"Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy

Jeszcze się spełnią piękne sny, marzenia, plany

Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom".


niedziela, 6 maja 2012

Oblężenie Zbaraża


Kilka dni temu Skauci Europy zdobyli zamek w Czersku. Dla prawie ośmiuset nastoletnich chłopców zdobywanie zamku, jak i całe Wielkie Harce Majowe były niewątpliwie niesamowitą przygodą. Sto siedemdziesiąt zastępów z ponad czterdziestu drużyn przybyło z całej Polski w okolice Góry Kalwarii, aby przez kilka upalnych dni uprawiać autentyczne harcerstwo. Trzeba było widzieć te radosne twarze! Byłem tam właściwie tylko przez chwilę więc nie jestem najlepszą osobą, aby opisać to wydarzenie. (Świetny opis np. tutaj: Skauci poharcowali.) Jednak kilka godzin w zupełności wystarczyło, by zakrzyknąć: zaiste, tegoroczne Harce Majowe były wielkie!

Porzuciwszy samochód na skraju lasu od razu napotkałem rezolutnego harcerza. Poinformował mnie uprzejmie i precyzyjnie, gdzie znajduje się obozowisko i co się wydarzyło dotychczas. Zapytałem w jakim jest zastępie. Odpowiedział grzecznie, że jest zastępowym, choć jest dopiero w szóstej klasie, ale to zastęp samodzielny, że wie, iż jest trochę za młody, ale nie było wyjścia. Przytaknąłem, mówiąc, że życie nie składa się tylko z idealnych sytuacji, a bycie zastępowym to przecież służba, którą czasami musimy podejmować wtedy, gdy zachodzi taka konieczność, a nie wtedy gdy byłby to dla nas najbardziej odpowiedni moment. Dodałem, iż dobrze to o nim świadczy, że ma taką refleksję. Po drodze zapoznałem się jeszcze z książeczką, w której jest wszystko co trzeba, prostą, w idealnym formacie mieszczącym się w kieszeni. Tak doszliśmy na skraj wielkiej polany.

Na jej obrzeżach kręcili się Skauci Europy, jedni przygotowywali posiłek, inni sprzątali, jeszcze inni już przygotowywali się do wieczornych ognisk. W kilku miejscach odbywały się narady platform (tym razem zwanych harcami). Każdą naradę prowadził jeden z bardziej doświadczonych drużynowych, odpowiedzialny za dany harc, otoczony wianuszkiem około dwudziestu zastępowych, z których każdy dzierżył pewnie proporzec swojego zastępu. Wszyscy nienagannie umundurowani, w beretach, choć wciąż było naprawdę gorąco. Twarze skupione, odpowiedzialne, dyskusje rzeczowe, konstruktywne. Co za widok! Teren emanował niesamowitym duchem i energią młodych chłopaków, zmęczonych upałem ale szczęśliwych.

Obozowanie w kilkuosobowych zastępach, pod okiem drużynowego, najczęściej studenta lub maturzysty. Życie jak na zwyczajnym biwaku a jednocześnie poczucie, że jest tylu innych w takich samych mundurach, żyjących tych samym stylem, tuż obok. Mocne drużyny z kilkunastoletnią tradycją, proporce ich zastępów obwieszone tasiemkami upamiętniającymi sukcesy kolejnych pokoleń. Tuż obok zastępy z bardzo młodych drużyn, powstałych rok, dwa temu, dopiero raczkujący w harcerstwie, miały okazję przypatrywać się i uczyć od bardziej doświadczonych.

A wszystko to dzięki kilkunastomiesięcznej pracy całego sztabu ludzi. Spotykam kilku na polanie. Najpierw Jurka Żochowskiego robiącego zawzięcie zdjęcia. On odpowiada za grę fabularną, znany pasjonat historii czyli właściwa osoba na właściwym miejscu. Kanwą gry jest „Ogniem i mieczem” i obrona Zbaraża (za który będzie robił zamek w Czersku). Za chwilę zderzam się z Marcinem Kuczajem, namiestnikiem harcerzy, który z notesem w ręku na bieżąco notuje to, co wymaga korekty, poprawienia, omówienia pewnie na najbliższej radzie szefów. W Kraalu Bartek Bodziechowski, komendant WHM, hufcowy krakowski. Dalej Paweł Przypolski, szef Kraala, on tu dyscyplinuje ekipę WHM, by cały czas towarzyszył jej dobry styl. Zza jego pleców wyrasta Piotrek Jedziniak, który czuwa nad programem. Kątem oka widzę pustelnię, ks. Marek chyba kogoś właśnie spowiada. Teren objeżdża właśnie samochód ekipy logistyczno-ochronnej Michała Fabiszewskiego. Mógłbym ciągnąć i ciągnąć, a kogoś na pewno bym pominął.

Ta grupa to siedmiu czy dwunastu wspaniałych, pasjonaci skautingu, a ściślej zielonej gałęzi. Są prawdziwi weterani jak Paweł, który pamięta pierwsze Harce na początku lat dziewięćdziesiątych. Jest świeża krew, jak Marcin i Bartek. Przecież to było chwilę temu jak podczas jednego z Adalbertusów ich zastęp kursantów zaprosił mnie na obiad i gawędziliśmy sobie o ważnych sprawach. Pamiętam, jak pomyślałem wtedy: „świetna ekipa, będą z nich ludzie”. I oto są. Młodzi mężczyźni z różnych części Polski przez ponad rok pracują nad imprezą dla swoich młodszych kolegów, co tydzień przez skype naradzają się, popychają sprawy do przodu. Pracują nad tym, aby te kilka dni było nie tylko przygodą, ale i dało efekt wychowawczy. By było nie tylko fajnie, ale i bezpiecznie. Potem zostawiają żony w domu i przez kilka dni usychają z chłopakami w upale, entuzjazmując się sukcesami skautów, jakby od tego zależała przyszłość Polski i świata. Bo czyż nie zależy?

W telewizji pełno reportaży o jakichś śpiewakach z kolejnego, robionego wedle tej samej sztancy programu. Udramatyzowanie, jak to trafili do programu, wysilali się, by w końcu zaśpiewać (o jak koszmarnie zaśpiewać). Co to oni nie lubią, jaki to pogląd mają na życie, etc. Banały, frazesy. Ale trzeba pokazać tumanom przed telewizorami, że dziś nie trzeba wysiłku aby być w tv. Nie ważne, że nie wiesz, kiedy wybuchła II Wojna Światowa, ani kto to był Kopernik i jesteś patentowanym leniem. I tak zrobimy o tobie reportaż, bo to się sprzedaje, a ciemny lud to kupi. Podczas gdy w okolicach Góry Kalwarii był znakomity materiał na reportaż o siedmiu czy dwunastu wspaniałych, którzy z pasji, ale i z poczucia obowiązku i służby społeczeństwu robią wydarzenie dla ośmiuset chłopaków. I jest to ekipa, w której znajdziecie i zdolnych, przebojowych studentów, i młodych menadżerów wielkich firm, i przedsiębiorców znających smak sukcesu i walki z biurokracją, tudzież wybitnego naukowca piszącego habilitację, czy zapalonych charyzmatycznych kapłanów.

Chłopaki, wiem, że nawet nie myśleliście o tym, aby ktoś robił o Was reportaże. Nie musicie być zakłopotani, reportażu nie będzie. (Na marginesie trzeba oddać sprawiedliwość, że dzięki zabiegom Tomka Podkowińskiego z oprawą medialną samych WHM było całkiem w porządku, był i materiał w telewizji, i artykuły w prasie). Piszę to po prostu jako obywatel, zatroskany o miejsce, w którym żyje. Zbulwersowany lansem troglodytów, i skromnością bohaterów. Polska będzie lepsza, gdy podobni pasjonaci będą realizować z determinacją dobre pomysły w różnych dziedzinach pro publico bono.

Mam nadzieję, że wielu z nich 30 kwietnia zdobywało zamek w Czersku.

P.S. Zdjęcia z imprezy zamieszczone tutaj zawdzięczamy Pawłowi Kuli i Pawłowi Przypolskiemu (mam nadzieję, że nie mają nic przeciwko). Więcej pysznych zdjęć np. na stronie WHM na facebooku.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz