Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ojciec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ojciec. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 czerwca 2023

Dzień Ojca! Subiektywny ranking filmów ojcowskich


Dzień Ojca!

Dzisiaj podobno jest, w pakiecie z ostatnim dniem szkoły.

Piękna sprawa być ojcem. Zgadzasz się? Ojcostwo to wspaniała misja, nadająca sens życiu, tak bardzo odpowiedzialna, czyniąca z chłopca mężczyznę. Dałeś życie, zostałeś współpracownikiem Najwyższego w powołaniu do życia już na zawsze innej istoty ludzkiej. Czy to nie sprawia, że robisz wielkie oczy, że odbiera ci mowę, że stajesz w jakiejś postawie respektu do rzeczywistości, która nas przerasta? Czy to nie zaskakujące, że widzisz swoje cechy, pragnienia, upodobania albo uprzedzenia w tym młodym człowieku? Bo po kim on to ma?

Czy nie kręci cię to, że dla swojej córeczki księżniczki jesteś królem, a dla synka idolem? Oczywiście tylko do pewnego momentu, za chwilę zaczną dorastać i podważać wszystko co mówisz i robisz. Ty powiesz „A”, to oni „B”, tak to już jest na tym najdoskonalszym z niedoskonałych światów.

Usłyszałem kiedyś, że ojcostwo jest największą karierą mężczyzny. Bardzo mi się spodobało to sformułowanie. Nie jest to kariera łatwa, czasami a może nawet często trudna, o wiele trudniejsza niż sukcesy w wielu korporacjach. Czy jednak jest to najważniejsza misja dla nas, ojców XXI wieku, w kraju nad Wisłą? Czy wielu pnących się po szczeblach awansu menadżerów, zdolnych profesjonalistów, lekarzy, prawników jest jednocześnie tak dobrymi ojcami, jakimi mogliby być? Ilu ojców nie ma czasu dla swoich dzieci, rzuca zwitkami banknotów aby się od nich odczepiły? Aby pozwoliły na spokojne realizowanie ich męskich pasji. Piwo z kolegami, rower z kolegami, pobiegane, siłownia, poimprezowane. Może przesadzam, wszystko da się pogodzić. Ależ oczywiście, jeśli stawia się priorytety.

Rośnie nam pokolenie ludzi okaleczonych, poobijanych, pozbawionych ojcowskiej uwagi i troski. W kraju nad Wisłą. Tu nie przesadzam, niestety. Zerknijcie na korytarze szpitali psychiatrycznych, statystyki policyjne odtruć alkoholowych wśród młodzieży albo w smartfony waszych pociech.

I nie chodzi tylko o uwagę wobec swoich dzieci, ale bycie ojcem, postawa ojcowska implikuje przecież troskę o innych też, o inne dzieci, o świat, o przyszłość, o ciągłość, o kontynuację. O wielki świat i mały świat wokół nas.

Myślę sobie, że gdyby ojcowie byli trochę bardziej ojcami, trochę bardziej się poczuwali do swojej wielkiej misji, świat byłby lepszy.

A na osłodę tej nieco gorzkiej refleksji 

poniżej mój subiektywny ranking filmów ojcowskich:

Życie jest piękne – reż. Roberto Benigni, ojciec i syn w obozie koncentracyjnym a wcześniej piękno życia rodzinnego i miłości, śmiech i łzy, poruszające.

Droga – Cormac McCarthy autor. Ojciec ucieka z synem przez apokaliptyczny świat pełen złych ludzi. Ja czytałem książkę, jest też film ale nie oglądałem, może być straszny, bo książka jest straszna ale warto na pewno przeczytać książkę i wytrwać do jej końca. Zwieńczenie tej opowieści wskaże ci, czym jest powołanie ojcowskie, po co jesteś ojcem!

Iniemamocni – genialna kreskówka, rodzina superbohaterów, świetny scenariusz, cięte dialogi, przesłanie i klisze z Bondów, Mission Impossible itp. Wyśmienita zabawa dla całej rodziny!

Iniemamocni 2 – to samo co jedynka ale trochę inaczej. Praca jest ale dla Elastyny, pan Iniemamocny musi zostać w domu i ogarniać dzieci. Wiele autentyzmu psychologicznego postaci, naprawdę utalentowane głowy pracowały nad tym filmem.

W pogoni za szczęściem – w roli głównej Will Smith, klasyk i hit, czułość i opiekuńczość ojcowska a jednocześnie opowieść o tym jak trzeba walczyć, jak można pracować, jak dążyć do celów, nie zrażać się, mając w głowie wielką motywację.

Ukryte piękno – jeszcze raz Will Smith, tym razem wypalony, cały w kawałkach po śmierci dziecka. Dobrze zrobione, ciekawy pomysł, wzruszające. Will gra fenomenalnie, pozostała obsada też zjawiskowa.

Gran Torino – Clint Eastwood, wielki film, o postawie ojcowskiej nawet gdy spartoliło się wychowanie swoich dzieci, o czymś więcej też, o odpowiedzialności, ofierze, relacjach, no i charyzmatyczny, plwający Clint ze spluwą i o polsko brzmiącym nazwisku Kowalsky.

Przemytnik – znowu Eastwood, stary człowiek i pojednanie z najbliższymi, sporo przekleństw i męskiej szorstkości, od nastolatków wzwyż.

Czego pragną kobiety – Mel Gibson w komedii, nie pamiętam za dobrze już treści ale dobrze pamiętam jak główny bohater, typowy rozwodnik po przejściach, nie interesujący się swoimi dziećmi tylko kobietami, walczy jakoś tam o swoją córkę. Wyglądało na to jakby Mel dołożył niektóre sceny i dialogi do scenariusza, ale dobre i to.

Patriota – Mel Gibson tym razem chcąc ocalić rodzinę musi zaangażować się w ocalanie świata. Przesłanie wciąż aktualne. Sporo krwi. Fajne sceny: Mel śpi z dziećmi, syn Mela je jabłko tak samo jak ojciec, itd.

Okup - znowu Gibson jako ojciec walczący z porywaczem syna, dobra sensacja.


Uprowadzona – tym razem Liam Neeson nie ma litości dla porywaczy córki. Dla ludzi o mocnych nerwach. Brutalne.

Family Man – rzecz o rodzinie, o tym, że decyzja rodzi decyzje, że mając dzieci ma się mniej garniturów i są one tańsze. Nicolas Cage rozśmiesza do łez, wiele kultowych już scen.

To wspaniałe życie – film Franka Capry z 1946 roku. Klasyk. Genialny. Scenarzyści Family Mana zerżnęli pomysł na fabułę ale a rebours. To nic, oba filmy są świetne. Ten też właściwie o wyborach ale bycie ojcem jest wyborem, czyż nie?

Poznaj mojego tatę - Robert de Niro contra Ben Stiller, teść obcinający kandydata na zięcia, pouczające dla ojców córek na wydaniu. Wiele dobrych gagów, kilka rubasznych, jak to w amerykańskiej komedii.

 

Father Stu - Mark Wahlberg jako szalony bokser a Gibson w roli jego zapuszczonego ojca. Nie jest to przykład ojcostwa do naśladowania choć w końcowych scenach Mel staje na wysokości zadania. Walczymy do samej śmierci, pamiętajcie. Opowiedziana historia natomiast świetna.


Tak to się robi teraz – z początku może nawet niesmaczna komedia, potem poruszający melodramat, o tym, że swoje dziecko najlepiej zrozumie rodzic, że w imię dobra dziecka, trzeba odważyć się oświadczyć, wreszcie do jasnej cholery, jego matce. Do tego Jenifer Aniston i Jason Bateman. Więcej tutaj: https://zbigniewkorba.blogspot.com/2013/12/moj-maz-nie-jest-moze-idealny-ale.html


niedziela, 26 lutego 2023

KILKA SŁÓW DLA OJCÓW DOJRZAŁYCH BARDZIEJ


 KILKA SŁÓW DLA OJCÓW DOJRZAŁYCH BARDZIEJ

Było tu kiedyś coś dla ojców młodych, teraz będzie dla s….., starszych trochę, bardziej dojrzałych ojców. Okrzepłych w bojach ojcowskich, takich co powiedzmy są po czterdziestce, albo nie są ale mają już dzieci-nastolatki. Czyli zderzonych z realiami, ze światem, bo wiecie, moi drodzy, te wszystkie zachwyty pierwszymi kroczkami, pierwszymi słowami, przedstawienia w przedszkolu, turlanie się po dywanie z pociechami, układanie klocków lego, bujanie na huśtawce, bieganie za pociechą uczącą się jazdy na rowerku, czytanie bajeczek na dobranoc, blogi młodzieńców celebrujących swoje młode ojcostwo – to wszystko jest bardzo dobre, bardzo ważne, bardzo potrzebne, bardzo właściwe. Tyle tylko, że w obliczu tego Panowie co Was czeka później, to wszystko to sama przyjemność, konfitury, kaszka z mlekiem. Będziecie z rozrzewnieniem wspominać, jak narzekaliście na nocne wstawanie do dziecka. Jak nie w smak Wam było przewijać pieluchę albo mokrą chusteczką wycierać ubrudzoną pupę Waszego najmłodszego bobasa. Możecie mi na to odpowiedzieć „nie strasz, nie strasz”. I słusznie, carpe diem, żyj chwilą. Ciesz się Twoim dzieckiem, rozkoszuj każdą chwilą, utrwalaj, uwieczniaj, zapisuj, fotografuj. Turlaj się po podłodze, ile tylko możesz. Nasycaj się tym, co tak szybko przemija…

Wiecie dobrze: to jest umowne, że post ten jest tylko dla starszych ojców. Wszyscy umiejący czytać ze zrozumieniem są tu mile widziani i zachęceni do dalszej, uważnej lektury. Wszyscy gotowi czytać dłuższe wpisy ma się rozumieć. Bo takie muszą być, jeśli chcemy powiedzieć coś więcej a nie jesteśmy poetami. Jeśli ktoś uważa, że wszystko da się zamknąć memem albo kilkoma wyrazami na Twitterze, albo z poezji uznaje tylko haiku, albo powtarza ciągle, że jeden obraz wart jest tysiąc słów…. No to co? To trudno. Ja nie przeczę, że tak jest. Nawet jestem przekonany, że obraz wypiera słowo, że film jest bardziej atrakcyjny dla większości niż książka, itd., itp. Sam lubię skrótowość, esencjonalność, nie lubię lania wody, lubię też błyskotliwe teksty na twitterze, i memy też lubię i cięte dialogi w filmach. To wszystko nie znaczy, że ten wpis, i być może jakieś kolejne, jeśli uda się je popełnić, będzie krótki😉

Jeśli chcemy poznać smak życia, jeśli chcemy się zaangażować, jeśli chcemy coś budować razem czy osobno, musimy mieć gotowość wysłuchania do końca, wgłębienia się w szczegóły, skupienia swojej uwagi. I nie chodzi o ten czy inny wpis, tym razem mówię bardziej ogólnie, generalnie, bo tracimy jako jednostki i jako społeczeństwo, jako ludzkość (nie bójmy się wielkich słów), coś tracimy. Jakąś uważność, zainteresowanie w ogóle, jesteśmy coraz bardziej powierzchowni. Zatem nie mogę obiecać tego czego oczekują millenialsi, pokolenie Zet, Y, X itd., wiem bo pisują mi czasami smsy, czy czy mogłoby być krócej niż onegdaj np. Manifest Młodych Ojców. Ten akurat wpis jest głównie dla panów po czterdziestce, z brzuszkami, pamiętających jeszcze czasy przed-memowe, przed-fejsbukowe. A może i starszych. Może zatem damy radę, można podzielić sobie na kilka części i we fragmentach przeczytać😉. Obiecuję, że czasami może być krócej i wtedy też nie będę owijał w bawełnę. Ale to nie dzisiaj.

No dobra, mam nadzieję, że mniej wytrwali już się znudzili i przeskrolowali dalej, więc można zaczynać. Bo będzie poważnie. Jesteśmy w doborowym towarzystwie.

Zacznijmy od strzału między oczy, od lewego prostego wymierzonego prosto w szczękę. Panowie, jesteśmy cienkimi bolkami, nie mamy jaj, jesteśmy wykastrowanymi kurczakami, anemicznymi francuskimi pieskami, fajtłapami i safandułami.

Boli?

Jeszcze rozcieramy podbródek po tym ciosie, ja też, ja też rozcieram, to jest też do mnie, do mnie osobiście, to jest o nas i do nas wszystkich. Dlaczego boli?

Bo nie radzimy sobie ze światem, który wdziera się do naszych domów. Nie radzimy sobie z bandą anonimowych demiurgów kultury, filmu, mody, muzyki, polityki i pieniądza, przeliczających pliki studolarówek na zapleczu. Plują nam w twarz a my udajemy, że deszcz pada. Albo udajemy, że nie widzimy co się dzieje. Felicjan Dulski zakrzykujący „a niech to jasna cholera” i uderzający się dłonią w kolano, to przy nas heros, człowiek czynu, rewolucjonista i bohater.

Prawda jest taka, że jak bardzo dobrymi ojcami byśmy nie byli, jak dobrze wychowywalibyśmy nasze dzieci, jak dużo czasu w to nie angażowali, to przychodzi taki dzień gdy zaczynamy rozumieć, że tracimy kontrolę. Nasz syn, nasza córka zaczyna dojrzewać! I naturalnie zaczyna poszukiwać życia i prawdy, które leżą gdzie indziej niż w rodzinnym domu. On czy ona wychodzą w świat, by się z nim zderzyć. I niestety bardzo często to jest zderzenie czołowe. Jak bardzo dobrymi ojcami byście nie byli, do pewnego stopnia jesteście uzależnieni od szczęścia, to loteria. Wiele, bardzo wiele zależy bowiem od rówieśników, od otoczenia, od środowiska w klasie, w szkole, do której trafiła Wasza pociecha, od atmosfery w klubie sportowym. Wzorce są jasno zarysowane na Tik-Toku, Instagramie, grupowych czatach i indywidualnych strumieniach świadomości na wszelkich dostępnych komunikatorach. Ci z Was, którzy mają dzieci w harcerstwie, w skautingu, w klubie Patria, w Oazie lub w jakimkolwiek innym środowisku, którego celem albo i dajmy na to efektem ubocznym jest pozytywne oddziaływanie, mają z górki! Choć nie zawsze i nie wszędzie. Inni natomiast mają prze……ane.

Zacznijmy od telefonów. Za ciężkie pieniądze wyposażamy nasze pociechy w smartfony, na których za jednym kliknięciem jest wszystko! Kiedyś młodzian musiał za uskładane ze sprzedaży pustych butelek albo złomu pieniądze, pójść na bazar i kupić tzw. świerszczyk. Potem oglądał nagie panie na zdjęciach w krzakach za szkołą, potem chował ten świerszczyk w jakiejś kryjówce aby doń wrócić w dogodnym momencie. Teraz po prostu klika, i po sekundzie ogląda wszystko co tylko możliwe. W szkole, u siebie w pokoju, w dzień i w nocy. Efekty są tragiczne. Chłopcy odpadają z edukacji, po prostu nie są w stanie skupić się na czymkolwiek innym, stają się uzależnieni od pornografii, która nigdy nie zaspokaja, zawsze każe oglądać więcej i więcej. Pisze o tym przekonywująco psycholog Zimbardo, pisze zachodnia prasa, przekonują wreszcie dostępne badania. Zaczynają coś z tym robić rządy tak progresywnych krajów jak Francja czy Wielka Brytania. To dłuższy i bardziej kompleksowy temat.

Ale smartfony to nie tylko pornografia, to po prostu uzależnienie od smartfona, to osłabienie i nieumiejętność nawiązywania więzi społecznych w realu. Młodzi ludzie już prawie nie umawiają się na randki? Po co, skoro można zbliżyć się do dziewczyny na mediach społecznościowych. Obrazki grupy młodych ludzi gapiących się w swoje smartfony na imprezie zamiast ze sobą rozmawiać śmieszyły jeszcze kilka lat temu, teraz nikomu nie jest już do śmiechu. To samo na korytarzach szkolnych, w tramwaju, pociągu, autobusie. Rzeczywistość wirtualna stała się bardziej atrakcyjna niż ta realna. Właściwie nie ma już rozróżnienia między nimi. Co będzie dalej?

To nie wszystko: jest texting. Nastolatki nie dzwonią do siebie, tylko stukają cały czas na telefonie, Messenger, Snapchat, Whatsup, nie wiem co jeszcze ale pewnie jest jeszcze z pół tuzina innych aplikacji. Przeklinają tam na maksa. Bo tak jest modnie, bo słychać wszędzie na ulicy, bo robią to celebryci, sportowcy, „wszyscy”. To „wszyscy” pojawia się jak mantra. Iluż naiwnych rodziców, których córeczka grzecznie siada do obiadu z babcią, a trzy minuty przed rzucała mięsem na czacie, a przed deserem odpisuje koleżance, że jest „ch…owo”. Gdybyście wiedzieli, gdybyście widzieli.

Jest rzeczą powszechnie wiadomą od starożytności, że sport to zdrowie a w zdrowym ciele zdrowy duch. I oczywiście cała nasza młodzież powinna ćwiczyć, grać w gry zespołowe, jeździć na rowerach do szkoły, a niechby i konno, itd., itp. Niech podniesie tutaj teraz rękę ktoś, kto widział w ostatnim roku jadąc samochodem jakichś wyrostków kopiących w piłkę na prowizorycznym boisku, odbijających od ściany bloku, grających na jedną bramkę, bawiących się piłką? A może ktoś inny widział bawiących się w chowanego, w wojnę, w cokolwiek razem na podwórku? A niechby i nudzących się razem na podwórku, na murku, przy ścianie? Dlaczego nie? Dlatego, że w tym czasie kiedy mogliby grać w piłkę albo nudzić się wspólnie na podwórku, chłopcy nie nudzą się tylko łoją w gry na playstation, na X-boxie, a dziewczyny oglądają kolejny serial dla young adults na netflixie. Fakt, nie nudzą się. Każda chwila nudy zabijana jest otworzeniem smartfona albo komputera. Nie nudzą się, nie mają czasu nawet zjeść.

Kolejna sprawa - Wasz nastolatek zapewne zechce oglądać to „co wszyscy”. Najmodniejsze seriale na Netflixie, HBO i innych platformach streamingowych adresowane do młodego widza. Co drugi z nich ma w tytule sex, a każdy seks w treści. Nawet Polacy stworzyli jakiś kilkuodcinkowy netfliksowy potworek. A w każdym z nich mocna promocja rozpoczynania współżycia seksualnego jak najwcześniej, eksperymentowania, jednorazowego, przygodnego seksu, promocja homoseksualizmu, morze alkoholu, narkotyki i przemoc. Świetne wzorce, wprost do naśladowania. Poradnik dobrego i udanego życia. Recepta na szczęście. Tak właśnie, aby nie można było wątpić, jak żyją „wszyscy”, co robią „wszyscy”. Aby chcąc przynależeć, nie chcąc być odrzuconym, znać kody zachowań, które należy naśladować. Albo chociaż spróbować jak to fajnie jest pić, palić i ćpać. Ty ojcze możesz mówić co chcesz i ile chcesz, ale Twoje dziecko potrzebuje akceptacji grupy rówieśniczej, i sam nic nie wskórasz.

W klasie Twojego nastolatka wszyscy piją i palą, oraz chwalą się podbojami, hm, ciężko pisać, powiedzmy, miłosnymi. Znając życie, pewnie na wyrost, no ale presja jest. Jeśli piją alkohol to wódkę, czystą ma się rozumieć. Jeśli palą to wszystko co się da. Narkotyki? Bardzo proszę. Wszystkie szkoły są dobrze obstawione, w dwadzieścia minut masz towar we wskazanym miejscu. Osiemnastki - przekleństwo. A ty biedaku, który harujesz na etacie albo dwóch aby dziecko miało smartfona, co możesz zaproponować? Spacery w mglisty poranek w sobotę albo odwiedziny u babci Stefci? Grę w warcaby albo wspólną lekturę Rodziny Połanieckich? A ty odpowiedzialny przecież ojcze, który pracujesz aby utrzymać rodzinę, wracasz co dzień zmęczony, i nie oczekujesz kłopotów wychowawczych, oczekiwałbyś raczej jakiegoś wsparcia, zrozumienia, niestety musisz sobie zdać sprawę z tego, że wsparcia z zewnątrz jest zatrważająco mało. Że zamiast wsparcia jest horda dzikich barbarzyńców wychylających się ze świata tzw. kultury, którzy idą po Twoje dziecko. Idą aby je zabrać i zjeść. Dosłownie.

Jeśli ktoś nie widział ostatniego San Remo albo gali rozdania nagród grammy, niech sobie zerknie. Podczas tego ostatniego wydarzenia satanistyczna orgia, taki performance, wiecie, coś nowego. O firmie Balanciaga i jej patronie Baalu zobaczcie sobie filmiki Pana Dociekliwego albo Dailywire.

Wszyscy teraz się dziwią: plaga depresji, gabinety psychiatrów pękają w szwach. Rekordowa liczba samobójstw młodych ludzi, ostatnio podawane były dane, z łatwością znajdziecie. Rzecznik praw dziecka nawet się wybudził z zimowego snu. Nie ma przyczyny. Czyżby?

Można by tak jeszcze długo. Czy ma sens wyliczać dalej? Każdy może sobie dopowiedzieć kolejne aspekty: epidemia egoizmu, instagram wpędzający w narcyzm a z drugiej strony w kompleksy, itd. itp.

Przejdźmy może do konkluzji.

A konkluzja jest taka: w pojedynkę nie dacie rady. Twórzcie alianse, przyjaźnie z ojcami Waszych dzieci, działajcie wspólnie. Jeśli czegoś zakazujecie i robicie to wspólnie, jak bardzo ułatwiacie sobie i Waszym dzieciom sprawę. To należy zacząć robić już od niemowlęctwa, przyjaźnić się z innymi rodzinami, tworzyć szersze grupy towarzyskie. Jeździć na wspólne wakacje i inne wyjazdy. Wasze dzieci powinny mieć wielu fajnych wujków i ciotek, przyszywanych ale serdecznych. Pamiętajcie: „gdzie ojca nie ma tam wuja słuchał będziesz”. Nawet jak ojciec jest, łatwiej pewne rzeczy przyswoić od wuja, bo on uosabia zewnętrzny świat, z którym nastolatek się zderza, z którego czerpie aby zweryfikować to co dostał w dzieciństwie w domu.

Druga konkluzja jest taka, że poważni mężczyźni muszą wspierać i budować instytucje, które mają być trwałe, trwać i przetrwać nas. Ma znaczenie to na co wydajecie swoje ciężko zarobione pieniądze i czy jakaś ich część, nawet mała wspiera dobre dzieła, w tym związane z edukacją i wychowaniem młodych, w także ze światem kultury, wymiany myśli, tworzeniem dobra.

Na koniec ferii w województwie mazowieckim - obu rzeczy sobie i Wam z całego serca życzę.

środa, 12 stycznia 2022

MANIFEST MŁODYCH OJCÓW

Jeśli jesteś młodym ojcem albo chcesz kiedyś nim być, uważam że ten tekst jest dla Ciebie! Jeśli nie jesteś młodym ojcem ale kiedyś nim byłeś, albo nie jesteś bo nie możesz (np. jesteś kobietą co dla niektórych nie stanowi już wprawdzie przeszkody no ale..) lecz z młodymi ojcami sympatyzujesz, kibicujesz im, nie są Ci obojętni. przeczytaj również poniższe!


#ojcostwo #ojcowie #młodzi

MANIFEST MŁODYCH OJCÓW

Dziękuję za wszystkie feedbacki po opublikowaniu historii moich ostatnich miesięcy. Jest wiele „grup społecznych” zaniepokojonych lub pobudzonych tym długim wpisem, dostałem m.in. kilka bezpośrednich korespondencji, dzięki za zaufanie. Mam nadzieję, że w moich odpowiedziach widać, że jest szczerość za szczerość. Dzisiaj chciałbym kilka słów skreślić pod kątem jednej z grup, szczególnie zaniepokojonych, rozżalonych, może nawet sfrustrowanych tamtym wpisem. Mówię o młodych ojcach. Pisaliście, że nawet ciężko Wam znaleźć jedną chwilę aby taki długi wpis przeczytać, że musieliście to robić na raty. Że ciężko czytać o podróżach, czytaniu książek, spotkaniach gdy za ścianą małe płacze, gdy wstawaliście kilka razy w nocy, gdy trzeba pędzić do roboty bo karta kredytowa sama się nie zasili a potrzeby wzrastają dynamicznie. Że ostatnią książkę to przed urodzeniem pierwszego dziecka czytaliście itd.
I świetnie! Tak Wam odpowiem na to. Wiem, że nie macie głowy do takich gierek jak w moim wpisie, na zastanawianie się co tu prawdą jest a co zmyśleniem, nawet na komentarz nie macie siły, ani na to aby się wypowiedzieć. I tak Was podziwiam, że jesteście tu przypięci. Że jednak jesteście w obiegu informacyjnym, że jesteśmy w kontakcie. Patrzcie, nawet sam James Bond w ostatnim filmie inaczej śpiewa (uwaga spojler) gdy okazuje się, że jest ojcem. Oj, nic już nie jest takie samo, perspektywa się zmienia, dostaje zastrzyku energii, sensu, odwagi. Pojawia się odpowiedzialność. Mężczyzna dojrzewa, inaczej powiedzmy: facet staje się mężczyzną, nawet jeśli wspaniale dotąd wstrząsał i mieszał. Wy macie te swoje dwadzieścia, trzydzieści lat i cieszycie się ojcostwem, żyjecie pełnią życia, a ten dojrzały Bond o twarzy pięćdziesięcioletniego Craiga, miał wszystko i był wszędzie, ale spójrzcie dobrze na niego: jest zgorzkniały, znudzony i smętny, jakiś taki zasmucony, zgnębiony i pesymistyczny, zawiedziony życiem. Mielibyście mu zazdrościć? Może to on zazdrości Wam.

Ja wypowiem się tutaj za Was. Sam kiedyś byłem młodym ojcem i przecież to jeszcze pamiętam, a teraz... wstrząsam i mieszam.
A zatem Panowie, nie możecie być sfrustrowani takimi wpisami jak mój, nawet gdyby były prawdziwe. Gościowi, który ma czas i fantazję polecieć do Afryki i z kumplami włazić na Kilimandżaro, który sam sobie objeżdża kabrioletem Francję popalając cygaro, ma czas na dysputy z innymi facetami po czterdziestce, możecie spokojnie powiedzieć: odczep się pan od nas, nie zawracaj gitary wizjami, gdy my tu harujemy i jeszcze niewyspani pieluchy przewijamy. Po prostu nie interesuje Was to i nie ma interesować, że gościu wrócił z jakiejś tam wyspy wypoczęty, opalony, zajarany ideami, a Wy oczy na zapałki, czwarta cola w pracy aby nie usnąć na naradzie z szefem. Powiem Wam młodzi ojcowie co macie powiedzieć. Chrzanić to! Tak, macie ryknąć na całe gardło: CHRZANIĆ TO! Zresztą możecie nawet użyć słowa, które w ostatnim filmie z Leonardo di Caprio pojawia się 78 razy, tego wiecie po angielsku na „f”, czyli „f…. off”, nawet gest możecie wykonać, którym jedna pani poseł podobno zgłaszała się do głosu czy tam pocierała czoło w sejmie, ja nie wiem.

Skończmy wszyscy z szukaniem życia gdzieś gdzie go nie ma, w innych krajach, na obcych kontynentach, u sąsiada, na Instagramie, w filmach na Netflixie. Iluzja, iluzja, iluzja. Owszem na piątkowy wieczór z żoną i butelką wina, gdy już wszystkie pociechy ułożone do snu, najbardziej pozwalający na iluzję film nie jest zły. Nie jest też źle w ciemny grudniowy wieczór odpalić zdjęcia z podróży poślubnej na dużym ekranie albo obejrzeć film o lasach tropikalnych lub afrykańskiej sawannie. Tymczasem czeka Was upojne deszczowe lato nad Bałtykiem, gdzie jod sam się wdycha, dzięki temu mniej chorób dzieci, a więcej Waszego snu w nocy, same pozytywy. Owszem single i singielki w pracy będą wracać z Lanzarotów i Majorek, wnerwiając wszystkich opalenizną. I co z tego? Was to nie rusza tak jak Bonda obstrzał samochodu na rynku włoskiego miasteczka. Jesteście odpowiedzialni za innych ludzi, za Wasze rodziny, ich szczęście przed Waszym, Wasze szczęście po ich szczęściu. Czy to takie kontrowersyjne?

Życie nie jest, nie powinno być kolekcjonowaniem przyjemności, choć do takiego stylu jesteśmy wciąż zachęcani zewsząd. Życie jest misją, powinno być misją. Jakimś zbiorem zadań do wykonania, które identyfikujemy w jego przeciągu dzięki inteligencji swojej, wrodzonej i nabytej, refleksowi, natchnieniom z góry i z boku, życzliwym ludziom i tym, których wolelibyśmy może nawet nie znać. Identyfikujemy i realizujemy na tyle na ile umiemy, zmieniając świat wokół siebie. Powie ktoś: zaraz zmieniać? Nie, nie chodzi nawet o świadomy zamysł, każdy, każdy, poprzez to kim jest, co ma i co robi oddziałuje na otoczenie wokół siebie, potęguje dobrą atmosferę lub obniża jej temperaturę, czy tego chce czy nie chce. Malkontent może zatruć życie każdemu. Wesoły człowiek poprawi humor największemu ponurakowi. Tak to jest i koniec! Jeśli robimy to świadomie - powinniśmy być trochę świadomi, jesteśmy w końcu homo sapiens, istotami rozumnymi - ma to większą wartość. Jeśli kosztuje nas - ma to jeszcze większą wartość. Zniszczenie tego wymiaru, zapomnienie o nim powoduje, że nasze życie jest bardziej płaskie, nie ma w nim wymiaru 3D.

Bycie ojcem, dawcą życia, dawcą genów, dawcą historii. Rodzicowi powinno być najłatwiej zrozumieć swoje dziecko, często widzi on i rozumie coś uchwytnego tylko dla rodzica. Dlaczego? Geny. Np. chłopiec nie lubi wspinać się po ściankach i ojciec to rozumie, bo sam nienawidził tego. A gdy syn uwielbia to a ojciec nienawidził, ooo, to jest okazja dla ojca do pokory, do samozaparcia, wyjścia poza swoją strefę komfortu. I można być prezesem, dyrektorem, człowiekiem wielkich sukcesów zawodowych a na polu bycia ojcem zwyczajnie jechać na trójach, miernych a nawet ledwo przechodzić z klasy do klasy.

Teraz jest lepiej z ojcostwem, szczególnie młodych ojców, potem jest gorzej. Jest lepiej bo młodzi ojcowie, wielu młodych ojców, jest czynnie zaangażowanych w wychowanie, no powolutku z tym wychowaniem… - w opiekę nad swoimi dziećmi. Wielu chodzi na szkoły rodzenia, „rodzi” z żonami, no nie dosłownie, nie daliby rady-;), ale są obecni, trzymają za rękę, od początku wiążą się emocjonalnie ze swymi dziećmi, pogłębiają więź z żonami. Potem przewijają, karmią, noszą w nocy i gdy wrócą zaraz po pracy, ba, niektórzy biorą urlopy tacierzyńskie. Panowie noszą dzieci w nosidełkach, to fajny widok w marketach, w centrach handlowych. To ważne! Kontynuujcie. Nie ustawajcie w tych staraniach, w tym zaangażowaniu. Jednak najważniejsze przed Wami. Zapewniam Was, jako człowiek od paru już lat mający zawsze w swojej pieczy nastolatków, największe wyzwania na Was jeszcze czekają. Źle byłoby zatrzymać się na zaangażowaniu jako ojciec na etapie wczesnego dzieciństwa swoich dzieci. To zaangażowanie musi trwać, musi się nawet wzmóc później. W sposób bardziej inteligentny, finezyjny, wymagający większej konsekwencji. Z rozrzewnieniem będziecie wspominali nieprzespane noce. Ale o tym później, kiedy indziej.

Jest w nas wiele niezrealizowanych pragnień, nie zdążyliśmy z kumplami wejść na Kilimandżaro a inni wchodzą. Trudno, mieliśmy swoje pięć minut, byliśmy kiedyś studentami, mieliśmy po dwadzieścia parę lat. Trzeba było wtedy. A teraz nie marudzić. Może pójdziesz z synami, jak będą mieli swoje żony, albo z zięciami, mężami Twoich córek, Ty ich oderwiesz wtedy od pieluch, oni będą Ci wdzięczni. Sami by nie śmieli, ale gdy „teść proponuje, no wiesz żono, jak mogę odmówić?”. W zamian ci zięciowie może zholują Cię z góry, gdy spuchniesz i nie będziesz miał siły iść dalej. W praktyce pewnie będzie to Kościelec a może nawet tylko Giewont lub Łysica w Górach Świętokrzyskich. I tak, każdy z takich pomysłów będzie genialny. Wszystko ma swój czas.

Tymczasem walczysz o czas dla rodziny, o to aby nie przegapić pierwszych słów Twego dziecka, pierwszych kroków, pierwszych radości. To jest smak życia. Głupio byłoby to przegapić po prostu. Więc młodzi panowie ojcowie, bądźcie family man’ami, przebijajcie się w świecie zawodowym, specjalistycznym, każdy robi to co robi, i większość nie ma czasu na śledzenie procesów przetaczających się przez nasz świat. Wiadomo od zawsze, że dwie grupy angażują się najbardziej zawsze społecznie: młodzież i emeryci. Dlaczego? Bo mają czas. Młodzież jeszcze ma czas a emeryci już mają czas. Obie grupy nie są skażone wielogodzinnym dniem pracy, konkretnej pracy, którą trzeba wykonać, za którą się odpowiada, którą trzeba wykonać porządnie, za którą są pieniądze na utrzymanie siebie i swojej rodziny. Tak jest i będzie.

Jednak, azaliż, atoli, nie oznacza to, że można zupełnie odpuścić świat. To znaczy można, wielu to robi, ale powiedzmy tak: można ale nie wolno. Można ale źle się to kończy. Znamy dobrze te bon-moty, że zło triumfuje dlatego, że dobrzy ludzie nic nie robią. Bierność, oglądanie się na innych, jakichś specjalistów, ekspertów, tych, którzy „biorą za to pieniądze”. Mimo wszystkiego co napisałem powyżej, w jakimś stopniu trzeba trzymać rękę na pulsie, angażować się, nawet dlatego tylko aby później móc spojrzeć w oczy dorosłym albo dorastającym dzieciom, że ojciec coś robił „wtedy”, nie patrzył tylko biernie jak widz, obojętnie przyglądając się rozwałce świata. Ojcowie są odpowiedzialni nie tylko za swoje rodziny ale i za świat, jaki ma istnieć dla ich dzieci. „Przepraszam nie zauważyłem, że świat ulega zniszczeniu, byłem zajęty wtedy zakupami w „Biedronce” albo wybieraniem mebelków z IKEI”. Tak może być. Gdy Wy będziecie zajęci codziennością, ktoś zmieni świat za Was, ktoś ukradnie Wam dzieci a Wy będziecie bezradni. O tym więcej w kolejnym tekście już nie tylko dla młodych ojców. Wychowanie nastolatków - tam jest jazda, tam nie ma miękkiej gry. Te wszystkie zagadnienia nieprzespanych nocy, karmienia, zakupów zupek w markecie wydadzą Wam się igraszką.

Dziękuję za Waszą uwagę.

niedziela, 26 grudnia 2021

Być jak Steve Jobs

Drodzy,
parę dni minęło, niektórzy z Was przeczytali, skomentowali, zalajkowali. Dziękuję! Nie zawiedliście. Można na Was liczyć. A mamy już gorączkę przedświąteczną, nie jest łatwo znaleźć nawet kilka minut na czytanie długich wpisów na fejsbuku. Ale do kogo miałem się skierować jak nie do przyjaciół i znajomych? Do tych, z którymi wymieniamy się tutaj dobrymi chwilami, refleksjami, udostępniamy sobie to i owo i lajkujemy.
Część moich przyjaciół i znajomych to jednak ludzie cyfrowo wykluczeni-:( np. nie używają facebooka. O Instagramie tylko słyszeli, że istnieje, twittera nie widzieli na oczy. To nie jest oczywiście do zbawienia konieczne, a nawet do szczęścia na tym łez padole, jednak zaskakuje. Szczególnie nie jest potrzebne a nawet przeszkadza gdy ktoś ma małe dzieci i intensywną pracę. Jednak jak wtedy być z nimi w kontakcie, jak mam do nich dotrzeć? Owszem, jestem zwolennikiem, a wskutek pandemii, jeszcze większym, kontaktów bezpośrednich, w REALU. To dlatego ludzie z dwóch firm lecą przez pół świata na spotkanie, to dlatego płacimy słono za koncert, bo oznacza co innego niż słuchanie muzyki przez słuchawki, to dlatego warto chodzić do kina choć można by sobie obejrzeć w samotności na komórce. Może kiedyś zrobimy spotkanie w sali Expo, aby wszyscy się zmieścili. Może wynajmiemy salę kinową, co parę razy mi się zdarzyło w przeszłości, aby wszyscy znajomi wbili na oczekiwaną premierę. Może na wiosnę, jak liczba pozytywnych testów na dobę spadnie poniżej tysiąca. Tymczasem naprawdę nie wiem, jak do nich dotrzeć.
Podczas tych kilku ostatnich dni zupełnie niezwykłe sytuacje. Kilka żon podczas weekendu w trakcie różnych wydarzeń towarzyskich i społecznych, mrugało do mnie porozumiewawczo, że świetny wpis. Na to mruganie ich mężowie patrzyli lekko zaskoczeni, by nie powiedzieć zaniepokojeni. Dziewczyny, oni dla Was harują dzień i noc, nie mają czasu nawet na mecz w piłkę z kumplami a mieliby skrolować fejsbuka? Jeszcze Wam to potrzebne? To że nie skrolują to może być mój problem, ale nie Wasz! I nie Waszych dzieci! Niechaj im ojcowie dają każdą swoją wolną chwilę a nie poświęcają jej na Internet. A zatem niechaj tak zostanie, jeśli musi. Zawsze możecie im do poduszki coś przeczytać. Albo tylko spokojnie wyjaśnić, że nie ma powodu do niepokoju😉
W któryś z dni tego tygodnia natomiast zupełny hit (widzicie, jeszcze nie zacząłem na 100% w nowej firmie a już mi się dni zacierają, ależ tempo). W każdym razie: wpadam po lunch na wynos a tu impreza firmowa. Znajome twarze, świąteczna atmosfera, co za miły zbieg okoliczności. I te znajome twarze mi mówią, że dobry wpis był, motywujący, tylko do końca nie wiedzą co tam prawdą było a co fałszem…
No, Kochani, o to właśnie chodzi. Ja wiem ale nie powiem. Wiem też, że najbardziej wszystkich pobudziło to 100 pompek. I panów, i panie! Oczywiście panie - nie pod kątem własnych celów sportowych. Zostawmy jednak te pompki na chwilę.
Różne inne rzeczy Wam się podobały. Powiem tak, mnie też. Niestety doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny a godzina sześćdziesiąt minut. Nic na to nie poradzimy. Trzeba dokonywać wyborów. Ja naprawdę się starałem dużo ogarnąć w ostatnich miesiącach. W normalnym cyklu pracy większość z tego odpuszczam, nawet nie zbliżam się do takich pomysłów, na które porwałem się ostatnio. No bo ileż można od siebie wymagać po kilkunastu godzinach negocjacji? Nie pisałem tu nawet, ile książek napocząłem, ile kupiłem, bo uważam że warto byłoby je przeczytać. Nigdy się to nie uda, nie ma złudzeń. Ale przecież mało kto cokolwiek czyta. Na prezent ciężko coś sensownego kupić, uniwersalnego. Wolę w sumie abyśmy czytali jedną książkę, powoli, a może i kilka razy, jeśli to coś wnosi, rozświetla, daje satysfakcję, pocieszenie, zrozumienie, może nawet zmienia życie, niż tysiące innych.
Jednak płyńmy do brzegu, moje dzisiejsze pytania do Was. Mogę być jak Steve Jobs, który wiedział co ludzie chcą, chociaż oni o tym nie mieli pojęcia. To jest historia smartfonów, ekranu dotykowego itd. I trochę tak musi być z piszącym na serio. Sienkiewicz, toutes proportions gardes, chociaż wszyscy wydawcy, ludzie dobrej woli wokół odwodzili go od pisania powieści historycznej, bo przecież Kraszewski napisał już wszystko i ludzie mają tego dość, brnął w pisanie „Ogniem i mieczem” bo takie miał przekonanie. Przeciwko wszystkim wypuścił tekst, który porwał tłumy, zmienił wszystko w jego życiu, pociągnął za sobą kolejne i zmianę społeczną, i wiele więcej. Jednak z drugiej strony podoba mi się to co powiedział Ratzinger, że nigdy nie udawał kogoś kim nie jest. Ja na pewno nie jestem Stevem Jobsem, jestem taki, że chciałbym wiedzieć czego chcecie😉 Może nie tonem drani z czarno-białych filmów gangsterskich cedzących przez zęby: what do you want? Ale chciałbym wiedzieć co wolelibyście najpierw, bo muszę położyć priorytety. Czasu będę miał coraz mniej. Już to widzę, a jeszcze nie wróciłem do pełni zawodowego kołowrotka. Bo napisałem sporo, obejrzałem sporo, bo wydarzyło się wiele. Com napisał, napisałem. Nie będę porywał się na nic więcej, materiału do podszlifowywania w weekendy, podczas urlopów i bezsennych nocy wystarczy na najbliższe dziesięć lat. Od czego zatem zacząć, co Wam udostępniać po wstępnym oszlifowaniu? Podczas stanu „flow” naprawdę nie zawracałem sobie tym głowy, teraz w Święta będzie chwila, taką mam nadzieję. Nie wiem, czy kiedykolwiek to będzie wydane, czy będę miał siłę cokolwiek zakończyć, lecz skoro już coś napisałem, spędziłem nad tym wiele godzin, to czy ma to się kurzyć w szufladzie (czy raczej przepaść w czeluściach twardego dysku)? Jeśli coś Wam się spodoba, zarezonuje, dostanę ciekawy feedback, może zmobilizuje mnie to do dalszego wysiłku? A może wspólnie napiszemy zakończenie jakiejś historii? Czasami wydawało mi się, że jestem dostatecznie zmotywowany, szybko pracujący, efektywny. Potem przekonywałem się, że wcale nie byłem w porównaniu z energią tydzień później w innych okolicznościach. Zawsze może być lepiej, ale może też być gorzej. Z nami, z naszą mobilizacją, wykorzystaniem czasu, różnymi trickami i sposobami można wycisnąć więcej cukru z cukru, wierzcie mi. To też jedna z moich fascynacji.
A zatem, może fragmenty dziennika? (Resztę, jak rodzina się zgodzi, poczytacie sobie gdy będę kiedyś po tamtej stronie). Wpisy o tematyce rodzinnej, ojcowskiej, społecznej czy może kulturalnej? Czy chcecie co nieco się dowiedzieć o tych moich lekturach przeróżnych? A może nie macie co obejrzeć w weekend z małżonką albo z dziećmi, i szukacie polecenia? Piszcie też na priv jeśli chcecie. A może chcielibyście abym poszedł po bandzie i udostępnił któreś z quasi opowiadanek z okresu tzw. transformacji ustrojowej i mojej młodości? Wspomnienia bolesnego dojrzewania… To jest teraz na fali, kilka filmów osadzonych w epoce. A może ta historia biograficzna Was zaintrygowała? Lub coś z podróży, przecież podkreślałem, że coś niecoś udało się jednak zrealizować z tych szalonych pomysłów?
A może zupełnie z innej beczki. Tak jak ja czujecie przypływ energii i chcielibyście zmienić trochę świat. Tak własnymi rękoma, pieniędzmi, czasem. Może też uważacie, że młodzież jest przyszłością narodu. Albo że więzi sąsiedzkie są wartością i można by rzucić parę pomysłów w Polskę. Nie mówię już o tematach małżeńskich, wychowawczych, edukacyjnych.
W każdym razie, dziękuję jeszcze raz za wszystkie zachęcające feedbacki, „zaczepki”, pytania. In public, oraz in person. Teraz mogę iść dalej, zmienić w poprzednim poście ustawienia na publiczne, wrzucić go na bloga, nie wiem właściwie jak jeszcze mógłbym dotrzeć do ludzi dobrej woli. I dalej coś od czasu do czasu zamieszczać, powiedzcie mi tylko czy na fejsie, czy na blogu, czy jeszcze inaczej?
A gdy nie będę miał zupełnie czasu, mogę polecić Wam tego lub owego blogera, o których wspominałem na końcu poprzedniego wpisu. Może przeczytacie tam coś, o czym mi opowiecie podczas wspólnej kawy lub przy innej miłej okazji.
Do usłyszenia i zobaczenia! Jeszcze przed Świętami!

piątek, 17 grudnia 2021

Before “I’ll be back”


Ostrzeżenie małym drukiem: Tekst przeznaczony tylko dla osób o silnych nerwach, trudny do czytania w grudniu, niedoczytanie do końca może grozić uszczerbkiem dla zdrowia, doczytanie do końca tym bardziej.
Drodzy Przyjaciele, Szanowni Państwo,
Ostatni rok okazał się dla mnie rokiem niezwykłym. Najpierw wypadek samochodowy. Skończyło się na urazie mojej córki (wszystko na szczęście już dobrze) i „tylko” skasowaniu samochodu, siniaków nie liczę. Jednak dobrze przecież pamiętam, że przez ułamki sekund liczyłem się z tym, że właśnie wyświetlają się napisy końcowe filmu pt. „Dzieciństwo, młodość i dojrzałość Zbigniewa Korby”. Potem wszystkie codzienne troski i sprawy zaczęły jawić się jakby z innej perspektywy, jako drobnostki upiększające życie. Życie! Życie, które jest darem, największym, najwspanialszym darem. W obliczu takich wydarzeń wszystko nabiera innego smaku, wymiaru, głębi. Myślę, że wielu z Was tego jakoś też doświadczyło w ostatnim czasie, umiera przecież więcej osób niż zwykle, może niektórzy z nas pożegnali kogoś bliskiego czy znajomego. Ja w każdym razie czuję, że Ktoś podarował mi dodatkowy czas, dodatkowy rok.
Następnie pożegnanie z firmą, w której pracowałem ponad osiem lat i zostawiłem kawałek życia. To narastało od dłuższego czasu i w końcu musiało chyba nastąpić. Wszystkim współpracownikom i dziesiątkom świetnych ludzi niezmiennie jestem wdzięczny za wspólną przygodę, trudy i sukcesy! Dla mnie nastąpił jednak czas na zmianę. Głęboki oddech, raz, dwa, trzy… Przed podjęciem nowych wyzwań zawodowych postanowiłem przez kilka miesięcy zająć się zajęciami zgoła innymi niż zajęcia dotychczasowe. Nadarzyła się okazja unikalna, jedyna w swoim rodzaju aby zrobić to, co wydawało się dotąd niemożliwe.
Postanowiłem wykorzystać ten czas na podładowanie akumulatorów: intelektualnych, fizycznych i duchowych. Najpierw pomyślałem aby zadbać o żelazną dyscyplinę, inaczej z tych wszystkich planów będą nici. Nie tylko nie chciałem zwalniać normalnego tempa ale wręcz je podkręcić. Sen - pierwsza sprawa, mocne siedem i pół godziny każdego dnia i uregulowany tryb życia. Do łóżka przed dwudziestą trzecią, wcześniej dwugodzinny detoks od elektroniki. Gdy musiałem nadgonić plan, wiele razy czułem się członkiem klubu „5 a.m.” Zachętę do wstawania o piątej rano zawdzięczam podpowiedzi Mateusza Kusznierewicza (zobaczcie jego wpis na Linkedin z wakacji). Wolę szóstą trzydzieści, ale kilka razy taka wcześniejsza pora ocaliła mi plan dnia. Ostra zaprawa fizyczna, zrzuciłem na początek pięć kilogramów, lepiej się biega zdecydowanie. Jogging, rower, basen. Do tego weekendowo strzelnica, golf i tenis. A codziennie klasyk komandosów, udało mi się wreszcie dojść do stu pompek za jednym zamachem. Podobnie przysiady i brzuszki, gorzej tylko idzie podnoszenie się na drążku ale i tak robię kilka razy więcej niż jeszcze rok temu. W tym czasie „zbiegałem” i objechałem rowerem całą okolicę, naprawdę grzech, że tak późno, tyle miejsc niesamowitych. Jeśli chodzi o dietę, naprzemienna: wege, active, keto. Od miesięcy czuję się jak młody bóg.
Jako zwolennik oldskulowej formuły „w zdrowym ciele zdrowy duch”, wszystkie te ćwiczenia dla ciała traktowałem jedynie jako dobrą podstawę do pracy intelektualnej i duchowej. Rozmyślania, medytacje i lektury, odwiedziłem też kilka pustelni. Jednak nie jestem mnichem, a zwyczajnym zjadaczem chleba, którego żywiołem jest przecież aktywne życie i praca, w moim przypadku praca intelektualna. Praca od lat jako mocno zaangażowany prawnik, a w ostatnich latach także manager, manager usług prawnych, prowadzący właściwie biznes przedsiębiorca, dyrektor HR-u, szef sprzedaży i tak dalej. Żartowałem często, że pandemia, to siedzenie w domu, byłaby świetnym czasem, gdyby nie to, że pracowałem jako prawnik - doradca przedsiębiorców i jednocześnie przedsiębiorca i pracodawca. W praktyce oznaczało to jeszcze więcej czasu niż wcześniej. Plusów siedzenia w domu aby więcej czytać, oglądać, spacerować jakoś nie było. Teraz miało być inaczej. Ruszyłem z impetem do walki.
Po pierwsze, zaległe lektury. Wszystko co chciałem od lat przeczytać ale bałem się nawet o tym pomyśleć. I mnóstwo nowości, zacząłem bowiem od zamówienia prawie setki książek z księgarni internetowych i antykwariatów, zakupiłem też mnóstwo ebooków. Kindle jest tak poobijany, że muszę go wymienić, ale na razie szkoda mi czasu na czynności organizacyjne. Muszę wymienić też okulary, piec, opony w samochodzie, kilka żarówek, sytuacja na pewno do tego niebawem dojrzeje. Udało się przez te ileś tam tygodni przeczytać ponad siedemdziesiąt różnego rodzaju książek. Sporo literatury pięknej, niszowa klasyka: Flannery O’Connor, van der Meersch, Marai, Bernanos, Huysmans, Greene - właściwie wszystko co kiedykolwiek wydano po polsku, i sporo w oryginale. Do tego wiele nowości – głównie pod kątem techniki pisania, stylu, konstrukcji, by utrzymać się w formie. Przeczytałem też wiele wynurzeń wielu pisarzy o tym jak pisać, w myśl zasady, że najbardziej praktyczna jest dobra teoria.
Następnie Polska, której już nie ma, która odeszła. Od dawna byłem totalnie sfrustrowany, że wydaje się teraz tyle pamiętników, wspomnień, dzienników, których nie było zupełnie wtedy, kiedy miałem czas na czytanie np. gdy byłem w czwartej klasie liceum albo na pierwszym roku studiów. Aż przyszedł moment, że czas ten się znalazł. Niesamowite książki Pawlikowskiego, Jałowieckiego, Meysztowicza, Lanckorońskiej, Gawrońskiego, Sapiehy, Ronikiera i wielu innych. Do tego cała publicystyka Mackiewicza, jaki to wspaniały szlachciura wileński jest, co słowem tnie jak szablą.
Do tego trochę historii: Montefiore o młodym i starym Stalinie oraz jego dworze, Kershaw, Volker i McDonough o Hitlerze. Brr! Potem Harris trylogia o Cyceronie, jeszcze kilka rzeczy o rozegraniu Polski przed rozbiorami i o lekkomyślnych powstaniach. Nie liczę ogromu publicystyki, analiz, artykułów. Miałem ochotę na poczytanie o mechanizmach zdobywania i wykonywania władzy. Czy te mechanizmy są zastrzeżone dla polityki, czy występują też w innych działalnościach ludzkich? Czy jest sens babrać się w historii? Okoliczności się zmieniają, a człowiek się nie zmienia. Tak myślę.
Gdy miałem dość tego babrania się w historii, jakże dla nas bolesnej jako Polaków, przerzucałem się na książki pozwalające lepiej rozumieć teraźniejszość. Przede wszystkim wszystko co się ukazało na temat „wielkiej czwórki”. Nie, nie tej, którą wspierałem jakoś tam dokładając małą cegiełkę do budowania w Polsce usług prawnych. Chodzi o inną wielką czwórkę, chyba potężniejszą: o Amazona, Apple’a, Facebooka i Google’a. A zatem czytałem o „Wieku kapitalizmu inwigilacji”, o „Ugly truth”, ale i o Netflixie, o Spotify, niektóre jeszcze nie przetłumaczone na polski. IGen - o tym jak to wszystko wpływa na dzieci, o „Epidemii egoizmu”, o „Cyfrowej demencji” i wiele innych. Dopiero zaczynamy cokolwiek orientować się jak to wszystko oddziałuje na nas, jak zmienia ludzi i świat. dopiero pojawiają się badania. Dalej wizje Schwaba, Gatesa, czwarte rewolucje przemysłowe, całe to zamieszanie wokół covid. I klasyka Zajdel (odkrycie), i powrót do klasyków dystopii: Orwell, Huxley, Lem, Dick. I co mogę Wam powiedzieć? Przypomnijcie sobie Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya i cieszcie się chwilą póki trwa.
Żyjemy w czasie wielkiej niepewności, rozchwiania, wzrastających napięć społecznych i międzynarodowych. Powinniśmy trzymać się razem, odnawiać a nawet zacieśniać rozluźnione więzi. Za mało jest kleju społecznego, za dużo polaryzacji. Coś nas łączy choćby przez to, że zamieszkujemy jedno państwo, jedną miejscowość, jedną ulicę. Tym bardziej gdy znamy się, pracujemy razem, spotykamy w sklepie z pieczywem.
Były też pozycje klasycznej myśli politycznej i społecznej, różne Bunty mas, Psychologie tłumów, Szaleństwa tłumów, Antykruchości, Czarne łabędzie itp. Był Chesterton, Scruton, Ratzinger, Michnik, i idole Krytyki Politycznej. Cztery książki bp Barrona po polsku, wiele podcastów, filmików i artykułów. Sporo biografii, oj, biografie są naprawdę wciągające.
Było tego dużo, postaram się dzielić co jakiś czas moimi wrażeniami z tych licznych lektur. Czuję, tak czuję wręcz poszerzenie pola widzenia i rozumienia. Nic mnie nie zaskakuje, mało co wydaje się odkrywcze czy świeże, gdy o czymś słyszę, najczęściej już to wiem, już przeczytałem, usłyszałem, czasami tylko nie wiem gdzie. Z drugiej strony mam wrażenie, iż „wiem że nic nie wiem”, ogrom wiedzy, publikacji, materiałów, książek, filmów, programów przeraża. „Wszystkiego jest za dużo” jak śpiewał Muniek Staszczyk. A może to zgorzknienie, albo może tak się objawia dojrzałość. Nie wiem już sam. Zasadniczo mam przecież przesyt wiedzy, teorii, analiz, dyskusji. To nic nie zmienia ani na nic nie wpływa. I co nam z tego? Że sobie pogadamy, że rozumiemy coś tam. Tu trzeba działać! Trzeba coś robić!!!
Na pewno brakuje wielkiej literatury współczesnej, jak to mówił Kafka, uderzającej jak siekiera w zamarznięte na lód nasze serca.
Kochani, co jeszcze?
Właściwie wszystkie ważniejsze premiery kinowe, na Bondzie byłem trzy razy, w tym dwa razy samotnie. Kilka, o dziwo, dobrych polskich filmów. Kilka seriali. Jest ich za dużo, szczerze mówiąc. A tak na marginesie - najlepsze na podstawie pomysłów książkowych. Najważniejszy jest scenariusz, historia opowiedziana. Potem inne środki do zastosowania (gra aktorska, dialogi, scenografia, montaż, ścieżka dźwiękowa itd.), aby dobrej historii nie zaprzepaścić po prostu.
Ponadto po raz pierwszy mogłem obejrzeć prawie wszystkie mecze na Euro 2021 oraz przesłuchać na żywo prawie wszystkich uczestników Konkursu Chopinowskiego. Bruce Liu od początku był moim faworytem, cieszę się, że wygrał.
Udało się być na kilku operach, w tym na Don Giovannim w Salzburgu. Przepiękne przedstawienie.
Wróciłem do francuskiego. Kilka powieści w oryginale i wiele publicystyki współczesnej. No i na żywo
😉
Odbyłem kilka podróży zagranicznych. Pochyliłem się nad grobem sir Rogera Scrutona, spędzając potem przemiły wieczór z jego potomkami, paląc wyborne cygara, przepijając przednią whisky i wymieniając poglądy o tym, gdzie zmierza ten świat. Dostałem na pożegnanie niepublikowany zbiór ostatnich esejów, wersję limitowaną, nie będzie wydawana i udostępniana publicznie, tylko bezpośrednia dostawa dla wybranych liderów opinii w Europie i świecie.
Potem przejechałem kawałek północnej Francji, odwiedziłem Mont Saint Michel i dzięki starym przyjaciołom wziąłem udział w Rennes w spotkaniu z Erikiem Zemmourem. Gdyby tego było mało, po spotkaniu zabrali mnie na kolację w węższym gronie w jednym z domów. Co ja mówię domów, był to pałac rodziny, która wydała kilku biskupów i generałów armii francuskiej. Na kolacji i w dalszej części spotkania przy kominku pojawiło się sporo oficerów francuskich sił zbrojnych, sytuacja tam jest naprawdę napięta. Philippe bardzo polecał odwiedzenie jego oczka w głowie czyli Puy du Fou, zapewniał, że pokaże mi specjalny program, jak tylko znajdę czas aby wrócić z rodziną, najlepiej wiosną. Nie wiem, niby było miło ale na koniec powiedziałem im, że są jednak zapatrzeni w siebie, że nie ma dla nich nadziei. Osłupieli. Rozstaliśmy się w chłodnej atmosferze.
Potem Paryż, Paryż wiadomo wart jest Mszy. To znaczy właściwie odwrotnie, Msza jest warta wszystkiego w tym Paryża, ale najwyżej z tego „wszystkiego” znajduje się Paryż. Tutaj spotkanie z liderami La Manif Pour Tous. Znowu powiedziałem im, że są za bardzo francuscy, wyłącznie francuscy, że to za mało.
Oprócz podróży samotnych oczywiście wyjazdy z rodziną, poszerzanie horyzontów, inni ludzie, inne kraje, inne kontynenty. Co miesiąc tydzień w innej części świata. Karaiby na początku wakacji, potem tydzień w Afryce: Tanzania, Kenia, safari i wejście na Kilimandżaro. Potem miała być Azja: Singapur i Malezja na początek, ale nie wyszło, jednak obostrzenia pandemiczne. Na Azję przyjdzie czas za parę tygodni, gdy wybiorę się na rejs z bratem i kilkoma prezesami i dyrektorami, moimi klientami, u wybrzeży Tajlandii. Poza tym dużo Europy: Grecja, Włochy, Francja, Hiszpania, Niemcy. Jeszcze podróż sentymentalna do Belgii, szlakiem ojca na stypendium w Leuven, szlakiem niesamowitego malarstwa flamandzkiego: Brugia, Gandawa, Antwerpia. Przy okazji zahaczyliśmy o Brukselę, widzieliśmy manifestacje, których nie transmitowały żadne telewizje.
To były jednak tylko przerywniki, główna praca związana była z ….PISANIEM.
Gdy zaczynałem pisać, wszystko inne stawało się mniej ważne, niknęło we mgle i traciło blask. To było piękne i straszne zarazem. Szał pisania, stan flow, przypominający (nigdy nie miałem takowych oczywiście, ale tak sobie je wyobrażam) narkotyczne ciągi. Tym razem dałem sobie spokój ze stylem Anthony’ego Trollopa, czyli uporządkowanym pisaniem kilka godzin dziennie i odkładaniem pióra gdy wybiła godzina pójścia do pracy. Trollope pracował na poczcie, gdzie zaczynał o ósmej rano a od 5.00 do 8.00 pisał w domu. Tym razem gdy pojawiał się stan flow, płynąłem w nim do oporu, do granic fizycznych możliwości, nie jedząc, nie pijąc, nie odbierając telefonów. Godzina płynęła za godziną, a mnie bolały palce od uderzania w klawiaturę. Wielcy współcześni pisarze produkują 500-1000 słów dziennie. Wierzcie, jest to dużo, jeśli oznacza naprawdę twórczą pracę, konstruowanie fabuły, realnych bohaterów, mocnych dialogów, a wszystko jędrnym językiem. Mnie udawało się podczas stanów flow produkować od czterech do pięciu tysięcy słów, czasami więcej. Były to mordercze ciągi, bywałem wyczerpany kolejnego dnia, słaniałem się wręcz na nogach. Innym razem praca szła wolniej, wspomagałem się wtedy cygarami i dobrym winem. Kilka skrzynek znakomitego primitivo Li Filliti, kilka wybornego burgunda, kilka paczek Cohiby, mimo że w wakacje pisałem i paliłem na tarasie, to do dzisiaj moja żona nie może wygonić zapachu tytoniu z salonu. Trudno. Literatura wymaga poświęceń.
Miałem też chwile zwątpienia, czy ta katorga dla umysłu i ciała jest warta tego aby kiedyś tych kilku wiernych czytelników pochyliło się nad tym, co chcę przekazać. Nigdy nie zwątpiłem, zawsze pisałem z myślą o nawet jednym czytelniku. W każdym temacie, który podjąłem, mam co najmniej kilku wytrwałych kibiców. Nie chcę ich zawieść.
Co pisałem?
Nie mogę wszystkiego ujawnić w tej chwili. Stosowałem trójpolówkę, przerzucając się ze stanu flow w jednym projekcie do podobnego stanu w innym. Dwie powieści, jedna dla dorosłych (właściwie w dwóch częściach), jedna dla młodzieży, zbiór krótkich form z kolorytem lat 90-tych, ciężko to nazwać opowiadaniami, coś ku rozweseleniu mojego pokolenia i innych ludzi dobrej woli. Dalej dziennik czasu kwarantanny, pisany codziennie, hm, właściwie wiele fragmentów może i być lepsze od powieści. Jeszcze poradnik dobrego życia, wspominki historyczne i efekt fascynacji biografiami ludzi niezwykłych. I last but not least - szkic biograficzny, podczas którego odbyłem niesamowite spotkania z niesamowitymi ludźmi, dotarłem do nieznanych nikomu szczegółów dotyczących pewnego środowiska i pewnej osoby zupełnie niezwykłej. Nieprawdopodobnie inspirujące. Ta historia może być zaczynem ruchu społecznego, może spowodować głęboką zmianę. Kilka z napotkanych historii, z których każda nadaje się na dobry film.
Czy uda mi się wydobyć cały blask, choć część głębokiej treści, nadać temu właściwą formę? Często czułem się po prostu bezradny, słaby, za mało doświadczony, by dać odpowiednie rzeczy słowo. Patrzyłem na siebie z powątpiewaniem: prawnik bawiący się w reportera, Korba udający Hemingwaya. Jestem zwolennikiem tezy, że każda robota aby osiągnąć poziom rzemieślniczy wymaga kilku tysięcy godzin, a odpowiednio więcej aby wdrapać się na poziom mistrza. Nie, nie jestem perfekcjonistą, po prostu realistą. Jeśli opinię prawną szlifuję godzinami, to jak powinno być z tekstem literackim? Haruki Murakami pisze powieść pięć miesięcy, a potem pięć miesięcy poprawia i szlifuje, dwa razy sam, raz po przeczytaniu przez żonę i na koniec po uwagach redaktora. Jedną książkę!!! Czas, czas, czas. Koszmar! Wszystko rozbabrane, fragmenty, nawet nie redagowane po tym całym „flow”. I co mam zrobić? Wywalić to wszystko do kosza? Zostawić potomnym? Zapisać w testamencie? Czy wrzucać na fejsa na pamiątkę tego „break”? A może na bloga? Albo rozdawać wydruki na „patelni” przy metrze? Oj…
W tym czasie nie odmawiałem też spotkań, nie, nie towarzyskich, tych unikałem jak ognia, za co przepraszam wszystkich jak najserdeczniej. Nie unikałem za to spotkań, gdzie ktoś prosił aby coś powiedzieć, szczególnie gdy były to spotkania z młodzieżą. Udało się odbyć kilkanaście takich spotkań. Udało się trzy razy mówić do szefów Skautów Europy, kilka razy do licealistów i studentów, w tym prawa, udało się w końcu spędzić tydzień ze studentami na szkole letniej.
Uważam, że to powinien być zawsze priorytet – młodzi! Ci, którzy idą za nami. Oczywiście sami muszą się sparzyć, nauczyć, jednak nie powinni wyważać otwartych drzwi, lepiej aby nie wymyślali koła. Na tym polega mądrość narodów, a my szczególnie mamy zakłóconą sztafetę międzypokoleniową, aż żal porównywać się do zachodnich narodów europejskich.
W końcu udało się powołać Fundację Idei i Inicjatyw. Zrobiliśmy to z Ewą dla idei i inicjatyw innych, dodatkowych niż te, którym poświęcamy swój czas zawodowo i w pracy społecznej dotychczas. Wiele pomysłów po prostu nie mieści się w innych ramach. Udało się obmyśleć wszystko wreszcie. Następnym krokiem będzie Klub Idei i Inicjatyw a potem Ruch Idei i Inicjatyw, który zmieni Polskę a potem cały świat. Think big, start small
😉
I na koniec kilka blogów, konto na twitterze (wszystko oczywiście pod pseudonimami) i razem ponad pięćdziesiąt tysięcy followersów w pięć miesięcy. Recenzje na filmwebie, ponad sześćdziesięciu filmów, największa dynamika profilu recenzenta, podobnie na lubimyczytac, choć tutaj mniejszość lektur skomentowana, nie dało rady więcej.
Tyle z grubsza.
Niebawem wracam do normalności. Back to normal. I’ll be back. Old normal. Jak chcecie… Biała koszula, krawat, szybka kawa, samochód, szkoła i biuro. Telefony, spotkania, negocjacje, transakcje, opinie i umowy. Start z domu o 7.30, powrót po 19.00 albo lepiej. Padanie na twarz, a rano od nowa. Aż do weekendu. W piątek jakiś film, w sobotę zakupy i robienie za szofera, kibica, doradcę, ogrodnika, wieczorem na wino z przyjaciółmi, wcześniej może trochę sportu. W niedzielę pod kościołem ponarzekamy sobie w małym gronie, obiad, spotkanie towarzyskie. I kolejny tydzień. I tak upływa życie.
Czy uda się coś więcej zdziałać, gdy świat trzeszczy w posadach a każdy dzień pełen jest niepokojących wiadomości? Czy uda się zamknąć niektóre z rozpoczętych potencjalnych publikacji? Czy którąś chcielibyście przeczytać? A gdyby tylko fragmenty? Czy uda się pociągnąć dalej zainicjowane projekty?
Czy coś by Was interesowało z powyższego?
Dajcie znać. Namiary bez zmian. Dwa telefony, cztery adresy mailowe. Komunikatory – jestem na wszystkich.
Dziękuję, że jesteście, dziękuję za Waszą uwagę!
Zbyszek
P.S. Wszystkich poirytowanych tym wpisem, proszę o zachowanie spokoju, nie ma co zazdrościć, tych podróży zwłaszcza. Tak naprawdę nie wszystko z powyższego udało mi się zrealizować
☹
Może nawet mniejszość…-;) Bogu dziękuję, że cokolwiek.
Jestem przede wszystkim mężem i ojcem, uznałem więc, że raz w życiu warto wysilić się na to aby przygotowywać wszystkim rano śniadanie i witać ich po powrocie smacznym, świeżym obiadem. Robiłem też zakupy. Chciałem ponadto zluzować żonę w karkołomnych dowozach, zawozach i odwozach dzieci z przeróżnych zajęć pozalekcyjnych. Mamy daleko do kolejki, kiedy tylko mogłem, zawoziłem albo przywoziłem. Powiecie, nadopiekuńczość. Hm, jeszcze się nachodzą, a gdy tylko wrócę do trybu biurowego, nie będą miały po prostu innego wyjścia. Czy wspomnienie ojca czekającego na stacji PKP w samochodzie, wyłączającego radio gdy tylko ona lub on wsiadł i zamknął drzwi, aby zapytać, jak minął dzień, co się wydarzyło, jak koledzy i koleżanki (znam tych kolegów i koleżanki teraz wszystkie) - przetrwa w ich pamięci? A dowozy na zajęcia dodatkowe do Anina, Miedzeszyna, trzy razy trening na Józefowi, nie licząc ligi i sparingów, plus wizyty u koleżanek w Otwocku, Świdrze, Falenicy, Aleksandrowie, Starej Miłosnej a nawet w centrum Warszawy? Czy w zamian za ten los szofera mógłbym ukończyć którąś z rozpoczętych książek, mógłbym popełnić i ofiarować czytelnikom trzydzieści przełomowych wpisów na bloga?
Być może. Jednak nie zrobiłem tego.
Non omnis moriar. Co po nas zostanie? Co bardziej? Kilka zapisanych kartek czy chwile oddania swego czasu dla najbliższych?
A zatem byłem family man’em przede wszystkim. Gdybym jednym słowem miał określić moje zaangażowanie, czas, priorytet, motor napędowy, tym słowem mogłoby być „ojcostwo”. Ojcem jestem gdy zawożę, ojcem gdy myślę o pracy, ojcem gdy ją wykonuję. Ojcem gdy przelewam kieszonkowe, i ojcem gdy wracam z roboty zmęczony. Ojcem, gdy zagaduję, i ojcem gdy oddaję się swoim zajęciom.
Jednak udało się też mimo to co nieco zrobić, napisać, przeczytać, zobaczyć, ludzi spotkać, odnowić kontakty, popełnić pomysły, niektóre inicjatywy jednak rozpocząć. Może niektórymi z tych rzeczy uda się podzielić z Wami kiedyś? Może niektóre z tych pomysłów możemy realizować dalej razem?
Czas pokaże.