Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harcerstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harcerstwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lipca 2024

Maurice Ollier R.I.P.

 

Eurojam Viterbo 1994, po lewo Maurice Ollier, mini-szkolenie dla delegacji polskiej

Dzisiaj nad ranem zmarł Maurice Ollier. Wielki, mądry a przy tym skromny człowiek, przyjaciel Polski i Polaków, osoba, która położyła wielkie zasługi dla powstania Skautów Europy w Polsce. Miał osiemdziesiąt lat, dobre życie i piękną śmierć. Odchodził powoli przez kilka dni, podczas których u jego „łoża śmierci” zgromadziła się cała jego rodzina, dzieci i wnuki, które towarzyszyły mu w przejściu do lepszego świata.

O tym wszystkim informował nas Zbyszek Minda, który z Maurice’m był najbliżej i na początku, i w ostatnich latach, a teraz w bieżącym kontakcie z jego dziećmi. Zamieścił już piękne wspomnienie na swoim blogu, do którego odsyłam Tutaj.

Pozwolę sobie na kilka refleksji i wspomnień z mojej strony, a na końcu zamieszczam fragment większej całości, nad którą od jakiegoś czasu pracuję.

Maurice’a poznaliśmy w styczniu 1994 roku w Warszawie. Przyjechał z delegacją na negocjacje dotyczące naszego ewentualnego wstępowania do Federacji Skautingu Europejskiego. Cytował jak z rękawa przykłady z historii Polski, od Królowej Jadwigi po Jana III Sobieskiego, wyznał, że przed przyjazdem przeczytał dużo książek o Polsce. Dwa lata później będąc u niego w domu zobaczyłem ten stos, miał jakieś 70 centymetrów wysokości.

Potem był Eurojam w Viterbo i w Le Puy, gdzie Maurice cały czas nas edukował. Mieliśmy mini-szkolenie na obozowisku w Viterbo, najlepsze jednak były wieczorne rozmowy albo rajd do obozowiska dziewczyn, gdy Maurice tłumaczył nam różnice w wychowaniu dziewczyn i chłopaków. Mam wiele scen przed oczami, ciągle żywych. Wieczór, zachodzące nad koronami drzew słońce, odgłos cykad i dziesiątki ognisk harcerskich, przy których rozbrzmiewa radosny, młodzieńczy śpiew, okrzyki, entuzjazm tak jak tylko Skauci Europy potrafią. Idziemy w kilku z Maurice’m, który nagle przystaje i jakby nasłuchuje, po czym odwraca twarz w naszą stronę:

- Widzicie? Słyszycie to? Jeśli chcecie coś zrobić dla Polski, opowiedzieć ją młodym ludziom z innych krajów, podzielić się piękną historią, uświadomić, bo oni przecież nic, ale to nic o niej nie wiedzą, możecie to zrobić przy takich ogniskach.

Wycieczka do obozu przewodniczek, Viterbo 1994

Kolejna scena, jakże profetyczna, gdybyśmy mieli jakiegoś poetę w naszym gronie, powinien powstać o niej przejmujący wiersz. Jest 1996 rok, wielka pielgrzymka Skautów Europy z okazji 1500-lecia chrztu Francji. Jesteśmy tam całym autokarem z Polski. Czekam z Maurice’m na wielkiej łące pod lasem, gdzie ma powstać obozowisko. Nagle podjeżdżają autokary, może dwadzieścia, może trzydzieści, dużo. Wysypują się z nich wędrownicy i przewodniczki, a z każdego z autokarów dodatkowo kapłan. Jeden w szarym habicie, drugi w białym, trzeci w brązowym, a z czwartego ksiądz w czarnej sutannie. Jest ich kilkudziesięciu, tyle ile autokarów. Ten widok jest niesamooowity! Robi na mnie wrażenie, Maurice to widzi i oczywiście natychmiast wykorzystuje aby wygłosić krótką pogadankę. Że służymy Kościołowi, dając marynarzy, którzy zaciągają się pod różne bandery, że skauting nie buduje swojego okrętu, płynącego przez życie pod swoją, odrębną banderą. Nie. Wychowujemy ludzi dla ruchów, dla różnych miejsc w Kościele i w społeczeństwie, którzy idą w życie w te różne miejsca i mają je zmieniać. I ta różnorodność duchowości, powołań, jest oznaką zdrowego ducha, tego że dobrze pełnimy służbę, realizujemy naszą misję. On mówi to o organizacji francuskiej, ale dobrze wiem, że mówi to dydaktycznie, z zamysłem, w dobrej wierze, przekazuje wszystko co wie, dzieli się doświadczeniem, esencją, że może Polska pójdzie tym tropem, że coś w tych głowach słowiańskich może zostanie. Szkoda że tak słabo znam francuski, szkoda, że nie mogę wszystkiego, w detalach wyłapać z jego wypowiedzi, które są uprzejme, dostosowane do słuchacza, powtarza najważniejsze tezy, gestykuluje, upewnia się, że przekaz dociera. Wiele razy potem jeszcze o tym usłyszymy: nie statek, lecz marynarze pod różne bandery. Ten widok autokarów i wielkiej różnorodności kapłanów, najpewniej w większości byłych szefów skautów Europy, jest tak ilustracyjny, tak mocny!

Pielgrzymka do Reims, 1996, fajne zdjęcie Maurice'a z moją przyszłą żoną 
(szkoda, że ja nie mam takiego-;))

„ (…)

Pierwszy wyjazd na obóz szkoleniowy Charlemagne do Francji, kwiecień 1995

Wyjechaliśmy we dwóch Zbyszek Minda i ja. Mieliśmy wziąć udział w międzynarodowym: francusko-niemieckim obozie szkoleniowym Charlemagne, Karol Wielki. W miejscu szczególnym go wiosce gdzie urodziła się Joanna d’Arc. Cali Francuzi, za to ich od początku polubiliśmy. Symbole, genius loci, detale, w których kryje się sens, nazwane detalami jedynie dla niepoznaki. Najpierw jednak Święta Wielkiej Nocy z rodziną Maurice’a Ollier’a. Zapowiadało się świetnie, i tak też było. Dojechaliśmy w Wielki Piątek. Jeszcze w Wielki Czwartek byliśmy wieczorem na liturgii u Dominikanów na Freta w Warszawie. Wspaniała liturgia, ale to „tylko” Wielki Czwartek, wiadomo najbardziej normalna msza w porównaniu do liturgii kolejnych dni. W piątek Maurice zabrał nas w centrum Paryża do kościoła blisko jego biura, w którym zostawiliśmy plecaki. Na liturgii średnia wieku grubo po rozpoczęciu wieku emerytalnego, wszyscy siedzą, cały czas siedzą. Na koniec Komunia Św. Kapłan szybko usiadł a rozdawały ją dwie kobiety, jedna ubrana w dżinsy i długi, wełniany, rozwleczony sweter. Druga, nie lepiej. Byliśmy w ciężkim szoku. Po opuszczeniu kościoła musieliśmy mieć nietęgie miny, bo Maurice zaraz powiedział, żebyśmy się nie martwili, jutro zabierze nas na liturię w swojej parafii, gdzie jest normalniej, prawie tak jak w Polsce. To „prawie” trochę nas zaniepokoiło, ale byliśmy i tak pełni ogólnego podekscytowania.

Maurice odbiera nas od Laurent'a Wallut'a, Paryż 1995

Następnego dnia faktycznie udaliśmy się do parafialnego kościoła w Elancourt, miejscowości na przedmieściach Paryża, zbudowanego wśród wielkich bloków z płyty. Trochę nas zdziwiło, że we Francji, którą dotąd znaliśmy z domków i domów istnieje osiedle przypominające Ursynów. Okazało się, że we Francji też rządzili socjaliści, wprowadzając na swoją modłę podobne pomysły jak w krajach bloku komunistycznego. Tu było ładniej, więcej zieleni, czysto ale jednak duża gęstość zaludnienia i wiele pięter.

Kościół był szerszy niż dłuższy i właściwie nie miał prezbiterium. Na liturgii Wielkiej Soboty było wielu ludzi, dużo młodzieży, normalna służba liturgiczna, śpiewy. Na koniec uderzyło nas tylko to, że zaraz po zakończeniu liturgii, zanim jeszcze kapłan i asysta liturgiczna doszli do zakrystii, tłum zaczął niesamowicie głośno gadać. Piszę „gadać”, ponieważ zgiełk zrobił się niesamowity, wszyscy w jednym momencie zaczęli ze sobą rozmawiać. To był zgrzyt. Maurice znowu kątem oka zauważył, że my to tak odebraliśmy, jako zgrzyt właśnie. Jakimż on był bacznym, wrażliwym obserwatorem i wspaniałym gospodarzem zainteresowanym samopoczuciem nawet tak młodych gości! Maurice zagadnął do nas od razu jak wyszliśmy na zewnątrz.

- Wiem, wiem. Poczekajcie, jutro zabiorę was w jeszcze inne miejsce. Jestem pewien, że tam wam się spodoba.

Następnego dnia, w niedzielę wielkanocną, ruszyliśmy samochodem poza miasto. Jechaliśmy dłuższą chwilę wśród pól, lasów i łąk, by dotrzeć do małej miejscowości na jeszcze dalszych obrzeżach Paryża. Dotarliśmy do kościoła, otoczonego niezliczoną ilością zaparkowanych samochodów.

Wchodzimy do środka, a tam pełen kościół, mnóstwo młodych ludzi, młodych małżeństw, granatowe kurtki i płaszcze, malcy w krótkich spodenkach, Francja elegancja. Ktoś rozdaje teksty pieśni. Po chwili zaczyna się Msza Św. Piękna asysta, kilkunastu ministrantów w białych albach, świece, kadzielnica, i skupiony młody kapłan, dyskretnie pozdrawiający uśmiechem zgromadzonych. Msza była wspaniała, Paryż wart był Mszy, to znaczy przyjazd tutaj był tego wart, pomijając wszystko, nawet ze względu na tę jedną Mszę. Była to zwyczajna Msza, taką jaką znamy z naszych kościołów, ale odprawiana bardzo nabożnie, na której wszystko było jak należy od początku do końca. Uroczysta, okadzenie, świece krążące od ołtarza do ambony. I kazanie, płomienne. Ksiądz miał małe karteczki, kilka, na których najwidoczniej miał wynotowane punkty, które rozwijał. Ludzie zasłuchani. On precyzyjny, tłumaczący starannie aby być dobrze zrozumianym. Krótko, mimo niedzieli. Śpiew – znakomity! Wychodzimy poruszeni, w megapozytywnym nastroju, na pewno widać to po nas. Maurice uśmiecha się, chce zadać „rozstrzygające pchnięcie szpadą”.

- Chodźcie ze mną, jeszcze jedna rzecz.

Idziemy do zakrystii. Ksiądz już rozebrany z ornatu i alby, podchodzi od razu do Maurice’a. Witają się serdecznie, zagadują, po czym Maurice odwraca się od razu w naszą stronę i przedstawia nam kapłana.

- To ksiądz Pierre. Był skautem i drużynowym w naszym hufcu.

Tak! Wiedział jak nas podejść, jak rozłożyć na łopatki, jak totalnie zdobyć. Przybijamy piątkę, wymieniamy jakieś krótkie uwagi i pozdrowienia. Wychodzimy.

Jesteśmy pod wrażeniem. Znowu, trochę więcej rozumiemy o co tu chodzi. O co chodzi z tymi Skautami Europy, jakich ludzi ten ruch wychowuje i ma wychowywać. Jaki jest jego cel. Jesteśmy zmotywowani do działania.

Pielgrzymka do Reims, 1996, posiłek, 
jak widać Maurice wykorzystuje każdą chwilę na przekazywanie swojej wiedzy

Maurice jest człowiekiem, który położył wielkie zasługi dla powstania skautingu europejskiego w Polsce. Chciałem napisać „może i największe”, ale po namyśle nie chcę oceniać, wydawać sądów, itd. każdy ma swojej zasługi, niechaj policzone zostaną tam po drugiej stronie. Chciałem tak napisać bo oczywiście były osoby bardziej zaangażowane, czasowo na pewno, decyzyjne, ówcześni komisarze federalni: Gildas Dyevre, potem Pierrette Givelet, sekretarz federalny Jeanne Taillefer, niestrudzony Laurent Wallut, Jacques Mougenot i wielu innych. Jednak osobą, która najbardziej rozumiała, że Polska to nie Francja, najumiejętniej tłumaczyła i najgłębiej rozumiała i mówiła o niuansach był Maurice Ollier. Wtedy jako doradca właściwie, poproszony o tę misję, rewitalizowany ze skautowej emerytury. Jak mieliśmy się dowiedzieć później, człowiek który „zęby zjadł na skautingu”, był Komisarzem Federalnym, potem czy wcześniej ale pierwszym etatowym pracownikiem stowarzyszenia francuskiego, który wiele rzeczy „postawił”, „uruchomił”. Prywatnie mąż sympatycznej żony i ojciec czwórki dzieci. Mieliśmy je wszystkie poznać. Przy okazji okazało się, że jedną z dwóch przewodniczek o imieniu Cecile, które po cichu adorowało wielu wędrowników podczas wędrówki euromootowej do Le Puy, jest jedna z córek Maurice’a😉  (…)”

 

piątek, 7 lipca 2023

Niezwykle niewygodny człowiek


Niezwykle niewygodny człowiek

Ileż szczęścia miałem, że w przeddzień spotkania poświęconego promocji książki o Stanisławie Sedlaczku, natrafiłem na to wydarzenie na fejsbuku i następnego dnia stawiłem się prawie punktualnie w Domu Spotkań z Historią przy ul. Karowej w Warszawie. Przeżyłem coś podobnego jak ładnych parę lat temu gdy niespodziewanie znalazłem się na spotkaniu poświęconym promocji żółtej, papieskiej teki krakowskich Pressji. Miłe zaskoczenie, niedowierzanie, bezbrzeżną radość, że są ludzie których wcześniej nie znałem, którzy robią kawał dobrej roboty albo których znałem, ale nie wiedziałem, że takie rzeczy robią! Gratuluję i dziękuję zatem Fundacji Jacobstaf!, Wydawnictwu ZHR, Jarkowi Błoniarzowi, Markowi Wojdanowi, śp. autorowi książki Marianowi Miszczukowi, prowadzącemu spotkanie Tomaszowi Kozłowskiemu i historykowi Tomaszowi Sikorskiemu.

Za co?

Za przywołanie i przybliżenie postaci tak niezwykle ważnej dla historii polskiego harcerstwa, dla historii Polski, postaci emblematycznej dla naszych trudnych losów polskich, to znaczy osoby wybitnej, o wielkich zasługach, która miała być jednak wymazana z pamięci, anihilowana a jej wpływ ograniczony do zera. Tą postacią jest harcmistrz RP Stanisław Sedlaczek.

Książka o nim z 1991 roku, starannie gromadzone strzępki historii Hufców Polskich, kontakt z jego synem ks. Marianem Sedlaczkiem a także z ostatnimi żyjącymi harcerzami Hufców Polskich jak Krzysztof Eychler, w którego domu bywaliśmy i który bywał na pierwszych Harcach Majowych tworzącego się ruchu Skautów Europy w Polsce – wszystko to było niesamowicie ważne przy decyzjach związanych ze wstąpieniem SHK „Zawisza” do Federacji Skautingu Europejskiego.

Były to jednak tylko drobne puzzle zbierane pieczołowicie aby ułożyć z nich jakiś spójny obraz, ale wielu tych puzzli brakowało. Jakaż była moja radość, gdy wziąłem do ręki, pięknie wydaną, przebogato ilustrowaną, grubą i ciężką jak cegła biografię Sedlaczka pt. Lord Cotbury. Zanim jednak o książce, to o samym spotkaniu.

Przede wszystkim niezwykłe opowieści Marka Wojdana, który zaprzyjaźnił się z dziećmi Stanisława Sedlaczka i swoją przygodę z tą postacią rozpoczął w roku 1988. Podczas jednej z manifestacji został zgarnięty przez SB z ulotką, na której wspominany był Sedlaczek. Wojdan kompletnie nie wiedział kto i jak mu ją wręczył, ani kim był człowiek na ulotce, ale postanowił się nim zainteresować. I tak rozwinęła się pasja i więź zupełnie nadzwyczajna, dziedziczona przez kolejne pokolenia harcerzy ze Świebodzina. Opowieść Marka Wojdana o Sedlaczku i ilość zgromadzonych pamiątek są naprawdę zdumiewające. Począwszy od plecaka, z którym Sedlaczek uciekał z Kijowa podczas wojny polsko-bolszewickiej a w którym potem jego dzieci wynosiły osobiste drobiazgi z Powstania Warszawskiego, po indeks z ocenami ze studiów, notesy, pierwsze wydania książek, kamień, który używał do przyciskania papierów na swoim biurku.

Teraz kilka słów o samej postaci. Jak najkrócej ująć to kim był Stanisław Sedlaczek?

Był człowiekiem, który z tworzącym się ruchem skautowym związał się jako już osoba dorosła, miał wtedy 21 lat, i pozostał mu wierny aż do końca swoich dni. Był jedną z osób, które najwięcej przyczyniły się do powstania i rozwoju harcerstwa na ziemiach polskich. A być może nawet najważniejszą z tych osób, jeśli chodzi o odciśnięty ślad, wpływ na innych, ilość publikacji, przeprowadzonych szkoleń, głębokość i długość swojego zaangażowania. Zaskoczenie? Wszyscy słyszeli o Małkowskim, prawda? A potem od razu Szare Szeregi i Kamienie na Szaniec. Taka jest wiedza potoczna. Małkowski przetłumaczył książkę Baden-Powella (nie on jeden ale historia tego tłumaczenia jest faktycznie epicką historią), jednak zmarł tragicznie już w 1919 r. A Sedlaczek, o którym mało kto słyszał? Sedlaczek do 1931 roku był na przemian naczelnikiem albo przewodniczącym ZHP, napisał kilkadziesiąt książek skautowych, przetłumaczył kilkanaście, napisał setki artykułów, przeszkolił setki instruktorów harcerskich, itp., itd. Zainteresowanych odsyłam do książki.

Był, można powiedzieć, integralnym wychowawcą, człowiekiem głębokim, niezwykle pracowitym. Uderzyła mnie informacja o tym, że mimo wielu obowiązków, jakie miał, które wymagały podróży, przebywania poza domem - w pamięci jego dzieci przeważało wspomnienie o tym, że był oddany rodzinie, że bawił się z nimi, że był po prostu obecny. Dopiero późnym wieczorem gdy one już kładły się spać, on siadał do biurka i długo w noc pisał, pracował.

Był człowiekiem głębokiej wiary, intelektualnie ukształtowanym w tradycji myśli narodowej. Niewątpliwie był autorytetem, wokół którego gromadzili się jego współpracownicy i wychowankowie.

Zginął w Oświęcimiu w 1941 roku. Z jego transportu 350 polskich inteligentów nikt już żywy nie wyszedł z Auschwitz. Został aresztowany w nocy przez Gestapo. Miał możliwość ucieczki bo z dołu zadzwonił stróż, aby go przestrzec, że po niego właśnie idą a w mieszkaniu było tylne drugie wyjście, którym mógł zbiec. Jednak nie zrobił tego z obawy o rodzinę. Nie był przesłuchiwany, nie wiadomo pod jakim zarzutem został w ogóle aresztowany. Prawdopodobnie pod żadnym, w ramach akcji unicestwiania polskiej inteligencji, począwszy od najwybitniejszych jej przedstawicieli, mających największy wpływ na innych. Już we wrześniu 1939 roku Niemcy pojawili się aby go aresztować w ówczesnym miejscu zamieszkania w Poznaniu, jednak rodzina już szczęśliwie opuściła to miasto. Jak bolesna jest ta historia, jak przeraźliwie wstrząsająca. Ciekawy jestem, czy ktoś wie czy otwarte są albo kiedy będą otwarte jakiekolwiek archiwa niemieckie z czasów II Wojny Światowej? Zgadywać można, że zgodnie z niemiecką skrupulatnością, powinny być tam dokumenty np. związane z aresztowaniem Sedlaczka. Czy kiedykolwiek dowiemy się całej prawdy?

Książka jest wynikiem ogromnej pracy jej autora. Na koniec jednak mała łyżka dziegciu. Autor jakby z zawstydzeniem opisuje niektóre sytuacje czy poglądy Sedlaczka, szczególnie w części dotyczącej lat trzydziestych, gdy Sedlaczek i całe środowisko, które tworzyło i budowało organizację przez kilkanaście wcześniejszych lat było stopniowo odsuwane od wpływu i marginalizowane w ZHP. Przedstawia np. jakiś pogląd Sedlaczka, a potem często zaraz w kolejnym zdaniu go kontruje, pisząc, że były jakieś inne głosy, których jednak nie przytacza, albo że coś musiało wywoływać sprzeciw ówczesnych ale takiego sprzeciwu też nijak nie udowadnia. Dziwnie mi się takie fragmenty czytało, zgaduję, że śp. autorowi bliżej było do szkoły szaroszeregowej i tej, która umasowiła harcerstwo, upaństwowiła je w latach trzydziestych. Pisze on na przykład tak: „dopiero wsparcie, jakiego udzielił harcerstwu śląskiemu wojewoda Michał Grażyński, unaoczniło potężne możliwości istniejące w ruchu harcerskim w sytuacji, gdy mógł on liczyć na przemyślaną i konsekwentną pomoc państwa”. Podnoszone są aspekty finansowe, że wcześniej Związek borykał się z problemami, nie domykał się budżet itp. a później przeciwnie, finanse były znakomite. W którymś momencie autor cytuje krytyków tych zmian, którzy w latach trzydziestych pisali, że działo się tak wyłącznie dzięki wielkim subwencjom, które wynosiły ponad osiemdziesiąt procent całego budżetu ZHP.

Trzeba oddać sprawiedliwość śp. autorowi, że zaraz na początku w przedmowie książki zaznacza, że z niektórymi poglądami Sedlaczka „fundamentalnie się nie zgadza”. Widać to potem w wielu miejscach, czasami trochę nazbyt. Niepotrzebnie.

Tym nie mniej chwała śp. druhowi Marianowi Miszczukowi za uczciwość intelektualną i kawał wykonanej dobrej roboty. Fakty mówią zwykle same za siebie, tak jest i tym razem, w tej historii o pięknej postaci. 

wtorek, 22 lutego 2022

Opowieści dziwnej treści z okazji DMB 2022


Moi Drodzy, poniżej obiecana, przepraszam obiecana była jedna, a zamieszczam dwie mrożące krew w żyłach historie harcerskie. Będziecie sobie mogli wybrać i mi napisać (jeśli zechcecie), która historia nr 1 czy nr 2 bardziej zmroziła Wam tą wieczorną wolno płynącą po ciężkim
dniu krew. Uwaga dla sanepidów, kuratorów, rodziców skautów i wszystkich wrażliwych ludzi dobrej woli: teraz jest tylko bezpiecznie, to są naprawdę stare historie, ale za to prawdziwe. Enjoy!


1. Górki Noteckie

Na początku lat dziewięćdziesiątych prowadziłem harcerski obóz letni w okolicach Gorzowa Wielkopolskiego. Mój obóz był częścią dużego zgrupowania, w okolicy obozowało kilkanaście innych drużyn, zarówno męskich, jak i żeńskich, trafiały się też obozy wilczków czyli najmłodszej gałęzi wiekowej między 9 a 12 rokiem życia. Obozowaliśmy nad pięknym jeziorem, do którego co rano wskakiwaliśmy w ramach hartowania ciała i ducha, używając do tego liny zwisającej z wielkiego drzewa. Był to tzw. „skok na Tarzana”. Dopiero poznawaliśmy Skautów Europy, więc organizacja obozu bardziej przypominała obozy ZHR-u niż Skautów Europy. Namioty ustawione wokół placu apelowego, wspólna kuchnia, komendant i oboźny wydający rozkazy. Mimo że na obozie dojrzałej i zaprawionej w bojach drużyny przygód nie brakowało - postanowiłem nie szczędzić dodatkowych wrażeń moim harcerzom. Raz się żyje.

Zaplanowałem alarm nocny. W tym celu udałem się do oddalonego o pięć kilometrów zaprzyjaźnionego obozu i poprosiłem aby w nocy wysłali do nas kuriera z pilną wiadomością. Starannie ją zredagowałem, tak aby chłopak dokładnie ją przekazał, poprosiłem tylko aby nie wtajemniczali kuriera, aby cała akcja była jak najbardziej autentyczna. Tak też się stało.

Ja nie wtajemniczałem nikogo. Około godziny drugiej w nocy na plac apelowy z impetem wpadł rowerzysta. Zziajany, zdyszany, ciężko oddychał, nie mogąc na początku wydobyć nawet słowa. Tak szybko pedałował pokonując te pięć kilometrów, tak był przejęty przyczyną tej nagłej wycieczki, że dał z siebie wszystko. Wyglądał jak sprinter po zwycięstwie na olimpiadzie. Pochylony łapał z trudem oddech, a serce waliło mu jak młot.
- Górki, Górki Noteckie – dyszał.
- Ale co Górki, co Górki? – dopytywało dwóch młodych harcerzy stojących na warcie. Jeden z nich przytomnie od razu pobiegł po oboźnego. Oboźnym był zaś energiczny, spontaniczny i ekspresyjny Jacek.
- Górki, tam, tam katastrofa, pociąg, pociąg się wykoleił.
- …..
- Pociąg z ładunkiem chemikaliów. Skażenie, skażeeeenieeee!!! E w a k u a c j a !!!!!!
Jacek w piżamie wbiegł z powrotem do namiotu i mocno mną potrząsnął. Nie musiał, nie spałem i czekałem na rozwój wcześniej zaplanowanych wypadków.
- Skaaażeeenie! Musimy ewakuować cały obóz! – krzyczał mi nad głową.

Cóż było robić? Zeskoczyłem natychmiast z pryczy i przystąpiliśmy do ewakuacji. Wiadomość była tak straszna, że nikogo nie trzeba było specjalnie do tego zachęcać. Na zewnątrz w okamgnieniu zaczęły kłębić się zastępy harcerzy, gotowych do wymarszu. Objuczeni wielkimi plecakami, w rękach siatki, torby, różne sprzęty. W społeczeństwie polskim wciąż musiała być wtedy żywa pamięć o Czarnobylu, dlatego niewinna z pozoru informacja o skażeniu wzbudziła chyba taki popłoch. Nie minęło kilka minut a byliśmy gotowi do wymarszu.

Gdy ruszaliśmy z obozu zdałem sobie sprawę, że ewakuuje się również obozujący bardzo blisko nas obóz wilczkowy. No tak, nie wziąłem tego pod uwagę, przecież informacja o skażeniu lotem błyskawicy dotarła też do nich. Nie uprzedzałem szefów tamtego obozu o tym, że odbędą się nocne manewry, a gdybym uprzedził, czy nie byłoby to dziwne, że my się ewakuujemy a oni smacznie śpią. Takich pytań sobie wtedy nie zadawałem, nie pomyślałem o tym. Tymczasem nie można było już niczemu zapobiec. Małe wilczki z ogromnymi plecakami dzielnie tarmosiły się na drogę wyjazdową, a dzielni szefowie ustawiali je wzdłuż długiej liny, tak aby każdy trzymając tę linę w drodze przez las, nie zgubił się. Przytomne chłopaki.

Tego jednak było mało.

Duszpasterzem towarzyszącym wilczkom na obozie był namówiony do tego długimi staraniami i obietnicami uczynienia z obozu warunków niemal sanatoryjnych, ksiądz Grzesio. Ksiądz Grzesio był schorowanym, starszym księdzem, który rezydował w swoim dużym turystycznym namiocie, miał krzesełka, leżak, oddawał się na co dzień spacerom, zbieraniu jagód i grzybów. Wcześnie kładł się spać gdyż lekarz zalecał mu bardzo unormowany tryb życia, bez przemęczania się, co mogłoby być dla niego zabójcze.
Już domyślacie się, co się stało…. Oczom moim ukazał się Ksiądz Grzesio w dresach, z kilkoma wielkimi walizkami, przytraczający je niezdarnie do roweru, przejęty sytuacją i najpewniej perspektywą bezpowrotnej utraty całego dobytku. Cóż było robić? Zachowałem zimną krew, zarządziłem pomoc wilczkom i księdzu. Zaraz ruszyliśmy. Wszystko to trwało dosłownie kilka minut, sam byłem wstrząśnięty sprawnością i tempem ewakuacji.

Po przejściu trzystu metrów doszliśmy do większego duktu leśnego, przez który zwinnie przeciągał inny obóz. W tym momencie uświadomiłem sobie, że wokół jeziora nie byliśmy sami ale że obozowało tam jeszcze kilka środowisk. Mój nieoceniony oboźny zadbał już o to aby wszyscy oni otrzymali w mig mrożącą krew w żyłach informację o wykolejonym pociągu wiozącym chemikalia, skażeniu i konieczności natychmiastowej ewakuacji. Szliśmy do asfaltu czyli z grubsza jakiś kilometr coraz większą grupą. Ten pochód przypominał scenę z filmu katastroficznego albo reklamy gdy do bohatera dołączają inni, potem kolejni, aż idzie tłum, coraz większy i większy aż do kulminacyjnego momentu, gdy tłum rozlewa się wokół stołów w jakimś barze a wraz z nim rozlewa się piwo, które wszyscy wznoszą w geście zasłużonego zwycięstwa. My też zbliżaliśmy się do punktu kulminacyjnego.

Dotarliśmy do asfaltu. Po chwili zza zakrętu wyłoniły się wielkie reflektory ogromnej ciężarówki wiozącej na naczepie pnie drzew. Mój przyboczny już stał na środku jezdni i machał intensywnie dwoma rękami znakiem nakazującym zatrzymanie się pojazdu.
- Co jest? – burknął kierowca, kiedy Jacek otworzył drzwi jego kabiny.
- Skażenie, pociąg wykolejony, musi nas pan zabrać i ściągnąć posiłki.
- Ale gdzie ja was zabiorę? Do szoferki tylko….
Reakcja kierowcy była nadzwyczaj trzeźwa. Autentyczność i determinacja Jacka były tak wielkie, że szofer nie miał zbędnych pytań.
Pierwsi harcerze zaczęli się pakować do szoferki, inni próbowali zająć miejsca za kabiną kierowcy na zewnątrz samochodu-lawety wiozącego na naczepie pnie sosen.

Uznałem, że czas aby wkroczyć do akcji.
- Jacek, przepuszczamy pana.
- Ale jak to? Komendancie, przecież musimy się ewakuować – słowa zaczęły mu grzęznąć w gardle, gdy patrzył jak szeptem wypowiadałem słowa: „próbny alarm”.
Bałem się, że padnie na zawał albo mnie na miejscu rozszarpie. Powoli schodził ze stopni szoferki, a wraz z nim pierwsi gotowi do podróży harcerze. Poczekaliśmy chwilę aż wszyscy dotarli do drogi. Pęczniejące z minuty na minutę towarzystwo samo wyprodukowało i rozpowszechniło informację, że czekamy na autokary. Było nas ponad setka ludzi, całkowicie spakowanych, świadomych powagi sytuacji, spiętych w sobie.
- Dziękuję wszystkim za wspaniałą postawę, mobilizację i hart ducha. Na szczęście jest to tylko próbny alarm. Wracamy do obozów.

Po powrocie gwar rozbrzmiewał jeszcze długo w namiotach, każdy każdemu opowiadał te samą historię z detalami tak jakby ten drugi o niej pierwszy raz słyszał. Robiło się coraz jaśniej, najpierw nieśmiało a potem coraz odważniej nadchodził kolejny dzień. Dzień pełen nowych pomysłów.


2. PODCHODY

W dawniejszych czasach harcerskich jedną z największych atrakcji były podchody. Umawiane albo nie umawiane, zawsze wzbudzające wielkie przeżycia i emocje. Były bardzo realnym wyzwaniem, możliwością sprawdzenia się. Noc, realny przeciwnik, przezwyciężenie naturalnego strachu. Podchody wzmagały wagę i sens trzymania nocnych wart. Nocne warty potrafiły nieźle podnieść ciśnienie.

Pamiętam gdy razu pewnego noc była ciemna jak smoła, siąpił deszcz i z kolegą Heńkiem nie widzieliśmy nawet czubków swoich nosów. Dziwne odgłosy dobiegające zza namiotu spowodowały, że już prawie wspinaliśmy się na drzewo z obawy przed rozjuszoną lochą ze stadem pazernych małych dzików. Jednak dochodzące zza namiotu odgłosy nie były odgłosami dzika, i nie dochodziły zza namiotu. Wydawał te odgłosy nie dzik, ale druh Maniek, i nie zza namiotu tylko ze swojej pryczy znajdującej się jak najbardziej w namiocie. Korzystając z ciszy nocnej wyciągał spod poduszki zakamuflowane czekoladki i się nimi w najlepsze zajadał.

Takie to przygody trafiały się podczas nocnych wart. Ale nie tylko takie. Trzeba było się strzec przede wszystkim nieproszonych gości. Obcy harcerze zakradali się po to, aby uprowadzić sztandar, proporce albo i coś innego, by następnego dnia triumfalnie wmaszerować do obozu i zażądać okupu. Przy okazji demonstrowali jacy to oni są świetni, a jacy to wartownicy nieporadni. Nie można zaprzeczyć, że podchody stanowiły pewną przygodę, ale od razu mówię, że w obliczu atrakcyjności programu obecnych obozów skautowych, z takich podchodów można spokojnie zrezygnować. Wiązały się z nimi bowiem również pewne antywychowawcze aspekty, którego to wątku nie będę tu rozwijał, ale po prostu często wyzwalała się agresja sprzeczna z duchem harcerskim. Opowiadam zatem poniższą historię nie z powodu szczególnego sentymentu dla tego sposobu spędzania nocy w lesie, ale dla samej historii, która wiele lat mroziła krew w żyłach w pewnym środowisku.

Otóż pewnego razu podczas obozu na Pojezierzu Lubuskim, wybraliśmy się z nocną wizytą do znacznie od nas oddalonych bratnich obozów drużyn z innych miast. Gdy zbliżaliśmy się asfaltową drogą jeszcze w luźnym szyku w swobodnej atmosferze rozmów, nagle zauważyliśmy kontur stojącej przy drodze postaci. Natychmiast padliśmy plackiem do pobliskiego rowu.

Najsprytniejszy z całej grupy, mój brat Czesław, obserwował osobnika zza wielkich traw i w końcu orzekł, że „wysłali człowieka na czaty, widocznie się nas spodziewają”. Sytuacja była poważna. Orzekliśmy, że nie ma wyjścia, musimy wziąć jeńca. Zaczęliśmy się czołgać do domniemanego wartownika wysuniętego na czaty w celu ochrony obozu przed naszymi podchodami.

Wartownik stał i wypatrywał. Spiritus movens całej akcji czyli mój brat Czesław dał sygnał do ataku. Wypadliśmy z tych wielkich traw i błyskawicznie powaliliśmy człowieka na ziemię. Szamotał się straszliwie. Później Czesław relacjonował, że poczuł pierwszy niepokój, gdy starając się zamknąć usta chłopakowi aby ten nie krzyczał i nie spowodował alarmu i całego obozu biegnącego na nas, poczuł nagle pod dłonią coś szorstkiego i nieprzyjemnego. Szamotanina trwała dłuższą chwilę zanim ktoś zapalił latarkę i usiłował nią oświetlić twarz delikwenta. Nie było to łatwe bo ten szamotał się energicznie cały czas. W końcu zobaczyliśmy przerażone, rozbiegane gałki oczne. Czesław cały czas zakrywał usta przerażonemu osobnikowi o rozbieganych oczach masywną dłonią, czując pod nią coś szorstkiego. W końcu puścił uchwyt i usłyszeliśmy przestraszonym głosem wypowiadane słowa:
- Myśliwy, myśliwy jestem.

Okazało się, że plątający się między ciałami w szamotaninie dziwny przedmiot nie był kijem ale dubeltówką, a szorstkość pod dłonią Czesława powodowały obfite wąsy.

Wypuściliśmy z uścisku człowieka, przeprosiliśmy, kompletnie skonfundowani naszym atakiem. Ten wsiadł szybko na zaparkowany nieopodal motorower marki komar i odjechał czym prędzej, zostawiając za sobą kłęby niebieskiego dymu.

Dłuższą chwilę staliśmy kompletnie osłupiali wpatrując się w oddalający się ślad węglowy spotkanego owej nocy miejscowego kłusownika.

niedziela, 26 czerwca 2016

Skauci Europy szkołą patriotyzmu

Dwie wiosenne wielkie imprezy Skautów Europy: Harce Majowe zarówno u Harcerek, jak i u Harcerzy, nie mogło być inaczej, oparte o fabułę i dziejące się wokół rocznicy Chrztu Polski. Wielkie inscenizacje z Mieszkiem i Dobrawą, a nawet biskupem Jordanem przypływającym łodzią. Chłopcy odnawiający przyrzeczenia chrztu z polaniem głów wodą, zadania, gry i ogniska związane z tą najważniejszą historyczną datą w historii Polski. Bez chrztu Mieszka wszystko wyglądałoby inaczej, bylibyśmy kimś innym albo nie byłoby nas wcale. Dzięki tej ważnej decyzji dawnego władcy zaczęła się Polska, zaczęła się na serio jako część cywilizacji łacińskiej, kultury chrześcijańskiej. Jako młodszy od innych brat, uczeń, który szybko stał się prymusem, bardziej przejętym nową ideą niż starzy wyjadacze w ostatnich ławkach.
Zagadnienie patriotyzmu pozostaje czy może staje się jeszcze bardziej ważne w tym czasie z jednej strony zmian w Polsce, z drugiej wielkiego niepokoju w Europie i w świecie. Jakiś czas temu mieliśmy przyjemność w kilka osób wystąpić na falach radiowych w audycji pt. „Skauci Europy szkołą patriotyzmu”. Mówiliśmy tam, jak być powinno, jak być może i jak, mamy nadzieję, najczęściej jest z patriotyzmem w jednostkach Skautów Europy.
Zanim napiszę jakiś długaśny tekst na ten temat, poniżej kilka myśli, które nie roszczą pretensji do wyczerpania choć w części tematu. Nie jest to też w żadnej mierze stanowisko oficjalne czy ex cathedra. Może niektóre z poniższych refleksji i dla Was okażą się odkrywcze, tak jak stały się dla mnie, gdy po raz kolejny sięgnąłem do tekstów fundamentalnych, do ceremoniału i do własnej pamięci.
Pierwsza sprawa – skauting także w tej misji, wychowania patriotycznego, może być tylko komplementarny wobec rodziny, wobec tego, co rodzice przekazują w domu. Podobnie tak jak komplementarna powinna być szkoła i każda inna instytucja. Można właściwie powiedzieć, że w nauce patriotyzmu skauting jest też komplementarny do szkoły, bo to w szkole przecież poznaje się najważniejsze dzieła polskiej literatury, uczy kultury narodowej i historii (mam nadzieję), zdobywa wiedzę i umiejętności dla całego życia wypełnionego pracą. Stanowi o tym pkt 7 Karty Skautingu Europejskiego: „Skauting określa się jako metoda wychowawcza: różni się w ten sposób, przez swoją istotę i cel, od "ruchu młodzieżowego", którego głównym celem jest służyć Państwu lub ideologii politycznej, doczesnej lub nawet spirytualistycznej. W odróżnieniu od "ruchu młodzieżowego", skauting uważa się, obok szkoły, za komplementarny wobec rodziny, do której dziecko należy przede wszystkim”.
Jednak kolejny ósmy punkt Karty stanowi o tym, że nasz skauting chce uczyć miłości Ojczyzny: „Skauting, jako metoda wychowawcza obejmująca całego człowieka, chce wychowywać młodych we wszystkich sferach; stąd przywiązuje wagę nie tylko do formacji osobistej, ale również społecznej, ucząc miłości Ojczyzny, poczucia honoru, prawdziwej wierności, szacunku dla danego słowa, poczucia odpowiedzialności obywatelskiej w ramach wspólnot doczesnych.”

A zatem wychowanie patriotyczne jest jednym z celów naszego ruchu i, mówiąc wprost i bez ogródek, jeśli ktoś by go nie realizował w swojej jednostce, oznaczałoby to, że sprzeniewierza się naszej metodzie wychowawczej. Miłość ojczyzny i służba jej wynikają też bezpośrednio z naszej wiary, z czwartego przykazania dekalogu. Potwierdza to chociażby punkt 2239 Katechizmu Kościoła Katolickiego, który stwierdza, że „Miłość ojczyzny i służba dla niej wynikają z obowiązku wdzięczności i porządku miłości”. To ważne. Powiedzmy to dobitnie: patriotyzm jest nakazem sprawiedliwości! Ktoś kto jest wierzący albo uważa, że postępuje etycznie lecz patriotą nie jest lub odżegnuje się od związków ze swoją ojczyzną, ma w sobie jakieś daleko posunięte nieuporządkowanie. Intelektualne lub emocjonalne.

Gdy czytamy nasze teksty statutowe, teksty naszych obrzędów czy wymagania na stopnie, począwszy od wilczków, przez harcerki i harcerzy, przewodniczki i wędrowników, aż po szefów, znajdziemy tam wszędzie przewijające się obowiązki każdego z nas do tego aby: (i) ojczyznę poznać, (ii) być jej wiernym, (iii) służyć jej.

Tylko dla przykładu:

- Druga Zasada Podstawowa Skautingu Europejskiego – „Harcerz jest wierny swojej Ojczyźnie i działa na rzecz jedności i braterstwa w Europie.”

- Obietnica Wilczka – Obiecuję – ze wszystkich sił: starać się być wiernym Bogu, moim rodzicom, mojej Ojczyźnie Polsce, Prawu Gromady i Wilczka oraz każdego dnia czynić komuś dobry uczynek.”

- W przysiędze wierności kandydat do zastępu przyrzeka „pracować z zastępowym każdego dnia, by lepiej poznać swoją Ojczyznę”.

- Rota Przyrzeczenia Na mój honor, z łaską Bożą, przyrzekam całym życiem służyć Bogu, Kościołowi, mojej Ojczyźnie i Europie chrześcijańskiej, nieść w każdej potrzebie pomoc bliźnim, i przestrzegać Prawa Harcerskiego.”

- Prawo harcerza – „punkt 2 - Harcerz jest lojalny wobec swojego kraju, rodziców, przełożonych i podwładnych.”

- Na wszystkich naszych obozach powiewa flaga polska, biało-czerwona. Biały kolor symbolizuje czystość i szczerość, zaś czerwony – krew poległych w obronie Ojczyzny i naszą miłość do niej. Z kolei Trzy Główne Cnoty Harcerza to szczerość, ofiarność, czystość. Gdy patrzymy na naszą flagę narodową, kolor biały przypomina nam aby być zawsze szczerym i czystym, a kolor czerwony - ofiarnym. Niesamowita symbolika!
- W książeczce ochotnika „Na mój honor” w komentarzu do drugiej Zasady Podstawowej dwunastolatek czyta:
„(…) Służyć swojej Ojczyźnie (…) to znaczy również ją poznawać.
Czy wiesz kim byli Chrobry, Łokietek, Jagiełło, Sobieski, Kościuszko, Piłsudski, Dmowski, Kardynał Wyszyński? Czy mówią ci coś nazwy: Głogów, Grunwald, Wiedeń, Racławice, Cud nad Wisłą, Westerplatte?
Możesz być dumny z tego, że jesteś Polakiem!
Miłość do swego narodu nie oznacza nienawiści do innych. Nasza kultura wzbogaca się poznając inne, które również należą do naszego wspólnego dziedzictwa. W ten sposób kraje Europy mają wspólną historię.
Bądź gotów służyć Polsce i Europie!”

Bardzo ładnie to współgra z nauczaniem Świętego Jana Pawła II, który w książce „Pamięć i tożsamość” pisze tak:
Nacjonalizm uznaje tylko dobro własnego narodu i tylko do niego dąży, nie licząc się z prawami innych. Patriotyzm natomiast, jako miłość ojczyzny, przyznaje wszystkim innym narodom takie samo prawo jak własnemu, a zatem jest drogą do uporządkowanej miłości społecznej.”

Patriotyzm jest zatem czymś dobrym, sprawiedliwym, naturalnym, nie oznacza przebóstwienia swojego narodu, nie oznacza chęci wywyższania go ponad inne.

I jeszcze wymagania ochotnika:
„Znasz pochodzenie godła narodowego i słów hymnu państwowego.
Znasz pochodzenie i symbolikę flagi.
Wiesz co wiąże się z datami: 966, 1410, 1689, 3 V 1791, 11 XI 1918, 15 VIII 1920”.

To wspaniała triada zachowań: poznawać, być wiernym poznanemu i w końcu służyć.

Wydaje mi się, że być może za rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że patriotyzm zaczyna się od poznania swojego kraju, jego geografii, ludzi, historii, tradycji, pięknych kart ale też tych, z których trzeba wyciągnąć wnioski na przyszłość. To wszystko jest jakimś dziedzictwem czyli czymś, co otrzymujemy bez własnej woli i mamy obowiązek zaakceptować, przemyśleć, być może przepracować i nieść dalej. Dziedziczymy na pewno jakieś wady przodków ale to nie znaczy, że w tym przypadku rozgrzeszamy się i mamy je kontynuować. Mamy obowiązek je przezwyciężać, „dziś być lepszym niż wczoraj, jutro lepszym niż dziś”. Nie wiem czy dziedziczymy zalety, ale na pewno powinniśmy sięgać szczególnie do pięknych kart historii, poznawać i podziwiać cnoty i bohaterskie czyny naszych przodków.

Mimo wszystkich coraz liczniejszych wspaniałych inicjatyw propagujących wiedzę o polskiej historii i geografii, można mieć niedosyt poznania, o jakie chodzi. Najczęściej niedosyt ten jeszcze się wzmaga, gdy wracamy z jakiejś zagranicznej podróży z obcego, dumnego kraju. Twierdzę z całą odpowiedzialnością, że nie znamy jako Polacy swojej historii wystarczająco, nie mamy nawet przeczucia tego, czym Polska była i jaką była. Przyczyna jest prosta: znikoma ilość współczesnych, nowoczesnych środków, które by to ukazywały: filmów, powieści, sztuk teatralnych, muzeów z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście, wiem, są wyjątki, ale za mało, zdecydowanie za mało. Często te, które są, przekazują obraz uproszczony lub koncentrujący się na jednym aspekcie. Natomiast filmy historyczne i powieści są stare i nie przystają do wrażliwości współczesnego widza i czytelnika.

Ta rzeczywistość tym bardziej nie zwalnia Skautów Europy od poznawania swojej ojczyzny. I robimy to przecież w sposób bardzo skuteczny i często atrakcyjny. Wszystkie przedstawienia, scenki na ogniskach, znajomość pieśni, gry fabularne, terenowe, miejskie czy stacjonarne, zadania zastępów podczas wypraw Explo i zadania indywidualne, w ramach wymagań na stopnie i sprawności, same wyprawy, obozy czy wędrówki w różnych ciekawych zakątkach kraju są już przejawem tej poznawczej aktywności. Wreszcie animowanie różnorakich inicjatyw w swoim środowisku lokalnym, w szkole, parafii i swoim mieście. To co ważne, żeby fabuły, tematy gier, wybrane wydarzenia historyczne nie były przypadkowe ale aby wybierając je, odkrywać wielkie i piękne strony naszej historii i kultury.

Powinnością szefa jest dawać przykład swoimi czynami i tłumaczyć, jak on rozumie te, cytowane wyżej, piękne sformułowania naszych tekstów.

Poznawanie ojczyzny to również zaprzyjaźnianie się z kulturą ojczystą. Jest naszym obowiązkiem poznać wielkie dzieła i twory ducha, artystów, myślicieli, uczonych, poetów i pisarzy. Czy nas zachwyca czy nie zachwyca, jest pewien kanon, który trzeba znać. Pewien zbiór postaci, bohaterów historycznych i literackich powinien nam być bliski jak grupa dobrych przyjaciół. Podobnie ze znajomością kraju. Jest pewien kanon miejsc, który trzeba znać.

Jak pisze Innocenty Maria Bocheński w znakomitej broszurze „O patriotyzmie”, którą kiedyś wnikliwie studiowałem - w etyce rządzi uniwersalna zasada „nihil appetitum nisi praecognitum: niczego nie można pragnąć, jeśli się tego nie zna”. A zatem poznawajmy!

Zanim pochylimy się nad tym, co znaczy być wiernym ojczyźnie, warto zastanowić się nad samym pojęciem „ojczyzna”. Czy to „państwo”, a może tylko ludzie, którzy żyją na określonym terytorium? Jeśli ludzie, to czy tylko ci żyjący tu i teraz, czy także ci, którzy są tu pochowani i ci, którzy jeszcze się nie urodzili? Czy to określony język, kultura, historia? Na pewno wszystkie te rzeczy razem i jeszcze więcej, ojczyzna to coś podobnego do ojca czy matki, dlatego w innych językach ojczyzna to „motherland” czy „fatherland”.
Być wiernym ojczyźnie, bo coś jej zawdzięczamy, pośrednio lub bezpośrednio. To kim jesteśmy, ideały, w które wierzymy, cnoty, które posiadamy, zwyczaje, kulturę, język, wychowanie.

W tym kontekście warto znać słowa wypowiedziane przez Jana Pawła II w siedzibie UNESCO w 1980 r.: „Jestem synem narodu, który przetrwał najstraszliwsze doświadczenia dziejów, który wielokrotnie był przez sąsiadów skazywany na śmierć - a on pozostał przy życiu i pozostał sobą. Zachował własną tożsamość i zachował pośród rozbiorów i okupacji własną suwerenność jako naród - nie w oparciu o jakiekolwiek inne środki fizycznej potęgi, ale tylko w oparciu o własną kulturę, która okazała się w tym wypadku potęgą większą od tamtych potęg”.

Za wspomnianą broszurą I.M. Bocheńskiego podkreślmy, że „patriotyzm ma przede wszystkim siedzibę nie w uczuciu, ale w woli”. „Nie jest on więc uczuciem – aczkolwiek uczucie patriotyczne może walnie się przyczynić do należytego działania. Nie ten więc jest dobrym patriotą, kto ma najgorętsze uczucia patriotyczne, ale ten, kto potrafi najlepiej swój obowiązek patriotyczny spełnić, innymi słowami – ten, kto ma najsilniejszą po temu wolę”. Myślę, że to ważna uwaga. Często bowiem w potocznym rozumieniu za największego patriotę uchodzi najbardziej rozemocjonowany, najgłośniej śpiewający, najczęściej uczestniczący w rocznicowych obchodach czy niosący największą flagę a nie ten, mówiąc Bocheńskim: „kto swoimi czynami najwięcej do dobra kraju się przyczynia”. Wskazuje on także, że uczucia są ważne, m.in. do ich wychowywania służą tzw. uroczystości patriotyczne. Bocheński pisze, że „udział w akademii 3 Maja nie ma sensu, o ile nie wywołuje u nas pożądanych uczuć”, oraz że taki udział „nie ma wartości sam w sobie”.

Służyć to pracować solidnie, w swojej pracy widzieć głębszy sens, nie tylko zarabianie pieniędzy czy realizację indywidualnych celów i pasji ale przyczynianie się do dobra ogółu, do dobra wspólnego. I wierzcie mi każda, czy prawie każda praca może być tak wykonywana. Czy będzie to praca sprzedawcy, taksówkarza czy kierowcy autobusu miejskiego? Oczywiście niektóre zawody czy funkcje bardziej bezpośrednio są pracą dla dobra publicznego i wpływają na wspólną rzeczywistość. Politycy, urzędnicy, dziennikarze, dyplomaci, itd. Jeśli ktoś ma możliwość pracy bezpośrednio w służbie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej powinien poczytywać to sobie za honor, szczególną okazję do służby. Wszyscy, poza dobrze wykonywaną własną pracą tak aby przez nią służyć w jakiś sposób dobru ogólnemu, mają szereg obowiązków: (i) interesowania się sprawami ojczyzny czyli tzw. polityką, (ii) wspomagania całości swoimi siłami i majątkiem (np. płacąc podatki, ale wiemy z historii, że niektórzy oddali jej wszystko) oraz (iii) poświęcenia nawet życia w jej obronie, jeśli zaszłaby taka konieczność (co bynajmniej nie oznacza, że należy narażać je lekkomyślnie czy „strzelać do wroga diamentami”). Poza tym wiele więcej: aktywność społeczna, staranne wychowanie dzieci, „promieniowanie kulturą”, itd. W dzisiejszych czasach szczególnie ważne wydaje się też to, aby starać się pracować mimo wszystko w kraju a jeśli poza nim to z myślą o przyczynianiu się do jego pomyślności zagranicą, inwestowaniu tutaj czy planowaniu w perspektywie powrotu.


To w telegraficznym skrócie kilka myśli nt. służby, bez pretensji do wyczerpania tematu. Do służby w dorosłym życiu skauci przygotowują się poprzez pracę nad charakterem, naukę, wyrabianie pozytywnych nawyków, funkcje w zastępie czy choćby zwyczaj codziennego dobrego uczynku.