niedziela, 11 stycznia 2015

WOW - oh, wow!


Jak stali, cierpliwi i wyrozumiali czytelnicy tego bloga dobrze wiedzą, stara się on być źródłem treści raczej dobrej i budującej, a nie przelewaniem rozgoryczenia lub piętnowania tego, o czym nie można powiedzieć, że jest dobre. Tym bardziej miło po tygodniu bombardowania nas zewsząd odrażającymi okładkami francuskiego pisma podzielić się refleksją z dnia wczorajszego.

WOW czyli Wieczerza Opłatkowa Warszawy skupiająca wszystkich szefów sześciu już stołecznych hufców i przyjaciół, w tym wiele osób z innych miast studiujących w Warszawie. Jak było? Można powiedzieć – wow! Świetna skautowa atmosfera, proste metody, zaskakujące efekty. Choć to już wieloletnia tradycja w Warszawie, a nawet miejsce to samo, były elementy zaskoczenia.

Wszyscy zebrani, nie pomijając rodzin z dziećmi, zostali losowo podzieleni na sześć grup, które w ciągu dwudziestu minut miały przygotować wybrane scenki składające się na scenariusz pt. Rodowód Jezusa. Wyszło znakomicie! Wszyscy byli zaangażowani. Dla mnie najlepszy był występ o Królu Salomonie, urozmaicony technicznie, śmieszny i pouczający, nie licząc oczywiście początku z dziadkiem okrytym kocem, ale to było poza konkurencją, bo przygotowali organizatorzy.

I powiem Wam, że tak trzeba. Cykliczne wydarzenie powinno mieć za każdym razem jakiś nowy element, albo inaczej zrobiony, albo podany, jakąś poprawkę, podwyższenie poziomu o oczko wyżej, by żadne wydarzenie nie było nudne i przewidywalne, by zawsze nieobecność była stratą. I mam na myśli nie tylko harcerskie wydarzenia, ale i w pracy zawodowej czy w życiu rodzinnym. Nie ma nic nudniejszego i bardziej przygnębiającego niż imieniny u cioci zawsze z tymi samymi gośćmi, potrawami i żartami przy stole. Albo święta, nie dość, że te same potrawy na Wigilii, identyczna sztuczna choinka od lat, życzenia zdrowia, to i prezenty identyczne: od wujka Mietka szare skarpetki, od cioci czekolada, itd. Minimum to skarpetki chociaż w innym kolorze a czekolada chociaż z innym nadzieniem. A w małżeństwie? Rutyna, powtarzalność, brak zaskoczenia zabije najlepszy związek. Facet czy kobieta, którzy nie potrafią albo nie chcą zaskakiwać swojego współmałżonka to niebezpieczeństwo! To samo w drużynie, kolejny obóz z taką samą fabułą, albo po roku przerwy znowu to co dwa lata temu to oznaka lenistwa i braku wyobraźni. Tematów nie starczy na życie, a co mówić o krótkim okresie trzech lat. I nie chodzi o to, aby ciągle eksperymentować i wszystko zmieniać. O nie!

 
Przeciwnie, rytuał, uświęcone tradycją elementy, pewien stały kanon, nawet na takim spotkaniu jak WOW to rzecz nie do przecenienia. Więcej, „reformator” robiący wszystko po nowemu to tylko oznaka pychy, braku szacunku do poprzedników, bo „ja wiem lepiej”. To samo ze Świętami, to że spodziewamy się znowu miłego spotkania rodzinnego, tych samych potraw jedzonych raz w roku, i że wiadomo, iż śpiewamy kolędy pół godziny a dopiero potem są prezenty, a tam znowu skarpetki od wujka Mietka, jest czymś niesamowicie sympatycznym. Wiedzieli o tym Hobbici, a raczej Tolkien, który ich powołał do życia. Wiemy i my. Najlepiej jednak jak w tym rytuale jest jakiś element zaskoczenia, miły akcent, smaczek, jakaś potrawa inaczej przyrządzona a może zupełnie nowa, inny obrus, skarpetki z fantazyjnym szlaczkiem, itp. Tradycyjnie najlepszy jest złoty środek, odkrył to już Arystoteles, a my twórczo jego myśl rozwijajmy.

A zatem WOW taki był, jaki powinien, nowi hufcowi twórczo kontynuujący tradycję! Nie po najmniejszej linii oporu, robiąc identycznie jak było, ale właśnie, zróbmy coś może aby bardziej ludzi zaktywizować, zaskoczyć. I dobrze wyszło.
Tak trzymać Panie i Panowie!

(fot. z galerii Kasi Szczypek)

środa, 7 stycznia 2015

Rozwój osobisty i sukces zawodowy – epilog albo to samo tylko inaczej cz. 2

Teraz kilka kwestii natury ogólnej związanych z rozwojem osobistym.

 
Jesteś sam odpowiedzialny za swój rozwój, jesteś kowalem swojego losu. Tak, dobrze słyszysz, nie oglądaj się na boki, to do Ciebie i nie licz, że ktoś Cię popchnie z tyłu albo pociągnie do przodu, rzuci linę, przytroczy jak szybowiec do samolotu. Musisz mieć silnik, nie możesz być szybowcem zależnym od wiatru. Baden Powell radził, aby trzymać mocno w rękach ster łodzi swojego życia. Niektórzy zaś mówią, „co Bóg da”, „jeśli Bóg pozwoli”, „Bóg sobie poradzi z tą sprawą” albo „jakoś to będzie” i nie robią nic. Nie wygrasz na loterii, jeśli nie kupisz losu. Nie można zapominać o tym, że Bóg chce, aby człowiek działał, podejmował decyzje i wcielał je w życie. Skauci Europy nie powinni zapominać słów Św. Ignacego patrona wędrowników: „czyń tak jakby wszystko zależało od ciebie, módl się tak jakby wszystko zależało od Boga”.

Poznaj swoje mocne i słabe strony, mocne rozwijaj, słabe niweluj. Jeśli masz słaby słuch, nie pchaj się do zawodowego grania na skrzypcach czy śpiewania w chórze choćby to było twoje marzenie. Powinieneś wiedzieć, jakie są Twoje mocne strony, na tym budować, uczynić z tego atut.

Kolejną użyteczną sprawą jest wiedzieć czy jest się introwertykiem czy ekstrawertykiem, oraz jaki typ osobowości jest najbliższy mojemu, czy jestem cholerykiem czy flegmatykiem. To są sprawy podstawowe, i wielkie błędy w wychowaniu, np. jeśli rodzice tego nie rozumieją i tą samą miarą traktują dwoje dzieci o przeciwstawnych typach osobowości. To gwałt na naturze, bo jeśli ktoś urodził się np. flegmatykiem to żeby nie wiadomo jak się starał nie zrobi z siebie choleryka. Zresztą po co, każdy typ ma swoje zalety i z nich trzeba uczynić atut. Jednak brak tej świadomości może powodować niepotrzebną utratę energii i zniechęcenie, gdy ktoś wykorzenia w sobie coś, czego wykorzenić się nie da, zamiast to polubić i okiełznać. Ja nie jestem specjalistą w tym temacie, i nie chciałbym go tutaj nadmiernie rozwijać ale zachęcam Was do poznania swojego typu osobowości i wyciągnięcia z tego praktycznych wniosków. Brak wykonania takiego ćwiczenia skazuje na chodzenie po omacku, to tak jakby mechanik przystępował do naprawy skomplikowanego urządzenia bez znajomości jego instrukcji, planów, albo generał do operacji powietrzno-desantowej nie zapoznawszy się nawet z mapą terenu. Nie ma złudzeń, wtedy na pewno się nie uda.

Ja dopiero niedawno dowiedziałem się, jak rozróżnić na pewno introwertyka od ekstrawertyka i jakie to ma praktyczne znaczenie. Introwertyk regeneruje się, odzyskuje energię w samotności, do resetu np. po stresującej cały tydzień pracy, potrzebuje spaceru, czasu dla siebie, kontaktu z przyrodą. Ekstrawertyk, przeciwnie, potrzebuje ludzi, zgiełku, rozmów, spotkań. Nie oznacza to, że introwertyk nie potrzebuje ludzi, chodzi tylko o to, gdzie, w jakich warunkach, który typ odzyskuje najlepiej energię, czego potrzebuje do regeneracji sił. W młodości nie jest to może tak istotne, ale zapewniam was, że technologia odzyskiwania energii z biegiem czasu staje się coraz ważniejsza-;)

Kolejna myśl – robić plany, stawiać sobie cele. Jeśli postawimy sobie jakieś cele, jest szansa, że chociaż niektóre uda nam się zrealizować. Robienie planów i stawianie celów zakłada oczywiście ich weryfikację, podsumowywanie, czasem korygowanie, i najlepiej z długopisem w ręku. Jeśli tego nie robimy, wszystko zaczyna być płynne, niby gdzieś idziemy ale tak do końca nie wiadomo czy idziemy do przodu czy do tyłu. O tym jak to robić pisałem kiedyś tutaj.

Jeszcze jedna refleksja, to co się liczy to realne umiejętności, to co umiesz już robić. Zwróć uwagę, że umiejętności praktyczne to jeden z pięciu celów skautingu. Jeśli jako szef nauczysz swoich podopiecznych praktycznych umiejętności, pójdą z nimi w życie i już je będą mieli, czy będzie to zagotowanie zupy czy utrzymywanie porządku. Mówiąc o realnych umiejętnościach nie chodzi mi o doświadczenie zawodowe zaraz po zakończeniu studiów, przysłowiowego absolwenta z trzyletnim stażem pracy. Jednakże refleksja nad tym, co już umiem, czego się nauczyłem dzięki tym lub tamtym zajęciom, tej czy innej praktyce, etc. jest ważnym ćwiczeniem. Dam przykłady z własnego prawniczego podwórka. Umiejętnościami, które student może mieć po studiach i wnieść w pracy nawet, jeśli nie miał dotychczas praktyki zawodowej, będą choćby: umiejętność logicznego wnioskowania, czytania ze zrozumieniem przepisów, umiejętność szybkiego odnalezienia koniecznej literatury, orzeczeń, komentarzy do przeanalizowania danego zagadnienia; umiejętności przejrzystego, precyzyjnego pisania; prezentowania zagadnień, ustnego i pisemnego, itd.

Kolejna rzecz - często młodzi ludzie z niesamowicie „wypasionymi” cv nie mogą jakoś zagrzać nigdzie na dłużej miejsca. Dlaczego? Okazuje się, że w zamian za wygórowane oczekiwania, postawę roszczeniową - dostarczają brak elementarnej solidności, dokładności, cwaniakowanie, odbębnianie zadań i robienie na odczepnego. Takiej osobie nie można zaufać, bo nawet drobne zadanie jest ważne. Gdy jeszcze do tego dochodzi brak ducha solidarności i współpracy z innymi, tzw. gwiazdorzenie, to nie ma w ogóle o czym mówić i takie cv można sobie wsadzić… do szuflady. Indywidualizm generalnie odchodzi do lamusa, gra zespołowa teraz jest na topie. Ostatnie nagrody Nobla w naukach ścisłych – zespoły naukowców, scenariusze filmów i seriali piszą zespoły ludzi, itd., itd. Umiejętności współpracy akurat można się nauczyć w harcerstwie, w szkole nie zawsze, ale w dobrych szkołach np. w szkołach dla managerów MBA to jest jeden z celów nauczania; ludzie, którzy nie umieją pracować w grupie odpadają. A zatem – solidność i dobry duch!

Nie chcę zasypać cię tysiącem złotych myśli, bo każda zasługiwałaby na długie uzasadnienie, odrębny tekst i mam świadomość, że rzucanie ich jako nieledwie haseł może być nawet przyczyną nieporozumień. Piszę tu tylko o wybranych, co do których jestem całkowicie przekonany i każdą z nich mógłbym uzasadnić garścią przykładów. Pozwól tylko na jeszcze jedną, bo wydaje mi się niezwykle ważna i bardzo niedoceniana.

Trzeba mieć motywację, a motywacja bierze się z inspiracji. Jest nawet takie angielskie sformułowanie/gra słów „insight comes from outside”. Najlepsze inspiracje biorą się od innych ludzi, tu i teraz, albo tych, którzy nas poprzedzili. Izaak Newton powiedział: „Jeśli widziałem kiedyś wyżej, dalej niż inni, to dlatego że stałem na barkach gigantów”. Jakich Ty masz gigantów, na których barki się wspiąłeś? Czytajmy biografie, oglądajmy dobre filmy, miejmy dobrych przyjaciół, wybierajmy zajęcia z dobrymi wykładowcami.

Dla geologów najważniejsza jest gleba, w wychowaniu najważniejsze jest podobno środowisko czy towarzystwo. Dobrze mieć paczkę przyjaciół, która wzajemnie się motywuje, inspiruje, jest w stanie przeczytać wspólnie dobrą lekturę i o niej podyskutować lub zobaczyć ambitniejszy film. Dzisiaj cierpimy na nadmiar niepotrzebnych informacji, z których ludzie nie są w stanie wyłowić tego, co naprawdę zasługuje na ich uwagę. Bestsellerami są książki wylansowane na bestsellery, których nikt nie wziąłby do ręki, gdyby nie krzykliwa kampania reklamowa. Nie ma czasu na rozpamiętywanie, bo wydarzenia aktualne dziś, jutro są już passé. W tych warunkach idziemy w powierzchowność, naskórkowość. Coś tracimy, życie pozbawione głębokich przeżyć ma mniej barw. Dlatego trudno wyobrazić sobie prawdziwy rozwój osobisty bez jakiejś mocnej lektury od czasu do czasu, która coś zmienia w życiu. Biografie „gigantów” nadają się do tego doskonale-;)

I jeszcze jedna sprawa - porażki, niepowodzenia. Mój pierwszy szef mawiał, że tylko ten ich nie ma, kto nic nie robi. Trzeba je wliczyć w koszty, każda porażka to po prostu zbieranie cennego doświadczenia, byleby nie popełniać tych samych błędów albo chociaż nie w taki sam sposób. Samuel Beckett jest autorem świetnej maksymy, która jest znowu nieprzetłumaczalną grą słów, więc przytoczę ją w oryginale: „Try, fail, fail again, fail better”. Jest to podobno motto aktorów angielskich uczących się tekstów na pamięć.

I na koniec - po co to wszystko? Zgodnie z zapowiedzią oddajmy głos ppłk Łukaszowi Cieplińskiemu ps. Pług. Był on dowódcą AK na Rzeszowszczyźnie, mając pod komendą ponad dwadzieścia tysięcy ludzi. Po wojnie aresztowany przez UB, skazany na karę śmierci, którą wykonano. Poniżej fragmenty grypsu, który przekazał dla swojego syna z celi śmierci. To swoisty duchowy testament. Niech jego słowa będą podsumowaniem naszych rozważań.

„Andrzejku! Ażeby nie zmarnować życia, ażeby wziąć czynny udział w dokonywujących się procesach i wnieść w życie pozytywne i twórcze wartości musisz starać się zająć odpowiednie stanowisko społeczne. Celem tego nie mogą być osobiste ambicje, ale świadomość i wiara w ideały, które Tobie mają przyświecać. – Droga do tego prowadzi przez wartości charakteru i umysłu. Przez głęboką wiarę w słuszność celów [wyraz nieczytelny]. – Pamiętaj, że o wartości człowieka stanowi w pierwszym rzędzie jego charakter.

Musisz go szkolić drogą różnych wyrzeczeń. Silna wola, pracowitość, odwaga, inicjatywa, prawdomówność, godność osobista, narodowa i ludzka – oto elementy, na które zwrócić musisz specjalną uwagę. Bez silnego charakteru nie osiągniesz żadnego celu. W połowie drogi połamią Cię przeciwności. [fragment nieczytelny] Nie wolno Tobie marnować czasu na głupstwa [fragment nieczytelny] w kraju, wyjedź na zachód celem pogłębienia działu który sobie obierzesz. Wybierz zawód, który będzie Tobie najbardziej odpowiadał, a w którym będziesz mógł najbardziej pozytywnie pracować na chwałę Boga, na pożytek ojczyźnie i pociechę Matce. Na zachodzie zwracaj uwagę na zagadnienia filozoficzne, gospodarcze, społeczne i polityczne. Z języków wybierz angielski. – Musisz poznać również łacinę, celem zapoznania kultury klasycznej, – odbijającej tak bardzo [brak grypsu]

[fragment nieczytelny] pokrzywdzonym. Pamiętaj, że środki materialne, pieniądze odgrywają dużą rolę, nigdy jednak nie mogą być Twoim celem.

(….)

Bądź Polakiem, to znaczy całe zdolności zużyj dla dobra Polski i wszystkich Polaków [fragment nieczytelny] Bądź katolikiem, to znaczy pragnij poznać Wolę Bożą, przyjmij ją za swoją i realizuj w życiu. Katolik to nie niedołęga, ale zdolny przedsiębiorczy, służący dobru i walczący ze złem. Przez wykształcenie umysłu i charakteru osiągnąć musisz odpowiednie stanowisko społeczne – by cele te móc realizować.”

piątek, 2 stycznia 2015

Rozwój osobisty i sukces zawodowy – epilog albo to samo tylko inaczej cz. 1



Zadzwonili wieczorem, kazali się ubrać w marynarkę a nie mundur i przezwali „panem Zbigniewem” w zapowiedzi na fejsbuku. Cóż, służba nie drużba. Organizatorzy tegorocznego Forum Młodych postanowili mi zaufać, jak ufa się każdemu nowemu szefowi mianując go na funkcję, a ja przypomniałem sobie słowa znanego obrzędu, gdy kandydat prosi „aby uważano go za zawsze gotowego do służby”. Szkoda w sumie, że było tak mało czasu aby zebrać myśli i lepiej się przygotować, ale nie wahałem się, skoro nadarzyła się okazja aby powiedzieć coś do kilkuset młodych szefów z całej Polski.

Zazwyczaj po każdym wystąpieniu, człowiek uświadamia sobie, ile więcej kwestii można by poruszyć, a jeśli miało się je zapisane albo w głowie wcześniej a o nich się zapomniało, to takie poczucie jeszcze się wzmacnia. Spróbuję tu spisać kilka myśli, które nawet jeśli padły podczas Forum Młodych, to można je na pewno bardziej rozwinąć. I będą to właśnie myśli, garść refleksji, częściowo powiązanych ze sobą a w części trochę od siebie niezależnych.

Gdy już wspomnieliśmy o zaufaniu to może przypomnijmy na początek słowa, które papież Franciszek wypowiedział kilka tygodni temu do europarlamentarzystów w Strasbourgu:

„W centrum tego ambitnego projektu politycznego było zaufanie do człowieka, nie tyle jako obywatela ani też podmiotu ekonomicznego, ale do człowieka jako osoby obdarzonej godnością transcendentną.”

To zaufanie było fundamentem cywilizacji europejskiej, zachodniej czy łacińskiej, jakbyśmy jej nie nazwali, to zaufanie jest też podstawą metody harcerskiej, ale jest też filarem wychowania i mówiąc bez ogródek - jest też fundamentem tego, że ten świat jakoś się kręci. Brak tego zaufania był i wciąż jeszcze bywa przyczyną nieszczęść. Żaden system totalitarny nie ufa ludziom. Oczywiście człowiek nadużywa tego zaufania często, więc nie jest to wszystko takie proste.

Cytowałem też papieża Benedykta, który przekonywał o tym, że „każdy z nas jest chciany, każdy miłowany, każdy niezbędny” oraz że „moralność, której naucza Kościół jest wielką wizją człowieka”.

Nie jestem w stanie przekonująco napisać, jak wspaniała jest ta wizja, ale ona przecież przyciągała i wciąż przyciąga jak magnes całe narody i kontynenty a na ziemiach polskich mieliśmy aż nadto wspaniałych historii z tym związanych. Rozwój osobisty to nieprawdopodobna przygoda na całe życie bo nie ma on praktycznie punktu docelowego, którego nie można by przekroczyć. Dlatego tak mocno brzmią te słowa obrzędu Wymarszu Wędrownika: „Czy wiesz, że Harcerz Rzeczypospolitej nigdy nie przestaje pracować nad sobą i nigdy nie uważa, że już wszystko osiągnął? Czy chcesz być dziś lepszym niż wczoraj, a jutro niż dziś?” „Tak, chcę!”

Kariera nie wydaje mi się odpowiednim słowem dla nas, takie postawienie sprawy nie powinno nas zbytnio interesować. Wyjaśni nam to najlepiej ostatnie przesłanie z celi śmierci ppłk Łukasza Cieplińskiego ps. „Pług” do swojego ukochanego, długo oczekiwanego i jedynego syna, którego fragmenty zamieścimy na końcu tego tekstu. Chodzi bowiem właściwie tylko o jedno – o pomnożenie talentów, o odkrywanie planu życia dla siebie i realizowanie go najlepiej jak potrafimy, „ze wszystkich sił”. W nauce a potem w pracy zawodowej wykonywać swoje obowiązki z całym zaangażowaniem, na jakie nas stać, w czasie, jaki mamy przeznaczony na pracę. Tylko tyle i aż tyle! Jeśli przyjdzie sukces, będzie on niejako efektem ubocznym, naturalnym następstwem dobrego wykonywania tego co do nas należy.

Kolejna z tym związana sprawa – nie porównywać się, ustawiać poprzeczkę wysoko sobie, najbardziej rywalizować z sobą samym, dzisiaj – ze sobą dnia wczorajszego, jutro - ze mną dzisiejszym. Gandhi powiedział „Nie jest ważne, byś był lepszy od innych. Ważne jest, byś był lepszy od samego siebie z dnia wczorajszego” i ta myśl wydaje mi się niezwykle trafna. W Polsce wciąż mamy tendencję do równania w dół, ktoś robi „karierę”, buduje firmę, zarabia pieniądze i dość szybko widzi, że osiągnął więcej niż rodzice, koledzy z klasy w gimnazjum czy liceum albo ze studiów. I co wtedy? Bardzo często osiada na laurach. Ja widziałem sporo takich historii w moim życiu zawodowym, przypomnę, że jako prawnik prowadzę różne transakcje i jestem dość blisko biznesu. I zamiast rozwijać firmę nadal, aby ze średniej stawała się duża a potem wielka i zatrudniała coraz więcej ludzi, produkowała coraz więcej coraz lepszych towarów, przynosiła coraz wyższe dochody – ktoś ją sprzedaje, bo przecież i tak do końca życia nie będzie musiał pracować. Smutne. Podobnie świat tzw. celebrytów, ktoś wdziera się na ten Parnas jakąś piosenką, a potem widzimy go tylko w kolorowej prasie i telewizji i nawet nie wiemy, co on/ona niegdyś zaśpiewał albo w ogóle co robi oprócz wypowiadania się z zaskakującą pewnością siebie na każdy temat. Jednak odnośmy te prawdy przede wszystkim do siebie, bo to wyjaskrawione przykłady, a takich sytuacji jest o wiele więcej w szkole czy na studiach i każdy z nas może mieć chwile, gdy coś idzie mu dobrze, lepiej niż innym i wtedy jest pokusa samozadowolenia. Bardzo złudnego, bo może jest tak, że mimo bycia najlepszym ktoś pracuje na 50% swoich możliwości, nie daje dwukrotności talentów ale dużo mniej. A więc Gandhi ma tu rację!


Powołaniem człowieka jest bowiem pracować, w Księdze Rodzaju czytamy, że człowiek został stworzony aby pracował, ut operaretur. I znowu cytat, znakomity, wyjaśniający to dogłębnie:

„Praca jest dobrem człowieka – dobrem jego człowieczeństwa – przez pracę bowiem człowiek nie tylko przekształca przyrodę, dostosowując ją do swoich potrzeb, ale także urzeczywistnia siebie jako człowiek, a poniekąd bardziej staje się człowiekiem”.

To encyklika Laborem exercens Jana Pawła II. To dlatego polityka musi interesować to, czy ludzie mają pracę i jego zadaniem jest m.in. stwarzać warunki aby praca była. Jaka jest przyczyna emigracji, dlaczego z Polski wyjechało w ostatnich latach ponad dwa miliony ludzi? Właśnie za pracą, aby pracować. Czy tylko za lepiej płatną pracą, czy powodem były wyłącznie pieniądze? Wynagrodzenie za pracę jest istotnym, często rozstrzygającym czynnikiem zmiany pracy, podjęcia jej czy poszukiwania zagranicą. Jednak nie jedynym. Praca jest naturalną potrzebą, naturalnym obowiązkiem człowieka, dzięki niej człowiek staje się jeszcze bardziej sobą. Jestem głęboko przekonany o niezwykłej treści podkreślonego fragmentu, jest w nim zawarta wielka wizja pracy ludzkiej. Mam mnóstwo przykładów z codziennego życia zarówno zawodowego, swojego i innych, jak i z przypatrywania się moim dzieciom, jak dobrze wykonana praca poprawia samopoczucie, buduje pewność siebie, dodaje skrzydeł, daje spokój a nawet szczęście, że zrobiło się to, co należało zrobić w danej chwili. Jednak praca dobrze wykonana to także służba innym, tym, którzy z niej bezpośrednio korzystają (klienci, odbiorcy wytworzonych towarów, pacjenci, pasażerowie, kupujący, etc.), ale i całemu społeczeństwu. Jesteśmy systemem naczyń połączonych, współistniejemy w tysiącach relacji, i w zaufaniu do tysięcy ludzi, to zaufanie jest oparte na ich dobrze wykonywanej pracy. Rozejrzyjmy się wokół, wychodzimy z domu jedziemy na uczelnię czy do pracy. Ktoś musiał dobrze wytworzyć asfalt, ktoś go położyć, skonstruować autobus, opanować sztukę kierowania nim, dobrze naprawić ostatnio hamulce, wyregulować sygnalizację świetlną na drodze, itd. Jeśli ktoś w tym całym łańcuchu współzależności swoją pracę wykonał źle, będziemy na to utyskiwać, popsuje nam to humor, a nawet może skończyć się wypadkiem. Katastrofa statku kosmicznego „Challenger” została spowodowana tym, że ktoś źle dokręcił jakąś śrubkę. Może myślał, że jego praca jest banalna, rutynowa albo mało istotna w porównaniu z pracą innych. Mylił się.

Dobrze wykonana praca to również służba swojej rodzinie, która dzięki temu ma środki do życia, i w końcu służba Ojczyźnie i Bogu. Każda praca! Jeśli ktoś myśli, że zamiatając ulice nie realizuje tych wielkich celów, to niestety również się myli. Oczywiście ważniejsza dla nas wszystkich jest praca ministra, który podejmuje decyzje, od których zależy wiele a jak ktoś źle posprząta ulicę to państwo się nie zawali. Jednak i jedno i drugie może i powinno być dobrze wykonane, i jest służbą. To jest fundament cywilizacji europejskiej, zachodniej, i żadni protestanci, żadni kalwini, jak to nam się wmawia na czele z Maxem Weberem i jego dziełem o etyce protestanckiej co to zbudowała kapitalizm, nie wymyślili tej etyki pracy. Wcześniej była Księga Rodzaju, „ora et labora” i wielkie katedry. Był też Kraków i jego kupcy, gdzie krzyżowały się największe szlaki handlowe Europy. Ale to temat na inny tekst.

Tymczasem Polska potrzebuje charyzmatycznych listonoszy, kierowników najnudniejszych urzędów, poczt, uśmiechniętych właścicieli sklepików i straganów na bazarze, jak i zapalonych naukowców i inżynierów, przejętych swoją pracą nauczycieli, lekarzy i reżyserów. Polityków, samorządowców, urzędników, przedsiębiorców i wielu innych.

Miałem i mam szczęście znać wiele osób spośród moich klientów i współpracowników, od których mogłem się czegoś nauczyć i cały czas się uczę. Pamiętam doskonale spotkanie, na którym były pilot NATO a potem główny dyrektor wielkiej firmy, skrupulatnie notuje w swoim kołonotatniku to, co objaśnia mu świeżo upieczony prawnik na spotkaniu. Ja na następne spotkanie sprawdziłem wszystko cztery razy. Lekcja pokory w uczeniu. Dawałem też przykład kolegi, który zrobił błyskotliwą karierę zaczynając od skrupulatnego wykonywania obowiązków, które były poniżej jego kwalifikacji, ale bardzo angażując się i będąc bardzo kreatywnym, co po pewnym czasie zostało zauważone i zyskało uznanie przełożonych, którzy zaczęli powierzać mu coraz trudniejsze zadania. Przywiodło go to z czasem do spektakularnego sukcesu. To trochę historia przypominająca tę z filmu „W pogoni za szczęściem”, który na marginesie warto obejrzeć.

 
Aby dobrze pracować, trzeba się do tego przygotować czyli, moi drodzy, kolejny wielki temat – NAUKA!

W wolnym, sprawiedliwym kraju, nauka, pilność, solidność powinny być drogą do sukcesu, również materialnego. Z konkretów w tym temacie to mam ich tylko kilka.

Po pierwsze, umiejętność skupienia, bez względu na zawód, jeśli ktoś nie umie w ciszy, skupieniu, bez dystrakcji uczyć się przez bitą godzinę, przykuty do biurka - nic nie osiągnie. Trzeba o tę umiejętność walczyć w dobie fejsbuka, chatów, maili, telefonów, smsów, rozrywki montowanej w służbowych telefonach i komputerach, muzyki sączącej się z byle komórki.

Po drugie, własna technologia nauki. Każdy musi mieć swoje sposoby, techniki przechytrzania swojego lenistwa i gnuśności, a może tylko lepszego wykorzystywania czasu i bardziej efektywnego uczenia się. Po co spędzać trzy godziny nad czymś co można opanować w godzinę. Tu należy być kreatywnym i zmieniać te metody, eksperymentować, począwszy od jak najszybszego czytania ze zrozumieniem poprzez różne sposoby sporządzania notatek, wykresów, style i kolory podkreśleń, dopisków na marginesach, etc., aż po techniki nauki na pamięć czy mnemotechniki ułatwiające zapamiętywanie. Ja w czasach szkolnych miałem w pogardzie gorliwców z pierwszych ławek podkreślających w zeszycie linijką najważniejsze kwestie, a w życiu dorosłym wielokrotnie zaskakiwało mnie jak któryś ze starszych kolegów, doświadczony mecenas albo manager robi skrupulatne notatki z podkreśleniami. Dobre nawyki najlepiej wyrabiać w określonym wieku, jeśli chodzi o techniki pracy umysłowej, im wcześniej tym lepiej.

Po trzecie, uczyć się od najlepszych. Św. Brat Albert kiedy był tylko Adamem Chmielowskim chcąc uczyć się malarstwa, postanowił wyjechać do Niemiec, aby uczyć się techniki od najlepszych mistrzów. Mawiał wtedy, że nie będzie pił z kałuży, skoro może udać się do czystego źródła. Wielokrotnie jako opiekun doradzałem szefom zapisywanie się na wymagające zajęcia z wykładowcami, którzy mogą czegoś nauczyć. Z perspektywy czasu to tylko się liczy, nabycie konkretnej wiedzy i umiejętności, a nie zaliczenie zajęć za cenę straty kilkudziesięciu godzin czasu.

Po czwarte, dwie złote reguły nie tylko nauki ale generalnie rozwoju osobistego: wychodzenie poza strefę swojego komfortu oraz dochodzenie do granic możliwości. Znajdziecie te zasady w mądrych książkach o rozwoju dla managerów. Gdyby wychodziły jeszcze książki o pracy nad charakterem, na pewno tam też byłaby o tym mowa. Ja usłyszałem o tych zasadach niedawno, ale przeżyłem je na własnej skórze w liceum. Gdyby nie to liceum, nie ten wycisk, który tam dostałem, nie wiedziałbym nawet, że jestem w stanie działać na tak wysokich obrotach, uczyć się tak efektywnie, że na tyle mnie stać. Nie mam wątpliwości, zmarnowałbym się. Jasne, że każdy jest inny i niektórzy pracują intensywnie sami z siebie i w każdych warunkach, mnie takie dociśnięcie wtedy było bardzo potrzebne. Tak czy inaczej, „ciepełko” zabija rozwój, jeśli nie podejmujesz się zadań, które coś cię kosztują, może trochę stresu, tremy, spięcia czy napięcia, a tak będzie zawsze jeśli coś robisz po raz pierwszy; jeśli asekurancko nie wychodzisz poza strefę, nad którą już panujesz, w której dobrze się czujesz, już masz ją oswojoną, odcinasz kupony – to zacząłeś proces atrofii i obumierania. Oczywiście to jest wygodniejsze, bezpieczniejsze, ale tak nie sięga się gwiazd.

Dochodzenie do granic możliwości – to rozumie każdy kto uprawia sport, albo rehabilituje kończynę. Nie da się zmierzyć, określić jakie możliwości mamy, jeśli nie dojdziemy do ich granicy. W sporcie to proste - biegniemy i przy którymś metrze czy kilometrze ustajemy. Chciałbym być tu dobrze zrozumiany, nie chodzi tu o pracę ponad siły, 300% normy, stachanowców z czasów odbudowy Warszawy czy wyścig szczurów. Raczej o stawianie sobie porzeczki na odpowiedniej wysokości.
c.d.n.

sobota, 13 grudnia 2014

Jeszcze o Zofii skoro życie jest męczące


To cud, że jeszcze ktoś tu zagląda, gdy autor od miesiąca milczy. Można by napisać „próżnuje” gdyby to była prawda, ale nie jest. Prawda jest taka, że chciałem tu napisać pewnego rodzaju epilogi czy też zebrane w sposób bardziej poukładany myśli, którymi dzieliłem się z Państwem przy okazji audycji radiowej o Skautach Europy jako szkole patriotyzmu, tudzież podczas wystąpienia na Politechnice w ramach Forum Młodych nt. rozwoju osobistego i zawodowego. Na razie muszę tylko to zapowiedzieć, gdyż idea była taka, żeby było to bardziej uporządkowane niż na żywo, a na takie uporządkowanie póki co nie miałem i nadal nie mam szans. Przyczyna jest prosta – życie! Samo życie, lub jeśli ktoś woli prawdziwe życie, pełnią życia życie, czy też intensywne życie. Mam eksponować szczegóły? Nie ma sensu, wystarczy przecież wiedzieć, że chodzi tu o żywot człowieka współczesnego, mężczyzny można powiedzieć nawet dojrzałego, pracującego, żonatego, z pracującą żoną, aktywnymi dziećmi, od którego każdy naokoło czegoś oczekuje, a rzeczywistość nie poddaje się tak łatwo jego woli, jak na filmach poddaje się woli prawdziwych, dojrzałych mężczyzn w rodzaju Johna Wayne’a, Seana Connery czy nawet niechby tego ostatniego Bonda czyli Daniela Craiga. Dojrzałość to w ogóle jest świetny temat, podobno ostatnio znów zaczyna być modna. Poważnie! Świat ma już dość facetów podszywających się pod nastolatków, zakładających trampki i zgrywających się na luzaków. Ostatni krzyk mody to student z obfitą, przystrzyżoną brodą, w marynarce i uczesaniu a’la Eugeniusz Bodo. Nie wierzycie? Pogadajmy na wiosnę.

Tymczasem okazało się, że mam w szufladzie pewien tekst, którego nie zamieściłem na blogu, więc niniejszym to czynię. I pędzę pisać następny, póki nasi najmłodsi w domu będą owładnięci pasją pieczenia ciasteczek-;)

 


Pisałem tu kiedyś o biografii Zofii Kossak. Jednak autor to przecież nie tylko jego życie ale i dzieło. Przede wszystkim dzieło, bo najczęściej tak zaczyna się nasze zainteresowanie jego biografią. Tu było odwrotnie ale to nie szkodzi.

Połknąłem zatem jako uzupełnienie biografii pisarki jej „Wspomnienia z Kornwalii 1947-1957”. Pamiętają Państwo? Po chłodnym przyjęciu w Londynie, przygnębiona panoszącymi się kłamliwymi plotkami na swój temat, decyduje się wyjechać z mężem na zachód Anglii, by dzierżawić i uprawiać farmę w Kornwalii. Taki był los polskich emigrantów. Niegdyś majętni ziemianie mieszkali teraz po trzy osoby w pokojach wielkości łazienki, generałowie podejmowali się najpodlejszych prac aby cokolwiek zarobić i jakoś się utrzymać. I tutaj to samo. Wybitna pisarka, autorytet polskiego państwa podziemnego, dziedziczka „tych Kossaków”, musiała nająć się do pasania krów, przerzucania gnoju w oborze, orki i podobnych zajęć. I tak przez 10 lat, w samotności, jedynie z mężem, nota bene oficerem wojska polskiego, z dala od kraju, rodziny i przyjaciół. Mało, prawie wcale wtedy nie pisała. Szkoda.
 
Kogoś, kto jest patriotą, emigracja bardzo dużo psychicznie kosztuje i wyniszcza go. Pisarka wspomina małżeństwo Rozwadowskich, którzy nadludzkim wysiłkiem zbudowali własnymi rękami farmę. On mobilizował się przez trudy, ona stworzona była raczej do książek, teatru i gry na fortepianie, ale nigdy się nie skarżyła. Stworzyli w końcu dobrze prosperujące gospodarstwo ale nie mieli go komu przekazać, gdy śmiertelna choroba dopadła gospodarza. „Jego dzieło, śliczna willa – wszystkie te owoce twórczego trudu i poświęcenia nie miały ani dla Polski ani dla społeczeństwa polskiego żadnego znaczenia. Upominki składane bogatej, nie dbającej o nie Anglii.”

Z tego okresu pochodzi szereg ciekawych historii i obserwacji. Zofia Kossak pisze np. o różnicach między Polakami a Anglikami. Anglicy są bardziej zamknięci w sobie, oficjalni, powściągliwi, Polacy wylewni, radości, głośno i długo rozmawiają przed kościołem po nabożeństwie (brakowało jej tej atmosfery, gwaru, rozmów).

Innym razem zauważa jak wielkie znaczenie w każdym angielskim domostwie miał ogień, w kominku, a w biedniejszych domach otwarta płyta kuchenna, wokół którego gromadziły się rodziny co wieczór, przesiadywały przy nim, patrzyły w ogień i nawet niespecjalnie rozmawiały ale ten ogień jakoś ich łączył w nadzwyczajny sposób. „Open fire. Widok niezbędny dla dobrego samopoczucia Anglika”. Gdy jedna Angielka dowiedziała się od Szatkowskich, że w Polsce kominki są rzadkością wykrzyknęła ze szczerym współczuciem „Nie ma kominków! Na cóż więc patrzycie wieczorami?”

Spodobał mi się ten fragment, może dlatego, że lubię kominki, coraz popularniejsze w warszawskich lokalach lampy gazowe, gdzie widać płomienie, a przede wszystkim ogniska harcerskie i sąsiedzkie.

Innym razem wdali się z mężem w pogawędkę z miejscowym pastorem anglikańskim, który twierdził, iż różnice z katolicyzmem ograniczają się jedynie do wyglądu świątyń wewnątrz, w anglikańskiej nie ma drogi krzyżowej. „Zapewne – odpowiedziała pisarka - jednak różnice są dość zasadnicze. Nie uznajecie autorytetu papieża…”. „Widzisz my bardzo nie lubimy Włochów, a papież jest zawsze Włochem. Gdyby choć raz wybrano Anglika, może odnosilibyśmy się inaczej”. „Był już kiedyś Anglik papieżem… Hadrian IV, opat benedyktyński w dwunastym wieku…” „Tak dawno! – odparł zniechęcony. - A wy, Polacy, tacy katolicy, mieliście choć jednego papieża waszej narodowości?” „Nie – przyznała – ale mamy czas, doczekamy się…”

No i doczekaliśmy się na świętego papieża, zwanego też wielkim. Jak widać przewidział to nie tylko Juliusz Słowacki.

Wspomnienia Kossak pełne są podobnych perełek. Natykamy się na przykład na taki oto fragment, interesujący szczególnie dla osób, które wciąż przejęte są myślą „czym Polska jest a czym by być mogła”. Posłuchajmy:

„Jak piękną i bogatą byłaby kultura europejska, gdyby co kilkadziesiąt lub kilkanaście lat nie zmywały jej fale wojen! Można to ocenić na przykładzie Anglii, gdzie namuł cywilizacyjny, ten sam, co na Kontynencie (latyńska, rzymska szczepiona na gruncie miejscowym), osadzał się wiekami spokojnie, ewolucyjnie, dokładając do starego nowe, nie burząc, nawarstwiając… Zazdrość ogarniająca Polaka zwiedzającego Oksford, jego przepiękne gmachy, atmosfera itd. Przecież my byliśmy starsi, krakowska akademia założona na kilka lat przed oksfordzką, tylko cóż, oni na wyspie, my na poligonie…”

Mam przeczucie, że w książkach Zofii Kossak znajdziemy dużo więcej prawdy o człowieku, historii, życiu. Ja brnę teraz przez „Krzyżowców”, i choć na początku zderzenie z archaicznym językiem może być ciężkostrawne zwłaszcza dla młodszych czytelników, warto czytać dalej. Jest to bowiem niezwykły fresk historyczny z pierwszej wyprawy krzyżowej, zaskakująco głęboki i aktualny. Nie jest to w żadnym razie laurka, lecz rzetelne przedstawienie racji, dylematów, decyzji, stawianie znaków zapytania. Miejscami jest to właściwie lektura mroczna i raczej dla dorosłych, gdy w decyzjach bohaterów górę biorą żądze, pycha i wiarołomstwo. To może być nieznośne i ciężkostrawne. Ale nawet zwyczajne życie bywa przecież męczące, a co dopiero w sytuacjach ekstremalnych, których przecież ciągle nie oszczędza nam historia, bo jako Polacy nie żyjemy „na wyspie”.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Lubię panny


Najpierw Morowe, potem Wyklęte, w teraz Wygnane. Te dziewczyny przede wszystkim genialnie śpiewają, a słowa, brzmienie i aranżacja tych piosenek są znakomite. Za projektem, bo tak to już trzeba nazwać, stoi doświadczony i fenomenalny muzyk Darek Malejonek, którego nikomu chyba przedstawiać nie trzeba, i plejada młodych ale i bardziej doświadczonych artystek. Wszystkie mają zjawiskowe głosy, i jak śpiewają na tych płytach, ech. To jest najwyższy poziom. Słodycz zmieszana z melancholią, czułość z dzielnością, zalotność z dramatem. Każda piosenka jest przy tym inna i przeniknięta stylem danej wokalistki. Powiedzieć, że lubimy te piosenki to nic nie powiedzieć. My za nimi przepadamy.

Te utwory to z jednej strony hołd dla bohaterów, z drugiej być może pierwsze zaistnienie w ogóle w świecie popkultury postaci i wydarzeń, które zasługują na naszą pamięć, nie bierną bynajmniej, bo te historie są wciąż żywe.

Morowe panny – Idziemy w noc, Strach, Poranek, Rota w wykonaniu Lilu, Dla Marysi, Za wolność z wymieniem imion licznych bohaterskich kobiet, to tylko niektóre hity.

Panny Wyklęte – najlepsze kawałki: On nie zapomni, Noc, Panie Generale, Noc, Prawem wilka, Niezłomni, Jedna chwila, Walczyk. Nie, to nie ma sensu, każda z tych piosenek ma w sobie coś i każda jest warta uwagi.

Panny Wygnane - wczoraj premierowy koncert ale pierwsze piosenki z tej trzeciej już płyty tego projektu były już udostępnione kilka tygodni temu. Jaki dobry pomysł by mówić o wypędzonych z Polski w taki sposób. Marcelina i Maleo Reggae Rockers - Historie zagubione, przejmująca piosenka nawiązująca do czerwonych maków pod Monte Cassino Marcelina.

Piosenka o Wojtku w wykonaniu Mariki i MRR to oczywiście historia niedźwiedzia, który z Armią Generała Andersa przeszedł szlak bojowy, mamy już o nim dwie książki, historia jest filmowa. „Metrykalnie może Arab ale serce to miał polskie”. „Podrywał z nami dziewczyny, ciągnął ciężkie graty, siedział na warcie, „kiedy widzisz śmierć codziennie, dusi strach i brak oddechu, żeby nie popaść w szaleństwo, misia trzeba ci i śmiechu”. „Widząc ludzkie okrucieństwa miś zachował się jak człowiek”.
Zanim cała płyta w naszych rękach, tutaj przedsmak.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Londyn stolica Polski

Na listopad bardzo pasuje odwiedzenie dwóch wystaw, które są absolutnym "must": 1) Londyn stolica Polski oraz 2) Muzeum literatury Sztuka i narod.

Pierwszą już nawiedzałem z rodziną nawet, i dzięki różnym atrakcjom takim jak podświetlanie mapy Londynu, monitory ukryte w walizkach i minigolf dla chętnych, udało się utrzymać zainteresowanie nawet czteroletniego Piotra. To pierwsza w Polsce i na świecie wystawa o polskiej emigracji wojennej i powojennej w Wlk. Brytanii. Podobno prawie codziennie ktoś z Londynu, spośród naszej emigracji, ją odwiedza.


Drugiej jeszcze nie widziałem, ale słyszałem, że jest znakomita. Rzecz oczywiście o poetach i pisarzach "Sztuki i narodu". Prawie wszyscy nie przeżyli Powstania Warszawskiego, co do wielu panowała opinia, że ich talent jest większy niż Słowackiego, mieli po dwadzieścia kilka lat.



 

środa, 29 października 2014

Listopadowe wieczory skłaniają do refleksji nad życiem a może nad czymś zupełnie innym

Drodzy Zaglądający Tu Czasem,
Zamieszczam poniżej zaproszenie na spotkanie na kanwie książki z tekstów z bloga. W spotkaniu wesprze mnie zawsze niezawodny i zazwyczaj błyskotliwy prowadzący Wojciech Dąbrowski. Serdecznie zapraszam!
Poniżej informacje, jakie Tarabuk zamieścił na fejsbuku:
 
6 listopada (czwartek) godz. 18:30

Klub Przyjaciół Dobrej Książki zaprasza na spotkanie promocyjne ze Zbigniewem Korbą  autorem książki „Jeszcze w zielone gramy…”

Jest to wybór tekstów z bloga autora, który jest byłym naczelnikiem Skautów Europy, ale jak sam lubi podkreślać przede wszystkim wierzącym mężem i ojcem oraz mocno praktykującym prawnikiem i społecznikiem. Pierwotnie blog był dodatkowym sposobem komunikacji z szefami harcerskimi, z czasem stał się miejscem dzielenia się refleksjami na tematy wychowania, patriotyzmu, kultury, mogącymi być interesującymi lub użytecznymi, w zamierzeniu przynajmniej, zarówno dla młodych ludzi, jak i tych bardziej dojrzałych w latach, lecz wciąż młodych duchem.

Podczas spotkania autor będzie odpowiadał, o ile nie padną inne, ciekawsze pytania, na swoje ulubione o to „jak żyć?”, dlaczego dobra młodość jest jak zawias dla dorosłego życia, dlaczego Polska nie może nas nie boleć i jaką być by mogła? Miejmy nadzieję, że starczy czasu również na rozmowę o dylematach Czesława Miłosza, źródłach szczęścia małżeńskiego wg Tolkiena i Mickiewicza, o waleniu w pysk, wąsach i kremówkach, ludziach pokroju Sienkiewicza, ale nie Bartłomieja, oraz kanonie miejsc, lektur i filmów, który powinniśmy budować. A może rozmowa potoczy się w zupełnie innym kierunku, zobaczymy.
 
księgarnia-kawiarnia TARABUK
ul. Browarna 6 (bliżej Lipowej)
tarabuk@tarabuk.pl 22 827 08 14
Warszawa Powiśle

niedziela, 19 października 2014

Ciała i dusze

Ostatnio przez fejsbuk przeszła fala nominacji do dzielenia się dziesięcioma książkami, "które z nami zostały", odcisnęły jakiś ślad. Nominowali się dziennikarze, znajomi i znajomi znajomych. Każdy tam starał się zabłysnąć jak tylko mógł. Czegóż tam nie było? Obok Iliady i Odysei, Dostojewski, Tolkien, Sienkiewicz, Niziurski a nawet takie dzieła jak Tytus, Romek i A’Tomek czy Kajko i Kokosz. I w sumie - bardzo dobrze! Objawiła nam się przez te nominacje jak w soczewce, podstawowa zaleta tego narzędzia komunikacji czyli możliwość szybkiego, spontanicznego dzielenia się z innymi tym, co uznajemy z jakiegoś znanego nam powodu za godne podzielenia się z przyjaciółmi, znajomymi lub całym światem.


Jak dobrze wiemy, wszystko zostawia w nas swój ślad, cokolwiek czytamy, stety czy niestety, czy sobie to uświadamiamy czy nie. Niektórzy z uwagi na ograniczoną ilość czasu (choć któż ma go wystarczająco dużo?), starają się czytać tylko rzeczy, których przeczytania nie będą żałowali i potem jęczeli, że zmarnowali cenne godziny. Mnie nie zawsze to się rzecz jasna udaje. Nie ma po prostu szans na to, abym mógł oddać się nieskrępowanej, impulsywnej lekturze któregoś sobotniego popołudnia. Póki mogę w tym czasie oddawać się np. przejażdżkom rowerowym z Piotrem, który jest bardzo podekscytowany tym, że od pewnego czasu umie pedałować na swojej czerwonej maszynie albo wycieczkom do lasu z żądną wszelkiej wiedzy o świecie Martą i ucieczkom z niego przed dzikami, a może patrzeniem jak Mela uczy się śmigać na deskorolce, to wszelkie wymyślone światy, sztuczne sytuacje, odległe historie, dawne dylematy, przegrywają i bledną wobec tych przygód w realnym świecie. Ale od czego są późne wieczory i długie dojazdy do pracy?
 

Mamy więc tutaj jedną tak znakomitą rzecz godną polecenia, że właściwie wstyd i skandal, iż robię to dopiero teraz a nie na gorąco zaraz po lekturze i te kilka miesięcy zwłoki kogoś, kto może poczułby się zachęcony, by rzecz tę przeczytać albo odsłuchać w wykonaniu nieodżałowanego Ksawerego Jasieńskiego, kosztują niedosyt mocnych wrażeń z lektury, brak katharsis i tracenie czasu na pseudo-wielkie lektury, które wciskają nam żądni pozbycia się ich z magazynów wydawcy a które nas pozostawiają z poczuciem zakłopotania a często niesmaku.
 

Uwaga, to najwyższa półka, a przy tym rzecz niezwykle trudno osiągalna. Natknąłem się na nią zupełnie przypadkiem, a zawdzięczamy to podobno niewłaściwemu nawykowi przeglądania cudzych bibliotek. Ostatnie wydanie, przez PAX, z 1956 roku (!), pierwsze wydanie natomiast we Francji w roku 1938. Dla chcącego nic trudnego, jeśli będziecie chcieli, na pewno ją zdobędziecie, jestem tego pewien.

 
Rzecz ta to "Ciała i dusze" Maxence'a van der Meersch'a, książka wybitna, szarpiąca za trzewia, miejscami ciężkostrawna, męcząca, nie dająca spokojnie zasnąć. Mamy tu i śmierć pod skalpelem, i w narkozie, leczenie elektrowstrząsami psychicznie chorych i oddział spędzania płodów. Nie wiemy, po co autor mnoży wątki, zmienia scenerie, do czego to niby ma doprowadzić. Zaufajmy mu. Nie pożałujemy.
W dużym skrócie to opowieść o lekarzach, o środowisku medycznym, a właściwie o samej elicie medyków, bo mamy tu kilku profesorów medycyny w przedwojennej Francji. Te lekarskie klimaty, specyfika środowiska pracy, piękna i pokus tego zawodu są tu przedstawione w sposób mistrzowski. Z jednej strony dosyć naturalistycznie, drobiazgowo (co może być miejscami męczące dla profanów), z drugiej w sposób mistrzowski wychwytując te wszystkie cienie, smaczki, gesty, typowe zachowania, myśli, motywacje, które wcale się nie dezaktualizują. Mnie przypomniały się trochę klimaty z mojej klasy w liceum, w której 90% stanowiły dzieci lekarzy i kandydaci na przyszłych doktorów. Tak, tak, i ja tam byłem i nawet przez chwilę szykowałem się do tego fachu. Po lekturze książki przy pierwszej sposobności kontaktu ze służbą zdrowia od razu uderzy was, jak genialnym obserwatorem był Maxence. To, co zobaczycie, on opisał wiele lat temu.

 
Autor cierpliwie snuje opowieść o losach kilku rodzin profesorskich, Dutrevala i jego trójki dzieci, Michała, Mariety i Fabiany, jego asystentów Vallorge i Regnoult, chirurga Geraudina, adwokata i polityka Guerrana i jego romansu, małżeństwa Michała wbrew ojcu z Eweliną, doktora Domberle i innych. Myślałem, że nie ma prawdziwej, niezafałszowanej książki o mechanizmie zdrady i uwikłania w nowy związek, ale jest! Van der Meersch m.in. to zagadnienie genialnie rozkłada na czynniki pierwsze, ale ten wątek jest tylko jednym z wielu. O wiele bardziej frapująca jest historia miłości młodego lekarza Michała a syna wybitnego profesora, szykowanego do spektakularnej kariery i do małżeństwa z córką innego tuza medycyny, do biednej robotnicy chorej na gruźlicę. I gdy czytelnik myśli, że autor przesadził, że takie mezalianse są ciekawe w harlekinach a w życiu się nie sprawdzają, okazuje się, że to historia samego pisarza, to jego wybory są wyborami Michała, jak dowiadujemy się ze strzępków jego biografii zamieszczonych w Internecie.

 
Van der Meersch to Francuz flamandzkiego pochodzenia, rodzina niewierząca, ojciec wojujący antyklerykał, syn jednak nawraca się w wieku dorosłym i wbrew woli ojca poślubia biedną dziewczynę z innej klasy społecznej. Był podobno bardzo szczęśliwy w swoim małżeństwie, niestety zmarł przedwcześnie, chory na gruźlicę. Śmierć zabrała go w trakcie pisania pięciu powieści, których nie skończył. A zaczął w wieku 16 lat, wygrywając konkurs na najlepszą powieść, był niezwykle uzdolniony i stworzony do pisania. Potem były wszystkie możliwe laury we Francji łącznie z nagrodą Goncourtów i Akademii Francuskiej. Niestety oprócz tych "Ciał i dusz" nic praktycznie nie jest dostępne w języku polskim.
 
Wracając do książki, jej tytuł jest bardzo dobrze dobrany, bo o tym ona ostatecznie jest. O tym, że ludzie to ciała i dusze i jest to koniunkcja. Człowiek nie jest ani samym ciałem, ani samą duszą, jest kimś niezwykłym. Ja wam nie będę w stanie opowiedzieć treści tej książki, sami musicie przekonać się, że Van der Meersch napisał coś bardzo ważnego o świecie, o ludziach i o życiu, dlatego jeśli chcecie prawdziwej literatury, to sięgnijcie po to dzieło. (Dla przyszłych lekarzy to powinna być w ogóle lektura obowiązkowa /z góry uprzedzam tylko, żeby nie traktować opisów medycznych jako uzupełnienia studiów, autor nie był lekarzem i nie pisał podręcznika-;)/).
Poniżej tylko kilka fragmentów. Najpierw rozmowa Michała z żoną, czujemy i oni czują, że coś wisi w powietrzu, coś jakby zwątpienie a może i kryzys małżeński:

„- Ja się zawsze boję - szepnęła Ewelina.
- Czego?

- Boję się ciągle, żebyś nie zaczął żałować. Żeś mnie spotkał, żeś się ze mną ożenił.

Nie można oszukać kobiety, która kocha. Jakby umiały one w tajemniczy sposób czytać w naszych sercach, widziały nasze pokusy i momenty słabości. Michał przez chwilę siedział w milczeniu, poruszony do żywego. Przejrzała go. Nie mógł pojąć jak. I ogarnął go wstyd, bo przecież Ewelina dobrze go odgadła. Jego serce skurczyło się z bólu na myśl o tym, co musiała w tej chwili przeżywać. Nie, niemożliwe, dalej nie mógł się posunąć, nie mógł jej opuścić; znowu się do niej zwrócił, przyjął ją na nowo, z pełną świadomością przyjął to ukochane, chociaż ciężkie brzemię, które wziął na siebie w latach młodości i którego nie można już było porzucić. Trudno! Musi wytrwać do końca, wyrzec się wszystkiego. Nawet gdyby miał to czynić bez miłości. Jeśli trzeba udawać, że jest szczęśliwy, musi udawać. Jeśli trzeba milczeć, musi milczeć. I kłamać, jeśli trzeba. Wszystko, byle ona była szczęśliwa!
I zaczął mówić słowa, płynące prosto z serca, słowa, których szukał, aby ją pocieszyć, a teraz i jemu wydały się dziwnie szczere i prawdziwe:

- Nie mogę tego żałować, Ewelino! Pomyśl, czym ja byłbym bez ciebie! Czyż spotkałbym doktora Domberle? Czy umiałbym go zrozumieć? Czy byłbym w niego uwierzył? O nie, z pewnością nie! Abym doszedł do prawdy, potrzebne było twoje cierpienie i to, żebym cię pokochał. Dojść do prawdy przez miłość, czy nie uważasz, że to bardzo piękne? Lecz przede wszystkim ty nie znasz mojej młodości, nie wiesz, czym byłem, od czego mnie ocaliłaś. Gdybym ciebie nie spotkał, cóż byłbym wart? Nie wierzyłem w nic. Nie miałem nic, żadnych zasad, żadnej etyki. Ty mi to wszystko zastąpiłaś, stałaś się moją etyką, zrozumieniem obowiązku, moim sumieniem. Może po to właśnie znalazłaś się na mojej drodze. Po to, żebym odnalazł poczucie obowiązku, Ewelino! Może tym, którzy nie zdołali uwierzyć, wystarcza, jeśli oddadzą życie jakiejś innej istocie. Może dlatego właśnie cię spotkałem... Widzisz więc, że nie mogę tego żałować! No, pocałuj mnie, moja żono! Pomyśl o naszym maleństwie, co się niedługo urodzi, ile szczęścia nam wniesie. No co, już? Już się nie martwisz? Ewelinko, popatrz na mnie.
Ewelina podniosła głowę i uśmiechnęła się do niego przez łzy.

- Już się nie martwię - szepnęła cichutko.
- To mnie pocałuj.

Pocałowała go w policzek, zawierając w tym pocałunku cały swój smutek, czułość i wdzięczność, których nie śmiała wypowiedzieć. I teraz już po wszystkim: wszelkie pokusy i cienie uciekły od Michała. Opuściły go wszelkie brudne myśli, ich miejsce zajęło osobliwe uczucie rozradowania, które bez wątpienia nie było już uniesieniem z pierwszego okresu ich miłości, lecz raczej uciszeniem serca, przeświadczeniem, że kroczy po drodze prawdy. Radość przedziwna, czysta, wzniosła, niepojęta. Jak gdyby w tej godzinie, w której wybrał drogę najdalej idących poświęceń i ofiar, zrodziła się w nim nowa miłość, oczyszczona, niezniszczalna, miłość, dla której początkowa przyziemna ludzka namiętność była tylko okolicznością sprzyjającą, pretekstem, czymś w rodzaju pułapki zastawionej na człowieka, aby musiał piąć się wzwyż.”
I co? Nie przypomina Wam to „Quo vadis” albo „Rodziny Połanieckich” (ha, któż czytał w ogóle tą archaiczną cegłę?). Mężczyzna dojrzewa dzięki kobiecie, także do wiary, a przynajmniej do bycia porządnym, do poczucia obowiązku. I honor, etyka podjętego zobowiązania, które nakazuje wykrzesać z siebie miłość, jeśli trzeba, bo się to obiecało, bo się to przyrzekało. Człowiek jest większy niż jego nastroje, pożądliwości, zachcianki. Czyż Maxence nie chce nam powiedzieć, bo jest nie tylko ciałem, uczuciem, porywem, ale i duszą, rozumem, wolą.

Albo inny fragment – spotkanie Michała z ojcem, po wielu przejściach, po tych czterystu stronach wyrzeczenia się syna przez ojca, w imię niespełnionej ambicji rodzicielskiej, bo ośmielił się sam podjąć decyzję o swoim życiu, tak zawstydzającą dla Doutrevala. Uznanego profesora Doutrevala pochłoniętego swoimi eksperymentami i wielkimi planami budowy kliniki, dla których był w stanie dyskretnie, niezauważalnie dla innych, ale w sposób jasny dla własnego sumienia, zdradzić własną córkę Marietę, zaryzykować jej życie a potem nie zauważyć, jak jego młodsza córka wpada w objęcia faceta szukającego pocieszenia tanim kosztem.
„- Cieszę się, że cię znów widzę, Michale.

- I ja także, ojcze.
Przez chwilę spoglądali na siebie w milczeniu. Uprzytamniali sobie cały ten czas, który przeżyli z dala od siebie, przeszłość, która ich teraz dzieliła. Bolesna chwila. Nie wystarczy, że ludzie w końcu się zrozumieją, odzyskają dla siebie szacunek, uznają obopólne winy: wzajemnie zadawane rany pozostawiają ślad. To już nie boli, rany się zagoiły. Lecz serce stwardniało pod bliznami. A życie jest za krótkie, nie staje czasu, by odżyło to, co umarło. Ludzie powinni wystrzegać się nienawiści. Nawet na miłość nie starcza nam przecież czasu!
(…)

- Czy dasz wiarę, że we mnie cała moja praca budzi teraz niesmak, prawie wstyd. Straciłem z oczu człowieka! Przekroczyłem granice, w jakich wolno eksperymentować ma ludzkiej istocie.
- Ale w dobrej wierze, ojcze!

- Dobra wiara to jeszcze za mało! Nie w nas samych winniśmy szukać prawideł naszego postępowania. Sobie samemu nie można zaufać. Zbyt łatwo i dobrze się okłamujemy! Nazywamy wiedzą to, co jest pychą. A nawet i wiedza nie jest przecież Bogiem, który odpowiada na wszystkie nasze wątpliwości, Michale. W imię wiedzy miałbym pełne prawo prowadzić nadal moje bezlitosne doświadczenia na biednych wariatach. Ale są pytania, na które nauka nie może dać odpowiedzi. Obok wiedzy musi jeszcze istnieć coś innego. Moralność, etyka - zakończył cicho, jak gdyby z żalem.
(…)

- A zatem się pomyliłem. Nie przeszedłeś tego wszystkiego, co ci…
- O, przeszedłem - odparł Michał. - Miałeś wtedy rację. Przeszedłem wiele, przez nią... i z nią… Ale mimo wszystko… Nie… może raczej przez to wszystko... Może właśnie dzięki temu byłem szczęśliwy…

- Tak - szepnął Doutreval. - Rozumiem…
Przez chwilę dumał. A później powiedział wolno:

- Oto, co jest niepojęte! Że można pragnąć złożyć z siebie ofiarę na rzecz innego człowieka. I że zatracając siebie można na tym wygrać. Miłość! Najwyższa tajemnica naszego istnienia! Że można się godzić na zatracenie samego siebie i na tym zatraceniu zyskać. To jedyne, co mogłoby kiedyś sprawić, że uwierzę... W gruncie rzeczy wybrałeś może lepszą cząstkę…
(…)

Ewelina! I znowu, po raz nie wiedzieć który Michał w głębokim porywie całej swej istoty zwracał się ku tej, którą kochał, uświadamiał sobie, ile jej zawdzięcza. Ona go przekształciła, odmieniła, odrodziła. Uprzytomnił sobie, czym był, nim ją poznał. I co zeń zrobiła, po prostu dlatego, że w niego uwierzyła, że wydał jej się lepszy i piękniejszy, niż był w istocie. Gdyż tak się właśnie stało: sam zapragnął zostać człowiekiem, którego ona w nim dojrzała. A dziś może jej powiedzieć: "Przynoszę ci serce, które ty ukształtowałaś, człowieka, który jest twoim dziełem".
Każdy z nas w jakiejś mierze staje się dzieckiem kobiety, którą kocha. Wewnętrzne odrodzenie mężczyzny jest powołaniem kobiety.

Piękne jest życie, piękny jest na tej ziemi los człowieka, który odnalazł prawdę w miłości. „Wybrałeś lepszą cząstkę…" Michał powtarzał sobie te ostatnie słowa trochę smutnego pożegnania ojca. I myślał, że znękany życiem człowiek miał rację. On wybrał lepszą cząstkę. Osobliwe, a słuszne określenie. Tak, wydaje się, że miłość i oddanie to przewodnie hasła naszego życia. Lecz nie sposób tego pojąć bez Boga. „Można się godzić na zatracenie samego siebie i na tym zatraceniu zyskać. To jedyne, co mogłoby kiedyś sprawić, że uwierzę..." Tak, ojciec miał rację. Bóg obrał sobie najlepsze schronienie w samym sercu człowieka.
"Najmilsi! miłujmy jedni drugich, bo miłość jest z Boga. I każdy, kto miłuje, z Boga jest narodzony i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością.”

Więc to chciał wyrazić święty Jan! Oto w całym swym majestacie i nieograniczonej głębi posłannictwo starego apostoła o gorejącym sercu, posłannictwo, które ongiś słodka Marieta przekazywała Michałowi, jeszcze wtedy chłopcu, a czyniła to niekiedy z takim wzruszeniem na twarzy, że patrzał na nią nie mogąc pojąć: Ten kto kocha, żyje w Bogu!
I on, Michał, także w nic nie wierzył. I on, podobnie jak ojciec, odmawiał życiu wszelkiego sensu i celu. A przez to, że dla jej niedoli pokochał nieszczęsną istotę, że się nad nią ulitował, zgodził się dzielić jej łzy, ubóstwo i mękę, teraz oto, poprzez tę drogą twarz wyłania mu się inne Oblicze. Poza Eweliną, poza ofiarną miłością do udręczonego człowieka odsłania się miłość do Boga.

Miłości są tylko dwie. Ukochanie samego siebie lub ukochanie innych żyjących istot. Za ukochaniem siebie kryje się jedynie ból i zło. A za ukochaniem innych jest dobro, jest Bóg. Za każdym razem gdy człowiek wybiegnie miłością poza siebie, jest to świadomy czy nieświadomy akt wiary w Boga. Miłości są tylko dwie: ukochanie siebie i ukochanie Boga.
Jeśli ktoś jeszcze się nie znużył, nie ma dość, na koniec zafunduję mu fragment przedmowy autorstwa Zygmunta Lichniaka. Pięknie i skutecznie zachęcił mnie do przeczytania tej książki. Może zachęci i Was?





 

piątek, 17 października 2014

Ratujmy facetów!


Mam wrażenie, że nikt nie zauważył, a tym bardziej nie przeczytał, wywiadu z Philipem Zimbardo, który jakiś czas temu udostępniłem na fejsbuku. Robię to więc jeszcze raz, gdyż tematyka, którą ten wybitny amerykański psycholog porusza wydaje mi się szczególnie istotna. I aby nie było nieporozumień, że niby uderzam w szowinistyczne męskie tony, jeśli komuś taka myśl przeszłaby przez głowę - proszę niech jeszcze raz przeczyta tę zalinkowaną tu rozmowę z Philipem: Gdzie ci mężczyźni?

Dlaczego ten wywiad porusza tak istotne kwestie? Mianowicie z licznych badań profesorowi wyszło, że mężczyźni mówiąc wprost i bez ogródek „odpadają”. Odpadają z wyścigu po pełne, spełnione życie i kończą pod budką z piwem lub w rynsztoku. Może nie dosłownie, chociaż też oczywiście, ale coraz mniej z nich studiuje, ci, którzy studiują, są mniej pracowici niż koleżanki, nikt od nich nie wymaga aby byli odpowiedzialni czy rycerscy, no to tacy nie są. Efekt jest taki, że wykształcone kobiety nie są w stanie znaleźć partnerów na równym im poziomie intelektualno-kulturalnym i pogrążone w samotności, mimo całego wysiłku, wykształcenia, robienia kariery, są bardziej nieszczęśliwe niż kiedyś. I lepiej nie będzie. Jak mówi Zimbardo lepszych kandydatów na męża już się nie znajdzie.

Przyczyną tych zjawisk wg niego jest m.in. uzależnienie mężczyzn od gier komputerowych i pornografii. Faceci sobie z tym nie radzą. Kończą jako flaki z olejem, nieudacznicy, rozmemłane wraki ludzkie. Nie umieją nawiązywać relacji z kobietami, nie nabywają podstawowych umiejętności rozmowy, kontaktu, pozostają wiecznymi chłopcami, często na garnuszku mamusi. Mężczyźni przechodzą do defensywy nawet w tradycyjnych, męskich miejscach pracy, nie podejmują nawet walki, wolą od razu się poddać.

Ciekawe refleksje Zimbardo ma na temat polskich ojców, nie mogę sobie odmówić ich przytoczenia w całości: „Przez 40 lat Polska przeżywała wojnę i komunizm. Męskie role polskich ojców nie były często klasycznymi rolami macho świata kapitalizmu - mężczyzny, który traci pracę, a potem ją zdobywa. Wielu Polskich mężczyzn nie pamięta ojców w roli tak silnych ogniw. Nie byli do końca w pełni kowalami swojego losu. Często spodnie w polskich rodzinach nosiły kobiety. Tak wychowały się dwa albo trzy pokolenia.

Redakcja: Czyli polskie dziewczyny w wieku powiedzmy 25-35 lat nie mają lekko?

Prof. Zimbardo: O nie, nie mają. Nie mam żadnych wątpliwości, że nad facetami, których spotykają młode polskie dziewczyny, wisi cień tatusia pantoflarza. Muszą się zmierzyć z mitem obiadków teściowej. Do tego wszystkiego dochodzi tolerowanie faceta, wiecznego chłopca zapatrzonego w gry i mecze, a ukradkiem, na boku także w filmiki porno.”

Hm, czy uważny obserwator polskiego życia może z tym się nie zgodzić? Nie chcę tu jednak rozwodzić się nad tym więcej, przeczytamy zapowiedzianą książkę „Gdzie ci mężczyźni”, to wtedy sobie dłużej porozmawiamy.

Tymczasem pamiętając treść tego arcyciekawego wywiadu, byłem kilka dni w Barcelonie, służbowo. Jakież było moje zdziwienie, gdy dwukrotnie moimi taksówkarzami były kobiety. Jedna o mało nas wprawdzie nie zabiła, zmieniając pasy bez używania kierunkowskazu i powodując feerię klaksonów. Mimo, że jechaliśmy do bardzo znanego hotelu, wyróżniającego się w panoramie miasta, nie kojarzyła i musiała upewnić się przez telefon. Miałem wrażenie, że radziła się mamy, choć pewnie była to dyspozytorka o bardzo matczynym głosie…

Na rondzie ruchem kierowała policjantka a na lotnisku moje rzeczy sprawdzała umundurowana pani ze straży granicznej. I to wszystko dzieje się w Hiszpanii, niegdyś kraju machismo, facetów w szerokich spodniach palących cygara, a co najmniej papierosy równie namiętnie co grający prof. Religę Tomasz Kot w filmie „Bogowie”, a jeszcze wcześniej w kraju przecież, rycerzy, zdobywców i odkrywców świata.

Na Okęciu wsiadłem w taksówkę, którą prowadził dziarski pan około sześćdziesiątki. Jechał nadzwyczaj dynamicznie, jednak wpadliśmy w ogromny korek na Trasie Łazienkowskiej. Przyczyną była oczywiście stłuczka przy stadionie Legii. Tymczasem rodzina już nieźle się niecierpliwiła w domu. W końcu zjechaliśmy na Wał Miedzeszyński i zaczęliśmy nadrabiać stracony czas. Niestety, lizak i zjeżdżamy na prawo. Co się okazuje?

Wymachiwała nim miła policjantka z długimi blond włosami (poważnie, nic nie zmyślam). Zażądała dokumentów i uroczo uśmiechnęła się. Kierowca się bardzo zestresował, trzęsły mu się ręce i nie był w ogóle w stanie odnaleźć prawa jazdy. Zacząłem skamleć pokornie z tylnego siedzenia, by puściła nas wolno, bo w domu rodzina czeka, żona, dzieci, teściowa. Uff, udało się.

Nie odzyskaliśmy już jednak dawnego wigoru. Taksówka wlokła się niemiłosiernie, zatrzymując się co chwila na źle wyregulowanych światłach.

Ludzie, ratujmy mężczyzn, tych nieboraków w bamboszach, bo będzie jeszcze gorzej. Najbardziej śmiałe wizje twórców „Seksmisji” spełniają się na naszych oczach. Faceci, patrząc socjologicznie i statystycznie, są gatunkiem wymierającym, spodnie już dawno zaczęły nosić kobiety, a mężczyźni przestają w ogóle mieć przysłowiowe jaja.
Przepraszam, jeśli kogoś uraziłem teraz estetycznie, ten blog stara się być elegancki, ale inaczej tego nazwać po prostu się nie da.