Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wychowanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lipca 2024

Maurice Ollier R.I.P.

 

Eurojam Viterbo 1994, po lewo Maurice Ollier, mini-szkolenie dla delegacji polskiej

Dzisiaj nad ranem zmarł Maurice Ollier. Wielki, mądry a przy tym skromny człowiek, przyjaciel Polski i Polaków, osoba, która położyła wielkie zasługi dla powstania Skautów Europy w Polsce. Miał osiemdziesiąt lat, dobre życie i piękną śmierć. Odchodził powoli przez kilka dni, podczas których u jego „łoża śmierci” zgromadziła się cała jego rodzina, dzieci i wnuki, które towarzyszyły mu w przejściu do lepszego świata.

O tym wszystkim informował nas Zbyszek Minda, który z Maurice’m był najbliżej i na początku, i w ostatnich latach, a teraz w bieżącym kontakcie z jego dziećmi. Zamieścił już piękne wspomnienie na swoim blogu, do którego odsyłam Tutaj.

Pozwolę sobie na kilka refleksji i wspomnień z mojej strony, a na końcu zamieszczam fragment większej całości, nad którą od jakiegoś czasu pracuję.

Maurice’a poznaliśmy w styczniu 1994 roku w Warszawie. Przyjechał z delegacją na negocjacje dotyczące naszego ewentualnego wstępowania do Federacji Skautingu Europejskiego. Cytował jak z rękawa przykłady z historii Polski, od Królowej Jadwigi po Jana III Sobieskiego, wyznał, że przed przyjazdem przeczytał dużo książek o Polsce. Dwa lata później będąc u niego w domu zobaczyłem ten stos, miał jakieś 70 centymetrów wysokości.

Potem był Eurojam w Viterbo i w Le Puy, gdzie Maurice cały czas nas edukował. Mieliśmy mini-szkolenie na obozowisku w Viterbo, najlepsze jednak były wieczorne rozmowy albo rajd do obozowiska dziewczyn, gdy Maurice tłumaczył nam różnice w wychowaniu dziewczyn i chłopaków. Mam wiele scen przed oczami, ciągle żywych. Wieczór, zachodzące nad koronami drzew słońce, odgłos cykad i dziesiątki ognisk harcerskich, przy których rozbrzmiewa radosny, młodzieńczy śpiew, okrzyki, entuzjazm tak jak tylko Skauci Europy potrafią. Idziemy w kilku z Maurice’m, który nagle przystaje i jakby nasłuchuje, po czym odwraca twarz w naszą stronę:

- Widzicie? Słyszycie to? Jeśli chcecie coś zrobić dla Polski, opowiedzieć ją młodym ludziom z innych krajów, podzielić się piękną historią, uświadomić, bo oni przecież nic, ale to nic o niej nie wiedzą, możecie to zrobić przy takich ogniskach.

Wycieczka do obozu przewodniczek, Viterbo 1994

Kolejna scena, jakże profetyczna, gdybyśmy mieli jakiegoś poetę w naszym gronie, powinien powstać o niej przejmujący wiersz. Jest 1996 rok, wielka pielgrzymka Skautów Europy z okazji 1500-lecia chrztu Francji. Jesteśmy tam całym autokarem z Polski. Czekam z Maurice’m na wielkiej łące pod lasem, gdzie ma powstać obozowisko. Nagle podjeżdżają autokary, może dwadzieścia, może trzydzieści, dużo. Wysypują się z nich wędrownicy i przewodniczki, a z każdego z autokarów dodatkowo kapłan. Jeden w szarym habicie, drugi w białym, trzeci w brązowym, a z czwartego ksiądz w czarnej sutannie. Jest ich kilkudziesięciu, tyle ile autokarów. Ten widok jest niesamooowity! Robi na mnie wrażenie, Maurice to widzi i oczywiście natychmiast wykorzystuje aby wygłosić krótką pogadankę. Że służymy Kościołowi, dając marynarzy, którzy zaciągają się pod różne bandery, że skauting nie buduje swojego okrętu, płynącego przez życie pod swoją, odrębną banderą. Nie. Wychowujemy ludzi dla ruchów, dla różnych miejsc w Kościele i w społeczeństwie, którzy idą w życie w te różne miejsca i mają je zmieniać. I ta różnorodność duchowości, powołań, jest oznaką zdrowego ducha, tego że dobrze pełnimy służbę, realizujemy naszą misję. On mówi to o organizacji francuskiej, ale dobrze wiem, że mówi to dydaktycznie, z zamysłem, w dobrej wierze, przekazuje wszystko co wie, dzieli się doświadczeniem, esencją, że może Polska pójdzie tym tropem, że coś w tych głowach słowiańskich może zostanie. Szkoda że tak słabo znam francuski, szkoda, że nie mogę wszystkiego, w detalach wyłapać z jego wypowiedzi, które są uprzejme, dostosowane do słuchacza, powtarza najważniejsze tezy, gestykuluje, upewnia się, że przekaz dociera. Wiele razy potem jeszcze o tym usłyszymy: nie statek, lecz marynarze pod różne bandery. Ten widok autokarów i wielkiej różnorodności kapłanów, najpewniej w większości byłych szefów skautów Europy, jest tak ilustracyjny, tak mocny!

Pielgrzymka do Reims, 1996, fajne zdjęcie Maurice'a z moją przyszłą żoną 
(szkoda, że ja nie mam takiego-;))

„ (…)

Pierwszy wyjazd na obóz szkoleniowy Charlemagne do Francji, kwiecień 1995

Wyjechaliśmy we dwóch Zbyszek Minda i ja. Mieliśmy wziąć udział w międzynarodowym: francusko-niemieckim obozie szkoleniowym Charlemagne, Karol Wielki. W miejscu szczególnym go wiosce gdzie urodziła się Joanna d’Arc. Cali Francuzi, za to ich od początku polubiliśmy. Symbole, genius loci, detale, w których kryje się sens, nazwane detalami jedynie dla niepoznaki. Najpierw jednak Święta Wielkiej Nocy z rodziną Maurice’a Ollier’a. Zapowiadało się świetnie, i tak też było. Dojechaliśmy w Wielki Piątek. Jeszcze w Wielki Czwartek byliśmy wieczorem na liturgii u Dominikanów na Freta w Warszawie. Wspaniała liturgia, ale to „tylko” Wielki Czwartek, wiadomo najbardziej normalna msza w porównaniu do liturgii kolejnych dni. W piątek Maurice zabrał nas w centrum Paryża do kościoła blisko jego biura, w którym zostawiliśmy plecaki. Na liturgii średnia wieku grubo po rozpoczęciu wieku emerytalnego, wszyscy siedzą, cały czas siedzą. Na koniec Komunia Św. Kapłan szybko usiadł a rozdawały ją dwie kobiety, jedna ubrana w dżinsy i długi, wełniany, rozwleczony sweter. Druga, nie lepiej. Byliśmy w ciężkim szoku. Po opuszczeniu kościoła musieliśmy mieć nietęgie miny, bo Maurice zaraz powiedział, żebyśmy się nie martwili, jutro zabierze nas na liturię w swojej parafii, gdzie jest normalniej, prawie tak jak w Polsce. To „prawie” trochę nas zaniepokoiło, ale byliśmy i tak pełni ogólnego podekscytowania.

Maurice odbiera nas od Laurent'a Wallut'a, Paryż 1995

Następnego dnia faktycznie udaliśmy się do parafialnego kościoła w Elancourt, miejscowości na przedmieściach Paryża, zbudowanego wśród wielkich bloków z płyty. Trochę nas zdziwiło, że we Francji, którą dotąd znaliśmy z domków i domów istnieje osiedle przypominające Ursynów. Okazało się, że we Francji też rządzili socjaliści, wprowadzając na swoją modłę podobne pomysły jak w krajach bloku komunistycznego. Tu było ładniej, więcej zieleni, czysto ale jednak duża gęstość zaludnienia i wiele pięter.

Kościół był szerszy niż dłuższy i właściwie nie miał prezbiterium. Na liturgii Wielkiej Soboty było wielu ludzi, dużo młodzieży, normalna służba liturgiczna, śpiewy. Na koniec uderzyło nas tylko to, że zaraz po zakończeniu liturgii, zanim jeszcze kapłan i asysta liturgiczna doszli do zakrystii, tłum zaczął niesamowicie głośno gadać. Piszę „gadać”, ponieważ zgiełk zrobił się niesamowity, wszyscy w jednym momencie zaczęli ze sobą rozmawiać. To był zgrzyt. Maurice znowu kątem oka zauważył, że my to tak odebraliśmy, jako zgrzyt właśnie. Jakimż on był bacznym, wrażliwym obserwatorem i wspaniałym gospodarzem zainteresowanym samopoczuciem nawet tak młodych gości! Maurice zagadnął do nas od razu jak wyszliśmy na zewnątrz.

- Wiem, wiem. Poczekajcie, jutro zabiorę was w jeszcze inne miejsce. Jestem pewien, że tam wam się spodoba.

Następnego dnia, w niedzielę wielkanocną, ruszyliśmy samochodem poza miasto. Jechaliśmy dłuższą chwilę wśród pól, lasów i łąk, by dotrzeć do małej miejscowości na jeszcze dalszych obrzeżach Paryża. Dotarliśmy do kościoła, otoczonego niezliczoną ilością zaparkowanych samochodów.

Wchodzimy do środka, a tam pełen kościół, mnóstwo młodych ludzi, młodych małżeństw, granatowe kurtki i płaszcze, malcy w krótkich spodenkach, Francja elegancja. Ktoś rozdaje teksty pieśni. Po chwili zaczyna się Msza Św. Piękna asysta, kilkunastu ministrantów w białych albach, świece, kadzielnica, i skupiony młody kapłan, dyskretnie pozdrawiający uśmiechem zgromadzonych. Msza była wspaniała, Paryż wart był Mszy, to znaczy przyjazd tutaj był tego wart, pomijając wszystko, nawet ze względu na tę jedną Mszę. Była to zwyczajna Msza, taką jaką znamy z naszych kościołów, ale odprawiana bardzo nabożnie, na której wszystko było jak należy od początku do końca. Uroczysta, okadzenie, świece krążące od ołtarza do ambony. I kazanie, płomienne. Ksiądz miał małe karteczki, kilka, na których najwidoczniej miał wynotowane punkty, które rozwijał. Ludzie zasłuchani. On precyzyjny, tłumaczący starannie aby być dobrze zrozumianym. Krótko, mimo niedzieli. Śpiew – znakomity! Wychodzimy poruszeni, w megapozytywnym nastroju, na pewno widać to po nas. Maurice uśmiecha się, chce zadać „rozstrzygające pchnięcie szpadą”.

- Chodźcie ze mną, jeszcze jedna rzecz.

Idziemy do zakrystii. Ksiądz już rozebrany z ornatu i alby, podchodzi od razu do Maurice’a. Witają się serdecznie, zagadują, po czym Maurice odwraca się od razu w naszą stronę i przedstawia nam kapłana.

- To ksiądz Pierre. Był skautem i drużynowym w naszym hufcu.

Tak! Wiedział jak nas podejść, jak rozłożyć na łopatki, jak totalnie zdobyć. Przybijamy piątkę, wymieniamy jakieś krótkie uwagi i pozdrowienia. Wychodzimy.

Jesteśmy pod wrażeniem. Znowu, trochę więcej rozumiemy o co tu chodzi. O co chodzi z tymi Skautami Europy, jakich ludzi ten ruch wychowuje i ma wychowywać. Jaki jest jego cel. Jesteśmy zmotywowani do działania.

Pielgrzymka do Reims, 1996, posiłek, 
jak widać Maurice wykorzystuje każdą chwilę na przekazywanie swojej wiedzy

Maurice jest człowiekiem, który położył wielkie zasługi dla powstania skautingu europejskiego w Polsce. Chciałem napisać „może i największe”, ale po namyśle nie chcę oceniać, wydawać sądów, itd. każdy ma swojej zasługi, niechaj policzone zostaną tam po drugiej stronie. Chciałem tak napisać bo oczywiście były osoby bardziej zaangażowane, czasowo na pewno, decyzyjne, ówcześni komisarze federalni: Gildas Dyevre, potem Pierrette Givelet, sekretarz federalny Jeanne Taillefer, niestrudzony Laurent Wallut, Jacques Mougenot i wielu innych. Jednak osobą, która najbardziej rozumiała, że Polska to nie Francja, najumiejętniej tłumaczyła i najgłębiej rozumiała i mówiła o niuansach był Maurice Ollier. Wtedy jako doradca właściwie, poproszony o tę misję, rewitalizowany ze skautowej emerytury. Jak mieliśmy się dowiedzieć później, człowiek który „zęby zjadł na skautingu”, był Komisarzem Federalnym, potem czy wcześniej ale pierwszym etatowym pracownikiem stowarzyszenia francuskiego, który wiele rzeczy „postawił”, „uruchomił”. Prywatnie mąż sympatycznej żony i ojciec czwórki dzieci. Mieliśmy je wszystkie poznać. Przy okazji okazało się, że jedną z dwóch przewodniczek o imieniu Cecile, które po cichu adorowało wielu wędrowników podczas wędrówki euromootowej do Le Puy, jest jedna z córek Maurice’a😉  (…)”

 

wtorek, 29 sierpnia 2023

Kultura Poświęcona

W ostatnią sobotę podczas FSE Fest czyli ogólnopolskiego spotkania szefów Skautów Europy wystąpienie miało trzech przedstawicieli Klubu Jagiellońskiego: Bartosz Brzyski, Konstanty Pilawa i Piotr Kaszczyszyn. Nazwijmy ich, mam nadzieję, że się nie obrażą, Trzema Muszkieterami. Dlaczego tak? Dlatego, że podejmują się najtrudniejszych zadań intelektualnych, biorąc na publicystyczny warsztat najbardziej odjechane zjawiska współczesnej kultury, starając się za każdym razem dźgać wyszukanymi argumentami jak szpadą. Otóż Trzej Muszkieterowie prowadzą podcast m.in. na Spotify pt. Kultura Poświęcona, poważną rozmowę w lekkiej formie na naprawdę ciekawe tematy. Tytuł może być, choć nie jestem tego wcale pewien, nawiązaniem do słynnego pisma „poświęconego” pt. Fronda. Mam na myśli tzw. pierwszą Frondę, która ponad dwadzieścia pięć lat temu narobiła sporego zamieszania na rynku idei, skupiając młodych (wtedy), inteligentnych i zadziornych publicystów, będąc prawdziwym rozsadnikiem kontrrewolucyjnych treści na najwyższym poziomie. W każdym razie: 140 odcinków przez ostatnie dwa lata to duża praca i chwała Muszkieterom za to! Panowie ambitnie podejmują próbę oceny różnych zjawisk i wydarzeń w kulturze, w życiu społecznym, w otaczającym nas świecie z perspektywy chrześcijańskiej czy też konserwatywnej a może po prostu zdroworozsądkowej. Podoba mi się bardzo ta inicjatywa, szczególnie że jest realizowana przez młodych ludzi. Jest to świeże, jest to zaczepne, niebanalne. Panowie używają młodzieżowego języka a jednocześnie (zazwyczaj) jest to kulturalne (pamiętajmy Klub wywodzi się z Krakowa😉).


Wystąpienie na FSE Fest było ciekawe, świeże, inspirujące. Było wiele odniesień do kultury, do Władcy Pierścieni, młodości i życia. Dlaczego tym razem to Piotr Kaszczyszyn skradł show, rozbił bank czy mówiąc prościej najbardziej wbił mi się w pamięć? Otóż zaproponował kierowane się w życiu zasadą czterech „nie”. Dlaczego? Dlatego aby właśnie lepiej żyć, rozumiejąc i smakując bardziej życie a nie rozmieniać się na drobne, konsumując je jak fast-food.

Pierwsze „nie” to „nie gromadź”! Nie oddam tu na pewno w pełni myśli autora. Raczej kilka haseł, które odtwarzam z pamięci i właściwie trochę interpretuję. Gromadzenie rzeczy w sumie nadmiarowych, niekoniecznych powoduje naszą ospałość duchową. Przywiązanie do rzeczy materialnych przypomina nam nieodmiennie bogatego młodzieńca z Ewangelii, który jak pamiętamy „odszedł zasmucony bo miał wiele posiadłości”. Co to oznacza? Prawdopodobnie był tymi posiadłościami bardzo, za bardzo zaprzątnięty. Jego myśli i pragnienia krążyły wokół spraw związanych z nimi, to wypełniało, wiązało jego głowę, zabierało czas i energię. Oczywiście nie jesteśmy pustelnikami, trzeba zarabiać na życie a i wiele fajnych gadżetów można mieć za pieniądze, ale coś w tym jest. Nie zabierajmy za dużo balastu na drogę, jeśli chcemy dojść do celu.

Po drugie – „nie słuchaj”! Jesteśmy wszyscy przebodźcowani, im młodsi, tym bardziej. Jak śpiewał Muniek Staszczyk: „Może wszystkiego jest za dużo wokół ciebie i mnie”. Wszystkie możliwe opcje życiowe, kierunki na wakacje, wszystko możesz mieć, wszystko robić, być każdym. Dwadzieścia komunikatorów na minutę, trzydzieści otworzonych aplikacji i nos w telefonie. To jest paradoks bo w efekcie mamy ludzi rozedrganych, którzy w nic na serio się nie angażują, nie są w stanie skupić uwagi. Nie angażują w rozmowę, bo cały czas skrolują, nie angażują w relacje, bo to trudniejsze niż fikcja w virtualu. A zatem: selektywność, mniej znaczy bardziej.

Po trzecie – „nie mów”! Nie wszystko musisz skomentować, na każdy temat mieć zdanie, do wszystkiego się odnieść, wszystkim zajmować. Nie musisz wdawać się w każda pyskówkę w mediach społecznościowych.

Po czwarte – „bądź nie na czasie”. 

sobota, 24 czerwca 2023

Dzień Ojca! Subiektywny ranking filmów ojcowskich


Dzień Ojca!

Dzisiaj podobno jest, w pakiecie z ostatnim dniem szkoły.

Piękna sprawa być ojcem. Zgadzasz się? Ojcostwo to wspaniała misja, nadająca sens życiu, tak bardzo odpowiedzialna, czyniąca z chłopca mężczyznę. Dałeś życie, zostałeś współpracownikiem Najwyższego w powołaniu do życia już na zawsze innej istoty ludzkiej. Czy to nie sprawia, że robisz wielkie oczy, że odbiera ci mowę, że stajesz w jakiejś postawie respektu do rzeczywistości, która nas przerasta? Czy to nie zaskakujące, że widzisz swoje cechy, pragnienia, upodobania albo uprzedzenia w tym młodym człowieku? Bo po kim on to ma?

Czy nie kręci cię to, że dla swojej córeczki księżniczki jesteś królem, a dla synka idolem? Oczywiście tylko do pewnego momentu, za chwilę zaczną dorastać i podważać wszystko co mówisz i robisz. Ty powiesz „A”, to oni „B”, tak to już jest na tym najdoskonalszym z niedoskonałych światów.

Usłyszałem kiedyś, że ojcostwo jest największą karierą mężczyzny. Bardzo mi się spodobało to sformułowanie. Nie jest to kariera łatwa, czasami a może nawet często trudna, o wiele trudniejsza niż sukcesy w wielu korporacjach. Czy jednak jest to najważniejsza misja dla nas, ojców XXI wieku, w kraju nad Wisłą? Czy wielu pnących się po szczeblach awansu menadżerów, zdolnych profesjonalistów, lekarzy, prawników jest jednocześnie tak dobrymi ojcami, jakimi mogliby być? Ilu ojców nie ma czasu dla swoich dzieci, rzuca zwitkami banknotów aby się od nich odczepiły? Aby pozwoliły na spokojne realizowanie ich męskich pasji. Piwo z kolegami, rower z kolegami, pobiegane, siłownia, poimprezowane. Może przesadzam, wszystko da się pogodzić. Ależ oczywiście, jeśli stawia się priorytety.

Rośnie nam pokolenie ludzi okaleczonych, poobijanych, pozbawionych ojcowskiej uwagi i troski. W kraju nad Wisłą. Tu nie przesadzam, niestety. Zerknijcie na korytarze szpitali psychiatrycznych, statystyki policyjne odtruć alkoholowych wśród młodzieży albo w smartfony waszych pociech.

I nie chodzi tylko o uwagę wobec swoich dzieci, ale bycie ojcem, postawa ojcowska implikuje przecież troskę o innych też, o inne dzieci, o świat, o przyszłość, o ciągłość, o kontynuację. O wielki świat i mały świat wokół nas.

Myślę sobie, że gdyby ojcowie byli trochę bardziej ojcami, trochę bardziej się poczuwali do swojej wielkiej misji, świat byłby lepszy.

A na osłodę tej nieco gorzkiej refleksji 

poniżej mój subiektywny ranking filmów ojcowskich:

Życie jest piękne – reż. Roberto Benigni, ojciec i syn w obozie koncentracyjnym a wcześniej piękno życia rodzinnego i miłości, śmiech i łzy, poruszające.

Droga – Cormac McCarthy autor. Ojciec ucieka z synem przez apokaliptyczny świat pełen złych ludzi. Ja czytałem książkę, jest też film ale nie oglądałem, może być straszny, bo książka jest straszna ale warto na pewno przeczytać książkę i wytrwać do jej końca. Zwieńczenie tej opowieści wskaże ci, czym jest powołanie ojcowskie, po co jesteś ojcem!

Iniemamocni – genialna kreskówka, rodzina superbohaterów, świetny scenariusz, cięte dialogi, przesłanie i klisze z Bondów, Mission Impossible itp. Wyśmienita zabawa dla całej rodziny!

Iniemamocni 2 – to samo co jedynka ale trochę inaczej. Praca jest ale dla Elastyny, pan Iniemamocny musi zostać w domu i ogarniać dzieci. Wiele autentyzmu psychologicznego postaci, naprawdę utalentowane głowy pracowały nad tym filmem.

W pogoni za szczęściem – w roli głównej Will Smith, klasyk i hit, czułość i opiekuńczość ojcowska a jednocześnie opowieść o tym jak trzeba walczyć, jak można pracować, jak dążyć do celów, nie zrażać się, mając w głowie wielką motywację.

Ukryte piękno – jeszcze raz Will Smith, tym razem wypalony, cały w kawałkach po śmierci dziecka. Dobrze zrobione, ciekawy pomysł, wzruszające. Will gra fenomenalnie, pozostała obsada też zjawiskowa.

Gran Torino – Clint Eastwood, wielki film, o postawie ojcowskiej nawet gdy spartoliło się wychowanie swoich dzieci, o czymś więcej też, o odpowiedzialności, ofierze, relacjach, no i charyzmatyczny, plwający Clint ze spluwą i o polsko brzmiącym nazwisku Kowalsky.

Przemytnik – znowu Eastwood, stary człowiek i pojednanie z najbliższymi, sporo przekleństw i męskiej szorstkości, od nastolatków wzwyż.

Czego pragną kobiety – Mel Gibson w komedii, nie pamiętam za dobrze już treści ale dobrze pamiętam jak główny bohater, typowy rozwodnik po przejściach, nie interesujący się swoimi dziećmi tylko kobietami, walczy jakoś tam o swoją córkę. Wyglądało na to jakby Mel dołożył niektóre sceny i dialogi do scenariusza, ale dobre i to.

Patriota – Mel Gibson tym razem chcąc ocalić rodzinę musi zaangażować się w ocalanie świata. Przesłanie wciąż aktualne. Sporo krwi. Fajne sceny: Mel śpi z dziećmi, syn Mela je jabłko tak samo jak ojciec, itd.

Okup - znowu Gibson jako ojciec walczący z porywaczem syna, dobra sensacja.


Uprowadzona – tym razem Liam Neeson nie ma litości dla porywaczy córki. Dla ludzi o mocnych nerwach. Brutalne.

Family Man – rzecz o rodzinie, o tym, że decyzja rodzi decyzje, że mając dzieci ma się mniej garniturów i są one tańsze. Nicolas Cage rozśmiesza do łez, wiele kultowych już scen.

To wspaniałe życie – film Franka Capry z 1946 roku. Klasyk. Genialny. Scenarzyści Family Mana zerżnęli pomysł na fabułę ale a rebours. To nic, oba filmy są świetne. Ten też właściwie o wyborach ale bycie ojcem jest wyborem, czyż nie?

Poznaj mojego tatę - Robert de Niro contra Ben Stiller, teść obcinający kandydata na zięcia, pouczające dla ojców córek na wydaniu. Wiele dobrych gagów, kilka rubasznych, jak to w amerykańskiej komedii.

 

Father Stu - Mark Wahlberg jako szalony bokser a Gibson w roli jego zapuszczonego ojca. Nie jest to przykład ojcostwa do naśladowania choć w końcowych scenach Mel staje na wysokości zadania. Walczymy do samej śmierci, pamiętajcie. Opowiedziana historia natomiast świetna.


Tak to się robi teraz – z początku może nawet niesmaczna komedia, potem poruszający melodramat, o tym, że swoje dziecko najlepiej zrozumie rodzic, że w imię dobra dziecka, trzeba odważyć się oświadczyć, wreszcie do jasnej cholery, jego matce. Do tego Jenifer Aniston i Jason Bateman. Więcej tutaj: https://zbigniewkorba.blogspot.com/2013/12/moj-maz-nie-jest-moze-idealny-ale.html


niedziela, 26 lutego 2023

KILKA SŁÓW DLA OJCÓW DOJRZAŁYCH BARDZIEJ


 KILKA SŁÓW DLA OJCÓW DOJRZAŁYCH BARDZIEJ

Było tu kiedyś coś dla ojców młodych, teraz będzie dla s….., starszych trochę, bardziej dojrzałych ojców. Okrzepłych w bojach ojcowskich, takich co powiedzmy są po czterdziestce, albo nie są ale mają już dzieci-nastolatki. Czyli zderzonych z realiami, ze światem, bo wiecie, moi drodzy, te wszystkie zachwyty pierwszymi kroczkami, pierwszymi słowami, przedstawienia w przedszkolu, turlanie się po dywanie z pociechami, układanie klocków lego, bujanie na huśtawce, bieganie za pociechą uczącą się jazdy na rowerku, czytanie bajeczek na dobranoc, blogi młodzieńców celebrujących swoje młode ojcostwo – to wszystko jest bardzo dobre, bardzo ważne, bardzo potrzebne, bardzo właściwe. Tyle tylko, że w obliczu tego Panowie co Was czeka później, to wszystko to sama przyjemność, konfitury, kaszka z mlekiem. Będziecie z rozrzewnieniem wspominać, jak narzekaliście na nocne wstawanie do dziecka. Jak nie w smak Wam było przewijać pieluchę albo mokrą chusteczką wycierać ubrudzoną pupę Waszego najmłodszego bobasa. Możecie mi na to odpowiedzieć „nie strasz, nie strasz”. I słusznie, carpe diem, żyj chwilą. Ciesz się Twoim dzieckiem, rozkoszuj każdą chwilą, utrwalaj, uwieczniaj, zapisuj, fotografuj. Turlaj się po podłodze, ile tylko możesz. Nasycaj się tym, co tak szybko przemija…

Wiecie dobrze: to jest umowne, że post ten jest tylko dla starszych ojców. Wszyscy umiejący czytać ze zrozumieniem są tu mile widziani i zachęceni do dalszej, uważnej lektury. Wszyscy gotowi czytać dłuższe wpisy ma się rozumieć. Bo takie muszą być, jeśli chcemy powiedzieć coś więcej a nie jesteśmy poetami. Jeśli ktoś uważa, że wszystko da się zamknąć memem albo kilkoma wyrazami na Twitterze, albo z poezji uznaje tylko haiku, albo powtarza ciągle, że jeden obraz wart jest tysiąc słów…. No to co? To trudno. Ja nie przeczę, że tak jest. Nawet jestem przekonany, że obraz wypiera słowo, że film jest bardziej atrakcyjny dla większości niż książka, itd., itp. Sam lubię skrótowość, esencjonalność, nie lubię lania wody, lubię też błyskotliwe teksty na twitterze, i memy też lubię i cięte dialogi w filmach. To wszystko nie znaczy, że ten wpis, i być może jakieś kolejne, jeśli uda się je popełnić, będzie krótki😉

Jeśli chcemy poznać smak życia, jeśli chcemy się zaangażować, jeśli chcemy coś budować razem czy osobno, musimy mieć gotowość wysłuchania do końca, wgłębienia się w szczegóły, skupienia swojej uwagi. I nie chodzi o ten czy inny wpis, tym razem mówię bardziej ogólnie, generalnie, bo tracimy jako jednostki i jako społeczeństwo, jako ludzkość (nie bójmy się wielkich słów), coś tracimy. Jakąś uważność, zainteresowanie w ogóle, jesteśmy coraz bardziej powierzchowni. Zatem nie mogę obiecać tego czego oczekują millenialsi, pokolenie Zet, Y, X itd., wiem bo pisują mi czasami smsy, czy czy mogłoby być krócej niż onegdaj np. Manifest Młodych Ojców. Ten akurat wpis jest głównie dla panów po czterdziestce, z brzuszkami, pamiętających jeszcze czasy przed-memowe, przed-fejsbukowe. A może i starszych. Może zatem damy radę, można podzielić sobie na kilka części i we fragmentach przeczytać😉. Obiecuję, że czasami może być krócej i wtedy też nie będę owijał w bawełnę. Ale to nie dzisiaj.

No dobra, mam nadzieję, że mniej wytrwali już się znudzili i przeskrolowali dalej, więc można zaczynać. Bo będzie poważnie. Jesteśmy w doborowym towarzystwie.

Zacznijmy od strzału między oczy, od lewego prostego wymierzonego prosto w szczękę. Panowie, jesteśmy cienkimi bolkami, nie mamy jaj, jesteśmy wykastrowanymi kurczakami, anemicznymi francuskimi pieskami, fajtłapami i safandułami.

Boli?

Jeszcze rozcieramy podbródek po tym ciosie, ja też, ja też rozcieram, to jest też do mnie, do mnie osobiście, to jest o nas i do nas wszystkich. Dlaczego boli?

Bo nie radzimy sobie ze światem, który wdziera się do naszych domów. Nie radzimy sobie z bandą anonimowych demiurgów kultury, filmu, mody, muzyki, polityki i pieniądza, przeliczających pliki studolarówek na zapleczu. Plują nam w twarz a my udajemy, że deszcz pada. Albo udajemy, że nie widzimy co się dzieje. Felicjan Dulski zakrzykujący „a niech to jasna cholera” i uderzający się dłonią w kolano, to przy nas heros, człowiek czynu, rewolucjonista i bohater.

Prawda jest taka, że jak bardzo dobrymi ojcami byśmy nie byli, jak dobrze wychowywalibyśmy nasze dzieci, jak dużo czasu w to nie angażowali, to przychodzi taki dzień gdy zaczynamy rozumieć, że tracimy kontrolę. Nasz syn, nasza córka zaczyna dojrzewać! I naturalnie zaczyna poszukiwać życia i prawdy, które leżą gdzie indziej niż w rodzinnym domu. On czy ona wychodzą w świat, by się z nim zderzyć. I niestety bardzo często to jest zderzenie czołowe. Jak bardzo dobrymi ojcami byście nie byli, do pewnego stopnia jesteście uzależnieni od szczęścia, to loteria. Wiele, bardzo wiele zależy bowiem od rówieśników, od otoczenia, od środowiska w klasie, w szkole, do której trafiła Wasza pociecha, od atmosfery w klubie sportowym. Wzorce są jasno zarysowane na Tik-Toku, Instagramie, grupowych czatach i indywidualnych strumieniach świadomości na wszelkich dostępnych komunikatorach. Ci z Was, którzy mają dzieci w harcerstwie, w skautingu, w klubie Patria, w Oazie lub w jakimkolwiek innym środowisku, którego celem albo i dajmy na to efektem ubocznym jest pozytywne oddziaływanie, mają z górki! Choć nie zawsze i nie wszędzie. Inni natomiast mają prze……ane.

Zacznijmy od telefonów. Za ciężkie pieniądze wyposażamy nasze pociechy w smartfony, na których za jednym kliknięciem jest wszystko! Kiedyś młodzian musiał za uskładane ze sprzedaży pustych butelek albo złomu pieniądze, pójść na bazar i kupić tzw. świerszczyk. Potem oglądał nagie panie na zdjęciach w krzakach za szkołą, potem chował ten świerszczyk w jakiejś kryjówce aby doń wrócić w dogodnym momencie. Teraz po prostu klika, i po sekundzie ogląda wszystko co tylko możliwe. W szkole, u siebie w pokoju, w dzień i w nocy. Efekty są tragiczne. Chłopcy odpadają z edukacji, po prostu nie są w stanie skupić się na czymkolwiek innym, stają się uzależnieni od pornografii, która nigdy nie zaspokaja, zawsze każe oglądać więcej i więcej. Pisze o tym przekonywująco psycholog Zimbardo, pisze zachodnia prasa, przekonują wreszcie dostępne badania. Zaczynają coś z tym robić rządy tak progresywnych krajów jak Francja czy Wielka Brytania. To dłuższy i bardziej kompleksowy temat.

Ale smartfony to nie tylko pornografia, to po prostu uzależnienie od smartfona, to osłabienie i nieumiejętność nawiązywania więzi społecznych w realu. Młodzi ludzie już prawie nie umawiają się na randki? Po co, skoro można zbliżyć się do dziewczyny na mediach społecznościowych. Obrazki grupy młodych ludzi gapiących się w swoje smartfony na imprezie zamiast ze sobą rozmawiać śmieszyły jeszcze kilka lat temu, teraz nikomu nie jest już do śmiechu. To samo na korytarzach szkolnych, w tramwaju, pociągu, autobusie. Rzeczywistość wirtualna stała się bardziej atrakcyjna niż ta realna. Właściwie nie ma już rozróżnienia między nimi. Co będzie dalej?

To nie wszystko: jest texting. Nastolatki nie dzwonią do siebie, tylko stukają cały czas na telefonie, Messenger, Snapchat, Whatsup, nie wiem co jeszcze ale pewnie jest jeszcze z pół tuzina innych aplikacji. Przeklinają tam na maksa. Bo tak jest modnie, bo słychać wszędzie na ulicy, bo robią to celebryci, sportowcy, „wszyscy”. To „wszyscy” pojawia się jak mantra. Iluż naiwnych rodziców, których córeczka grzecznie siada do obiadu z babcią, a trzy minuty przed rzucała mięsem na czacie, a przed deserem odpisuje koleżance, że jest „ch…owo”. Gdybyście wiedzieli, gdybyście widzieli.

Jest rzeczą powszechnie wiadomą od starożytności, że sport to zdrowie a w zdrowym ciele zdrowy duch. I oczywiście cała nasza młodzież powinna ćwiczyć, grać w gry zespołowe, jeździć na rowerach do szkoły, a niechby i konno, itd., itp. Niech podniesie tutaj teraz rękę ktoś, kto widział w ostatnim roku jadąc samochodem jakichś wyrostków kopiących w piłkę na prowizorycznym boisku, odbijających od ściany bloku, grających na jedną bramkę, bawiących się piłką? A może ktoś inny widział bawiących się w chowanego, w wojnę, w cokolwiek razem na podwórku? A niechby i nudzących się razem na podwórku, na murku, przy ścianie? Dlaczego nie? Dlatego, że w tym czasie kiedy mogliby grać w piłkę albo nudzić się wspólnie na podwórku, chłopcy nie nudzą się tylko łoją w gry na playstation, na X-boxie, a dziewczyny oglądają kolejny serial dla young adults na netflixie. Fakt, nie nudzą się. Każda chwila nudy zabijana jest otworzeniem smartfona albo komputera. Nie nudzą się, nie mają czasu nawet zjeść.

Kolejna sprawa - Wasz nastolatek zapewne zechce oglądać to „co wszyscy”. Najmodniejsze seriale na Netflixie, HBO i innych platformach streamingowych adresowane do młodego widza. Co drugi z nich ma w tytule sex, a każdy seks w treści. Nawet Polacy stworzyli jakiś kilkuodcinkowy netfliksowy potworek. A w każdym z nich mocna promocja rozpoczynania współżycia seksualnego jak najwcześniej, eksperymentowania, jednorazowego, przygodnego seksu, promocja homoseksualizmu, morze alkoholu, narkotyki i przemoc. Świetne wzorce, wprost do naśladowania. Poradnik dobrego i udanego życia. Recepta na szczęście. Tak właśnie, aby nie można było wątpić, jak żyją „wszyscy”, co robią „wszyscy”. Aby chcąc przynależeć, nie chcąc być odrzuconym, znać kody zachowań, które należy naśladować. Albo chociaż spróbować jak to fajnie jest pić, palić i ćpać. Ty ojcze możesz mówić co chcesz i ile chcesz, ale Twoje dziecko potrzebuje akceptacji grupy rówieśniczej, i sam nic nie wskórasz.

W klasie Twojego nastolatka wszyscy piją i palą, oraz chwalą się podbojami, hm, ciężko pisać, powiedzmy, miłosnymi. Znając życie, pewnie na wyrost, no ale presja jest. Jeśli piją alkohol to wódkę, czystą ma się rozumieć. Jeśli palą to wszystko co się da. Narkotyki? Bardzo proszę. Wszystkie szkoły są dobrze obstawione, w dwadzieścia minut masz towar we wskazanym miejscu. Osiemnastki - przekleństwo. A ty biedaku, który harujesz na etacie albo dwóch aby dziecko miało smartfona, co możesz zaproponować? Spacery w mglisty poranek w sobotę albo odwiedziny u babci Stefci? Grę w warcaby albo wspólną lekturę Rodziny Połanieckich? A ty odpowiedzialny przecież ojcze, który pracujesz aby utrzymać rodzinę, wracasz co dzień zmęczony, i nie oczekujesz kłopotów wychowawczych, oczekiwałbyś raczej jakiegoś wsparcia, zrozumienia, niestety musisz sobie zdać sprawę z tego, że wsparcia z zewnątrz jest zatrważająco mało. Że zamiast wsparcia jest horda dzikich barbarzyńców wychylających się ze świata tzw. kultury, którzy idą po Twoje dziecko. Idą aby je zabrać i zjeść. Dosłownie.

Jeśli ktoś nie widział ostatniego San Remo albo gali rozdania nagród grammy, niech sobie zerknie. Podczas tego ostatniego wydarzenia satanistyczna orgia, taki performance, wiecie, coś nowego. O firmie Balanciaga i jej patronie Baalu zobaczcie sobie filmiki Pana Dociekliwego albo Dailywire.

Wszyscy teraz się dziwią: plaga depresji, gabinety psychiatrów pękają w szwach. Rekordowa liczba samobójstw młodych ludzi, ostatnio podawane były dane, z łatwością znajdziecie. Rzecznik praw dziecka nawet się wybudził z zimowego snu. Nie ma przyczyny. Czyżby?

Można by tak jeszcze długo. Czy ma sens wyliczać dalej? Każdy może sobie dopowiedzieć kolejne aspekty: epidemia egoizmu, instagram wpędzający w narcyzm a z drugiej strony w kompleksy, itd. itp.

Przejdźmy może do konkluzji.

A konkluzja jest taka: w pojedynkę nie dacie rady. Twórzcie alianse, przyjaźnie z ojcami Waszych dzieci, działajcie wspólnie. Jeśli czegoś zakazujecie i robicie to wspólnie, jak bardzo ułatwiacie sobie i Waszym dzieciom sprawę. To należy zacząć robić już od niemowlęctwa, przyjaźnić się z innymi rodzinami, tworzyć szersze grupy towarzyskie. Jeździć na wspólne wakacje i inne wyjazdy. Wasze dzieci powinny mieć wielu fajnych wujków i ciotek, przyszywanych ale serdecznych. Pamiętajcie: „gdzie ojca nie ma tam wuja słuchał będziesz”. Nawet jak ojciec jest, łatwiej pewne rzeczy przyswoić od wuja, bo on uosabia zewnętrzny świat, z którym nastolatek się zderza, z którego czerpie aby zweryfikować to co dostał w dzieciństwie w domu.

Druga konkluzja jest taka, że poważni mężczyźni muszą wspierać i budować instytucje, które mają być trwałe, trwać i przetrwać nas. Ma znaczenie to na co wydajecie swoje ciężko zarobione pieniądze i czy jakaś ich część, nawet mała wspiera dobre dzieła, w tym związane z edukacją i wychowaniem młodych, w także ze światem kultury, wymiany myśli, tworzeniem dobra.

Na koniec ferii w województwie mazowieckim - obu rzeczy sobie i Wam z całego serca życzę.

piątek, 3 września 2021

Witaj szkoło-:(



Lubię rozpoczęcia roku szkolnego. Nie dlatego, że wreszcie dzieci idą do szkoły, życie wróci na uporządkowane tory, choć nie ma co ukrywać, wielu rodziców ciągnie resztą sił do tego pierwszego września i tutaj wreszcie łapie oddech. Ekspediowanie pociech do odbywania obowiązku szkolnego bywa pełne napięcia: zakupy, książki, zeszyty i garderoba za mała po wakacyjnym przyroście ciała, co okazuje się dopiero w przeddzień rozpoczęcia szkoły. Znamy te klimaty, nieprawdaż?

Lubię bo, co oczywiste w naszym środowisku szkolnym, to okazja aby znowu zobaczyć mnóstwo fajnych ludzi, przyjaciół, znajomych, rodziców z klas moich dzieci, rodziców poznanych podczas zajęć sportowych, wycieczek ojców z synami, wypraw kajakowych ojców z córkami, pikników szkolnych, urodzin, imienin itp. Choć muszę powiedzieć, że atmosfera szaleństwa weekendowego towarzyskiego przygasła, może przez pandemiczne czasy, a może jakaś inna faza w życiu. Kiedyś to się działo, wychodził człowiek z domu i zaraz spotykał ludzi na spacerze sąsiadów z ludźmi nowymi, i zaraz całe towarzystwo wbijało na taras na kawę. Potem jeszcze ktoś przechodził, dołączał i spotkanie się znaczne robiło. Albo rozwoził człowiek całą sobotę dzieciarnię po różnych zajęciach, zbiórkach, urodzinach, meczach. Tu się zagadało, tam przyżartowało, tu wdepnęło na kawę i torcik. I reset od pracy tygodniowej był murowany. Energia czerpana od innych ludzi. Radość z relacji. Entuzjazm z życia, z jego najprostszych przejawów, z rozmowy, wspólnego wypicia kawy, nawet średniej jakości anegdoty. Gdzie to się podziało? Co się z nami dzieje? Pochowaliśmy się w jaskiniach zastraszeni przez telewizję i statystyki?

Tak, uważam że pandemia za bardzo wpłynęła na relacje międzyludzkie, oczywiście negatywnie. Zamiast się uściskać ludzie coś bąkają pod nosem na powitanie, zamiast zrobić „niedźwiadka” na pożegnanie stukają się pięściami. Jednak to są drobiazgi w porównaniu z wyrwą w życiu wielu nastolatków, dzieci i młodzieży. Dla nas rok to jedna któraś tam życia, dla nich to epoka. Ile przeżyć ich ominęło, rozmów, wydarzeń, przygód? Ile wiedzy, wysiłku, który procentowałby w przyszłym życiu, ile skupienia, ile motywacji wewnętrznej. Zamiast tego ile obejrzeli seriali, których nie powinni, ile czasu pochłonęły gry komputerowe, ile zaburzeń snu, zarwanych nocy na czatowanie przez komórkę (żeby tylko), ile nawdychali się kurzu z klawiatur komputerów, jak opalili sobie buźki niebieskim światełkiem monitorów? Ile słów padło na Snapchatach i Messengerach, które nigdy by im nie przeszły przez gardło w sytuacji bezpośredniej rozmowy z drugą osobą?

Nic to. Spieszmy się cieszyć powrotem do szkoły, tak szybko może odejść.

Lubię powroty do szkoły z jeszcze jednego powodu. Wzrusza mnie widok nauczycieli moich dzieci. Ludzi, którzy przez cały sierpień na sucho harowali w szkole aby przygotować to co najlepsze na cały rok. Szkolili się, przygotowywali materiały, szlifowali formę. Nie zazdroszczę im, ale podziwiam. Zawód nauczyciela jest jednym z najważniejszych.

piątek, 30 grudnia 2016

O polskiej cnocie gościnności


Ewa Polak-Pałkiewicz - Polska cnota gościnności (fragmenty za Plus Minus z 22.12.2016.)

"Francuski historyk Jean de Goyard odnosi się do tak charakterystycznej dla przedstawicieli jego narodu umiejętności prowadzenia przy stole lekkiej, finezyjnej rozmowy: „Na przestrzeni tysiąca lat Kościół stopniowo zwalczał egoizm w stosunkach towarzyskich: ludzie nie interesowali się już tylko sobą i nie mówili już tylko o sobie, lecz o tym, co dotyczyło innych. Nabrali w ten sposób zmysłu lekkości i niepospolitości. Rozmowa stała się tradycją chrześcijańską, której uczono w domu rodzinnym, niektóre rody były szczególnie znane z umiejętności prowadzenia wykwintnej rozmowy czy żywości umysłu, tak jak inni ze swej brzydoty czy umiejętności dosiadania konia... Niestety, Rewolucja Francuska zniszczyła sztukę konwersacji: przez Rewolucję społeczeństwo poniosło olbrzymią stratę, może nawet niepowetowaną... Francja straciła umiejętność prowadzenia rozmowy" (hr. Roeder).

Po okresie terroru zginęła w Paryżu, jak stwierdzają kronikarze, ta „słodycz i ogłada", która czyniła to miasto „czarującym i powabnym przez tak długi czas", zaznacza Goyard. Teraz ludzie zaczęli mówić zbyt głośno i nie słuchali się nawzajem.

Dawne polskie domy, w których przyjmowano gości, ze szczególnym pietyzmem celebrowały właśnie sztukę rozmowy. Rozmowa była ważniejsza niż menu, ważniejsza niż wystawność stołu, wspaniałość sreber i blask kandelabrów, niż tańce, polowania, kuligi i popisy wokalne towarzyszące wizycie. Ona była prawdziwie chrześcijańską esencją polskiej gościnności.
(…)
Milczenie podczas spożywanego wspólnie posiłku i wpatrywanie się w talerz było zawsze uważane za symptom nieokrzesania.
(…)
Porządne ubranie to wyraz szacunku wobec bliźnich. W dawnej Polsce strój był sprawą poważną, nie dlatego, że byliśmy tacy porządniccy i ułożeni. Różnie bywało, rozumieliśmy jednak rangę wspólnoty. Wspólnota zobowiązywała, współżycie w ramach społeczeństwa nie było czymś bez znaczenia. Warszawiacy przed wojną, wybierając się do Śródmieścia z odleglejszych dzielnic, zakładali eleganckie ubrania. Zobowiązywały środki lokomocji publicznej, uczelnie, biura, teatry, kawiarnie, stylowe latarnie, zadbane parki, ukwiecone trawniki, piękne aleje.”

środa, 3 sierpnia 2016

Raj, nie wakacje


Wiecie o jakich wakacjach marzę? Chyba nie zgadniecie. Od razu mówię, że nie będzie to wyjazd na żadną wyspę aby prażyć się w słońcu i nic nie robić, przepychać się pomiędzy skąpo odzianymi ciałami do posiłków w jakimś wielkim hotelu dla Polaków i Rosjan na Krecie czy Wyspach Kanaryjskich. Nic z tych rzeczy.

Czytam z doskoku rożne pamiętniki kresowe i myślę sobie, że kilka tygodni w jakimś szlacheckim dworku to byłoby to. W miłym gronie domowników i gości, wśród których na pewno byłby jakiś ekscentryczny wuj, który odwiedził dalekie kraje i czasami snuje wieczorami wciągające opowieści, co do których prawdziwości można by stawiać znaki zapytania, pykając przy tym fajkę nabitą orientalnym tytoniem. Dworek położony jest pośród pól, słychać uporczywe cykanie świerszczy i intensywny śpiew ptaków. W niedalekiej odległości od lasu, prawdziwego starego boru, malowniczego, pełnego grzybów i jagód, w którym czymś naturalnym jest spotkanie z jeleniem, sarną lub innym zwierzem. Że pachnie to wszystko „Panem Tadeuszem”? Dokładnie tak, o taki sielankowy klimat by chodziło. Jeszcze gniazdo bocianów na kominie starego budynku gospodarskiego, a wieczorem rechot żab dochodzący z leżącego za dworkiem stawu czy jeziora. Jeśli stawu to na tyle dużego, że jest tam pomost, można się kąpać, nawet skakać na główkę. Na wodzie rosną oczywiście lilie wodne, takie jak w „Nocach i dniach”, które podrywacz w białym garniturze masowo zrywa brodząc w wodzie po szyję, a przy pomoście cumuje łódź z dwoma wiosłami. Tak, tak, romantyczna przejażdżka przy zachodzie słońca, o to by też chodziło. Jednocześnie nieco na prawo od pomostu zejście do wody wśród trzcin, a tam do konara wielkiego drzewa przymocowana jest lina, doskonała do skoków. Cała dzieciarnia uwielbia to miejsce.

Jeśli o dzieciarnię dalej idzie, to moc atrakcji wynikających z obcowania z naturą i ludźmi wraz z ich zawodowymi zajęciami, zapewnia pełen spokój rodzicom. Gdy dzieci wchłaniają atrakcje, rodzice oddają się zachłannej lekturze uwieszeni w hamakach, rozłożeni w leżakach, rozparci w wiklinowych fotelach na tarasie sącząc świeżą lemoniadę. Nie ma much, mrówek i innego paskudztwa. Dzieci nie są znudzone, nie tęsknią do ekranów, klawiatur i wirtualnego świata, wciągnął je wir świata rzeczywistego.


Jazda konna. Myślę, że byłaby to ciekawa opcja. Dla chętnych. Dla wszystkich natomiast rowery i wycieczki w okolicę, obfitującą w intrygujące miejsca. Może to być stary młyn, ruiny zamku, gdzie straszy, leśniczówka, w której tworzył znany poeta, kamieniołom, bunkier, stara kopalnia soli albo urwisty wysoki brzeg rzeki, po której pływają statki, pasażerskie i barki przewożące towary, ale zdarzają się też zapaleńcy płynący tratwą aż do Bałtyku. Pokrzykiwania z brzegu, a potem rozmowa z zapaleńcami i wizyta na tratwie jest najważniejszą opowieścią dnia, rozbrzmiewającą podczas kolacji na tarasie (pamiętajmy: cały czas cykają świerszcze, kumkają żaby w oddali, nie ma oczywiście komarów). A kolacja jest wyborna, może to być kaczka z własnego chowu albo ustrzelona na polowaniu, może być coś innego, ważne że dobrze przyrządzona i dużo warzyw i owoców. Prawdziwych, pachnących, teraz zwanych ekologicznymi, a kiedyś po prostu warzyw i owoców.

Każdy dzień, mimo że zapowiada się zwyczajnie i spokojnie, niesie ze sobą przygody, zaskakujące spotkania, dziwne historie. Dzieci chłoną to wszystko jak jakiś zaczarowany świat. Wieczorem zasypiają niemalże w chwili kładzenia się do łóżka. Śnią intensywnie.

Nie, to nie jest „Nad Niemnem”, jesteśmy cały czas w 2016 roku, więc wieczorem niektórzy chcą obejrzeć wiadomości w telewizji. Dzieją się rzeczy dobre ale też niestety wiele informacji ze świata może powodować przygnębienie. Normalnie można by obejrzeć jeszcze jakiś film, ale szczerze to nikt nie ma na to ochoty. Biesiadnicy wolą rozmawiać, skrzy się dowcip, śpiewamy, można powiedzieć oddajemy się też grom towarzyskim. Nigdy byśmy nie przypuszczali, że tak dobrze wszyscy przy nich będziemy się bawić.

Aha, pogoda. To ważne. Jest słonecznie i ciepło, deszcz zdarza się ale tylko taki, którego wszyscy wyczekują i jest przyjemnie się nim schłodzić po wielkich upałach. Burza od czasu do czasu przysparza dodatkowych emocji, takich jak podczas powrotu z Brzegów albo czekania na papieża Franciszka przed ostatnim przejazdem na spotkanie z wolontariuszami w Tauron Arenie. Można przemoknąć do suchej nitki w ciągu trzydziestu sekund i jeszcze drzeć się na całe gardło na widok przejeżdżającego czarnego golfa.

Podsumowując, w dworku jest szczęście, sielanka i błogostan. Polska przyroda koi zmysły zmęczone, nerwy postrzępione, myśli strapione.

Że zapytam po przydługim wstępie w końcu: ktoś, coś?

niedziela, 26 czerwca 2016

Skauci Europy szkołą patriotyzmu

Dwie wiosenne wielkie imprezy Skautów Europy: Harce Majowe zarówno u Harcerek, jak i u Harcerzy, nie mogło być inaczej, oparte o fabułę i dziejące się wokół rocznicy Chrztu Polski. Wielkie inscenizacje z Mieszkiem i Dobrawą, a nawet biskupem Jordanem przypływającym łodzią. Chłopcy odnawiający przyrzeczenia chrztu z polaniem głów wodą, zadania, gry i ogniska związane z tą najważniejszą historyczną datą w historii Polski. Bez chrztu Mieszka wszystko wyglądałoby inaczej, bylibyśmy kimś innym albo nie byłoby nas wcale. Dzięki tej ważnej decyzji dawnego władcy zaczęła się Polska, zaczęła się na serio jako część cywilizacji łacińskiej, kultury chrześcijańskiej. Jako młodszy od innych brat, uczeń, który szybko stał się prymusem, bardziej przejętym nową ideą niż starzy wyjadacze w ostatnich ławkach.
Zagadnienie patriotyzmu pozostaje czy może staje się jeszcze bardziej ważne w tym czasie z jednej strony zmian w Polsce, z drugiej wielkiego niepokoju w Europie i w świecie. Jakiś czas temu mieliśmy przyjemność w kilka osób wystąpić na falach radiowych w audycji pt. „Skauci Europy szkołą patriotyzmu”. Mówiliśmy tam, jak być powinno, jak być może i jak, mamy nadzieję, najczęściej jest z patriotyzmem w jednostkach Skautów Europy.
Zanim napiszę jakiś długaśny tekst na ten temat, poniżej kilka myśli, które nie roszczą pretensji do wyczerpania choć w części tematu. Nie jest to też w żadnej mierze stanowisko oficjalne czy ex cathedra. Może niektóre z poniższych refleksji i dla Was okażą się odkrywcze, tak jak stały się dla mnie, gdy po raz kolejny sięgnąłem do tekstów fundamentalnych, do ceremoniału i do własnej pamięci.
Pierwsza sprawa – skauting także w tej misji, wychowania patriotycznego, może być tylko komplementarny wobec rodziny, wobec tego, co rodzice przekazują w domu. Podobnie tak jak komplementarna powinna być szkoła i każda inna instytucja. Można właściwie powiedzieć, że w nauce patriotyzmu skauting jest też komplementarny do szkoły, bo to w szkole przecież poznaje się najważniejsze dzieła polskiej literatury, uczy kultury narodowej i historii (mam nadzieję), zdobywa wiedzę i umiejętności dla całego życia wypełnionego pracą. Stanowi o tym pkt 7 Karty Skautingu Europejskiego: „Skauting określa się jako metoda wychowawcza: różni się w ten sposób, przez swoją istotę i cel, od "ruchu młodzieżowego", którego głównym celem jest służyć Państwu lub ideologii politycznej, doczesnej lub nawet spirytualistycznej. W odróżnieniu od "ruchu młodzieżowego", skauting uważa się, obok szkoły, za komplementarny wobec rodziny, do której dziecko należy przede wszystkim”.
Jednak kolejny ósmy punkt Karty stanowi o tym, że nasz skauting chce uczyć miłości Ojczyzny: „Skauting, jako metoda wychowawcza obejmująca całego człowieka, chce wychowywać młodych we wszystkich sferach; stąd przywiązuje wagę nie tylko do formacji osobistej, ale również społecznej, ucząc miłości Ojczyzny, poczucia honoru, prawdziwej wierności, szacunku dla danego słowa, poczucia odpowiedzialności obywatelskiej w ramach wspólnot doczesnych.”

A zatem wychowanie patriotyczne jest jednym z celów naszego ruchu i, mówiąc wprost i bez ogródek, jeśli ktoś by go nie realizował w swojej jednostce, oznaczałoby to, że sprzeniewierza się naszej metodzie wychowawczej. Miłość ojczyzny i służba jej wynikają też bezpośrednio z naszej wiary, z czwartego przykazania dekalogu. Potwierdza to chociażby punkt 2239 Katechizmu Kościoła Katolickiego, który stwierdza, że „Miłość ojczyzny i służba dla niej wynikają z obowiązku wdzięczności i porządku miłości”. To ważne. Powiedzmy to dobitnie: patriotyzm jest nakazem sprawiedliwości! Ktoś kto jest wierzący albo uważa, że postępuje etycznie lecz patriotą nie jest lub odżegnuje się od związków ze swoją ojczyzną, ma w sobie jakieś daleko posunięte nieuporządkowanie. Intelektualne lub emocjonalne.

Gdy czytamy nasze teksty statutowe, teksty naszych obrzędów czy wymagania na stopnie, począwszy od wilczków, przez harcerki i harcerzy, przewodniczki i wędrowników, aż po szefów, znajdziemy tam wszędzie przewijające się obowiązki każdego z nas do tego aby: (i) ojczyznę poznać, (ii) być jej wiernym, (iii) służyć jej.

Tylko dla przykładu:

- Druga Zasada Podstawowa Skautingu Europejskiego – „Harcerz jest wierny swojej Ojczyźnie i działa na rzecz jedności i braterstwa w Europie.”

- Obietnica Wilczka – Obiecuję – ze wszystkich sił: starać się być wiernym Bogu, moim rodzicom, mojej Ojczyźnie Polsce, Prawu Gromady i Wilczka oraz każdego dnia czynić komuś dobry uczynek.”

- W przysiędze wierności kandydat do zastępu przyrzeka „pracować z zastępowym każdego dnia, by lepiej poznać swoją Ojczyznę”.

- Rota Przyrzeczenia Na mój honor, z łaską Bożą, przyrzekam całym życiem służyć Bogu, Kościołowi, mojej Ojczyźnie i Europie chrześcijańskiej, nieść w każdej potrzebie pomoc bliźnim, i przestrzegać Prawa Harcerskiego.”

- Prawo harcerza – „punkt 2 - Harcerz jest lojalny wobec swojego kraju, rodziców, przełożonych i podwładnych.”

- Na wszystkich naszych obozach powiewa flaga polska, biało-czerwona. Biały kolor symbolizuje czystość i szczerość, zaś czerwony – krew poległych w obronie Ojczyzny i naszą miłość do niej. Z kolei Trzy Główne Cnoty Harcerza to szczerość, ofiarność, czystość. Gdy patrzymy na naszą flagę narodową, kolor biały przypomina nam aby być zawsze szczerym i czystym, a kolor czerwony - ofiarnym. Niesamowita symbolika!
- W książeczce ochotnika „Na mój honor” w komentarzu do drugiej Zasady Podstawowej dwunastolatek czyta:
„(…) Służyć swojej Ojczyźnie (…) to znaczy również ją poznawać.
Czy wiesz kim byli Chrobry, Łokietek, Jagiełło, Sobieski, Kościuszko, Piłsudski, Dmowski, Kardynał Wyszyński? Czy mówią ci coś nazwy: Głogów, Grunwald, Wiedeń, Racławice, Cud nad Wisłą, Westerplatte?
Możesz być dumny z tego, że jesteś Polakiem!
Miłość do swego narodu nie oznacza nienawiści do innych. Nasza kultura wzbogaca się poznając inne, które również należą do naszego wspólnego dziedzictwa. W ten sposób kraje Europy mają wspólną historię.
Bądź gotów służyć Polsce i Europie!”

Bardzo ładnie to współgra z nauczaniem Świętego Jana Pawła II, który w książce „Pamięć i tożsamość” pisze tak:
Nacjonalizm uznaje tylko dobro własnego narodu i tylko do niego dąży, nie licząc się z prawami innych. Patriotyzm natomiast, jako miłość ojczyzny, przyznaje wszystkim innym narodom takie samo prawo jak własnemu, a zatem jest drogą do uporządkowanej miłości społecznej.”

Patriotyzm jest zatem czymś dobrym, sprawiedliwym, naturalnym, nie oznacza przebóstwienia swojego narodu, nie oznacza chęci wywyższania go ponad inne.

I jeszcze wymagania ochotnika:
„Znasz pochodzenie godła narodowego i słów hymnu państwowego.
Znasz pochodzenie i symbolikę flagi.
Wiesz co wiąże się z datami: 966, 1410, 1689, 3 V 1791, 11 XI 1918, 15 VIII 1920”.

To wspaniała triada zachowań: poznawać, być wiernym poznanemu i w końcu służyć.

Wydaje mi się, że być może za rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że patriotyzm zaczyna się od poznania swojego kraju, jego geografii, ludzi, historii, tradycji, pięknych kart ale też tych, z których trzeba wyciągnąć wnioski na przyszłość. To wszystko jest jakimś dziedzictwem czyli czymś, co otrzymujemy bez własnej woli i mamy obowiązek zaakceptować, przemyśleć, być może przepracować i nieść dalej. Dziedziczymy na pewno jakieś wady przodków ale to nie znaczy, że w tym przypadku rozgrzeszamy się i mamy je kontynuować. Mamy obowiązek je przezwyciężać, „dziś być lepszym niż wczoraj, jutro lepszym niż dziś”. Nie wiem czy dziedziczymy zalety, ale na pewno powinniśmy sięgać szczególnie do pięknych kart historii, poznawać i podziwiać cnoty i bohaterskie czyny naszych przodków.

Mimo wszystkich coraz liczniejszych wspaniałych inicjatyw propagujących wiedzę o polskiej historii i geografii, można mieć niedosyt poznania, o jakie chodzi. Najczęściej niedosyt ten jeszcze się wzmaga, gdy wracamy z jakiejś zagranicznej podróży z obcego, dumnego kraju. Twierdzę z całą odpowiedzialnością, że nie znamy jako Polacy swojej historii wystarczająco, nie mamy nawet przeczucia tego, czym Polska była i jaką była. Przyczyna jest prosta: znikoma ilość współczesnych, nowoczesnych środków, które by to ukazywały: filmów, powieści, sztuk teatralnych, muzeów z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście, wiem, są wyjątki, ale za mało, zdecydowanie za mało. Często te, które są, przekazują obraz uproszczony lub koncentrujący się na jednym aspekcie. Natomiast filmy historyczne i powieści są stare i nie przystają do wrażliwości współczesnego widza i czytelnika.

Ta rzeczywistość tym bardziej nie zwalnia Skautów Europy od poznawania swojej ojczyzny. I robimy to przecież w sposób bardzo skuteczny i często atrakcyjny. Wszystkie przedstawienia, scenki na ogniskach, znajomość pieśni, gry fabularne, terenowe, miejskie czy stacjonarne, zadania zastępów podczas wypraw Explo i zadania indywidualne, w ramach wymagań na stopnie i sprawności, same wyprawy, obozy czy wędrówki w różnych ciekawych zakątkach kraju są już przejawem tej poznawczej aktywności. Wreszcie animowanie różnorakich inicjatyw w swoim środowisku lokalnym, w szkole, parafii i swoim mieście. To co ważne, żeby fabuły, tematy gier, wybrane wydarzenia historyczne nie były przypadkowe ale aby wybierając je, odkrywać wielkie i piękne strony naszej historii i kultury.

Powinnością szefa jest dawać przykład swoimi czynami i tłumaczyć, jak on rozumie te, cytowane wyżej, piękne sformułowania naszych tekstów.

Poznawanie ojczyzny to również zaprzyjaźnianie się z kulturą ojczystą. Jest naszym obowiązkiem poznać wielkie dzieła i twory ducha, artystów, myślicieli, uczonych, poetów i pisarzy. Czy nas zachwyca czy nie zachwyca, jest pewien kanon, który trzeba znać. Pewien zbiór postaci, bohaterów historycznych i literackich powinien nam być bliski jak grupa dobrych przyjaciół. Podobnie ze znajomością kraju. Jest pewien kanon miejsc, który trzeba znać.

Jak pisze Innocenty Maria Bocheński w znakomitej broszurze „O patriotyzmie”, którą kiedyś wnikliwie studiowałem - w etyce rządzi uniwersalna zasada „nihil appetitum nisi praecognitum: niczego nie można pragnąć, jeśli się tego nie zna”. A zatem poznawajmy!

Zanim pochylimy się nad tym, co znaczy być wiernym ojczyźnie, warto zastanowić się nad samym pojęciem „ojczyzna”. Czy to „państwo”, a może tylko ludzie, którzy żyją na określonym terytorium? Jeśli ludzie, to czy tylko ci żyjący tu i teraz, czy także ci, którzy są tu pochowani i ci, którzy jeszcze się nie urodzili? Czy to określony język, kultura, historia? Na pewno wszystkie te rzeczy razem i jeszcze więcej, ojczyzna to coś podobnego do ojca czy matki, dlatego w innych językach ojczyzna to „motherland” czy „fatherland”.
Być wiernym ojczyźnie, bo coś jej zawdzięczamy, pośrednio lub bezpośrednio. To kim jesteśmy, ideały, w które wierzymy, cnoty, które posiadamy, zwyczaje, kulturę, język, wychowanie.

W tym kontekście warto znać słowa wypowiedziane przez Jana Pawła II w siedzibie UNESCO w 1980 r.: „Jestem synem narodu, który przetrwał najstraszliwsze doświadczenia dziejów, który wielokrotnie był przez sąsiadów skazywany na śmierć - a on pozostał przy życiu i pozostał sobą. Zachował własną tożsamość i zachował pośród rozbiorów i okupacji własną suwerenność jako naród - nie w oparciu o jakiekolwiek inne środki fizycznej potęgi, ale tylko w oparciu o własną kulturę, która okazała się w tym wypadku potęgą większą od tamtych potęg”.

Za wspomnianą broszurą I.M. Bocheńskiego podkreślmy, że „patriotyzm ma przede wszystkim siedzibę nie w uczuciu, ale w woli”. „Nie jest on więc uczuciem – aczkolwiek uczucie patriotyczne może walnie się przyczynić do należytego działania. Nie ten więc jest dobrym patriotą, kto ma najgorętsze uczucia patriotyczne, ale ten, kto potrafi najlepiej swój obowiązek patriotyczny spełnić, innymi słowami – ten, kto ma najsilniejszą po temu wolę”. Myślę, że to ważna uwaga. Często bowiem w potocznym rozumieniu za największego patriotę uchodzi najbardziej rozemocjonowany, najgłośniej śpiewający, najczęściej uczestniczący w rocznicowych obchodach czy niosący największą flagę a nie ten, mówiąc Bocheńskim: „kto swoimi czynami najwięcej do dobra kraju się przyczynia”. Wskazuje on także, że uczucia są ważne, m.in. do ich wychowywania służą tzw. uroczystości patriotyczne. Bocheński pisze, że „udział w akademii 3 Maja nie ma sensu, o ile nie wywołuje u nas pożądanych uczuć”, oraz że taki udział „nie ma wartości sam w sobie”.

Służyć to pracować solidnie, w swojej pracy widzieć głębszy sens, nie tylko zarabianie pieniędzy czy realizację indywidualnych celów i pasji ale przyczynianie się do dobra ogółu, do dobra wspólnego. I wierzcie mi każda, czy prawie każda praca może być tak wykonywana. Czy będzie to praca sprzedawcy, taksówkarza czy kierowcy autobusu miejskiego? Oczywiście niektóre zawody czy funkcje bardziej bezpośrednio są pracą dla dobra publicznego i wpływają na wspólną rzeczywistość. Politycy, urzędnicy, dziennikarze, dyplomaci, itd. Jeśli ktoś ma możliwość pracy bezpośrednio w służbie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej powinien poczytywać to sobie za honor, szczególną okazję do służby. Wszyscy, poza dobrze wykonywaną własną pracą tak aby przez nią służyć w jakiś sposób dobru ogólnemu, mają szereg obowiązków: (i) interesowania się sprawami ojczyzny czyli tzw. polityką, (ii) wspomagania całości swoimi siłami i majątkiem (np. płacąc podatki, ale wiemy z historii, że niektórzy oddali jej wszystko) oraz (iii) poświęcenia nawet życia w jej obronie, jeśli zaszłaby taka konieczność (co bynajmniej nie oznacza, że należy narażać je lekkomyślnie czy „strzelać do wroga diamentami”). Poza tym wiele więcej: aktywność społeczna, staranne wychowanie dzieci, „promieniowanie kulturą”, itd. W dzisiejszych czasach szczególnie ważne wydaje się też to, aby starać się pracować mimo wszystko w kraju a jeśli poza nim to z myślą o przyczynianiu się do jego pomyślności zagranicą, inwestowaniu tutaj czy planowaniu w perspektywie powrotu.


To w telegraficznym skrócie kilka myśli nt. służby, bez pretensji do wyczerpania tematu. Do służby w dorosłym życiu skauci przygotowują się poprzez pracę nad charakterem, naukę, wyrabianie pozytywnych nawyków, funkcje w zastępie czy choćby zwyczaj codziennego dobrego uczynku.