Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cytat na dziś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cytat na dziś. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 lipca 2024

KILKA HISTORII, KTÓRYMI CHCIAŁEM SIĘ PODZIELIĆ Z WAMI


Taką przyjemność nam tu zrobiliście, Dobrzy Ludzie, dobrym słowem i życzeniami pod zdjęciem upamiętniającym dwudziestą siódmą (nie do wiary!) rocznicę naszego ślubu, że w ramach jakiejś wzajemności i wdzięczności chciałbym coś tu dla Was umieścić. Napisać coś niebanalnego albo chociaż przepisać skądś. Coś dającego wartość, może inspirację, może zadziwienie, może choć uniesienie brwi. Jedna myśl, jedno zdanie, jedno słowo. Tak lapidarnie mi się nie uda, jeśli w ogóle, ale postaram się jak najkrócej. Mimo wszystko jednak zanim zaczniecie dalej czytać lepiej zaparzcie sobie herbatę, wyjmijcie z lodówki zimny napój, zerwijcie kapsel, zapalcie cygaro, zarzućcie nogi na stół, a może rozeprzyjcie się na leżaku, w fotelu, nie wiem co jeszcze tylko chcecie, by było Wam wygodniej. Może wciągniecie się w kolejny mecz jak ja wczoraj w mecz Portugalii ze Słowenią. Lubię tego Cristiano Ronaldo, jest taki szczery w swoich emocjach, nie udaje, że nic się nie stało, nie zgrywa Greka, gdy schrzani karnego. To jest takie autentyczne, duży chłop a płacze jak dziecko. Jego mam siedzi na trybunach, a mogła go przecież nie urodzić. Znamy tą historię. Jednak nie maże się ale nadrabia, walczy, biega, jest w całości zaangażowany, ze swoimi mięśniami, siłą, męskością, ale i emocjami.

Ostatnio w artykule z okazji sto pięćdziesiątej rocznicy urodzin Chestertona wyczytałem, że właściwie był gotowy na konwersję do Kościoła katolickiego już w momencie napisania „Ortodoksji”. Jednak formalnie zrobił to dopiero 14 lat później. Przyczyną była delikatność wobec żony, niejako czekanie na nią, nie chciał sprawić jej przykrości, a ona opierała się temu. I tak nie obyło się bez niezrozumienia, Frances przystąpiła do Kościoła dopiero kilka lat później. Wzruszył mnie tą swoją czułością ten wielki umysł ale i ogromny fizycznie człowiek, błyskotliwy, jowialny Anglik.

Jakiś czas temu obejrzałem wreszcie film o Zofii Kossak ”Mulier fortis”, dzielna kobieta. Oczywiście tylko dokumentalny, zrobiony przez TVP (czy jeszcze znajduje się na platformie tvp.vod? czy też został stamtąd usunięty przez karnych najemników, którzy z ptaków nie orła lecz wybierają wronę?). Jest tam informacja, o której wcześniej nie słyszałem, iż Zofia Kossak otrzymała zaraz po II Wojnie Światowej nieformalną propozycję napisania czegoś „pod nagrodę Nobla”. Pasowało ją jej przyznać: uciekinierka z bloku wschodniego, emigrantka, wybitna pisarka polska i katolicka, znana już na świecie dzięki „Krzyżowcom” i innym książkom, „Sienkiewicz w spódnicy” ale o nieco bardziej uniwersalnym stylu i tematyce. Propozycja była kusząca, jednak nie podjęła jej, w zamian wyjeżdżając z mężem do Kornwalii, by tam pracować ciężko fizycznie w gospodarstwie rolnym. Oboje mieli grubo ponad pięćdziesiąt lat i nie byli przyzwyczajeni do takiego trybu życia. Trudny, wietrzny, melancholijny klimat, obcy ludzie wokół, codzienne oporządzanie zwierząt, uprawienie pola, itd. Gdy odwiedził ich miejscowy ksiądz, dziwił się, jak dają radę nie paląc w kominku bo „tu ludziom inaczej nie idzie wytrzymać niż patrzeć wieczorami z ogień”. Dlaczego to zrobiła? Jej mąż przesiedział całą wojnę w oflagu czyli obozie internowania dla oficerów i był w głębokiej depresji. Lekarze orzekli, że jedynym ratunkiem dla niego jest praca fizyczna na łonie natury, kontakt z przyrodą. Nie zastanawiała się długo, wyjechała z nim. Na kilka lat pisarka umilkła zupełnie, zaprzestała pisania czegokolwiek. Tylko drobne zapiski, z których potem powstały bardzo oszczędne „Wspomnienia z Kornwalii”.

Zmarły niedawno wybitny tłumacz języka angielskiego ale i pisarz, myśliciel, judoka, Lech Jęczmyk. Chciał studiować anglistykę, może polonistykę, w czasach głębokiej komuny dostał wilczy bilet, mógł studiować tylko filologię… rosyjską. Postudiował, i tak ostatecznie został tłumaczem literatury angielskojęzycznej, i to wybitnym. Różne są drogi, może za często przywiązujemy zbyt dużą wagę do z perspektywy czasu mało znaczących spraw.

I harcmistrz RP Stanisław Sedlaczek, wróciłem do jego biografii, chciałbym ukończyć jej czytanie. Aresztowany w 1941 roku w swoim warszawskim mieszkaniu, więziony w Oświęcimiu, tam zginął. Nie uczestniczył w konspiracji zbrojnej, nie było procesu, nie było zarzutów. Prawdopodobnie padł po prostu ofiarą akcji eksterminacji polskiej inteligencji. „Po prostu”. To brzmi jak koszmarny sen, ale to nie był sen. Okupacja Polski w czasie II Wojny Światowej to był koszmar, hekatomba, którą trudno nam sobie nawet wyobrazić a której pamięć jest teraz zacierana. Pytanie do czytających to historyków: czy są jakieś archiwa, do których można by mieć dostęp, niemieckie oczywiście, gdzie można by znaleźć informacje o tym aresztowaniu, jakieś protokoły itd.? Jestem przekonany, że dokumentacja była sporządzana jak należy. W każdym razie: gdy gestapo pojawiło się na dole w kamienicy, dozorca dobiegł do mieszkania Sedlaczka i ostrzegł go, aby uciekał. Z mieszkania było drugie, tylne wyjście. Bez problemu mógł zbiec. Nie zrobił tego. Nie wahał się ani chwili. W żadnym razie nie chciał narażać żony i dzieci. Takie jest świadectwo dozorcy.

I jeszcze Czesław Miłosz. Nie dlatego ten cytat poniżej, aby znalazł się w kontrapunkcie, te słowa świadczą po prostu o tym, że miał sumienie, refleksję nad sobą, krytycyzm. Daleki jestem od osądów, od osądzania kogokolwiek, szczególnie jego na podstawie tego cytatu, ale cytat ten jest cenny, jest wymowny. Niejednemu może dać do myślenia.

„– I zmagał się z pytaniem: może byłoby lepiej, gdybym tego wszystkiego nie osiągnął, a był zwyczajnie lepszym człowiekiem? I może czułość do człowieka jest ważniejsza niż sztuka?

Nie wierzę, że tak myślał naprawdę?

W każdym razie stawiał takie pytanie. Pytał nawet mnie, czy moim zdaniem to się „opłacało”, ponieważ bardzo się obwiniał o nieszczęścia swojej rodziny. Że był złym ojcem, nie dość oddanym mężem.”

To powiedział Andrzej Franaszek, autor biografii Czesława Miłosza o dylematach tegoż, w wywiadzie dla pisma „Bluszcz”.

Czy cena sławy zawsze jest wysoka? Czy musimy ja płacić w taki sposób? Nie tylko sławy, ale i cena władzy, pieniędzy, dobrobytu, pozycji zawodowej, wygodnego życia oddającego się podróżom i wyszukanym przyjemnościom?

Często tak jest, coś za coś!

Piszę też o tym wszystkim, mając w pamięci trzy śluby ostatnio, w których dane nam było uczestniczyć, budujące, pełne nadziei na szczęście każdego z tych dwojga, i na więcej szczęścia wokół nich, na roztaczanie się dobra, dzielenie się nim, promieniowanie.

I jeszcze dwa pamiętne wydarzenia tej wiosny. Wszystko tej wiosny, dacie wiarę? Świętowanie, huczne, dwudziestopięciolecia małżeństwa dwóch par przyjaciół. Och, co to były za wieczory! Najpierw ten w kwietniu: spod kościoła państwo młodzi odjechali kabrioletem. Tak, spełniają się niektóre nasze marzenia, realizowane przez innych😉 Potem taniec, teledysk, piosenka zaśpiewana przez niespodziewającego się tego nawet po sobie rocznicowego pana młodego. Potem w czerwcu, znowu program artystyczny, piosenka skomponowana specjalnie na tę okazję. Czad. Wesoło, spontanicznie, jednocześnie na luzie, w dobrym stylu. I dzieci, dobrze wychowane dzieci, dające sobą świadectwo o swoich rodzicach, o ich wysiłku i trosce przez te wszystkie lata. O tym, że nie tylko przewijali, karmili, prowadzali do szkół, ale i cierpliwie upominali, zwracali uwagę, szlifowali powierzone im diamenty aby stawały się brylantami.

Dziękuję za uwagę. I jeszcze raz za życzliwe życzenia!


poniedziałek, 6 lutego 2023

POSTANOWIENIA NOWOROCZNE, URODZINOWE I INNE


 POSTANOWIENIA NOWOROCZNE, URODZINOWE I INNE

Warto mieć postanowienia. Noworoczne, urodzinowe, okolicznościowe, jakiekolwiek. Nawet jeśli nie uda się ich zrealizować w stu procentach, a nawet nie w dwudziestu za to tylko cokolwiek się uda, to i tak prawdopodobnie uda się więcej, niż gdybyśmy takich postanowień w ogóle nie robili.

Ludzie mają różne postanowienia: przeczytać X książek, schudnąć Y kilogramów, przejść Z kilometrów. Czasami mniej konkretne: więcej sportu, mniej stresu, więcej czasu dla najbliższych. Warto mieć postanowienia, i warto aby były konkretne.

Czasami śmieję się, że zazwyczaj nie muszę szukać nowych, bo te z poprzedniego roku są doskonale świeże, trafione i niezrealizowane. Z drugiej strony jak patrzę na te sprzed kilku lat, to powoli, z mozołem, wolniej niż zamierzałem, ale co nieco jednak udaje się realizować.

Brian Tracy radzi aby swoimi postanowieniami, dobrymi deklaracjami dzielić się z innymi, upubliczniać je, wtedy jesteśmy pod ścianą, aby nie stracić zupełnie twarzy, musimy się mobilizować bardziej aby jednak coś nie coś pchać sprawy do przodu.

Przyjąłem tą ryzykowną radę Briana w dobrej wierze i przed radzeniem komukolwiek innemu, postanowiłem ją zaaplikować do samego siebie. Dlatego w dniu 1 października podczas wieczoru autorskiego „Wszystkich klęsk wieku (nie)męskiego” wobec dwu setek wspaniałych i wyrozumiałych ludzi dobrej woli o czułym spojrzeniu, wypowiedziałem kilka postanowień. Do zrealizowania nie w ciągu jednego roku, ale w ciągu lat dziesięciu. O ile nastąpią ma się rozumieć te lata w miarę dobrym zdrowiu, pozwalającym na ich realizację.

Wśród tych postanowień jest m.in. napisanie 10 książek i przeczytanie 500 innych.

I jak to idzie? Czy chcecie wiedzieć?

Tutaj nastąpić powinna długa pauza… Zastanowienie, co też odpowiedzieć ludziom o przyjaznym spojrzeniu? Którzy w swojej szlachetności wzięli to wszystko za dobrą monetę.

I słusznie. Bo to nie był przecież żart!

Otóż idzie o to, że nic co dobre w życiu nie przychodzi łatwo. Można powiedzieć nawet, że ciężko. Realizować takie postanowienia. Miałem jeszcze inne postanowienie: zrealizować 100 nieprzeciętnych transakcji i projektów zawodowych. Z tym idzie nieco lepiej. Dlatego właśnie z pozostałymi postanowieniami idzie nieco gorzej (czytanie), a nawet bardzo źle (pisanie). Nie zraża mnie to w ogóle. W tym była cała mądrość jednych i takich samych postanowień podejmowanych nie na rok ale na dziesięć lat!

Sandor Marai, pisarz totalny i pełny, wspomina, że jeden z jego idoli, inny węgierski pisarz Gyula Krudy w ostatnich latach swojego życia (a żył lat 55) „wypijał dziennie cztery, pięć litrów wina. I do końca pisał, z niesłabnącą siłą i doskonałością.” Z kolei kolega Jarosław, dzięki któremu nota bene może już niedługo trafi do Was audiobook „Wszystkich klęsk”, pocieszył mnie z kolei historią pewnego Japończyka ocalałego z atomowej hekatomby w Nagasaki, który na rok przed śmiercią, przykuty już do łóżka, podyktował z głowy pięć książek, jedna za drugą.

Cóż za optymistyczna wizja😉

Tymczasem jednak udało się co nieco pokończyć z dawno porozpoczynanych lektur. Kilka wartych jest polecenia.

Wspomniany Sandor Marai jest autorem dwóch powieści, które można z pewną nieśmiałością ale jednak nazwać, promałżeńskimi. To „Rozwód w Budzie” i „Ta prawdziwa”. Obie jak to u Maraia osadzone są w nostalgicznym nastroju odchodzącego mieszczańskiego świata przedwojennych Węgier, w których się wychował. Obie mogą się dłużyć niemiłosiernie współczesnemu czytelnikowi, dialogów tam jak na lekarstwo. Dziwne ale mimo braku wartkiej akcji napięcie rośnie ze strony na stronę.

„Rozwód” to opis nocnej rozmowy. Do sędziego orzekającego w sprawach rozwodowych przychodzi dawno nie widziany kolega z lat szkolnych i drobiazgowo opowiada historię swojego małżeństwa, co do rozwodu którego następnego dnia ma orzekać gospodarz. Gość odtwarza wydarzenia, z których wynika, że między jego żoną a sędzią coś kiedyś tam zaiskrzyło, z czego ni mniej ni więcej, miałoby wynikać, że właśnie sędzia i żona nocnego gościa to dwie połówki tej samej pomarańczy. Ergo, życie sędziego to jedno wielkie kłamstwo. Nocny gość poddaje się wymowie niezbitych dowodów i niejako odpuszcza, godzi się na swój los i oddaje żonę temu, którego żoną powinna być od początku. Dotychczasowe życie sędziego jest w związku z tym grubym nieporozumieniem. Słuchamy tych wywodów z zaciekawieniem, jednak często tak jakbyśmy słuchali spowiedzi wariata. Gdy nocny gość wreszcie opuszcza mieszkanie, sędzia wchodzi do pokoju, gdzie śpi jego rodzina, spogląda na nich i zamyśla się: „Wszystko to nie może być „nieporozumieniem”, ta śpiąca kobieta i tych dwoje pogrążonych we śnie dzieci…”

Widzicie, owoce decyzji nie mogą być nieporozumieniem. Życie wynikające z porywu serca nie może nic nie znaczyć.

Ja jestem za mało inteligentny aby odnaleźć wszystkie znaczenia, ale czytam motto, czytam ostatnie zdanie powieści i myślę sobie, czy Marai nie chciał też pokazać, że jeśli noc przynosić może czasem wątpliwości, to za dnia one znikają, i trzeba o tym pamiętać, trzeba zawsze starać się „dotrwać do świtu”? Czy nie chciał on też powiedzieć, że małżeństwo, miłość to decyzja, to świadome zadziałanie ludzkiej woli, a nie jakieś fatum, któremu trzeba się poddać. Książka ta ukazała się w latach, gdy przez Węgry przetaczała się dyskusja w związku z wprowadzeniem do prawa cywilnego rozwodów. A głos Maraia interpretowany był jako głos na „nie”.

Druga powieść to „Ta prawdziwa”. Historia małżeństwa, zgodnego, dobrego małżeństwa, w które w pewnej chwili wkrada się niepokój. Między żoną a mężem prawdopodobnie jest ta trzecia. Świadczy o tym zazdrośnie strzeżona w portfelu męża wstążka należąca do innej kobiety. Mój Boże, jakie piękne, subtelne czasy, gdy zdradą było zachowanie pamięci o osobie, z którą zamieniło się raptem kilka słów, nic więcej, a która wręczyła temu mężczyźnie wstążkę. Jednak w głowie męża zagnieździła się w związku z tym jakaś obsesja, jakiś przymus. By pędzić do, wypatrywać tej prawdziwej, tej właściwej kobiety. Nie chcę pisać o tym, co wydarzyło się dalej. Napiszę jak to się skończyło. Skończyło się kompletną porażką. Można wzruszyć ramionami - tak to się kończy gdy delikwent obsesyjnie szuka „tej prawdziwej” i w imię tego poszukiwania zostawia tą pierwszą dla tej drugiej, a potem i drugą dla kolejnej. Klasyka gatunku. Ale weź to wytłumacz Kurzajewskiemu jednemu czy drugiemu. Mimo całego szacunku dla Marai’ego jako pisarza, bowiem zaiste wielkim pisarzem był, myślę, że Sandor nie da rady wielu przekonać. Ta literatura uwodzi swoim klimatem, nostalgią, przenikliwością, subtelnością ale nie potrząśnie raczej współczesnymi poszukującymi „tej prawdziwej”. No właśnie: kobiety, miłości? Spełnienia, szczęścia? To szkodliwy mit wbijany nam przez tysiące kolorowych tygodników i przekombinowanych seriali.

Jeśli są tu jacyś młodzi czytelnicy, którzy może szukają drugiej połowy, może rozglądają się, zastanawiając czy „ta”, czy „inna”, która prawdziwa, to niech mnie teraz dobrze posłuchają. Miłość to nie gonitwa przez cały świat za „tą prawdziwą”. Miłość to decyzja, miłość to zaangażowanie, miłość to ryzyko. Może żyje gdzieś obok was dziewczyna, którą znacie z sąsiedztwa, ze szkoły, z harcerstwa, która nie jest postacią z Waszych snów, nie przypomina zwiewnej nimfy z długimi jasnymi włosami i wiankiem na głowie, albo jakiejś współczesnej wersji seksbomby. Ale która oczekuje na miłość, na zaangażowanie, na faceta, na którego będzie mogła liczyć, z którym będzie mogła się śmiać i dzielić troski każdego dnia. Give it a try! Spróbuj. Daj życiu szansę. Umów się do cholery! I to samo w drugą stronę, przecież żyjemy w czasach, gdzie dziewczyna nie musi czekać bezradnie w szklanej wieży na błędnego rycerza…

Z mądrych ksiąg przeczytałem jeszcze starego, dobrego Chestertona. Zbiorek awantur pt. „Dla sprawy”. Można powiedzieć, że teksty Chestertona starzeją się pięknie i z godnością. W obliczu tego co mamy teraz, wadzenie się angielskiego myśliciela z protestantami czy scjentystami jawi się jako niewinne igraszki. Piękne jest to, że Chesterton błyskotliwie obnaża mielizny ateizmu oraz różnych prądów i tendencji, które dzisiaj mają już swoje kolejne dalej rozwinięte stadia, o których nawet mu się nie śniło. Przy jego finezyjnych popisach dzisiejsze dyskusje to jak walenie cepem. Miło się to czyta a celność wielu spostrzeżeń bawi i poucza. Weźmy choćby taki artykuł „Coraz dalej od domu”. Chesterton pije w nim do reformatorów czy raczej niszczycieli instytucji rodziny. Porównuje ich do gościa podbiegającego do płotu w podskokach i oznajmiającego: „Nie widzę żadnego pożytku z tego płotu. Usuńmy go!”. Gość nie zadaje sobie pytania, kto i po co ten płot tam postawił, nie zastanawia się nad tym, że nie wyrósł on sam, że chyba nie byli głupcami ci, którzy trudzili się aby go tam postawić. Do podobnie atakowanych jego zdaniem instytucji należy Dom Rodzinny. Ci, którzy usilnie próbują go zniszczyć, nie zadają sobie nawet trudu aby zrozumieć jego celowość. Wydają ogrom pieniędzy aby tworzyć instytucje, które usiłują zastępować zadania domu rodzinnego, zamiast wspierać to co naturalne i … tańsze. Porównuje ich do robotników, którym nie podoba się, że prąd rzeki porusza koło młyńskie, i zamiast wodą poruszają tym kołem sami, siłą swoich mięśni.

Jak pisze w innym miejscu ”w naszych czasach człowiek zyskuje reputację mistrza paradoksów, jeśli najzwyczajniej w świecie powtarza, że truizmy są prawdziwe”. Piękne to były te czasy Chestertona.

A na końcu abp Charles J. Chaput, emerytowany biskup Filadelfii, klasa po prostu. Chciałem takiej książki, mądrej, pełnej odniesień do innych prac, gdzie autor dzieli się głęboko przemyślanymi przez siebie sprawami. Tytuł książki: „Za co warto umierać? Myśli o tym, dla czego warto żyć.”

Książka jest za bardzo eklektyczna abym ją streszczał albo częstował Was wyrwanymi z kontekstu cytatami. Tylko kilka z nich:

„Umacnia się w nas wiarę w to, że prawdziwe szczęście jest wynikiem zaspokojenia naszych osobistych pragnień. Karmiony tym przekonaniem drapieżny indywidualizm jest tym, co zdominuje świat, jeśli pewnego dnia zaczniemy żyć jako ponadnarodowi „obywatele świata”. Naszym przeznaczeniem nie będzie już jedność powszechnego braterstwa. Będziemy żyć w sterowanym technokratycznym kokonie, stworzonym, aby promować konsumpcję i autokreację. Zamiast utraconej solidarności zyskamy pocieszenie w postaci zakupów i podróży”.

O przyjaźni: „Kiedy dwóch idzie… jak powiada Homer. I do myślenia bowiem, i do działania zdatniejsi są ludzie we dwójkę”.

„Wszystkie udane małżeństwa są przede wszystkim w ostatecznym rozrachunku związkami przyjaźni.”

Za Henri de Lubac: „Naszą misją nie jest doprowadzenie do triumfu prawdy, lecz tylko dawanie jej świadectwa.”

„Mamy względem tego świata obowiązki, które nie pozwalają nam na komfort milczenia na forum publicznym albo ucieczki od dzisiejszych konfliktów do jakiejś kryjówki w górach”

wtorek, 10 kwietnia 2012

Gandalf do Froda dzisiaj

— Wolałbym, żeby się to nie zdarzyło akurat za mojego życia — powiedział
Frodo.
— Ja także - odparł Gandalf. - Podobnie jak wszyscy, którym wypadło żyć
w takich czasach. Ale nie mamy na to wpływu. Od nas zależy jedynie użytek, jaki zechcemy zrobić z darowanych nam lat. A nasz czas zapowiada się czarno! Nieprzyjaciel szybko rośnie w potęgę. Sądzę, że plany jego jeszcze nie dojrzały, lecz już dojrzewają. Czekają nas ciężkie próby. Nie ominęłyby nas zresztą, nawet gdyby nie dotknęło nas to straszliwe zrządzenie losu. Nieprzyjacielowi brak wciąż jeszcze jednej rzeczy, która by mu dała siłę i władzę, by zmiażdżyć wszelki opór, złamać ostatnie linie obrony, po raz wtóry pogrążyć wszystkie kraje w ciemnościach. Brak mu tego Jedynego Pierścienia.

środa, 7 grudnia 2011

Prorocze wizje Dostojewskiego

Fragment rozmowy diabła z Iwanem Karamazowem:

„Tam są nowi ludzie - zdecydowałeś wtedy, jeszcze zeszłej wiosny, wybierając się tu. Zamierzają zburzyć wszystko i zacząć od ludożerstwa. Głupcy, mnie się nie spytali! Moim zdaniem, nie trzeba nic burzyć, trzeba jedynie zburzyć w ludzkości ideę Boga (a ja wierzę, że ten okres nastąpi, podobnie jak następują po sobie okresy geologiczne), to sam przez się, bez ludożerstwa, runie cały dawny światopogląd, a przede wszystkim cała dawna moralność, i przyjdzie wszystko nowe. Ludzie zespolą się, aby czerpać z życia wszystko, co ono dać może, ale zespolą się jedynie gwoli szczęścia i radości, i to tylko w tym życiu. Człowiek uniesie się poczuciem boskiej tytanicznej dumy i zjawi się człowiek-bóg. Nieustannie, każdej godziny zwyciężając bezgranicznie przyrodę swoją wolą i nauką, człowiek ów każdej chwili będzie odczuwał rozkosz tak wzniosłą, że zastąpi mu ona wszystkie dawne obietnice rozkoszy niebieskich. Każdy się dowie, że jest śmiertelny bez zmartwychwstania, i przyjmie śmierć dumnie i spokojnie, jak Bóg. Z dumy zrozumie, że nie ma co sarkać na to, że życie jest jednym mgnieniem, i pokocha bliźniego swego nie myśląc o nagrodzie. Miłość zaspokoi tylko mgnienie życia, ale już sama świadomość jej ulotności wzmocni jej płomień o tyle, o ile poprzednio rozpływał się on w obietnicach miłości pozagrobowej i nieskończonej…” no i tak dalej, i tak dalej w tym guście. Uroczo!

Iwan siedział, zasłaniając uszy rękoma i patrząc w ziemię, ale zaczął drżeć na całym ciele. Gość mówił dalej:
- Pytanie teraz polega na tym, myślał mój młody filozof, czy możliwe, aby taki okres nastąpił, czy nie? Jeśli nastąpi, to wszystko jest rozstrzygnięte, i ludzkość urządzi się ostatecznie. Ale ponieważ ze względu na zatwardziałą głupotę ludzką nie nastąpi to jeszcze chyba i za tysiąc lat, to każdy, kto uświadamia sobie już teraz prawdę, ma prawo urządzić się, jak mu się tylko podoba, na nowych podstawach. W tym sensie „wszystko jest dozwolone”. Mało tego: jeśli ten okres nawet nigdy nie nastąpi, to ponieważ Boga i nieśmiertelności i tak nie ma, więc nowy człowiek ma prawo stać się człowiekiem-bogiem, choćby nawet był sam na całym świecie, i oczywiście jako taki z lekkim sercem przeskoczyć wszystkie moralne przeszkody dawnego niewolnika, jeśli to tylko okaże się potrzebne. Dla Boga nie ma praw! Gdzie Bóg stanie, tam już miejsce boże! Gdzie ja stanę, tam już od razu będzie pierwsze miejsce… „wszystko jest dozwolone”, i basta!

Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow

czwartek, 24 listopada 2011

Marzenie

„Jego słowa zrozumieli naprawdę tylko wtajemniczeni, którzy wiedzieli, że prawdziwym sensem ludzkich spraw jest nie tylko rzeczywistość, lecz również marzenia, które powstają z możliwości w niej ukrytych”.

Sandor Marai „Sindbad powraca do domu”

środa, 19 października 2011

Steve Jobs o śmierci

Gdy miałem 17 lat, znalazłem gdzieś cytat, który brzmiał mniej więcej tak „jeśli każdego dnia będziesz żył tak, jakby to był twój ostatni dzień, to pewnego dnia na pewno będziesz miał rację”. Zrobiło to na mnie takie wrażenie, że od tego czasu, przez ostatnie 33 lata, każdego ranka patrzyłem w lustro i pytałem sam siebie „czy gdyby dzisiaj był ostatni dzień mojego życia, to chciałbym robić to, co mam zamiar robić?”. I jeśli odpowiedź brzmiała „nie” przez zbyt wiele dni z rzędu, wiedziałem, że muszę coś zmienić – tłumaczył Steve Jobs sześć lat temu absolwentom Uniwersytetu Stanforda. Stwierdził dalej, że pamięć o nieuchronnej śmierci była jednym z najważniejszych narzędzi, które pomogło mu w podjęciu najważniejszych wyborów w życiu.

wtorek, 11 października 2011

Norwid

„Gorzki to chleb jest polskość…” Cyprian Kamil Norwid List do Józefa Bohdana Zalewskiego 8.01.1852

niedziela, 4 września 2011

Częsta cena sławy wg Miłosza

„- I zmagał się z pytaniem: może byłoby lepiej, gdybym tego wszystkiego nie osiągnął, a był zwyczajnie lepszym człowiekiem? I może czułość do człowieka jest ważniejsza niż sztuka?
- Nie wierzę, że tam myślał naprawdę?
- W każdym razie stawiał takie pytanie. Pytał nawet mnie, czy moim zdaniem to się „opłacało”, ponieważ bardzo się obwiniał o nieszczęścia swojej rodziny. Że był złym ojcem, nie dość oddanym mężem (…)”

Andrzej Franaszek, autor biografii Czesława Miłosza o dylematach tegoż, w wywiadzie dla Bluszcza

czwartek, 1 września 2011

Ku pokrzepieniu młodych rodziców

"Z domu rodzicielskiego wyniosłem cenne wspomnienia, nie masz bowiem cenniejszych dla człowieka pamiątek jak wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, spędzonego w domu rodzinnym, o ile panuje w nim względna bodaj zgoda i miłość. Zresztą z najgorszego domu możesz wynieść cenne wspomnienia, jeśli tylko dusza twoja potrafi szukać cennych wartości".

Bracia Karamazow, Żywot starca Zosimy, str. 344 starego dwutomowego wydania pożyczonego przed laty od przyjaciela

Podobnie wspominali swoje dzieciństwo jako źródło siły na całe życie Tolkien, C.S. Lewis, Teresa z Lisieux. Niestety nie mam czasu odnaleźć cytatów, które swego czasu podkreśliłem szarym ołówkiem.

sobota, 2 lipca 2011

Ulubiony cytat Andrzeja Bobkowskiego

Ulubiony cytat Andrzeja Bobkowskiego autora "Szkiców piórkiem": "Są trzy wielkie ewolucje ludzkości: poganizm, chrześcijaństwo, chamstwo" (za Flaubert - Listy)

środa, 22 czerwca 2011

Katolicki oksymoron

Powstaje tutaj katolicki oksymoron, co może potwierdzić każdy, kto tego doświadcza: bezkompromisowość co do zasad i miłosierny pragmatyzm w obliczu konkretnej rzeczywistości. Jak dobry, stary proboszcz, który grzmiał z ambony, a był wyrozumiały i serdeczny w tajemnicy spowiedzi. Katolicka hipokryzja? Nie opowiadajmy głupot. To zasłużony realizm dotyczący ludzkiej kondycji, zdolność otwierania się na życie i jego nieskończenie wiele przypadków, czego w swoim fanatyzmie nie znają współczesne ideologie. Mówią one, że kochają człowieczeństwo, ale odrzucają - o ile nie nienawidzą - konkretnego człowieka i jego małą wielką historię.

Jest pewna tragiczna anegdota, która zawsze mnie poruszała: Robespierre, niezniszczalny apostoł laickiej ascezy, moralności narzuconej masom w imię swojej abstrakcyjnej cnoty wysłał na gilotynę tysiące osób. Kiedy padło na niego i przybył na plac na dwukołowym wózku przeznaczonym dla skazańców, po raz pierwszy zobaczył narzędzie śmierci! Z trudem orientował się, gdzie było zainstalowane i tylko teoretycznie - jak działało. Ci, których wysłał na tę scenę, nie byli konkretnymi mężczyznami i kobietami, nie byli ciałem i krwią, radościami i smutkami, pragnieniami i lękami, młodzi i starzy z imieniem oraz nazwiskiem. Byli tylko symbolami, abstrakcyjnymi przedstawicielami zła, w pojęciu doktrynalnej etyki. Wszystkie te obcięte głowy (jedenaście tysięcy w ciągu zaledwie jednego roku) nie były niczym innym, jak dossier, pod którym ten kapłan boskiego rozumu złożył swój podpis, bez problemu sumienia, co więcej, przekonany, że służy sprawie doskonałego społeczeństwa.

Tymczasem chrześcijaninowi chodzi o wskazanie ideału, o nierezygnowanie nigdy z niego. O trud osiągania tego ideału zawsze, a jednocześnie gotowość zrozumienia słabości natury zranionej grzechem pierworodnym, okazywanie konkretnej osobie (zwróć uwagę: począwszy od nas samych) cierpliwości samego biblijnego Boga, który potrafi czekać, smuci się, raduje, czasem wręcz żałuje (…).

Vittorio Messori w wywiadzie-rzece „Dlaczego wierzę” str. 388

środa, 27 kwietnia 2011

Wrocław zakończony Herbertem

Dziś samolotem do Wrocławia. Kończę spotkanie i mam półtorej godziny do rejsu powrotnego. Zamiast taksówką jadę na lotnisko z Pawłem Sową, mamy tylko godzinę na pogadanie ale dobre i to. Dobre wieści, ślub się kroi. Siedem tysięcy metrów nad ziemią, gdy na zewnątrz jedynie -53 st. C, czytam zaległe gazety. W Uważam Rze sprzed kliku tygodni wywiad z abp Michalikiem a w nim ciekawa myśl: „Kardynał Wyszyński mawiał, i to dla mnie ważne słowa, że aby głosić kłamstwo, trzeba sztabu ludzi. By głosić prawdę, wystarczy jeden człowiek. Każdy ma obowiązek starać się być tym jedynym”. Pięknie to współbrzmi z fragmentem obrzędu Wymarszu Wędrownika o tym, że HR „powinien nad wszystko miłować prawdę” i chcieć „z pokorą we wszystkim szukać prawdy i dobrowolnie jej służyć”.

Skoro już jesteśmy przy tak wysokiej tonacji, zacytujmy najlepszy wiersz Herberta, o którego fragmencie ostatnio było głośno przy okazji rocznicy katastrofy smoleńskiej. Dobrze go pamiętam z mojej pracy maturalnej. Ta poezja jest mocna.

Zbigniew Herbert

Przesłanie Pana Cogito

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie

strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych

strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy

czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku

a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku

idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów

Bądź wierny Idź

poniedziałek, 28 marca 2011

Cytat na dziś

"Aby dobrze wychować dzieci, nie wystarczy je kochać; trzeba, by czuły się one kochane" Sergio Belardinelli

poniedziałek, 14 lutego 2011

2 tysiące

Skauci Europy w Polsce przekroczyli magiczny próg dwóch tysięcy. Nabieramy rozpędu by zatrzymać się na 6 tysiącach. Dla wszystkich udających się na ferie cytat na dzis: „W kontakcie z przyrodą wnętrze człowieka staje się przejrzystsze, podatniejsze na głębszą refleksję i działanie łaski, która czeka na skupienie młodego człowieka, by rzeczywiście zadziałać.” JP II Audiencja z 25.07.1979.

wtorek, 11 stycznia 2011

Twarz Kościoła

Wreszcie przeczytałem cały artykuł abp Michalika w Rzeczpospolitej z 22 grudnia br. pt. „Czas odważnych chrześcijan”. Warto jeszcze raz przytoczyć w całości następujący cytat:

„Współczesne życie, także życie Kościoła, cierpi na fałszywą niechęć do urażania, co uważane jest za roztropność i wyraz dobrych manier, jednak zbyt często okazuje się zwykłym tchórzostwem – twierdzi Charles Chaput, arcybiskup Denver (USA). – Ludzkie istoty są winne sobie wzajemny szacunek i stosowną uprzejmość. Lecz także jesteśmy sobie nawzajem winni prawdę, to znaczy szczerość”.

oraz dalej bardzo mądre słowa, cel dla wszystkich harcerzy i PT czytelników bloga:

„Dziś, podobnie jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, Kościół potrzebuje świeckich, podejmujących działania na rzecz obrony praw ludzi i na rzecz obrony ich wolności. Nie do przecenienia jest tu osobista postawa wielu zwyczajnych ludzi, którzy w swoich środowiskach pokazują, że człowiek żyjący Ewangelią jest w stanie w tym świecie osiągnąć sukces rodzinny, osobisty i zawodowy.

Tacy ludzie pomagają innym odnaleźć sens życia i otworzyć się na prawdę o osobie ludzkiej jako istocie powołanej do szczęścia – w tym życiu i w przyszłym. Tworzą oni tkankę społeczeństwa budowanego w oparciu o prawo naturalne i wartości chrześcijańskie. Nadzieję budzą coraz liczniejsze inicjatywy społeczne, które wykorzystując najnowocześniejsze zdobycze wiedzy o edukacji, zarządzaniu, marketingu i reklamie, uobecniają te wartości w przestrzeni publicznej. Bardzo często jest to zasługa pojedynczych, lecz odważnych chrześcijan.

I to oni są twarzą Kościoła, także Kościoła w Polsce”.

czwartek, 6 stycznia 2011

Epifania

W Święto Objawienia Pańskiego, przypominające o tym, że Chrystus przyszedł do całego świata i interesuje go każdy człowiek a chrześcijanie, pamiętając o tym, winni mieć zapał apostolski każdego dnia, poniżej cytat, który wydaje mi się bardzo adekwatny. Abp Michalik w artykule w Rzeczpospolitej z 22.12.2010., omawianym w aktualnym Gosciu, przytacza diagnozę arcybiskupa Denver Charlesa Chaput: „Współczesne życie, także życie Kościoła, cierpi na fałszywą niechęć do urażania, co uważane jest za roztropność i wyraz dobrych manier, jednak zbyt często okazuje się zwykłym tchórzostwem”.

Poza tym moje dzieci znów w Orszaku Trzech Króli, ja też. To niesamowite, że papież mówi
ł o Orszaku dzisiaj.

środa, 5 stycznia 2011

Nie ma spraw prywatnych

Efekt wizyty u fryzjera:

Szymon Hołownia w wywiadzie dla pisma „Gala”
"Jakie są nowe grzechy współczesności?
Jest coś, co nazwałbym nową „ściółką”, na której mogą rosnąć grzechy. To po pierwsze przekonanie, że jesteśmy sami na świecie. Że to, co robimy, nie ma wpływu na nikogo innego, mówimy „to moja prywatna sprawa”, a na świecie nie ma spraw prywatnych, niestety".

niedziela, 2 stycznia 2011

Nowy Rok nowy skok

„Dla triumfu zła potrzeba tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili” – Edmund Burke.

Wszystkim wiernym i cierpliwym czytelnikom tego bloga składam najlepsze życzenia poświąteczne i noworoczne. Życzę Wam, abyście w myśl przytoczonej wyżej maksymy zawsze byli dobrymi ludźmi niestrudzonymi w pozytywnej, pomysłowej i przemyślanej aktywności.