Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mąż i Żona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mąż i Żona. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 lipca 2024

KILKA HISTORII, KTÓRYMI CHCIAŁEM SIĘ PODZIELIĆ Z WAMI


Taką przyjemność nam tu zrobiliście, Dobrzy Ludzie, dobrym słowem i życzeniami pod zdjęciem upamiętniającym dwudziestą siódmą (nie do wiary!) rocznicę naszego ślubu, że w ramach jakiejś wzajemności i wdzięczności chciałbym coś tu dla Was umieścić. Napisać coś niebanalnego albo chociaż przepisać skądś. Coś dającego wartość, może inspirację, może zadziwienie, może choć uniesienie brwi. Jedna myśl, jedno zdanie, jedno słowo. Tak lapidarnie mi się nie uda, jeśli w ogóle, ale postaram się jak najkrócej. Mimo wszystko jednak zanim zaczniecie dalej czytać lepiej zaparzcie sobie herbatę, wyjmijcie z lodówki zimny napój, zerwijcie kapsel, zapalcie cygaro, zarzućcie nogi na stół, a może rozeprzyjcie się na leżaku, w fotelu, nie wiem co jeszcze tylko chcecie, by było Wam wygodniej. Może wciągniecie się w kolejny mecz jak ja wczoraj w mecz Portugalii ze Słowenią. Lubię tego Cristiano Ronaldo, jest taki szczery w swoich emocjach, nie udaje, że nic się nie stało, nie zgrywa Greka, gdy schrzani karnego. To jest takie autentyczne, duży chłop a płacze jak dziecko. Jego mam siedzi na trybunach, a mogła go przecież nie urodzić. Znamy tą historię. Jednak nie maże się ale nadrabia, walczy, biega, jest w całości zaangażowany, ze swoimi mięśniami, siłą, męskością, ale i emocjami.

Ostatnio w artykule z okazji sto pięćdziesiątej rocznicy urodzin Chestertona wyczytałem, że właściwie był gotowy na konwersję do Kościoła katolickiego już w momencie napisania „Ortodoksji”. Jednak formalnie zrobił to dopiero 14 lat później. Przyczyną była delikatność wobec żony, niejako czekanie na nią, nie chciał sprawić jej przykrości, a ona opierała się temu. I tak nie obyło się bez niezrozumienia, Frances przystąpiła do Kościoła dopiero kilka lat później. Wzruszył mnie tą swoją czułością ten wielki umysł ale i ogromny fizycznie człowiek, błyskotliwy, jowialny Anglik.

Jakiś czas temu obejrzałem wreszcie film o Zofii Kossak ”Mulier fortis”, dzielna kobieta. Oczywiście tylko dokumentalny, zrobiony przez TVP (czy jeszcze znajduje się na platformie tvp.vod? czy też został stamtąd usunięty przez karnych najemników, którzy z ptaków nie orła lecz wybierają wronę?). Jest tam informacja, o której wcześniej nie słyszałem, iż Zofia Kossak otrzymała zaraz po II Wojnie Światowej nieformalną propozycję napisania czegoś „pod nagrodę Nobla”. Pasowało ją jej przyznać: uciekinierka z bloku wschodniego, emigrantka, wybitna pisarka polska i katolicka, znana już na świecie dzięki „Krzyżowcom” i innym książkom, „Sienkiewicz w spódnicy” ale o nieco bardziej uniwersalnym stylu i tematyce. Propozycja była kusząca, jednak nie podjęła jej, w zamian wyjeżdżając z mężem do Kornwalii, by tam pracować ciężko fizycznie w gospodarstwie rolnym. Oboje mieli grubo ponad pięćdziesiąt lat i nie byli przyzwyczajeni do takiego trybu życia. Trudny, wietrzny, melancholijny klimat, obcy ludzie wokół, codzienne oporządzanie zwierząt, uprawienie pola, itd. Gdy odwiedził ich miejscowy ksiądz, dziwił się, jak dają radę nie paląc w kominku bo „tu ludziom inaczej nie idzie wytrzymać niż patrzeć wieczorami z ogień”. Dlaczego to zrobiła? Jej mąż przesiedział całą wojnę w oflagu czyli obozie internowania dla oficerów i był w głębokiej depresji. Lekarze orzekli, że jedynym ratunkiem dla niego jest praca fizyczna na łonie natury, kontakt z przyrodą. Nie zastanawiała się długo, wyjechała z nim. Na kilka lat pisarka umilkła zupełnie, zaprzestała pisania czegokolwiek. Tylko drobne zapiski, z których potem powstały bardzo oszczędne „Wspomnienia z Kornwalii”.

Zmarły niedawno wybitny tłumacz języka angielskiego ale i pisarz, myśliciel, judoka, Lech Jęczmyk. Chciał studiować anglistykę, może polonistykę, w czasach głębokiej komuny dostał wilczy bilet, mógł studiować tylko filologię… rosyjską. Postudiował, i tak ostatecznie został tłumaczem literatury angielskojęzycznej, i to wybitnym. Różne są drogi, może za często przywiązujemy zbyt dużą wagę do z perspektywy czasu mało znaczących spraw.

I harcmistrz RP Stanisław Sedlaczek, wróciłem do jego biografii, chciałbym ukończyć jej czytanie. Aresztowany w 1941 roku w swoim warszawskim mieszkaniu, więziony w Oświęcimiu, tam zginął. Nie uczestniczył w konspiracji zbrojnej, nie było procesu, nie było zarzutów. Prawdopodobnie padł po prostu ofiarą akcji eksterminacji polskiej inteligencji. „Po prostu”. To brzmi jak koszmarny sen, ale to nie był sen. Okupacja Polski w czasie II Wojny Światowej to był koszmar, hekatomba, którą trudno nam sobie nawet wyobrazić a której pamięć jest teraz zacierana. Pytanie do czytających to historyków: czy są jakieś archiwa, do których można by mieć dostęp, niemieckie oczywiście, gdzie można by znaleźć informacje o tym aresztowaniu, jakieś protokoły itd.? Jestem przekonany, że dokumentacja była sporządzana jak należy. W każdym razie: gdy gestapo pojawiło się na dole w kamienicy, dozorca dobiegł do mieszkania Sedlaczka i ostrzegł go, aby uciekał. Z mieszkania było drugie, tylne wyjście. Bez problemu mógł zbiec. Nie zrobił tego. Nie wahał się ani chwili. W żadnym razie nie chciał narażać żony i dzieci. Takie jest świadectwo dozorcy.

I jeszcze Czesław Miłosz. Nie dlatego ten cytat poniżej, aby znalazł się w kontrapunkcie, te słowa świadczą po prostu o tym, że miał sumienie, refleksję nad sobą, krytycyzm. Daleki jestem od osądów, od osądzania kogokolwiek, szczególnie jego na podstawie tego cytatu, ale cytat ten jest cenny, jest wymowny. Niejednemu może dać do myślenia.

„– I zmagał się z pytaniem: może byłoby lepiej, gdybym tego wszystkiego nie osiągnął, a był zwyczajnie lepszym człowiekiem? I może czułość do człowieka jest ważniejsza niż sztuka?

– Nie wierzę, że tak myślał naprawdę?

– W każdym razie stawiał takie pytanie. Pytał nawet mnie, czy moim zdaniem to się „opłacało”, ponieważ bardzo się obwiniał o nieszczęścia swojej rodziny. Że był złym ojcem, nie dość oddanym mężem.”

To powiedział Andrzej Franaszek, autor biografii Czesława Miłosza o dylematach tegoż, w wywiadzie dla pisma „Bluszcz”.

Czy cena sławy zawsze jest wysoka? Czy musimy ja płacić w taki sposób? Nie tylko sławy, ale i cena władzy, pieniędzy, dobrobytu, pozycji zawodowej, wygodnego życia oddającego się podróżom i wyszukanym przyjemnościom?

Często tak jest, coś za coś!

Piszę też o tym wszystkim, mając w pamięci trzy śluby ostatnio, w których dane nam było uczestniczyć, budujące, pełne nadziei na szczęście każdego z tych dwojga, i na więcej szczęścia wokół nich, na roztaczanie się dobra, dzielenie się nim, promieniowanie.

I jeszcze dwa pamiętne wydarzenia tej wiosny. Wszystko tej wiosny, dacie wiarę? Świętowanie, huczne, dwudziestopięciolecia małżeństwa dwóch par przyjaciół. Och, co to były za wieczory! Najpierw ten w kwietniu: spod kościoła państwo młodzi odjechali kabrioletem. Tak, spełniają się niektóre nasze marzenia, realizowane przez innych😉 Potem taniec, teledysk, piosenka zaśpiewana przez niespodziewającego się tego nawet po sobie rocznicowego pana młodego. Potem w czerwcu, znowu program artystyczny, piosenka skomponowana specjalnie na tę okazję. Czad. Wesoło, spontanicznie, jednocześnie na luzie, w dobrym stylu. I dzieci, dobrze wychowane dzieci, dające sobą świadectwo o swoich rodzicach, o ich wysiłku i trosce przez te wszystkie lata. O tym, że nie tylko przewijali, karmili, prowadzali do szkół, ale i cierpliwie upominali, zwracali uwagę, szlifowali powierzone im diamenty aby stawały się brylantami.

Dziękuję za uwagę. I jeszcze raz za życzliwe życzenia!


poniedziałek, 6 lutego 2023

POSTANOWIENIA NOWOROCZNE, URODZINOWE I INNE


 POSTANOWIENIA NOWOROCZNE, URODZINOWE I INNE

Warto mieć postanowienia. Noworoczne, urodzinowe, okolicznościowe, jakiekolwiek. Nawet jeśli nie uda się ich zrealizować w stu procentach, a nawet nie w dwudziestu za to tylko cokolwiek się uda, to i tak prawdopodobnie uda się więcej, niż gdybyśmy takich postanowień w ogóle nie robili.

Ludzie mają różne postanowienia: przeczytać X książek, schudnąć Y kilogramów, przejść Z kilometrów. Czasami mniej konkretne: więcej sportu, mniej stresu, więcej czasu dla najbliższych. Warto mieć postanowienia, i warto aby były konkretne.

Czasami śmieję się, że zazwyczaj nie muszę szukać nowych, bo te z poprzedniego roku są doskonale świeże, trafione i niezrealizowane. Z drugiej strony jak patrzę na te sprzed kilku lat, to powoli, z mozołem, wolniej niż zamierzałem, ale co nieco jednak udaje się realizować.

Brian Tracy radzi aby swoimi postanowieniami, dobrymi deklaracjami dzielić się z innymi, upubliczniać je, wtedy jesteśmy pod ścianą, aby nie stracić zupełnie twarzy, musimy się mobilizować bardziej aby jednak coś nie coś pchać sprawy do przodu.

Przyjąłem tą ryzykowną radę Briana w dobrej wierze i przed radzeniem komukolwiek innemu, postanowiłem ją zaaplikować do samego siebie. Dlatego w dniu 1 października podczas wieczoru autorskiego „Wszystkich klęsk wieku (nie)męskiego” wobec dwu setek wspaniałych i wyrozumiałych ludzi dobrej woli o czułym spojrzeniu, wypowiedziałem kilka postanowień. Do zrealizowania nie w ciągu jednego roku, ale w ciągu lat dziesięciu. O ile nastąpią ma się rozumieć te lata w miarę dobrym zdrowiu, pozwalającym na ich realizację.

Wśród tych postanowień jest m.in. napisanie 10 książek i przeczytanie 500 innych.

I jak to idzie? Czy chcecie wiedzieć?

Tutaj nastąpić powinna długa pauza… Zastanowienie, co też odpowiedzieć ludziom o przyjaznym spojrzeniu? Którzy w swojej szlachetności wzięli to wszystko za dobrą monetę.

I słusznie. Bo to nie był przecież żart!

Otóż idzie o to, że nic co dobre w życiu nie przychodzi łatwo. Można powiedzieć nawet, że ciężko. Realizować takie postanowienia. Miałem jeszcze inne postanowienie: zrealizować 100 nieprzeciętnych transakcji i projektów zawodowych. Z tym idzie nieco lepiej. Dlatego właśnie z pozostałymi postanowieniami idzie nieco gorzej (czytanie), a nawet bardzo źle (pisanie). Nie zraża mnie to w ogóle. W tym była cała mądrość jednych i takich samych postanowień podejmowanych nie na rok ale na dziesięć lat!

Sandor Marai, pisarz totalny i pełny, wspomina, że jeden z jego idoli, inny węgierski pisarz Gyula Krudy w ostatnich latach swojego życia (a żył lat 55) „wypijał dziennie cztery, pięć litrów wina. I do końca pisał, z niesłabnącą siłą i doskonałością.” Z kolei kolega Jarosław, dzięki któremu nota bene może już niedługo trafi do Was audiobook „Wszystkich klęsk”, pocieszył mnie z kolei historią pewnego Japończyka ocalałego z atomowej hekatomby w Nagasaki, który na rok przed śmiercią, przykuty już do łóżka, podyktował z głowy pięć książek, jedna za drugą.

Cóż za optymistyczna wizja😉

Tymczasem jednak udało się co nieco pokończyć z dawno porozpoczynanych lektur. Kilka wartych jest polecenia.

Wspomniany Sandor Marai jest autorem dwóch powieści, które można z pewną nieśmiałością ale jednak nazwać, promałżeńskimi. To „Rozwód w Budzie” i „Ta prawdziwa”. Obie jak to u Maraia osadzone są w nostalgicznym nastroju odchodzącego mieszczańskiego świata przedwojennych Węgier, w których się wychował. Obie mogą się dłużyć niemiłosiernie współczesnemu czytelnikowi, dialogów tam jak na lekarstwo. Dziwne ale mimo braku wartkiej akcji napięcie rośnie ze strony na stronę.

„Rozwód” to opis nocnej rozmowy. Do sędziego orzekającego w sprawach rozwodowych przychodzi dawno nie widziany kolega z lat szkolnych i drobiazgowo opowiada historię swojego małżeństwa, co do rozwodu którego następnego dnia ma orzekać gospodarz. Gość odtwarza wydarzenia, z których wynika, że między jego żoną a sędzią coś kiedyś tam zaiskrzyło, z czego ni mniej ni więcej, miałoby wynikać, że właśnie sędzia i żona nocnego gościa to dwie połówki tej samej pomarańczy. Ergo, życie sędziego to jedno wielkie kłamstwo. Nocny gość poddaje się wymowie niezbitych dowodów i niejako odpuszcza, godzi się na swój los i oddaje żonę temu, którego żoną powinna być od początku. Dotychczasowe życie sędziego jest w związku z tym grubym nieporozumieniem. Słuchamy tych wywodów z zaciekawieniem, jednak często tak jakbyśmy słuchali spowiedzi wariata. Gdy nocny gość wreszcie opuszcza mieszkanie, sędzia wchodzi do pokoju, gdzie śpi jego rodzina, spogląda na nich i zamyśla się: „Wszystko to nie może być „nieporozumieniem”, ta śpiąca kobieta i tych dwoje pogrążonych we śnie dzieci…”

Widzicie, owoce decyzji nie mogą być nieporozumieniem. Życie wynikające z porywu serca nie może nic nie znaczyć.

Ja jestem za mało inteligentny aby odnaleźć wszystkie znaczenia, ale czytam motto, czytam ostatnie zdanie powieści i myślę sobie, czy Marai nie chciał też pokazać, że jeśli noc przynosić może czasem wątpliwości, to za dnia one znikają, i trzeba o tym pamiętać, trzeba zawsze starać się „dotrwać do świtu”? Czy nie chciał on też powiedzieć, że małżeństwo, miłość to decyzja, to świadome zadziałanie ludzkiej woli, a nie jakieś fatum, któremu trzeba się poddać. Książka ta ukazała się w latach, gdy przez Węgry przetaczała się dyskusja w związku z wprowadzeniem do prawa cywilnego rozwodów. A głos Maraia interpretowany był jako głos na „nie”.

Druga powieść to „Ta prawdziwa”. Historia małżeństwa, zgodnego, dobrego małżeństwa, w które w pewnej chwili wkrada się niepokój. Między żoną a mężem prawdopodobnie jest ta trzecia. Świadczy o tym zazdrośnie strzeżona w portfelu męża wstążka należąca do innej kobiety. Mój Boże, jakie piękne, subtelne czasy, gdy zdradą było zachowanie pamięci o osobie, z którą zamieniło się raptem kilka słów, nic więcej, a która wręczyła temu mężczyźnie wstążkę. Jednak w głowie męża zagnieździła się w związku z tym jakaś obsesja, jakiś przymus. By pędzić do, wypatrywać tej prawdziwej, tej właściwej kobiety. Nie chcę pisać o tym, co wydarzyło się dalej. Napiszę jak to się skończyło. Skończyło się kompletną porażką. Można wzruszyć ramionami - tak to się kończy gdy delikwent obsesyjnie szuka „tej prawdziwej” i w imię tego poszukiwania zostawia tą pierwszą dla tej drugiej, a potem i drugą dla kolejnej. Klasyka gatunku. Ale weź to wytłumacz Kurzajewskiemu jednemu czy drugiemu. Mimo całego szacunku dla Marai’ego jako pisarza, bowiem zaiste wielkim pisarzem był, myślę, że Sandor nie da rady wielu przekonać. Ta literatura uwodzi swoim klimatem, nostalgią, przenikliwością, subtelnością ale nie potrząśnie raczej współczesnymi poszukującymi „tej prawdziwej”. No właśnie: kobiety, miłości? Spełnienia, szczęścia? To szkodliwy mit wbijany nam przez tysiące kolorowych tygodników i przekombinowanych seriali.

Jeśli są tu jacyś młodzi czytelnicy, którzy może szukają drugiej połowy, może rozglądają się, zastanawiając czy „ta”, czy „inna”, która prawdziwa, to niech mnie teraz dobrze posłuchają. Miłość to nie gonitwa przez cały świat za „tą prawdziwą”. Miłość to decyzja, miłość to zaangażowanie, miłość to ryzyko. Może żyje gdzieś obok was dziewczyna, którą znacie z sąsiedztwa, ze szkoły, z harcerstwa, która nie jest postacią z Waszych snów, nie przypomina zwiewnej nimfy z długimi jasnymi włosami i wiankiem na głowie, albo jakiejś współczesnej wersji seksbomby. Ale która oczekuje na miłość, na zaangażowanie, na faceta, na którego będzie mogła liczyć, z którym będzie mogła się śmiać i dzielić troski każdego dnia. Give it a try! Spróbuj. Daj życiu szansę. Umów się do cholery! I to samo w drugą stronę, przecież żyjemy w czasach, gdzie dziewczyna nie musi czekać bezradnie w szklanej wieży na błędnego rycerza…

Z mądrych ksiąg przeczytałem jeszcze starego, dobrego Chestertona. Zbiorek awantur pt. „Dla sprawy”. Można powiedzieć, że teksty Chestertona starzeją się pięknie i z godnością. W obliczu tego co mamy teraz, wadzenie się angielskiego myśliciela z protestantami czy scjentystami jawi się jako niewinne igraszki. Piękne jest to, że Chesterton błyskotliwie obnaża mielizny ateizmu oraz różnych prądów i tendencji, które dzisiaj mają już swoje kolejne dalej rozwinięte stadia, o których nawet mu się nie śniło. Przy jego finezyjnych popisach dzisiejsze dyskusje to jak walenie cepem. Miło się to czyta a celność wielu spostrzeżeń bawi i poucza. Weźmy choćby taki artykuł „Coraz dalej od domu”. Chesterton pije w nim do reformatorów czy raczej niszczycieli instytucji rodziny. Porównuje ich do gościa podbiegającego do płotu w podskokach i oznajmiającego: „Nie widzę żadnego pożytku z tego płotu. Usuńmy go!”. Gość nie zadaje sobie pytania, kto i po co ten płot tam postawił, nie zastanawia się nad tym, że nie wyrósł on sam, że chyba nie byli głupcami ci, którzy trudzili się aby go tam postawić. Do podobnie atakowanych jego zdaniem instytucji należy Dom Rodzinny. Ci, którzy usilnie próbują go zniszczyć, nie zadają sobie nawet trudu aby zrozumieć jego celowość. Wydają ogrom pieniędzy aby tworzyć instytucje, które usiłują zastępować zadania domu rodzinnego, zamiast wspierać to co naturalne i … tańsze. Porównuje ich do robotników, którym nie podoba się, że prąd rzeki porusza koło młyńskie, i zamiast wodą poruszają tym kołem sami, siłą swoich mięśni.

Jak pisze w innym miejscu ”w naszych czasach człowiek zyskuje reputację mistrza paradoksów, jeśli najzwyczajniej w świecie powtarza, że truizmy są prawdziwe”. Piękne to były te czasy Chestertona.

A na końcu abp Charles J. Chaput, emerytowany biskup Filadelfii, klasa po prostu. Chciałem takiej książki, mądrej, pełnej odniesień do innych prac, gdzie autor dzieli się głęboko przemyślanymi przez siebie sprawami. Tytuł książki: „Za co warto umierać? Myśli o tym, dla czego warto żyć.”

Książka jest za bardzo eklektyczna abym ją streszczał albo częstował Was wyrwanymi z kontekstu cytatami. Tylko kilka z nich:

„Umacnia się w nas wiarę w to, że prawdziwe szczęście jest wynikiem zaspokojenia naszych osobistych pragnień. Karmiony tym przekonaniem drapieżny indywidualizm jest tym, co zdominuje świat, jeśli pewnego dnia zaczniemy żyć jako ponadnarodowi „obywatele świata”. Naszym przeznaczeniem nie będzie już jedność powszechnego braterstwa. Będziemy żyć w sterowanym technokratycznym kokonie, stworzonym, aby promować konsumpcję i autokreację. Zamiast utraconej solidarności zyskamy pocieszenie w postaci zakupów i podróży”.

O przyjaźni: „Kiedy dwóch idzie… jak powiada Homer. I do myślenia bowiem, i do działania zdatniejsi są ludzie we dwójkę”.

„Wszystkie udane małżeństwa są przede wszystkim w ostatecznym rozrachunku związkami przyjaźni.”

Za Henri de Lubac: „Naszą misją nie jest doprowadzenie do triumfu prawdy, lecz tylko dawanie jej świadectwa.”

„Mamy względem tego świata obowiązki, które nie pozwalają nam na komfort milczenia na forum publicznym albo ucieczki od dzisiejszych konfliktów do jakiejś kryjówki w górach”

sobota, 5 listopada 2022

Zupa nic!


Gdybym ten film obejrzał wcześniej to nie wiem czy siliłbym się na niektóre teksty we „Wszystkich klęskach wieku (nie)męskiego”. „Zupa nic” to bowiem piękny fresk (choć słowo to nie pasuje zupełnie do tamtych czasów) lat osiemdziesiątych, na które przypadło i moje dzieciństwo. Z tego dzieciństwa i wczesnej młodości niektóre smaczniejsze kąski starałem się przywołać i ocalić we wspomnianej książeczce. Jeśli nie wiecie co obejrzeć w ten weekend a chcecie obejrzeć komedię, mogę szczerze polecić ten film. 

Adam Woronowicz prezentuje w nim najlepszą formę, jest w swoim żywiole w roli pomiatanego przez system schyłkowego PRL-u architekta. Wtórują mu koncertowo Kinga Preiss grająca jego żonę i Ewa Wiśniewska (teściowa), oraz szwagier Zenek czyli Rafał Rutkowski. Różne sceny w filmie są po prostu genialne. I ma się rozumieć, prześmieszne. Ten entourage głównego bohatera, ten outfit, na czele ze skórzaną brązową marynarko-kurtką, ale i spodnie dzwony, i takie koszule non-iron z wywijanymi kołnierzami, i ten brzuszek piwny, no, uczta dla oka. W tym filmie jest wszystko: blaski i cienie pomieszkiwania w dwóch pokojach rodziny z dwoma córkami oraz teściową, zgubienie kartek na mięso, pijany ojciec wracający przed Wigilią z choinką-kikutem, wygranie talonu na samochód, radość i smutki z tym związane (problemy z gaźnikiem, kradzież kół). Jest karp w wannie przed Wigilią, jest skok przez kozła na lekcji WF-u, jest wszechwładna cesarzowa-kadrowa w pracy i płaszczenie się przed nią. Są wycieczki na saksy na Węgry i przemycane kołnierze z lisów, jest i szwagier cwaniak, który umie się ustawić w rzeczywistości jaka jest, no i kolejka za meblami uwieńczona niesamowitym sukcesem – zdobyciem „wypoczynku Edyta”.

W tekście „Każdy chciał być DJ-em” wspominam podobne perypetie:

„Mój ojciec kiedyś stał całą noc w kolejce przed sklepem sportowym, bo dostał informację, że mają rzucić namioty. Nasz stary nie nadawał się już do użytku, więc nowy bardzo by nam się przydał do wyjazdów. Nad ranem okazało się, że dojechały nie namioty, tylko rowery i śpiwory. Rowerów trzy sztuki, więc ojca już to szczęście nie objęło, za to kupił dwa śpiwory. Wprawdzie śpiworów akurat nie potrzebowaliśmy, ale skoro je rzucili, grzechem byłoby nie wziąć po całej nocy koczowania pod sklepem na zimnie.

Innym razem całą rodziną obstawialiśmy dostawę mebli. Mamie marzyły się mahoniowe matowe regały. Nie dotarły. Może w przyszłym tygodniu? Znowu koczowanie. I tak ze trzy razy. W końcu przywieźli. Jasne na wysoki połysk. Wzięliśmy oczywiście. Do dzisiaj straszą w mieszkaniu mojej mamy. Ale ile było podczas tych komitetów kolejkowych zabawy wieczornej i nocnej, podchody, w chowanego, berek, żarty, totalna integracja dzieciarni asystującej matkom i ojcom.”

Wspomnę tylko, że z tym namiotem jeździliśmy „maluchem” czyli fiatem 126p w góry, a bagażnik dachowy wyglądał identycznie jak ten, który Woronowicz tak umiejętnie upinał w filmie przed wyjazdem na wakacje.

Co w tym filmie urzeka? Wszystko: dobrze skrojone i obsadzone role, scenariusz, jest tu jakaś finezja, której zazwyczaj brakuje w polskich produkcjach, szczególnie z komediach. Lecz przede wszystkim urzeka atmosfera! Ciepła, pobłażliwa, to nie jest żaden sentymentalizm ani z drugiej strony brutalne ciśnięcie beki jak w Alternatywach 4 u Barei. Historia jednej z tysięcy rodzin, ze standardowymi problemami dla tego czasu, ale z tego wyłania się jakaś wdzięczność, piękno, relacje, wspieranie się w życiu. Nawet scena imienin to klasyk. Tam jest wszystko: trzy małżeństwa, sałatka z warzyw, nóżki w galarecie, coś do przepijania tej galarety. Tak to wyglądało, biednie, groteskowo. Ale budzi to naszą sympatię, nie tylko dlatego, że to część naszej historii, życie naszych rodziców czy dziadków, ale dlatego bo przez tę ciasnotę, upokorzenia, przez ten peerelowski paździerz prześwituje życie. Podstawowe relacje rodzinne, sąsiedzkie, koleżeńskie - dzięki którym łatwiej żyć. Dzięki którym życie w ogóle nabiera większego sensu. Bez względu na zmieniające się scenografie życia, gadżety, materialne przedmioty westchnień - jakość relacji napędza jakość życia.

Może i nieładnie powiedziane, ale chyba prawdziwie.


piątek, 17 grudnia 2021

Before “I’ll be back”


Ostrzeżenie małym drukiem: Tekst przeznaczony tylko dla osób o silnych nerwach, trudny do czytania w grudniu, niedoczytanie do końca może grozić uszczerbkiem dla zdrowia, doczytanie do końca tym bardziej.
Drodzy Przyjaciele, Szanowni Państwo,
Ostatni rok okazał się dla mnie rokiem niezwykłym. Najpierw wypadek samochodowy. Skończyło się na urazie mojej córki (wszystko na szczęście już dobrze) i „tylko” skasowaniu samochodu, siniaków nie liczę. Jednak dobrze przecież pamiętam, że przez ułamki sekund liczyłem się z tym, że właśnie wyświetlają się napisy końcowe filmu pt. „Dzieciństwo, młodość i dojrzałość Zbigniewa Korby”. Potem wszystkie codzienne troski i sprawy zaczęły jawić się jakby z innej perspektywy, jako drobnostki upiększające życie. Życie! Życie, które jest darem, największym, najwspanialszym darem. W obliczu takich wydarzeń wszystko nabiera innego smaku, wymiaru, głębi. Myślę, że wielu z Was tego jakoś też doświadczyło w ostatnim czasie, umiera przecież więcej osób niż zwykle, może niektórzy z nas pożegnali kogoś bliskiego czy znajomego. Ja w każdym razie czuję, że Ktoś podarował mi dodatkowy czas, dodatkowy rok.
Następnie pożegnanie z firmą, w której pracowałem ponad osiem lat i zostawiłem kawałek życia. To narastało od dłuższego czasu i w końcu musiało chyba nastąpić. Wszystkim współpracownikom i dziesiątkom świetnych ludzi niezmiennie jestem wdzięczny za wspólną przygodę, trudy i sukcesy! Dla mnie nastąpił jednak czas na zmianę. Głęboki oddech, raz, dwa, trzy… Przed podjęciem nowych wyzwań zawodowych postanowiłem przez kilka miesięcy zająć się zajęciami zgoła innymi niż zajęcia dotychczasowe. Nadarzyła się okazja unikalna, jedyna w swoim rodzaju aby zrobić to, co wydawało się dotąd niemożliwe.
Postanowiłem wykorzystać ten czas na podładowanie akumulatorów: intelektualnych, fizycznych i duchowych. Najpierw pomyślałem aby zadbać o żelazną dyscyplinę, inaczej z tych wszystkich planów będą nici. Nie tylko nie chciałem zwalniać normalnego tempa ale wręcz je podkręcić. Sen - pierwsza sprawa, mocne siedem i pół godziny każdego dnia i uregulowany tryb życia. Do łóżka przed dwudziestą trzecią, wcześniej dwugodzinny detoks od elektroniki. Gdy musiałem nadgonić plan, wiele razy czułem się członkiem klubu „5 a.m.” Zachętę do wstawania o piątej rano zawdzięczam podpowiedzi Mateusza Kusznierewicza (zobaczcie jego wpis na Linkedin z wakacji). Wolę szóstą trzydzieści, ale kilka razy taka wcześniejsza pora ocaliła mi plan dnia. Ostra zaprawa fizyczna, zrzuciłem na początek pięć kilogramów, lepiej się biega zdecydowanie. Jogging, rower, basen. Do tego weekendowo strzelnica, golf i tenis. A codziennie klasyk komandosów, udało mi się wreszcie dojść do stu pompek za jednym zamachem. Podobnie przysiady i brzuszki, gorzej tylko idzie podnoszenie się na drążku ale i tak robię kilka razy więcej niż jeszcze rok temu. W tym czasie „zbiegałem” i objechałem rowerem całą okolicę, naprawdę grzech, że tak późno, tyle miejsc niesamowitych. Jeśli chodzi o dietę, naprzemienna: wege, active, keto. Od miesięcy czuję się jak młody bóg.
Jako zwolennik oldskulowej formuły „w zdrowym ciele zdrowy duch”, wszystkie te ćwiczenia dla ciała traktowałem jedynie jako dobrą podstawę do pracy intelektualnej i duchowej. Rozmyślania, medytacje i lektury, odwiedziłem też kilka pustelni. Jednak nie jestem mnichem, a zwyczajnym zjadaczem chleba, którego żywiołem jest przecież aktywne życie i praca, w moim przypadku praca intelektualna. Praca od lat jako mocno zaangażowany prawnik, a w ostatnich latach także manager, manager usług prawnych, prowadzący właściwie biznes przedsiębiorca, dyrektor HR-u, szef sprzedaży i tak dalej. Żartowałem często, że pandemia, to siedzenie w domu, byłaby świetnym czasem, gdyby nie to, że pracowałem jako prawnik - doradca przedsiębiorców i jednocześnie przedsiębiorca i pracodawca. W praktyce oznaczało to jeszcze więcej czasu niż wcześniej. Plusów siedzenia w domu aby więcej czytać, oglądać, spacerować jakoś nie było. Teraz miało być inaczej. Ruszyłem z impetem do walki.
Po pierwsze, zaległe lektury. Wszystko co chciałem od lat przeczytać ale bałem się nawet o tym pomyśleć. I mnóstwo nowości, zacząłem bowiem od zamówienia prawie setki książek z księgarni internetowych i antykwariatów, zakupiłem też mnóstwo ebooków. Kindle jest tak poobijany, że muszę go wymienić, ale na razie szkoda mi czasu na czynności organizacyjne. Muszę wymienić też okulary, piec, opony w samochodzie, kilka żarówek, sytuacja na pewno do tego niebawem dojrzeje. Udało się przez te ileś tam tygodni przeczytać ponad siedemdziesiąt różnego rodzaju książek. Sporo literatury pięknej, niszowa klasyka: Flannery O’Connor, van der Meersch, Marai, Bernanos, Huysmans, Greene - właściwie wszystko co kiedykolwiek wydano po polsku, i sporo w oryginale. Do tego wiele nowości – głównie pod kątem techniki pisania, stylu, konstrukcji, by utrzymać się w formie. Przeczytałem też wiele wynurzeń wielu pisarzy o tym jak pisać, w myśl zasady, że najbardziej praktyczna jest dobra teoria.
Następnie Polska, której już nie ma, która odeszła. Od dawna byłem totalnie sfrustrowany, że wydaje się teraz tyle pamiętników, wspomnień, dzienników, których nie było zupełnie wtedy, kiedy miałem czas na czytanie np. gdy byłem w czwartej klasie liceum albo na pierwszym roku studiów. Aż przyszedł moment, że czas ten się znalazł. Niesamowite książki Pawlikowskiego, Jałowieckiego, Meysztowicza, Lanckorońskiej, Gawrońskiego, Sapiehy, Ronikiera i wielu innych. Do tego cała publicystyka Mackiewicza, jaki to wspaniały szlachciura wileński jest, co słowem tnie jak szablą.
Do tego trochę historii: Montefiore o młodym i starym Stalinie oraz jego dworze, Kershaw, Volker i McDonough o Hitlerze. Brr! Potem Harris trylogia o Cyceronie, jeszcze kilka rzeczy o rozegraniu Polski przed rozbiorami i o lekkomyślnych powstaniach. Nie liczę ogromu publicystyki, analiz, artykułów. Miałem ochotę na poczytanie o mechanizmach zdobywania i wykonywania władzy. Czy te mechanizmy są zastrzeżone dla polityki, czy występują też w innych działalnościach ludzkich? Czy jest sens babrać się w historii? Okoliczności się zmieniają, a człowiek się nie zmienia. Tak myślę.
Gdy miałem dość tego babrania się w historii, jakże dla nas bolesnej jako Polaków, przerzucałem się na książki pozwalające lepiej rozumieć teraźniejszość. Przede wszystkim wszystko co się ukazało na temat „wielkiej czwórki”. Nie, nie tej, którą wspierałem jakoś tam dokładając małą cegiełkę do budowania w Polsce usług prawnych. Chodzi o inną wielką czwórkę, chyba potężniejszą: o Amazona, Apple’a, Facebooka i Google’a. A zatem czytałem o „Wieku kapitalizmu inwigilacji”, o „Ugly truth”, ale i o Netflixie, o Spotify, niektóre jeszcze nie przetłumaczone na polski. IGen - o tym jak to wszystko wpływa na dzieci, o „Epidemii egoizmu”, o „Cyfrowej demencji” i wiele innych. Dopiero zaczynamy cokolwiek orientować się jak to wszystko oddziałuje na nas, jak zmienia ludzi i świat. dopiero pojawiają się badania. Dalej wizje Schwaba, Gatesa, czwarte rewolucje przemysłowe, całe to zamieszanie wokół covid. I klasyka Zajdel (odkrycie), i powrót do klasyków dystopii: Orwell, Huxley, Lem, Dick. I co mogę Wam powiedzieć? Przypomnijcie sobie Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya i cieszcie się chwilą póki trwa.
Żyjemy w czasie wielkiej niepewności, rozchwiania, wzrastających napięć społecznych i międzynarodowych. Powinniśmy trzymać się razem, odnawiać a nawet zacieśniać rozluźnione więzi. Za mało jest kleju społecznego, za dużo polaryzacji. Coś nas łączy choćby przez to, że zamieszkujemy jedno państwo, jedną miejscowość, jedną ulicę. Tym bardziej gdy znamy się, pracujemy razem, spotykamy w sklepie z pieczywem.
Były też pozycje klasycznej myśli politycznej i społecznej, różne Bunty mas, Psychologie tłumów, Szaleństwa tłumów, Antykruchości, Czarne łabędzie itp. Był Chesterton, Scruton, Ratzinger, Michnik, i idole Krytyki Politycznej. Cztery książki bp Barrona po polsku, wiele podcastów, filmików i artykułów. Sporo biografii, oj, biografie są naprawdę wciągające.
Było tego dużo, postaram się dzielić co jakiś czas moimi wrażeniami z tych licznych lektur. Czuję, tak czuję wręcz poszerzenie pola widzenia i rozumienia. Nic mnie nie zaskakuje, mało co wydaje się odkrywcze czy świeże, gdy o czymś słyszę, najczęściej już to wiem, już przeczytałem, usłyszałem, czasami tylko nie wiem gdzie. Z drugiej strony mam wrażenie, iż „wiem że nic nie wiem”, ogrom wiedzy, publikacji, materiałów, książek, filmów, programów przeraża. „Wszystkiego jest za dużo” jak śpiewał Muniek Staszczyk. A może to zgorzknienie, albo może tak się objawia dojrzałość. Nie wiem już sam. Zasadniczo mam przecież przesyt wiedzy, teorii, analiz, dyskusji. To nic nie zmienia ani na nic nie wpływa. I co nam z tego? Że sobie pogadamy, że rozumiemy coś tam. Tu trzeba działać! Trzeba coś robić!!!
Na pewno brakuje wielkiej literatury współczesnej, jak to mówił Kafka, uderzającej jak siekiera w zamarznięte na lód nasze serca.
Kochani, co jeszcze?
Właściwie wszystkie ważniejsze premiery kinowe, na Bondzie byłem trzy razy, w tym dwa razy samotnie. Kilka, o dziwo, dobrych polskich filmów. Kilka seriali. Jest ich za dużo, szczerze mówiąc. A tak na marginesie - najlepsze na podstawie pomysłów książkowych. Najważniejszy jest scenariusz, historia opowiedziana. Potem inne środki do zastosowania (gra aktorska, dialogi, scenografia, montaż, ścieżka dźwiękowa itd.), aby dobrej historii nie zaprzepaścić po prostu.
Ponadto po raz pierwszy mogłem obejrzeć prawie wszystkie mecze na Euro 2021 oraz przesłuchać na żywo prawie wszystkich uczestników Konkursu Chopinowskiego. Bruce Liu od początku był moim faworytem, cieszę się, że wygrał.
Udało się być na kilku operach, w tym na Don Giovannim w Salzburgu. Przepiękne przedstawienie.
Wróciłem do francuskiego. Kilka powieści w oryginale i wiele publicystyki współczesnej. No i na żywo
😉
Odbyłem kilka podróży zagranicznych. Pochyliłem się nad grobem sir Rogera Scrutona, spędzając potem przemiły wieczór z jego potomkami, paląc wyborne cygara, przepijając przednią whisky i wymieniając poglądy o tym, gdzie zmierza ten świat. Dostałem na pożegnanie niepublikowany zbiór ostatnich esejów, wersję limitowaną, nie będzie wydawana i udostępniana publicznie, tylko bezpośrednia dostawa dla wybranych liderów opinii w Europie i świecie.
Potem przejechałem kawałek północnej Francji, odwiedziłem Mont Saint Michel i dzięki starym przyjaciołom wziąłem udział w Rennes w spotkaniu z Erikiem Zemmourem. Gdyby tego było mało, po spotkaniu zabrali mnie na kolację w węższym gronie w jednym z domów. Co ja mówię domów, był to pałac rodziny, która wydała kilku biskupów i generałów armii francuskiej. Na kolacji i w dalszej części spotkania przy kominku pojawiło się sporo oficerów francuskich sił zbrojnych, sytuacja tam jest naprawdę napięta. Philippe bardzo polecał odwiedzenie jego oczka w głowie czyli Puy du Fou, zapewniał, że pokaże mi specjalny program, jak tylko znajdę czas aby wrócić z rodziną, najlepiej wiosną. Nie wiem, niby było miło ale na koniec powiedziałem im, że są jednak zapatrzeni w siebie, że nie ma dla nich nadziei. Osłupieli. Rozstaliśmy się w chłodnej atmosferze.
Potem Paryż, Paryż wiadomo wart jest Mszy. To znaczy właściwie odwrotnie, Msza jest warta wszystkiego w tym Paryża, ale najwyżej z tego „wszystkiego” znajduje się Paryż. Tutaj spotkanie z liderami La Manif Pour Tous. Znowu powiedziałem im, że są za bardzo francuscy, wyłącznie francuscy, że to za mało.
Oprócz podróży samotnych oczywiście wyjazdy z rodziną, poszerzanie horyzontów, inni ludzie, inne kraje, inne kontynenty. Co miesiąc tydzień w innej części świata. Karaiby na początku wakacji, potem tydzień w Afryce: Tanzania, Kenia, safari i wejście na Kilimandżaro. Potem miała być Azja: Singapur i Malezja na początek, ale nie wyszło, jednak obostrzenia pandemiczne. Na Azję przyjdzie czas za parę tygodni, gdy wybiorę się na rejs z bratem i kilkoma prezesami i dyrektorami, moimi klientami, u wybrzeży Tajlandii. Poza tym dużo Europy: Grecja, Włochy, Francja, Hiszpania, Niemcy. Jeszcze podróż sentymentalna do Belgii, szlakiem ojca na stypendium w Leuven, szlakiem niesamowitego malarstwa flamandzkiego: Brugia, Gandawa, Antwerpia. Przy okazji zahaczyliśmy o Brukselę, widzieliśmy manifestacje, których nie transmitowały żadne telewizje.
To były jednak tylko przerywniki, główna praca związana była z ….PISANIEM.
Gdy zaczynałem pisać, wszystko inne stawało się mniej ważne, niknęło we mgle i traciło blask. To było piękne i straszne zarazem. Szał pisania, stan flow, przypominający (nigdy nie miałem takowych oczywiście, ale tak sobie je wyobrażam) narkotyczne ciągi. Tym razem dałem sobie spokój ze stylem Anthony’ego Trollopa, czyli uporządkowanym pisaniem kilka godzin dziennie i odkładaniem pióra gdy wybiła godzina pójścia do pracy. Trollope pracował na poczcie, gdzie zaczynał o ósmej rano a od 5.00 do 8.00 pisał w domu. Tym razem gdy pojawiał się stan flow, płynąłem w nim do oporu, do granic fizycznych możliwości, nie jedząc, nie pijąc, nie odbierając telefonów. Godzina płynęła za godziną, a mnie bolały palce od uderzania w klawiaturę. Wielcy współcześni pisarze produkują 500-1000 słów dziennie. Wierzcie, jest to dużo, jeśli oznacza naprawdę twórczą pracę, konstruowanie fabuły, realnych bohaterów, mocnych dialogów, a wszystko jędrnym językiem. Mnie udawało się podczas stanów flow produkować od czterech do pięciu tysięcy słów, czasami więcej. Były to mordercze ciągi, bywałem wyczerpany kolejnego dnia, słaniałem się wręcz na nogach. Innym razem praca szła wolniej, wspomagałem się wtedy cygarami i dobrym winem. Kilka skrzynek znakomitego primitivo Li Filliti, kilka wybornego burgunda, kilka paczek Cohiby, mimo że w wakacje pisałem i paliłem na tarasie, to do dzisiaj moja żona nie może wygonić zapachu tytoniu z salonu. Trudno. Literatura wymaga poświęceń.
Miałem też chwile zwątpienia, czy ta katorga dla umysłu i ciała jest warta tego aby kiedyś tych kilku wiernych czytelników pochyliło się nad tym, co chcę przekazać. Nigdy nie zwątpiłem, zawsze pisałem z myślą o nawet jednym czytelniku. W każdym temacie, który podjąłem, mam co najmniej kilku wytrwałych kibiców. Nie chcę ich zawieść.
Co pisałem?
Nie mogę wszystkiego ujawnić w tej chwili. Stosowałem trójpolówkę, przerzucając się ze stanu flow w jednym projekcie do podobnego stanu w innym. Dwie powieści, jedna dla dorosłych (właściwie w dwóch częściach), jedna dla młodzieży, zbiór krótkich form z kolorytem lat 90-tych, ciężko to nazwać opowiadaniami, coś ku rozweseleniu mojego pokolenia i innych ludzi dobrej woli. Dalej dziennik czasu kwarantanny, pisany codziennie, hm, właściwie wiele fragmentów może i być lepsze od powieści. Jeszcze poradnik dobrego życia, wspominki historyczne i efekt fascynacji biografiami ludzi niezwykłych. I last but not least - szkic biograficzny, podczas którego odbyłem niesamowite spotkania z niesamowitymi ludźmi, dotarłem do nieznanych nikomu szczegółów dotyczących pewnego środowiska i pewnej osoby zupełnie niezwykłej. Nieprawdopodobnie inspirujące. Ta historia może być zaczynem ruchu społecznego, może spowodować głęboką zmianę. Kilka z napotkanych historii, z których każda nadaje się na dobry film.
Czy uda mi się wydobyć cały blask, choć część głębokiej treści, nadać temu właściwą formę? Często czułem się po prostu bezradny, słaby, za mało doświadczony, by dać odpowiednie rzeczy słowo. Patrzyłem na siebie z powątpiewaniem: prawnik bawiący się w reportera, Korba udający Hemingwaya. Jestem zwolennikiem tezy, że każda robota aby osiągnąć poziom rzemieślniczy wymaga kilku tysięcy godzin, a odpowiednio więcej aby wdrapać się na poziom mistrza. Nie, nie jestem perfekcjonistą, po prostu realistą. Jeśli opinię prawną szlifuję godzinami, to jak powinno być z tekstem literackim? Haruki Murakami pisze powieść pięć miesięcy, a potem pięć miesięcy poprawia i szlifuje, dwa razy sam, raz po przeczytaniu przez żonę i na koniec po uwagach redaktora. Jedną książkę!!! Czas, czas, czas. Koszmar! Wszystko rozbabrane, fragmenty, nawet nie redagowane po tym całym „flow”. I co mam zrobić? Wywalić to wszystko do kosza? Zostawić potomnym? Zapisać w testamencie? Czy wrzucać na fejsa na pamiątkę tego „break”? A może na bloga? Albo rozdawać wydruki na „patelni” przy metrze? Oj…
W tym czasie nie odmawiałem też spotkań, nie, nie towarzyskich, tych unikałem jak ognia, za co przepraszam wszystkich jak najserdeczniej. Nie unikałem za to spotkań, gdzie ktoś prosił aby coś powiedzieć, szczególnie gdy były to spotkania z młodzieżą. Udało się odbyć kilkanaście takich spotkań. Udało się trzy razy mówić do szefów Skautów Europy, kilka razy do licealistów i studentów, w tym prawa, udało się w końcu spędzić tydzień ze studentami na szkole letniej.
Uważam, że to powinien być zawsze priorytet – młodzi! Ci, którzy idą za nami. Oczywiście sami muszą się sparzyć, nauczyć, jednak nie powinni wyważać otwartych drzwi, lepiej aby nie wymyślali koła. Na tym polega mądrość narodów, a my szczególnie mamy zakłóconą sztafetę międzypokoleniową, aż żal porównywać się do zachodnich narodów europejskich.
W końcu udało się powołać Fundację Idei i Inicjatyw. Zrobiliśmy to z Ewą dla idei i inicjatyw innych, dodatkowych niż te, którym poświęcamy swój czas zawodowo i w pracy społecznej dotychczas. Wiele pomysłów po prostu nie mieści się w innych ramach. Udało się obmyśleć wszystko wreszcie. Następnym krokiem będzie Klub Idei i Inicjatyw a potem Ruch Idei i Inicjatyw, który zmieni Polskę a potem cały świat. Think big, start small
😉
I na koniec kilka blogów, konto na twitterze (wszystko oczywiście pod pseudonimami) i razem ponad pięćdziesiąt tysięcy followersów w pięć miesięcy. Recenzje na filmwebie, ponad sześćdziesięciu filmów, największa dynamika profilu recenzenta, podobnie na lubimyczytac, choć tutaj mniejszość lektur skomentowana, nie dało rady więcej.
Tyle z grubsza.
Niebawem wracam do normalności. Back to normal. I’ll be back. Old normal. Jak chcecie… Biała koszula, krawat, szybka kawa, samochód, szkoła i biuro. Telefony, spotkania, negocjacje, transakcje, opinie i umowy. Start z domu o 7.30, powrót po 19.00 albo lepiej. Padanie na twarz, a rano od nowa. Aż do weekendu. W piątek jakiś film, w sobotę zakupy i robienie za szofera, kibica, doradcę, ogrodnika, wieczorem na wino z przyjaciółmi, wcześniej może trochę sportu. W niedzielę pod kościołem ponarzekamy sobie w małym gronie, obiad, spotkanie towarzyskie. I kolejny tydzień. I tak upływa życie.
Czy uda się coś więcej zdziałać, gdy świat trzeszczy w posadach a każdy dzień pełen jest niepokojących wiadomości? Czy uda się zamknąć niektóre z rozpoczętych potencjalnych publikacji? Czy którąś chcielibyście przeczytać? A gdyby tylko fragmenty? Czy uda się pociągnąć dalej zainicjowane projekty?
Czy coś by Was interesowało z powyższego?
Dajcie znać. Namiary bez zmian. Dwa telefony, cztery adresy mailowe. Komunikatory – jestem na wszystkich.
Dziękuję, że jesteście, dziękuję za Waszą uwagę!
Zbyszek
P.S. Wszystkich poirytowanych tym wpisem, proszę o zachowanie spokoju, nie ma co zazdrościć, tych podróży zwłaszcza. Tak naprawdę nie wszystko z powyższego udało mi się zrealizować
☹
Może nawet mniejszość…-;) Bogu dziękuję, że cokolwiek.
Jestem przede wszystkim mężem i ojcem, uznałem więc, że raz w życiu warto wysilić się na to aby przygotowywać wszystkim rano śniadanie i witać ich po powrocie smacznym, świeżym obiadem. Robiłem też zakupy. Chciałem ponadto zluzować żonę w karkołomnych dowozach, zawozach i odwozach dzieci z przeróżnych zajęć pozalekcyjnych. Mamy daleko do kolejki, kiedy tylko mogłem, zawoziłem albo przywoziłem. Powiecie, nadopiekuńczość. Hm, jeszcze się nachodzą, a gdy tylko wrócę do trybu biurowego, nie będą miały po prostu innego wyjścia. Czy wspomnienie ojca czekającego na stacji PKP w samochodzie, wyłączającego radio gdy tylko ona lub on wsiadł i zamknął drzwi, aby zapytać, jak minął dzień, co się wydarzyło, jak koledzy i koleżanki (znam tych kolegów i koleżanki teraz wszystkie) - przetrwa w ich pamięci? A dowozy na zajęcia dodatkowe do Anina, Miedzeszyna, trzy razy trening na Józefowi, nie licząc ligi i sparingów, plus wizyty u koleżanek w Otwocku, Świdrze, Falenicy, Aleksandrowie, Starej Miłosnej a nawet w centrum Warszawy? Czy w zamian za ten los szofera mógłbym ukończyć którąś z rozpoczętych książek, mógłbym popełnić i ofiarować czytelnikom trzydzieści przełomowych wpisów na bloga?
Być może. Jednak nie zrobiłem tego.
Non omnis moriar. Co po nas zostanie? Co bardziej? Kilka zapisanych kartek czy chwile oddania swego czasu dla najbliższych?
A zatem byłem family man’em przede wszystkim. Gdybym jednym słowem miał określić moje zaangażowanie, czas, priorytet, motor napędowy, tym słowem mogłoby być „ojcostwo”. Ojcem jestem gdy zawożę, ojcem gdy myślę o pracy, ojcem gdy ją wykonuję. Ojcem gdy przelewam kieszonkowe, i ojcem gdy wracam z roboty zmęczony. Ojcem, gdy zagaduję, i ojcem gdy oddaję się swoim zajęciom.
Jednak udało się też mimo to co nieco zrobić, napisać, przeczytać, zobaczyć, ludzi spotkać, odnowić kontakty, popełnić pomysły, niektóre inicjatywy jednak rozpocząć. Może niektórymi z tych rzeczy uda się podzielić z Wami kiedyś? Może niektóre z tych pomysłów możemy realizować dalej razem?
Czas pokaże.

czwartek, 27 marca 2014

Dzisiaj opowiem Wam o mojej rodzinie


To jest poufne, ale nie mogę się powstrzymać, aby tym się nie podzielić. Moja córka Marta, lat 6, pisze sobie cały czas coś tam w swoim kajeciku. Zajrzeliśmy za jej łaskawym pozwoleniem a tam wiersze i różne opowieści. Oto jedna z nich (ale nie mówcie jej, błagam, że coś wiecie, nie chcemy aby się speszyła tylko kontynuowała):

„Dzisiaj opowiem Wam o moim tacie, mamie, Marysi, Staśku, Meli, mnie i Piotrku.
Tata
Tata jest fajny
dużo wie o świecie

Mama
Mama jest fajna i dobra

Marysia
Marysia jest w trzeciej gimnazjum

Stasiek
Stasiek jest rozbrykany i szaleje

Mela
Mela jest bardzo zła zawsze na mnie

Ja
Ja jestem dobra

Piotrek
Piotrek jest taki jak Stasiek”

niedziela, 7 kwietnia 2013

Mężu obejrzyj z żoną film a nawet dwa

Zima nie chce nas opuścić, panoszą się anginy, grypy i zwykłe przeziębienia. Wśród ludzi narasta frustracja, podenerwowanie, zmęczenie a nawet pojawiają się nastroje depresyjne. Na ekranach od wczoraj „Cristiada” i „Układ zamknięty”, więc jest na co pójść do kina (w przypadku pierwszego filmu do całego jednego kina na terenie W-wy (sic!)). Jeśli jednak wolisz spędzić wieczór w domu, nie masz lepszego pomysłu albo nie daj Boże dopadła cię jedna z ww. przypadłości, tak jak mnie, MĘŻU obejrzyj z żoną film (bez dzieci), który może przypadnie jej do gustu. Oto dwie propozycje:
 
Malowany welon
 

Film z 2006 r. z Edwardem Nortonem i Naomi Watts w rolach głównych. Akcja osadzona jest w latach 20-tych XX w., najpierw w Anglii a potem w Chinach, dokąd para głównych bohaterów wyjeżdża zaraz po ślubie. Kitty (Watts) szybko zgadza się na ślub z zakochanym w niej po uszy lekarzem-bakteriologiem, nie kochając go naprawdę i do tej ważnej decyzji podchodząc frywolnie. Jest ona dość rozrywkową i powierzchowną dziewczyną, rozpieszczonym egocentrykiem szukającym przyjemności, on obowiązkowym i uporządkowanym sztywniakiem. W Szanghaju Kitty szybko nawiązuje romans z żonatym mężczyzną i robi ze swego szlachetnego męża rogacza (przykro na to patrzeć). Z drugiej strony szkoda, że lekarz wcześniej nie wykrzesał z siebie trochę mniej „czerstwych” zachowań. Gdy Walter (Norton) odkrywa bolesną prawdę, stawia ultimatum: albo odprawia ją w niesławie z rozwodem do Anglii (tak, były kiedyś takie czasy, gdy zdrada nie była jedynie powodem bycia na okładce kolorowych magazynów) albo ona jedzie z nim w dziką chińską dżunglę do wioski, gdzie panuje epidemia cholery. To jest bardzo ciekawy moment filmu, Walter dokonuje rozpaczliwej decyzji (on może zginąć, ona ma wybór może wracać i jedynie „najeść się wstydu” albo jechać z nim). Lekarz jest ofiarą, ale zachowuje się z godnością, honorowo i podejmuje bezkompromisową, twardą decyzję. Przypominam sobie opowieść, którą opowiadał na jednym z otwartych spotkań Szymon Hołownia, jak to Matka Angelika (założycielka EWTN) w swoim talk-show doradzała zdradzonej kobiecie, do której mąż chciał się wprowadzić z kochanką, aby zrzuciła jego rzeczy ze schodów, wystawiła walizki i zatrzasnęła drzwi. Tak, Walter ma głowę na karku, chociaż wydaje się bezlitosny. Niewątpliwie miłosierny to on wtedy nie jest, ale widzimy, że taki radykalny, ryzykowny ruch jest szansą, być może jedyną na ocalenie tej miłości. Poza wszystkim Norton gra po prostu znakomicie.

Skazani na siebie w podróży i potem w dalekiej wiosce, mogą lepiej się poznać. W Kitty dokonuje się przemiana, dojrzewa jako człowiek również pod wpływem obcowania z cierpieniem i poświęceniem innych (to jest pięknie ukazane, i tak to jest, stajemy się lepsi gdy obcujemy z lepszymi od siebie, bardziej oddanymi i szlachetnymi ludźmi, i odwrotnie niestety). Nie łatwo jest wybaczyć zdradę i nie ma tu drogi na skróty. Obserwując Waltera-Nortona widzimy też etos Europejczyka niosącego cywilizację innym ludom, prawdę wypieraną i postponowaną przez polityczną poprawność. Świetny jest wątek budowania wodociągu. W końcu ich miłość nie tyle odżywa, co rodzi się na serio. Poskąpię szczegółów, ale te fragmenty filmu nie są cukierkowate, lecz przeciwnie tchną autentyzmem, uwodzą realizmem (np. scena gdy Walter w mgnieniu oka widzi Kitty zaabsorbowaną pomocą dzieciom – czy życie ludzi nie zmienia się czasami przez jedno spojrzenie?). Autorzy filmu oszczędzili nam taniego happy endu, spróbowali za to wzruszyć. Film kończy się jednak optymistycznie. (Na marginesie, lepiej i bardziej spójnie niż książka, która jest kanwą filmu). Na koniec nie sposób zapomnieć i niezwykłych krajobrazach Chin, pięknych zdjęciach i doskonale wpisującej się w nastrój filmu muzyce.


Tygrys i śnieg
Kolejny, wydający się zwariowanym film Roberto Benigniego. Tym razem jest on poetą na zabój zakochanym w Vittorri (Nicolette Braschi, tak ta sama, z którą grał w „Życie jest piękne” a która prywatnie jest jego żoną). Vittoria niestety pozostaje nieczuła na coraz bardziej rozpaczliwe próby zwrócenia na siebie uwagi przez ekscentrycznego adoratora. W końcu podąża on za swoją muzą aż do Iraku, który pogrążony jest w wojnie.

Wygłupy Roberto w pewnym momencie mogą irytować i zastanawiamy się, o co w tym wszystkim chodzi. Czy to ma być śmieszne? Ale cierpliwości, pamiętajmy, że to również dramat. Czy już zapomnieliśmy, jak Roberto nas wzruszył „Życiem”. I tu się nie zawiedziemy, tylko dotrwajmy do końca. Nic więcej nie powiem, by nie odbierać wam tej przyjemności.