Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozumieć więcej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozumieć więcej. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 listopada 2024

Święto Wszystkich Super-Żywych Świętych, Wiecznie Żywych Świętych!


Dla spragnionych błyskotliwych refleksji teologicznych związanych z dzisiejszym świętem znakomity tekst homilii wygłoszonej rok temu w Święto Wszystkich Świętych przez arcybiskupa Sydney, Anthony’ego Fishera. Miałem wyjątkowe szczęście słuchać jej na żywo w Londynie podczas konferencji ARC. Ostatnio prasa cytowała jego mądre wypowiedzi z Synodu. Dajcie znać czy Wam też się ten tekst podoba? Cudem to dostałem po angielsku, a polskie tłumaczenie to dzieło Deepla i moje (oczywiście nieautoryzowane, udostępniam, bo szkoda aby takie dobre teksty nie były w czytaniu). Enjoy!

HOMILIA PODCZAS MSZY ŚWIĘTEJ W UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

KONFERENCJA ARC, KOŚCIÓŁ ŚW. MAŁGORZATY, CANNING TOWN, 2023 R.

abp sydney, anthony fisher

Wszystkich Świętych nie jest tak naprawdę świętem wszystkich świętych. Nie jest to uroczystość tych "żywych świętych", którzy są wśród nas, przejrzystych na Bożą łaską, wykazujących się niezwykłymi cnotami. Nie jest to również święto tych, którzy stają się świętymi, a których św. Paweł odważył się już nazwać "świętymi". Nie, we Wszystkich Świętych nie chodzi o żywych świętych.

Ale byłoby dziwne powiedzieć, że jest to święto wszystkich zmarłych świętych. To dlatego, że chociaż umarli, nie wierzymy, że święci są martwi. W naszych wyznaniach wiary wyznajemy wiarę w świętych obcowanie, przebaczenie grzechów, zmartwychwstanie ciała i życie wieczne. Wierzymy więc, że święci są bardziej żywi w niebie niż kiedykolwiek byli na ziemi. Zamiast Święta Wszystkich Umarłych Świętych, dziś obchodzimy Święto Wszystkich Super-Żywych Świętych, Wiecznie Żywych Świętych!

Chociaż Paweł z radością używał słowa "święty" do opisania każdego chrześcijanina - ponieważ wszyscy jesteśmy, miejmy nadzieję, świętymi w trakcie stawania się nimi - większość z nas czułaby się niekomfortowo, gdyby nazywano nas świętymi. Częściowo taka nieśmiałość odzwierciedla właściwą pokorę: znamy nasze słabości i wady; wciąż mamy wiele do zrobienia, lub Bóg ma, aby przygotować nas na niebo. Ufamy, że większość z tego przygotowania wydarzy się w tym życiu, ale część może być jeszcze wymagana w czyśćcu. Czujemy jednak, że na tym etapie nie jesteśmy jeszcze gotowi na niebo, nie jesteśmy jeszcze udoskonaleni. 

Drugim powodem, dla którego ludzie mogą być powolni w mówieniu lub myśleniu o tych, którzy są w niebie, jest to, że szczerze mówiąc niewiele wiemy o życiu w niebie. Jest ono poza naszym doświadczeniem. Oczywiście, w Biblii jest wiele przebłysków świętych w niebie. Wiemy, że Chrystus powrócił z martwych jako obietnica życia po śmierci (1 Kor. 15 itd.). Ale to, co oznacza dla Niego "zasiadanie po prawicy Ojca w chwale" i jakie będzie dla nas życie pozagrobowe, jest nadal dość tajemnicze. Jak powiedział słynny filozof Ludwig Wittgenstein: "To, o czym nie możemy mówić, musimy pominąć milczeniem".  Niektóre rzeczy są poza naszym obecnym zrozumieniem lub artykulacją. Niebo i życie świętych mogą w dużej mierze należeć do tej kategorii, a wszystko, co o nich powiemy, będzie bardziej rozpraszające niż odkrywcze.


Innym powodem, dla którego ludzie mogą być niechętni świętym, jest to, że uważają, że życie jako święty jest po prostu zbyt trudne. "Uczyń mnie czystym", modlił się młody Augustyn, "ale jeszcze nie teraz". Bycie przeciętną mieszanką dobra i zła może wydawać się na razie wystarczające. Niewielu z nas może być świętymi w pełnym tego słowa znaczeniu przez cały czas. I tak długo jak pokutujemy na tyle, aby dostać się do tylnych rzędów niebiańskiego kina, to wystarczy. (Jeszcze do tego wrócę...).

Rozważmy jednak czwarty powód, dla którego wielu ludzi nie chce myśleć o świętości i być świętymi: uważają, że świętość jest nudna. Popkultura mówi nam, że bycie w niebie oznacza wieczne siedzenie na chmurze, wpatrywanie się w jeden kierunek, granie na harfach i śpiewanie hymnów przez cały dzień - wszystko to jest bardzo nużące. Ale wiara chrześcijańska podkreśla, że w niebie czeka nas doskonały pokój, wieczny odpoczynek, całkowite spełnienie i to nie dlatego, że obniżyliśmy poprzeczkę tego, co nas satysfakcjonuje. Do nieba zabierzemy wszystko, co w nas najlepsze, odnowione i oczyszczone, i wszyscy będziemy kimś więcej, a nie kimś mniej (LG 48-51; KKK 1023-29 itd.). Zamiast być nużącym, życie świętych jest, jak wyjaśnił Benedykt XVI, "najwyższym momentem satysfakcji, w którym całość obejmuje nas, a my obejmujemy całość". To "jak zanurzenie się w oceanie nieskończonej miłości... życie w pełnym tego słowa znaczeniu, zanurzanie się wciąż na nowo w ogrom bytu, w którym po prostu ogarnia nas radość" - powiedział papież. 

 


Po piąte, popkultura często sugeruje, że w życiu pozagrobowym zrzucamy nasze ciała jak stare ubrania i zostawiamy za sobą materialny wszechświat, stając się duchami, aniołami lub częściami jednego wielkiego kosmicznego ducha. Byłoby to jednak wyrządzenie nam krzywdy. Bez ciał nie bylibyśmy już dłużej istotami ludzkimi; życie w niebie byłoby raczej umniejszeniem niż wzbogaceniem. Nie, w zmartwychwstaniu nasze ciała są uwielbione tak jak ciało Chrystusa. Chociaż ściany i drzwi, czas i przestrzeń już Go nie ograniczały, Zmartwychwstały Pan mógł być dotykany i mógł jeść: Był wcielony. Tak więc nie porzucamy świata materialnego dla duchowego ani nie budzimy się na chmurze po tym, jak wszystko inne zostało zniszczone: będzie nowe niebo i nowa ziemia, których częścią będą nasze własne ciała.

Jeśli więc wiele z tego, co popkultura mówi nam o niebie, jest mylące, jak najlepiej wyobrazić sobie ten "błogosławiony" stan? Giovanni di Fiesole, znany potomnym jako Fra Angelico, był XV-wiecznym dominikańskim bratem-teologiem, beatyfikowanym przez św. Jana Pawła II i ogłoszonym patronem artystów chrześcijańskich. Wśród jego obszernego dorobku znajduje się wiele wersji komunii świętych. W niektórych aniołowie i święci rozmawiają, czule się obejmują, a nawet tańczą pośród raju muzyki, kwiatów, śmiechu i czystego piękna.

Dalecy od homogenizacji, święci Angelico niosą ze sobą swoje historie, opowiedziane w ich fizjonomiach i kostiumach, teraz gloryfikowanych, ale wciąż zindywidualizowanych. Wyrażają różne osobowości i patrzą w różnych kierunkach, niektórzy kontemplują, inni są bardziej aktywni, niektórzy pogrążeni w rozmowie, inni skupieni na czymś innym, co ich interesuje. Wszyscy są w domu, ponieważ niebo jest naszym upragnionym powrotem do domu (J 14:2-4; 2Kor 5:1; Flp 3:20). Tutaj ukochani są ponownie zjednoczeni, wszystkie nasze najgłębsze pragnienia są spełnione: nasze pragnienie prawdy, piękna i dobra, miłości i pokoju, w świecie bez alienacji, niezgody lub sfrustrowanych pragnień, bez chorób, cierpienia i śmierci, bez smutku i łez (Iz 25:8; Ap 7:17; 21:4 itd.).

ÍËÔ

Jest tak wiele do powiedzenia na temat tego szczęśliwego miejsca, jakim jest niebo, tego błogosławionego stanu, jakim jest bycie świętym. W "Przewodniku Autostopowicza po Galaktyce" Douglasa Adamsa ogromny superkomputer o nazwie Głęboka Myśl spędza 7,5 miliona lat na obliczaniu "odpowiedzi na ostateczne pytanie dotyczące życia, wszechświata i wszystkiego", a odpowiedzią tą jest, komicznie, 42; niestety do tego czasu nikt już nie pamiętał, jakie pytanie zostało zadane Głębokiej Myśli. Więc pozwól, że ci powiem: ostateczne pytanie brzmi: jak być szczęśliwym na zawsze? Odpowiedź na to: dostać się do nieba.

To jest sens życia. Poznać, kochać i służyć Bogu, bliźniemu, sobie. Zachowywać dziesięć przykazań, które pokazują nam, jak kochać Boga i rzeczy Boże, takie jak kult, rodzina, życie, miłość, prawda, osoby, dary tej ziemi i praca ludzkich rąk. Żyć błogosławieństwami ogłoszonymi przez Jezusa w dzisiejszej Ewangelii (Mt 5, 1-12), które są wymiarami życia w królestwie Bożym. Kochać tak, jak kochał Chrystus. Oddawać cześć w duchu i prawdzie, która w najlepszym wydaniu jest przedsmakiem życia wiecznego, liturgii niebiańskiej, uczty eschatologicznej, komun

ii świętych (por. GS 38). Wszystko, co robi Kościół, ma na celu doprowadzenie nas do nieba. A kiedy zastanawiamy się na naszej Konferencji ARC, co jest potrzebne tutaj na ziemi, więcej świętych jest z pewnością częścią odpowiedzi!

 


Uczyń mnie czystym, Panie, ale jeszcze nie teraz? Nie, Panie, przygotuj mnie do nieba już teraz. Mogę mieć jeszcze tylko jedno stulecie, jeszcze jedną dekadę, jeszcze jeden rok, jeszcze jedną minutę na tej ziemi (por. 1 Tes 4 i 5). Uczyń mnie świętym pilnie, natychmiast, Panie. Zainspiruj mnie i uzdolnij do robienia niezwykłych rzeczy lub robienia zwykłych rzeczy z niezwykłą łaską - w mojej rodzinie, przyjaźniach, studiach, miejscu pracy, biznesie, czasie wolnym, gdziekolwiek - dla bogatszych lub biedniejszych, w chorobie i zdrowiu, aż do śmierci. Również moi bliscy, dalsza rodzina, parafia, koledzy, rodacy i ja: wszyscy jesteśmy niespokojni, Panie, dopóki nie spoczniemy w Tobie. Więc przygotuj nas, słodki Jezu, abyśmy znaleźli nasz odpoczynek w Tobie. A w swoim czasie, Panie, dołącz mnie do komunii Wszystkich Świętych w niebie, gdzie będę najprawdziwszym sobą i będę żył najpełniej - i na wieki wieków! Amen.

sobota, 3 sierpnia 2024

Jeszcze kilka słów o ceremonii otwarcia Olimpiady

 


Całe natężenie uwagi, dyskusji, obrażenia i przeprosin (bardzo trefnych, polecam celny komentarz bp Barrona w tej sprawie) skupiło się na scenie imitującej Ostatnią Wieczerzę. Czy ma znaczenie, że to obraz Leonarda da Vinci, co myślał da Vinci, etc. albo czy to nie inny obraz (niezła wrzutka btw) – nie, nie ma żadnego! Ważne, że była to parodia ważnego, kluczowego wydarzenia dla chrześcijan, kluczowego dla Boga, który dał swoje ciało i swoją krew, uczynił coś najbardziej nieprawdopodobnego i wielkiego, i bez względu na to, czy ktoś w to wierzy, czy wydaje mu się to jedynie śmieszne, powinien to uszanować. I tak w ogóle to mógłby uszanować dla siebie samego, „na wszelki wypadek”, gdyby jednak Bóg istniał i był wszechmogący. Pomijam w tej chwili komentarze różnych zakompleksionych katolików, „może nie to mieli na myśli”, „może jesteśmy przewrażliwieni”, innych „usprawiedliwiających” performance, z pewną nieśmiałością ośmielających się uznać to za kontrowersyjne, skoro pochodzi z Francji, z zachodniej Europy, etc. Co ciekawe, zachodni świat katolicki wydaje mi się bardziej jednoznaczny w ocenach niż polski. My tu, w krainie Wisły i Odry, wydajemy się jacyś tacy zahukani, nieśmiali, przygaszeni, jakbyśmy uwierzyli, że nie mamy prawa zabierać głosu w żadnej sprawie bo przecież w Kościele znaleziono pedofili. Katolicy amerykańscy, francuscy wydają się być lepiej zorganizowani, bardziej jednoznaczni, energiczni. Tak mi się wydaje, ale mogę się mylić.

Ale nie o tym chciałem tak naprawdę. Czy gdyby nie ta scena z Wieczerzą to wszystko było okej? Czy było okej aby podczas uroczystego otwarcia igrzysk, święta sportu, pokoju, radości, gdzie wygrywają najlepsi, wskutek pracy, wysiłku, talentu; gdzie ma królować fair play, gdzie przedstawiciele tylu narodów, państw, o których nie mieliśmy nawet pojęcia, że istnieją, rywalizują ze sobą w atmosferze braterstwa, solidarności - i że podczas otwarcia takiej imprezy, ktoś postanowił zorganizować globalną indoktrynację? Czy jest okej, że w tym performance z udziałem przedstawicieli wszystkich liter znanego już powszechnie skrótu, facetów poprzebieranych za kobiety a może odwrotnie, trudno było się dokładnie zorientować - brały udział dzieci? W związku z tym, że performance miał bardzo seksualną atmosferę, czego miała być to promocja? Co autorzy chcieli pokazać? Jak to się ma do zagrożenia pedofilią? Czy wszyscy wrażliwi na to zagadnienie, uznają, że czymś normalnym dla dziecka jest uczestnictwo w takim występie w osobami, którym ze spodenek wyglądają pewne organy płciowe? Jaki wpływ na te dzieci miało to w czym uczestniczyły? Ile było prób, ile tygodni przygotowań? Dlaczego nikt ze znanych tropicieli pedofilii i nadużyć się nie odezwał, nie zaniepokoił losem tych dzieci, nie zaprotestował? A może tylko ja to przeoczyłem?

I na końcu pytanie: czym jest „nieprawość”, o której mówił Jezus? Która przecież dodatkowo może się „wzmagać”?

Wątki apokaliptyczne rozwijali inni, większość twitterowiczów na pytanie Muska, odpowiedziała, że ceremonia przypominała im spektakl satanistyczny. Jeszcze więc tylko wątek terroru rewolucji francuskiej. Jak można bawić się takim tematem? Robić show, wypuszczać kolorowy dym, aranżować odcięte śpiewające głowy. Jak można „robić sobie śmiechy” z tych przerażających historii, przesyconych okrucieństwem, o jakim nam się nie śniło w najgorszych snach. Inni późniejsi zbrodniarze inspirowali się rewoltą francuską, Goebbels nie szczędził pięknych słów pod jej adresem. Zgilotynowana w efekcie sfingowanego procesu, odarta z godności, prześladowana królowa Maria Antonina, śpiewa z odciętą głową z okien więzienia, w którym spędziła ostatnie 77 dni swojego życia. To jest makabreska, skandal. Ale oni są tak pewni swego, że mogą sobie na to bez problemu pozwolić. Więc sobie pozwalają. Obyśmy nie oglądali jeszcze wielu innych rzeczy gorszych niż to.



niedziela, 28 lipca 2024

Karczemne bachanalia na otwarciu Olimpiady w Paryżu


Karczemne bachanalia na otwarciu Olimpiady w Paryżu

Oglądałem w piątek wieczorem długi fragment ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. Wielki show, performance, w którym bierze udział całe miasto ze swoimi monumentalnymi zabytkami. Ekscentrycznie, oryginalnie, kolorowo, z dopracowaniem detali - to mogli wymyślić tylko Francuzi. Gdy operator przedstawiał widok z drona, pomyślałem – „ależ to jest jednak wspaniałe miasto”! I te niezliczone barki, łódki, łodzie, z olimpijczykami różnych nieznanych nam krajów na pokładzie, co za świetny pomysł! Nieco zakłócany przez czasem zbyt intensywny deszcz. Wprzęgnięcie orkiestry gwardyjskiej z mundurach w wykonanie popowej piosenki z tancerkami wijącymi się w sensualnym tańcu, hm, ciekawe, zaskakujące, trochę w stronę Monthy Pytona, ale jeszcze powiedzmy w porządku. Ale scena ze śpiewającą głową Marii Antoniny, z budynkiem spowitym dymem w kolorze purpury, złowrogo przypominającym morze wylanej krwi, podczas gdy postać zgilotynowanej królowej sklonowana, by stać w co drugim oknie, wesoło sobie śpiewa wymachując tą ściętą głową, bardzo teatralne, zaskakujące ale to już raczej niesmak, Monthy Pyton do kwadratu, zabawianie się tematem terroru, okrucieństwa. To wydało mi się powiedzmy co najmniej kontrowersyjne. A scena z trójką studentów, podszyta erotycznym pożądaniem, niesmaczna, wulgarna, coś co nie powinno mieć miejsca w takim miejscu, w takim momencie. Nachalna propaganda agendy LGBTQ etc.

Kiedy rano otworzyłem fejsbuka (cóż, tak właśnie było), wyskoczyła mi natychmiast krótka rolka z bp Barronem mówiącym o „mockery” z chrześcijaństwa podczas ceremonii otwarcia igrzysk, zerknąłem na twittera – i dopiero dowiedziałem się, co się wydarzyło. Nie musiałem tym razem sam mierzyć się ze swoimi absmakami i niesmakami, jak co do części, którą obejrzałem wcześniej, inni dokonali interpretacji i wyciągnęli wnioski za mnie. Nie mylili się.

To wszystko co mogłoby uchodzić za drapieżną wizję artysty, reżysera, było niewątpliwie zamierzone. Dlatego został przecież wybrany do tego zadania. Nie mogło być inaczej. Miało być transgresyjnie, i było, miało być danie prztyczka w nos i gnębienie tych niedobitków chrześcijan, i było, jednak przede wszystkich miała to być chwała dla rewolucyjnej i post-rewolucyjnej Francji. Francji opanowanej przez spiskowców i ich potomków, uczestników różnych tajnych stowarzyszeń, którzy doprowadzili do rewolucji, ścięcia swojego króla, królowej, i jeszcze kilkudziesięciu tysięcy osób. Którzy utopili Francję w morzu krwi, splądrowali, zniszczyli i rozkradli tysiące kościołów, zakonów, zniszczyli co się tylko dało zniszczyć aby budować nowe. Już bez Boga. I pilnie tego strzegą. Nie ma wolności dla wrogów wolności, i to my określamy, kto tym wrogiem jest. Czyż nie tak jest?

Dla największych niedowiarków chyba stało się zupełnie jasne, że duch rewolucji francuskiej, jest cały czas obecny we współczesnej Francji, ba, w całym świecie, uosabiany m.in. przez rządzących, Macrona i innych. Co oni proponują? Widzieliśmy sami: transgresję, wielkie bunga-bunga i brutalność wobec opornych. Nie taniec na Titanicu, ale orgię na Titanicu.

Dalekie od komunizmu? (To nasz wątek polski, żenujące zawieszenie legendy sportowego dziennikarstwa Przemysława Babiarza, bo czyżby jakiś nadgorliwy pryszczaty adept panującej ideologii chciał się podlizać?) To przecież dokładnie te same podstawy, piękne słowa, idee, o świecie bez granic, pokoju, wolności, równości, braterstwie a potem są równi i równiejsi, jest terror i morze krwi. Komunizm kojarzy się z wersją wschodnią, siermiężną, w gumofilcach i kufajkach z Syberii. Dlatego to marzenie na Zachodzie wciąż jest żywe, nie o tym komunizmie zrealizowanym już na Wschodzie na sposób wschodni, przaśny, ale o takim bardziej nowoczesnym, ładniej opakowanym, sterylnym, jak o tym można posłuchać w piosence „Imagine” albo poczytać u tych, którzy pouczają nas z pokładów prywatnych odrzutowców, że „nie będziemy mieć nic i będziemy szczęśliwi” a sztuczne mięso będzie smakować prawie tak jak prawdziwe.

Światem kierują albo chcą nim kierować szaleńcy. Kiedyś oglądaliśmy takich szaleńców w starych filmach z Jamesem Bondem: facet ze złotym zębem, szalony miliarder z siedzibą w jakiejś skalnej grocie na bezludnej wyspie…. Teraz stoją na czele rządów, korporacji, operują miliardami i chcą urządzać dla nas świat na nowo.

To co widzieliśmy w Paryżu nie jest żadnym przełomem. To dzieje się na co dzień, ta wizja jest wdrażana od lat. Mieliśmy niedawno wprost satanistyczny performance na Eurowizji i wiele innych przegięć, których nie powinno być z sferze publicznej. Po prostu tym razem była wielka widownia, i o to oczywiście też chodziło. Może dzięki temu zrozumiemy wszyscy, że to nie jest myzianie, że to jest wojna ideowa. Że po tamtej stronie są ludzie nie mający nic sensownego do zaproponowania, z wizją z piekła rodem, której realizacja powoduje, że Europa powoli ale konsekwentnie umiera. Ten rak toczy Francję ale i cały stary kontynent (już w dosłownym tego słowa znaczeniu stary) od lat i pokoleń. Ostatnie wybory koalicja Macrona i skrajnej lewicy wygrała we Francji już tylko dzięki głosom muzułmanów. Macron i odważni twórcy ceremonii otwarcia igrzysk wiedzą, że ich świętości szargać nie wolno.

Co my na to wszystko? Teraz trwa wielka imba w mediach społecznościowych. Wzmożenie: komentujemy, lajkujemy, udostępniamy. Marion Marechal, siostrzenica Marine le Pen wrzuciła w media społecznościowe twit, że to nie jest Francja, że to szaleństwo skrajnej lewicy. Fajnie, wiele milionów wyświetleń. Rod Dreher skomentował to z kolei tak, że i co z tego, skoro ta prawdziwa Francja nie zrobi z tym nic. I ona ma rację, i on - najpewniej - ma rację,

Czy my coś możemy zrobić? Dzisiaj natrafiłem w Piśmie na fragment Mateusza rozdział 24, gdzie uderzyły mnie słowa: „ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu”. Jeśli wzmoże się nieprawość, nieprzyzwoitość, szarganie świętości, deptanie uczuć innych - osłabnie miłość wielu. A wtedy bez miłości świat będzie gorszym miejscem, bardziej brutalnym, bezlitosnym. Cały czas takim jest w krainach, gdzie chrześcijaństwo wcale nie zawitało lub jest jeszcze bardzo słabe. Takim świat będzie się stawał w miejscach, gdzie chrześcijańska kultura, szacunek dla człowieka, postrzeganie dziesięciu przykazań jako wyznacznika akceptowalnych działań - dramatycznie słabnie. A zatem musimy coś robić!

Czy coś konkretnego możemy zrobić aby powstrzymać to szaleństwo? Jeśli każdy przekonałby pięć osób, dostarczył im faktów, wiedzy, zmuszających do myślenia, wyciągania wniosków? A te pięć osób nigdy więcej nie zagłosowałoby na szarlatanów, trefnisiów za cały swój program mających tylko nagrywanie rolek na instagrama…..

Marzenie.


wtorek, 28 marca 2023

WYMAZYWANIE JANA PAWŁA II czyli jeden mały krok na drodze do ….


 

WYMAZYWANIE JANA PAWŁA II czyli jeden mały krok na drodze do ….

Obejrzałem i przeczytałem w przedostatni weekend, to co było do obejrzenia i przeczytania na temat, którym żyły media i polityka przez ostatnie dwa tygodnie, czyli w skrócie czy Karol Wojtyła tuszował pedofilię w Kościele, w związku z reportażem TVN24 „Franciszkańska 3” i książką holenderskiego dziennikarza, której tytułu przytaczać nie będę. Dlaczego zadałem sobie ten trud? Czy z ciekawości lub dlatego bo chciałem się przekonać sam, zweryfikować lub może dlatego, że poczułem się zaniepokojony bezlitosnym oskarżeniem kruszącym autorytet wielkiej postaci? Otóż nie! Bo cierpię nad nadmiar czasu? Nie, nie cierpię na nadmiar czasu (przeciwnie, dlatego dopiero po kolejnym pracowitym tygodniu w weekend to pisałem, a w czasie kolejnego ten tekst kończyłem, a teraz dopiero publikuję). Poświęciłem na to swój cenny czas, ponieważ natychmiast pojawiło się zamieszanie w wielu głowach (mam nadzieję, że już go jest mniej, gdyż wiele rzetelnych publikacji i głosów pojawiło się w przestrzeni medialnej). Obejrzałem i przeczytałem co nieco, ponieważ obiecałem, że tak zrobię, m.in. koledze w pracy, aby nie być gołosłownym, aby w kolejnej naszej rozmowie odnosić się do konkretów. Chętnie odniosę się do nich w każdej innej rozmowie, która się nadarzy. Teraz na tyle na ile się uda krótko, kilka uwag podsumowujących.

1)  1) Nie jestem historykiem, ani dziennikarzem, oni już na szybko popełnili wiele miażdżących dla tego materiału tekstów. I dobrze. Tylko kto je przeczyta i kiedy? Materiał już złapał zasięgi, „poszły konie po betonie”, sformułowania rzucone w eter zostały zapamiętane a na pewno główne przesłanie. Zamieszanie i kolejna gorąca dyskusja oraz podział społeczny spowodowany. Takie jest prawo mediów i prawo dezinformacji i manipulacji. Nawet jeśli dwudziestu profesorów usiądzie i zetrze intelektualnie w pył cały ten, pożal się Boże, reportaż „śledczy” i książkę tajemniczego dziennikarza z Holandii - to takie starcie w pył dotrze tylko do części osób, a nawet jeśli dotrze, poczucie „że coś musi być na rzeczy” pozostanie. Takie jest nieubłagane prawo przekazu medialnego. Taka jest też złota reguła operacji dezinformacyjnych.

2)   2) Film ma charakter manipulacyjny, muzyka jest jak z horroru, ksiądz przechadzający się w sutannie w jakichś zaroślach o zmroku ma wywoływać skojarzenie sutanna=pedofil, i sam tytuł. Tytuł jest po prostu bezczelny. Wszystko w tym filmie nastawione jest na prowokację. Chodziło o prowokację. Po co, dlaczego, na czyje zlecenie?

3)   3) Pedofilia jest złem, zło należy wypalać gorącym żelazem. W rozumieniu tego zjawiska i tego jak z nim walczyć obecnie jesteśmy bogatsi o doświadczenia ostatnich dwudziestu lat, o badania naukowe, o rozwój wiedzy psychiatrycznej i psychologicznej. Naczytałem się o tym dosyć. Działania Wojtyły były zgodne z ówczesną wiedzą i przyjętymi procedurami działania. Pisanie o „zamiataniu pod dywan”, tuszowaniu, o tym, że „wiedział i nic nie zrobił”, jest nadużyciem. „Materiał”, który tak pieczołowicie redaktorzy gromadzili nie daje podstaw do tak daleko idących twierdzeń. Tym bardziej do insynuacji, że Karol Wojtyła tolerował zło w Krakowie, dlatego patrzył na nie przez palce w całym Kościele. To lansowana ze wszech sił teza, która nie daje się obronić. Zamiast tego są insynuacje i jazgot.

4)  4) Mierzi mnie wylewanie krokodylich łez przez tych nagłych przyjaciół ludzi skrzywdzonych, tych pierwszych sprawiedliwych dokonujących moralnego zadośćuczynienia za krzywdy skrzywdzonych poprzez nagranie ich na kamerze i wysłuchanie przez pięć minut. Publicyści w filmie grzmią: nie wysłuchano ofiar, nie dano głosu ofiarom. Może i tak było. Myślę, że nie wiedziano do końca jak się zachować. Może z perspektywy obecnej wiedzy i doświadczenia, jak należy podchodzić do takich przypadków, moglibyśmy uznać, że reakcje wówczas były niewystarczające. Ale były. Podejmowano decyzje, jakie wydawały się wówczas właściwe i wystarczające. Nie pokazano nic co wskazywałoby na intencjonalne zaniechanie, a tym bardziej na działanie ze złej woli. Czy redaktorzy oczekiwaliby aby dwóch kurialistów pojechało do wioski w latach sześćdziesiątych i przeprowadzało wywiad z ofiarą? Po to aby cała wioska huczała zaraz od plotek, aby skomplikować ofierze życie jeszcze bardziej? Wtórna wiktymizacja. Takim sformułowaniem posługują się, ci którzy zabierali głos w dyskusjach związanych ze sprawą szczecińską, którzy skądinąd też głośno oskarżają Wojtyłę. Czy nie przyszło im na myśl, że to czego, abstrahując od realiów historycznych, tak zdecydowanie od tamtej rzeczywistości żądają, mogłoby właśnie być taką wtórną wiktymizacją wtedy. Podobno, tak wyczytałem w mądrych opracowaniach, w przestępstwach gwałtu, nawet na dorosłych, najtrudniejsza, najbardziej traumatyczna może okazać się świadomość, że inni wiedzą. To może traumatyzować nawet bardziej niż samo zdarzenie. I zostać na dłużej w człowieku skrzywdzonym. Dlatego przez długie lata prawo karne nie ścigało przestępstw gwałtu z urzędu a tylko na wniosek. Nie wiem czy słusznie z naszej obecnej perspektywy, jednak preferencja ofiary była najważniejsza. Sprawiedliwość wobec sprawcy za cenę dodatkowej dolegliwości psychicznej dla ofiary uważana była za wylanie dziecka z kąpielą. Tak było w kodeksie karnym do 2013 roku. Teraz wszystkie przestępstwa przeciwko wolności seksualnej ścigane są z urzędu. Tak czy inaczej: wracanie do traumatycznych przeżyć jest prawdopodobnie jeszcze większą traumą dla osoby małoletniej niż dorosłej. Zgodzimy się chyba, że odpowiedzialne podejmowanie tych zagadnień wymaga fachowej wiedzy teoretycznej i praktycznej, delikatności, a na pewno nie jazgotu w mediach społecznościowych w świetle fleszy, kamer i z publicznym rozgłosem. W zakrzykiwaniu, niby w imieniu ofiar, o oddanie im głosu, wyczuwam hipokryzję i de facto przedmiotowe tych ofiar traktowanie.

5)  5) Obserwuję całą tą sytuację jako zwyczajny obywatel, obserwator, ale też jako prawnik, którego uczono takich podstaw jak to, że istnieje coś takiego jak domniemanie niewinności, czyli że winę trzeba udowodnić, że udowadnia ten kto twierdzi a nie ten kto zaprzecza, że „audiatur et altera pars” czyli że zawsze należy wysłuchać obu stron, że wina jest indywidualna a nie zbiorowa itd., etc. Ten materiał i idąca za nim fala wulgarnych komentarzy w mediach społecznościowych nie respektuje żadnych tego typu staroświeckich zasad. Żadnych reguł. Hasło zostało zapodane, sfora brytanów ruszyła do ataku.

6)  6) Kolejna sprawa: komentatorzy biorący udział w filmie. Oprócz Tomasza Krzyżaka, dla którego szacunek po wsze czasy za rzetelność dziennikarską, co do pozostałych - było to po prostu haniebne. Samo wystąpienie w takim programie, jak i zuchwałe, pewne siebie sądy na podstawie nikłych przesłanek, wybiórczo skrojonego materiału. Duża dezynwoltura.

7)   7) Można mieć wrażenie, że ktoś tu tylko wykonywał zlecone zadanie. Panowie dostali „zlecenie na Wojtyłę” i najlepiej jak umieli, je zrealizowali. Nie z poczucia misji, ale zwyczajnie za pieniądze. Węszyli i szukali dwa lata, i tyle wszystkiego wywęszyli i wyszukali co mamy w filmie. Odgrzewane kotlety, cztery przypadki, w tym dwa dokładnie opisane kilka miesięcy wcześniej w Rzeczpospolitej, które właściwie przemawiają na rzecz biskupa Wojtyły, jeśli tylko odjąć grobową muzykę, głos z offu i tępe powtarzanie hasła „Wojtyła wiedział” a dodać trochę faktów z szybkiej kwerendy dokonanej w ciągu kilku dni przez kilku dziennikarzy, historyków i blogerów. Okoliczności pominiętych przez autorów jako niepasujących do zamówionej narracji. Trzeba było aż wynająć tajemniczego dziennikarza z Holandii do zadań specjalnych? Zgaduję, że nikt z Polski nie podjął się tego podłego i niewdzięcznego zadania.

8)  8) Przypomina to polowanie z nagonką… na Wojtyłę. Podręcznikowo rozpisane role: dziennikarz śledczy, drugi dziennikarz, tyle że zagraniczny, czołowy publicysta przezywający sam siebie katotalibem (bolesna sprawa, naprawdę trudno uwierzyć), i pierwszy raz na oczy widziana przez opinię publiczną „uczennica i przyjaciółka papieża”. Prawdziwi przyjaciele chyba z krzeseł pospadali jak to zobaczyli (ci nieliczni, którzy jeszcze żyją, inni przewracają się w grobach z wrażenia). Jak w ogóle ktoś młodszy o 42 lata może nazwać siebie przyjacielem czy przyjaciółką kogoś o tyle lat starszego. To jest drwina w żywe oczy. Katotalib w wywiadzie z przyjaciółką w radiu nazywa ją tak kilka razy w ciągu dwudziestu kilku minut. Chyba po to aby się nam utrwaliło. Ona niespójnie i mgliście opowiada o tej domniemanej przyjaźni ale tak aby wywołać wrażenie, że uczennicą i przyjaciółką jednak była, że jakieś listy wymieniała, jakiejś konfidencji doświadczała. Żenujące. I ciemny lud miał to kupić? Naprawdę ten scenariusz musiał kroić ktoś z zagranicy, mający nas Polaków za skończonych tumanów, potomków chłopów pańszczyźnianych albo jakiś zatrzymany w rozwoju emerytowany pracownik IV departamentu SB. To jest tak toporne, że wierzyć się nie chce. Ledwo dotrwałem do końca. Jednak tak działa propaganda, musi być topornie, prosto, łopatologicznie, po to właśnie aby się utrwaliło, aby każdy idiota mógł zrozumieć, co się do niego mówi. Dlatego w filmie powtarzane są jak mantra słowa „wiedział”. 

9)    9) Kolejne pytanie: czy to atak na Polskę? Czy to sprawa polityczna? Czy przeciwnie, to tylko szczere szukanie sprawiedliwości i prawdy? Oczywiście, nawet jeśli przyjąć, że nie intencjonalnie, jest to uderzenie w naszą wspólnotę narodową, nie tylko w Polskę ale i właściwie szerzej: w kraje Europy Środkowej, gdzie komunizm upadł, również z pomocą Wojtyły. Kto tego nie rozumie, trudno, nie da się w skrócie wytłumaczyć.

1    10) Czy PIS, PSL i Konfederacja upolityczniły temat, przyjmując uchwałę o ochronie dobrego imienia Jana Pawła II? No chyba nie oni zaczęli tę historię. Ci zachowali się jak trzeba. Jak Polacy powinni, bez względu na to czy są wierzący czy nie. Niestety w imię ideologii, uprzedzeń, zajadłości natychmiast janczarzy ideologii lewicowych ruszyli do ataku: „Konieczna jest zmiana, likwidacja, odejście od symboli związanych z Janem Pawłem II” napisała jedna z posłanek.

     11) Cel „reportażu” jest wyłożony wprost przez „przyjaciółkę” w ostatnich minutach (jednak warto było dotrwać do końca). Dramatycznym tonem zadaje ona tam pytanie: „Jak my jako ludzie wierzący, jeszcze wierzący, sobie z takim obrazem Kościoła, który do nas dociera, poradzimy? Czy w ogóle jest to możliwe?” Wydaje mi się, że to jest właśnie sedno. O to właśnie w tym wszystkim chodzi. O rozbicie mentalne, psychiczne katolików. O zniechęcenie do pracy, do działalności, do czytania Jana Pawła II, do czegokolwiek. O utratę zaufania do Kościoła, o ustawienie świeckich w kontrze do Kościoła hierarchicznego. O podział, o ferment, o niepokój. A jeśli nie o to chodzi, to taki jest efekt, może i uboczny. „Jeszcze wierzący”, zapamiętajcie, to jest cel. Jak najmniej „jeszcze wierzących”.

1  12) Jednak chodzi o coś jeszcze, o paraliż działalności duszpasterskiej z młodzieżą. O zaszczucie kapłanów, którym się chce, którzy są przejęci swoją misją. W jednej z warszawskich parafii proboszcz postawił sprawę jasno: nie będzie tu ministrantów, nie potrzebujemy kłopotów. Komu będzie się chciało organizować i jechać na oazy? Organizować grupy modlitewne lub inne? Czuwania wieczorne, katechezy, pielgrzymki, obozy letnie, kolonie dla biednych dzieci? Nie wystarczy, że hołota osiedlowa woła za księdzem przechodzącym w sutannie „pedofil”? Trzeba jeszcze dodatkowych nieprzyjemności?

13  13)  Ja przesłuchałem jeszcze kilka programów z katotalibem i przyjaciółką, bo jedna czy druga osoba z Was zalinkowała mi to czy owo. Zmusiłem się do tego. I więcej już chyba tego nie zrobię. Wolę już kupić „Nie” Urbana albo „Fakty i mity”. Oni są przynajmniej uczciwi intelektualnie, nie udają, że bronią gdy bez pardonu atakują. Wolę już Heroda niż Judasza. Taki mamy klimat.

14  14) I jeszcze jedna myśl na koniec. Przechodzenie zbyt szybkie środowisk katolickich do dywagacji i dyskusji o różnicy między pokoleniami: tymi, którzy znali Jana Pawła II i tymi, którzy urodzili się za późno. O tym, czym jest świętość, że nie oznacza bezbłędności. O tym, że gdyby Kościół otworzył archiwa, albo zrobił lustrację, albo to i owo. Że pomniki brzydkie, że kremówki, że memy. Owszem są i bywają zaniedbania, i nie wszystkie pomniki są przepiękne. Ale w tej sprawie, jak w każdej innej, trzymajmy się faktów i danej sprawy a nie przechodźmy zbyt beztrosko do generalizacji, ekstrapolacji, filozofowania i tym podobnych pułapek. Czy naprawdę musimy tańczyć i śpiewać do cudzej muzyki? Czy musimy ścigać się, by wygrać w castingu na ostatnich naiwnych? Rozmawiajmy o nowej ewangelizacji, o ideach Jezusa Chrystusa, ich wpływie lub braku wpływu na ludzi i społeczeństwa, o odpowiedzi na współczesne wyzwania w świetle zasad wyłożonych w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Kłóćmy się o prawdę o człowieku, o jego powołaniu, przeznaczeniu, sensie życia, o tym co jest godne a co niegodne człowieka, o tym jak należy żyć, jak warto żyć, jak pozostać wolnym, o zasady. Zastawiajmy się, co sam Bóg miałby do powiedzenia, jaka byłaby jego odpowiedź.

Śpieszmy się. O Nim też może pojawić się wkrótce materiał śledczy, do końca kompromitujący postać Jeszuy z Nazaretu.

Wymazywanie Jana Pawła II to jeszcze jeden mały krok na drodze do …. anihilacji chrześcijaństwa.

 

poniedziałek, 7 marca 2022

Ukraina


Jeszcze nieco ponad tydzień temu beztrosko wspominaliśmy sobie na fejsbuku przygody harcerskie. Dwa dni później zaczęła się wojna. Prawdziwa, w której giną ludzie a miasta obracają się w ruinę. Jesteśmy świadkami czegoś bardzo złego dla Ukrainy i bardzo niebezpiecznego dla całego świata.

Wojna tuż obok zmienia wiele. Nikomu teraz nie jest do śmiechu. Staramy się kontynuować swoje normalne obowiązki, lecz cały czas śledzimy wiadomości, martwimy się, wzruszamy i pomagamy jak możemy. Jako Polska, jako Polacy zachowujemy się „jak trzeba”, a nawet więcej. Otwarcie serc, zaangażowanie ludzi dobrej woli jest niesamowite. Zniknęły podziały, mówimy jednym głosem i wspólnie się angażujemy. To na pewno jest właściwe i konieczne do robienia, uczynki miłosierdzia co do ciała. Po pierwszym entuzjazmie, może przyjść jednak zmęczenie, nie będzie łatwo, to nie orkiestra wielkiej pomocy grająca jeden dzień w roku. Oczywiście oby jak najkrócej trwała rozłąka rodzin, oby ludzie mogli wrócić do swoich domów, żony i dzieci do mężów i ojców. Nikt jednak nie wie, jak potoczą się dalsze wypadki, ile będzie to wszystko trwało.

Nie wiem do końca, czy jest sens dzielić się tymi myślami tutaj, kogo mogą obchodzić, dlatego nie pisałem wcześniej, choć głowa pęka od pytań, domysłów i spekulacji. Zamiast zaczytywać się w komentarzach i wiadomościach, na pewno sensowniej jest robić cokolwiek, wpłacać, zawozić, dowozić, gościć, kupować i wysyłać. Jeszcze raz wielki szacunek, wielkie podziękowanie dla wszystkich angażujących się jakkolwiek, to wielka narodowa akcja, gdzie dajemy świadectwo swojego człowieczeństwa, i patos jest tu jak najbardziej na miejscu. Dlatego tylko kilka myśli na szybko.

Doszło do ataku na niepodległe, suwerenne państwo. Bez względu na wszelkie rozważania geopolityczne, analizy doktryny Rosji itp. to jest to akt bezprawia międzynarodowego, naruszenie podstawowych praw ludzkich, prawa narodów do samostanowienia, coś takiego wymaga natychmiastowego potępienia przez wspólnotę międzynarodową i powinno wymagać reakcji. Patrząc na historię, nigdy takich wątpliwości nie miał Jan Paweł II, który zawsze bezkompromisowo reagował i krzyczał (to jest adekwatne słowo, tak właśnie było) na Placu Świętego Piotra w obliczu wojen, bez względu na to kto je wszczynał. Wojna zawsze jest kataklizmem, w którym giną niewinni ludzie, zostawia zgliszcza materialne i rany psychiczne na pokolenia. Nienawiść rodzi nienawiść. O tym trzeba pamiętać. Możemy się cieszyć z tych lub owych taktycznych zwycięstw Ukraińców, z tego że Romowie zakosili czołg Rosjanom, że to lub owo, ale w poczuciu powagi, to jest tragedia dziejąca się na naszych oczach. Zło, które wypełza, tak szybko nie chowa się potem do swojej pieczary.

Widzimy, że Polska nie miała żadnych wątpliwości od samego początku. Nie można tego powiedzieć o reakcjach w pierwszych dwóch dniach napaści kilku ważnych krajów. Inwazja była nazywana konfliktem, operacja militarną itp. To zawstydzające, ale to tylko nam uświadamia, że moralność międzynarodowa jest na niskim poziomie, że wcześniej akceptowano rozwiązania siłowe, a skromne komunikaty oburzenia blakły już po kilku dniach. We współczesnym świecie liczy się siła a nie prawo, sprzeciwiamy się temu, to nas oburza ale musimy o tym pamiętać. Putin w sposób wyostrzony i karykaturalny uprawia tępą, kłamliwą propagandę i łatwo ją identyfikować, ale to nie znaczy, że gdy inni używają jej w sposób bardziej finezyjny, mamy jej ulegać. Nie powinniśmy mieć złudzeń i nie powinniśmy ulegać zbytniemu optymizmowi, który gdzieniegdzie się pojawił.

Pojawił się, ponieważ kilka pozytywnych aspektów faktycznie wystąpiło. Zachód zjednoczył siły, Szwecja, Finlandia zgłosiły akces do NATO, te państwa mają dobre rozeznanie sytuacji i pamiętają historię. Białoruś oficjalnie nie rzuciła swoich dywizji do akcji bezpośredniej, Łukaszenka kluczy chyba, na ile może, w każdym razie różne tu są domysły. Polska otrzymuje werbalne wsparcie sojuszników z NATO, pojawiło się kilka tysięcy żołnierzy, etc. Domniemany układ rosyjsko-niemiecki został rozerwany, zwidy i naiwne pobożne życzenia zachodniej Europy na temat Putina w obliczu krwawych wydarzeń rozwiewają się. Choć powoli i niechętnie. I najważniejsze: Ukraina wciąż walczy! Wbrew wszelkim prognozom i pewnie oczekiwaniom różnych możnych tego świata, którzy wtedy odetchnęliby z ulgą i zaczęli rozmasowywać dyplomatycznie faus paux Putina, Ukraina stawiła mężny opór i okazała się dużo silniejsza niż myślano.

Cały świat zobaczył dzielny naród ukraiński zjednoczony wokół swoich przywódców. Mnóstwo faktów nie tylko daje do myślenia, co powinno wstrząsać zamożnymi, leniwymi społeczeństwami Zachodu. Mężczyźni - obywatele Ukrainy pracujący zagranicą, wrócili do kraju by go bronić. Takie informacje robią wrażenie. Niejednemu przyszło do głowy pytanie: czy w jakimkolwiek innym narodzie byłby teraz taki duch? Czy taki duch byłby w Polsce? Wolelibyśmy tego nie testować w praktyce. Kiedyś mieliśmy takiego ducha, wielkiego ducha, a było to w roku 39, a potem w 44. Jak kamienie rzucane na szaniec poszły w dym walki najlepsze jednostki, zginęło całe pokolenie, mężnie oddając życie za ojczyznę. Życia ojczyźnie jednak to nie ocaliło, w żaden sposób. W żaden. Wiemy o tym dobrze. To jest trauma, która trwa w naszym narodzie, myślę, że głęboko, i nie ma pewnie osoby, która by o tym nie pomyślała w ostatnich dniach. Nasze bohaterstwo nie wzruszyło zachodniej opinii publicznej ani nie obeszło rządzących. Czy teraz bohaterstwo Ukraińców wzruszyłoby ich, gdyby nie przejmujące obrazki w telewizji i na fejsbuku? Czy jakakolwiek demonstracja ruszyłaby ulicami miast europejskich? Nasze bohaterstwo wykrwawiło nas i ułatwiło Stalinowi jego plany dla Polski. Pamiętajmy, nigdy, nigdy nie liczmy na to, że krew naszych młodych chłopców kogokolwiek do czegoś popchnie, zmusi, nakłoni np. do pomocy. Nie wolno nigdy przedmiotowo traktować innego człowieka nawet w takich przypadkach. Owszem walka może być konieczna po prostu dla obrony, dla walki o życie innych ludzi. Na tym polega etos żołnierski: żołnierz ryzykuje własnym życiem dla obrony żyć innych ludzi.

Dlatego niepokoją mnie głosy, że w razie napaści na Polskę musielibyśmy wytrwać trzy, pięć, siedem albo czternaście dni aby państwa NATO przyszły nam z pomocą. Nie! I jeszcze raz nie! Ostatecznie jestem prawnikiem i w Artykule 5 Paktu Północnoatlantyckiego nie widzę żadnych tego typu zapisów. To postanowienie jest proste jak drut! Napaść na jednego oznacza wojnę ze wszystkimi i obliguje innych do udzielenia pomocy „łącznie z użyciem siły zbrojnej”, do podjęcia działań „niezwłocznie”. Niezwłocznie oznacza, jak wszyscy prawnicy wiedzą, bez uzasadnionej zwłoki. A wiadomo przecież, że trzeba się spakować, przylecieć, etc. Więc różni analitycy wskazujący na konieczność posiadania silnej armii zdolnej do oporu przez te ileś tam dni, więc ci analitycy w praktyce pewnie mają rację. Ale publicznie, na zewnątrz nie możemy tego akcentować: powinniśmy akcentować konieczność natychmiastowej odpowiedzi. Oby te rozważania pozostały na zawsze tylko teoretyczne.

Patrzenie na bohaterską walkę Ukrainy uruchamia w nas bolesne wspomnienie naszej historii i strach o to, czy z nami nie będzie tak samo? Czy Ich mężna walka, ofiara krwi powstrzyma powrót pod sowiecki but? Zaraz za tym czai się strach, co będzie dalej? Państwa Bałtyckie? A potem „mój kraj Polska”? I co wtedy? Będziemy głośno krzyczeć, że honor, że nie oddamy guzika a potem zginie kilkaset tysięcy ludzi, nasze miasta zostaną zrównane z ziemią, a i tak przegramy. Przepraszam, że wypowiadam obawy, które są w głowach, o których boimy się myśleć. Czy w tym kontekście może dziwić zainteresowanie stanem uzbrojenia naszej armii? Sensownością różnych decyzji, zakupami wyszukanego, drogiego sprzętu w małych ilościach, który ma pojawić się tu za kilka lat? A może powinniśmy wyprodukować (możemy sami) tysiące ręcznych wyrzutni przeciwpancernych i przeciwlotniczych? Ich magazyny mieć w każdej gminie? Może powinniśmy przeszkolić w nauce strzelania miliony i miliony kałasznikowów mieć w magazynach, by w razie wojny rozdać broń? Nie chcę się tu wymądrzać, bo setki ekspertów teraz się pojawiło i każdy wrzuca swoje pięć groszy. Chcę tylko powiedzieć, że takie zainteresowanie, taka refleksja, taka dyskusja jest naturalna, jest uzasadniona, wynika z naszych uzasadnionych obaw. To jednak jest przerażające, wolelibyśmy aby nasza wiara w sojusze i w potęgę techniczną naszej armii została wzmocniona. Abyśmy zostali uspokojeni. Aby każdy z nas mógł się zajmować swoim zawodem, uprawą ogródka czy czymkolwiek chce, pewny, że nigdy sam nie będzie musiał chwycić za broń by bronić swoich najbliższych. Na razie prawda jest taka, że mamy mikroskopijną armię ze skromnym wyposażeniem. I trzeba mieć to na uwadze. Potrzebujemy czasu aby to zmienić.

Większość świata (chciałbym napisać cały, ale musimy starać się być jednak precyzyjni) chce przegranej Putina, zamachu stanu na Kremlu, wygranej Ukrainy. A co jak Kijów padnie? Co będzie dalej? Jednak przegrana Putina teraz również nas w całości nie uspokoi. Bo co dalej? Odpuści, wycofa się i zaakceptuje przegraną? Przecież ten system, ci ludzie nie liczą się z niczym, nie wierzą w Boga, nie boją się żadnej kary, boskiej w szczególności. Odetniemy hydrze jedną głowę, czy nie odrosną dwie? Nikt chyba nie jest spokojny. Wojna raz rozpoczęta może rodzić falę.

Dlatego jedna rzecz, niewątpliwa, którą możemy i powinniśmy czynić to modlitwa, pokuta i post. Wielki szacunek dla wszystkich proboszczów, którzy już zarządzili to co trzeba. Super, że wielu ludzi natychmiast sięga po różańce. Dziwię się właściwie dlaczego codziennie nie biją dzwony na trwogę? Nie czekajmy aż ktoś to zrobi za nas. Wzywajmy, proponujmy swoim proboszczom, wikarym, grupom parafialnym wielkie akcje modlitewne. Różańce i adoracje, przebłagalne, dziękczynne i pokutne. Wyobrażam sobie, że nawet niewierzący, ludzie nie mający łaski wiary, mogą zachęcać do tego innych. Znajomość faktów historycznych: Lepanto 1571, Portugalia, Warszawa 1920, Austria 1955, Filipiny 1986, mogłaby do tego skłaniać z przyczyn całkowicie konformistycznych. Dlaczego nie, skoro podobno pomogło w innych sytuacjach? Na pewno nie zaszkodziło. Wszystkie te miejsca łączy jeden rodzaj zwycięstw, jeden mianownik. Warto poszperać i doczytać we własnym zakresie. Napiszę tylko, że między 6 a 15 sierpnia 1920 r. we wszystkich kościołach Warszawy trwała 24-godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu, kardynałowie Kakowski i Dalbor zarządzili ogólnonarodową krucjatę modlitewną, ludzie klęczeli non stop. Podobnie rabinat warszawski w tym czasie wezwał do odmawiania codziennie specjalnych modlitw. Wszyscy wtedy rozumieli, że Bóg jest najpewniejszą pomocą w trudnościach. Wiemy, że wtedy się udało. Nie żartujmy tylko, że dzięki geniuszowi Piłsudskiego. Nic takiego lub choćby podobnego nie miało miejsca ani w 39 ani w 44 roku.

Warto też zauważyć, że biskupi ukraińscy wystosowali apel do papieża Franciszka o wykonanie apelu z Fatimy o poświęcenie Rosji Niepokalanemu sercu Maryi (105 lat temu, przypomnijmy, została wydana „precyzyjna instrukcja” jak to ma wyglądać, a jakoś się nie złożyło aby ją wykonać przez setkę lat z okładem). Pius XII i Jan Paweł II zrobili to, ale połowicznie, nie tak jak wynikałoby z „instrukcji”. Cóż, to już nie w naszej mocy.

Gdy zaczyna się wojna, gdy widzimy, że to jest wielka rozgrywka, to logika ludzka i środki ludzkie nie są wystarczające. Z bajek pamiętamy, że gdy dżin zostanie wypuszczony z butelki, nie jest łatwo z powrotem go tam zapędzić. Jakbyśmy bardzo nie ufali i nie wierzyli w geniusz przywódców politycznych i wojskowych, należy modlić się za ich dobre decyzje, najlepsze w danej sytuacji. Nie zawsze jest je łatwo podjąć, nawet zakładając całkowicie dobrą wolę, świetne przygotowanie do pełnionych funkcji, wystarczające informacje i odrobienie lekcji z historii. Nie ulega wątpliwości, że w sytuacji kryzysowej trzeba stać twardo przy rządzących, nie jątrzyć, nie dzielić, ale nie znaczy to, że nie należy uważnie obserwować, mieć stuprocentowe zaufanie i nie mówić „sprawdzam”. Na szczęście wydaje się, że w obecnej sytuacji, nasi rządzący stają na razie na wysokości zadania. Z tego co wiemy, podejmują dobre decyzje, robią to co trzeba. Ale co my tam wiemy, w szczególności o tym co będzie za chwilę, co jest przedmiotem rozmów na szczycie itd. Wszystko wskazuje na to, że najważniejsze sprawdziany jeszcze przed nimi. Oby je zdali.

I jeszcze jedno, musimy pamiętać o latach prania mózgów i cichej propagandy na Zachodzie. Filorosyjskość nie tylko elit politycznych ale i zwykłych ludzi w Niemczech, we Francji, w innych krajach. Owszem pojawił się szok, niedowierzanie, ale ta wcześniejsza sympatia nie zginie żywcem pogrzebana. Ona może odżyć, i to bardzo szybko. Nie mówię już o działaniu agentury wpływu, pudeł rezonansowych i „pożytecznych idiotów”. Dlatego tak ważne jest uświadamianie: naszych zagranicznych przyjaciół i znajomych, kolegów z pracy, wszelkich znajomych i obcokrajowców. To jest ten moment, kiedy można uzyskać jakąś zmianę świadomości. Róbmy to!

Za dużo tych wątków ale jeszcze jeden: istnieje ryzyko, że za dobro czynione teraz możemy ponieść też swoją cenę. Nasza dobra postawa jest i pozostanie wyrzutem sumienia dla Zachodu, który ufał Putinowi, dealował z Putinem, wiązał nadzieje zysków, świetlanej przyszłości z Rosją reprezentowaną przez system putinowski. Przymykano oczy, chętnie wierzono w swoje projekcje wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi. Robiono interesy. Już teraz widać, że tylko w naszej telewizji wzorowa postawa Polaków i Polski jest widoczna. W innych mniej. Pojawić się mogą akcje defamacyjne wyolbrzymiające jakieś incydenty, już się pojawiły, które mogą być efektem prowokacji, itd. Nasze państwo nie jest przygotowane do przeciwdziałania takim akcjom, już nie raz się o tym przekonaliśmy. Czy my coś możemy zrobić? Owszem: głośmy prawdę, komentujmy, opowiadajmy - naszym znajomym, przyjaciołom, kontaktom, ludziom z naszych firm w innych krajach. Wchodźmy na zagraniczne portale informacyjne, komentujmy, prostujmy albo uświadamiajmy. Niech zobaczą, niech się dowiedzą, wciągajmy ich w pomoc, w zaangażowanie. Jest szansa na dotarcie do niektórych przynajmniej osób, przebicia się z faktami, do zmiany stereotypów. Nawet jeśli przebijemy się do części osób to i tak będzie bardzo dobrze.

Jeszcze jedna rzecz naprawdę już na koniec. Postawa Ukrainy budzi podziw, na naszych oczach rodzi się wielki mit, mit założycielski, dużo lepszy niż wszystkie wcześniej. W tym micie jest polska ręka podana w potrzebie sąsiadowi, jest bezwarunkowa pomoc. Bez względu na to co jeszcze się wydarzy, to już się wydarzyło i zmieni historię w tej części Europy.

To tyle moich trzech groszy.

sobota, 28 marca 2015

Nie rzucim ziemi skąd nasz ród...



Gdy tak w ubiegłą sobotę jechałem samochodem pełnym wilczków do Ząbek na DM za FSE naszła mnie refleksja tyleż smutna, co pocieszająca. Smutna dlatego mianowicie, że te nasze miasteczka są takie brzydkie, każdy budynek innego koloru, innej wysokości, kształtu, to szarobure klocki, bez żadnej finezji. Ale kto tam panie myślał o finezji za komuny, człowiek się cieszył, że trochę cementu udało się załatwić na lewo. Pocieszająca, że nie tylko moja droga do domu linią otwocką jest brzydka. Choć to marne i niepoważne pocieszenie przecież.

Kiedyś nocował u mnie Jacques Mougenot, wówczas komisarz generalny, odwoziłem go na lotnisko, chciałem zagaić, że teraz to, co widzimy z okien samochodu wygląda może dosyć szkaradnie, ale przed wojną to, panie dzieju, było tu cudowne letnisko, tylko ta komuna itd. Nie zdążyłem rozwinąć myśli, od razu mi przytaknął, w swoim zdecydowanym stylu, że faktycznie nieszczególnie to wygląda. Dałem spokój, byłem przecież u niego wcześniej, w poślednim francuskim miasteczku. Z kamienia... Pomyślalem, co się będę upokarzał, my walczyliśmy bohatersko, nie poddaliśmy się i przegraliśmy wojnę, tonąc w hekatombie krwi i zniszczeń, wpadając na 50 lat pod but barbarzyństwa. Oni poddali się bez jednego wystrzału, utworzyli rząd kolaborujący z III Rzeszą i nie zburzono im jednej kamienicy. I teraz mamy brzydką architekturę, pokraczną stolicę, a oni Paryż, do którego wszyscy wzdychają. Gdyby tylko taki był skutek. Szkoda słów...

 
Nie narzekam tutaj, stwierdzam fakty. Gdy ktoś narzeka i upatruje związku przyczynowego między tymi szarymi domostwami a polskością, że to niby Polnische wirtschaft i polski paździerz - krew mnie zalewa. Jest związek ale z PRL-em, tym produktem polskopodobnym imitującym Polskę, jak kawa zbożowa imituje kawę. Ze światem Alternatyw 4 i inżyniera Karwowskiego, z zarządzającymi społeczeństwem „mętami i prymitywem”, z meblościankami w blokach i małym fiatem. Oczywiście zaraz ktoś powie, że te drewniane chaty przed wojną, że słabo to wyglądało wtedy też. To ja mu na to wyciągam pocztówki z przedwojenną Warszawą, niech sobie zobaczy te klomby, latarnie, ławki. Jak mu mało, to jadę mu między oczy ambasadorem USA, któremu bardziej podobała się Warszawa niż Paryż, a gdy zobaczył to miasto po wojnie to się załamał i odszedł z dyplomacji.

 
Ostatnio coraz więcej się pisze o tym, jak odbudowywano Warszawę. Wiele wskazuje na to, że Biuro Odbudowy Warszawy było zarządzane bezpośrednio z Moskwy, a to co wyprawiało wywoływało sprzeciw nawet komunistów, z Bierutem podobno na czele. Niektóre pomysły udało się zablokować, inne nie. I tak 20% ocalałej zabudowy (wypalonej) wyburzono w imię ideologicznych miazmatów (zostało 10%). Poszerzając Marszałkowską wyburzono tę stronę, która ocalała w lepszym stanie, teren ścisłej zabudowy wielkomiejskiej zrównano z ziemią na potrzeby budowy PKiN i wielkiego „lotniska” wokół niego a wszelkie zdjęcia tych ulic zniszczono. Część osób pracujących w BOS na czele z prof. Zachwatowiczem uratowała Trakt Królewski, więcej im nie pozwolono. A wiele ulic można było podobnie odbudować! Tak stało się podobno w Wiedniu.

 
Na razie może wystarczy tych varsaniavianistycznych lamentów. Myśl na dzisiaj jest też inna. Mianowicie - kto się gdzie urodził - byłoby naturalne, aby tam żył i zmieniał oblicze ziemi. Tak sobie myślę, że to jest właśnie naturalna kolej rzeczy, ułatwiająca życie, utrzymująca stabilne dobre samopoczucie, człowiek czuje się bezpieczniej, znajome otoczenie, ludzie, miejsca i rody wokół. Nie zawsze to jest możliwe, migrujemy, jest to nieuchronne i nie ma co rozdzierać szat. Więcej, pewnie trend ten będzie się pogłębiał, duże miasta będą stawały się jeszcze większymi a małe mniejszymi, i nic na to nie poradzimy. Jednak człowiek świadomy, że coś traci migrując (oczywiście też zyskuje, nie ma wątpliwości, bo po to migruje), jest w stanie to rekompensować, zarządzać tematem. Wie o tym każdy, kto wychowuje dzieci z dala od dziadków, z zazdrością spoglądając na tych, którzy dziadków mają tuż za rogiem. Jeśli jesteśmy przekonani, że społeczność sąsiedzka jest czymś wartościowym, budujemy ją gdziekolwiek mieszkamy. Przynajmniej usiłujemy. I tak się dzieje w różnych miejscach, każde miasto, miejscowość, osiedle kiedyś powstało przecież

 
Jednak migracja wewnątrz kraju to nic w porównaniu z emigracją zagranicę. Jest ona czymś sprzecznym z naturą, niesprawiedliwym, w wielu przypadkach dramatycznym i tragicznym. Chyba najlepiej ujął dramat wygnania, niechcianej emigracji Sandor Marai w książce „Krew Św. Januarego”, jednej w jego wielu genialnych powieści, w której mowa o tym, że nie da się odnaleźć w pełni gdzie indziej niż w swojej ojczyźnie. Niestety nic Wam tu nie przytoczę z wielu mięsistych fragmentów, które onegdaj zaznaczyłem legendarnym zielonym ołówkiem, bo powieści nijak odnaleźć nie mogę.

 
Ja nie mam tego gruntownie przemyślanego, ani rozlicznych, częstych kontaktów z naszą starą czy nową emigracją. Mam natomiast w pamięci kilka spotkań z osobami, które wyjechały, trochę wbrew sobie, powodowane życiową koniecznością, a w dwóch przypadkach dodatkowo małżeństwem z cudzoziemką. Powodzi im się dobrze. Podczas żadnego z tych spotkań nie powiedziałem jednego słowa wskazującego na negatywną ocenę decyzji tych osób o wyjeździe, a za każdym razem tłumaczyły się one z tego i przekonywały o tym, że było to konieczne. Gdy pytany o sytuację w kraju, opowiadałem o nowych inwestycjach, zmianach, pozytywach, gwałtownie zaczynały zaprzeczać, że to niemożliwe, że to się nie może udać, itp. Mechanizm wyparcia, jakiegoś samoutwierdzenia, że zrobiły dobrze, że im gorzej w Polsce, tym bardziej zrozumiała jest ich decyzja. Słuchanie tego było czymś bardzo nieprzyjemnym i wysoce przygnębiającym. Zrozumiałem wtedy, że nigdy nie wrócą, a wyjazd to krzywda, jaka ich spotkała, to rana, która się nie zabliźni. I że to jest straszne, że to nie jest żadne rozwiązanie: zmienić kraj. Mimo prostszych chodników, lepszych dróg, ładniejszej architektury, mniejszych korków i bardziej uśmiechniętych ludzi na tych chodnikach.

 
Bo kto urodził się Polakiem, ma obowiązki polskie…

wtorek, 24 marca 2015

Tułów bez kończyn za to z przyszytą inną głową


Powinniśmy czytać poezję. Tylko poeci, dobrzy poeci, są w stanie uchwycić w jednej frazie prawdę o czasie i ludziach, a także prawdy ponadczasowe. Lepiej niż tysiącstronicowy traktat. Odpowiednie dać rzeczy słowo, ująć coś tak, że przez słowa widzimy żywe obrazy, słyszymy, to co niesłyszalne w codziennym zgiełku. Objaśnić nam rzeczywistość wymykającą się szkiełku i oku, bezbronną wobec instrumentarium publicystów, socjologów, historyków i innych badaczy. Dzięki temu rozumiemy lepiej siebie i świat. To wielka sztuka.

Niestety jestem w grupie rzadko sięgającej po poezję. Życie. Jednak na pewno sięgnę po tomik Przemysława Dakowicza pt. „Łączka”. Jak tylko go nabędę. Zrobię to zachęcony jego wypowiedziami i omówieniami w mediach. M.in. takimi:

Już nie pamięta, czy dowiedział się o żołnierzach wyklętych z publikacji IPN, czy Sceny Faktu TVP. – W pewnym sensie zawsze byli w mojej świadomości – jako pierwotne źródło fundamentalnego pytania o Polskę – mówi. – Dlaczego jest taka… labilna, niepewna własnej tożsamości, zrzekająca się odpowiedzialności za samą siebie, cierpiąca na amnezję – wymienia. Im bardziej drążył temat, tym częściej do niego wracał. Uważa, że zestawienie żołnierzy wyklętych z elitą polskiej inteligencji zamordowaną w Katyniu jest uzasadnione: – Katyń to była zbrodnia założycielska tej „nowej Polski”, którą Jakub Berman opisywał w rozmowie z Teresą Torańską. Jego słowa mówią wszystko o rządach komunistów i ich wizji państwa, którym w imieniu Związku Sowieckiego zarządzali. Berman stwierdza wprost, że chodziłoo zmianę koncepcji kraju, o zbudowanie całkiem nowej Polski w kształcie i strukturze, zupełnie niepodobnej do tej, jaka była kiedykolwiek w historii. […] Polska przecież istniała tysiąc lat, przez ten tysiąc lat nagromadziło się w niej szereg pojęć, kompleksów, poglądów i wiar. I nagle przychodzą nowi ludzie, wszystko jedno skąd – stąd czy z Moskwy – i przewracają kraj do góry nogami, by ukształtować go na zupełnie inną modłę”.

Zwracam uwagę na określenia „całkiem nowa”, „zupełnie niepodobna do tej, jaka była kiedykolwiek” i na przerażające „wszystko jedno skąd – stąd czy z Moskwy”. Berman nie ma najmniejszych wątpliwości, że to się udało. Bez Katynia i bez fizycznej likwidacji członków antykomunistycznego podziemia, która była kontynuacją tamtej zbrodni, „całkiem nowy” kraj i naród nigdy by nie zaistniały. Masakra katyńska i wielkie mordowanie Polaków w drugiej połowie lat 40., realizowane przez majstrów z NKWD i ich miejscowych czeladników, oznaczały operację na żywym organizmie zbiorowym. Dokonywało się obcinanie głowy, rąk i nóg. Do kalekiego, krwawiącego korpusu ludzie sowieccy przyszyli naprędce jakąś całkiem inną głowę, kończyny zupełnie niepodobne do odciętych. Zmajstrowali nowego człowieka zbiorowego. Tym zbiorowym człowiekiem w pewnym stopniu ciągle jesteśmy.

I jeszcze jedna wypowiedź.

„…zobaczyłem strukturę ziemi w kwaterze „Ł”, kolejne warstwy, którymi przykrywano i maskowano ślady zbrodni. To warstwy przykrywające i maskujące naszą zbiorową świadomość, bo Łączka jest pod względem symbolicznym identyczna z Polską – to, co najistotniejsze, co trzeba by nazwać rdzeniem naszej wspólnej tożsamości, spoczywa najgłębiej, przysypane warstwą gruzu i śmieci.”

Czy jest sens drążyć trudną historię zamiast wybierać przyszłość? Uważam, że jedno nie stoi w sprzeczności z drugim, a wręcz jedno powinno wynikać z drugiego. Pamiętajmy, jeśli nie będziemy wiedzieć, odczuwać, rozumieć, czym Polska była i jaka była, nigdy nie będziemy sobie w stanie wyobrazić, czym mogłaby być i jaka mogłaby być! To jest jak prawo fizyki. Jeśli ktoś narzeka na „ten kraj”, na to, że wiele rzeczy jest postawionych na głowie, to owszem ma rację, tylko jakie wnioski z tego wyciąga? Obawiam się, że błędne i wysoce niewystarczające.
Ignorancja, ignorancja… to największy wróg.

poniedziałek, 9 marca 2015

Dzień Kobiet

Ku refleksji z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet

"W obronie rodziny Jezus zmienił w pewnym istotnym szczególe prawo mojżeszowe: umieścił małżeństwo na znacznie wyższym poziomie świętości i uczynił je nierozerwalnym (zob. Mt 19, 5-6). Zaślubiona para tworzyła "jedno ciało": "Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela" (Mt 19, 6). Potępiając rozwody w tak bezkompromisowy sposób, Jezus zamierzał nie tyle umocnić małżeństwo, ile zabezpieczyć kobiety. W starożytności na Bliskim Wschodzie miały one niską pozycję prawną, którą niezmiernie pogarszała łatwość, z jaką mężczyźni - ale tylko oni - mogli uzyskać rozwód. W różnej mierze tak było wszędzie. Babiloński kodeks karny stanowił: "Jeżeli mężczyzna powie swej żonie: , zapłaci pół miny i będzie wolny. Jeżeli jednak kobieta odrzuci swojego męża, zostanie utopiona w rzece". Prawo żydowskie było mniej opresywne, ale szkoła Hillera głosiła, że dostateczny powód do rozwodu daje żona, która źle przyrządziła obiad dla męża. Inne systemy prawne, na przykład w Grecji, Persji i Rzymie, zawierały przepisy utrzymane zasadniczo w podobnym duchu - traktowały kobietę jako istotę niższego rzędu albo jako swego rodzaju własność mężczyzny. Nawet dzisiaj łatwy rozwód gorzej odbija się na kobiecie niż na mężczyźnie. Wzmacniając małżeństwo, Jezus stał się pierwszym w dziejach świata nauczycielem, który zatroszczył się o to, żeby kobiety zyskały równą pozycję względem mężczyzn."
Paul Johnson, Jezus, Najwierniejsza biografia, str. 137-138

Czy w świecie poza chrześcijaństwem coś zmieniło się przez dwa tysiące lat? Ktoś może wie?

wtorek, 13 maja 2014

Rzym i okolice


Ja mam niestety zawstydzające tempo, jeśli chodzi o reagowanie wpisami na tym blogu na wydarzenia. Dlatego wpisy tutaj nie mogą się szybko dezaktualizować, muszą być ponadczasowe-;) To taka zachęta, bo obiecana książka już naprawdę zaraz będzie wydana.

Uczyniwszy taki wstęp, gdy publiczność żyje już innymi tak istotnymi sprawami jak brodaci laureaci Eurowizji, pozwólcie wrócić jeszcze do wydarzenia sprzed dwóch tygodni.

Chociaż zgadzam się z tezą, że Jana Pawła II się „kremówkuje” redukując jego nauczanie i minimalizując wpływ, to powtarzanie tej tezy w związku z kanonizacją w różnych gazetach zaczęło być wręcz irytujące. Przeczytałem m.in. w jednym z dzienników wstępniak redaktora naczelnego, który ubolewał właśnie nad redukowaniem papieża do kremówki, „gdy on próbował powiedzieć coś więcej Polakom niż słynne „nie lękajcie się” wypowiedziane na Placu Zwycięstwa”. No, skoro redaktor nawet nie wiedział, a nie wiedząc, nie zadał sobie trudu by sprawdzić, że te słowa wypowiedziane były podczas inauguracji pontyfikatu do całego świata na Placu Św. Piotra, a na Placu Zwycięstwa to było przywołanie Ducha Świętego, aby odnowił oblicze polskiej ziemi – to o czym ta mowa?

Mówmy zatem za siebie i zaczynajmy od siebie. Mając gazetę, można zrobić wiele a nie tylko narzekać, uderzając w fałszywe tony. My nie mamy gazety, ale zrobiliśmy z rodzicami ze Stowarzyszenia 3M w szkole spotkanie „Jan Paweł II – święty, którego wciąż znamy za mało”. Z głębokim przekonaniem, że teza w tytule jest prawdziwa bez względu na to, ile już wiemy, ale przede wszystkim dlatego, iż był on postacią wybitną, której wpływ i wielkość będziemy coraz bardziej widzieć dopiero z perspektywy upływu czasu. Z naciskiem na przekazywanie wiedzy naszym dzieciom, przecież dla nich nawet atmosfera umierania papieża w 2005 roku to prehistoria, nie do odtworzenia, opowiedzenia, a co mówić wcześniej. Postanowiliśmy zatem wspólnie coś obejrzeć, czegoś posłuchać i o czymś istotnym porozmawiać z zaproszonymi gośćmi. I to zadziałało wspaniale. Oczywiste, proste środki, bez pompowania, i rewelacyjny efekt. Kto był, nie żałuje. Zawsze można bowiem znaleźć coś nowego.

Przykładowo coraz odważniej się mówi, że nauczanie JPII o rodzinie, teologia ciała, itp. to niezbędne uzupełnienie po wielu wiekach dzieła Św. Tomasza z Akwinu, któremu niestety nie starczyło czasu, bo mu się zmarło, aby kolejny tom swojej Summy poświęcić sakramentowi małżeństwa. I jakoś tak się złożyło, że to czego Tomasz intelektualnie nie rozpracował, musiało poczekać długo, długo ….

Mnie podczas tego spotkania uderzyło jeszcze wiele rzeczy, chociaż, przyznam się, wcale tego się nie spodziewałem. Że bardzo bliski duchowo Karolowi Wojtyle był Adam Chmielowski, Brat Albert, który był wybitnym malarzem, artystą pierwszego sortu a rzucił wszystko w wieku ponad czterdziestu lat, zrezygnował z „kariery”, by pracować z ubogimi. I Wojtyła też porzucił swoje pasje i plany, artystyczne, aktorskie, literackie, by być księdzem. I zawsze był nim przede wszystkim, a potem dopiero profesorem, naukowcem, etc. I te cerowane sutanny, o których już słyszeliśmy, i te zgrzebne „apartamenty papieskie”, to okazuje się wpływ Alberta.

Wiedziałem, że grał na bramce, jest nawet tytuł jakiejś książeczki „Najchętniej grał na bramce”. Abp Mokrzycki w specjalnym nagraniu na nasze spotkanie wskazał, że grał na bramce, dlatego iż nikt inny nie chciał grać na tej pozycji. Że też nigdy nie wpadłem na to. Jasne! Czy nie tak było podczas tysięcznych meczów rozgrywanych na podwórku: wszyscy chcieli być w ataku a nikt na bramce? I wtedy jakiś odpowiedzialny się znajdował i brał to brzemię. Więc taka jest geneza tej jego ulubionej pozycji. Dobry uczynek i to zrobiony tak, aby nikt się nie domyślił. I nawet na tytuł książki to wzięli. Czyż mocarz, gigant, który kreował fakty zmieniające historię, nie niecierpliwił się, oczekując na jakiś strzał, czy nie wolałby pobiec na połowę przeciwnika by tam rozgrywać, kiwać, budować misterną akcję a potem zwieńczyć ją efektownym strzałem? Odkrycie.

A skupienie uwagi na człowieku, na człowieczeństwie, osobie, która staje się bardziej przez czyn, przez to co robi i jak robi - to jest naprawdę coś bardzo atrakcyjnego intelektualnie, coś dla ludzi bardzo nawet dalekich od Kościoła, de facto myśl Wojtyły a potem nauczanie Jana Pawła II, to niezwykle frapująca propozycja dla intelektualistów, ludzi używających rozumu, pozbawionych uprzedzeń, wolnych od stereotypów, strachu, odważnych intelektualnie. Jedni wzruszali się jego świadectwem i w porządku, dla niektórych to będzie wszystko, i oni bardzo wiele skorzystają z obcowania z tą postacią. Inni powinni jednak sięgnąć do jego pism – wiele z nich to Himalaje. I nie zrażajmy się, w pewnym momencie może być dla nas zaskoczeniem, że umiemy na te Himalaje się wspinać i nie tracimy oddechu.

Znana jest anegdota, że Jego najważniejsze dzieło filozoficzne „Osoba i czyn” uchodziło za bardzo nieprzystępne dla zwykłych śmiertelników. Jeden osiemdziesięcioletni prałat pytany czy przygotował się na wieczność, odpowiedział, że tak, zamierza iść do czyśćca i kupił sobie taką książkę, którą będzie tam studiował „Osobę i czyn”.

Więc ja też ją sobie kupiłem za złotych 31, ale na razie nie zamierzam jej studiować, mam tu innych moc spraw. Za to z dziedziny audio polecam Skałkę i Błonia, rok 79, Plac Zwycięstwa na deser. Ależ głos, dykcja, mój Boże. Kiedyś do tego tu wrócimy.

niedziela, 24 listopada 2013

Zakazany sex


Konferencja „Kobieta w czasach gender” w Szkole Strumienie wczoraj, bardzo dobra. Gabriele Kuby prosto z Niemiec, od 9 lat zajmująca się ideologią gender, najlepsza specjalistka. Jak mówiła codziennie od tych 9 lat dociera do niej coś wstrząsającego. Potem Małgorzata Terlikowska o postępach gender w polskich szkołach, i Dobrochna Lama o pozytywnej wizji kobiecości.
 
Co to jest gender? Gender to tzw. płeć społeczna w odróżnieniu od płci biologicznej. Wcześniej była tylko płeć – po angielsku sex, męska i żeńska. Teraz podobno jest ich wiele.

Pominę tu wszystkie opowieści o tym, co wyprawia się w przedszkolach, w szkołach i na uczelniach na Zachodzie. Nie mam na to siły ale jest to naprawdę wstrząsające, nowy totalitaryzm, który podnosi rękę na prawa biologii i natury. Ci, ludzie chcą nam wmówić, że ziemia jest płaska, a kto ma wątpliwości - do więzienia. Tylko w Niemczech jest 170 katedr gender na uniwersytetach i 42 instytuty badające kwestie płci, tam kształci się kolejną generację. W Polsce 86 przedszkoli wdraża już tzw. programy uwrażliwiające na płeć. Polega to z grubsza na tym, że rozbudza się dzieci, wprowadza niepokój co do swojej tożsamości płciowej. „Bawię się w co chcę, płeć nie ogranicza mnie”. Te programy są opracowane w całości za grube pieniądze, finansowane przez UE, agendy ONZ, jeśli zrobicie to i to dostaniecie od nas kasę. Nie ma w tych przedszkolach kącików zabaw z lalkami albo z samochodami, bo to stereotypy, chłopców ubiera się w sukienki, do przedszkoli zaprasza się transwestytów, policjantki, strażaczki aby opowiedzieli jak oni czują się z tą swoją tożsamością, i jak jest im fajnie.


 
 Za prekursora tej ideologii można uznać Simone de Beauvoir i jej książkę „Inna płeć”. Pisała tam, że „nie rodzimy się jako kobiety ale czyni się z nas kobiety”, to że jesteśmy kobietami to przymus, tego nas uczy społeczeństwo, aby mężczyźni mogli nas ujarzmić. „Macierzyństwo równa się niewolnictwo”, musimy się z niewolnictwa uwolnić. To był początek ideologii gender.



A’propos niewolnictwa, kolejna prelegentka Dobrochna Lama w swojej prezentacji przypomniała inny cytat z Simone: „Kobiety nie powinny mieć możliwości wyboru pozostania w domu i wychowywania dzieci, ponieważ gdyby taka możliwość naprawdę istniała, zbyt wiele kobiet skorzystałoby z niej”. Nie brzmi znajomo? Np. z przekonywaniem Polaków do komunizmu „kolbami sowieckich karabinów”, z uszczęśliwianiem na siłę.

Obecnie za czołowego ideologa można uznać Judith Butler, która w latach 90-tych napisała książkę „Uwikłani w płeć. Feminizm i polityka tożsamości”. Jak twierdzi Kuby dzieło to napisane jest wyjątkowo trudnym językiem, bełkotem czy nowomową, ciężko zrozumieć o co jej chodzi, ale ostatecznie chodzi o zlikwidowanie przymusowej heteroseksualności, zdaniem Butler należy ją obalić, unicestwić. Trzeba zlikwidować płeć po prostu. Butler uczy na Columbia University, jest profesorem na Berkeley, obsypana nagrodami, świat nosi ją na rękach. Dlaczego ta kobieta jest szanowana przez cały świat – pyta Kuby, skoro mówi, że tożsamość mężczyzny i kobiety trzeba zniszczyć, a to są zupełne podstawy życia rodzinnego. Zatem, nie jesteśmy już mężczyznami, nie jesteśmy kobietami. Trudno byłoby uwierzyć w te historie i nie potraktować ich jak fabuły jakiegoś kiepskiego opowiadania S-F, gdyby to nie działo się na naszych oczach.

Dlatego warto też być za tydzień na Politechnice. Zobaczcie jaki niesamowity program. I będziecie mogli usłyszeć Gabriele Kuby na żywo. Na szczęście, bo te nieszczęsne notatki powyżej nie oddają oczywiście nawet części tego, co powiedziała. 

Nie opowiadałem jeszcze tej historii. Jest spotkanie w jednej ze szkół publicznych, pierwszy rok liceum, spotkanie rodziców. Wychowawca klasy ogłasza o obowiązkowej zbiórce po 650 zł na spotkania z ciekawymi ludźmi. Rodzice wszyscy na poziomie, a jakże, pracują w dobrych firmach, na ważnych stanowiskach, od razu sięgają po portfele. No, jak, nie stać mnie? Jedna matka zadaje pytanie: a jacy to ciekawi ludzie, kto ich dobiera? Okazuje się, że to takie tuzy jak gwiazdy polskiego feminizmu i redaktorzy magazynów dla panów, i to by było na tyle. A pani, która ich wybiera to pracownica organizacji propagującej gender (jak można mniemać organizacji o pękatym budżecie). Gdy te fakty wychodzą na jaw, z tyłu odzywa się jakiś jegomość, któremu też to się nie podoba, potem z drugiej strony rodzice, i jeszcze jakiś lekarz, i dobrze ubrana matka. Ostatecznie nikt nie zrzuca się na indoktrynację swoich z trudem wychowywanych dzieci przez tych, którzy wolą deprawować dzieci innych, a na swoje nie mieli ochoty i czasu.

My potrzebujemy armii aktywnych ludzi, nie mamy pieniędzy, budżetu od pana Billa czy George’a, pieniędzy zarobionych na nas. To przecież zwykli ludzie płacą krocie za okienka, by potem jeden pan czy drugi miał z czego finansować programy gender na całym świecie. Biednemu zawsze wiatr w oczy. Ale nie finansujmy chociaż z własnej kieszeni spotkań z działaczami nowej rewolucji obyczajowej. Aby do tego nie dochodziło, czasami wystarczy zadać tylko jedno pytanie.