksymoron, co może potwierdzić każdy, kto tego doświadcza: bezkompromisowość co do zasad i miłosierny pragmatyzm w obliczu konkretnej rzeczywistości. Jak dobry, stary proboszcz, który grzmiał z ambony, a był wyrozumiały i serdeczny w tajemnicy spowiedzi. Katolicka hipokryzja? Nie opowiadajmy głupot. To zasłużony realizm dotyczący ludzkiej kondycji, zdolność otwierania się na życie i jego nieskończenie wiele przypadków, czego w swoim fanatyzmie nie znają współczesne ideologie. Mówią one, że kochają człowieczeństwo, ale odrzucają - o ile nie nienawidzą - konkretnego człowieka i jego małą wielką historię.

Jest pewna tragiczna anegdota, która zawsze mnie poruszała: Robespierre, niezniszczalny apostoł laickiej ascezy, moralności narzuconej masom w imię swojej abstrakcyjnej cnoty wysłał na gilotynę tysiące osób. Kiedy padło na niego i przybył na plac na dwukołowym wózku przeznaczonym dla skazańców, po raz pierwszy zobaczył narzędzie śmierci! Z trudem orientował się, gdzie było zainstalowane i tylko teoretycznie - jak działało. Ci, których wysłał na tę scenę, nie byli konkretnymi mężczyznami i kobietami, nie byli ciałem i krwią, radościami i smutkami, pragnieniami i lękami, młodzi i starzy z imieniem oraz nazwiskiem. Byli tylko symbolami, abstrakcyjnymi przedstawicielami zła, w pojęciu doktrynalnej etyki. Wszystkie te obcięte głowy (jedenaście tysięcy w ciągu zaledwie jednego roku) nie były niczym innym, jak dossier, pod którym ten kapłan boskiego rozumu złożył swój podpis, bez problemu sumienia, co więcej, przekonany, że służy sprawie doskonałego społeczeństwa.

Tymczasem chrześcijaninowi chodzi o wskazanie ideału, o nierezygnowanie nigdy z niego. O trud osiągania tego ideału zawsze, a jednocześnie gotowość zrozumienia słabości natury zranionej grzechem pierworodnym, okazywanie konkretnej osobie (zwróć uwagę: począwszy od nas samych) cierpliwości samego biblijnego Boga, który potrafi czekać, smuci się, raduje, czasem wręcz żałuje (…).

Vittorio Messori w wywiadzie-rzece „Dlaczego wierzę” str. 388

wtorek, 10 maja 2011

Po beatyfikacji


I jesteśmy po beatyfikacji. Ci, którzy byli w Rzymie, jeszcze pamiętają długie godziny na nogach, lecz wciąż są zafascynowani atmosferą tego wydarzenia. Kiedyś, podczas jednego ze spotkań z jednym z kręgów wędrowników pytałem ich o to, kto jest ich bohaterem, jakie mają wzorce osobowe, które chcą naśladować. Po angielsku nazywa się to uczenie „role models”. Gdy niektórzy odpowiadali - Jan Paweł II, drążyłem: „OK, ale w czym konkretnie chciałbyś naśladować papieża?” Wtedy część odpowiedzi była, hm, trochę ogólnikowa. Przypomniało mi się to, podczas czytania różnych bardzo ciekawych wypowiedzi opublikowanych w związku z beatyfikacją. A to czytanie dzięki mojej żonie, która dzielnie prowadziła samochód w tzw. długi weekend, gdy ja oddawałem się zaległej prasówce, po czym na sfatygowanej Rzeczpospolitej wypisałem 10 punktów „by konkretyzować”. Poniżej mój bardzo subiektywny, taki trochę zrobiony ad hoc i raczej praktyczny katalog dziesięciu cech osobowości Jana Pawła II, które wydają mi się fascynujące i co do których możemy próbować go naśladować lub chociaż nimi się inspirować.

1. Poczucie humoru. Znane z wielu książek, anegdot, opowieści. W ostatnich dniach w którymś z wywiadów podkreślał były rzecznik prasowy Joaquin Navarro-Valls, że z nikim nie śmiał się tak serdecznie jak z papieżem. Że bez poczucia humoru po prostu nie da się, wie każdy ojciec dorastających dzieci. Zapytajcie.
2. Wykorzystanie czasu. Pamiętam kiedyś uderzyła mnie opowieść jakiejś kobiety w jednym z filmów dokumentalnych, jak to Karol Wojtyła w czasie okupacji niemieckiej zawsze jadł czytając książkę, a w przerwach podczas pracy fizycznej w Solvay’u wyciągał grube tomiszcze Św. Jana od Krzyża i studiował. Wanda Półtawska z kolei wspomina, że podczas wakacji już z papieżem w Castel Gandolfo Ojciec Święty czytał sam trudniejszą książkę podczas, gdy ktoś inny czytał coś lżejszego na głos. Hm, niekoniecznie do zastosowania ale inspirujące.
3. Miłość Polski i polskiej kultury. Papież kochał polskich romantyków, Norwida, polskie góry, jeziora, krajobrazy, dał nam piękną lekcję patriotyzmu. Ja polecam szczególnie „Pamięć i tożsamość” i homilie z pielgrzymki z 1991 roku, np. z Masłowa, gdy pałał świętym gniewem i był bardzo zawiedziony tym, co działo się w Polsce. Co powiedziałby teraz?
4. Zdrowy, sportowy styl życia. Uwielbiał chodzenie po górach, kajaki, wędrówki, narty. Był pierwszym papieżem, któremu paparazzi zrobili zdjęcie w kąpielówkach (na szczęście nie opublikowali). Jednak gdy się o tym dowiedział, po prostu zażartował „No i co, dobrze wyszedłem przynajmniej?”
5. Towarzyskość, spędzanie czasu z ludźmi. Wiemy jak często papież jadał z gośćmi, ile osób towarzyszyło mu w prywatnej kaplicy. Jak to robił, że dla każdego znajdował odpowiednie, uprzejme słowo, że każdym był zainteresowany?
6. Ciekawość świata. Za komentarz niech posłuży wypowiedź George’a Weigla, biografa papieża-Polaka: „Pytają mnie często, jakie są najistotniejsze cechy osobowości Jana Pawła II. Obserwowałem go przez ponad ćwierć wieku, a przez 12 lat spotykałem się z nim osobiście. Często odpowiadam, że nigdy nie spotkałem kogoś tak intensywnie interesującego się wszystkim wokół. Jego umysł był zawsze zorientowany na teraźniejszość i na przyszłość. Był zawsze ciekaw nowych książek, nowych artykułów i nowych dyskusji toczonych w kręgu mojego intelektualnego i kulturalnego świata. Interesował się nawet najnowszymi żartami o sobie.”
7. Głębokie przyjaźnie, troska o przyjaciół, wierność. Mój częsty wyrzut sumienia, brak czasu, dwubiegunowość praca-dom. Przypomnijmy jedynie spotkania z kolegami ze szkoły, dla których zawsze znajdował czas, listy z rodziną Półtawskich i innymi z kręgu krakowskiego.

I w końcu mocniejszy kaliber, bez którego nie byłoby pewnie pierwszych siedmiu punktów.

8. Modlitwa, nieustanny, intymny i głęboki dialog z Bogiem. Znamy mnóstwo opowieści o tym, że to było dla Niego najważniejsze. Zawsze znajdował czas na rozmowę z najważniejszą Osobą, z tego czerpał.
9. Całkowite oddanie się Woli Bożej, Totus Tuus. Często powtarzał „Nie stawiajmy tamy Bożej Opatrzności”.
10. Miłość. Miłość Boga, Kościoła, NMP, ludzi. Ukochanie Eucharystii (zawsze była centralnym punktem Jego pielgrzymek).

Myślałem, że wiemy już wiele o Janie Pawle II, ale muszę przyznać, że przy okazji beatyfikacji ukazało się wiele niesamowitych świadectw, nieznanych szczegółów, fascynujących historii. Jest jeszcze wiele niezwykłych wręcz aspektów tej tytanicznej osobowości, z których możemy czerpać. Mnie np. fascynuje w wielkim papieżu, że był to człowiek wierzący w moc sprawczą słów i Słowa, które zmieniają historię. I przecież byliśmy tego świadkami. Nie wspominam tu nawet o ogromie nauczania, pism, spuścizny - to temat na odrębny wpis.

Historia toczy się dalej, świat nie zmienia się sam, zmieniają go ludzie.