"Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy Jeszcze się spełnią piękne sny, marzenia, plany Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom".
sobota, 31 maja 2014
piątek, 16 maja 2014
"Kocham to miasto (...) gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje"


Uważam, że to rewelacyjny pomysł i takiej atrakcji w stolicy brak. W
Warszawie w ogóle jest za mało ciekawych miejsc, które aż się proszą o to aby
je wreszcie powołać do życia. I nie myślę tu bynajmniej o muzeum sztuki
współczesnej. Gdzie są tutaj władze miejskie, czy podoba im się chociaż ten
pomysł, czy same na to nie wpadły, by zbudować coś takiego i jeszcze zarabiać
pieniądze na biletach? Nie wiem. Nie słyszałem, ale ja mało gazet czytam.


Coś, czego teraz tak nam brak…
wtorek, 13 maja 2014
Rzym i okolice
Ja mam niestety zawstydzające tempo, jeśli chodzi o reagowanie wpisami na
tym blogu na wydarzenia. Dlatego wpisy tutaj nie mogą się szybko
dezaktualizować, muszą być ponadczasowe-;) To taka zachęta, bo obiecana książka
już naprawdę zaraz będzie wydana.
Uczyniwszy taki wstęp, gdy publiczność żyje już innymi tak istotnymi
sprawami jak brodaci laureaci Eurowizji, pozwólcie wrócić jeszcze do wydarzenia
sprzed dwóch tygodni.
Chociaż zgadzam się z tezą, że Jana Pawła II się „kremówkuje” redukując
jego nauczanie i minimalizując wpływ, to powtarzanie tej tezy w związku z
kanonizacją w różnych gazetach zaczęło być wręcz irytujące. Przeczytałem m.in. w
jednym z dzienników wstępniak redaktora naczelnego, który ubolewał właśnie nad redukowaniem
papieża do kremówki, „gdy on próbował powiedzieć coś więcej Polakom niż słynne
„nie lękajcie się” wypowiedziane na Placu Zwycięstwa”. No, skoro redaktor nawet
nie wiedział, a nie wiedząc, nie zadał sobie trudu by sprawdzić, że te słowa
wypowiedziane były podczas inauguracji pontyfikatu do całego świata na Placu
Św. Piotra, a na Placu Zwycięstwa to było przywołanie Ducha Świętego, aby
odnowił oblicze polskiej ziemi – to o czym ta mowa?
Mówmy zatem za siebie i zaczynajmy od siebie. Mając gazetę, można zrobić
wiele a nie tylko narzekać, uderzając w fałszywe tony. My nie mamy gazety, ale
zrobiliśmy z rodzicami ze Stowarzyszenia 3M w szkole spotkanie „Jan Paweł II –
święty, którego wciąż znamy za mało”. Z głębokim przekonaniem, że teza w tytule
jest prawdziwa bez względu na to, ile już wiemy, ale przede wszystkim dlatego,
iż był on postacią wybitną, której wpływ i wielkość będziemy coraz bardziej
widzieć dopiero z perspektywy upływu czasu. Z naciskiem na przekazywanie wiedzy
naszym dzieciom, przecież dla nich nawet atmosfera umierania papieża w 2005
roku to prehistoria, nie do odtworzenia, opowiedzenia, a co mówić wcześniej.
Postanowiliśmy zatem wspólnie coś obejrzeć, czegoś posłuchać i o czymś istotnym
porozmawiać z zaproszonymi gośćmi. I to zadziałało wspaniale. Oczywiste, proste
środki, bez pompowania, i rewelacyjny efekt. Kto był, nie żałuje. Zawsze można bowiem
znaleźć coś nowego.
Przykładowo coraz odważniej się mówi, że nauczanie JPII o rodzinie,
teologia ciała, itp. to niezbędne uzupełnienie po wielu wiekach dzieła Św.
Tomasza z Akwinu, któremu niestety nie starczyło czasu, bo mu się zmarło, aby
kolejny tom swojej Summy poświęcić sakramentowi małżeństwa. I jakoś tak się
złożyło, że to czego Tomasz intelektualnie nie rozpracował, musiało poczekać
długo, długo ….
Mnie podczas tego spotkania uderzyło jeszcze wiele rzeczy, chociaż,
przyznam się, wcale tego się nie spodziewałem. Że bardzo bliski duchowo
Karolowi Wojtyle był Adam Chmielowski, Brat Albert, który był wybitnym
malarzem, artystą pierwszego sortu a rzucił wszystko w wieku ponad czterdziestu
lat, zrezygnował z „kariery”, by pracować z ubogimi. I Wojtyła też porzucił
swoje pasje i plany, artystyczne, aktorskie, literackie, by być księdzem. I
zawsze był nim przede wszystkim, a potem dopiero profesorem, naukowcem, etc. I
te cerowane sutanny, o których już słyszeliśmy, i te zgrzebne „apartamenty
papieskie”, to okazuje się wpływ Alberta.
Wiedziałem, że grał na bramce, jest nawet tytuł jakiejś książeczki „Najchętniej
grał na bramce”. Abp Mokrzycki w specjalnym nagraniu na nasze spotkanie
wskazał, że grał na bramce, dlatego iż nikt inny nie chciał grać na tej
pozycji. Że też nigdy nie wpadłem na to. Jasne! Czy nie tak było podczas
tysięcznych meczów rozgrywanych na podwórku: wszyscy chcieli być w ataku a nikt
na bramce? I wtedy jakiś odpowiedzialny się znajdował i brał to brzemię. Więc
taka jest geneza tej jego ulubionej pozycji. Dobry uczynek i to zrobiony tak,
aby nikt się nie domyślił. I nawet na tytuł książki to wzięli. Czyż mocarz,
gigant, który kreował fakty zmieniające historię, nie niecierpliwił się,
oczekując na jakiś strzał, czy nie wolałby pobiec na połowę przeciwnika by tam
rozgrywać, kiwać, budować misterną akcję a potem zwieńczyć ją efektownym
strzałem? Odkrycie.
A skupienie uwagi na człowieku, na człowieczeństwie, osobie, która staje
się bardziej przez czyn, przez to co robi i jak robi - to jest naprawdę coś
bardzo atrakcyjnego intelektualnie, coś dla ludzi bardzo nawet dalekich od
Kościoła, de facto myśl Wojtyły a
potem nauczanie Jana Pawła II, to niezwykle frapująca propozycja dla
intelektualistów, ludzi używających rozumu, pozbawionych uprzedzeń, wolnych od
stereotypów, strachu, odważnych intelektualnie. Jedni wzruszali się jego
świadectwem i w porządku, dla niektórych to będzie wszystko, i oni bardzo wiele
skorzystają z obcowania z tą postacią. Inni powinni jednak sięgnąć do jego pism
– wiele z nich to Himalaje. I nie zrażajmy się, w pewnym momencie może być dla
nas zaskoczeniem, że umiemy na te Himalaje się wspinać i nie tracimy oddechu.
Znana jest anegdota, że Jego najważniejsze dzieło filozoficzne „Osoba i
czyn” uchodziło za bardzo nieprzystępne dla zwykłych śmiertelników. Jeden osiemdziesięcioletni
prałat pytany czy przygotował się na wieczność, odpowiedział, że tak, zamierza
iść do czyśćca i kupił sobie taką książkę, którą będzie tam studiował „Osobę i
czyn”.
Więc ja też ją sobie kupiłem za złotych 31, ale na razie nie zamierzam jej
studiować, mam tu innych moc spraw. Za to z dziedziny audio polecam Skałkę i
Błonia, rok 79, Plac Zwycięstwa na deser. Ależ głos, dykcja, mój Boże. Kiedyś
do tego tu wrócimy.
niedziela, 4 maja 2014
Solidarność ojców
Melchior Wańkowicz w książce „Ziele na kraterze” wspomina
historię, jak to jego córki podczas podróży po Francji trafiły do Marsylii, a
tam późną porą do portowej tawerny, gdyż myślały, że tata by im nie darował
niezaliczenia takiej atrakcji lokalnej. Nieskalane złem tego świata, nie
pomyślały, że miejsce pełne marynarzy i usługujących im „wyróżowanych dziewczyn
w grubych pończochach” niezbyt nadaje się na kolację dla panien z dobrego domu.
Pomyślał za nie o tym ktoś inny. A było to tak:
„Od sąsiedniego stolika wstał stary robociarz ze zwisającym wąsem i podszedł do nich.
— Co tu panny robią?
— Zwiedzamy
Marsylię — dosyć pokornie przyznały
panny, oszołomione papierosami, dymem, wyziewami absyntu, czując w ustach cały piekielny pieprz zjełczałego kuskus (mielone
mięso baranie opiekane na patyczkach).
— Proszę zaraz zapłacić rachunek — rozporządził się robociarz. —
Odprowadzę was do domu. Gdzie
mieszkacie?”
Wańkowicz podsumowuje nie bez cienia wdzięczności dla
nieznajomego Francuza: „Okazuje się, że i klan tatusiów,
rozsiany po różnych szerokościach globu, ma swoją solidarność”.
Przypomniałem sobie ten fragment podczas ostatnich zakupów w supermarkecie.
Młody chłopak przyklejony do dziewczyny, ile mogli mieć lat? Nawet nie chcę
zgadywać. Czy on zachowywałby się tak wiedząc, że patrzy na to jego ojciec? Czy
ona pozwoliłaby jemu na takie zachowanie w obecności swojego ojca? Pod
warunkiem rzecz jasna, że ten ojciec nie jest Felicjanem Dulskim, który jedynie
w bardzo, bardzo ekstremalnych sytuacjach jest w stanie wyrzucić z siebie bezradne
słowo, ale i tak bez żadnej pretensji do tego, aby miało ono jakąkolwiek moc
sprawczą. A tak w ogóle to mało co go interesuje. A ilu innych ojców widzi
takie dziewczęta, takich chłopaków i wzrusza ramionami, nie zwraca uwagi, bo przecież
nie wypada tak wtrącać się, a co ja mogę?, albo co to da? Pouczał ich będę, jak
mają się zachowywać? Jeszcze mi oponę przebije smarkacz? A potrzebne mi to?
Nie ma w nas solidarności. Jesteśmy obojętni i tchórzliwi, jest nam z tym
wygodnie, łatwo usprawiedliwiamy swoją bierność i brak reakcji. Czyż nie?
Wyobraźmy sobie siebie w tej tawernie w Marsylii, wzruszamy ramionami przełykając
kolejny kęs dobrze upieczonej baraniny czy proponujemy odprowadzenie młodym
dziewczynom z Polski?
„Wtrącanie się” w życie innych ludzi może być trudne, czy dobra wola w
zwróceniu uwagi zostanie tak właśnie zinterpretowana, jako troska o drugiego,
czy przeciwnie jako niechciane wtykanie nosa w nie swoje sprawy, dla którego
odpowiedzią jest agresja. Najczęściej niestety to drugie. Dziś nawet nie można
zwrócić uwagi w tramwaju, gdy ktoś rozmawia zbyt głośno przez telefon, by nie
otrzymać w zamian obelgi. Dlatego czasem nauczeni doświadczeniem – pasujemy,
machamy ręką, „odpuszczamy”. Czy słusznie?
Papież Jan Paweł II podczas pamiętnej pielgrzymki do ojczyzny w 1991 roku
został powitany z rezerwą, chłodem, by nie powiedzieć niechęcią. Przez
rządzących i naród ogłupiony antykościelną propagandą mediów, z jednej strony
dyrygowanych przez tych, którzy jeszcze przed chwilą byli ciemiężycielami a
teraz szybko zapomniano o ich rodowodzie, a z drugiej przez domniemanych
przyjaciół, jeszcze dwa lata wcześniej czule deklamujących w kościelnych salkach
a teraz będących awangardą marszu ku nowoczesności, dla której Kościół był
jakoby przeszkodą. Gazety najpierw okazywały konsternację nauczaniem papieża,
tak jakby mówiąc o dekalogu, mówił jakieś rzeczy nowe, by przejść do jawnego
krytykowania i wręcz agresji. Tak było, i nic tu nie zmyślamy.
Papież prorok, niezrozumiany i wyszydzony we własnej ojczyźnie, na którą
tak liczył i którą tak kochał, musiał bardzo cierpieć w tych dniach. Nie
ustępował jednak, nie machał ręką, nie „odpuszczał”, ryzykując niezrozumienie,
odrzucenie, wyszydzenie. Był solidarny z nami. Nigdy nie zapomnę tych słów
wykrzyczanych przez papieża w uniesieniu w Kielcach 3 czerwca 1991 roku:
„Nie można tutaj mówić o wolności
człowieka, bo to jest wolność, która zniewala. Tak, trzeba wychowania do
wolności, trzeba dojrzałej wolności. Tylko na takiej może się opierać
społeczeństwo, naród, wszystkie dziedziny jego życia, ale nie można stwarzać
fikcji wolności, która rzekomo człowieka wyzwala, a właściwie go zniewala i
znieprawia. Z tego trzeba zrobić rachunek sumienia u progu III
Rzeczypospolitej!
Może dlatego mówię tak, jak mówię,
ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są
moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy
wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te
sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny
boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono!
Trzeba intensywnie odbudowywać! Nie można dalej lekkomyślnie niszczyć!”
Subskrybuj:
Posty (Atom)