piątek, 28 marca 2014

Kamienie na szaniec 2014


W końcu obejrzałem te nowe “Kamienie na szaniec”. I co? Myślałem, że będzie gorzej, oglądało się dobrze, nawet bardzo dobrze. Pełna życia młodzież, podobali mi się dwaj odtwórcy głównych ról, nowe niezgrane twarze młodych aktorów. Ich bohaterowie mają w tym filmie mocne osobowości, energiczne, pełne entuzjazmu, młodzieńczej werwy. Atmosfera tamtego mrocznego czasu oddana przekonująco, ulice tętniące życiem, chociaż ponure jak to za okupacji, gazowanie kin, riksze, długie płaszcze i szybkie spojrzenia. Piękne wnętrza inteligenckich domów, pełnych książek, gustownych mebli i dodatków, ryciny i niebanalne obrazy na ścianach. Przebłysk tej dawnej Polski, którą zamordowano. I Niemcy, jak zawsze porządni i punktualni, katujący więźniów przepisowo w godzinach pracy do siedemnastej. Sceny rozstrzeliwań ulicznych, prawdziwa groza, która została oddana o wiele lepiej niż np. w „Czasie honoru”, gdzie SS-Obersturmbannführer Rainer przy gestapowcach przesłuchujących Rudego to postać niemal groteskowa. Może dlatego, że grający go Piotr Adamczyk ma jednak ogromny potencjał komediowy. Sceny przesłuchań są w tym filmie dramatyczne i poruszające, widzimy autentyczne bestialstwo w białych rękawiczkach. Elegancki oficer zajadający czekoladki od Wedla i wymuskaną dłonią unoszący filiżankę z herbatą do ust, które recytowały może nawet kiedyś poezję Goethego, by za chwilę powrócić do katowania więźnia, ale tak aby podczas bicia nie pobrudzić sobie butów. Traktowali Polaków jak zwierzęta, albo i gorzej. Za te sceny Glińskiemu należy się uznanie. Kadr z martwym już ciałem Rudego na stole w Szpitalu Wolskim przypomina obraz Andrei Mantegny „Opłakiwanie zmarłego Chrystusa”. Przynajmniej mnie to przyszło na myśl, nie wiem czy było to świadome nawiązanie przez twórców filmu. Jeśli tak, tym lepiej, bo te sceny niosą wielki ładunek.

Ta prawda detali jest jakoś warta docenienia, film jest zrobiony fachowo, warsztatowo poprawnie. Każdy ułamek prawdy o świecie, który bezpowrotnie odszedł w przeszłość, no, nie odszedł sam, został zakatrupiony, a na wszelki wypadek jego serce przebite osinowym kołkiem a trumna zabita grubymi gwoźdźmi i zalana cementem, więc każdy taki okruch, skrawek, ukruszony kamyk godzien jest podniesienia i przyjrzenia się mu a może i wydania z siebie spontanicznego „wow”: to tak było naprawdę?, Warszawa była tak piękna?, ci ludzie mieli taką klasę?, o mój Boże!

Jednak problem z tym filmem jest niestety jeden. To nie są „Kamienie na szaniec” to jest film na motywach „Kamieni na szaniec”. Jest jakiś Rudy, jest Zośka, ale nie jesteśmy pewni czy to Jan Bytnar, czy to Tadeusz Zawadzki, których pamiętamy z lektury czy opowieści ludzi, którzy ich znali. Ci w filmie mają niektóre cechy tamtych prawdziwych ale nie wszystkie, mają za to inne, których tamci chyba nie mieli. Reżyser postanowił bowiem bohaterów trochę poprawić, chyba wydali mu się nieznośni w swej domniemanej nieskazitelności, niby smarkacze a tacy dojrzali, niby młodzi a tacy odpowiedzialni. I cała ta historia spisana przez Kamińskiego... Jakby wymyślona, przesadzona chyba. Czy tak mogło być? - Już na pewno nie uwierzę, że chłopaki nie robili tego, co teraz młodzież podobno robi, jak informuje mnie MTV – pomyślał pewnie Gliński. Jak pomyślał, tak uczynił. Pomajstrował, pogłówkował i wyszło mu, że Rudy trochę bardziej na piedestale bo przecież cierpi i umiera zakatowany, no to niech tylko piersią dziewczęcą się pobawi troszeczkę, a Zośka wyższy, główny bohater, i na końcu dopiero ginie, no to wrzućmy mu całą gołą dziewczynę do łóżka. Ma prawo chyba chłopak się pocieszyć po śmierci przyjaciela, a dziewczyna niczego sobie.

Przepraszam, że kpię, nie wypada nawet, nie jest to na miejscu w żadnym wypadku. To są postaci historyczne! Zaraz nasuwa się jednak pytanie: a czy wypadało im wrzucać gołe dziewczyny do łóżka? Wciąż słyszymy w różnych recenzjach mądrych podobno ludzi, że w całej tej kulturze, literaturze i filmie chodzi tylko o to, „aby opowiedzieć historię, dobrą historię”. I to wszystko. To dlaczego pan reżyser Gliński nie chciał nam po prostu opowiedzieć tej historii? I to jakiej historii? Kultowej, znanej we wszystkich pokoleniach, budującej, nie zmyślonej ale napisanej przez życie, tak czy inaczej zapewniającej znakomitą frekwencję na seansach. Czy o to chodziło? No powiedzcie sami, bo ja naprawdę nie wiem. Jak sam mówi, chciał aby bohaterowie wydali się bliżsi współczesnej młodzieży. Ale po co? Aby ich naśladowali? Ale w czym? Bo z filmu wynika, że tylko w pięknej śmierci. Naprawdę nie wiem, w czym jeszcze. W zachowaniu bardziej adekwatnym do nastolatków a nie dwudziestodwuletnich młodych mężczyzn? Bo oni tu zachowują się jak banda wyrostków bawiących się w wojnę. A może w drżączce aby cokolwiek robić, jak najszybciej, jak najbardziej ryzykownie? Bo w filmie widzimy, że są jacyś nadpobudliwi, pyskują do rodziców, stawiają się. Dyskusja Zośki z ojcem-Globiszem to jakieś kompletne kuriozum. A może w nieumiejętnym posługiwaniu się bronią? Albo w sztubackim, głupawym narażaniu rodziny w związku z przynoszeniem chyba dla zabawy broni czy radia i prezentowaniem ich podczas rodzinnej kolacji? Naprawdę nie wiem, bo o tym, że „żyli pięknie” trudno podczas filmu się przekonać. To, że mieli towarzystwo, że lubili się, że parskali śmiechem jak młode byczki, to fajnie. Ale to wszystko? To ma zachwycić współczesną młodzież?

Widać, że autorzy filmu mają jakieś swoje mniemanie o młodych ludziach, chyba na podstawie obserwacji jak włóczą się po lekcjach w galerii handlowej a może jak imprezują na reklamach piwa, nie wiem. Jest ono jednakże dosyć infantylne. I na siłę bawią się w dydaktyków, chcą nam coś przekazać, ja nie wiem co, może jak mówi hasło na plakacie „przyjaźń, młodość, wolność”. Że warto się przyjaźnić, że warto być młodym i wolnym. Jeśli tylko tyle, to ten przekaz nie jest zbyt ambitny. Przyjaźń, owszem w filmie jest i to pokazana całkiem sympatycznie i dramatycznie, i jest walka o przyjaciela, i te sceny z Zośką organizującym akcję odbicia więźniów są naprawdę dobre, poruszające. Młodość oczywiście jest wartością, trochę niezależną od nas, szybko przemijającą, niektórzy o tym chyba zapominają i robią z siebie pośmiewisko. Ale wolność? Może po prostu dobrze się sprzedaje i dlatego na plakacie? Ja widzę tam więcej wartości oczywiście, choć reżyser o nich nie wspomina w wywiadach, więc nie wiem czy chciał je uwypuklić czy tylko nie udało się ich pominąć, bo są przecież nierozerwalnie związane z tą historią pięknego życia i pięknej śmierci. Ja widzę lojalność, wierność danemu słowu, niezgodę na zakłamanie, chęć podtrzymania na duchu innych, odwagę, odpowiedzialność za społeczeństwo, męstwo do granic wytrzymałości ludzkiej, panowanie ducha nad ciałem i to wcale nie koniec listy. Czy to chcieli nam powiedzieć autorzy filmu czy tylko tak wyszło przy okazji bo nie dało się całkiem tej historii „poprawić”? Nie jestem w stanie tego ocenić. Natomiast jest mi ogromnie szkoda, że kolejny twórca nie ma w sobie pokory wobec dzieła, wobec historii, prawdziwych ludzi, wobec odbiorców w końcu. Że wie lepiej, że nas poucza i stara się coś wykazać zamiast opowiadać. Czy w każdym filmie teraz trzeba nas przekonywać, że można było być szlachetnym, panować nad sobą wobec zagrożenia życia a nie można było zapanować nad swoimi rękami, gdy się jest sam na sam z dziewczyną. Co jest jeszcze smutne w tym wszystkim, że my tu sobie pogadamy na blogach a gimbaza i tak zaliczy to w kinie i w głowie jej się utrwali – „możesz zostać bohaterem gdy będziesz chciał zginąć na barykadzie, nieważne jak żyjesz i co robisz z koleżankami z klasy”. Innymi słowy, możesz żyć brzydko ale umierać pięknie.

Prawda zaś jest taka, że na barykady idą zawsze ci najszlachetniejsi i tam giną, a tchórze i cwaniacy siedzą cicho w piwnicy i piją bimber, a gdy wszystko już ucichnie i zagrożenie minie, wypełzają na zewnątrz i zajmują miejsca tych, których pamięci nawet nie ma kto bronić. I tak w każdym pokoleniu, od stuleci aż po dzień dzisiejszy.

czwartek, 27 marca 2014

Dzisiaj opowiem Wam o mojej rodzinie


To jest poufne, ale nie mogę się powstrzymać, aby tym się nie podzielić. Moja córka Marta, lat 6, pisze sobie cały czas coś tam w swoim kajeciku. Zajrzeliśmy za jej łaskawym pozwoleniem a tam wiersze i różne opowieści. Oto jedna z nich (ale nie mówcie jej, błagam, że coś wiecie, nie chcemy aby się speszyła tylko kontynuowała):

„Dzisiaj opowiem Wam o moim tacie, mamie, Marysi, Staśku, Meli, mnie i Piotrku.
Tata
Tata jest fajny
dużo wie o świecie

Mama
Mama jest fajna i dobra

Marysia
Marysia jest w trzeciej gimnazjum

Stasiek
Stasiek jest rozbrykany i szaleje

Mela
Mela jest bardzo zła zawsze na mnie

Ja
Ja jestem dobra

Piotrek
Piotrek jest taki jak Stasiek”

piątek, 21 lutego 2014

Dumni ojcowie, szczęśliwe dzieci


W czasach PRL-u ojców nie wpuszczano nawet na porodówkę. Świeżo upieczony tato stał na chodniku przed szpitalem z zadartą głową, nagle otwierało się okno na trzecim piętrze i położna ochrypłym głosem krzyczała „ma pan syna” pokazując trzymane w ręku zawiniątko. Chłopina musiał uwierzyć na słowo, po czym szedł w tany z kumplami radować się wiadomością, spożywając przy tym ogromne ilości kiepskich alkoholi. Teraz jest inaczej, nowa kultura-;) Można ubrać się w zielony lub niebieski uniform i asystować małżonce w tych trudnych i pełnych emocji chwilach. Nie wszyscy mężczyźni to wytrzymują, na szczęście obecność przy łóżku porodowym nie jest niezbędnym warunkiem udanego małżeństwa. Można też czekać przed drzwiami.

Jednak nie ulega najmniejszej wątpliwości, że widzimy coraz więcej ojców cieszących się ze swojego ojcostwa w sposób spontaniczny, żywy i nieskrępowany. Młodzi ojcowie dźwigają pociechy w nosidełkach, w fotelikach a nawet przytraczają sobie malucha specjalną chustą. Wożą dzieci w fotelikach rowerowych, w wózkach w supermarkecie a nawet zmieniają im pieluchy, trzymają do odbicia, kąpią i usypiają je. I bardzo dobrze!

Ken Canfield w swojej książce “Siedem sekretów efektywnych ojców” przekonuje, że ojcostwo polega na aktywnym włączaniu się w codzienne sprawy, że ojciec musi brać emocjonalny, aktywny udział w faktach, w życiu rodziny. Żartuje on, że „ojciec” to nie rzeczownik, to czasownik, a to implikuje aktywność, wolę walki, dawanie siebie, angażowanie się. Natomiast ojciec, który „odpuszcza”, oddaje inicjatywę, pozostaje gdzieś obok domowej krzątaniny ze swoją gazetą, pracą, kanapą, telewizorem – dokonuje aktu abdykacji. Podczas gdy ranga ojcowskiego autorytetu jest zagwarantowana niejako „konstytucyjnie”, dla swoich dzieci nie musimy „stawać się kimś”, już jesteśmy „kimś” przez samo to, że jesteśmy ich rodzicami. W filmie „Noc w muzeum” mamy scenę, gdy w amerykańskiej szkole dzieci przedstawiają swoich rodziców i każdy ojciec opowiada o swojej pracy. Grany przez Bena Stillera bohater jest pełen obaw przed swoim występem, od lat ma siebie za nieudacznika i faktycznie niewiele mu się w życiu udaje, cały czas ma „pod górkę”. Jednak dla jego syna jest to wspaniała chwila, dla niego to, że ojciec jest strażnikiem w muzeum jest niezwykłe. I faktycznie jest to niezwykłe. Oczywiście film to bajka i nie każdy strażnik boryka się z ożywionymi nocą eksponatami jak Stiller, ale nasze życie, cokolwiek robimy, jak bardzo nudnym i zwyczajnym by to nam się wydawało, i jak bardzo możemy mieć „pod górkę”, jest przecież niezwykłe. Nawet jeśli sami w to nie wierzymy, na pewno jest czy może jawić się jako niezwykłe dla naszych dzieci. Udział dziecka w codziennych sprawach domowych, wizyta u taty w pracy, zrobienie prania z mamą czy naprawa roweru z tatą może stać się wspaniałą przygodą. Canfield odtwarza tok myślenia dziecka: „Przyjechałeś po mnie tato, jedziemy sobie samochodem i jest nam dobrze” i przekonuje ojców, że dla dziecka „Już jesteś kimś”. Faktycznie wydaje nam się, że do szczęścia potrzeba wiele a to nieprawda. Dzieci nie kochają rodziców za coś, ale za to, że są, i odwrotnie miłość rodziców też winna być bezinteresowna i bezwarunkowa.

A zatem ojciec nie może być wycofany czy „nieśmiały”, „efektywny ojciec czerpie pewność siebie z samej godności ojcowskiego powołania”. Mówiąc jeszcze inaczej - ojciec musi „przyznać się” do swoich dzieci, „tak to mój syn”, „jestem jej ojcem”. Ta myśl ma głęboki sens. Również w Piśmie Świętym podczas chrztu Jezusa słyszymy głos Boga Ojca, który mówi: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”. Bóg Ojciec przyznaje się do Syna, namaszcza go niejako, autoryzuje, udziela swojego autorytetu. I każdy ojciec ziemski może powtórzyć sens tych słów patrząc na swoje dziecko: ”to jest mój syn, którego kocham, i który jest moją dumą i pasją”. I niech każdy tato powtarza to sobie jak mantrę, za każdym razem patrząc na swoje pociechy. Jeśli ktoś myśli, że poruszamy tu temat błahy albo oczywisty, lub mający małe znaczenie praktyczne, to niestety jest w wielkim błędzie. To ma podstawowe znaczenie. I nie chodzi tu w żadnym razie o jakieś karykaturalne przenoszenie na dzieci swoich ambicji, śrubowanie wymagań aby uczynić ich na swoje podobieństwo, albo poczuć się samemu dobrze, czy chwalić się dziećmi. (Oczywiście, nie jest źle poczuć się dobrze z powodu dzieci, wiemy w czym rzecz - to ma być jednak efekt niejako uboczny a nie cel).

Ojciec ma być dumny z dzieci, nie z siebie; nie głównie z ich obiektywnych osiągnięć (choć oczywiście też, jeśli jest z czego), ale przede wszystkim z ich wygranych z samym sobą, z tego, że włożyli wysiłek, nawet jeśli są słabsi z nauce czy sporcie od kolegów czy rodzeństwa. Winien dostrzegać mocne strony dziecka i wzmacniać je, nawet kiedy nie mają nic wspólnego z jego mocnymi stronami, a może przede wszystkim wtedy (np. ojciec zapalony sportowiec musi umieć się cieszyć z tego, że jego syn woli czytać niż biegać po boisku). Ojciec nie może szczędzić synowi pochwał w stylu: „byłeś ostry”, „ale tygrys z ciebie” a córce „pięknie wyglądasz” lub „jesteś bardzo ładna”. Nigdy nie porównywać dzieci, stawiać indywidualną poprzeczkę. Każdemu znaleźć niszę, w której będzie najlepszy.

Słowa Jana Pawła II „musicie od siebie wymagać nawet gdyby inni od was nie wymagali” odnoszone tak często przez nas do samych siebie, by od siebie wymagać – powinny być także interpretowane jako wyrzut do tych, którzy wymagać powinni. Powinnością rodziców jest wymaganie od dzieci. Nie pomożemy im, pozbawiając je okazji do czynienia wysiłku, do konfrontowania się z trudnościami czy starając się za wszelką cenę usunąć im wszystkie kłody spod nóg. Aby nasze dzieci rozwinęły się jako osoby musimy pomagać im w przezwyciężaniu cierpień i trudności ale nie uchronimy ich od tego. Tak to już jest na tym łez padole.
Jeśli jako ojcowie nie będziemy się angażować emocjonalnie w życie naszych dzieci, i do tego codziennie, bardzo szybko ktoś inny zajmie nasze miejsce. A rywali jest wielu, jest ich legion. Telewizja, Internet, gry komputerowe, koledzy, towarzystwo – to tylko przykłady. Ci rywale szybko przejmują inicjatywę, gdy my ją tracimy.

sobota, 25 stycznia 2014

Eurojam 2003 - wycinki cz. 4


1 sierpnia 2003 r.

 
Wczoraj przyjechali prawie wszyscy Polacy. 1 sierpnia natomiast falami nadciągali Włosi (4 pociągi) oraz pierwsze drużyny francuskie.
 
 
Odwiedzam redakcję „The Daily Żelazko”. Po pokojach zaadaptowanego na pomieszczenia redakcji budynku w stanie surowym oprowadza mnie redaktor naczelny Paweł Lochyński, spiritus movens tego szalonego przedsięwzięcia. Kiedy Paweł z przyjaciółmi redagującymi na co dzień „Gniazdo” wyszli z propozycją tworzenia eurojamowej gazetki, spotkali się wręcz z niechęcią niektórych: „Co, tyle pracy, wyzwań logistycznych i innych a wy jeszcze myślicie o gazecie. Dajcie spokój, to nierealne, nie mamy tyle środków, ludzi, etc.”. Nie wiem jak oni to zrobili ale na zlocie stawiła się 30-osobowa międzynarodowa redakcja zaopatrzona w aparaty cyfrowe, dyktafony, komputery. Około 10 osób to zaangażowani przyjaciele spoza ruchu harcerskiego. W trakcie budowy obozu patrzono nieufnie i z pewną dozą lekceważenia na redaktorów wydających próbne numery, gryzmolących coś w swoich notesach, robiących zdjęcia i machających ręką, przejeżdżając rowerkiem gdy inni harowali w pocie czoła i w spiekocie słońca. Gdy jednak do rąk uczestników trafił pierwszy a potem drugi i kolejne wydania „The Daily Żelazko”, które były wręcz wyrywane sobie z rąk do rąk – nie było chyba osoby, która nie oddałaby honoru i nie biła pokłonów przed przedstawicielami redakcji a zwłaszcza przed Pawłem. Co do bicia pokłonów to nie używam tego sformułowania wyłącznie w przenośni. Warto przytoczyć historię gdy jedna z francuskich szefowych biorących udział w ekipie przygotowującej Eurojam obiecała Indze Matysiak – redaktorce „The Daily Żelazko”, że jeżeli pomysł ten uda się zrealizować to ona na środku miejscowości Żelazko klęknie przed nią aby się pokajać za swoje niedowiarstwo. Gdy 11 sierpnia obie druhny spotkały się w Żelazku, Francuzka padła na kolana przed Ingą na środku ulicy ku konsternacji świadków tego zdarzenia.
 
 
 
Jak mawiał Marcin Kruk, warto było wpaść do redakcji późnym wieczorem aby „zaciągnąć się atmosferą bohemy”. Faktycznie, klimat przypominał prawdziwe redakcje, mnóstwo nerwowo krzątających się ludzi, rozmaite papiery i próbne wydruki oblepiające wszystkie ściany. W każdym pokoju kilka osób w zupełnym skupieniu, jakby nie było tam nikogo więcej, wpatrzonych w ekrany swych komputerów i cyzelujących artykuły. W innym pomieszczeniu przeglądanie zdjęć i wybieranie ich do danego numeru. Praca nad numerem trwała do późnych godzin nocnych, do 2-ej, 3-ej w nocy lub nawet później. Młodą redakcję wspierało kilku ‘weteranów’ profesjonalnie na co dzień zajmujących się takimi sprawami: Paweł Kula – prywatnie fotoreporter PAP, przez cały dzień robił zdjęcia a wieczorem wybierał najlepsze do gazety. Ku utrapieniu żony i dzieci był bardzo oddany pracy w redakcji. Wspierał go Paweł Przypolski w tej fotoreporterskiej doli, prywatnie mąż Naczelniczki. W składzie pomagał redakcji Sławek Korba - od kilku lat współautor kalendarza i jego redaktor, a także właściciel małej agencji reklamowej i nie da się ukryć mój rodzony brat. Złożony numer jechał w nocy na CD do drukarni w Krakowie, skąd po wydrukowaniu francuską furgonetką około południa w 8.000 egzemplarzy trafiał do Żelazka.
 
 
 
2 sierpnia 2003 r. sobota
 
 
 
Tego dnia przybyli już prawie wszyscy. W głównej kwaterze podobozu międzynarodowego pracowała ekipa do specjalnych zadań pod wodzą Grzegorza Szewczyka – ex-drużynowego z Nałęczowa. Wspierali go wędrownicy z Radomia Paweł Maciejewski i Staszek Świeżewski. Osobiście byłem bardzo zadowolony z ich pracy, po prostu kipieli energią i gotowością do wszelkiego rodzaju zadań, z których żadne nie wydawało się trudne. Można powiedzieć, że byliśmy jak niańka. Każdy przychodził do nas z rozmaitymi sprawami a my, choć sami nie byliśmy najczęściej w stanie ich rozwiązać, stawaliśmy na głowie aby takie rozwiązanie, satysfakcjonujące dla zainteresowanego, jak najszybciej nastąpiło. Najbardziej chłopakom z kwatery podobały się akcje nocne, np. zorganizowanie rozładunku obcokrajowców, wsparcie służby wartowniczej, organizowanie noclegu dla jakiegoś seniora, który przyjechał bez sprzętu z wizytą na zlot, interwencja w obozie włoskim dotycząca jakichś sytuacji z mieszkańcami, etc. Zwłaszcza na początku Eurojamu było wiele spraw. Najpierw zebranie uaktualnionych danych do Gemini dla Paolo Bramini, który ze swoją ekipą informatyków dzień i noc pracował nad tym aby wszystkie zastępy miały zajęcia z zastępami z innych krajów. Potem wydruk identyfikatorów dla uczestników, molestowanie ekipy logistycznej Eurojamu aby dostarczyła nam wystarczającą ilość papieru toaletowego, co było niezwykle ważne np. dla Niemców, którzy kilka razy na dzień pytali „czy już jest papier?” a kiedy smutni dostawali odpowiedź, że jeszcze nie, naciskali „to kiedy będzie?” Po kilku dniach takich różnych akcji, gdy było już mnóstwo papieru toaletowego, wszyscy dojechali, mieli drewno, identyfikatory i z rzadka pojawiały się poważne wyzwania, któregoś razu zagadał do mnie Paweł, że wszystko idzie tak dobrze i on nie ma co robić. Jak się wkrótce miało okazać, pozorna bezczynność nie trwała długo.

 

c.d.n.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Eurojam 2003 - wycinki cz. 3

29 lipca 2003 r.
 

Od rana siąpił deszcz, jednak wszyscy Polacy zapewniali ochoczo, że obok wszystkiego innego pogoda też jest załatwiona i znaczącym gestem spoglądali na niebo. Potem miało się okazać, że nie mijaliśmy się z prawdą. Po kilku dniach przedeurojamowego siąpienia, podczas dziesięciu dni zlotu nie spadła ani jedna kropla deszczu a pogoda była wprost wymarzona. Opatrzność pod tym względem nie mogła być dla nas bardziej hojna. 
 

Przed południem wraz z Bartkiem Mleczko, Zbyszkiem Mindą i Krzyśkiem Staszakiem zapewniliśmy transport dla ogniska przewodniczek francuskich, które chciały dostać się do Olsztyna pod Częstochową aby rozpocząć swoją wędrówkę do Żelazka. Przez całą drogę usiłowałem moją łamaną francuszczyzną uświadomić 4 młode przewodniczki co do sytuacji społeczno-gospodarczo-politycznej Polski obecnie i w historii. Z ogniskiem wędrował sympatyczny czarnoskóry dominikanin. Ta podwózka spowodowała, iż godzinę spóźniłem się na dworzec PKP w Zawierciu gdzie z kolei miałem odebrać tłumacza Marcina i Kasię Sługocką z koleżanką, również lekarką, do wsparcia naszego polowego szpitala. W kiosku Ruch-u zaopatrzyłem się w aktualną prasę a w niej duży artykuł w Dzienniku Zachodnim o naszym zlocie, piękne zdjęcie na pół szpalty. Trzeba przyznać, że prasa lokalna (choć Dziennik Zachodni nie jest typową gazetą lokalną, gdyż ma aż 100.000 nakładu i wychodzi na połowie terytorium Polski) pisała o nas prawie codziennie, czego nie można powiedzieć o prasie ogólnopolskiej. Natomiast warta odnotowania anegdota związana jest z Marcinem. Otóż, przyjechał on na Eurojam jako absolutny nieharcerz za namową Tomasza Szydło aby tłumaczyć z francuskiego i hiszpańskiego. Już pierwszej nocy witał Hiszpanów, którzy koszmarnie się spóźnili, a zatem niewiele spał lecz wcześnie rano znów był do dyspozycji. Potem w pewnym momencie okazał się głównym rozprowadzającym przyjeżdżające francuskie autokary, nie spał, nie dojadał, nie rozstawał się także z koszulą koloru munduru i chustą. Pełnił służbę jak doświadczony wędrownik.

 
30 lipca 2003 r.
 

Niestety powoli zaczynam gubić w pamięci chronologię wydarzeń. Tego dnia z szefami biwaków podobozu międzynarodowego lub ich zastępcami miałem wizję lokalną z Rafałem w terenie w celu dokładnego przydzielenia poszczególnym biwakom punktów czerpania wody, kuchni, składów drewna na konstrukcje i opał. Przy okazji warto wyjaśnić, iż obóz skautów podzielony był na 3 podobozy: francuski, włoski i właśnie międzynarodowy, którego miałem być szefem. Podobny podział istniał w obozie dziewcząt. Na czele obozu skautów stał Zbigniew Minda, który podczas Eurojamu codziennie rano o godz. 10.00 prowadził odprawę dla szefów podobozów oraz szefów wszystkich delegacji narodowych. W skład podobozu międzynarodowego wchodzili przede wszystkim Polacy oraz pozostałe narodowości, które tworzyły samodzielne biwaki tak jak Belgowie i Kanadyjczycy (biwak 43), Niemcy (biwak 44) oraz Hiszpanie i Portugalczycy (biwak 45) albo też obozowały w biwakach z Polakami. I tak wymieńmy ku pamięci:
biwak 46 szef Piotr Sitko - hufiec radomski, dwie drużyny z ZHR-u oraz Rosjanie,
biwak 47 szef Bartosz Orzechowski - hufiec lubelski oraz Ukraina,
biwak 48 szef Paweł Bobruk - hufiec białostocki oraz Białoruś,
biwak 49 szef Piotr Jedziniak - hufiec puławski oraz samodzielne zastępy z Łęcznej, Chełma, Krasnegostawu oraz Litwa i Łotwa,
biwak 50 szef Marcin Malicki - hufiec warszawski oraz Bułgaria i Szwajcaria,
biwak 51 szef Marek Mutor - hufiec dolnośląski oraz Czechy,
biwak 52 szef Piotr Synowiec - hufiec świętokrzyski, rawski oraz Kraków plus Węgry.

 
Szefowie biwaków, jak lubił mawiać Zbyszek Minda, stanowili ekipę marzeń. Innym z wielu pamiętnych „skrzydlatych słów” Naczelnika, które wciąż przywoływane z pamięci wywołują mój uśmiech są słowa wypowiedziane któregoś dnia, gdy właśnie zmierzaliśmy z podobozu międzynarodowego w kierunku Żelazka. Nagle zza rogu z naprzeciwka pojawił się O. Robert Pawlak. Gruber - pod takim przydomkiem od wiek wieków go pamiętaliśmy, harcerza z Nałęczowa, a dziś mnicha ze zgromadzenia franciszkanów. Wtedy Zbigniew powiedział: „Jest dobrze, bo zjeżdżają już wszyscy wielcy” i w tym głosie znać było tą charakterystyczną dla niego nutę sympatycznego żartu, zawsze budującego dobrą atmosferę, pozwalającego ludziom czuć się dobrze. I to fakt, na Eurojam zjechały wszystkie ‘legendy’ naszego Ruchu. Oczywiście mówimy to z pewnym przymrużeniem oka, po prostu starzy znajomi, zawsze zaangażowani tak czy inaczej. Czułem się, myślę jak wszyscy, po prostu wspaniale otoczony przez grupę przyjaciół. Te chwile były niezapomniane i prawdziwie niezwykłe.
 
c.d.n.

niedziela, 19 stycznia 2014

Eurojam 2003 - wycinki cz. 2

28 lipca 2003 r.

 
Ta noc nie należała do najprzyjemniejszych. Około 3 rano obudziły mnie narastające głosy gdzieś parę metrów za moim namiotem a potem huk ciężarówek i okropnie pyrkoczących traktorów. Od razu uświadomiłem sobie, o co chodzi. Tego dnia po raz pierwszy nastąpił rozładunek tzw. niepsującej się żywności. Kilka olbrzymich TIR-ów, wózki widłowe, w tym terenowe, traktory z przyczepami, ludzie z Sodexho i silna ekipa naszych wędrowników dokonywała rozładunku przez dobre kilkanaście godzin. W tym momencie w każdym biwaku powinna już być jego ekipa z przygotowanym magazynem żywnościowym. Niestety okazało się, że był jakiś szum na łączach i nie ma ekip biwaków francuskich ani wędrowników francuskich. Wtedy zaczął działać Jacques Mougenot zwany również swojsko Żakiem. Jacques przez długie lata był naczelnikiem francuskim i już pierwszy rzut oka na tego już emerytowanego mera małej francuskiej miejscowości wskazuje na przywódczy temperament i mocny charakter. Jacques wspierał ekipę eurojamową ze strony ekipy federalnej i, jak wielokrotnie powtarzali i Zbyszek Minda, i Rafał Grudzień, jego doświadczenie, precyzja przewidywań i umiejętność wymagania od innych była prawdziwym wyzwaniem dla naszej bądź co bądź dużo młodszej i o wiele bardziej słowiańskiej w stylu działania ekipy. Otóż, Żak zdobył namiary do wędrowników francuskich, którzy mieli swoje wędrówki wakacyjne w Polsce i po prostu ściągnął ich w trybie natychmiastowym na miejsce eurojamowe. Bogu ducha winni wędrownicy, którzy nic nie wiedzieli, że mają tu być tak wcześnie stawili się natychmiast ze swoich szefem Emmanuelem de Sachy, przerywając swój program wędrówki. Biedny Emmanuel podszedł do sprawy honorowo i gdy zdał sobie sprawę, że ktoś tu nawalił a na niego skierowane są oczy wszystkich, nie powiedział, że przecież to nie jego sprawa, tylko wziął na siebie odpowiedzialność, pokornie znosił złośliwe spojrzenia i starał się jak najlepiej wywiązać ze wszystkich zadań, które przed nim stanęły. To było strasznie sympatyczne i niebywale honorowe podejście. Na nim zawisł honor Francji i on to brzemię podjął, poniósł i podołał wyzwaniu.

 
W każdym razie nie miałem żadnych problemów z pobudką tego dnia. Większość przewodniczek i wędrowników oraz ekipy przygotowującej Eurojam spotykała się codziennie rano na Mszy Św. o godz. 7.00 w kaplicy w Żelazku. Pozostała część, która z powodu pełnionych służb nie mogła być obecna o godz. 7 rano, uczestniczyła we Mszy Św. o godz. 20.30. To było niesamowite, widzieć młodych wędrowników i przewodniczki mające po 17, 18, 19-naście lat jak intensywnie i z entuzjazmem pracują przez cały dzień, w nocy pełnią warty i jeszcze zrywają się rano aby na godzinę 7-ą rano pięknie śpiewać w kościele. Czasami też wieczorem przechodząc koło kaplicy w Żelazku słyszałem piękne śpiewy, to grupka wędrowników-entuzjastów po godz. 22-ej spotykała się, by ćwiczyć piękne tradycyjne polskie śpiewy liturgiczne. To jest właśnie styl, trzymanie fasonu, panowanie ducha nad ciałem!

 
W poniedziałek od rana byłem do dyspozycji naszego Kraala czyli ścisłej ekipy przygotowującej Eurojam. W jej skład wchodzili m.in. Zbyszek Minda – Naczelnik Harcerzy i spiritus movens całego przedsięwzięcia. Gdyby nie jego szaleństwo i zawsze hojność w odpowiadaniu na wyzwania - tej imprezy na pewno by nie było! To przecież on natychmiast po telefonie Komisarz Federalnej Pierrette Givelet trzy lata temu i jej pytaniu „Czy Polacy chcą organizować następny Eurojam?” prawie wykrzyknął w słuchawkę „Tak!”. Potem kierownictwo naszego ruchu w Polsce drapało się w głowę, co on najlepszego narobił, przecież jesteśmy mali, nie mamy ludzi, za to mamy tysiąc powodów, żeby tego nie robić.  Mimo to, nikt nie powiedział, że to niemożliwe. Następnie Rafał Grudzień - dawny drużynowy z Radomia, który po kilku latach nieobecności i intensywnego zaangażowania w życie zawodowe i rodzinne, nagle postawił się do dyspozycji, gdy „Sprawa” tego wymagała. Niewątpliwie okazał się człowiekiem opatrznościowym, który na swoje barki wziął prawie całą logistykę zlotu. To on stał się niemalże mieszkańcem Żelazka i spędzał tu całe tygodnie w miesiącach poprzedzających to wydarzenie. Dla ludności Żelazka i okolic znany również jako ‘kierownik’. To jego doświadczenie życiowe i biznesowe pomagało załatwiać najtrudniejsze sprawy, uruchamiać do pomocy miejscową ludność i dyscyplinować ją, gdy była taka potrzeba. Do annałów przejdą niektóre historie jak na przykład ta.

 
Któregoś razu Rafał pojawił się w niedzielny wieczór w miejscowym „Barze pod Dębami” i zobaczył, że ludzie których zatrudnia przy kopaniu dołów pod wodociąg, zamiast siedzieć z rodzinami w domu i wypoczywać przed pracą następnego dnia wlewają alkohol w gardła ile wlezie. Podszedł do baru i oznajmił, że w poniedziałek rano czeka na pracujących z alkomatem i niestety, ale niewytrzeźwiałych nie przyjmuje. Przez salę przeszedł szmer niezadowolenia, ale ciżba mężczyzn zaczęła początkowo ospale a po chwili gremialnie opuszczać lokal.

 
Rafała wspierała Magda Cygielska, która odpowiadała za logistykę ze strony nurtu harcerek. Nikt nie wie jak pogodziła pracę nad Eurojamem, obronę pracy magisterskiej i jeszcze w międzyczasie zaręczyny i przygotowanie do ślubu. Nota bene narzeczony Magdy przyjechał na Eurojam w charakterze lekarza. Dalej Hubert Nakoneczny, wszyscy mamy nadzieję, że w przyszłości pierwszy bankowiec Rzeczypospolitej a tymczasem niezastąpiony minister finansów zlotu. Hubert z chłodną powściągliwością odpowiadał na wszelkie wnioski o pieniądze, często odpowiedzią było po prostu „tego nie ma w budżecie”. Trzeba przyznać, że był to kolejny właściwy człowiek na właściwym miejscu. Na marginesie, napawało mnie osobiście ogromną satysfakcją obserwowanie wielu osób wyżywających się wręcz w swojej działce i pasujących do swych zadań jak nikt inny. Proszę oto kolejne przykłady: Marcin Kruk – Namiestnik Wędrowników, energiczny i przywódczy, mocną ręką dysponował służbami, znajdując do nich zawsze gotowych do pracy wędrowników. Asystowała mu żona Ola, która zarządzała służbami przewodniczek. Następnie Tomasz Pałka – szef zaprowiantowania, objął swoją służbę kilka tygodni przez zlotem, gdy okazało się, że strona francuska nie zapewni organizacji wyżywienia. Jako osoba, która uczestniczyła z Tomaszem w części negocjacji prowadzonych z dostarczającą żywność firmą Sodexho Polska Sp. z o.o., mogę śmiało powiedzieć, że był to kolejny strzał w dziesiątkę, jeżeli chodzi o kompetencje osoby dobrane do pełnionych zadań. Tomasz negocjował jak lew i nie odpuszczał ani złotówki, z matematyczną zręcznością dokonywał karkołomnych obliczeń i kalkulacji. Teraz już wiem po co studiuje się na MBA. 

 
Nie sposób wymienić wszystkich. Wspomnijmy jeszcze Anię Pałkę, która dzielnie produkowała wszelkie pisma do niezliczonych urzędów, Tomasza Szydło naszego przewodniczącego, który angażował się w różnorakie kwestie począwszy od załatwiania spraw z samorządowcami (jak samorządowiec z samorządowcami), poprzez walkę o Internet, umowy z drukarnią a skończywszy na godnym nas reprezentowaniu wobec różnorakich VIP-ów, Ks. Prymasa, mediów, itd. Dalej jeszcze Ks. Stanisław Gregorczyk, którego doskonały zmysł praktyczny zapewnił brak wpadek związanych z liturgią i obsługą duchową (jeżeli tak można się wyrazić o tym jakże ważnym aspekcie całej sprawy). W codziennych naradach brał udział także Robert Fedorowicz – szef służb ochrony a poza Eurojamem hufcowy rawski. Robert był wspierany przez swoich fantastycznych wędrowników z Rawy. Tak nagradza P. Bóg za cierpliwość i wytrwałość. Roberta z kolei wspierała heroicznie rodzina, żona Ula przyjechała z Jędrkiem i Kasią, której dopiero co zdjęto gips z małej nóżki, a zatem możecie sobie wyobrazić, że dla Uli to nie był najłatwiejszy czas. Dalej Krzysiek Staszak – odpowiedzialny na kantynę. Nie znałem Krzycha wcześniej tak dobrze – okazał się morowym facetem, zawsze gotowym do służby. W trakcie tygodnia, nie pamiętam już czy we wtorek czy we środę dojechali jeszcze Basia Lorek – główny lekarz, muszę przyznać, że budziła zaufanie zwłaszcza jako pediatra (moje dzieci miały okazję skorzystać z diagnoz i recept od Basi) oraz Bartek Mleczko – nasz namiestnik harcerzy odpowiedzialny za program Eurojamu. Bartka wspierała od strony dziewcząt Ania Oleszczyk, a nad wszystkim a zwłaszcza dobrym klimatem czuwała Naczelniczka – Asia Przypolska. Nie wspominam tu nawet o całej redakcji „The Daily Żelazko” z Pawłem Lochyńskim na czele. Przepraszam wszystkich, których pominąłem, ale musiałbym tak ciągnąć w nieskończoność.
 
 
W poniedziałek rano najpierw spotkałem się z Policją z Zawiercia w Żelazku w celu omówienia kwestii sprawnego dojazdu uczestników na miejsce. Następnie pojechałem do Olkusza do Komendy Powiatowej omawiać to samo. Przyjął mnie sam komendant powiatowy, który zapewnił, że policja pomoże nam tak, jak tylko to jest możliwe. W Olkuszu obskoczyłem jeszcze Sanepid, który, trzeba to przyznać, był wyjątkowo nam przychylny, bardziej niż na niejednym zwykłym obozie. Cóż, widać Duch Św. naprawdę czuwał nad nami. Prosto z Olkusza na lotnisko Balice by odebrać Rosario Barone. Rosario był szefem logistyki Eurojamu ze strony włoskiej, prywatnie niesamowicie miłym trzydziestokilkulatkiem i do tego wciąż kawalerem. Rosario miał pechową przygodę, gdyż odwołano jego lot i spędził na lotnisku w Budapeszcie całą dobę. Tym razem samolot przyleciał punktualnie i parę minut po godzinie 15-ej w holu ujrzałem uśmiechniętego od ucha do ucha Włocha pchającego wózek z plecakiem i innymi bagażami. Ten niesamowity uśmiech powodował, że Rosaria widać było już z daleka. Boże, jak ja lubię tych Włochów. Pamiętam, że pierwszy raz spotkałem Rosario dwa lata temu na obozie 12 gwiazd w Gryfowie Śląskim. Wtedy odwoziłem go na lotnisko we Wrocławiu, dziś z lotniska go odbierałem. Po drodze rozmawialiśmy - oczywiście - cały czas o Eurojamie. Rosario już nie mógł się doczekać, kiedy stanie na ziemi żelazkowej. Jako odpowiedzialny za włoską logistykę był pełen obaw czy mimo jego nieobecności prace w podobozie włoskim idą prawidłowo. Rosario był bardzo zadowolony z tego, że uczestniczył w ekipie przygotowującej Eurojam. Mówił mi, że powstała nowa jakość, czuł się tak blisko po przyjacielsku związany z innymi członkami tej ekipy: Polakami, Francuzami, Belgami.

piątek, 17 stycznia 2014

Eurojam 2003 - wycinki

Zaraz po powrocie z Eurojamu 2003 skreśliłem na gorąco kilka zdań ku pamięci. Nie byłem najwłaściwszą osobą by cokolwiek tu kreślić, koledzy dali mi fory, bo gdy oni w pocie czoła dopinali program, organizację i logistykę, ja uczyłem się jak wariat do egzaminu radcowskiego, przy którym matura i egzaminy na studiach były dziecinadą. Z tych wycinków nie dowiecie się całej prawdy o tym wydarzeniu, które było zarazem szaleństwem i ogromnym sukcesem, wielkim trudem dla wielu i pokoleniowym przeżyciem i przygodą dla tysięcy. To w ogóle byłoby niepoważne by traktować te skrawki w ten sposób. Po prostu kilka zdań skreślonych na szybko kilka dni po...
 
Zaczynajmy zatem:
 
27 lipca 2003 r.
Na Eurojam dojechałem 27 lipca 2003 r. w niedzielę wieczorem. Od razu skierowałem się do miejsca, w którym wędrownicy z Radomia pod wodzą Krzyśka Noworyty budowali główną kwaterę podobozu międzynarodowego. Gdy byłem w drodze w okolicach Kielc zadzwonił telefon, to Krzysiek Noworyta uprzedzał mnie, że jest pewien problem. Mianowicie gdy jego wędrownicy rozbili już namioty i wykonali dużą część konstrukcji głównej kwatery, tuż obok wyrósł długi rząd Toi Toi-i. (Dla niewtajemniczonych gwoli wyjaśnienia: Toi-Toi-e to takie urządzenia do załatwiania najpilniejszych potrzeb fizjologicznych, które były nieodłącznym elementem krajobrazu eurojamowego). O zmianie lokalizacji kwatery nie mogło być już mowy, poza tym jej umiejscowienie było, jak później zobaczyłem na miejscu, najlepszym możliwym a przesunięcie o 10 m nic by nie dało. Krzysztof był wyraźnie rozgoryczony obrotem spraw (a raczej widmem okropnego zapachu), zwłaszcza że otrzymał informację od szefa logistyki tj. Rafała Grudnia, że przesunięcie Toi Toi-i nie jest możliwe. Starałem się go uspokoić, że jakoś to załatwimy, podczas gdy wewnątrz bulgotałem czując przypływ adrenaliny i żałując, że nie zdołałem wyjechać wcześniej.
 
Gdy już dojechałem i zobaczyłem życie na ogromnej polanie, wystające znienacka z ziemi krany wodociągu, ustawione srebrzące się kuchnie, na których będą gotowały zastępy i ekipę około 10 wędrowników, spalonych przez słońce i uśmiechniętych – poczułem, że żyję.  Problem z toaletami, których zapach potencjalnie byłby nieodłącznym elementem funkcjonowania głównej kwatery wydał mi się prawie błahy. Niemniej jednak następnego dnia wszystkie kabiny Toi Toi zostały przesunięte w inne miejsce.
 
Następnie udałem się do kantyny czyli miejsca zapewniającego wyżywienie przeszło 100 osób biorących udział w służbach przygotowujących Eurojam. Kantyna została utworzona na tyłach miejscowego baru „Pod Dębami” w ten sposób, iż zostały tam rozbite dwa olbrzymie namioty wojskowe, poustawiane stoły i krzesła, pożyczone zapewne również od wojska polskiego. Odbywała się tam właśnie odprawa kierownictwa zlotu z szefami delegacji zagranicznych. Do rozpoczęcia zlotu pozostawał jeszcze prawie tydzień i prace przygotowawcze były w pełnym toku. W tym okresie przygotowywania zlotu takie odprawy odbywały się codziennie o godz. 21.15, wcześniej o godz. 18.00 odbywała się odprawa polska w formie krótkiego briefingu na stojąco, w którym uczestniczyli wszyscy szefowie służb.
 
Wieczorem ok. 22.30 dotarłem na ognisko wędrownicze, na którym zgromadziło sie ok. 40 może 50-u wędrowników. Atmosfera jak zwykle doskonała, kupa śmiechu, znajome i nowe twarze, wspaniały duch, rewelacyjna atmosfera. Po prostu czujesz, że żyjesz!
 
c.d.n.

wtorek, 14 stycznia 2014

Policyjna akcja na Wale, espresso na stacji benzynowej, dodatkowe punkty Payback i pan z łysiną


Oto fragment maila, jaki otrzymałem od kolegi-czterdziestolatka:

„W moim życiu w ostatnich dniach dzieją się rzeczy budzące zdumienie.

Dzisiaj rano tuż po skręcie z Bronowskiej w Wał Miedzeszyński, gdy tylko zdążyłem się rozpędzić, zatrzymała mnie policja. Młoda policjantka podeszła z gracją i gdy otworzyłem szybę, ujęła mnie delikatnie za rękę, spojrzała w oczy, po czym spytała, czy w tych dniach nie skończyłem przypadkiem czterdziestu lat. Odpowiedziałem, nie kryjąc zdziwienia, że i owszem, właśnie takie wydarzenie miało miejsce w moim życiu. Wtedy ona pogładziła mnie po skroni, sprawdziła puls i powiedziała, abym więcej się nie denerwował, bo to szkodliwe dla zdrowia. Że to piękny wiek, jestem już taki dojrzały i tacy obywatele są bardzo potrzebni, aby kraj rozwijał się jak należy. Po chwili dodała, że puszcza mnie wolno, takie ma osobiste postanowienie, ale i instrukcje z góry. Podobno - wyszeptała – wszystko przez jakiegoś zrozpaczonego czterdziestolatka, który wysyła dziwne listy, zaprasza na imprezę, na której ma go nie być, sugeruje przyjście w tenisówkach, ale nie adidasach, grozi śmiercią ze śmiechu etc. Biedaczek, więc pan niech się nie stresuje. Cała policja jest już postawiona w stan najwyższej gotowości, aby prowadzić akcję polegającą na zatrzymywaniu kierowców w podejrzanym wieku wskazującym na Smugę Cienia i pocieszaniu ich. To powiedziawszy, wręczyła mi goździk, paczkę gum miętowych i pożegnała szerokim uśmiechem. Odjechałem zupełnie zbaraniały.

Byłem tak poruszony tą sytuacją, że zatrzymałem się na stacji benzynowej BP (tuż za zjazdem z Trasy Siekierkowskiej, przy Wale Miedzeszyńskim, wiecie gdzie). Uznałem, że małe espresso dobrze mi zrobi. Gdy tylko usiadłem przy stoliku, zanurzając wyschnięte usta w czarnym nektarze, otoczył mnie wianuszek pracowników stacji w charakterystycznych zielonych ubraniach. Odśpiewali gremialnie „sto lat”, budząc prawdziwą konsternację pozostałych klientów, po czym wręczyli mi bon na następne tankowanie za dwa razy więcej punktów Payback. Cholera wie, na co mogę je wymienić? To jednak nie koniec. Po chwili na czoło przecisnął się mężczyzna około pięćdziesiątki, nieco łysawy, o ogorzałej twarzy i z godnym wąsem, jak się potem okazało kierownik stacji. Odchrząknąwszy, przeciągnął dłonią po łysinie i resztce włosów i powiedział: „My wszyscy uważamy, że czterdziestka to piękny wiek”. Inni w tym czasie kiwali znacząco głowami. „Prosimy, aby zachował pan zimną krew. Jeszcze wiele przed panem. Jeśli to panu pomoże, w całej sieci stacji BP, od dzisiaj jedno espresso dziennie może pan otrzymać gratis, jak również bon na podwójną ilość punktów za następne tankowanie.”

Nie słuchałem dalej, złapałem się za głowę i wybiegłem poruszony.

Potem było jak u Hitchocka. Napięcie tylko rosło. Nie chcę już nawet opowiadać, co działo się, gdy dotarłem do pracy, udałem się na lunch czy potem do sklepu w Złotych Tarasach. Wieczorem zupełnie już wykończony tymi wszystkimi niespodziewanymi przeżyciami, siedziałem z tępym wzrokiem na kanapie, bojąc się włączyć telewizor. Do lodówki też wolałem nie zaglądać. Na wszelki wypadek…”

Takie to przygody miewają moi koledzy. Cóż powiedzieć? - Stary, nie przejmuj się, policjantka miała rację - czterdziestka to nie koniec świata.

czwartek, 2 stycznia 2014

Wuj to nie wszystko


Mieliśmy pociągnąć dalej refleksję o wujach w okresie świątecznym, ale nie dało rady, jak święta, to święta. Spróbujmy więc może w klimacie noworocznym. Wiecie, wuj wujem, ale opowiadać dzieciom muszą przede wszystkim rodzice.

Zdarzyło się tak, że zaraz po opublikowaniu postu o roli wuja oglądaliśmy z dziećmi film „Opowieści na dobranoc” czy jakoś podobnie zatytułowany. Nie będę go tu reklamował, bo jak pisałem, próbuję polecać rzeczy bardzo dobre, wychodząc z założenia, że nawet na dobre ludzie tu zaglądający mogą nie mieć czasu. Ta produkcja, powiedzmy, że była po prostu znośna. Tytułowymi opowieściami na dobranoc raczy syna i córkę swojej siostry wujek grany przez Adama Sandlera (a w polskim dubbingu przez jak zwykle zabawnego Piotra Adamczyka). Te historie są trochę związane z kłopotami wujka, ale dość radykalnie poprawiane w trakcie opowiadania przez dwoje siostrzeńców. Nie poświęciłbym zdania na ten film, gdyby tak dobrze, w sposób zupełnie nie zaplanowany i zaskakujący dla mnie samego nie wpisał się w tekst o roli wujów, ciotek, babć i innych przyjaciół rodziny. Powtórzmy na wszelki wypadek - wuj to postać niezbędna w wychowaniu.

Teraz zwracam się do, mam cichą nadzieję, czytających to studentów, czy (no w to, to już trzymajcie mnie, chyba nie uwierzę) licealistów. Ja dużo czasu poświęcam tu różnym refleksjom związanym z wychowaniem dzieci. Cóż, „karmię was tym, czym sam żyję”, a przecież jako ojca piątki pociech na co dzień żywo mnie to interesuje. Chcę Wam jednak powiedzieć, żebyście byli uważni, bo to jest dla Was również jak znalazł. Weźmy na przykład tego maglowanego tu przez chwilę wuja. Przecież to jest o Was. Wujek-student, który wpada do domu starszej obdarzonej potomstwem już siostry, by za darmo (nie oszukujmy się) dobrze podjeść, ale który przy tej okazji przeturla się z najmłodszymi po dywanie czy też zaprezentuje im najnowszą wersję podrzucania ich pod sam sufit - to jest bożyszcze młodzieży w każdym wieku. Pamiętam pojawiającego się u nas sporadycznie Remika licealistę a potem studenta (teraz już szczęśliwego ojca) i jego zaraźliwy, rześki śmiech już od progu i wykrzykiwanie jakichś haseł-powitań typu „mała korbołaza” czy jakoś podobnie, przybijanie piątek, żółwików i ogólny tumult. Do dziś nie wiem, co ta „korbołaza” miała znaczyć i skąd się to wzięło. Macie jednak jak w banku, że gdy dziewczyna będzie chciała was przetestować czy nadajecie się do małżeństwa, to zaciągnie was do jakiejś swojej rodziny czy starszej koleżanki z niemowlakiem, by bacznie obserwować, jak nawiązujecie kontakt z tym brzdącem. Oczywiście można się tłumaczyć, że tarzać to się będziecie, ale nie z jakąś obcą latoroślą tylko ze swoim synem, ale na pewno lżej na sercu tej dziewczynie młodej, drżącej o swoją przyszłość, będzie zobaczyć kandydata na męża nawiązującego szybki kontakt empatyczny z całkiem obcymi dziećmi niż widzieć wycofanego, ziejącego niechęcią i obojętnością do ludzi i świata mruka.

No, dobrze. Wuj wujem ale i tak wiadomo, że najważniejsi są rodzice. Także w opowieściach, także na dobranoc. Jest tu mnóstwo historii i anegdot, na przykład moja najmłodsza córka toleruje tylko jeden rodzaj opowieści na dobranoc: o księżniczkach. Choćbyś nie wiadomo jak ciekawe fabuły był w stanie rozsnuć przed dziecięcą wyobraźnią, jeśli dosyć szybko nie pojawi tam się jakaś nieszczęśliwa lub całkiem pogodna księżniczka, mieszkająca koniecznie w zamku, nawet jeśli rzecz dzieje się współcześnie, to pakuj manatki bracie i wskakuj do fosy, gdzie bez zwłoki zjedzą cię krokodyle.

Pytanie jakiego gatunku krokodyle, bo jest ich aż cztery rodzaje. Tego właśnie dowiedział się mój przyjaciel podczas gry planszowej ze swoimi dziećmi w te Święta. U nas hitem tego sezonu stała się gra „Wsiąść do pociągu”, całkiem sprawnie przesłana mi przez sklep Rebel.pl prosto pod choinkę. Doskonała jest też IPN-owska „Kolejka”.

Dlaczego opowieści na dobranoc (inny mój znajomy, bardzo zajęty człowiek pracujący nie bojący się wyzwań i w ciągłej podróży służbowej, opowiada bajki córce co dzień, jeśli trzeba to i przez telefon) i gry planszowe, nawet jeśli „zachwytu w nas nie wzbudzają”, są godne polecenia a właściwie winny być pozycją obowiązkową w grafiku zajęć rodzinnych? Już tłumaczę. Bo sprzyjają budowaniu R E L A C J I!

A  bez   R E L A C J I   nie ma nic. Nie ma zaufania, nie ma wychowania. Teraz bardzo modne jest hasło „biznes to relacje”, że w biznesie bez relacji nie da rady, są różne konferencje, książki na ten temat. Rozumiecie: w biznesie, gdzie jest przecież obiektywny interes, gdzie liczy się jakość towaru, usługi, gdzie często rozstrzyga cena. I mimo to tak duży nacisk jest kładziony na to, z kim współpracujemy, na czynnik ludzki. To co mówić o rodzinie, o małżeństwie, o przyjaźni. Warto zadać sobie pytanie czy zajęcia, nasz sposób spędzania czasu razem wspiera budowanie RELACJI między nami czy też nie? A może można by lepiej tę RELACJĘ budować? Rozmawianie, patrzenie sobie w oczy, spacer, kontakt, bliskość pomaga. Gapienie się razem na witryny sklepowe, wśród huku muzyki chyba mniej. Wg ostatnich badań na Mazowszu rodzice nie przytulają prawie 70 procent uczniów podstawówek, a ponad połowie dzieci rodzice nie czytali bajek.

Tu jest link do kampanii Fundacji Mamy i Taty, która jest właśnie o tym www.rozmowatowychowanie.pl.

I to jest podstawa, także w budowaniu RELACJI z kimś, z kim chcę się być może związać na całe życie (widzicie, znowu mamy temat uniwersalny dla wszystkich pokoleń). Trzeba gadać, gadać i gadać. I mieć o czym!

I z tym dzisiaj w klimacie noworocznym Was pozostawiam. Życzę Wam budowania dobrych RELACJI w 2014 roku!
 

sobota, 28 grudnia 2013

Mój mąż nie jest może idealny, ale przynajmniej mi się oświadczył a właściwie dlaczego najłatwiej wychowywać swoje dzieci


Wiecie, że staram się polecać na tym blogu jedynie rzeczy bardzo dobre. Jasne, zawsze to kwestia gustu, jednak niewątpliwie nie znajduję czasu na odstręczanie od rzeczy słabych czy dzielenie się tymi, które okazały się nie dość dobre albo miały swoje mankamenty (zresztą takich unikam).

Jednym z takich filmów, które mają swoje mankamenty i dotąd nie znalazły się tutaj, choć obejrzałem go już chyba 2-3 lata temu jest film, który telewizja polska emituje dzisiaj o godz. 20.20.

„Tak to się robi teraz” (głupie i stronnicze tłumaczenie, po angielsku tytuł to „switch” - zamiana i taki byłby zdecydowanie lepszy)

A zatem ostrzegam, żeby ktoś nie zgłaszał do mnie reklamacji, możecie go obejrzeć na własne ryzyko. Ta komedia z Jennifer Aniston i Jasonem Batemanem w rolach głównych jest bardzo nierówna. Singielka (Jennifer) czuje się samotnie i postanawia sobie „zafundować” dziecko. To adekwatne określenie. Wybiera bowiem dawcę nasienia (rosłego osiłka) i poddaje się sztucznej inseminacji. Niestety w wyniku pewnych zawirowań (tak to ujmijmy), biologicznym ojcem dziecka zostaje jej długoletni adorator, fajtłapowaty Wally. Nikt nie wie, że zaszła taka zmiana. Tak, to nie powinno być wcale śmieszne, jest więcej niż niesmaczne, jest drwiną z życia ludzkiego, zabawą, krotochwilą. Niestety autorzy filmu chcą, aby nas to śmieszyło, a to powinno wywoływać grymas niezgody.

Jeśli jednak przebrniemy przez początek, potem jest lepiej i dlatego zwracam uwagę na ten film. Niestety tak ostatnio jest, że ludzie, jeśli czegoś nie widzą w filmach czy serialach to to nie istnieje. Co z tego, że polski ruch oporu był kilkadziesiąt razy silniejszy niż rachityczny francuski, z filmów europejskich to nie wynika, przeciętny Europejczyk uważa, że było na odwrót. Przykłady można mnożyć. Tym bardziej w świetle ostatnich dyskusji o in vitro, teoriach gender itp. druga część filmu daje do myślenia.

Co mianowicie tam dalej się dzieje? Po kilku latach fajtłapa Wally spotyka swoją miłość z sześcioletnim synkiem, i ze spotkania na spotkanie coraz bardziej odnajduje w nim swoje cechy, zachowania czy fobie. Okazuje się być jedyną osobą, która rozumie małego chłopca, który nie jest typem sportowca, ale jak ojciec inteligentnym nadwrażliwcem. Niestety o chłopcu przypomina sobie również osiłek, który jest przekonany, że jest biologicznym ojcem dziecka. Wkracza do akcji, chce poślubić Aniston i zaczyna wychowywać domniemanego syna na swój obraz i podobieństwo. Każe mu wspinać się po ściankach skałkowych, tak jak sam uwielbiał w dzieciństwie, czego mały nie cierpi. Zaczyna się walka o szczęście dziecka, obfitująca w sytuacje melodramatyczne. I tu ten film zaczyna być po prostu niezły.

Widzimy na własne oczy, że jest coś takiego, o czym wszyscy biolodzy i genetycy wiedzą od lat (a za mało o tym mówią w mediach) – geny! Geny, które przenoszą cechy nie tylko płciowe, ale i typ charakteru, skłonności, zdolności i mnóstwo innych cech, z powodu których babcie i ciotki mają zawsze co robić na spotkaniach rodzinnych, omawiając które z dzieci jest do którego z rodziców czy nawet dziadków podobne, „a ten się wrodził w wuja Stefana”, etc. Własne dzieci kochać przez to najłatwiej, rodzice są tymi, którzy najlepiej powinni rozumieć swoje dzieci. Oczywiście, nie zawsze syn choleryka jest cholerykiem i to dla rodzica jest wyzwanie, aby starać się rozumieć swoje dziecko nie intuicyjnie, ale wkładać w to więcej wysiłku, również intelektualnego. Tu kłania się cała nauka o typach osobowości, co jest tematem fascynującym i zaniedbanym w wychowaniu, ale nie na dzisiaj. Tym bardziej szacunek i cześć dla małżonków decydujących się na adopcję! To jeszcze większa miłość, nie zawsze łatwa, to wielki dar i większa zasługa. Ludzie, chwała Wam za to!

A wracając do Wally’ego i Aniston, widzów krew zalewa, gdy patrzą jak facetowi brak wciąż odwagi, by wziąć się w garść, poważnie zawalczyć o kobietę swego życia i wreszcie wyznać jej miłość. Po seansie niejedna żona pomyśli: „uff, mój mąż nie jest może idealny, ale przynajmniej mi się oświadczył”.

Dlatego film jest do obejrzenia przez dorosłych, męża z żoną najlepiej, ale zdecydowanie bez dzieci.