środa, 1 lipca 2015

Krótka ballada o chłopcu polskim




Krótka ballada o chłopcu polskim

Właśnie kończyło się jego dzieciństwo! Nie zdawał sobie z tego zupełnie sprawy, gdy w sierpniowe, upalne popołudnie siedział na schodach pomostu jeziora dziadków. Zanurzony po szyję w przyjemnie ciepłej wodzie założył zawadiacko nogę na nogę i obserwował walczące między sobą kolorowe kaczki. Beztroskie wakacje dobiegały końca. Było cudownie, macierzanki pachniały upojnie, brzęczały otyłe pszczoły oszołomione ilością kwiatów, których nie były w stanie odwiedzić.

Władek miał dopiero trzynaście lat. Za trzy dni wybuchnie wojna.

Jego głębokie, ciemne oczy i cienkie, ostro wycięte usta zdradzały, że był to chłopiec wrażliwy, widzący głębiej i czujący mocniej, ale jednocześnie pełen uporu i pewności siebie. W jego spojrzeniu było wszystko. Marzenia, plany, duma, nuta niepewności co do przyszłego losu, ale i determinacja by wyjść mu odważnie naprzeciw. Za trzy dni rozpocznie edukację w prestiżowym liceum Św. Genowefy w Paryżu. Jutro o piątej rano kierowca dziadka odwiezie go na dworzec kolejowy. Tak chciał ojciec. Kilkudniowy minister w rządzie Chjeno- Piasta, a przez resztę krótkiej niepodległości wzięty adwokat lwowski, z epizodem na więzienie w Berezie Kartuskiej.

Ojca z nim nie ma. Załamał się, odkąd odeszły jego żona i córka, matka i siostra Władka. „Odeszły” to eufemizm. Taki jest ostateczny efekt gruźlicy. Ojciec też ją ma. Przebywa teraz w sanatorium, w Davos. Już trzy lata, jest chory, umiera. Władek to nadzieja ojca.

- Pamiętaj, tacy jak ty, muszą poprowadzić nasz kraj dalej. Nie zmarnować wysiłku mojego pokolenia, ale wszystko zrobić lepiej, mądrzej, na nowo. Musisz się dużo nauczyć, bardzo dużo – to ostatnie jego słowa przed wyjazdem, które syn zapamiętał. Miał wtedy dziesięć lat.

Rozległ się gwizd, para buchnęła spod lokomotywy, zachrzęściły koła, pociąg odjechał punktualnie. Dworzec, ale i skład relacji Odessa - Berlin były wówczas niezwykle eleganckie, podobnie jak bale, zawody hippiczne, podwieczorki i generalnie obyczaje.

Pociąg dotarł do Poznania i nie wyjechał stamtąd już w dalszą trasę. Władek z tysiącami innych, furmankami, pieszo, czmychając do rowów, gdy nadlatywały niemieckie Messerschmitty, w łachmanach dotarł po dwóch tygodniach do dworku dziadków. Dziadek ściskał go długo, jakby chciał go wzmocnić, jakby chciał mu przekazać przez ten uścisk wszystko, czym chlubił się ich ród, wszystko, co wypracował, co osiągnął przez lata. Kąpiel, kolacja i głęboki sen. To ostatnia tak przyjemna noc na długi, bardzo długi czas. Władek śni o kolorowych wyspach, rajskich ptakach i dziwacznych, ale łaszących się do niego zwierzętach.

Następnego dnia wkraczają Sowieci, niebo zasnuwają ciemne, deszczowe chmury. Dni są niespokojne, aż pewnego razu pobudka o piątej rano, pół godziny na spakowanie jednej walizki, ciężarówka, wyboje, suche komendy żołnierzy, szczęk broni. Na dworcu tłum podobnych nieszczęśników, w jesionkach, inteligentne, szlachetne twarze, mężczyźni, kobiety, dzieci, starcy. Dziadek chwyta Władka za ramiona, ma łzy w kącikach oczu, ale usta ostro wycięte, jak on, zdecydowane:

- Musisz być mocny, musisz być mocny – szepcze i przytula chłopaka. Babcia płacze.

Dziadek nie wytrzymuje podróży w bydlęcym wagonie, dostaje prawdopodobnie zapalenia płuc, wysokiej gorączki. Jego ciało wyrzucają z wagonu gdzieś w okolicach Ałma-Aty. Twarz babci przecina smuga, której nigdy już nic nie rozjaśni. Pracują w kołchozie, żywią się korzeniami, śpią w ziemiance. Jak zwierzęta, lecz oni nie są zwierzętami. Władka ciemne oczy żarzą się jak ogniki, zagryza wargi, ucieknie stąd, będzie żył, nie podda się. Na razie opiekuje się babcią, ale ona jest coraz słabsza. Marnieje z dnia na dzień. Po jej śmierci, obmyśla plan ucieczki, pamięta doskonale lekcje geografii z panem Klimkiewiczem. Jest odważny.

Nie musi uciekać. Wypuszczają go, wychodzi do Iranu z Armią Andersa, ma już piętnaście lat, może nosić karabin. Pod Monte Cassino ratuje oddział angielski z opresji, dostaje order. Razem z generałem płacze, gdy przez radio nadchodzą kolejne wiadomości o tragedii Powstania Warszawskiego. Chciałby wrócić do kraju, ale nie ma już jego domu, nie ma bliskich, nie ma już Polski tam gdzie od wieków żyli.

Zostaje w Londynie, pracuje najpierw jako magazynier, barman, w końcu rozkręca swoją restaurację w Szkocji. Żeni się ze Szkotką, niby w narzeczeństwie sobie obiecywali, że do dzieci będą mówić też po polsku, ale nie ma na to czasu, a po prawdzie, to i potrzeby. Prenumeruje Dziennik Polski, Wiadomości, właściwie z przyzwyczajenia, nikt już chyba nie wierzy, że prawdziwa Polska się odrodzi. Wracać tam? Nie jest Stanisławem Mackiewiczem czy Zofią Kossak, nikt nie powita go kwiatami, lecz wiankiem donosicieli. Wracać i mieszkać w domu komunalnym w Gorzowie Wielkopolskim ze wspólną łazienką z jakimś milicjantem, a co drugi dzień łasić się w spółdzielni o przydział swojego M-3? Nie zniósłby tego.

Najstarszy syn Władka, John skończył King’s College, dostał pracę w Citi, i ma wspaniałą żonę, Katie, miłą Walijkę. Ostatnio był w Edynburgu z synami u dziadków. Jeden z nich zagadnął dziadka.

- Grandpa, powiedz nam coś o kraju twojego dzieciństwa, mamy zadaną taką pracę w szkole?

- Hm, ten kraj to Atlantyda, już nie istnieje – Władysław zamyślił się. – Może, może…. opowiem wam o nim innym razem.
 

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Oni ukradną Wam dzieci

Drodzy Rodzice,

Jeśli kiedykolwiek myśleliście, że uda wam się uchronić Wasze dzieci od zła tego świata, to niestety myliliście się.

Oni są wszędzie i tylko czyhają na to, jak Wam je odebrać. I przerobić na swoją modłę. Sprzedawcy tanich marzeń, wciskający przeterminowany towar z zeszłego sezonu, chcący zarobić parę groszy tanim kosztem, waszym i waszych dzieci kosztem. A właściwie to są to grube miliony zarobione na Was i Wam podobnych, bezbronnych i prostolinijnych, poczciwych i naiwnych ludziach; gruba kasa przeznaczona na to, aby Wam te dzieci zabrać, skłócić z Wami, wlać w ich duszę nieufność, niepokój, pozbawić radości i obniżyć aspiracje. Potem zdemoralizować, zepsuć i uczynić z nich niewybrzydzających konsumentów reagujących prawidłowo na proste komunikaty, jak psy Pawłowa.

Są w gazetach i w telewizji, na portalach internetowych i na koncertach, wychylają się zza wieszaków pełnych dziwacznych ciuchów w centrach handlowych i przemawiają z niby ambitnych książek dla współczesnych niby-pensjonarek. Uchodzą na nauczycieli-luzaków w liceum i sympatycznych trenerów, medialnych mądrali i celebrytów mających zdanie na każdy temat. Sączą ten swój przekaz podkopujący wasz autorytet, czasem tylko drwią, urządzają sobie kpiny, rzucają jakimś zabawnym tekstem albo tylko spojrzeniem. Za nic mają niewinność, sami dawno ją stracili i uwiera ich, gdy inni ją pielęgnują. Zrobią wszystko, aby udowodnić, że wszystko i każdego da się zbrukać, poniżyć, umoczyć w bagnie, w którym sami tkwią i przeciągnąć na swoją stronę, zepsuć do cna, aby niewinność już nie raziła ich przebiegłych oczu. A jeśli się nie uda - to ośmieszyć i podciąć skrzydła aby orzeł na zawsze pogodził się z tym, że będzie kurczakiem.

Oni wymyślili konflikt pokoleń, by sprzedawać więcej pigułek, alkoholu i szlugów, młodzieżowych ciuchów, muzyki i innych gadżetów. Nastawcie uszu. Słyszycie? To oni. Idą po wasze dzieci.

Dlatego pamiętajcie - nie dacie rady sami! Uwierzcie, byli mocniejsi od was i popłynęli, zabrała ich ta fala. Jeśli chcecie mieć jakiekolwiek szanse, musicie zbierać się w grupy. Opierać się plecami o siebie i mieczami odganiać to paskudztwo. Dwaj lub trzej, najlepiej wielu więcej, sąsiedzi, przyjaciele, znajomi. Jedna rodzina, żeby nie wiem jak wspaniała, nie da rady. Musi być was więcej! Połączonych przyjaźnią, serdecznością, wzajemną uprzejmością. Musicie umieć się bawić, wytwarzać dobrą atmosferę, tam gdzie jesteście, co chwila musi wybuchać śmiech. Nie możecie być bandą smutasów wszędzie węszących podstęp, choć nie wolno wam być naiwnymi, macie być przezorni i roztropni.
Nie pozwólcie im! Nie wolno wam pozwolić!

wtorek, 14 kwietnia 2015

Nie ma gender w domu Korbów


Nic nie regeneruje mnie bardziej niż weekend spędzony z moimi dziećmi. W poniedziałek rano czuję się jak szczypiorek na wiosnę, pełen pozytywnej energii i zapału do pracy. Nie zawsze tak było. Bywało, że po weekendzie byłem zmęczony jak pies myśliwski po pogoni za kaczkami w bagnach biebrzańskich. Dzień w biurze w symbiozie z klawiaturą, monitorem, telefonem konferencyjnym czy nawet negocjacjami w eleganckim towarzystwie był ukojeniem dla zmysłów, lepszym niż najwymyślniejsze zabiegi pielęgnacyjne w wykwintnym SPA (chciałem napisać jak kąpiel w borowinie w Ciechocinku, ale tego jednak nie umiem sobie wyobrazić). Takie dwa pełne dni ze sobą skłaniają do różnych obserwacji i refleksji. Na dzisiaj mam refleksję taką, że nie ma gender w domu Korbów. Są natomiast płcie, mężczyźni i kobiety, chłopcy i dziewczęta.

Jak to jest, że pudło samochodzików nie wzbudziło żadnego zainteresowania dwóch sióstr i musiało upłynąć dziewięć długich lat, aby sięgnął po nie młodszy brat tego, który nimi bawił się całymi dniami niegdyś?

Jak to jest, że tenże chłopaczek nie sięga wcale po inne pudło, z maskotkami wszelkiego rodzaju, piesków, kotków i misiów, nie rozkłada ich na kanapie, nie prowadzi dla nich lekcji, nie jest panem nauczycielem, nie ustawia ich w rodziny z mamą, tatą i dziećmi? Nie robi tego nigdy sam z siebie. Powtarzam – nigdy!

Owszem uczestniczy i chce bardzo uczestniczyć w zabawach ze starszymi siostrami, ale najlepiej, aby to była gonitwa, ściganie się, bieganie na czas, chowanie, wszystko co przyprawia o zawrót głowy moją żonę. Odbywa się to porą zimową w domu, rzecz jasna.

Mimo dużej różnicy wieku chłopcy doskonale się dogadują i lubią spędzać ze sobą czas. Czas „szalenia”. „Stasiek, poszalejesz ze mną?” - to błagalne pytanie słyszę nader często. Nie pada odpowiedź, tylko błysk w oku jest tu odpowiedzią. „Szalenie” zaczyna się natychmiast, chłopaki startują jak sprinterzy, a kobiety wydają pisk dezaprobaty.

Innymi ulubionymi zabawami synów i braci, których kobiety w moim domu wręcz nie znoszą, są wieczne przepychanki i przekomarzanki. Jeden drugiego cpyka w ucho, w nogę, w rękę, drugi się irytuje i zaczynają się zmagać, siłować. Dziewięć lat różnicy. Więc wszyscy krzyczą, aby starszy przestał, ale nic złego się nie dzieje, to zabawa, on zawsze siłuje się na żarty, z taką charakterystyczną pobłażliwością dla młodszego. Zresztą starszy sam nadzwyczaj dobrze się przy tym bawi. Mimo to młodszy jest przeszczęśliwy, owszem ciągle domaga się, aby starszy nie dawał mu forów, ale liczy się sam ruch i spalanie kalorii.

Jeśli nie poszaleją, nie ma spokoju. Nie ma też szczęścia, spontanicznego poczucia zadowolenia na twarzy pięciolatka. Czy to jest zalążek męskości? Piotrek teraz jest w fazie wzrastającej fascynacji piłką nożną. Na razie kopie w nią w domu, na podwórku, w szkole. Na urodziny dostał karty z piłkarzami i album do ich umieszczania. Mój Boże, do nabycia w każdym kiosku z prasą a ile radości. To się babcie zdziwiły, że tak z prezentami udało się wstrzelić. Mały człowiek zasypia z kartami w ręku i budzi się mając je tuż przy głowie. A w przedszkolu chłopaki stoją lub siedzą w kółku i cały czas dyskutują o tym, który piłkarz najlepszy. „A ten jest dobry”. „Nie, ten jest najlepszy”.

Cóż, czas ucieka, nikt już u nas nie budzi się siedem razy w nocy, nie ma kolek, nie płacze bez powodu, nikomu nie trzeba zmieniać pieluch, nosić na rękach ani miksować zupek. O dziwo, wszyscy posługują się sztućcami i zasiadają z powagą do stołu (choć niektórzy tę powagę mają tylko przez chwilę). Nie używamy wózków, fotelików do karmienia, nosidełek a nawet oddaliśmy znajomym łóżeczko niemowlęce ze szczebelkami.

Każda faza rodzicielstwa ma swoje radości i troski. Inne, fascynujące, angażujące.

środa, 1 kwietnia 2015

Połączyli nas Bracia …

W ramach udziału tego bloga w ogólnopolskiej akcji promocji czytelnictwa poniżej publikujemy gościnnie udostępnione mini-opowiadanie, które zdobyło II nagrodę w kategorii „mała forma” na duńskim festiwalu im. H.Ch. Andersena w ub. roku.


Połączyli nas Bracia ...

Pokochałem kobietę, która porosła książkami. Byłby to świetny żart, gdyby nie była to prawda. Wszystko zaczęło się pięknej czerwcowej soboty.

Jak co dzień od trzech tygodni około dziesiątej rano pojawiłem się z Bibliotece Narodowej. Miałem sentyment do tego miejsca, nauka szła mi tu wyraźnie lepiej niż w BUW-ie, nie mówiąc już o uczeniu się w akademiku. Sesja była na ostatniej prostej. Przypiąłem górala do stalowego ogrodzenia i ruszyłem raźno do budynku. Tak raźno, że nie zauważyłem nadchodzącej z bocznej alejki dziewczyny. Fakt, świeciło mi w oczy ostre, poranne słońce, ale i tak trudno uwierzyć, że zderzyłem się z nią w taki sposób, że wyłożyłem się jak długi i złamałem górną jedynkę. Na szczęście jej nic się nie stało, oprócz tego, że rozsypały jej się książki, z których jedna przypominała harmonię czerwonoarmisty z radzieckiego filmu, gdy tak leżała bezradnie na granitowej kostce. Powinno mi być głupio, ale dziewczynie było głupio dużo bardziej, bo to ja przecież utraciłem część uzębienia. Dobrze, że nie miałem przy sobie lusterka, bo bym chyba się rozpłakał. Wyglądałem naprawdę żałośnie.

Hanna, bo tak miała na imię, okazała się uroczą studentką polonistyki, wielbicielką Maraia i zapaloną rowerzystką. Nie mogłem lepiej sobie wymarzyć. Od razu spodobała się moim rodzicom, a nawet babci, którzy piali wręcz nad nią z zachwytu. Znajomi uwielbiali Hanę, bo tak ją nazywali, a miała ich mnóstwo. Na początku wywoływało to moją lekką zazdrość, ale szybko zrozumiałem, że ona czekała na mnie całe życie i jestem jej pierwszym chłopakiem. Warto było mi czekać tyle lat na nią. Byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Godzinami toczyliśmy zażarte dyskusje, we wszystkim się w końcu zgadzając, co chwila wchodząc sobie w słowo i uzupełniając ze swadą wzajemnie argumentację. Wreszcie ktoś rozumiał moje zachwyty nad Maxence’em van der Meersch’em, podskakiwał na tych samych taktach Verdiego, wiedział dlaczego Warszawa była nazywana Paryżem północy? Zbieżność i komplementarność wprost genialna. Gdyby nie drażniło mnie to infantylne sformułowanie, powiedziałbym, że piliśmy sobie z dzióbków. Choć do tego też z czasem doszło. Człowiek to ciało i dusza, nasze dusze tańczyły w uniesieniu, trudno było utrzymać ciała na ławce rezerwowych.

Hana troskliwie zajęła się pocieszaniem mnie, a potem towarzyszyła przy wszystkich wizytach w gabinecie dentystycznym. Jej wujek, tak, tak miała nawet wujka stomatologa, był znakomitym fachowcem. Nie dość, że zyskałem perlisty uśmiech gwiazdy Hollywood, to jeszcze zapłaciłem wszystko po kosztach. Spędzaliśmy z Haną każdą chwilę, uczyliśmy się siedząc naprzeciwko siebie, czytaliśmy razem oparci plecami, jedliśmy, załatwialiśmy sprawunki, pędziliśmy rowerami, zjeżdżając całą okolicę. Rozstawałem się z nią właściwie tylko wtedy, gdy musiała iść do łazienki. Te chwile były najgorsze, minuty dłużyły mi się niemiłosiernie, sięgając w wyobraźni rozmiarów godzin. Muszę w tym miejscu uczciwie powiedzieć, nie byłem jej jedynym towarzyszem podczas wszystkich tych chwil.

Hanna nie rozstawała się bowiem nigdy z książkami. Najczęściej kilkoma. Miała je schowane w różnych zaskakujących miejscach swojej garderoby. Najczęściej tomik poezji w kieszeni spodni, dobra powieść włożona za pasek od strony ciała, jakieś dzieło historyczne (uwielbiała średniowiecze) w specjalnym schowku między skarpetką a piszczelem, współczesny kryminał, które czytała tylko tak jak je się popcorn w kinie, dyndający na szarym sznurku między łopatkami. I najbardziej zaskakujące – nowości popularnonaukowe po angielsku albo francusku pod lewą albo prawą pachą. Od razu dodam, aby nie było tu niezdrowej ciekawości, Hanna w ogóle się nie pociła, co było o tyle zadziwiające, że pasjami piła te wszystkie cisowianki, żywce, nałęczowianki, muszynianki i inne krople beskidu, które tyle dziewczyn dzierży w dłoni i popija małymi łyczkami w czytelniach i na campusach, by zdrowo żyć.

Nie wiem jak to możliwe, ale przez długie, cudowne wakacyjne miesiące i początek nowego roku akademickiego, nie miałem o tym bladego pojęcia. Teraz drapię się w głowę, jak mogłem tego nie zauważyć, patrzyłem przecież na jej łopatki nieraz, gdy jechała przede mną swoją meridą. Albo kryminały pod pachami - czasami miała dwa, niezwykle szybko czytała – tańczyliśmy czasem do upadłego albo wymachiwaliśmy rękami biegając po łące za motylami. I nic. Nic nie widziałem. Gdy przeglądam teraz zdjęcia, na których widać to wyraźnie, widać nawet jak obejmując ją, odchylam dziwacznie rękę (miała wtedy akurat ze sobą pełne wydanie przygód Sherlocka Holmesa, faktycznie udała się ta edycja Zyskowi), nie mogę, po prostu nie mogę uwierzyć swojej ślepocie, walę głową w stół w mojej bezradności. O losie!

Nasza idylla skończyła się gdzieś około listopada. Właśnie szykowaliśmy zaręczyny a cała rodzina i przyjaciele byli jednym wielkim podekscytowaniem. Wszyscy nam kibicowali i życzyli jak najlepiej.

Pewnego mglistego poranka, jak co dzień, udałem się do Anny, aby razem zjeść śniadanie i pojechać na uczelnię. Jakież było moje zdziwienie, gdy po otwarciu drzwi wysypały się na mnie książki, tak jakby ktoś przewrócił na mnie regał albo wysypał mi na głowę deszcz tomiszczy z kilku worków. Wygramoliłem się spod sterty dosyć już pożółkłych tomów, i krztusząc się skondensowanym zapachem dobrego tuzina antykwariatów, dobrnąłem do pokoju Hanki. Leżała na kanapie, jak gdyby nigdy nic, pogrążona w lekturze, lecz widok ten zaniepokoił mnie. Zrobiłem okrągłe oczy i zacząłem coś dukać, że prawie nie zginąłem przywalony w przedpokoju. Dlaczego nie powiedzieli, że przeprowadzają się, przecież mogłem pomóc, posegregować to jakoś? W miarę mówienia, dochodziło do mnie, że jestem coraz bardziej niedorzeczny w tym rozżaleniu, bo wzrok mój przykuty był do kanapy i tego co się na niej działo. Źrenice rozszerzały mi się do niebywałych rozmiarów a włosy powoli stawały dęba. Właśnie przeżywałem renesans fascynacji heavy metalem i od kilku miesięcy zapuszczałem, więc możecie sobie wyobrazić jak to mogło wyglądać. Hanna porastała książkami, jak stare drzewo mchem, lecz działo się to w przyspieszonym tempie na moich oczach. Jak na filmie przyrodniczym albo w animowanym serialu „Było sobie życie”. Po chwili jej skóra wyglądała jak okładka tomu „1001 książek, które musisz przeczytać”, z tą różnicą, że książki a nie okładki, i to książki różnej grubości, wystawały z jej ciała. Była jedną wielką książką, a widok ten był potworny.

Uciekłem. Krążyłem długie dni po podwarszawskich pustkowiach i nadwiślańskich chaszczach, aby dojść do siebie. Musiałem ochłonąć.

Ochłonąłem. Po kilku tygodniach. Musiałem. To jest zaraźliwe. Gdybyśmy poprzestali przed ślubem na tańcu dusz... Ech! Moja przyszłość jest właściwie przesądzona. Na razie mam kilka uwypukleń pod prawą pachą, to Bracia Karamazow i Biesy Dostojewskiego, a najmniejsze to Emancypantki Prusa. Na dużym palcu lewej stopy pojawiły się natomiast „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” i „Pan samochodzik”, niestety aż pięć części, przez co nie mogę włożyć już buta. Takie stadium może potrwać kilka tygodni, aż do totalnej eksplozji. Wtedy połączymy się na wieki. U niej też zaczęło się od Braci Karamazow, przeklęty Dostojewski.
Złączyła nas miłość do książek. I tak już zostanie.

"Mała forma"


Drodzy, już dzisiaj wczesnym południem z okazji przypadającego 2 kwietnia, czyli jutro, Światowego Dnia Książki dla Dzieci sensacyjna historia na blogu! Nie dla dzieci, lecz dla młodzieży, nie bajka, ale niemal reporterski zapis wstrząsających wydarzeń. Opowiadanie, które zdobyło II nagrodę w kategorii „mała forma” na duńskim festiwalu im. H.Ch. Andersena (w wersji polskiej, wersja angielska dla chętnych).

wtorek, 31 marca 2015

Sensacyjne wyznanie na blogu

Uwaga! Już jutro sensacyjne wyznanie na blogu. Musieliśmy czekać cały długi rok na ujawnienie tej historii.
 

sobota, 28 marca 2015

Nie rzucim ziemi skąd nasz ród...



Gdy tak w ubiegłą sobotę jechałem samochodem pełnym wilczków do Ząbek na DM za FSE naszła mnie refleksja tyleż smutna, co pocieszająca. Smutna dlatego mianowicie, że te nasze miasteczka są takie brzydkie, każdy budynek innego koloru, innej wysokości, kształtu, to szarobure klocki, bez żadnej finezji. Ale kto tam panie myślał o finezji za komuny, człowiek się cieszył, że trochę cementu udało się załatwić na lewo. Pocieszająca, że nie tylko moja droga do domu linią otwocką jest brzydka. Choć to marne i niepoważne pocieszenie przecież.

Kiedyś nocował u mnie Jacques Mougenot, wówczas komisarz generalny, odwoziłem go na lotnisko, chciałem zagaić, że teraz to, co widzimy z okien samochodu wygląda może dosyć szkaradnie, ale przed wojną to, panie dzieju, było tu cudowne letnisko, tylko ta komuna itd. Nie zdążyłem rozwinąć myśli, od razu mi przytaknął, w swoim zdecydowanym stylu, że faktycznie nieszczególnie to wygląda. Dałem spokój, byłem przecież u niego wcześniej, w poślednim francuskim miasteczku. Z kamienia... Pomyślalem, co się będę upokarzał, my walczyliśmy bohatersko, nie poddaliśmy się i przegraliśmy wojnę, tonąc w hekatombie krwi i zniszczeń, wpadając na 50 lat pod but barbarzyństwa. Oni poddali się bez jednego wystrzału, utworzyli rząd kolaborujący z III Rzeszą i nie zburzono im jednej kamienicy. I teraz mamy brzydką architekturę, pokraczną stolicę, a oni Paryż, do którego wszyscy wzdychają. Gdyby tylko taki był skutek. Szkoda słów...

 
Nie narzekam tutaj, stwierdzam fakty. Gdy ktoś narzeka i upatruje związku przyczynowego między tymi szarymi domostwami a polskością, że to niby Polnische wirtschaft i polski paździerz - krew mnie zalewa. Jest związek ale z PRL-em, tym produktem polskopodobnym imitującym Polskę, jak kawa zbożowa imituje kawę. Ze światem Alternatyw 4 i inżyniera Karwowskiego, z zarządzającymi społeczeństwem „mętami i prymitywem”, z meblościankami w blokach i małym fiatem. Oczywiście zaraz ktoś powie, że te drewniane chaty przed wojną, że słabo to wyglądało wtedy też. To ja mu na to wyciągam pocztówki z przedwojenną Warszawą, niech sobie zobaczy te klomby, latarnie, ławki. Jak mu mało, to jadę mu między oczy ambasadorem USA, któremu bardziej podobała się Warszawa niż Paryż, a gdy zobaczył to miasto po wojnie to się załamał i odszedł z dyplomacji.

 
Ostatnio coraz więcej się pisze o tym, jak odbudowywano Warszawę. Wiele wskazuje na to, że Biuro Odbudowy Warszawy było zarządzane bezpośrednio z Moskwy, a to co wyprawiało wywoływało sprzeciw nawet komunistów, z Bierutem podobno na czele. Niektóre pomysły udało się zablokować, inne nie. I tak 20% ocalałej zabudowy (wypalonej) wyburzono w imię ideologicznych miazmatów (zostało 10%). Poszerzając Marszałkowską wyburzono tę stronę, która ocalała w lepszym stanie, teren ścisłej zabudowy wielkomiejskiej zrównano z ziemią na potrzeby budowy PKiN i wielkiego „lotniska” wokół niego a wszelkie zdjęcia tych ulic zniszczono. Część osób pracujących w BOS na czele z prof. Zachwatowiczem uratowała Trakt Królewski, więcej im nie pozwolono. A wiele ulic można było podobnie odbudować! Tak stało się podobno w Wiedniu.

 
Na razie może wystarczy tych varsaniavianistycznych lamentów. Myśl na dzisiaj jest też inna. Mianowicie - kto się gdzie urodził - byłoby naturalne, aby tam żył i zmieniał oblicze ziemi. Tak sobie myślę, że to jest właśnie naturalna kolej rzeczy, ułatwiająca życie, utrzymująca stabilne dobre samopoczucie, człowiek czuje się bezpieczniej, znajome otoczenie, ludzie, miejsca i rody wokół. Nie zawsze to jest możliwe, migrujemy, jest to nieuchronne i nie ma co rozdzierać szat. Więcej, pewnie trend ten będzie się pogłębiał, duże miasta będą stawały się jeszcze większymi a małe mniejszymi, i nic na to nie poradzimy. Jednak człowiek świadomy, że coś traci migrując (oczywiście też zyskuje, nie ma wątpliwości, bo po to migruje), jest w stanie to rekompensować, zarządzać tematem. Wie o tym każdy, kto wychowuje dzieci z dala od dziadków, z zazdrością spoglądając na tych, którzy dziadków mają tuż za rogiem. Jeśli jesteśmy przekonani, że społeczność sąsiedzka jest czymś wartościowym, budujemy ją gdziekolwiek mieszkamy. Przynajmniej usiłujemy. I tak się dzieje w różnych miejscach, każde miasto, miejscowość, osiedle kiedyś powstało przecież

 
Jednak migracja wewnątrz kraju to nic w porównaniu z emigracją zagranicę. Jest ona czymś sprzecznym z naturą, niesprawiedliwym, w wielu przypadkach dramatycznym i tragicznym. Chyba najlepiej ujął dramat wygnania, niechcianej emigracji Sandor Marai w książce „Krew Św. Januarego”, jednej w jego wielu genialnych powieści, w której mowa o tym, że nie da się odnaleźć w pełni gdzie indziej niż w swojej ojczyźnie. Niestety nic Wam tu nie przytoczę z wielu mięsistych fragmentów, które onegdaj zaznaczyłem legendarnym zielonym ołówkiem, bo powieści nijak odnaleźć nie mogę.

 
Ja nie mam tego gruntownie przemyślanego, ani rozlicznych, częstych kontaktów z naszą starą czy nową emigracją. Mam natomiast w pamięci kilka spotkań z osobami, które wyjechały, trochę wbrew sobie, powodowane życiową koniecznością, a w dwóch przypadkach dodatkowo małżeństwem z cudzoziemką. Powodzi im się dobrze. Podczas żadnego z tych spotkań nie powiedziałem jednego słowa wskazującego na negatywną ocenę decyzji tych osób o wyjeździe, a za każdym razem tłumaczyły się one z tego i przekonywały o tym, że było to konieczne. Gdy pytany o sytuację w kraju, opowiadałem o nowych inwestycjach, zmianach, pozytywach, gwałtownie zaczynały zaprzeczać, że to niemożliwe, że to się nie może udać, itp. Mechanizm wyparcia, jakiegoś samoutwierdzenia, że zrobiły dobrze, że im gorzej w Polsce, tym bardziej zrozumiała jest ich decyzja. Słuchanie tego było czymś bardzo nieprzyjemnym i wysoce przygnębiającym. Zrozumiałem wtedy, że nigdy nie wrócą, a wyjazd to krzywda, jaka ich spotkała, to rana, która się nie zabliźni. I że to jest straszne, że to nie jest żadne rozwiązanie: zmienić kraj. Mimo prostszych chodników, lepszych dróg, ładniejszej architektury, mniejszych korków i bardziej uśmiechniętych ludzi na tych chodnikach.

 
Bo kto urodził się Polakiem, ma obowiązki polskie…

wtorek, 24 marca 2015

Tułów bez kończyn za to z przyszytą inną głową


Powinniśmy czytać poezję. Tylko poeci, dobrzy poeci, są w stanie uchwycić w jednej frazie prawdę o czasie i ludziach, a także prawdy ponadczasowe. Lepiej niż tysiącstronicowy traktat. Odpowiednie dać rzeczy słowo, ująć coś tak, że przez słowa widzimy żywe obrazy, słyszymy, to co niesłyszalne w codziennym zgiełku. Objaśnić nam rzeczywistość wymykającą się szkiełku i oku, bezbronną wobec instrumentarium publicystów, socjologów, historyków i innych badaczy. Dzięki temu rozumiemy lepiej siebie i świat. To wielka sztuka.

Niestety jestem w grupie rzadko sięgającej po poezję. Życie. Jednak na pewno sięgnę po tomik Przemysława Dakowicza pt. „Łączka”. Jak tylko go nabędę. Zrobię to zachęcony jego wypowiedziami i omówieniami w mediach. M.in. takimi:

„Już nie pamięta, czy dowiedział się o żołnierzach wyklętych z publikacji IPN, czy Sceny Faktu TVP. – W pewnym sensie zawsze byli w mojej świadomości – jako pierwotne źródło fundamentalnego pytania o Polskę – mówi. – Dlaczego jest taka… labilna, niepewna własnej tożsamości, zrzekająca się odpowiedzialności za samą siebie, cierpiąca na amnezję – wymienia. Im bardziej drążył temat, tym częściej do niego wracał. Uważa, że zestawienie żołnierzy wyklętych z elitą polskiej inteligencji zamordowaną w Katyniu jest uzasadnione: – Katyń to była zbrodnia założycielska tej „nowej Polski”, którą Jakub Berman opisywał w rozmowie z Teresą Torańską. Jego słowa mówią wszystko o rządach komunistów i ich wizji państwa, którym w imieniu Związku Sowieckiego zarządzali. Berman stwierdza wprost, że chodziło „o zmianę koncepcji kraju, o zbudowanie całkiem nowej Polski w kształcie i strukturze, zupełnie niepodobnej do tej, jaka była kiedykolwiek w historii. […] Polska przecież istniała tysiąc lat, przez ten tysiąc lat nagromadziło się w niej szereg pojęć, kompleksów, poglądów i wiar. I nagle przychodzą nowi ludzie, wszystko jedno skąd – stąd czy z Moskwy – i przewracają kraj do góry nogami, by ukształtować go na zupełnie inną modłę”.

Zwracam uwagę na określenia „całkiem nowa”, „zupełnie niepodobna do tej, jaka była kiedykolwiek” i na przerażające „wszystko jedno skąd – stąd czy z Moskwy”. Berman nie ma najmniejszych wątpliwości, że to się udało. Bez Katynia i bez fizycznej likwidacji członków antykomunistycznego podziemia, która była kontynuacją tamtej zbrodni, „całkiem nowy” kraj i naród nigdy by nie zaistniały. Masakra katyńska i wielkie mordowanie Polaków w drugiej połowie lat 40., realizowane przez majstrów z NKWD i ich miejscowych czeladników, oznaczały operację na żywym organizmie zbiorowym. Dokonywało się obcinanie głowy, rąk i nóg. Do kalekiego, krwawiącego korpusu ludzie sowieccy przyszyli naprędce jakąś całkiem inną głowę, kończyny zupełnie niepodobne do odciętych. Zmajstrowali nowego człowieka zbiorowego. Tym zbiorowym człowiekiem w pewnym stopniu ciągle jesteśmy.”

I jeszcze jedna wypowiedź.

„…zobaczyłem strukturę ziemi w kwaterze „Ł”, kolejne warstwy, którymi przykrywano i maskowano ślady zbrodni. To warstwy przykrywające i maskujące naszą zbiorową świadomość, bo Łączka jest pod względem symbolicznym identyczna z Polską – to, co najistotniejsze, co trzeba by nazwać rdzeniem naszej wspólnej tożsamości, spoczywa najgłębiej, przysypane warstwą gruzu i śmieci.”

Czy jest sens drążyć trudną historię zamiast wybierać przyszłość? Uważam, że jedno nie stoi w sprzeczności z drugim, a wręcz jedno powinno wynikać z drugiego. Pamiętajmy, jeśli nie będziemy wiedzieć, odczuwać, rozumieć, czym Polska była i jaka była, nigdy nie będziemy sobie w stanie wyobrazić, czym mogłaby być i jaka mogłaby być! To jest jak prawo fizyki. Jeśli ktoś narzeka na „ten kraj”, na to, że wiele rzeczy jest postawionych na głowie, to owszem ma rację, tylko jakie wnioski z tego wyciąga? Obawiam się, że błędne i wysoce niewystarczające.
Ignorancja, ignorancja… to największy wróg.

sobota, 21 marca 2015

Niespokojni ojcowie



Kilka tzw. ładnych lat temu odwiedzaliśmy naszych znajomych i dojmującym wrażeniem, które mieliśmy była niezwykła nerwowość przy stole. Widać było, że rodzice w napięciu tylko czekają, aż któreś z dzieci nastolatków coś powie obraźliwego, niegrzecznego, odburknie lub, nie daj Boże, któreś z młodszych chlapnie nie językiem tylko ketchupem w gości. Albo nie zechce odpowiedzieć na uprzejme pytanie tylko wygnie wargi z niechęci, a może i z bezbrzeżnej pogardy, tudzież obrazi gości albo strzeli krzesłem, trzaśnie drzwiami i wybiegnie z domu. Ojciec naprawdę był niespokojny i obawiał się chyba, jak to się skończy (a co najmniej sprawiał takie wrażenie). Atmosfera była gęsta i aż ciężko się było neutralnie odezwać. Siedzieliśmy jak trusie, z niecierpliwością oczekując deseru.


Minęły lata i znowu spotkaliśmy się jakiś czas temu. Ojciec rodziny, prawdziwy pater familias, tym razem jawił nam się jako oaza spokoju, rozluźniony, panujący nad sytuacją, dumny z dzieci. Brakowało tylko tego, aby klepał się po udach i mlaskał z ukontentowana. I faktycznie miał powody do zadowolenia. Zamiast pamiętnych rozchwianych nastolatków prowadziliśmy teraz pouczające konwersacje z czarujacymi młodymi ludźmi, ułożonymi, ciekawymi świata, o szerokich horyzontach, mającymi swoje zdanie i liczne pasje, wizje swojej przyszłości i wykonywanego zawodu. Słowo honoru, to był szok, ta rozmowa była niezwykle interesująca. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Ojciec prawie się nie odzywał, dyskretnie uśmiechając, od czasu do czasu poddawał jakieś niewinne pytanie, które któreś z dorosłych już dzieci podejmowało jak dobrze podaną piłkę i w iście brazylijskim lub á la Leo Messi stylu serią efektownych dryblingów wbijało do bramki.

 
Przypomniała mi się ta historia ostatnio i wydała pocieszająca. Szczególnie w związku z niniejszym postem, który będzie dla ojców i o ojcach, głównie tych mających już dzieci obsługujące telefony i inne urządzenia wychowawczej zagłady, czyli o ojcach w sytuacji zagrożenia. Ale przyszli ojcowie, towarzyszki ojców obecnych i przyszłych i inne osoby mające z ojcami cokolwiek wspólnego nie muszą bynajmniej przerywać lektury.

 
Pisałem tu kiedyś, że jedna z najważniejszych spraw dla ojca to czas. Mieć czas, znajdować czas, dobrze go wykorzystywać. Kilka tygodni temu mieliśmy w szkole "Strumienie" arcyciekawą konferencję o kobietach i ich sukcesach a w jej ramach znakomite wystąpienie dr Tomasza Wilka. Mówił on właśnie o tym, że ojciec ma dwa główne zadania: (i) „być” czyli właśnie czas, obecność, oraz (ii) „być zaangażowanym, uczestniczącym”. Nie wystarczy bowiem sama bierna obecność. Pamiętacie Felicjana Dulskiego? Chłopak siedział cały czas w domu, poczciwina, nawet z kumplami się nie włóczył po knajpach ani na ryby nie wymykał w sobotnie poranki. I co z tego, skoro był kompletnym safandułą. Wielkim nieobecnym. Bo obecność fizyczna to za mało. Skąd my to znamy? Zaraz po konferencji w niedzielę pojechałem moderować dwa casusy Akademii Familijnej do Gdańska. I znowu mam tam faceta (w jednym casusie, nie na sali, uff), który uparł się, że jego jedyną rolą w wychowaniu dzieci jest zapewnienie na to środków finansowych. Wraca chłopak codziennie o 21.30 do domu i nawet, gdy jest naprawdę potrzebny, gdy wali się i pali, uchyla się, usprawiedliwiając zarabianiem na utrzymanie rodziny. W Gdańsku ludzie rozwiązujący casus nie wierzyli, że tak można pracować. Cóż, zapraszamy do stolicy! Jednak nie to jest kluczowe, zasadniczym problemem jest błąd w myśleniu, z którym bohater casusa się zaprzyjaźnił, mianowicie - nie muszę brać udziału w wychowaniu, edukacji; wychowanie dzieci, szkoła - to sprawy żony. Ja już nie mam siły do takich historii, to jest naprawdę męczące tłumaczyć rzeczy oczywiste. A poza wszystkim, z jakich przyjemności rodzicielskich taki delikwent rezygnuje. W Gdańsku nie było potrzeby nikomu niczego tłumaczyć, co za wspaniała grupa! Ale w życiu, wokoło nas (?)

 
Wracając do wykładu p. dr Wilka, wielu obecnych ojców, oskarżanych w domu o nieudolne wklejanie swoich trzech groszy w dyskusjach z dziećmi, odetchnęło i słuchało padających słów z prawdziwym zadowoleniem. Ojcowie nie tylko mają być zaangażowani, ale mają się mieszać, pytać, prowokować dyskusje, nie ustawać w walce o kontakt z dziećmi, a kiedy trzeba mają być stanowczymi i nieugiętymi. Niektóre decyzje nie będą popularne. Stawianie ograniczeń, konsekwentne ich egzekwowanie, podczas gdy "wszyscy już mają komórki", "wszyscy to oglądają" albo "wszyscy wracają o pierwszej w nocy" – nie będzie łatwe. Ojciec, który się angażuje, jest jak piłkarz na boisku. Wszyscy by chcieli, aby był Messim, aby aż miło było na niego popatrzeć. A umiejętności większości z nas nie wychodzą poza poziom drugoligowego obrońcy. Biegniemy z piłką, zdarza się sfaulować, przypadkowo, niechcący; podania - bywa, że się udają, choć większości zagrań daleko do finezji tiki-taki FC Barcelona. Każdy gra, jak umie, najważniejsze, że w ogóle gra i biega za piłką. Nie ma nic gorszego niż widok, jak nasi puchną na boisku i odpadają kondycyjnie po pierwszej połowie.

 
Tak to jest z nami ojcami, biegamy czasami bezładnie po boisku, może nie mamy najlepszej techniki, ale liczy się ostatecznie to, aby strzelić gola i samemu nie stracić bramki. Rozstrzyga wynik! Jak celnie pisze Regina Brett, nie sposób każdego dnia i w każdej decyzji być idealnym rodzicem, jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy. Bywamy zmęczeni, mamy zły dzień, spadło ciśnienie albo wracamy podminowani z pracy. Jasne, że to nas nie usprawiedliwia ale jakąś ilość słabych zagrań trzeba po prostu wliczyć w koszty. Tak jak gorsze mecze miewa nawet Messi czy jakakolwiek inna gwiazda futbolu.

 
To, co się liczy to mocne przekonanie wynikające z dobrego poukładania sobie spraw w głowie, o tym, że trzeba być zaangażowanym w sprawy dzieci, w wychowanie, w podejmowanie decyzji, w rodzinę. Ojciec outsider, milczek, safanduła, grzybiarz znikający w gąszczu lasu, wędkarz znikający w nadwiślańskich chaszczach w poszukiwaniu przynęty i czyhający wciąż na dużą rybę, majsterkowicz znikający w swoim garażu pełnym nikomu nieprzydatnych rupieci, biznesmen mający tysiące ważnych spraw i spotkań a wśród nich żadnego związanego ze swoją rodziną, polityk zmieniający świat aby ludziom żyło się kiedyś lepiej a na razie jego najbliższym gorzej, doradca rodzinny ciągle nieobecny w domu bo zajęty wykładami dla ojców o tym, jak ważny jest czas dla dzieci. Tysiące innych usprawiedliwień, obiektywnie ważnych, angażujących czas i energię spraw, rozgrzeszających nas z braku zaangażowania w domu. A gdy jeszcze mamy wychowaną w matriarchalnej tradycji żonę i takąż ochotną do wszelkiej pomocy teściową to umarł w butach. Nie zazdroszczę, choć delikwent będzie się cieszył, że nic nie musi robić tylko spokojnie meczyki z kumplami może oglądać. Nieborak. Jak przekonywał dr Wilk, wcześniej czy później, one wrócą do niego z gwałtowną prośbą, aby się zaangażował, coś zrobić, jakoś przemówił do rozsądku tego chłopaka czy dziewczyny. Przyjdą, gdy już będą problemy, najczęściej gdy na pewne rzeczy będzie za późno. I co wtedy? Facet poderwie się nieco rozkojarzony znad tych swoich papierów, spraw, narzędzi, gazet, meczów i ni z gruszki, ni z pietruszki uderzy pięścią w stół albo zakrzyknie "a niech to jasna cholera", jak pamiętny Felicjan Dulski. Coś tam zazgrzyta zębami, tupnie butem, wyrwie włosy z głowy, lecz dla swojego syna czy córki będzie tylko żałosny.

Tak, panowie, nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Z najlepszymi życzeniami z okazji pierwszego dnia wiosny, która sprzyja licznym zaangażowaniom rodzicielskim na łonie natury.