Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patriotyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patriotyzm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 marca 2022

Ukraina


Jeszcze nieco ponad tydzień temu beztrosko wspominaliśmy sobie na fejsbuku przygody harcerskie. Dwa dni później zaczęła się wojna. Prawdziwa, w której giną ludzie a miasta obracają się w ruinę. Jesteśmy świadkami czegoś bardzo złego dla Ukrainy i bardzo niebezpiecznego dla całego świata.

Wojna tuż obok zmienia wiele. Nikomu teraz nie jest do śmiechu. Staramy się kontynuować swoje normalne obowiązki, lecz cały czas śledzimy wiadomości, martwimy się, wzruszamy i pomagamy jak możemy. Jako Polska, jako Polacy zachowujemy się „jak trzeba”, a nawet więcej. Otwarcie serc, zaangażowanie ludzi dobrej woli jest niesamowite. Zniknęły podziały, mówimy jednym głosem i wspólnie się angażujemy. To na pewno jest właściwe i konieczne do robienia, uczynki miłosierdzia co do ciała. Po pierwszym entuzjazmie, może przyjść jednak zmęczenie, nie będzie łatwo, to nie orkiestra wielkiej pomocy grająca jeden dzień w roku. Oczywiście oby jak najkrócej trwała rozłąka rodzin, oby ludzie mogli wrócić do swoich domów, żony i dzieci do mężów i ojców. Nikt jednak nie wie, jak potoczą się dalsze wypadki, ile będzie to wszystko trwało.

Nie wiem do końca, czy jest sens dzielić się tymi myślami tutaj, kogo mogą obchodzić, dlatego nie pisałem wcześniej, choć głowa pęka od pytań, domysłów i spekulacji. Zamiast zaczytywać się w komentarzach i wiadomościach, na pewno sensowniej jest robić cokolwiek, wpłacać, zawozić, dowozić, gościć, kupować i wysyłać. Jeszcze raz wielki szacunek, wielkie podziękowanie dla wszystkich angażujących się jakkolwiek, to wielka narodowa akcja, gdzie dajemy świadectwo swojego człowieczeństwa, i patos jest tu jak najbardziej na miejscu. Dlatego tylko kilka myśli na szybko.

Doszło do ataku na niepodległe, suwerenne państwo. Bez względu na wszelkie rozważania geopolityczne, analizy doktryny Rosji itp. to jest to akt bezprawia międzynarodowego, naruszenie podstawowych praw ludzkich, prawa narodów do samostanowienia, coś takiego wymaga natychmiastowego potępienia przez wspólnotę międzynarodową i powinno wymagać reakcji. Patrząc na historię, nigdy takich wątpliwości nie miał Jan Paweł II, który zawsze bezkompromisowo reagował i krzyczał (to jest adekwatne słowo, tak właśnie było) na Placu Świętego Piotra w obliczu wojen, bez względu na to kto je wszczynał. Wojna zawsze jest kataklizmem, w którym giną niewinni ludzie, zostawia zgliszcza materialne i rany psychiczne na pokolenia. Nienawiść rodzi nienawiść. O tym trzeba pamiętać. Możemy się cieszyć z tych lub owych taktycznych zwycięstw Ukraińców, z tego że Romowie zakosili czołg Rosjanom, że to lub owo, ale w poczuciu powagi, to jest tragedia dziejąca się na naszych oczach. Zło, które wypełza, tak szybko nie chowa się potem do swojej pieczary.

Widzimy, że Polska nie miała żadnych wątpliwości od samego początku. Nie można tego powiedzieć o reakcjach w pierwszych dwóch dniach napaści kilku ważnych krajów. Inwazja była nazywana konfliktem, operacja militarną itp. To zawstydzające, ale to tylko nam uświadamia, że moralność międzynarodowa jest na niskim poziomie, że wcześniej akceptowano rozwiązania siłowe, a skromne komunikaty oburzenia blakły już po kilku dniach. We współczesnym świecie liczy się siła a nie prawo, sprzeciwiamy się temu, to nas oburza ale musimy o tym pamiętać. Putin w sposób wyostrzony i karykaturalny uprawia tępą, kłamliwą propagandę i łatwo ją identyfikować, ale to nie znaczy, że gdy inni używają jej w sposób bardziej finezyjny, mamy jej ulegać. Nie powinniśmy mieć złudzeń i nie powinniśmy ulegać zbytniemu optymizmowi, który gdzieniegdzie się pojawił.

Pojawił się, ponieważ kilka pozytywnych aspektów faktycznie wystąpiło. Zachód zjednoczył siły, Szwecja, Finlandia zgłosiły akces do NATO, te państwa mają dobre rozeznanie sytuacji i pamiętają historię. Białoruś oficjalnie nie rzuciła swoich dywizji do akcji bezpośredniej, Łukaszenka kluczy chyba, na ile może, w każdym razie różne tu są domysły. Polska otrzymuje werbalne wsparcie sojuszników z NATO, pojawiło się kilka tysięcy żołnierzy, etc. Domniemany układ rosyjsko-niemiecki został rozerwany, zwidy i naiwne pobożne życzenia zachodniej Europy na temat Putina w obliczu krwawych wydarzeń rozwiewają się. Choć powoli i niechętnie. I najważniejsze: Ukraina wciąż walczy! Wbrew wszelkim prognozom i pewnie oczekiwaniom różnych możnych tego świata, którzy wtedy odetchnęliby z ulgą i zaczęli rozmasowywać dyplomatycznie faus paux Putina, Ukraina stawiła mężny opór i okazała się dużo silniejsza niż myślano.

Cały świat zobaczył dzielny naród ukraiński zjednoczony wokół swoich przywódców. Mnóstwo faktów nie tylko daje do myślenia, co powinno wstrząsać zamożnymi, leniwymi społeczeństwami Zachodu. Mężczyźni - obywatele Ukrainy pracujący zagranicą, wrócili do kraju by go bronić. Takie informacje robią wrażenie. Niejednemu przyszło do głowy pytanie: czy w jakimkolwiek innym narodzie byłby teraz taki duch? Czy taki duch byłby w Polsce? Wolelibyśmy tego nie testować w praktyce. Kiedyś mieliśmy takiego ducha, wielkiego ducha, a było to w roku 39, a potem w 44. Jak kamienie rzucane na szaniec poszły w dym walki najlepsze jednostki, zginęło całe pokolenie, mężnie oddając życie za ojczyznę. Życia ojczyźnie jednak to nie ocaliło, w żaden sposób. W żaden. Wiemy o tym dobrze. To jest trauma, która trwa w naszym narodzie, myślę, że głęboko, i nie ma pewnie osoby, która by o tym nie pomyślała w ostatnich dniach. Nasze bohaterstwo nie wzruszyło zachodniej opinii publicznej ani nie obeszło rządzących. Czy teraz bohaterstwo Ukraińców wzruszyłoby ich, gdyby nie przejmujące obrazki w telewizji i na fejsbuku? Czy jakakolwiek demonstracja ruszyłaby ulicami miast europejskich? Nasze bohaterstwo wykrwawiło nas i ułatwiło Stalinowi jego plany dla Polski. Pamiętajmy, nigdy, nigdy nie liczmy na to, że krew naszych młodych chłopców kogokolwiek do czegoś popchnie, zmusi, nakłoni np. do pomocy. Nie wolno nigdy przedmiotowo traktować innego człowieka nawet w takich przypadkach. Owszem walka może być konieczna po prostu dla obrony, dla walki o życie innych ludzi. Na tym polega etos żołnierski: żołnierz ryzykuje własnym życiem dla obrony żyć innych ludzi.

Dlatego niepokoją mnie głosy, że w razie napaści na Polskę musielibyśmy wytrwać trzy, pięć, siedem albo czternaście dni aby państwa NATO przyszły nam z pomocą. Nie! I jeszcze raz nie! Ostatecznie jestem prawnikiem i w Artykule 5 Paktu Północnoatlantyckiego nie widzę żadnych tego typu zapisów. To postanowienie jest proste jak drut! Napaść na jednego oznacza wojnę ze wszystkimi i obliguje innych do udzielenia pomocy „łącznie z użyciem siły zbrojnej”, do podjęcia działań „niezwłocznie”. Niezwłocznie oznacza, jak wszyscy prawnicy wiedzą, bez uzasadnionej zwłoki. A wiadomo przecież, że trzeba się spakować, przylecieć, etc. Więc różni analitycy wskazujący na konieczność posiadania silnej armii zdolnej do oporu przez te ileś tam dni, więc ci analitycy w praktyce pewnie mają rację. Ale publicznie, na zewnątrz nie możemy tego akcentować: powinniśmy akcentować konieczność natychmiastowej odpowiedzi. Oby te rozważania pozostały na zawsze tylko teoretyczne.

Patrzenie na bohaterską walkę Ukrainy uruchamia w nas bolesne wspomnienie naszej historii i strach o to, czy z nami nie będzie tak samo? Czy Ich mężna walka, ofiara krwi powstrzyma powrót pod sowiecki but? Zaraz za tym czai się strach, co będzie dalej? Państwa Bałtyckie? A potem „mój kraj Polska”? I co wtedy? Będziemy głośno krzyczeć, że honor, że nie oddamy guzika a potem zginie kilkaset tysięcy ludzi, nasze miasta zostaną zrównane z ziemią, a i tak przegramy. Przepraszam, że wypowiadam obawy, które są w głowach, o których boimy się myśleć. Czy w tym kontekście może dziwić zainteresowanie stanem uzbrojenia naszej armii? Sensownością różnych decyzji, zakupami wyszukanego, drogiego sprzętu w małych ilościach, który ma pojawić się tu za kilka lat? A może powinniśmy wyprodukować (możemy sami) tysiące ręcznych wyrzutni przeciwpancernych i przeciwlotniczych? Ich magazyny mieć w każdej gminie? Może powinniśmy przeszkolić w nauce strzelania miliony i miliony kałasznikowów mieć w magazynach, by w razie wojny rozdać broń? Nie chcę się tu wymądrzać, bo setki ekspertów teraz się pojawiło i każdy wrzuca swoje pięć groszy. Chcę tylko powiedzieć, że takie zainteresowanie, taka refleksja, taka dyskusja jest naturalna, jest uzasadniona, wynika z naszych uzasadnionych obaw. To jednak jest przerażające, wolelibyśmy aby nasza wiara w sojusze i w potęgę techniczną naszej armii została wzmocniona. Abyśmy zostali uspokojeni. Aby każdy z nas mógł się zajmować swoim zawodem, uprawą ogródka czy czymkolwiek chce, pewny, że nigdy sam nie będzie musiał chwycić za broń by bronić swoich najbliższych. Na razie prawda jest taka, że mamy mikroskopijną armię ze skromnym wyposażeniem. I trzeba mieć to na uwadze. Potrzebujemy czasu aby to zmienić.

Większość świata (chciałbym napisać cały, ale musimy starać się być jednak precyzyjni) chce przegranej Putina, zamachu stanu na Kremlu, wygranej Ukrainy. A co jak Kijów padnie? Co będzie dalej? Jednak przegrana Putina teraz również nas w całości nie uspokoi. Bo co dalej? Odpuści, wycofa się i zaakceptuje przegraną? Przecież ten system, ci ludzie nie liczą się z niczym, nie wierzą w Boga, nie boją się żadnej kary, boskiej w szczególności. Odetniemy hydrze jedną głowę, czy nie odrosną dwie? Nikt chyba nie jest spokojny. Wojna raz rozpoczęta może rodzić falę.

Dlatego jedna rzecz, niewątpliwa, którą możemy i powinniśmy czynić to modlitwa, pokuta i post. Wielki szacunek dla wszystkich proboszczów, którzy już zarządzili to co trzeba. Super, że wielu ludzi natychmiast sięga po różańce. Dziwię się właściwie dlaczego codziennie nie biją dzwony na trwogę? Nie czekajmy aż ktoś to zrobi za nas. Wzywajmy, proponujmy swoim proboszczom, wikarym, grupom parafialnym wielkie akcje modlitewne. Różańce i adoracje, przebłagalne, dziękczynne i pokutne. Wyobrażam sobie, że nawet niewierzący, ludzie nie mający łaski wiary, mogą zachęcać do tego innych. Znajomość faktów historycznych: Lepanto 1571, Portugalia, Warszawa 1920, Austria 1955, Filipiny 1986, mogłaby do tego skłaniać z przyczyn całkowicie konformistycznych. Dlaczego nie, skoro podobno pomogło w innych sytuacjach? Na pewno nie zaszkodziło. Wszystkie te miejsca łączy jeden rodzaj zwycięstw, jeden mianownik. Warto poszperać i doczytać we własnym zakresie. Napiszę tylko, że między 6 a 15 sierpnia 1920 r. we wszystkich kościołach Warszawy trwała 24-godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu, kardynałowie Kakowski i Dalbor zarządzili ogólnonarodową krucjatę modlitewną, ludzie klęczeli non stop. Podobnie rabinat warszawski w tym czasie wezwał do odmawiania codziennie specjalnych modlitw. Wszyscy wtedy rozumieli, że Bóg jest najpewniejszą pomocą w trudnościach. Wiemy, że wtedy się udało. Nie żartujmy tylko, że dzięki geniuszowi Piłsudskiego. Nic takiego lub choćby podobnego nie miało miejsca ani w 39 ani w 44 roku.

Warto też zauważyć, że biskupi ukraińscy wystosowali apel do papieża Franciszka o wykonanie apelu z Fatimy o poświęcenie Rosji Niepokalanemu sercu Maryi (105 lat temu, przypomnijmy, została wydana „precyzyjna instrukcja” jak to ma wyglądać, a jakoś się nie złożyło aby ją wykonać przez setkę lat z okładem). Pius XII i Jan Paweł II zrobili to, ale połowicznie, nie tak jak wynikałoby z „instrukcji”. Cóż, to już nie w naszej mocy.

Gdy zaczyna się wojna, gdy widzimy, że to jest wielka rozgrywka, to logika ludzka i środki ludzkie nie są wystarczające. Z bajek pamiętamy, że gdy dżin zostanie wypuszczony z butelki, nie jest łatwo z powrotem go tam zapędzić. Jakbyśmy bardzo nie ufali i nie wierzyli w geniusz przywódców politycznych i wojskowych, należy modlić się za ich dobre decyzje, najlepsze w danej sytuacji. Nie zawsze jest je łatwo podjąć, nawet zakładając całkowicie dobrą wolę, świetne przygotowanie do pełnionych funkcji, wystarczające informacje i odrobienie lekcji z historii. Nie ulega wątpliwości, że w sytuacji kryzysowej trzeba stać twardo przy rządzących, nie jątrzyć, nie dzielić, ale nie znaczy to, że nie należy uważnie obserwować, mieć stuprocentowe zaufanie i nie mówić „sprawdzam”. Na szczęście wydaje się, że w obecnej sytuacji, nasi rządzący stają na razie na wysokości zadania. Z tego co wiemy, podejmują dobre decyzje, robią to co trzeba. Ale co my tam wiemy, w szczególności o tym co będzie za chwilę, co jest przedmiotem rozmów na szczycie itd. Wszystko wskazuje na to, że najważniejsze sprawdziany jeszcze przed nimi. Oby je zdali.

I jeszcze jedno, musimy pamiętać o latach prania mózgów i cichej propagandy na Zachodzie. Filorosyjskość nie tylko elit politycznych ale i zwykłych ludzi w Niemczech, we Francji, w innych krajach. Owszem pojawił się szok, niedowierzanie, ale ta wcześniejsza sympatia nie zginie żywcem pogrzebana. Ona może odżyć, i to bardzo szybko. Nie mówię już o działaniu agentury wpływu, pudeł rezonansowych i „pożytecznych idiotów”. Dlatego tak ważne jest uświadamianie: naszych zagranicznych przyjaciół i znajomych, kolegów z pracy, wszelkich znajomych i obcokrajowców. To jest ten moment, kiedy można uzyskać jakąś zmianę świadomości. Róbmy to!

Za dużo tych wątków ale jeszcze jeden: istnieje ryzyko, że za dobro czynione teraz możemy ponieść też swoją cenę. Nasza dobra postawa jest i pozostanie wyrzutem sumienia dla Zachodu, który ufał Putinowi, dealował z Putinem, wiązał nadzieje zysków, świetlanej przyszłości z Rosją reprezentowaną przez system putinowski. Przymykano oczy, chętnie wierzono w swoje projekcje wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi. Robiono interesy. Już teraz widać, że tylko w naszej telewizji wzorowa postawa Polaków i Polski jest widoczna. W innych mniej. Pojawić się mogą akcje defamacyjne wyolbrzymiające jakieś incydenty, już się pojawiły, które mogą być efektem prowokacji, itd. Nasze państwo nie jest przygotowane do przeciwdziałania takim akcjom, już nie raz się o tym przekonaliśmy. Czy my coś możemy zrobić? Owszem: głośmy prawdę, komentujmy, opowiadajmy - naszym znajomym, przyjaciołom, kontaktom, ludziom z naszych firm w innych krajach. Wchodźmy na zagraniczne portale informacyjne, komentujmy, prostujmy albo uświadamiajmy. Niech zobaczą, niech się dowiedzą, wciągajmy ich w pomoc, w zaangażowanie. Jest szansa na dotarcie do niektórych przynajmniej osób, przebicia się z faktami, do zmiany stereotypów. Nawet jeśli przebijemy się do części osób to i tak będzie bardzo dobrze.

Jeszcze jedna rzecz naprawdę już na koniec. Postawa Ukrainy budzi podziw, na naszych oczach rodzi się wielki mit, mit założycielski, dużo lepszy niż wszystkie wcześniej. W tym micie jest polska ręka podana w potrzebie sąsiadowi, jest bezwarunkowa pomoc. Bez względu na to co jeszcze się wydarzy, to już się wydarzyło i zmieni historię w tej części Europy.

To tyle moich trzech groszy.

niedziela, 26 czerwca 2016

Skauci Europy szkołą patriotyzmu

Dwie wiosenne wielkie imprezy Skautów Europy: Harce Majowe zarówno u Harcerek, jak i u Harcerzy, nie mogło być inaczej, oparte o fabułę i dziejące się wokół rocznicy Chrztu Polski. Wielkie inscenizacje z Mieszkiem i Dobrawą, a nawet biskupem Jordanem przypływającym łodzią. Chłopcy odnawiający przyrzeczenia chrztu z polaniem głów wodą, zadania, gry i ogniska związane z tą najważniejszą historyczną datą w historii Polski. Bez chrztu Mieszka wszystko wyglądałoby inaczej, bylibyśmy kimś innym albo nie byłoby nas wcale. Dzięki tej ważnej decyzji dawnego władcy zaczęła się Polska, zaczęła się na serio jako część cywilizacji łacińskiej, kultury chrześcijańskiej. Jako młodszy od innych brat, uczeń, który szybko stał się prymusem, bardziej przejętym nową ideą niż starzy wyjadacze w ostatnich ławkach.
Zagadnienie patriotyzmu pozostaje czy może staje się jeszcze bardziej ważne w tym czasie z jednej strony zmian w Polsce, z drugiej wielkiego niepokoju w Europie i w świecie. Jakiś czas temu mieliśmy przyjemność w kilka osób wystąpić na falach radiowych w audycji pt. „Skauci Europy szkołą patriotyzmu”. Mówiliśmy tam, jak być powinno, jak być może i jak, mamy nadzieję, najczęściej jest z patriotyzmem w jednostkach Skautów Europy.
Zanim napiszę jakiś długaśny tekst na ten temat, poniżej kilka myśli, które nie roszczą pretensji do wyczerpania choć w części tematu. Nie jest to też w żadnej mierze stanowisko oficjalne czy ex cathedra. Może niektóre z poniższych refleksji i dla Was okażą się odkrywcze, tak jak stały się dla mnie, gdy po raz kolejny sięgnąłem do tekstów fundamentalnych, do ceremoniału i do własnej pamięci.
Pierwsza sprawa – skauting także w tej misji, wychowania patriotycznego, może być tylko komplementarny wobec rodziny, wobec tego, co rodzice przekazują w domu. Podobnie tak jak komplementarna powinna być szkoła i każda inna instytucja. Można właściwie powiedzieć, że w nauce patriotyzmu skauting jest też komplementarny do szkoły, bo to w szkole przecież poznaje się najważniejsze dzieła polskiej literatury, uczy kultury narodowej i historii (mam nadzieję), zdobywa wiedzę i umiejętności dla całego życia wypełnionego pracą. Stanowi o tym pkt 7 Karty Skautingu Europejskiego: „Skauting określa się jako metoda wychowawcza: różni się w ten sposób, przez swoją istotę i cel, od "ruchu młodzieżowego", którego głównym celem jest służyć Państwu lub ideologii politycznej, doczesnej lub nawet spirytualistycznej. W odróżnieniu od "ruchu młodzieżowego", skauting uważa się, obok szkoły, za komplementarny wobec rodziny, do której dziecko należy przede wszystkim”.
Jednak kolejny ósmy punkt Karty stanowi o tym, że nasz skauting chce uczyć miłości Ojczyzny: „Skauting, jako metoda wychowawcza obejmująca całego człowieka, chce wychowywać młodych we wszystkich sferach; stąd przywiązuje wagę nie tylko do formacji osobistej, ale również społecznej, ucząc miłości Ojczyzny, poczucia honoru, prawdziwej wierności, szacunku dla danego słowa, poczucia odpowiedzialności obywatelskiej w ramach wspólnot doczesnych.”

A zatem wychowanie patriotyczne jest jednym z celów naszego ruchu i, mówiąc wprost i bez ogródek, jeśli ktoś by go nie realizował w swojej jednostce, oznaczałoby to, że sprzeniewierza się naszej metodzie wychowawczej. Miłość ojczyzny i służba jej wynikają też bezpośrednio z naszej wiary, z czwartego przykazania dekalogu. Potwierdza to chociażby punkt 2239 Katechizmu Kościoła Katolickiego, który stwierdza, że „Miłość ojczyzny i służba dla niej wynikają z obowiązku wdzięczności i porządku miłości”. To ważne. Powiedzmy to dobitnie: patriotyzm jest nakazem sprawiedliwości! Ktoś kto jest wierzący albo uważa, że postępuje etycznie lecz patriotą nie jest lub odżegnuje się od związków ze swoją ojczyzną, ma w sobie jakieś daleko posunięte nieuporządkowanie. Intelektualne lub emocjonalne.

Gdy czytamy nasze teksty statutowe, teksty naszych obrzędów czy wymagania na stopnie, począwszy od wilczków, przez harcerki i harcerzy, przewodniczki i wędrowników, aż po szefów, znajdziemy tam wszędzie przewijające się obowiązki każdego z nas do tego aby: (i) ojczyznę poznać, (ii) być jej wiernym, (iii) służyć jej.

Tylko dla przykładu:

- Druga Zasada Podstawowa Skautingu Europejskiego – „Harcerz jest wierny swojej Ojczyźnie i działa na rzecz jedności i braterstwa w Europie.”

- Obietnica Wilczka – Obiecuję – ze wszystkich sił: starać się być wiernym Bogu, moim rodzicom, mojej Ojczyźnie Polsce, Prawu Gromady i Wilczka oraz każdego dnia czynić komuś dobry uczynek.”

- W przysiędze wierności kandydat do zastępu przyrzeka „pracować z zastępowym każdego dnia, by lepiej poznać swoją Ojczyznę”.

- Rota Przyrzeczenia Na mój honor, z łaską Bożą, przyrzekam całym życiem służyć Bogu, Kościołowi, mojej Ojczyźnie i Europie chrześcijańskiej, nieść w każdej potrzebie pomoc bliźnim, i przestrzegać Prawa Harcerskiego.”

- Prawo harcerza – „punkt 2 - Harcerz jest lojalny wobec swojego kraju, rodziców, przełożonych i podwładnych.”

- Na wszystkich naszych obozach powiewa flaga polska, biało-czerwona. Biały kolor symbolizuje czystość i szczerość, zaś czerwony – krew poległych w obronie Ojczyzny i naszą miłość do niej. Z kolei Trzy Główne Cnoty Harcerza to szczerość, ofiarność, czystość. Gdy patrzymy na naszą flagę narodową, kolor biały przypomina nam aby być zawsze szczerym i czystym, a kolor czerwony - ofiarnym. Niesamowita symbolika!
- W książeczce ochotnika „Na mój honor” w komentarzu do drugiej Zasady Podstawowej dwunastolatek czyta:
„(…) Służyć swojej Ojczyźnie (…) to znaczy również ją poznawać.
Czy wiesz kim byli Chrobry, Łokietek, Jagiełło, Sobieski, Kościuszko, Piłsudski, Dmowski, Kardynał Wyszyński? Czy mówią ci coś nazwy: Głogów, Grunwald, Wiedeń, Racławice, Cud nad Wisłą, Westerplatte?
Możesz być dumny z tego, że jesteś Polakiem!
Miłość do swego narodu nie oznacza nienawiści do innych. Nasza kultura wzbogaca się poznając inne, które również należą do naszego wspólnego dziedzictwa. W ten sposób kraje Europy mają wspólną historię.
Bądź gotów służyć Polsce i Europie!”

Bardzo ładnie to współgra z nauczaniem Świętego Jana Pawła II, który w książce „Pamięć i tożsamość” pisze tak:
Nacjonalizm uznaje tylko dobro własnego narodu i tylko do niego dąży, nie licząc się z prawami innych. Patriotyzm natomiast, jako miłość ojczyzny, przyznaje wszystkim innym narodom takie samo prawo jak własnemu, a zatem jest drogą do uporządkowanej miłości społecznej.”

Patriotyzm jest zatem czymś dobrym, sprawiedliwym, naturalnym, nie oznacza przebóstwienia swojego narodu, nie oznacza chęci wywyższania go ponad inne.

I jeszcze wymagania ochotnika:
„Znasz pochodzenie godła narodowego i słów hymnu państwowego.
Znasz pochodzenie i symbolikę flagi.
Wiesz co wiąże się z datami: 966, 1410, 1689, 3 V 1791, 11 XI 1918, 15 VIII 1920”.

To wspaniała triada zachowań: poznawać, być wiernym poznanemu i w końcu służyć.

Wydaje mi się, że być może za rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że patriotyzm zaczyna się od poznania swojego kraju, jego geografii, ludzi, historii, tradycji, pięknych kart ale też tych, z których trzeba wyciągnąć wnioski na przyszłość. To wszystko jest jakimś dziedzictwem czyli czymś, co otrzymujemy bez własnej woli i mamy obowiązek zaakceptować, przemyśleć, być może przepracować i nieść dalej. Dziedziczymy na pewno jakieś wady przodków ale to nie znaczy, że w tym przypadku rozgrzeszamy się i mamy je kontynuować. Mamy obowiązek je przezwyciężać, „dziś być lepszym niż wczoraj, jutro lepszym niż dziś”. Nie wiem czy dziedziczymy zalety, ale na pewno powinniśmy sięgać szczególnie do pięknych kart historii, poznawać i podziwiać cnoty i bohaterskie czyny naszych przodków.

Mimo wszystkich coraz liczniejszych wspaniałych inicjatyw propagujących wiedzę o polskiej historii i geografii, można mieć niedosyt poznania, o jakie chodzi. Najczęściej niedosyt ten jeszcze się wzmaga, gdy wracamy z jakiejś zagranicznej podróży z obcego, dumnego kraju. Twierdzę z całą odpowiedzialnością, że nie znamy jako Polacy swojej historii wystarczająco, nie mamy nawet przeczucia tego, czym Polska była i jaką była. Przyczyna jest prosta: znikoma ilość współczesnych, nowoczesnych środków, które by to ukazywały: filmów, powieści, sztuk teatralnych, muzeów z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście, wiem, są wyjątki, ale za mało, zdecydowanie za mało. Często te, które są, przekazują obraz uproszczony lub koncentrujący się na jednym aspekcie. Natomiast filmy historyczne i powieści są stare i nie przystają do wrażliwości współczesnego widza i czytelnika.

Ta rzeczywistość tym bardziej nie zwalnia Skautów Europy od poznawania swojej ojczyzny. I robimy to przecież w sposób bardzo skuteczny i często atrakcyjny. Wszystkie przedstawienia, scenki na ogniskach, znajomość pieśni, gry fabularne, terenowe, miejskie czy stacjonarne, zadania zastępów podczas wypraw Explo i zadania indywidualne, w ramach wymagań na stopnie i sprawności, same wyprawy, obozy czy wędrówki w różnych ciekawych zakątkach kraju są już przejawem tej poznawczej aktywności. Wreszcie animowanie różnorakich inicjatyw w swoim środowisku lokalnym, w szkole, parafii i swoim mieście. To co ważne, żeby fabuły, tematy gier, wybrane wydarzenia historyczne nie były przypadkowe ale aby wybierając je, odkrywać wielkie i piękne strony naszej historii i kultury.

Powinnością szefa jest dawać przykład swoimi czynami i tłumaczyć, jak on rozumie te, cytowane wyżej, piękne sformułowania naszych tekstów.

Poznawanie ojczyzny to również zaprzyjaźnianie się z kulturą ojczystą. Jest naszym obowiązkiem poznać wielkie dzieła i twory ducha, artystów, myślicieli, uczonych, poetów i pisarzy. Czy nas zachwyca czy nie zachwyca, jest pewien kanon, który trzeba znać. Pewien zbiór postaci, bohaterów historycznych i literackich powinien nam być bliski jak grupa dobrych przyjaciół. Podobnie ze znajomością kraju. Jest pewien kanon miejsc, który trzeba znać.

Jak pisze Innocenty Maria Bocheński w znakomitej broszurze „O patriotyzmie”, którą kiedyś wnikliwie studiowałem - w etyce rządzi uniwersalna zasada „nihil appetitum nisi praecognitum: niczego nie można pragnąć, jeśli się tego nie zna”. A zatem poznawajmy!

Zanim pochylimy się nad tym, co znaczy być wiernym ojczyźnie, warto zastanowić się nad samym pojęciem „ojczyzna”. Czy to „państwo”, a może tylko ludzie, którzy żyją na określonym terytorium? Jeśli ludzie, to czy tylko ci żyjący tu i teraz, czy także ci, którzy są tu pochowani i ci, którzy jeszcze się nie urodzili? Czy to określony język, kultura, historia? Na pewno wszystkie te rzeczy razem i jeszcze więcej, ojczyzna to coś podobnego do ojca czy matki, dlatego w innych językach ojczyzna to „motherland” czy „fatherland”.
Być wiernym ojczyźnie, bo coś jej zawdzięczamy, pośrednio lub bezpośrednio. To kim jesteśmy, ideały, w które wierzymy, cnoty, które posiadamy, zwyczaje, kulturę, język, wychowanie.

W tym kontekście warto znać słowa wypowiedziane przez Jana Pawła II w siedzibie UNESCO w 1980 r.: „Jestem synem narodu, który przetrwał najstraszliwsze doświadczenia dziejów, który wielokrotnie był przez sąsiadów skazywany na śmierć - a on pozostał przy życiu i pozostał sobą. Zachował własną tożsamość i zachował pośród rozbiorów i okupacji własną suwerenność jako naród - nie w oparciu o jakiekolwiek inne środki fizycznej potęgi, ale tylko w oparciu o własną kulturę, która okazała się w tym wypadku potęgą większą od tamtych potęg”.

Za wspomnianą broszurą I.M. Bocheńskiego podkreślmy, że „patriotyzm ma przede wszystkim siedzibę nie w uczuciu, ale w woli”. „Nie jest on więc uczuciem – aczkolwiek uczucie patriotyczne może walnie się przyczynić do należytego działania. Nie ten więc jest dobrym patriotą, kto ma najgorętsze uczucia patriotyczne, ale ten, kto potrafi najlepiej swój obowiązek patriotyczny spełnić, innymi słowami – ten, kto ma najsilniejszą po temu wolę”. Myślę, że to ważna uwaga. Często bowiem w potocznym rozumieniu za największego patriotę uchodzi najbardziej rozemocjonowany, najgłośniej śpiewający, najczęściej uczestniczący w rocznicowych obchodach czy niosący największą flagę a nie ten, mówiąc Bocheńskim: „kto swoimi czynami najwięcej do dobra kraju się przyczynia”. Wskazuje on także, że uczucia są ważne, m.in. do ich wychowywania służą tzw. uroczystości patriotyczne. Bocheński pisze, że „udział w akademii 3 Maja nie ma sensu, o ile nie wywołuje u nas pożądanych uczuć”, oraz że taki udział „nie ma wartości sam w sobie”.

Służyć to pracować solidnie, w swojej pracy widzieć głębszy sens, nie tylko zarabianie pieniędzy czy realizację indywidualnych celów i pasji ale przyczynianie się do dobra ogółu, do dobra wspólnego. I wierzcie mi każda, czy prawie każda praca może być tak wykonywana. Czy będzie to praca sprzedawcy, taksówkarza czy kierowcy autobusu miejskiego? Oczywiście niektóre zawody czy funkcje bardziej bezpośrednio są pracą dla dobra publicznego i wpływają na wspólną rzeczywistość. Politycy, urzędnicy, dziennikarze, dyplomaci, itd. Jeśli ktoś ma możliwość pracy bezpośrednio w służbie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej powinien poczytywać to sobie za honor, szczególną okazję do służby. Wszyscy, poza dobrze wykonywaną własną pracą tak aby przez nią służyć w jakiś sposób dobru ogólnemu, mają szereg obowiązków: (i) interesowania się sprawami ojczyzny czyli tzw. polityką, (ii) wspomagania całości swoimi siłami i majątkiem (np. płacąc podatki, ale wiemy z historii, że niektórzy oddali jej wszystko) oraz (iii) poświęcenia nawet życia w jej obronie, jeśli zaszłaby taka konieczność (co bynajmniej nie oznacza, że należy narażać je lekkomyślnie czy „strzelać do wroga diamentami”). Poza tym wiele więcej: aktywność społeczna, staranne wychowanie dzieci, „promieniowanie kulturą”, itd. W dzisiejszych czasach szczególnie ważne wydaje się też to, aby starać się pracować mimo wszystko w kraju a jeśli poza nim to z myślą o przyczynianiu się do jego pomyślności zagranicą, inwestowaniu tutaj czy planowaniu w perspektywie powrotu.


To w telegraficznym skrócie kilka myśli nt. służby, bez pretensji do wyczerpania tematu. Do służby w dorosłym życiu skauci przygotowują się poprzez pracę nad charakterem, naukę, wyrabianie pozytywnych nawyków, funkcje w zastępie czy choćby zwyczaj codziennego dobrego uczynku.

sobota, 28 marca 2015

Nie rzucim ziemi skąd nasz ród...



Gdy tak w ubiegłą sobotę jechałem samochodem pełnym wilczków do Ząbek na DM za FSE naszła mnie refleksja tyleż smutna, co pocieszająca. Smutna dlatego mianowicie, że te nasze miasteczka są takie brzydkie, każdy budynek innego koloru, innej wysokości, kształtu, to szarobure klocki, bez żadnej finezji. Ale kto tam panie myślał o finezji za komuny, człowiek się cieszył, że trochę cementu udało się załatwić na lewo. Pocieszająca, że nie tylko moja droga do domu linią otwocką jest brzydka. Choć to marne i niepoważne pocieszenie przecież.

Kiedyś nocował u mnie Jacques Mougenot, wówczas komisarz generalny, odwoziłem go na lotnisko, chciałem zagaić, że teraz to, co widzimy z okien samochodu wygląda może dosyć szkaradnie, ale przed wojną to, panie dzieju, było tu cudowne letnisko, tylko ta komuna itd. Nie zdążyłem rozwinąć myśli, od razu mi przytaknął, w swoim zdecydowanym stylu, że faktycznie nieszczególnie to wygląda. Dałem spokój, byłem przecież u niego wcześniej, w poślednim francuskim miasteczku. Z kamienia... Pomyślalem, co się będę upokarzał, my walczyliśmy bohatersko, nie poddaliśmy się i przegraliśmy wojnę, tonąc w hekatombie krwi i zniszczeń, wpadając na 50 lat pod but barbarzyństwa. Oni poddali się bez jednego wystrzału, utworzyli rząd kolaborujący z III Rzeszą i nie zburzono im jednej kamienicy. I teraz mamy brzydką architekturę, pokraczną stolicę, a oni Paryż, do którego wszyscy wzdychają. Gdyby tylko taki był skutek. Szkoda słów...

 
Nie narzekam tutaj, stwierdzam fakty. Gdy ktoś narzeka i upatruje związku przyczynowego między tymi szarymi domostwami a polskością, że to niby Polnische wirtschaft i polski paździerz - krew mnie zalewa. Jest związek ale z PRL-em, tym produktem polskopodobnym imitującym Polskę, jak kawa zbożowa imituje kawę. Ze światem Alternatyw 4 i inżyniera Karwowskiego, z zarządzającymi społeczeństwem „mętami i prymitywem”, z meblościankami w blokach i małym fiatem. Oczywiście zaraz ktoś powie, że te drewniane chaty przed wojną, że słabo to wyglądało wtedy też. To ja mu na to wyciągam pocztówki z przedwojenną Warszawą, niech sobie zobaczy te klomby, latarnie, ławki. Jak mu mało, to jadę mu między oczy ambasadorem USA, któremu bardziej podobała się Warszawa niż Paryż, a gdy zobaczył to miasto po wojnie to się załamał i odszedł z dyplomacji.

 
Ostatnio coraz więcej się pisze o tym, jak odbudowywano Warszawę. Wiele wskazuje na to, że Biuro Odbudowy Warszawy było zarządzane bezpośrednio z Moskwy, a to co wyprawiało wywoływało sprzeciw nawet komunistów, z Bierutem podobno na czele. Niektóre pomysły udało się zablokować, inne nie. I tak 20% ocalałej zabudowy (wypalonej) wyburzono w imię ideologicznych miazmatów (zostało 10%). Poszerzając Marszałkowską wyburzono tę stronę, która ocalała w lepszym stanie, teren ścisłej zabudowy wielkomiejskiej zrównano z ziemią na potrzeby budowy PKiN i wielkiego „lotniska” wokół niego a wszelkie zdjęcia tych ulic zniszczono. Część osób pracujących w BOS na czele z prof. Zachwatowiczem uratowała Trakt Królewski, więcej im nie pozwolono. A wiele ulic można było podobnie odbudować! Tak stało się podobno w Wiedniu.

 
Na razie może wystarczy tych varsaniavianistycznych lamentów. Myśl na dzisiaj jest też inna. Mianowicie - kto się gdzie urodził - byłoby naturalne, aby tam żył i zmieniał oblicze ziemi. Tak sobie myślę, że to jest właśnie naturalna kolej rzeczy, ułatwiająca życie, utrzymująca stabilne dobre samopoczucie, człowiek czuje się bezpieczniej, znajome otoczenie, ludzie, miejsca i rody wokół. Nie zawsze to jest możliwe, migrujemy, jest to nieuchronne i nie ma co rozdzierać szat. Więcej, pewnie trend ten będzie się pogłębiał, duże miasta będą stawały się jeszcze większymi a małe mniejszymi, i nic na to nie poradzimy. Jednak człowiek świadomy, że coś traci migrując (oczywiście też zyskuje, nie ma wątpliwości, bo po to migruje), jest w stanie to rekompensować, zarządzać tematem. Wie o tym każdy, kto wychowuje dzieci z dala od dziadków, z zazdrością spoglądając na tych, którzy dziadków mają tuż za rogiem. Jeśli jesteśmy przekonani, że społeczność sąsiedzka jest czymś wartościowym, budujemy ją gdziekolwiek mieszkamy. Przynajmniej usiłujemy. I tak się dzieje w różnych miejscach, każde miasto, miejscowość, osiedle kiedyś powstało przecież

 
Jednak migracja wewnątrz kraju to nic w porównaniu z emigracją zagranicę. Jest ona czymś sprzecznym z naturą, niesprawiedliwym, w wielu przypadkach dramatycznym i tragicznym. Chyba najlepiej ujął dramat wygnania, niechcianej emigracji Sandor Marai w książce „Krew Św. Januarego”, jednej w jego wielu genialnych powieści, w której mowa o tym, że nie da się odnaleźć w pełni gdzie indziej niż w swojej ojczyźnie. Niestety nic Wam tu nie przytoczę z wielu mięsistych fragmentów, które onegdaj zaznaczyłem legendarnym zielonym ołówkiem, bo powieści nijak odnaleźć nie mogę.

 
Ja nie mam tego gruntownie przemyślanego, ani rozlicznych, częstych kontaktów z naszą starą czy nową emigracją. Mam natomiast w pamięci kilka spotkań z osobami, które wyjechały, trochę wbrew sobie, powodowane życiową koniecznością, a w dwóch przypadkach dodatkowo małżeństwem z cudzoziemką. Powodzi im się dobrze. Podczas żadnego z tych spotkań nie powiedziałem jednego słowa wskazującego na negatywną ocenę decyzji tych osób o wyjeździe, a za każdym razem tłumaczyły się one z tego i przekonywały o tym, że było to konieczne. Gdy pytany o sytuację w kraju, opowiadałem o nowych inwestycjach, zmianach, pozytywach, gwałtownie zaczynały zaprzeczać, że to niemożliwe, że to się nie może udać, itp. Mechanizm wyparcia, jakiegoś samoutwierdzenia, że zrobiły dobrze, że im gorzej w Polsce, tym bardziej zrozumiała jest ich decyzja. Słuchanie tego było czymś bardzo nieprzyjemnym i wysoce przygnębiającym. Zrozumiałem wtedy, że nigdy nie wrócą, a wyjazd to krzywda, jaka ich spotkała, to rana, która się nie zabliźni. I że to jest straszne, że to nie jest żadne rozwiązanie: zmienić kraj. Mimo prostszych chodników, lepszych dróg, ładniejszej architektury, mniejszych korków i bardziej uśmiechniętych ludzi na tych chodnikach.

 
Bo kto urodził się Polakiem, ma obowiązki polskie…

piątek, 22 listopada 2013

Wojciech, za krótki krawat i skradzione berło

Tak jak ważny jest pewien kanon lektur, które trzeba znać, bez których nie rozumiemy Polski (czyli siebie) albo rozumiemy mniej, tak samo wydaje mi się trzeba tworzyć pewien kanon miejsc, które trzeba odwiedzić. Wiecie z tego bloga, że rodzinnie byliśmy na tego rodzaju wycieczce w Krakowie. Teraz wybraliśmy się do Gniezna. Ja byłem pierwszy raz, opowiadam różnym znajomym, i okazuje się, że oni też nie byli. Tylko 3 godziny samochodem z Warszawy, a to przecież kolebka państwa polskiego, miejsce koronacji pierwszych królów. Tam wszystko się zaczęło.
 

Gniezno jest niewątpliwie miejscem niewykorzystanym i niesłusznie mało popularnym. Podobnie chyba jak do niedawna był Sandomierz, ale od czasów wejścia na ekran „Ojca Mateusza” nie można tam znaleźć w ogóle noclegów i wyjazd na weekend trzeba planować z ogromnym wyprzedzeniem. W Gnieźnie jest całkiem sympatyczny rynek, otoczony przez kilka zadbanych ulic, kilka starych kościołów i najważniejsze – ma wspaniałą katedrę gnieźnieńską, gdzie znajduje się relikwiarz Św. Wojciecha oraz słynne drzwi gnieźnieńskie z 1170 roku. Drzwi zostały odlane z brązu i przedstawiają historię życia Św. Wojciecha. Relikwiarz robi wrażenie. Jest umieszczony wysoko pod tzw. konfesją wzorowaną na tej z Bazyliki Św. Piotra w Rzymie. Drzwi gnieźnieńskie uświadamiają jak mądrym i dalekowzrocznym władcą był Bolesław Chrobry. Wykupił ciało świętego za kilkadziesiąt kilogramów złota i umieścił w katedrze, a cesarz Otton III już sam się pokwapił z wizytą. Pamiętamy, że witany był we wspaniałym stylu, zupełnie ujęty i pod wrażeniem tego władcy z północy.
 
Zwiedzaliśmy jeszcze Muzeum Początków Państwa Polskiego. Budynek modernistyczny, tchnący socrealizmem, ale wystawa nowoczesna z ub. roku. W trzech salach najpierw film w 3D, potem spacer wzdłuż gablot. Filmiki, można wyobrazić sobie lepsze, ale i tak dobrze, że powstały. Z zainteresowaniem oglądał nawet nasz Piotr, trzylatek. Wprawdzie Chrobrego grał jakiś statysta, który zapomniał, że gra dumnego władcę a nie chłopa pańszczyźnianego, ale wybaczyliśmy mu natychmiast. Pan profesor historyk sztuki nie zawiązał sobie dobrze krawata na nagranie, też mu wybaczamy, to może detale, ale detale to ważne rzeczy nazwane tak dla niepoznaki. Wśród eksponatów w gablotach berło, korona, ewangeliarz z XI w. – wszystko kopie. Dlaczego? Oryginały wciąż znajdują się w Niemczech, w Austrii, w Szwecji albo w Norwegii. Nikt nie dopomina się o ich zwrot, być może dlatego że powiedziano by nam „pocałujcie nas w nos, nie oddamy i co nam zrobicie”. No to chociaż powiedzmy, że złodziej powinien oddać cudzą własność.

 
 
Reasumując, muzeum jest ok, ale widać, że brakuje tam fantazji, pasji, jak w Muzeum Powstania w Warszawie. Jest bo jest. I znowu podobna refleksja jak na Wawelu: czym by być mogło? To kwestia wizji gospodarzy miasta, jak twierdzili wszyscy indagowani tubylcy, podobno brak jej kompletnie. W sklepiku muzealnym kompletny brak książek o Piastach, ni to historycznych, ni to powieści. Mój Boże, oni nawet nie wiedzą jak robić pieniądze. Sam bym kupił od razu kilka.
 

Jedźcie zatem do Gniezna. Ci, którzy macie dzieci, koniecznie póki chcą z wami jeździć, tam nawet nie docierają wycieczki szkolne, tylko kuracjusze z Inowrocławia. Szefowie, zróbcie sobie wypad zastępu zastępowych w tamte okolice, może obóz. Spotkanie ze Św. Wojciechem – bezcenne. Tam w powietrzu unosi się duch dziejów, historia. Byłoby to też świetne miejsce pielgrzymki przewodniczek i/lub wędrowników na 1050 lecie Chrztu Polski. To już za 3 lata. Jakby co – ja jestem za. A tymczasem planujemy następny wypad.

środa, 20 listopada 2013

Marszałek, wąsy i kremówki




Huczne obchody ostatniego Święta Niepodległości w naszym lokalnym środowisku józefowsko-falenicko-szkolno-harcersko-rodzinno-towarzyskim obfitowały w wiele niezwykłych wydarzeń, była parada niepodległości, piknik niepodległości, koncert chóru, gra niepodległościowa u nas w domu i na starym mieście w Warszawie. Dla mnie te obchody polegały również na śpiewaniu wieczorem pieśni przy kominku na imieninach u przyjaciela. Nastroiło mnie to powiedzmy refleksyjnie. Trudne te nasze dzieje, pełne bohaterstwa, którego inni nawet nie są sobie w stanie wyobrazić, o którym nikt poza nami Polakami nie wie. Przypominam sobie rozmowę z jednym niezwykle skądinąd sympatycznym Amerykaninem w ostatnie wakacje. Inteligentny bankier inwestycyjny, wykształcony, błyskotliwy. Coś tam słyszał o historii Polski, ale nie mógł wprost uwierzyć jak ten XX wiek dla nas wyglądał. O wojnie 1920 r. usłyszał po raz pierwszy ode mnie. Do dziś widzę jak kiwa z niedowierzaniem głową.

Wracając do wieczoru imieninowego, gdy doszliśmy do „O mój rozmarynie” i „Pąków białych róż” poczułem, że nie mam siły tego śpiewać. Nie da rady i już. Jak wspomnę tyle śmierci młodych chłopaków, którzy mieli dziewczyny, narzeczone, marzyli o starzeniu się z nimi na ławce przed domem, o pięknym życiu, o dzieciach, o głaskaniu syna po czuprynie, o opowiadaniu córce interesujących historii o księżniczkach, to po prostu sama żałość. Aktualna seria „Czasu honoru”, z odcinka na odcinek coraz większa beznadzieja sytuacji bohaterów. Młodzi ludzie w Polsce teraz się budzą. No, tak właśnie było. Czas chyba wreszcie po 24 latach od 89 roku o tym się dowiedzieć. Czytam w Internecie, że działaczka partii postkomunistycznej naśmiewa się z żołnierzy wyklętych. W USA, z których przyjechał mój sympatyczny wakacyjny znajomy, wyleciałaby na zbity pysk z życia publicznego. Opowiadał mi przyjaciel, jak to miesiąc temu był w Stanach z pracy, w interesach. Wieczorem kolacja. Jest sobie lokal, kilka tysięcy ludzi, jakiś mini festiwal muzyczny. Nagle konferansjer pyta czy na sali są weterani wojenni, ktoś wstaje, cała sala bije brawo. To są długie, rzęsiste brawa, serdeczne, afirmujące.


No, dobrze, zostawmy to. Tu przecież nie jest Ameryka. Ja chciałem właściwie, o czym innym, a po prawdzie to o tym samym, ale inaczej. Pomijając rozróby i podróby, mam wrażenie, że świętowanie 11 listopada to „kremówkowanie” tamtej rzeczywistości. Mamy sobie wszędzie tego Marszałka w charakterystycznej czapce z daszkiem i ogromnymi wąsami. Siedzi sobie Naczelnik Państwa Polskiego na pasku każdej telewizji, strzyże wąsa i to wszystko jest takie odległe, folklorystyczne. No, i pieśni grają wojskowe, „Legiony to straceńców los” co to wywalczyły nam tę niepodległość. I to jest niebywałe wręcz uproszczenie. Niepodległość nie pojawiła się, ot tak sobie, z nagła spadła nam z nieba, a właściwie przyjechała sobie z Magdeburga koleją. Przygotowywały ją tysiące przez dziesięciolecia, a wśród twórców II Rzeczypospolitej mieliśmy wielu, całą rzeszę wybitnych Polaków.

Byli tacy, którzy działali politycznie, dyplomatycznie. Inni przez lata dbali o oświatę i wykształcenie młodych Polaków. Jeszcze inni służyli swoimi talentami i pozycją w świecie. O nich jednak nie ma piosenek, są tylko o tych, co to tylko z sensem lub bez sensu chwytają za broń i formują zaraz jakąś pierwszą kadrową czy pierwszą brygadę. A jeśli już mówimy o czynie zbrojnym, to pamiętajmy chociaż o błękitnej armii Hallera i o tym, że to ona walczyła po stronie zwycięzców, a nie Legiony.

Dlatego tak podobała mi się akcja Szkoły Strumienie „Wielka Niepodległa”, która w formie happeningu historycznego przypomniała i rozbrajanie Niemców na ulicach Warszawy, i przyjazd Piłsudskiego, i konferencję pokojową w Wersalu, podczas której wywołany znienacka Dmowski logicznym przemówieniem, które sam sobie tłumaczył z angielskiego na francuski (bo tłumacz przeinaczał sens), dawał odpór tym, którzy powrotu Polski na mapę Europy nie mieli w planach. Największym przeciwnikom Polski obecnym na sali opadły wtedy szczęki. Na plakacie był i Paderewski, który z kolei naciskał na swojego przyjaciela prezydenta Wilsona, aby ten jako jeden z 14 warunków zakończenia wojny umieścił utworzenie niepodległego państwa polskiego z dostępem do morza. Mieliście to na historii, czyż nie? Przecież Wilson sam na to by nie wpadł, i jeszcze by wpisać „z dostępem do morza”. A zatem zadajmy sobie trochę trudu, by poszukać i dowiedzieć się czegoś więcej o patronach naszych ulic, by nie zadawalać się kliszami z mediów. Ale nie tylko to było ważne w tych obchodach. W nich była nauka. Uczymy się historii właśnie po to, aby wyciągnąć z niej jakąś naukę. Tak być powinno, ale czy tak jest? Obchody polegające wyłącznie na jakimś biegu niepodległości, jakiejś grochówce, przypadkowych przemowach, śpiewaniu pieśni patriotycznych mogą być jedynie mechanicznym zaliczeniem rocznicy. Zaliczone, odbębnione. To musi być zrobione z sensem, pamiętamy by iść do przodu, nauka historii jest potrzebna do budowania przyszłości. Dlatego miło było widzieć te zdjęcia z zaangażowanymi dziewczynami z podstawówki, gimnazjum i liceum. Nauczycielki przebrane w stroje przedwojenne. Kilku ojców odgrywających postaci historyczne. No, z tego można wycisnąć jakiś morał. Fajnie byłoby w przyszłym roku widzieć uczczenie święta niepodległości w podobny sposób nie przez jedną, ale sto szkół w całej Polsce. Scenariusz jest gotowy.


A’propos jeszcze wybitnych postaci, podoba mi się bardzo inicjatywa z kolei Szkoły „Żagle” pt. Polacy z charakterem. To sylwetki wybitnych Polaków, które chłopcy poznają na lekcjach wychowawczych, ale i w terenie. Oprócz Jana III Sobieskiego, Prymasa Wyszyńskiego, znajdziemy tam też Leopolda Kronenberga, bankiera, założyciela Banku Handlowego, Emila Wedla, założyciela słynnej fabryki czekolady czy Stanisława Kierbedzia, budowniczego mostów. Wedel jadał obiady ze wszystkimi pracownikami swojej fabryki, a jego syn zanim odziedziczył fortunę musiał pracować na wszystkich szczeblach w zakładzie ojca. Niebywałe postacie, tak mało o nich wiemy. Dlaczego niemieccy przemysłowcy tacy jak Wedel polonizowali się w XIX w., gdy podobno Polski nie było?

Są rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

niedziela, 16 czerwca 2013

Dziękuję Wam, harcerze Warszawy!

Za ten wieczór, pełen skupienia i radości, zaskakujący i bezpośredni. Skromne środki, wielka pomysłowość, trafny wybór tematów, wspaniała scenografia, wiele fantastycznych scen, zaangażowanie i powaga aktorów, świetna muzyka budująca nie tylko nastrój, ale będąca dodatkowym aktorem. Chrzest Polski, Jagiełło i Jadwiga, wielcy hetmani i kanclerze oraz Piotr Skarga, radość II Rzeczpospolitej i męczeństwo tysięcy Polaków po jej unicestwieniu. I wreszcie bohaterowie XX wieku patrzący nam w oczy. Każdy dźwigający życie jak zadanie, jak brzemię, odpowiedzialny za to, co zostało mu powierzone (honor, niepodległość, wiara, polskie złoto, drugi człowiek, złotówka).
 
Zwróciłeś uwagę na te twarze? Z każdej biła szlachetność, głębia, cel. Piękne twarze. Na wielu skupienie, jakaś hardość, ostre rysy i oczy. Oczy mówią wiele. Jak wielki kontrast z twarzami pochylonymi nad piwem w plastikowych kubkach, które mijaliśmy po drodze do amfiteatru. Rozrywki banalne, rozpaczliwe, ubogie zamykają na inny wspanialszy świat. Można patrzeć a nie widzieć.
 
Mam nadzieję, że wczoraj patrzyłeś i widziałeś. Już przeczuwasz, czym jest ta Polska, czym była i być powinna. Czy tak?
 
To przedstawienie było takie, jakie być powinno, naturalne, młodzieńcze, świeże. Każdy zrobił sobie strój, trochę się różniły, w każdym było widać inwencję autora, ale i jego charakter. Dopracowane w detalach zbroje z kartonu, ale i bardziej fantazyjne. Świetne pomysły jak tramwaj, świetne sceny z gwarem ulicznym, świetna epopeja husarii, bitwa pod Grunwaldem a wcześniej chrzest Mieszka. A jaka scenografia, namalowana i te zdejmowanie arkuszy papieru (nie wyrzucajcie, co). Gdy zdejmowała caryca Katarzyna, ciarki przechodziły po plecach. Wszystko po prostu ujmujące. Kazik grający scenę powrotu do żony, z prawdziwą żoną. Autentyczne teksty z Galla Anonima, przemowy hetmanów i „Król duch” Słowackiego. Niesamowite.
 
To była prawdziwa kultura, która przybliża prawdę, emanuje pięknem, pociąga do dobra. Przedstawienia czy małe formy ekspresji naszych zastępów, gromad, kręgów, przy ognisku, przygotowywane dwie godziny przed – to może być kultura pierwszej próby. To powinna być kultura wysokich lotów. A takiej możecie nie znaleźć teraz w profesjonalnym teatrze, więc róbmy ją sami. Człowiek potrzebuje obcować z kulturą, rozrywka to za mało, to nie wszystko.
 
Ekspresja to znak rozpoznawczy Skautów Europy. Technika, dobre chęci, trochę odwagi, przewodnie motywy historii Polski i bohaterowie, którzy stawali na wysokości zadania. I już!  
 
Życzę Wam harcerze całej Polski, byście dostarczyli sobie i innym podczas nadchodzących wakacji kultury wysokiej próby. Takiej, jaka zdarzyła się nam wczoraj w amfiteatrze na Bemowie. Choć pamiętajmy, nic nie zdarza się samo, a zatem serdeczne dzięki jeszcze raz dla kierownika i wszystkich zaangażowanych w to przedstawienie!

wtorek, 14 maja 2013

Radom i wielki brat, Londyn i Jadwiga Staniszkis

Tak sobie rozwinąłem luźną wizję rozwoju Radomia w poprzedniej notce, ot taka impresja wydawać by się mogło. Rozgorzała nawet mała dyskusja. I oto jadę do mego miasta w ostatnią niedzielę i tam jest komunia pierwsza mojej bratanicy, i rozmawiamy sobie na obiedzie. O różnych sprawach jak to na obiadach z takiej okazji. A obiad w klubie studenckim na terenie uczelni, kiedyś (tak jak ja pamiętam) Wyższej Szkoły Inżynieryjnej (podówczas jedynej wyższej uczelni, a teraz chyba też, w mieście wojewódzkim Radomiu). Potem była to Politechnika Radomska, by skończyć jako Uniwersytet Technologiczno-Humanistyczny. Tak, tak, nazwa nie jest zmyślona, takie dziwo, to Polska AD 2013.

Ale do rzeczy. Rozmawiamy. Mój brat cioteczny, mogę rzec bez żadnej przesady: wybitny inżynier, konstruktor i menadżer. Praca to jego pasja, a sukces jest tylko efektem ubocznym realizowania pasji. Firma, w której pracuje, dzięki kreatywności i ambicji polskich inżynierów nie jest jednym z wielu oddziałów zagranicznego koncernu, ale wiodącą spółką w grupie, zatrudniającą kilkaset osób, z których 40% to inżynierowie, ściągani do Radomia z całego kraju. Jest jeszcze kilka innych dobrych firm technicznych w mieście tym, inżynierowie jednej z nich wdrażają projekty na całym świecie, inna prowadzi unikalną produkcję. Słucham i cieszy mnie to. To krok w dobrym kierunku, ale to mało. Daleko jeszcze do wizji (czy też impresji) z poprzedniej notki.

Polska nie ma sztandarowych marek, z których byłaby rozpoznawalna na całym świecie. I powiedzmy sobie szczerze - nie ma szans, aby nagle zbudować swój przemysł samochodowy, elektronikę, czy konkurować w innych dziedzinach z liderami. Nawet jeśli nie przyznajemy się do tego, to nas to jako Polaków dołuje. Przecież możemy jednak produkować podzespoły, zaczynać w nowych dziedzinach, być kreatywni i innowacyjni. To może nie jest spektakularne, ale wymierne. Tak rozwija się gospodarka, lepszy pomysł wypiera dotychczasowe rozwiązania, mrówki pokonują słonia, wiedza i kreatywność ludzka jest największym kapitałem. Innowacyjność, kombinowanie, jak zarobić, co wymyślić, jak ulepszyć to, co wymyślili inni. Apple detronizuje Nokię, bo stawia na dotykowy ekran, który Finowie lekceważą, ale Apple nie wymyślił dotykowego ekranu, kupił ten patent. Niestety w tej chwili jesteśmy na szarym końcu we wszystkich rankingach dotyczących innowacyjności, mamy bardzo mało patentów, wynalazków.

I nic nie wskóramy, jeśli poziom kształcenia dramatycznie spada. Jak słyszę o wszechobecnych testach a, b, c i d, na każdym kierunku, nawet humanistycznym, nawet technicznym, ciarki mnie przechodzą. Edukacja powinna dawać wiedzę i uczyć myśleć, uruchamiać talenty, rozwijać zdolności. To samo się nie dzieje, potrzebni są dobrzy nauczyciele, z pasją, chęcią nauczenia, i wysiłek, skupienie, nauka bez włączonego fejsbuka i muzyki w słuchawkach (wkładam kij w mrowisko?), pisanie referatów, bronienie tez przed audytorium kolegów. (Przy okazji obiecuję specjalny post z dedykacją dla wszystkich nauczycieli).

Wieczorem w samolocie do Londynu czytam wywiad w Rzeczpospolitej z prof. Jadwigą Staniszkis, która mówi: „Dokonuje się degradacja nauki – młodzi ludzie kształceni są pod kątem realizacji w przyszłości prac wykonawczych, nie są oni uczeni samodzielnego myślenia”. I wcześniej komentując, że to, co się dzieje to: „bierne przystosowanie się do roli zaplecza i rezerwuaru zasobu siły roboczej. Kryzys strefy euro ma przesunąć siłę roboczą do najbardziej efektywnych miejsc tej strefy”.

Ja nie wiem, jak jest. Tymczasem siedzę w restauracji w londyńskim City, po całym dniu na konferencji z kilkuset uczestnikami z czołowych instytucji finansowych Europy. Obsługuje mnie polski kelner, skończył polskie studia. Czy powinno mnie to cieszyć?

niedziela, 5 maja 2013

3 maja na Wawelu i sen o innowacyjnym Radomiu

W deszczowy i zimny długi weekend Kraków wydawał się znakomitym celem rodzinnej wycieczki. Szczególnie, że realizujemy właśnie program wychowawczy pt. “Cześć i chwała bohaterom”. Oczywiście bohaterom należy się cześć zawsze a kontakt z nimi jest dobry nie tylko dla dzieci, ale dla każdego. Jednak w wychowaniu jest to sprawa zasadnicza. Tak, kochani szefowie. Jest to sprawa podstawowa, nie tylko wtedy, gdy będziecie już mieli żony i dzieci chcące słuchać poważniejszych historii niż bajka o smoku wawelskim (chociaż opowiadania bajek i prawdziwych historii przedszkolakom nie odważyłbym się lekceważyć, przeciwnie uważam, że nie wolno zaniedbywać opowiadania dzieciom historii wtedy, kiedy one uwielbiają ich słuchać), lecz także tu i teraz dla Was, i dla Waszych wilczków czy harcerzy. Bez wzorców nie ma wychowania, nie ma kim się inspirować, do czego dążyć, na czym się wzorować (tzn. prawdziwych bohaterów wypierają wymyśleni, z telenowel i reklam napojów energetycznych). Jeśli nie wiemy, kto był mądrym władcą i dlaczego, a kto głupkiem, próżniakiem i warchołem, nie wyciągamy wniosków z doświadczeń innych, w żaden sposób nie stajemy się o nie bogatsi. Historia nas niczego nie uczy a potem powtarzamy jako naród te same błędy, tylko gorzej. Warto uwzględniać naukę o mądrych władcach i bohaterach, o tym dlaczego za takich ich uznajemy, w grach, podczas ognisk i ekspresji. Drużynowy, który tylko chce, aby w grze chłopcy się wyszaleli, przeżyli przygodę, a używane przez niego fabuły zawsze są przypadkowe, nie wykorzystuje niezwykłego środka wychowawczego, zaprzepaszcza szansę, aby chłopakom przekazać ważne prawdy. Gdy patrzę na tematy tegorocznych harców majowych: chrzest Polski, rozbicie dzielnicowe, jestem spokojny.

Przy okazji: nie chciałbym, aby zapodział mi się ten słynny cytat z gen. Władysława Andersa, który jest odpowiedni w związku z tematem (choć tylko częściowo): "Jestem na kolanach przed walczącą Warszawą (czyt. bohaterstwem jej żołnierzy i mieszkańców), ale sam fakt powstania w Warszawie uważam za zbrodnię”. O samym Powstaniu obiecuję, kiedy indziej. Teraz chodzi mi tylko o to, że nasza cześć i pamięć należy się wszystkim, którzy przelewali krew za ojczyznę, nawet jeśli nie pochwalamy decyzji, które ich do tego pchnęły. I tu nie ma żadnej wątpliwości i być nie może. Jednak nie oznacza to, że nie należy zastanawiać się nad decyzjami, że nie należy „sądzić” historii, nawet dokonywać swoistego „sądu” nad postaciami historycznymi. Uważam, że to w ogóle jedno z najlepszych ćwiczeń w nauce historii – debata. Ale czy ktoś z Was miał takie debaty w szkole? Ja nie. Tylko na prywatnych koleżeńskich kompletach.

Ale wróćmy do Krakowa. Gdzie oddycha się historią, nawet gdy pada deszcz. Wawel. Chodzimy po ziemi, po której stąpali królowie. Nie ma opcji, aby stwierdzenie to nie było prawdziwe. Dziedziniec nie jest aż tak wielki a przez kilka wieków była to siedziba wielu królów. Mówię o tym latoroślom, niedowierzanie a potem tak, robi to wrażenie. Zwiedzamy komnaty królewskie. Niestety ekspozycja jest zorganizowana w najgorszym muzealnym stylu. Mała niepozorna tabliczka w wielkiej komnacie informuje: Sala pod ptakami. Krzesło – XVI w. Saksonia, fotel – XVII w. Włochy, lustro – XVIII w. Francja, itd. To wszystko. Żadnej informacji o tym, co działo się w tym miejscu, kto tu się spotykał, co się wydarzyło, żadnej „narracji”, „story telling”, nic. Historia martwa i groźna, niedostępna i odległa, odpychająca i nie dla dzieci. Szkoda. Wielka szkoda! Osiemset tysięcy turystów każdego roku a mogłoby być więcej, gdyby sprzedawano bilety wszystkim, którzy chcą na Wawel się dostać i odstoją swoje w kolejce. Co za okazja! By mówić na głos o polskiej historii, chlubnej, inspirującej, podziwianej przez innych. O Piastach, o królu, który jako jedyny w naszej historii otrzymał przydomek Wielki. O rozmachu Jagiellonów, o złotym wieku, o demokracji szlacheckiej i tolerancji, które były ewenementem w ówczesnym świecie. Oczywiście przemawiają same mury pokryte nieprawdopodobnymi tapetami i arrasami, są przewodnicy w naturze i audio, tak jest na całym świecie, może się czepiam.

Jednak odczułem żal. Jak dobry gospodarz, który męczy się, gdy widzi, że inny nieudolnie uprawia sąsiednie pole i tam plon będzie mizerny. Jaka szkoda, że tym interesem nie zarządza kilku naszych harcerzy. Robimy takie widowiska historyczne na naszym zlotach niepodległości, harcach majowych, na Eurojamie dla siedmiu tysięcy młodych ludzi z całej Europy. Kilku z nas w miesiąc stworzyłoby muzeum-perełkę. Już raz nasi wychowankowie pokazali jak się robi nowoczesny patriotyzm z rozmachem. Nie ma tu żadnej megalomanii, to obiektywna ocena niewykorzystanych ludzkich możliwości. W wielu miejscach, na wielu stanowiskach nie ma odpowiednich ludzi.

Pytałem moich dzieci, co im się najbardziej podobało. Groby królów i wieszczów. Historia mądrej służby i chwały najwyraźniej sama mówiła do nas. (No, pięciolatce, to najbardziej Smocza Jama, ale to jasne, że księżniczki i ich trudny los ze smokami i innymi przeciwnościami rozpala wyobraźnię w tym wieku).

Potem muzeum w podziemiach Rynku. Nowoczesne, nowo otwarte kosztem czterdziestu milionów podobno. Świetnie wykorzystujące multimedialne techniki, ale i proste pomysły jak np. ważenie się i mierzenie w starych jednostkach wagi i miary. Dużo dowiedzieliśmy się o dawnym handlu i o tym, że jego istotnym europejskim ośrodkiem był Kraków. Tu krzyżowały się główne szlaki handlowe Europy, trzy w kierunku Węgier i dalej do Italii, jeden na południowy wschód do Odessy i dalej; na północ, północny wschód w kierunku Litwy i wyżej oraz na zachód aż do Hiszpanii. Działo się, oj działo na krakowskim rynku, działo się na kupieckich szlakach. I bogacił się kraj.

W tym samym dniu czytam zaległy wywiad z Janem Filipem Staniłko w tygodniku „Sieci”, który jest zmuszony przekonywać, że „miłość do kraju czy szacunek do tradycji” nie stoją „w sprzeczności z pragnieniem uczciwego zarobienia dużych pieniędzy”. A wcześniej przekonuje, że „czy to nam się podoba, czy nie, celem polityki jest także ułatwianie budowania bogactwa, gromadzenia przez ludzi kapitału dającego podstawy do dalszego rozwoju”. Byłoby smutne, gdyby do ww. prawd należało przekonywać ludzi ideowych, patriotycznie nastawionych. Celem doczesnej polityki jest przecież również budowanie bogactwa narodów, które może służyć ludziom. Dziwnym zbiegiem okoliczności ta lektura zbiegła się z wizytą w podziemiach Rynku ukazujących rzeczywistość handlu w średniowiecznym Krakowie. Jest coś głęboko na rzeczy w tym, co mówi Staniłko. Jedni Polacy uważają, że aby bogacić się, być „nowoczesnym”, muszą odrzucić patriotyczne gusła, nie widzą powiązania ich pomyślności osobistej z pomyślnością kraju. Inni uważają siebie za dobrych patriotów, gdyż zawsze wywieszają punktualnie flagę i pomstują na lemingów, ale nie widzą żadnego związku, jaki miałaby z tym mieć wykonywana przez nich praca.

Po ponad stu latach wracamy zatem do punktu wyjścia. Znowu musimy pochylać się nad oczywistościami, do których ciężką pracą intelektualną doszło pokolenie, które zbudowało II Rzeczpospolitą. Oni odrobili lekcję. My o niej zapomnieliśmy. Nie sami, zamordowano tych, którzy by tego nas nauczyli a nam kazano zapomnieć na kilkadziesiąt lat. Przyszła wolność, ale nie da się przezwyciężyć bez świadomego wysiłku kilkudziesięcioletniej wyrwy w tradycji, myśleniu, doświadczeniu. Ciągłość została przerwana.

Prezydent Starzyński precyzyjnie zaplanował budowę warszawskiego metra, która miała ruszyć w 1940 r. Inżynierowie i geologowie z Politechniki Lwowskiej dokładnie sprawdzili, że na Tamce nie może być stacji metra, gdyż zostałaby ona zalana w wyniku działania istniejących na tym terenie podziemnych cieków wodnych. Budowa metra AD 2012 nie wzięła tego pod uwagę. Budowana stacja metra w tym miejscu została zalana, tunel Wisłostrady jest do dzisiaj zamknięty dla ruchu.

Pisał klasyk ponad sto lat temu: „prawda, że my jeszcze jesteśmy tak mało uspołecznieni, tak mało ucywilizowani politycznie, iż, chcąc być „dobrymi Polakami”, musimy robić sobie z patriotyzmu religię (…), ale nawet najreligijniejsi ludzie umieją oświetlać kościoły elektrycznością, gdy my w swej świątyni narodowej palimy ciągle stare woskowe świece”. I o polskim XIX w. bo to ciekawe: „Gdy oświecony ogół krajów zachodnich, rosnąc szybko w liczbę w ostatnim stuleciu, przyjmował kulturę mieszczańską, kulturę pracy, zabiegów, wysiłków i obowiązków, u nas ta sama warstwa przyjęła kulturę wielkoszlachecką, kulturę nieobowiązkowości, używania, a jeszcze więcej popisywania się, wywyższania itd.”

Wracamy przez Radom, rodzinne miasto, tu wszystko się zaczęło. Kiedyś kolebka przemysłu, teraz mekka hipermarketów i bezrobotnych. W innej gazecie pisze J.F. Staniłko o roli przemysłu, że choć jego rola maleje (17% wartości całej gospodarki, 20% zatrudnionych w Polsce) to odpowiada on za 70% eksportu i 80% wydatków na badania i rozwój. „Kraje które zapominają o przemyśle, skazują się więc na długofalowy zanik kultury technicznej i potencjału innowacyjnego”. Szkoda mi tego mojego Radomia. Wyobrażam go sobie jako miejsce kilku nowoczesnych fabryk, produkujących wysoko przetworzone towary znane na całym świecie, zagłębie technologiczne, centrum myśli technicznej, zaludnione przez zastępy inżynierów z rodzinami, ich dzieci chodzących do szkół różnych, także muzycznych, grających na skrzypcach, na flecie i śpiewających w chórze. Kilka dobrych hoteli, gdzie ciągle jest ruch, bo koledzy z innych ośrodków badawczych z Europy, Indii, Ameryki przyjeżdżają, podpatrują, debatują a wieczorem odpoczywają w radomskim teatrze, na koncertach, w kręgielni, na słynnym polu golfowym czy gdzie tam jeszcze. A radomscy restauratorzy chętnie ich wszystkich karmią a radomscy taksówkarze chętnie ich wożą po okolicy a nawet na lotnisko. Radomskie kwiaciarki dostarczają kwiatów, które inżynierowie wręczają od czasu do czasu swoim żonom na polepszenie nastroju.

Tymczasem w Radomiu (takim na razie bez wielu inżynierów, bo nieliczni są i nawet pracują w nielicznych fabrykach) zatrzymujemy się na chwilę, podczas której w małym antykwariacie tuż obok mojego liceum Kochanowskiego, któremu tyle przecież zawdzięczam, zakupuję dwa tomy pism różnych Henryka Sienkiewicza, jeden z 1903 r. a drugi nie wiem z kiedy, ale chyba wydany w II Rzeczpospolitej. W tym drugim znajduję przemówienie pisarza z 5 listopada 1905 r. wygłoszone podczas demonstracji narodowej z balkonu w Alejach Ujazdowskich (by gasić żar młodych głów gotowych zamienić wysiłek wielu lat pracy organicznej w wirze kolejnego nieudanego powstania):

Bracia rodacy!


Po długich latach kajdan, bólu i męczeństwa nadszedł wreszcie dzień, w którym powiały nam nad głowami nasze narodowe chorągwie z naszym drogim Orłem Białym, który był zawsze, jest i będzie symbolem miłości, tolerancji, sprawiedliwości i wolności.

Tak jest! Zajaśniał nam pierwszy brzask wolności – i oto czekamy, aby weszło jej słońce.

Ale pamiętajmy, że wolność, dając prawa, wkłada także obowiązki.

Pamiętajmy, że po narodowych świętach powinny i muszą nadejść powszednie dni pracy dla ojczyzny.

Więc bierzmy się do pracy w zgodzie, w jedności i miłości braterskiej. To dziś nasz pierwszy obowiązek.

Ludu polski! W twojem ręku twoja przyszłość, lecz pomnij, że wolność, zdobyta przez ból, utwierdza się tylko przez pracę.


Ludu polski! Ty masz swą pracą odbudować ten twój ukochany dom, który ci zburzono w czasach klęski – i nad bramą jego położyć napis, wyryty we wszystkich naszych sercach: „Jeszcze Polska nie zginęła!”


Niech żyje lud polski! Niech żyje miłość bratnia! Niech żyje praca! – niech żyje Polska!”

Koniec zatem świętowania 3 maja, ruszajmy jutro do „powszednich dni pracy”, pełnych: studiowania, nauki, pisania prac, wykonywania budżetów, zadań, odbywania spotkań, formułowania planów, pisania opinii, pozwów, sprzedaży, zakupów, projektów, raportów, badań, pacjentów, uczniów, klientów, audycji, materiałów, godzin spędzonych nad komputerem czy maszyną.