Zacznijmy od tego, że jestem niezwykle szczęśliwy, że tam byłem. Co prawda tylko
trzy noce i dwa dni, ale na miejscu pod względem intensywności i ilości zdarzeń,
wydawało się, że to trzy tygodnie. Jechałem m.in. z zamiarem dania jakiejś
bezpośredniej, na gorąco relacji, by zapełnić nieco deficyt informacji w
Polsce, ale nie dało się. Po prostu nie dało. Może to i lepiej. Wielu rodzicom
wystarczy widok przywiezionych kaloszy i trzykrotne czyszczenie namiotów z
normandzkiego błota. I niech tak zostanie. Trzeba bowiem przyznać, że
Normandia, ogromny liściasty las, częste rzęsiste deszcze i gliniane podłoże
dały efekt jedyny w swoim rodzaju. Trudno sobie wyobrazić to błoto, takiego u
nas nie uświadczysz. Chyba że w jakichś bagnach biebrzańskich, ale nikt przy
zdrowych zmysłach tam się nie ładuje z obozowaniem. Jeśli ktoś pyta dziś
uczestników, czy błoto normandzkie było po kostki, oni wybuchają wprost
śmiechem. Takim po kostki nikt sobie nawet nie zaprzątał głowy, takim to się
szło jak po asfalcie. Jednak zgodnie z udaną maksymą, że „do wszystkiego można
się przyzwyczaić”, po kilku godzinach brodzenia, nikt już nie zwracał uwagi na
kałuże i breję przyklejającą się do butów. Zaczęło to mieć nawet swój swoisty
urok, kalosze wyglądały zjawiskowo np. na nogach harcerzy niosących sztandary.
Będziemy więc to wspominać coraz bardziej z uśmiechem i nostalgią.


Harcerki i harcerze mieli wspaniałego, niezwyciężonego ducha. Niejeden rodzic, widząc to, przecierałby oczy ze zdumienia, że ten jego syn, ta córka, nie tylko nie marudzi ale jest pełna entuzjazmu, wyrozumiałości i braterstwa dla ludzi wokół, że pierwsza wstaje aby dla zastępu rozpalić ognisko, pomaga młodszym, śpiewa w deszczu. Wiem, co mówię, widziałem te twarze młode, szlachetne, bez fałszu, na własne oczy. Spotykając mnóstwo naszych, pytałem i obserwowałem, rozmawiałem z trzynasto-, czternasto-, piętnasto- latkami. Podobne pozytywne, dziwnie dojrzałe odpowiedzi, z których wynikało, że wszyscy oni są niezwykle ale to niezwykle z tej przygody zadowoleni. Jakoś nią wzmocnieni, zbudowani, trochę może stonowani przez te trudy, to nie był tani, fizjologiczny, eksplozywny entuzjazm. To było głębsze przeżycie, oni byli w pewien sposób oszołomieni tym tłumem ludzi mówiących w innych językach, w tych samych mundurach, recytujących na ceremonii tę samą rotę przyrzeczenia, przestrzegających tego samego Prawa Harcerskiego. Ta masa ludzi robiła wrażenie na nich, nie mogło być inaczej. Oczywiście nie chcę tu lukrować, popadać w euforyczny nastrój ale przecież każdy rodzic sam mógł zweryfikować poziom zadowolenia swoich dzieci po powrocie. I powiedzcie sami, czy przesadzam?
Przy okazji warto zauważyć, że Polacy uświadomili sobie, że dobrze mówią po
angielsku. Średnio dużo lepiej od wszystkich innych narodowości, może z
wyjątkiem Szwajcarów, chociaż Niemcy też trzymają tutaj fason. Myślę, że nasze
harcerki i harcerze mówią też dużo lepiej po angielsku niż ich poprzednicy,
będąc w ich wieku na Eurojamie w Żelazku w 2003 r. To faktycznie było widać,
czy może raczej słychać. Wielu z nich bardzo było zadowolonych z siebie z tego
powdu. I bardzo dobrze.

Ten apel to w ogóle jest osobna historia. Takiego jeszcze nie było i pewnie
się nie powtórzy. Mianowanie nowej naczelniczki w strugach deszczu, który jednak
nie podciął nastrojów. Okrzyki, entuzjazm i na końcu oświadczyny Sławka z
Garwolina Kasi z Radomia wobec całych obu nurtów harcerek i harcerzy, tam na
środku placu, przez mikrofon, w strugach deszczu – to było zaskakujące i
unikalne.

A obozowanie, życie, gotowanie w zastępach. To było wielkie obozowisko
składające się z wielu małych obozowisk poszczególnych zastępów, prawdziwa
metropolia. Tu nikt nie ginął w masie, nie był cząstką tłumu, był osobą, ze
swoją funkcją w zastępie, swoimi talentami był niezastępowalny. Miło było
nasycać tym wzrok.
A ekspresja? Nie, nie była genialna na naszych ogniskach, ale spełniała
swoją rolę. Drużyny dobrze się bawiły w swoim gronie, z akceptacją witając
kolejne mniej lub bardziej udane występy zastępów. Wielu chłopaków dzięki temu,
że ośmieliło się, intonowało piosenki, przedstawiało scenki, twórczo
proponowało swoje pomysły podczas wymyślania scenek, lepiej panuje teraz nad
sobą, bardziej wierzy w siebie, nie da się zbić z tropu, jest bardziej
ofiarnych, hojnych, wspaniałomyślnych. Nie nadużywam tych słów. Szefowie,
rodzice obserwujcie.
A ceremonia, gdzie wszyscy zastępowi i zastępowe z trzymanymi wysoko w
górze proporcami przeciskali się aby oddać honor sztandarom. Cóż to był za
przepiękny widok? W niejednym sercu wtedy pojawiło się pragnienie: „Ja też
zostanę zastępowym/ą”.
Przyrzeczeń w Paryżu nie widziałem, ale wiem, że były wielkim przeżyciem
dla składających je. Wiele drużyn krążąc po Polach Elizejskich spotykało się z
oznakami sympatii, zaczepiali ich ludzie, mówiąc, że ich dzieci też były na
Eurojamie albo że znają Skautów Europy i super, że ich tu widzą.

Dziękujmy zatem za ten Eurojam, który przeszedł już do historii ale będzie
jeszcze długo żył w ludziach, w ich pragnieniach i czynach.