poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Czemu?

„Mecenasie, coś rzadziej ostatnio piszesz, czemu nie piszesz więcej?” – pyta mnie dobry znajomy. Cóż, tematy cisną się przeróżne. Tudzież mnóstwo zaległych czeka sobie leniwie w kolejce na swoje piętnaście minut lub pół godziny, gdy któregoś wieczoru pewnie grubo po dwudziestej trzeciej kolega mecenas na tzw. głodzie pisania wreszcie dosiądzie wysłużonego domowego laptopa. Czemu, czemu? Otóż mecenasuje się ostatnio intensywniej. I projektów ciekawych, i ważnych, i trudnych sporo. I dwoje współpracowników bliskich na urlopach długich, przed egzaminem adwokackim i radcowskim. To trzy miesiące wyjęte z życiorysu, trauma w życiu każdego prawnika. I firma się rozwija, że ciężko nadążyć z rekrutacją. I rodzinnie jakoś tak intensywnie, męcząco. Dwie najmłodsze córki stają się coraz głośniejsze, ciągle szczebioczą i o coś się między sobą wykłócają. Piotrek zaczyna chodzić, w nocy nie wiedzieć czemu popłakuje, a okazuje się, że w przeciwieństwie do wszystkich innych członków rodziny kolega mecenas charakteryzuje się niezwykle czujnym snem. Nawet chciałem o tym posta napisać, ale pomyślałem, a jak coś nieprecyzyjnie napiszę, to jeszcze ludzie wielodzietności się przerażą. Jest świetnie, naprawdę, ale nie da się ukryć, czasami można być nieźle zmęczonym.

Ale teraz są Święta. Piękne, optymistyczne, głębokie święta. Doczytuję Messoriego, już dawno powinienem skończyć tę książkę. Messori pisze, że Bóg daje się poznać ale jednocześnie ukrywa się przed nami. „Wstydliwa klęska śmierci krzyżowej dokonuje się publicznie, na oczach wszystkich. Chwała zmartwychwstania tymczasem ma miejsce w nocy, bez świadków, a Zmartwychwstały ukazuje się tylko przyjaciołom”. Bóg oczekuje od nas wiary. „Tolerancja religijna jest logicznym i koniecznym owocem ich wiary w Boga, który postanowił nie narzucać się, ale zaproponować, pozostawiając ślady, wskazówki, znaki, wewnętrzne i tajemnicze poruszenia duszy”.

W sobotę nic nie załatwiamy, nie ma zbiórek, gromady ani zastępu, nie ma meczów, ani ligi juniorów ani Legii, nie muszę wymienić butów albo kupić kurtki, nie jadę po zakupy, nie odbieram dzieci z urodzin u kolegów lub koleżanek, nie wypijam kawy z rodzicami małego jubilata, nie sprzątam papierów, nie robię zaległych przelewów rachunków telefonicznych, nie porządkuję teczki, nie pomagam w angielskim, ani francuskim, ani w przyrodzie, ani w języku polskim, nawet nie w matematyce, nie wyszukuję informacji o Toruniu do prezentacji dla Meli, ani nie sprawdzam Stasia prezentacji o Realu Madryt, ani o Barcelonie. Słowem - rodzinna integracja. Idziemy z koszyczkiem wszyscy, Marta wielokrotnie wyjmuje i wkłada z powrotem jajka do koszyczka. Coś mi tłumaczy, potakuję, ale wybaczcie, zupełnie nie pamiętam już o co chodziło. Potem poszukuje w kościele cukierków, cierpliwie tłumaczę, że sklepik z prasą dziś nieczynny. Żegna się zamaszyście, ludzie się uśmiechają. Rozmawiamy sobie po drodze ze starszakami, to taka podgrupa, bo Marta z Melą pędzą gdzieś z przodu. Wieczorem ta właśnie grupa z Ewą dzielnie uczestniczy w parafialnej liturgii aż do 23.30. Druga grupa natomiast zasypia w domu, a jej przedstawiciel szykuje się na rezurekcję.

Niedziela jest pełna spotkań. Wujkowi C. urodził się syn, Tomasz mu będzie na imię. Dobre imię, patronów w bród, i Akwinata, najmądrzejszy i najpokorniejszy, i Morus, wielki umysł i mężnego ducha a i dowcipu ostrego, i Beckett, najpierw towarzysz hulaszczego życia króla a potem obrońca Kościoła i męczennik (ostatnio oglądałem film o nim, ciekawy), wreszcie apostoł, nie to że niewierny, po prostu dociekliwy. W drodze do mojego brata żartuję w samochodzie, że wujek pewnie taki zadowolony z urodzin syna, że teraz paraduje w białej koszuli dzień w dzień. Taki sobie żart, mój brat raczej unikał zawsze takiego stroju. Dzwonimy, otwierają się drzwi a w drzwiach szczęśliwy ojciec. W białej koszuli -;).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz