Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lutego 2023

POSTANOWIENIA NOWOROCZNE, URODZINOWE I INNE


 POSTANOWIENIA NOWOROCZNE, URODZINOWE I INNE

Warto mieć postanowienia. Noworoczne, urodzinowe, okolicznościowe, jakiekolwiek. Nawet jeśli nie uda się ich zrealizować w stu procentach, a nawet nie w dwudziestu za to tylko cokolwiek się uda, to i tak prawdopodobnie uda się więcej, niż gdybyśmy takich postanowień w ogóle nie robili.

Ludzie mają różne postanowienia: przeczytać X książek, schudnąć Y kilogramów, przejść Z kilometrów. Czasami mniej konkretne: więcej sportu, mniej stresu, więcej czasu dla najbliższych. Warto mieć postanowienia, i warto aby były konkretne.

Czasami śmieję się, że zazwyczaj nie muszę szukać nowych, bo te z poprzedniego roku są doskonale świeże, trafione i niezrealizowane. Z drugiej strony jak patrzę na te sprzed kilku lat, to powoli, z mozołem, wolniej niż zamierzałem, ale co nieco jednak udaje się realizować.

Brian Tracy radzi aby swoimi postanowieniami, dobrymi deklaracjami dzielić się z innymi, upubliczniać je, wtedy jesteśmy pod ścianą, aby nie stracić zupełnie twarzy, musimy się mobilizować bardziej aby jednak coś nie coś pchać sprawy do przodu.

Przyjąłem tą ryzykowną radę Briana w dobrej wierze i przed radzeniem komukolwiek innemu, postanowiłem ją zaaplikować do samego siebie. Dlatego w dniu 1 października podczas wieczoru autorskiego „Wszystkich klęsk wieku (nie)męskiego” wobec dwu setek wspaniałych i wyrozumiałych ludzi dobrej woli o czułym spojrzeniu, wypowiedziałem kilka postanowień. Do zrealizowania nie w ciągu jednego roku, ale w ciągu lat dziesięciu. O ile nastąpią ma się rozumieć te lata w miarę dobrym zdrowiu, pozwalającym na ich realizację.

Wśród tych postanowień jest m.in. napisanie 10 książek i przeczytanie 500 innych.

I jak to idzie? Czy chcecie wiedzieć?

Tutaj nastąpić powinna długa pauza… Zastanowienie, co też odpowiedzieć ludziom o przyjaznym spojrzeniu? Którzy w swojej szlachetności wzięli to wszystko za dobrą monetę.

I słusznie. Bo to nie był przecież żart!

Otóż idzie o to, że nic co dobre w życiu nie przychodzi łatwo. Można powiedzieć nawet, że ciężko. Realizować takie postanowienia. Miałem jeszcze inne postanowienie: zrealizować 100 nieprzeciętnych transakcji i projektów zawodowych. Z tym idzie nieco lepiej. Dlatego właśnie z pozostałymi postanowieniami idzie nieco gorzej (czytanie), a nawet bardzo źle (pisanie). Nie zraża mnie to w ogóle. W tym była cała mądrość jednych i takich samych postanowień podejmowanych nie na rok ale na dziesięć lat!

Sandor Marai, pisarz totalny i pełny, wspomina, że jeden z jego idoli, inny węgierski pisarz Gyula Krudy w ostatnich latach swojego życia (a żył lat 55) „wypijał dziennie cztery, pięć litrów wina. I do końca pisał, z niesłabnącą siłą i doskonałością.” Z kolei kolega Jarosław, dzięki któremu nota bene może już niedługo trafi do Was audiobook „Wszystkich klęsk”, pocieszył mnie z kolei historią pewnego Japończyka ocalałego z atomowej hekatomby w Nagasaki, który na rok przed śmiercią, przykuty już do łóżka, podyktował z głowy pięć książek, jedna za drugą.

Cóż za optymistyczna wizja😉

Tymczasem jednak udało się co nieco pokończyć z dawno porozpoczynanych lektur. Kilka wartych jest polecenia.

Wspomniany Sandor Marai jest autorem dwóch powieści, które można z pewną nieśmiałością ale jednak nazwać, promałżeńskimi. To „Rozwód w Budzie” i „Ta prawdziwa”. Obie jak to u Maraia osadzone są w nostalgicznym nastroju odchodzącego mieszczańskiego świata przedwojennych Węgier, w których się wychował. Obie mogą się dłużyć niemiłosiernie współczesnemu czytelnikowi, dialogów tam jak na lekarstwo. Dziwne ale mimo braku wartkiej akcji napięcie rośnie ze strony na stronę.

„Rozwód” to opis nocnej rozmowy. Do sędziego orzekającego w sprawach rozwodowych przychodzi dawno nie widziany kolega z lat szkolnych i drobiazgowo opowiada historię swojego małżeństwa, co do rozwodu którego następnego dnia ma orzekać gospodarz. Gość odtwarza wydarzenia, z których wynika, że między jego żoną a sędzią coś kiedyś tam zaiskrzyło, z czego ni mniej ni więcej, miałoby wynikać, że właśnie sędzia i żona nocnego gościa to dwie połówki tej samej pomarańczy. Ergo, życie sędziego to jedno wielkie kłamstwo. Nocny gość poddaje się wymowie niezbitych dowodów i niejako odpuszcza, godzi się na swój los i oddaje żonę temu, którego żoną powinna być od początku. Dotychczasowe życie sędziego jest w związku z tym grubym nieporozumieniem. Słuchamy tych wywodów z zaciekawieniem, jednak często tak jakbyśmy słuchali spowiedzi wariata. Gdy nocny gość wreszcie opuszcza mieszkanie, sędzia wchodzi do pokoju, gdzie śpi jego rodzina, spogląda na nich i zamyśla się: „Wszystko to nie może być „nieporozumieniem”, ta śpiąca kobieta i tych dwoje pogrążonych we śnie dzieci…”

Widzicie, owoce decyzji nie mogą być nieporozumieniem. Życie wynikające z porywu serca nie może nic nie znaczyć.

Ja jestem za mało inteligentny aby odnaleźć wszystkie znaczenia, ale czytam motto, czytam ostatnie zdanie powieści i myślę sobie, czy Marai nie chciał też pokazać, że jeśli noc przynosić może czasem wątpliwości, to za dnia one znikają, i trzeba o tym pamiętać, trzeba zawsze starać się „dotrwać do świtu”? Czy nie chciał on też powiedzieć, że małżeństwo, miłość to decyzja, to świadome zadziałanie ludzkiej woli, a nie jakieś fatum, któremu trzeba się poddać. Książka ta ukazała się w latach, gdy przez Węgry przetaczała się dyskusja w związku z wprowadzeniem do prawa cywilnego rozwodów. A głos Maraia interpretowany był jako głos na „nie”.

Druga powieść to „Ta prawdziwa”. Historia małżeństwa, zgodnego, dobrego małżeństwa, w które w pewnej chwili wkrada się niepokój. Między żoną a mężem prawdopodobnie jest ta trzecia. Świadczy o tym zazdrośnie strzeżona w portfelu męża wstążka należąca do innej kobiety. Mój Boże, jakie piękne, subtelne czasy, gdy zdradą było zachowanie pamięci o osobie, z którą zamieniło się raptem kilka słów, nic więcej, a która wręczyła temu mężczyźnie wstążkę. Jednak w głowie męża zagnieździła się w związku z tym jakaś obsesja, jakiś przymus. By pędzić do, wypatrywać tej prawdziwej, tej właściwej kobiety. Nie chcę pisać o tym, co wydarzyło się dalej. Napiszę jak to się skończyło. Skończyło się kompletną porażką. Można wzruszyć ramionami - tak to się kończy gdy delikwent obsesyjnie szuka „tej prawdziwej” i w imię tego poszukiwania zostawia tą pierwszą dla tej drugiej, a potem i drugą dla kolejnej. Klasyka gatunku. Ale weź to wytłumacz Kurzajewskiemu jednemu czy drugiemu. Mimo całego szacunku dla Marai’ego jako pisarza, bowiem zaiste wielkim pisarzem był, myślę, że Sandor nie da rady wielu przekonać. Ta literatura uwodzi swoim klimatem, nostalgią, przenikliwością, subtelnością ale nie potrząśnie raczej współczesnymi poszukującymi „tej prawdziwej”. No właśnie: kobiety, miłości? Spełnienia, szczęścia? To szkodliwy mit wbijany nam przez tysiące kolorowych tygodników i przekombinowanych seriali.

Jeśli są tu jacyś młodzi czytelnicy, którzy może szukają drugiej połowy, może rozglądają się, zastanawiając czy „ta”, czy „inna”, która prawdziwa, to niech mnie teraz dobrze posłuchają. Miłość to nie gonitwa przez cały świat za „tą prawdziwą”. Miłość to decyzja, miłość to zaangażowanie, miłość to ryzyko. Może żyje gdzieś obok was dziewczyna, którą znacie z sąsiedztwa, ze szkoły, z harcerstwa, która nie jest postacią z Waszych snów, nie przypomina zwiewnej nimfy z długimi jasnymi włosami i wiankiem na głowie, albo jakiejś współczesnej wersji seksbomby. Ale która oczekuje na miłość, na zaangażowanie, na faceta, na którego będzie mogła liczyć, z którym będzie mogła się śmiać i dzielić troski każdego dnia. Give it a try! Spróbuj. Daj życiu szansę. Umów się do cholery! I to samo w drugą stronę, przecież żyjemy w czasach, gdzie dziewczyna nie musi czekać bezradnie w szklanej wieży na błędnego rycerza…

Z mądrych ksiąg przeczytałem jeszcze starego, dobrego Chestertona. Zbiorek awantur pt. „Dla sprawy”. Można powiedzieć, że teksty Chestertona starzeją się pięknie i z godnością. W obliczu tego co mamy teraz, wadzenie się angielskiego myśliciela z protestantami czy scjentystami jawi się jako niewinne igraszki. Piękne jest to, że Chesterton błyskotliwie obnaża mielizny ateizmu oraz różnych prądów i tendencji, które dzisiaj mają już swoje kolejne dalej rozwinięte stadia, o których nawet mu się nie śniło. Przy jego finezyjnych popisach dzisiejsze dyskusje to jak walenie cepem. Miło się to czyta a celność wielu spostrzeżeń bawi i poucza. Weźmy choćby taki artykuł „Coraz dalej od domu”. Chesterton pije w nim do reformatorów czy raczej niszczycieli instytucji rodziny. Porównuje ich do gościa podbiegającego do płotu w podskokach i oznajmiającego: „Nie widzę żadnego pożytku z tego płotu. Usuńmy go!”. Gość nie zadaje sobie pytania, kto i po co ten płot tam postawił, nie zastanawia się nad tym, że nie wyrósł on sam, że chyba nie byli głupcami ci, którzy trudzili się aby go tam postawić. Do podobnie atakowanych jego zdaniem instytucji należy Dom Rodzinny. Ci, którzy usilnie próbują go zniszczyć, nie zadają sobie nawet trudu aby zrozumieć jego celowość. Wydają ogrom pieniędzy aby tworzyć instytucje, które usiłują zastępować zadania domu rodzinnego, zamiast wspierać to co naturalne i … tańsze. Porównuje ich do robotników, którym nie podoba się, że prąd rzeki porusza koło młyńskie, i zamiast wodą poruszają tym kołem sami, siłą swoich mięśni.

Jak pisze w innym miejscu ”w naszych czasach człowiek zyskuje reputację mistrza paradoksów, jeśli najzwyczajniej w świecie powtarza, że truizmy są prawdziwe”. Piękne to były te czasy Chestertona.

A na końcu abp Charles J. Chaput, emerytowany biskup Filadelfii, klasa po prostu. Chciałem takiej książki, mądrej, pełnej odniesień do innych prac, gdzie autor dzieli się głęboko przemyślanymi przez siebie sprawami. Tytuł książki: „Za co warto umierać? Myśli o tym, dla czego warto żyć.”

Książka jest za bardzo eklektyczna abym ją streszczał albo częstował Was wyrwanymi z kontekstu cytatami. Tylko kilka z nich:

„Umacnia się w nas wiarę w to, że prawdziwe szczęście jest wynikiem zaspokojenia naszych osobistych pragnień. Karmiony tym przekonaniem drapieżny indywidualizm jest tym, co zdominuje świat, jeśli pewnego dnia zaczniemy żyć jako ponadnarodowi „obywatele świata”. Naszym przeznaczeniem nie będzie już jedność powszechnego braterstwa. Będziemy żyć w sterowanym technokratycznym kokonie, stworzonym, aby promować konsumpcję i autokreację. Zamiast utraconej solidarności zyskamy pocieszenie w postaci zakupów i podróży”.

O przyjaźni: „Kiedy dwóch idzie… jak powiada Homer. I do myślenia bowiem, i do działania zdatniejsi są ludzie we dwójkę”.

„Wszystkie udane małżeństwa są przede wszystkim w ostatecznym rozrachunku związkami przyjaźni.”

Za Henri de Lubac: „Naszą misją nie jest doprowadzenie do triumfu prawdy, lecz tylko dawanie jej świadectwa.”

„Mamy względem tego świata obowiązki, które nie pozwalają nam na komfort milczenia na forum publicznym albo ucieczki od dzisiejszych konfliktów do jakiejś kryjówki w górach”

piątek, 17 grudnia 2021

Before “I’ll be back”


Ostrzeżenie małym drukiem: Tekst przeznaczony tylko dla osób o silnych nerwach, trudny do czytania w grudniu, niedoczytanie do końca może grozić uszczerbkiem dla zdrowia, doczytanie do końca tym bardziej.
Drodzy Przyjaciele, Szanowni Państwo,
Ostatni rok okazał się dla mnie rokiem niezwykłym. Najpierw wypadek samochodowy. Skończyło się na urazie mojej córki (wszystko na szczęście już dobrze) i „tylko” skasowaniu samochodu, siniaków nie liczę. Jednak dobrze przecież pamiętam, że przez ułamki sekund liczyłem się z tym, że właśnie wyświetlają się napisy końcowe filmu pt. „Dzieciństwo, młodość i dojrzałość Zbigniewa Korby”. Potem wszystkie codzienne troski i sprawy zaczęły jawić się jakby z innej perspektywy, jako drobnostki upiększające życie. Życie! Życie, które jest darem, największym, najwspanialszym darem. W obliczu takich wydarzeń wszystko nabiera innego smaku, wymiaru, głębi. Myślę, że wielu z Was tego jakoś też doświadczyło w ostatnim czasie, umiera przecież więcej osób niż zwykle, może niektórzy z nas pożegnali kogoś bliskiego czy znajomego. Ja w każdym razie czuję, że Ktoś podarował mi dodatkowy czas, dodatkowy rok.
Następnie pożegnanie z firmą, w której pracowałem ponad osiem lat i zostawiłem kawałek życia. To narastało od dłuższego czasu i w końcu musiało chyba nastąpić. Wszystkim współpracownikom i dziesiątkom świetnych ludzi niezmiennie jestem wdzięczny za wspólną przygodę, trudy i sukcesy! Dla mnie nastąpił jednak czas na zmianę. Głęboki oddech, raz, dwa, trzy… Przed podjęciem nowych wyzwań zawodowych postanowiłem przez kilka miesięcy zająć się zajęciami zgoła innymi niż zajęcia dotychczasowe. Nadarzyła się okazja unikalna, jedyna w swoim rodzaju aby zrobić to, co wydawało się dotąd niemożliwe.
Postanowiłem wykorzystać ten czas na podładowanie akumulatorów: intelektualnych, fizycznych i duchowych. Najpierw pomyślałem aby zadbać o żelazną dyscyplinę, inaczej z tych wszystkich planów będą nici. Nie tylko nie chciałem zwalniać normalnego tempa ale wręcz je podkręcić. Sen - pierwsza sprawa, mocne siedem i pół godziny każdego dnia i uregulowany tryb życia. Do łóżka przed dwudziestą trzecią, wcześniej dwugodzinny detoks od elektroniki. Gdy musiałem nadgonić plan, wiele razy czułem się członkiem klubu „5 a.m.” Zachętę do wstawania o piątej rano zawdzięczam podpowiedzi Mateusza Kusznierewicza (zobaczcie jego wpis na Linkedin z wakacji). Wolę szóstą trzydzieści, ale kilka razy taka wcześniejsza pora ocaliła mi plan dnia. Ostra zaprawa fizyczna, zrzuciłem na początek pięć kilogramów, lepiej się biega zdecydowanie. Jogging, rower, basen. Do tego weekendowo strzelnica, golf i tenis. A codziennie klasyk komandosów, udało mi się wreszcie dojść do stu pompek za jednym zamachem. Podobnie przysiady i brzuszki, gorzej tylko idzie podnoszenie się na drążku ale i tak robię kilka razy więcej niż jeszcze rok temu. W tym czasie „zbiegałem” i objechałem rowerem całą okolicę, naprawdę grzech, że tak późno, tyle miejsc niesamowitych. Jeśli chodzi o dietę, naprzemienna: wege, active, keto. Od miesięcy czuję się jak młody bóg.
Jako zwolennik oldskulowej formuły „w zdrowym ciele zdrowy duch”, wszystkie te ćwiczenia dla ciała traktowałem jedynie jako dobrą podstawę do pracy intelektualnej i duchowej. Rozmyślania, medytacje i lektury, odwiedziłem też kilka pustelni. Jednak nie jestem mnichem, a zwyczajnym zjadaczem chleba, którego żywiołem jest przecież aktywne życie i praca, w moim przypadku praca intelektualna. Praca od lat jako mocno zaangażowany prawnik, a w ostatnich latach także manager, manager usług prawnych, prowadzący właściwie biznes przedsiębiorca, dyrektor HR-u, szef sprzedaży i tak dalej. Żartowałem często, że pandemia, to siedzenie w domu, byłaby świetnym czasem, gdyby nie to, że pracowałem jako prawnik - doradca przedsiębiorców i jednocześnie przedsiębiorca i pracodawca. W praktyce oznaczało to jeszcze więcej czasu niż wcześniej. Plusów siedzenia w domu aby więcej czytać, oglądać, spacerować jakoś nie było. Teraz miało być inaczej. Ruszyłem z impetem do walki.
Po pierwsze, zaległe lektury. Wszystko co chciałem od lat przeczytać ale bałem się nawet o tym pomyśleć. I mnóstwo nowości, zacząłem bowiem od zamówienia prawie setki książek z księgarni internetowych i antykwariatów, zakupiłem też mnóstwo ebooków. Kindle jest tak poobijany, że muszę go wymienić, ale na razie szkoda mi czasu na czynności organizacyjne. Muszę wymienić też okulary, piec, opony w samochodzie, kilka żarówek, sytuacja na pewno do tego niebawem dojrzeje. Udało się przez te ileś tam tygodni przeczytać ponad siedemdziesiąt różnego rodzaju książek. Sporo literatury pięknej, niszowa klasyka: Flannery O’Connor, van der Meersch, Marai, Bernanos, Huysmans, Greene - właściwie wszystko co kiedykolwiek wydano po polsku, i sporo w oryginale. Do tego wiele nowości – głównie pod kątem techniki pisania, stylu, konstrukcji, by utrzymać się w formie. Przeczytałem też wiele wynurzeń wielu pisarzy o tym jak pisać, w myśl zasady, że najbardziej praktyczna jest dobra teoria.
Następnie Polska, której już nie ma, która odeszła. Od dawna byłem totalnie sfrustrowany, że wydaje się teraz tyle pamiętników, wspomnień, dzienników, których nie było zupełnie wtedy, kiedy miałem czas na czytanie np. gdy byłem w czwartej klasie liceum albo na pierwszym roku studiów. Aż przyszedł moment, że czas ten się znalazł. Niesamowite książki Pawlikowskiego, Jałowieckiego, Meysztowicza, Lanckorońskiej, Gawrońskiego, Sapiehy, Ronikiera i wielu innych. Do tego cała publicystyka Mackiewicza, jaki to wspaniały szlachciura wileński jest, co słowem tnie jak szablą.
Do tego trochę historii: Montefiore o młodym i starym Stalinie oraz jego dworze, Kershaw, Volker i McDonough o Hitlerze. Brr! Potem Harris trylogia o Cyceronie, jeszcze kilka rzeczy o rozegraniu Polski przed rozbiorami i o lekkomyślnych powstaniach. Nie liczę ogromu publicystyki, analiz, artykułów. Miałem ochotę na poczytanie o mechanizmach zdobywania i wykonywania władzy. Czy te mechanizmy są zastrzeżone dla polityki, czy występują też w innych działalnościach ludzkich? Czy jest sens babrać się w historii? Okoliczności się zmieniają, a człowiek się nie zmienia. Tak myślę.
Gdy miałem dość tego babrania się w historii, jakże dla nas bolesnej jako Polaków, przerzucałem się na książki pozwalające lepiej rozumieć teraźniejszość. Przede wszystkim wszystko co się ukazało na temat „wielkiej czwórki”. Nie, nie tej, którą wspierałem jakoś tam dokładając małą cegiełkę do budowania w Polsce usług prawnych. Chodzi o inną wielką czwórkę, chyba potężniejszą: o Amazona, Apple’a, Facebooka i Google’a. A zatem czytałem o „Wieku kapitalizmu inwigilacji”, o „Ugly truth”, ale i o Netflixie, o Spotify, niektóre jeszcze nie przetłumaczone na polski. IGen - o tym jak to wszystko wpływa na dzieci, o „Epidemii egoizmu”, o „Cyfrowej demencji” i wiele innych. Dopiero zaczynamy cokolwiek orientować się jak to wszystko oddziałuje na nas, jak zmienia ludzi i świat. dopiero pojawiają się badania. Dalej wizje Schwaba, Gatesa, czwarte rewolucje przemysłowe, całe to zamieszanie wokół covid. I klasyka Zajdel (odkrycie), i powrót do klasyków dystopii: Orwell, Huxley, Lem, Dick. I co mogę Wam powiedzieć? Przypomnijcie sobie Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya i cieszcie się chwilą póki trwa.
Żyjemy w czasie wielkiej niepewności, rozchwiania, wzrastających napięć społecznych i międzynarodowych. Powinniśmy trzymać się razem, odnawiać a nawet zacieśniać rozluźnione więzi. Za mało jest kleju społecznego, za dużo polaryzacji. Coś nas łączy choćby przez to, że zamieszkujemy jedno państwo, jedną miejscowość, jedną ulicę. Tym bardziej gdy znamy się, pracujemy razem, spotykamy w sklepie z pieczywem.
Były też pozycje klasycznej myśli politycznej i społecznej, różne Bunty mas, Psychologie tłumów, Szaleństwa tłumów, Antykruchości, Czarne łabędzie itp. Był Chesterton, Scruton, Ratzinger, Michnik, i idole Krytyki Politycznej. Cztery książki bp Barrona po polsku, wiele podcastów, filmików i artykułów. Sporo biografii, oj, biografie są naprawdę wciągające.
Było tego dużo, postaram się dzielić co jakiś czas moimi wrażeniami z tych licznych lektur. Czuję, tak czuję wręcz poszerzenie pola widzenia i rozumienia. Nic mnie nie zaskakuje, mało co wydaje się odkrywcze czy świeże, gdy o czymś słyszę, najczęściej już to wiem, już przeczytałem, usłyszałem, czasami tylko nie wiem gdzie. Z drugiej strony mam wrażenie, iż „wiem że nic nie wiem”, ogrom wiedzy, publikacji, materiałów, książek, filmów, programów przeraża. „Wszystkiego jest za dużo” jak śpiewał Muniek Staszczyk. A może to zgorzknienie, albo może tak się objawia dojrzałość. Nie wiem już sam. Zasadniczo mam przecież przesyt wiedzy, teorii, analiz, dyskusji. To nic nie zmienia ani na nic nie wpływa. I co nam z tego? Że sobie pogadamy, że rozumiemy coś tam. Tu trzeba działać! Trzeba coś robić!!!
Na pewno brakuje wielkiej literatury współczesnej, jak to mówił Kafka, uderzającej jak siekiera w zamarznięte na lód nasze serca.
Kochani, co jeszcze?
Właściwie wszystkie ważniejsze premiery kinowe, na Bondzie byłem trzy razy, w tym dwa razy samotnie. Kilka, o dziwo, dobrych polskich filmów. Kilka seriali. Jest ich za dużo, szczerze mówiąc. A tak na marginesie - najlepsze na podstawie pomysłów książkowych. Najważniejszy jest scenariusz, historia opowiedziana. Potem inne środki do zastosowania (gra aktorska, dialogi, scenografia, montaż, ścieżka dźwiękowa itd.), aby dobrej historii nie zaprzepaścić po prostu.
Ponadto po raz pierwszy mogłem obejrzeć prawie wszystkie mecze na Euro 2021 oraz przesłuchać na żywo prawie wszystkich uczestników Konkursu Chopinowskiego. Bruce Liu od początku był moim faworytem, cieszę się, że wygrał.
Udało się być na kilku operach, w tym na Don Giovannim w Salzburgu. Przepiękne przedstawienie.
Wróciłem do francuskiego. Kilka powieści w oryginale i wiele publicystyki współczesnej. No i na żywo
😉
Odbyłem kilka podróży zagranicznych. Pochyliłem się nad grobem sir Rogera Scrutona, spędzając potem przemiły wieczór z jego potomkami, paląc wyborne cygara, przepijając przednią whisky i wymieniając poglądy o tym, gdzie zmierza ten świat. Dostałem na pożegnanie niepublikowany zbiór ostatnich esejów, wersję limitowaną, nie będzie wydawana i udostępniana publicznie, tylko bezpośrednia dostawa dla wybranych liderów opinii w Europie i świecie.
Potem przejechałem kawałek północnej Francji, odwiedziłem Mont Saint Michel i dzięki starym przyjaciołom wziąłem udział w Rennes w spotkaniu z Erikiem Zemmourem. Gdyby tego było mało, po spotkaniu zabrali mnie na kolację w węższym gronie w jednym z domów. Co ja mówię domów, był to pałac rodziny, która wydała kilku biskupów i generałów armii francuskiej. Na kolacji i w dalszej części spotkania przy kominku pojawiło się sporo oficerów francuskich sił zbrojnych, sytuacja tam jest naprawdę napięta. Philippe bardzo polecał odwiedzenie jego oczka w głowie czyli Puy du Fou, zapewniał, że pokaże mi specjalny program, jak tylko znajdę czas aby wrócić z rodziną, najlepiej wiosną. Nie wiem, niby było miło ale na koniec powiedziałem im, że są jednak zapatrzeni w siebie, że nie ma dla nich nadziei. Osłupieli. Rozstaliśmy się w chłodnej atmosferze.
Potem Paryż, Paryż wiadomo wart jest Mszy. To znaczy właściwie odwrotnie, Msza jest warta wszystkiego w tym Paryża, ale najwyżej z tego „wszystkiego” znajduje się Paryż. Tutaj spotkanie z liderami La Manif Pour Tous. Znowu powiedziałem im, że są za bardzo francuscy, wyłącznie francuscy, że to za mało.
Oprócz podróży samotnych oczywiście wyjazdy z rodziną, poszerzanie horyzontów, inni ludzie, inne kraje, inne kontynenty. Co miesiąc tydzień w innej części świata. Karaiby na początku wakacji, potem tydzień w Afryce: Tanzania, Kenia, safari i wejście na Kilimandżaro. Potem miała być Azja: Singapur i Malezja na początek, ale nie wyszło, jednak obostrzenia pandemiczne. Na Azję przyjdzie czas za parę tygodni, gdy wybiorę się na rejs z bratem i kilkoma prezesami i dyrektorami, moimi klientami, u wybrzeży Tajlandii. Poza tym dużo Europy: Grecja, Włochy, Francja, Hiszpania, Niemcy. Jeszcze podróż sentymentalna do Belgii, szlakiem ojca na stypendium w Leuven, szlakiem niesamowitego malarstwa flamandzkiego: Brugia, Gandawa, Antwerpia. Przy okazji zahaczyliśmy o Brukselę, widzieliśmy manifestacje, których nie transmitowały żadne telewizje.
To były jednak tylko przerywniki, główna praca związana była z ….PISANIEM.
Gdy zaczynałem pisać, wszystko inne stawało się mniej ważne, niknęło we mgle i traciło blask. To było piękne i straszne zarazem. Szał pisania, stan flow, przypominający (nigdy nie miałem takowych oczywiście, ale tak sobie je wyobrażam) narkotyczne ciągi. Tym razem dałem sobie spokój ze stylem Anthony’ego Trollopa, czyli uporządkowanym pisaniem kilka godzin dziennie i odkładaniem pióra gdy wybiła godzina pójścia do pracy. Trollope pracował na poczcie, gdzie zaczynał o ósmej rano a od 5.00 do 8.00 pisał w domu. Tym razem gdy pojawiał się stan flow, płynąłem w nim do oporu, do granic fizycznych możliwości, nie jedząc, nie pijąc, nie odbierając telefonów. Godzina płynęła za godziną, a mnie bolały palce od uderzania w klawiaturę. Wielcy współcześni pisarze produkują 500-1000 słów dziennie. Wierzcie, jest to dużo, jeśli oznacza naprawdę twórczą pracę, konstruowanie fabuły, realnych bohaterów, mocnych dialogów, a wszystko jędrnym językiem. Mnie udawało się podczas stanów flow produkować od czterech do pięciu tysięcy słów, czasami więcej. Były to mordercze ciągi, bywałem wyczerpany kolejnego dnia, słaniałem się wręcz na nogach. Innym razem praca szła wolniej, wspomagałem się wtedy cygarami i dobrym winem. Kilka skrzynek znakomitego primitivo Li Filliti, kilka wybornego burgunda, kilka paczek Cohiby, mimo że w wakacje pisałem i paliłem na tarasie, to do dzisiaj moja żona nie może wygonić zapachu tytoniu z salonu. Trudno. Literatura wymaga poświęceń.
Miałem też chwile zwątpienia, czy ta katorga dla umysłu i ciała jest warta tego aby kiedyś tych kilku wiernych czytelników pochyliło się nad tym, co chcę przekazać. Nigdy nie zwątpiłem, zawsze pisałem z myślą o nawet jednym czytelniku. W każdym temacie, który podjąłem, mam co najmniej kilku wytrwałych kibiców. Nie chcę ich zawieść.
Co pisałem?
Nie mogę wszystkiego ujawnić w tej chwili. Stosowałem trójpolówkę, przerzucając się ze stanu flow w jednym projekcie do podobnego stanu w innym. Dwie powieści, jedna dla dorosłych (właściwie w dwóch częściach), jedna dla młodzieży, zbiór krótkich form z kolorytem lat 90-tych, ciężko to nazwać opowiadaniami, coś ku rozweseleniu mojego pokolenia i innych ludzi dobrej woli. Dalej dziennik czasu kwarantanny, pisany codziennie, hm, właściwie wiele fragmentów może i być lepsze od powieści. Jeszcze poradnik dobrego życia, wspominki historyczne i efekt fascynacji biografiami ludzi niezwykłych. I last but not least - szkic biograficzny, podczas którego odbyłem niesamowite spotkania z niesamowitymi ludźmi, dotarłem do nieznanych nikomu szczegółów dotyczących pewnego środowiska i pewnej osoby zupełnie niezwykłej. Nieprawdopodobnie inspirujące. Ta historia może być zaczynem ruchu społecznego, może spowodować głęboką zmianę. Kilka z napotkanych historii, z których każda nadaje się na dobry film.
Czy uda mi się wydobyć cały blask, choć część głębokiej treści, nadać temu właściwą formę? Często czułem się po prostu bezradny, słaby, za mało doświadczony, by dać odpowiednie rzeczy słowo. Patrzyłem na siebie z powątpiewaniem: prawnik bawiący się w reportera, Korba udający Hemingwaya. Jestem zwolennikiem tezy, że każda robota aby osiągnąć poziom rzemieślniczy wymaga kilku tysięcy godzin, a odpowiednio więcej aby wdrapać się na poziom mistrza. Nie, nie jestem perfekcjonistą, po prostu realistą. Jeśli opinię prawną szlifuję godzinami, to jak powinno być z tekstem literackim? Haruki Murakami pisze powieść pięć miesięcy, a potem pięć miesięcy poprawia i szlifuje, dwa razy sam, raz po przeczytaniu przez żonę i na koniec po uwagach redaktora. Jedną książkę!!! Czas, czas, czas. Koszmar! Wszystko rozbabrane, fragmenty, nawet nie redagowane po tym całym „flow”. I co mam zrobić? Wywalić to wszystko do kosza? Zostawić potomnym? Zapisać w testamencie? Czy wrzucać na fejsa na pamiątkę tego „break”? A może na bloga? Albo rozdawać wydruki na „patelni” przy metrze? Oj…
W tym czasie nie odmawiałem też spotkań, nie, nie towarzyskich, tych unikałem jak ognia, za co przepraszam wszystkich jak najserdeczniej. Nie unikałem za to spotkań, gdzie ktoś prosił aby coś powiedzieć, szczególnie gdy były to spotkania z młodzieżą. Udało się odbyć kilkanaście takich spotkań. Udało się trzy razy mówić do szefów Skautów Europy, kilka razy do licealistów i studentów, w tym prawa, udało się w końcu spędzić tydzień ze studentami na szkole letniej.
Uważam, że to powinien być zawsze priorytet – młodzi! Ci, którzy idą za nami. Oczywiście sami muszą się sparzyć, nauczyć, jednak nie powinni wyważać otwartych drzwi, lepiej aby nie wymyślali koła. Na tym polega mądrość narodów, a my szczególnie mamy zakłóconą sztafetę międzypokoleniową, aż żal porównywać się do zachodnich narodów europejskich.
W końcu udało się powołać Fundację Idei i Inicjatyw. Zrobiliśmy to z Ewą dla idei i inicjatyw innych, dodatkowych niż te, którym poświęcamy swój czas zawodowo i w pracy społecznej dotychczas. Wiele pomysłów po prostu nie mieści się w innych ramach. Udało się obmyśleć wszystko wreszcie. Następnym krokiem będzie Klub Idei i Inicjatyw a potem Ruch Idei i Inicjatyw, który zmieni Polskę a potem cały świat. Think big, start small
😉
I na koniec kilka blogów, konto na twitterze (wszystko oczywiście pod pseudonimami) i razem ponad pięćdziesiąt tysięcy followersów w pięć miesięcy. Recenzje na filmwebie, ponad sześćdziesięciu filmów, największa dynamika profilu recenzenta, podobnie na lubimyczytac, choć tutaj mniejszość lektur skomentowana, nie dało rady więcej.
Tyle z grubsza.
Niebawem wracam do normalności. Back to normal. I’ll be back. Old normal. Jak chcecie… Biała koszula, krawat, szybka kawa, samochód, szkoła i biuro. Telefony, spotkania, negocjacje, transakcje, opinie i umowy. Start z domu o 7.30, powrót po 19.00 albo lepiej. Padanie na twarz, a rano od nowa. Aż do weekendu. W piątek jakiś film, w sobotę zakupy i robienie za szofera, kibica, doradcę, ogrodnika, wieczorem na wino z przyjaciółmi, wcześniej może trochę sportu. W niedzielę pod kościołem ponarzekamy sobie w małym gronie, obiad, spotkanie towarzyskie. I kolejny tydzień. I tak upływa życie.
Czy uda się coś więcej zdziałać, gdy świat trzeszczy w posadach a każdy dzień pełen jest niepokojących wiadomości? Czy uda się zamknąć niektóre z rozpoczętych potencjalnych publikacji? Czy którąś chcielibyście przeczytać? A gdyby tylko fragmenty? Czy uda się pociągnąć dalej zainicjowane projekty?
Czy coś by Was interesowało z powyższego?
Dajcie znać. Namiary bez zmian. Dwa telefony, cztery adresy mailowe. Komunikatory – jestem na wszystkich.
Dziękuję, że jesteście, dziękuję za Waszą uwagę!
Zbyszek
P.S. Wszystkich poirytowanych tym wpisem, proszę o zachowanie spokoju, nie ma co zazdrościć, tych podróży zwłaszcza. Tak naprawdę nie wszystko z powyższego udało mi się zrealizować
☹
Może nawet mniejszość…-;) Bogu dziękuję, że cokolwiek.
Jestem przede wszystkim mężem i ojcem, uznałem więc, że raz w życiu warto wysilić się na to aby przygotowywać wszystkim rano śniadanie i witać ich po powrocie smacznym, świeżym obiadem. Robiłem też zakupy. Chciałem ponadto zluzować żonę w karkołomnych dowozach, zawozach i odwozach dzieci z przeróżnych zajęć pozalekcyjnych. Mamy daleko do kolejki, kiedy tylko mogłem, zawoziłem albo przywoziłem. Powiecie, nadopiekuńczość. Hm, jeszcze się nachodzą, a gdy tylko wrócę do trybu biurowego, nie będą miały po prostu innego wyjścia. Czy wspomnienie ojca czekającego na stacji PKP w samochodzie, wyłączającego radio gdy tylko ona lub on wsiadł i zamknął drzwi, aby zapytać, jak minął dzień, co się wydarzyło, jak koledzy i koleżanki (znam tych kolegów i koleżanki teraz wszystkie) - przetrwa w ich pamięci? A dowozy na zajęcia dodatkowe do Anina, Miedzeszyna, trzy razy trening na Józefowi, nie licząc ligi i sparingów, plus wizyty u koleżanek w Otwocku, Świdrze, Falenicy, Aleksandrowie, Starej Miłosnej a nawet w centrum Warszawy? Czy w zamian za ten los szofera mógłbym ukończyć którąś z rozpoczętych książek, mógłbym popełnić i ofiarować czytelnikom trzydzieści przełomowych wpisów na bloga?
Być może. Jednak nie zrobiłem tego.
Non omnis moriar. Co po nas zostanie? Co bardziej? Kilka zapisanych kartek czy chwile oddania swego czasu dla najbliższych?
A zatem byłem family man’em przede wszystkim. Gdybym jednym słowem miał określić moje zaangażowanie, czas, priorytet, motor napędowy, tym słowem mogłoby być „ojcostwo”. Ojcem jestem gdy zawożę, ojcem gdy myślę o pracy, ojcem gdy ją wykonuję. Ojcem gdy przelewam kieszonkowe, i ojcem gdy wracam z roboty zmęczony. Ojcem, gdy zagaduję, i ojcem gdy oddaję się swoim zajęciom.
Jednak udało się też mimo to co nieco zrobić, napisać, przeczytać, zobaczyć, ludzi spotkać, odnowić kontakty, popełnić pomysły, niektóre inicjatywy jednak rozpocząć. Może niektórymi z tych rzeczy uda się podzielić z Wami kiedyś? Może niektóre z tych pomysłów możemy realizować dalej razem?
Czas pokaże.

wtorek, 17 stycznia 2017

PROM Kultury Saska Kępa


Serdecznie zapraszam na kolejne spotkanie promocyjne (być może ostatnie w tym sezonie, przynajmniej na Mazowszu). Jak wiecie, zawsze staramy się nie tylko nie przynudzać, ale potraktować książkę jedynie jako pretekst do miłego wieczoru w miłym gronie z Wami.

19.01 czwartek godz. 19.00 PROM Kultury Saska Kępa, ul. Brukselska 23. Parzą tam kawę i herbatę.

Prowadzenie Przemysław Babiarz, TVP; performance: Jakub Sewerynik i Artur Wasiak; zapowiedź: Adam Woronowicz.





wtorek, 10 stycznia 2017

Miesiąc miodowy z Transakcją

Korzystając z poświątecznego i ponoworocznego spowolnienia postanowiłem w kilku słowach podsumować pierwsze chwile z „Transakcją”-;)

Dociera do mnie wiele sygnałów dotyczących odbioru powieści i za wszystkie bardzo Wam dziękuję. Dostałem na gorąco kreślone kilkuzdaniowe recenzje smsami, mailem, przez messengera, bezpośrednio, dostawała je moja małżonka. Może wiecie lub nie (ja o tym trochę słyszałem, a teraz testuję na sobie, że to prawda), autor zawsze z drżeniem czeka na reakcje czytelników. Nawet jeśli jest to ósmy czy dziewiąty tom z serii o dzielnym detektywnie lub sprytnym komisarzu, to mimo to jest niepewność. Czy temat chwyci, czy wyjdzie na jaw, że ciężko było mu tworzyć niektóre fragmenty, czy pomysły, które roił jako genialne, zostaną w ogóle zauważone? Pisarze nie piszą do szuflady, dla potomnych. To mit. Pisarze piszą dla czytelników, nie istnieją bez nich. Na szczęście ja jestem tylko autorem i od napisania do wydania w moim przypadku upłynęło trochę czasu i tym długim wykańczaniem powieści byłem już wykończony, więc niby powinienem być spokojniejszy…

Tym niemniej bardzo się cieszę, że otrzymałem zapewnienia, iż książka pomogła żonom bardziej zrozumieć ciężko pracujących mężów, mężom żony, dzieciom ojców, teściowym zięciów, studentom prawa, że kariera prawnicza to nie sielanka rodem z serialu, rodzicom pchającym dzieci na studia prawnicze, jaki szykują im los, że to nie dostojne zasiadanie za mahoniowym biurkiem ale prawdziwa harówka, itd., itp. Czytają młodzi, czytają dojrzali, czytają starsi. Teściowa jednego kolegi, odmówiła współpracy przy przygotowywaniu niedzielnego obiadu, nie poszła na sumę, bo nie mogła oderwać się od Transakcji, którą wyszperała z półki z nowościami. Pewien mecenas przygotował sobie lekturę na Święta, nie dał rady, połknął w dwa wieczory podczas przedświątecznej gorączki. Inny w trzy noce, jeszcze inny w drodze na rozprawę i z powrotem na drugi koniec Polski. Prawnicy z pół tuzina czołowych kancelarii odnaleźli w realiach pracy przedstawionych w powieści swoje realia, kilkakrotnie usłyszałem od przedstawicieli także innych, róznorodnych zawodów, że dylematy Maćka to też ich dylematy, że dużo o nich w tej powieści, że mogli utożsamić się w pełni z głównym bohaterem, jakby narrator siedział w ich głowach.

Cóż, Maciej Rumicki to jeden z nas. Człowiek, którego możemy spotkać w windzie, w sklepie z garniturami czy pchającego wózek z żywnością w supermarkecie. Targany naszymi emocjami i przeżywający nasze dylematy, narażony na „pułapki czyhające na współczesnych mężów, ojców i prawników (pracowników) w jednym (choć przesłanie jest jak najbardziej uniwersalne i to jest też siła książki”. (W cudzysłowie to oczywiście cytaty, nie moje interpretacje-;)).

Wielu z Was treści w książce, pewne fragmenty „poruszyły” czy „dotknęły” (szczególnie Panie, a może tylko Paniom łatwiej się do tego przyznać-;)?). Pisaliście też, że „można się w niej przejrzeć i identyfikować z wieloma wątkami” albo „Dla mnie ta książka jest przede wszystkim dobrą historią o walczących ze zmaganiami dnia codziennego (jak my wszyscy) kochających się ludziach!”. Niewątpliwie jest to też książka o miłości, jej początkach i zagrożeniach, i pięknie życia rodzinnego. Są też osoby, które powiedziały mi, że zawdzięczają salwy śmiechu niektórym fragmentom.

Kochani, niezmiernie za wszystko dziękuję! Bardzo cenne są dla mnie Wasze głosy! Cieszę się, że wielu z Was odczytało różne intencje autora ale przede wszystkim z tego, że książka „nadawała się do przeczytania”, że „wciąga” a wielu pochłonęło ją jednym tchem, i nie rozczarowała ich. Wierzcie mi, wiele mnie kosztowało jej skończenie. „Transakcja” to jednak nie tylko powieść prawniczo-sensacyjna, pisałem już, że nie aspirowałem do napisania prawdziwego thrillera prawniczego (tym razem-;)). A nawet nie przede wszystkim taka. To powieść obyczajowa, o życiu ludzi pędzących, koło których gdzieś obok dzieje się historia. Bo to książka również o pewnym marzeniu o Polsce. Marzeniu, dodajmy, niespełnionym.

Jak pamiętacie albo i nie, jeszcze przed wydaniem, prezentowałem Wam na tym blogu koncepcję na dystrybucję tej książki. Jeśli spodoba się Wam bardzo - bardzo ją polecajcie ludziom, co do których przypuszczacie, że może ich zainteresować. Jeśli spodoba Wam się tylko trochę - trochę tylko polecajcie tym lub innym znajomym. Nie szczędźcie słów ani atramentu (tuszu, tonera, ekranu, strun głosowych). Jeśli ani trochę – wymownie przemilczcie-;)


To piękna idea polecania sobie, bezpośrednich rekomendacji, wręczania jako nieprzypadkowego prezentu. Idea książek żyjących, pożyczanych, przekazywanych z rąk do rąk, a może i czasami wydzieranych sobie przez domowników, taka idea na pewno jest mi bardzo bliska-;)

wtorek, 27 grudnia 2016


Wiem, że niektórzy z Was dostali Transakcję pod choinkę. Nigdy bym jednak nie przypuszczał, że i ja dostanę Transakcję…


Przyda się na kolejne spotkania autorskie-;) Najbliższe już 8 stycznia w Gdańsku w najbardziej klimatycznym miejscu, jakie można sobie wyobrazić. Uliczka Mariacka 36, Cafe Drukarnia słynąca z najlepszej kawy w mieście.

wtorek, 6 grudnia 2016

Transakcja - raport z pola bitwy

Drodzy,

Przepraszam, że zaniedbuję się tutaj na blogu ale przecież nigdy nie mogliście odczuwać przesytu tekstów-;)

Serdecznie zapraszam do:

- nabycia powieści „Transakcja”, już niebawem, co najmniej w księgarniach internetowych;

- udziału w spotkaniach, o których postaram się informować (bieżące informacje znajdziecie najszybciej na facebooku); najbliższe w Radomiu w Cafe Elektrownia ul. Kopernika 1, 7 grudnia godz. 18.30;
- odsłuchania wywiadu w Radiu Plus;
- dzielenia się z innymi, jeśli się podobało, demonstracyjnego milczenia, jeśli przeciwnie-;)

Polecam się!

wtorek, 29 listopada 2016

"Transakcja" pierwsze starcie

Nie wiem czy poniższe jest czytelne, ale to oficjalna informacja ze strony MOK w Józefowie. Pomyślałem, że jako mieszkaniec grodu nad Wisłą i Świdrem, powinienem zacząć od spotkania w miejscu, gdzie przecież w upalne lato 2012 tworzyłem to unikalne dzieło. Serdecznie wszystkich Państwa zapraszam, jednocześnie proszę o wyrozumiałość. Tym bardziej, że Bogdan Rymanowski, któremu już dziękuję, iż zgodził się poprowadzić nasz wieczór, lubi jak mówi się kawa na ławę, bez owijania w bawełnę. Niechcący awansowaliśmy też do salonu (jak poniżej w nazwie)-;) Czy uda nam się jednak wydobyć z tej prozy nieco poezji, w dodatku z odrobiną muzyki? Nie mogę tego zagwarantować. Tak czy inaczej, spróbujemy nie przynudzać i nie zmarnować Państwa cennego czasu-;)
Informacje o kolejnych spotkaniach wkrótce. 



sobota, 29 października 2016

Transakcja

Obiecałem, że napiszę, o czym jest książka. Może najprościej będzie gdy zacytuję opis z okładki:

„Prawnik uznanej kancelarii prawnej otrzymuje do poprowadzenia niecodzienną sprawę. Chodzi o eksploatację bogatych złóż naturalnych odkrytych w Polsce. W tym samym czasie na placówce dyplomatycznej nagle umiera jego stary przyjaciel. Tajemnica tej śmierci niepokojąco zbiega się z prowadzoną transakcją.

Walka o zabezpieczenie interesów Skarbu Państwa i rozwikłanie zagadki śmierci przyjaciela okazuje się nie jedynym frontem zmagań bohatera. Żona, dzieci, radości ale i zmartwienia, w końcu coraz częstsze napięcia spowodowane intensywną pracą. Tymczasem transakcja nabiera tempa, a w kancelarii pojawia się atrakcyjna młoda prawniczka. Czy bohater oprze się jej urokowi?”

Tak, Kochani. Jest to powieść obyczajowa z wątkiem sensacyjnym, w moim przekonaniu przynajmniej. Kilku wydawców widziało to nieco inaczej: thriller prawniczy z wątkami obyczajowymi; inni widzieli tu kryminał, w którym należy koniecznie rozwikłać zagadkę. Nie byłem gotowy zostać polskim Grishamem ani Raymondem Chandlerem. 

Ale dość, autor gadający o swojej książce zbyt wiele, zanim w ogóle ujrzy ona światło dzienne, to może być nie do zniesienia. Co chciał powiedzieć, powinien zawrzeć w treści i formie, na tych swoich kilkuset stronach. Książka napisana odrywa się od swego autora i zaczyna żyć własnym życiem, a każdy czytelnik ma prawo do własnych interpretacji i odczuć. Jeśli są w jakimś zakresie zgodne z zamierzeniami autora, brawo. Jeśli nie, na nic już zdadzą się jego tłumaczenia…

Mam nadzieję, że niebawem będziecie w stanie ocenić sami.


Już zachęcam serdecznie do lektury! Wkrótce…

sobota, 22 października 2016

No, dobra… Dość żartów. Jednak napisałem...



.... tę powieść. A tytuł jej: „Transakcja”.

Cóż powiedzieć? Nie czulibyście się podle, gdyby w szufladzie kurzyło się pokłosie Waszego potu, łez i krwi wylanych w słoneczne wakacje 2012? Nie byłem w stanie wykrzesać energii, aby do tego siąść i skończyć przez pierwsze miesiące nowej przygody zawodowej. Miesiące, które stały się latami. Energia, chęć. Nawet nie czas. A czasu przecież też nie było. Jednak po dwóch latach coś we mnie pękło, coś się zaczęło. Szkoda było zmarnować tyle zainwestowanego w to czasu… Więc: przerwy świąteczne, szczególnie te bożonarodzeniowo-noworoczne, fantastyczne. Święta państwowe, weekendy, wieczory i poranki, ferie a nawet urlop wakacyjny. Dziubdzianie po kilka zdań. Pracując takimi malutkimi zrywami, po godzinie, rzadziej dwie, częściej pół, raz na tydzień, czasem częściej, zazwyczaj rzadziej, musiało to sztukowanie trwać wiele miesięcy. Trwało, trwało i dotrwało do postawienia ostatniej kropki i wystukania magicznych liter KONIEC.

Ale to nie był koniec. To był dopiero początek! Mozolnego redagowania, wycinania (oj szkoda całych sympatycznych partii), dokręcania. Tak aby nadawało się to choć trochę do czytania. Spełniało ten podstawowy wymóg definicji powieści wg wynalazcy czerwonej skrzynki pocztowej a przy tym arcypłodnego pisarza wiktoriańskiej Anglii Anthony’ego Trollope’a: ma dać się przeczytać. Podobno się daje. Wciągnęli się nawet profesjonalni recenzenci-;) Ja za każdym razem jak zaczynam czytać, to nie mogę przestać. Chociaż sam to przecież napisałem, akcja wciąga mnie nie na żarty, nie mogę się oderwać i jestem ciekawy, jak to się skończy. Dziwne. Czy ja nie jestem czasem przemęczony?

Już serio: dużo trudu mnie kosztowała ta przygoda. Sam zastanawiam się, jak to możliwe, że się udało. Nie będę Was tu zadręczał opowieściami o kuchni, o kulisach. Czy kogoś interesuje jak wygląda produkcja parówek, kiełbasy albo salcesonu? Wizyta w masarni może być ryzykowna.
Czy było warto? Może niebawem będziecie mogli sami ocenić.

Po długich bojach książka za chwilę popłynie do drukarni. Okładka podoba się tym, którzy ją widzieli. Mi bardzo. Niebawem sami zobaczycie. Liczę na Waszą przychylność!

Ale zanim to nastąpiło… Ech, długo by opowiadać. Wydanie powieści przez debiutanta, takiego już niemłodego, nienaiwnego, który pięćdziesięciu książek pewnie nie zdoła napisać, a jeszcze w dodatku zna się trochę na prawie i czyta ze zrozumieniem umowy wydawnicze – nie jest łatwe. Tzn. może być łatwe ale na jakich warunkach (!?). Niewolnictwo zostało zniesione, zresztą w Polsce nigdy nie istniało. Może przesadzam? Zapewne. Prawda jest bowiem taka, że wydawanie debiutantów jest niezwykle ryzykowne. Skoro już wydawnictwo pompuje środki w takiego delikwenta, drukuje go i gdzieś tam promuje nazwisko, to chciałoby mieć wszystkie prawa do jego utworu, a jeśli już zgodzi się mieć tylko licencję, to przynajmniej wyłączną i na długie lata. Ponadto skoro już jego nazwisko pojawia się w jakimś katalogu, etc. to dobrze by było, aby przynajmniej kropnął małą serię, powiedzmy trzech książek. I nie uciekł do konkurencji. Jeśli już napisał, to aby to był określony gatunek, żeby było jasne, że to kryminał albo romans. Żeby biedny księgarz wiedział na jakiej półce to coś ustawić, aby udało się upchnąć wszelkimi kanałami ten skromny nakład.

Tak, mam jeszcze wiele podobnych, ciekawych, „przełomowych” obserwacji. Z chętnymi mogę podzielić się przy jakiejś okazji, innych nie będę dłużej zanudzał-;)

W każdym razie, w związku z tym, że dla mnie to raczej przygoda, a nie wchodzenie w zawód przez młodego adepta, dla którego wysyłanie drżącą ręką rękopisu powieści do wydawców jest jak wysyłanie cv z listem motywacyjnym przez kończącego studia studenta prawa do kancelarii prawnych, mogłem pozwolić sobie na odrobinę luzu. A właściwie na pełen luz. Sam fakt, że wysławszy jako człowiek z ulicy swój rękopis, otrzymałem z kliku poważnych miejsc projekty umów, poczytuję sobie za miłe zaskoczenie. Ale dość tych nudziarstw!

To co ważne: pomysł na popularność (lub jej brak↓) tej książki jest na wskroś nowoczesny, a z drugiej strony odwieczny i tradycyjny - jeśli z jakiegokolwiek powodu będzie się komuś podobała, nawet jeśli nie cała, może tylko w jakimś aspekcie (też chętnie taką ocenę przyjmę-;)), bardzo proszę polecajcie, zachęcajcie, rodzinę, przyjaciół, znajomych do przeczytania, podzielcie się opinią na fejsbuku albo w autobusie, strzelcie uwagą na party albo domówce, kupcie na prezent przyjaciołom, wujkowi Zenkowi czy studiującemu prawo kuzynowi z Wąbrzeźna. Gdy jakiś fragment utkwił Wam w głowie, spontanicznie wyraźcie swoje uznanie do koleżanki pracującej po drugiej stronie biurka, która właśnie w chwili relaksu oderwała się od zajmujących arkuszy kalkulacyjnych i spogląda w zalane deszczem okno. Wreszcie - wracając z biura, fabryki czy szkoły, wyciągnijcie swój egzemplarz i demonstracyjnie czytajcie w tramwaju, pociągu, pekaesie. Gdy czekacie na przyjaciółkę lub szwagra w kawiarni, tam szczególnie czytajcie. Nie, nie musicie nawet czytać, po prostu połóżcie przed sobą na stoliku obok pysznej latte z cynamonem. A jeśli jesteś Drogi Przyszły Czytelniku, nie do końca pewnym siebie młodzieńcem, z jeszcze nieustabilizowanym zarostem i wizją przyszłości, wtedy weź książkę mą tym bardziej do swojego plecaka i wyciągaj gdzie tylko możesz. Wróble ćwierkają, że czytanie Transakcji w miejscach publicznych będzie najbardziej innowacyjnym pomysłem tego sezonu na pozyskiwanie sympatycznego towarzystwa płci przeciwnej. I ma to działać w obie strony. Chłopak widzący dziewczynę czytającą Transakcję od razu obdarzy ją spojrzeniem George’a Clooney’a a dziewczyna napotykając zagłębionego w lekturę młodzieńca, obdarzy go jednym z najlepszych uśmiechów ze swojego podręcznego zestawu. Podobno ten mechanizm będzie działać od poziomu liceum wzwyż. Kto wie, w jak sympatyczną relację może przerodzić się taka nić sympatii? „Połączyła nas Transakcja” – jakieś świadectwo tego rodzaju byłoby akurat na drugie wydanie.

Jeśli natomiast nie spodoba Wam się Drodzy Przyszli Czytelnicy, proszę, przemilczcie w wielkim stylu. Pamiętajmy gdy mowa jest srebrem to milczenie złotem. Milczeć z fasonem, milczeć modnie, milczeć w sposób wiele mówiący. To jest dopiero sztuka. Gdy spotkamy się przypadkiem, a ja będę niósł akurat kilka egzemplarzy pod pachą na spotkanie autorskie w zapomnianej przez Boga i ludzi wiejskiej bibliotece, znacząco odwróćcie głowę w przeciwną stronę dając do zrozumienia jak istotne jest abyście dostrzegli właśnie przejeżdżający samochód albo fantazyjnie ułożony obłok na jesiennym niebie. Gdy wzrok Wasz padnie na trzymane kurczowo pod pachą zawiniątko, a ja już, już zacznę wyjaśniać, co, kto, dlaczego, skąd i gdzie – Wy z godnością wycedzicie: „Tak, to bardzo interesujące, ale wybacz, śpieszę się”. I rzucicie pogardliwym wzrokiem na okładkę dzierżoną w mym ręku. Trudno. Takie jest życie. Sam jestem świadom, że to nie szczyt moich możliwości, więc jakoś tam pocieszę się w duchu. Poza tym zawodowo zajmuję się przecież inną działalnością niż nicowaniem wyrazów w zdania, a zdań w fikcję literacką. To taka przygoda tylko, więc jakoś to przełknę. Zrozumiem.

Zatem zdaję się w pełni na Czytelników! Ludzi rozumnych, życzliwych, kulturalnych, o szerokich horyzontach myślowych. Osoby wrażliwe, ciekawe świata, zadające sobie pytania, chcące ŻYĆ, żyć pełnią życia, żyć intensywnie, żyć z innymi, odnajdujących przyjemność w relacjach z drugim, w codziennych czynnościach, lecz jednocześnie nie pogardzających przygodą i odkrywaniem nieznanego. Liczę na Was!

No dobrze.

A teraz najważniejsze: o czym ta książka w ogóle jest?


Ale o tym - w następnym wpisie!

poniedziałek, 17 października 2016

Jak nie napisałem powieści

Po raz pierwszy w życiu dorosłym miałem być kilka miesięcy na urlopie. Taki zakaz konkurencji, gdy zmieniasz pracę. Poranki bez pośpiesznego rannego parzenia sobie ust gorącą kawą w biegu do samochodu, bez nerwowego wiązania krawata i dopinania guzików białej koszuli. Bez dni pędzących, zamkniętych w biurze, ze sprawami nie cierpiącymi zwłoki, z klientami bez litości toczącymi ostatnie krople twojej krwi, lecz nie fatygującymi się, aby płacić hojnie za twój cenny czas. Perspektywa wolnych tygodni wyglądała niezwykle kusząco.

Wreszcie, wreszcie będę mógł zrealizować nigdy niezrealizowane plany, wyjść naprzeciw marzeniom. Czas, całe mnóstwo czasu. Niewyobrażalne!

Dosyć szybko okazało się, że tak łatwo nie będzie. Po pierwsze przerwa skurczyła się do raptem dwóch i pół miesiąca, a były to miesiące wakacyjne. Mąż w domu, koniec roku szkolnego, wspaniała okazja aby wreszcie zaznał tej radości: zawożenia, przywożenia i rozwożenia dzieci do szkoły, ze szkoły i po szkole, na wszelkie możliwe zajęcia. Szybko też przekonałem się, jak wiele rzeczy potrzeba do normalnego funkcjonowania mojej rodziny, począwszy od zakupów spożywczych na bazarku po bardziej rozbudowane w supermarkecie, ile drobnych napraw czekało na mnie, ile porządków w garażu i licznych szufladach. Po drugie, przygotowanie do wyjazdów wakacyjnych: obozy, zwijanie harcerskich namiotów i sprzętu, dowóz, przywóz – no jak miałem odmówić? Należało też zaplanować rodzinne wakacje, niepowtarzalna okazja na dłuższy niż zwykle urlop. A potem przygotowania do rozpoczęcia roku szkolnego, no i mojego nowego wyzwania zawodowego.

Mimo to zostało przecież trochę czasu a kolejna okazja na realizację nadzwyczajnych planów mogła szybko się nie przydarzyć. Stworzenie think tanku, organizacji non-profit realizującej cele różne, społecznie użyteczne – świetnie, ale w wakacje? Trzeba by odbyć dziesiątki spotkań, wypić wiele kaw, wyłuskać entuzjastów, zachęcić opornych malkontentów zwanych realistami. Nie, jednak nie wykrzesałbym na to sił. To może wyjazd do Stanów? Na jakiś kurs prawniczy lub biznesowy, poznać ludzi, zanurzyć się w angielską paplaninę, a przy okazji, albo nie przy okazji, może rzucić te kursy doszkalające, jechać, zwiedzić zachodnie wybrzeże, parki narodowe, wielki kanion a potem dajmy na to do San Diego albo przerzut na wschodnie wybrzeże do Miami. Tak, to mogło być kuszące. Ale jak to? Sam, bez dzieci, bez żony, w wakacje? Nie, nie wchodziło w rachubę. Nie ten moment, nie ta dziesięciolatka życia. Po zastanowieniu, nawet nie miałbym ochoty. A i żadnej motywacji, aby samemu coś zwiedzać. A ze wszystkimi? No, kredytów to mieliśmy dosyć.

Tak, to miał być czas i jedyna szansa na realizację odwiecznego marzenia… Napisać powieść! Taką, jakiej od wielu lat nie mogłem znaleźć na rynku wydawniczym, łapczywie rzucając się na każdą próbę jej stworzenia. Czekałem na książkę, w której mógłbym odnaleźć rzeczywistość, w której żyję, realia pracy prawnika w dużej kancelarii, rodzica z wysiłkiem godzącego pracę z życiem rodzinnym, dylematy ludzi goniących w piętkę. Ale z drugiej strony bez tanich chwytów w postaci kumulowania wszelkiego zła tego świata na ostatnich piętrach wysokościowców zajmowanych przez biura wielkich korporacji. A zatem prawnik, intryga, miłość, treść.

Teraz albo nigdy! Nie miałem wątpliwości, to ostatni moment, aby coś takiego napisać. Aby cokolwiek napisać. Dlaczego? Paliwo zaczęło się wyczerpywać, byłem już dostatecznie okrzepnięty w dorosłości, w pracy prawniczej, transakcyjnej i te pomysły, stan emocjonalny i klimat, które chciałem oddać w powieści, człowieka osaczonego przez okoliczności, któremu trudno godzić pracę i rodzinę, małe dzieci, etc., wydawał mi się coraz trudniejszy do odtworzenia. Pragnienie napisania o tym, pragnienie kołaczące się w głowie od lat, powoli ustępowało, stawało się kolejnym niespełnionym snem. To, o czym chciałem napisać, coraz mniej mnie męczyło, a przecież literatura musi rodzić się z jakiegoś bólu istnienia, musi być rozrywaniem trzewi.

Decyzja: piszę. Zaopatrzony w laptopa i gruby notes przekroczyłem progi BUW-u. Po wielu latach, gdyż niegdyś uczyłem się tam intensywnie do egzaminu radcowskiego. Musiałem wyrobić sobie najpierw kartę wejściową. Po tych perturbacjach w końcu zaszyłem się w jakimś odległym kącie, odpaliłem sprzęt i … Uznałem, że mam w głowie ledwie zarys pomysłu, że to kupy się nie trzyma. Wyjąłem zeszyt i gapiłem się w pustą kartkę papieru, odrywając od niej wzrok tylko po to aby następnie gapić się w sufit lub szarą ścianę. I tak upłynął dzień, wieczór i poranek, pierwszy, drugi i trzeci. Nie napisałem prawie nic, za to ułożyłem sobie wszystko w głowie. Hm, za dużo powiedziane. Mniej więcej. Bez wielu szczegółów, czy meandrów akcji, które pojawiły się spontanicznie później w trakcie pisania. Jednak wiedziałem już, czego się trzymać. A wtedy jest już z górki, jedynie żmudna, wyczerpująca praca. Często nudziło mnie rozwijanie akcji i tworzenie koniecznych dialogów, wtedy przeskakiwałem, pisząc epizody, które miały nastąpić w dalszej części książki. Przy niektórych nawet dobrze się bawiłem.

Jednak w dużej mierze była to orka na ugorze. Prawdziwy pisarz siada do pisania, dajmy na to, o godzinie dziewiątej zaopatrzony w dzbanek herbaty i kawy i w ciszy pisze, powiedzmy, do drugiej. Potem je obiad, spokojnie pije kawę, spaceruje, następnie oddaje się lekturze, by po takiej przerwie znowu zasiąść za biurkiem i przez kolejne dwie-trzy godziny wyrobić dzienną normę znaków. Kolejny rozdział powieści. A ja, cóż. Miałem kilka takich dni. W czytelni. Bo w domu nie dało się. Zaraz zaczęły się wakacje a z nimi straszne zamieszanie w domu i zagrodzie. Jadę zatem do tego BUW-u, a tam ogłoszenie: w wakacje otwarte od czternastej. Zirytowany szukam lokalu. Czuły barbarzyńca, może być (a’propos właśnie zniknął z Powiśla, czyżby zbankrutował?). Zapadam się w fotel, wygodnie ale rozleniwiająco, zamawiam kawę, sączę. Spoglądam a to na młodą matkę z bliźniakami, które demolują półkę z książkami, a to na młodzieńca w garniturze. Co on tu robi? Zwiał z jakiegoś biura? Cały czas skroluje dwie komórki. Ciężko się skupić, moje pensum znaków do czternastej nie jest imponujące.

Następnego dnia postanawiam pisać w domu. Zamykam się w sypialni na piętrze, bo wszędzie indziej panuje nieprawdopodobny harmider i zamieszanie. Ciągle ktoś coś ode mnie chce, chce się ze mną bawić, grać, kopać piłkę. Niezliczone propozycje. Jestem tu popularny. Przez pierwszą godzinę idzie nie najgorzej. Potem słabiej, właśnie zaczęły się upały. Sypialnia okno ma od południa. Co za absurd, taki upał, za jakie grzechy mam tu piec się. Zatrzaskuję laptopa. Idziemy na basen z młodymi.

Gdzie ja nie pisałem, gdzie nie próbowałem znaleźć wyższej efektywności? W Kinokawiarni Falenica wytrzymałem jeden dzień, stukot co chwila przejeżdżających pociągów jednak był drażniący. U kolegi w pracy, w suterenie z małym okienkiem na poziomie ziemi. Mało nie nabawiłem się reumatyzmu. Na urlopie, wstając wcześnie rano przed wszystkimi, nieraz i o piątej. W pociągu, w samolocie, nawet w samochodzie. Podczas oglądania meczu i filmów z rodziną (przydałaby się jednak podświetlana klawiatura-;)). Czasami szło zadowalająco, dużo częściej z wysiłkiem przypominającym przerzucanie worków kartofli na targu albo tony węgla do piwnicy.

Żeby choć użyć jakichś wspomagaczy. Wypalać paczkę za paczką cienkich Gaulloissów albo męskich Cameli, wypijać butelkę za butelką Bordeaux lub Chianti (używając kieliszka, spokojnie sączyć, nie mówimy o literaturze radzieckiej), wpaść w jakiś trans twórczy i pisać do białego rana a może bez przerwy całą dobę. Żadnych szans! Przecież cały czas byłem ojcem, statecznym, robiącym zakupy i koszącym trawę w ogrodzie. Nie dało rady strugać Hemingwaya.

Niestety, po lipcu nastąpił sierpień, a po nim błyskawicznie pojawił się wrzesień. A z nim nowy challenge zawodowy! Powieść nie została ukończona, zabrakło dobrego miesiąca. Trafiła do szuflady. Ostatecznie myślę, że szkoda.

W pewnym momencie życia człowiek uświadamia sobie, że cenny jest nie tylko czas, który ucieka w każdej chwili, ale również energia. Spalamy się, życie nas pochłania i przepuszcza jak przez maszynkę do mięsa…

poniedziałek, 28 września 2015

Krzyżowcy


Krzyżowcy! Lektura aktualna, wczoraj, dzisiaj, za sto lat, i do końca świata. Chociaż traktuje o wydarzeniach z początków drugiego tysiąclecia a napisana została osiemdziesiąt lat temu. Z turbulencjami dobrnąłem do końca, 37 godzin słuchania w samochodzie, ale było warto.

Od razu zaznaczę, że przez początek trzeba się przedzierać jak przez chaszcze nad Wisłą. Archaiczny język stylizowany na polszczyznę XI wieku, mentalność prostych, „dobrych rycerzy polskich, wojów”, jak często nazywa ich Zofia Kossak, pełna jeszcze guseł i przesądów, świat dosyć brutalny, prymitywny, ale prostolinijny. To może odstręczać, zwłaszcza młodego czytelnika. Gdy już jednak pokona się ten opór, lektura wciąga nie na żarty.

Z grubsza mówiąc rzecz traktuje o pierwszej wyprawie krzyżowej odbytej w celu wyswobodzenia Ziemi Świętej z rąk muzułmanów. To fresk historyczny, pomijając wszystkie inne aspekty, odrabiamy porządną lekcję historii o tych wydarzeniach, o zwyczajach średniowiecznej, rycerskiej Europy, lecz i Wschodu, Konstantynopola, która pozwoli nam lepiej rozumieć późniejsze czasy ale i teraźniejszość. Autorka wykonała wielką pracę, by pieczołowicie przygotować się do pisania. Prawie wszystkie fakty i olbrzymia większość występujących w niej postaci jest historyczna i autentyczna. Nawet wątek „polskich wojów”, jakkolwiek wydawałby się naginany, taki nie jest. Kroniki wprawdzie milczą o szczegółach, ale wiadomo, że tacy krzyżowcy byli. Jak pisze autorka w zakończeniu, świadczy o tym zachowana mowa papieża Urbana II wygłoszona w Clermont, w której wśród innych narodów błogosławił krzyżowców-Polaków.

Wydaje mi się, że czeka nas renesans zainteresowania tą książką. Wiecie dlaczego… (Choć może bardziej trzeba się zainteresować lekturami o upadku cesarstwa rzymskiego i wędrówkach ludów). Pierwsza wyprawa krzyżowa zmieniła bieg historii, nie tylko dlatego, że ostatecznie uwieńczona została sukcesem, ale podczas niej i w związku z nią miało miejsce wiele wydarzeń precedensowych, po których nic już nie było takie jak dawniej. Autorka wiąże nas z wieloma bohaterami, są wśród nich polski rycerz Imbram i jego bracia, przewodzący wyprawie biskup Ademar de Monteuil, jest Godfryd de Bouillon i jego brat Baldwin, książę Tuluzy Rajmund St. Gilles, jest książę lombardzki Boemund i jego bratanek Tankred. Jest w końcu cała plejada postaci kobiecych. Nie mam tu zamiaru pisać regularnej recenzji, już i tak zbyt długo zwlekałem z podzieleniem się z Wami tą lekturą. Powiem jedno - lektura nie jest przyjemna. Ilość świństw, zdrad, sprzeniewierzeń, kłamstw i żerowania na naiwności ludzkiej towarzysząca wyprawie i przedstawiona w książce jest doprawdy „imponująca”. Do tego ciasnota umysłowa, upartość, zawziętość. Krew leje się strumieniami, gwałty, działanie z niskich pobudek, kłótnie i spory są na porządku dziennym. Wiele wątków i wydarzeń to prezentacja pychy ludzkiej we wszelkich jej najsmutniejszych barwach. Aktywność księcia ciemności pod płaszczykiem działań ludzi w imię hasła „Bóg tak chce!” jest zatrważająca. Z drugiej strony na tym tle tym bardziej jaśnieje niezłomne świadectwo takich ludzi jak biskup Ademar. Książka ukazuje dylemat, który zawsze staje w przypadku tego typu wielkich operacji: czy szczytny cel uzasadnia tak wielkie ofiary poniesione w związku z jego realizacją? I jak wielkie ofiary ponoszą ci, którzy mimo wszystkich możliwych godnych usprawiedliwień podejmują odpowiedzialność, biorą brzemię na barki i nie chowają się za parawanem wymówek, podejmując walkę ze złem z otwartą przyłbicą. Aż do przelania krwi, aż do oddania ofiary ze swojego życia.

Jedno warto powiedzieć, autorka nie epatuje nas złem, jak wielu współczesnych autorów, bez celu albo w celu zgoła jasnym (tfu, ciemnym), aby nas ze złem oswoić, na zło znieczulić, albo złem zafascynować. O nie! W moim mniemaniu robi to po to, abyśmy nie byli naiwni, abyśmy pamiętali o tym, jaka jest kondycja ludzka. I że okoliczności zewnętrzne albo sprzyjają temu, że jesteśmy bardziej ludźmi, albo upodabniamy się do zwierząt, lecz nie determinują tego, bo mamy wolną wolę.
Powiem tak: ktokolwiek kiedykolwiek chce pełnić jakieś funkcje kierownicze w dobrych dziełach, tzn. takich, które mają szczytne cele, a szczególnie takich, w których przy okazji krzyżują się ludzkie emocje, pragnienia, ambicje – powinien przeczytać tę książkę. Znajdzie w niej wiele sytuacji, które zna z autopsji albo które mu się na pewno przydarzą. Bo człowiek się nie zmienia. Bo świat się nie zmienia. Po jednej stronie jest pokora, po drugiej pycha, bo walczą ze sobą dwa królestwa: ludzkie i niebieskie, państwo ziemskie i państwo boże. Wczoraj, dzisiaj i aż do skończenia świata!

wtorek, 24 marca 2015

Tułów bez kończyn za to z przyszytą inną głową


Powinniśmy czytać poezję. Tylko poeci, dobrzy poeci, są w stanie uchwycić w jednej frazie prawdę o czasie i ludziach, a także prawdy ponadczasowe. Lepiej niż tysiącstronicowy traktat. Odpowiednie dać rzeczy słowo, ująć coś tak, że przez słowa widzimy żywe obrazy, słyszymy, to co niesłyszalne w codziennym zgiełku. Objaśnić nam rzeczywistość wymykającą się szkiełku i oku, bezbronną wobec instrumentarium publicystów, socjologów, historyków i innych badaczy. Dzięki temu rozumiemy lepiej siebie i świat. To wielka sztuka.

Niestety jestem w grupie rzadko sięgającej po poezję. Życie. Jednak na pewno sięgnę po tomik Przemysława Dakowicza pt. „Łączka”. Jak tylko go nabędę. Zrobię to zachęcony jego wypowiedziami i omówieniami w mediach. M.in. takimi:

Już nie pamięta, czy dowiedział się o żołnierzach wyklętych z publikacji IPN, czy Sceny Faktu TVP. – W pewnym sensie zawsze byli w mojej świadomości – jako pierwotne źródło fundamentalnego pytania o Polskę – mówi. – Dlaczego jest taka… labilna, niepewna własnej tożsamości, zrzekająca się odpowiedzialności za samą siebie, cierpiąca na amnezję – wymienia. Im bardziej drążył temat, tym częściej do niego wracał. Uważa, że zestawienie żołnierzy wyklętych z elitą polskiej inteligencji zamordowaną w Katyniu jest uzasadnione: – Katyń to była zbrodnia założycielska tej „nowej Polski”, którą Jakub Berman opisywał w rozmowie z Teresą Torańską. Jego słowa mówią wszystko o rządach komunistów i ich wizji państwa, którym w imieniu Związku Sowieckiego zarządzali. Berman stwierdza wprost, że chodziłoo zmianę koncepcji kraju, o zbudowanie całkiem nowej Polski w kształcie i strukturze, zupełnie niepodobnej do tej, jaka była kiedykolwiek w historii. […] Polska przecież istniała tysiąc lat, przez ten tysiąc lat nagromadziło się w niej szereg pojęć, kompleksów, poglądów i wiar. I nagle przychodzą nowi ludzie, wszystko jedno skąd – stąd czy z Moskwy – i przewracają kraj do góry nogami, by ukształtować go na zupełnie inną modłę”.

Zwracam uwagę na określenia „całkiem nowa”, „zupełnie niepodobna do tej, jaka była kiedykolwiek” i na przerażające „wszystko jedno skąd – stąd czy z Moskwy”. Berman nie ma najmniejszych wątpliwości, że to się udało. Bez Katynia i bez fizycznej likwidacji członków antykomunistycznego podziemia, która była kontynuacją tamtej zbrodni, „całkiem nowy” kraj i naród nigdy by nie zaistniały. Masakra katyńska i wielkie mordowanie Polaków w drugiej połowie lat 40., realizowane przez majstrów z NKWD i ich miejscowych czeladników, oznaczały operację na żywym organizmie zbiorowym. Dokonywało się obcinanie głowy, rąk i nóg. Do kalekiego, krwawiącego korpusu ludzie sowieccy przyszyli naprędce jakąś całkiem inną głowę, kończyny zupełnie niepodobne do odciętych. Zmajstrowali nowego człowieka zbiorowego. Tym zbiorowym człowiekiem w pewnym stopniu ciągle jesteśmy.

I jeszcze jedna wypowiedź.

„…zobaczyłem strukturę ziemi w kwaterze „Ł”, kolejne warstwy, którymi przykrywano i maskowano ślady zbrodni. To warstwy przykrywające i maskujące naszą zbiorową świadomość, bo Łączka jest pod względem symbolicznym identyczna z Polską – to, co najistotniejsze, co trzeba by nazwać rdzeniem naszej wspólnej tożsamości, spoczywa najgłębiej, przysypane warstwą gruzu i śmieci.”

Czy jest sens drążyć trudną historię zamiast wybierać przyszłość? Uważam, że jedno nie stoi w sprzeczności z drugim, a wręcz jedno powinno wynikać z drugiego. Pamiętajmy, jeśli nie będziemy wiedzieć, odczuwać, rozumieć, czym Polska była i jaka była, nigdy nie będziemy sobie w stanie wyobrazić, czym mogłaby być i jaka mogłaby być! To jest jak prawo fizyki. Jeśli ktoś narzeka na „ten kraj”, na to, że wiele rzeczy jest postawionych na głowie, to owszem ma rację, tylko jakie wnioski z tego wyciąga? Obawiam się, że błędne i wysoce niewystarczające.
Ignorancja, ignorancja… to największy wróg.