Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historie prawdziwe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historie prawdziwe. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lipca 2024

Maurice Ollier R.I.P.

 

Eurojam Viterbo 1994, po lewo Maurice Ollier, mini-szkolenie dla delegacji polskiej

Dzisiaj nad ranem zmarł Maurice Ollier. Wielki, mądry a przy tym skromny człowiek, przyjaciel Polski i Polaków, osoba, która położyła wielkie zasługi dla powstania Skautów Europy w Polsce. Miał osiemdziesiąt lat, dobre życie i piękną śmierć. Odchodził powoli przez kilka dni, podczas których u jego „łoża śmierci” zgromadziła się cała jego rodzina, dzieci i wnuki, które towarzyszyły mu w przejściu do lepszego świata.

O tym wszystkim informował nas Zbyszek Minda, który z Maurice’m był najbliżej i na początku, i w ostatnich latach, a teraz w bieżącym kontakcie z jego dziećmi. Zamieścił już piękne wspomnienie na swoim blogu, do którego odsyłam Tutaj.

Pozwolę sobie na kilka refleksji i wspomnień z mojej strony, a na końcu zamieszczam fragment większej całości, nad którą od jakiegoś czasu pracuję.

Maurice’a poznaliśmy w styczniu 1994 roku w Warszawie. Przyjechał z delegacją na negocjacje dotyczące naszego ewentualnego wstępowania do Federacji Skautingu Europejskiego. Cytował jak z rękawa przykłady z historii Polski, od Królowej Jadwigi po Jana III Sobieskiego, wyznał, że przed przyjazdem przeczytał dużo książek o Polsce. Dwa lata później będąc u niego w domu zobaczyłem ten stos, miał jakieś 70 centymetrów wysokości.

Potem był Eurojam w Viterbo i w Le Puy, gdzie Maurice cały czas nas edukował. Mieliśmy mini-szkolenie na obozowisku w Viterbo, najlepsze jednak były wieczorne rozmowy albo rajd do obozowiska dziewczyn, gdy Maurice tłumaczył nam różnice w wychowaniu dziewczyn i chłopaków. Mam wiele scen przed oczami, ciągle żywych. Wieczór, zachodzące nad koronami drzew słońce, odgłos cykad i dziesiątki ognisk harcerskich, przy których rozbrzmiewa radosny, młodzieńczy śpiew, okrzyki, entuzjazm tak jak tylko Skauci Europy potrafią. Idziemy w kilku z Maurice’m, który nagle przystaje i jakby nasłuchuje, po czym odwraca twarz w naszą stronę:

- Widzicie? Słyszycie to? Jeśli chcecie coś zrobić dla Polski, opowiedzieć ją młodym ludziom z innych krajów, podzielić się piękną historią, uświadomić, bo oni przecież nic, ale to nic o niej nie wiedzą, możecie to zrobić przy takich ogniskach.

Wycieczka do obozu przewodniczek, Viterbo 1994

Kolejna scena, jakże profetyczna, gdybyśmy mieli jakiegoś poetę w naszym gronie, powinien powstać o niej przejmujący wiersz. Jest 1996 rok, wielka pielgrzymka Skautów Europy z okazji 1500-lecia chrztu Francji. Jesteśmy tam całym autokarem z Polski. Czekam z Maurice’m na wielkiej łące pod lasem, gdzie ma powstać obozowisko. Nagle podjeżdżają autokary, może dwadzieścia, może trzydzieści, dużo. Wysypują się z nich wędrownicy i przewodniczki, a z każdego z autokarów dodatkowo kapłan. Jeden w szarym habicie, drugi w białym, trzeci w brązowym, a z czwartego ksiądz w czarnej sutannie. Jest ich kilkudziesięciu, tyle ile autokarów. Ten widok jest niesamooowity! Robi na mnie wrażenie, Maurice to widzi i oczywiście natychmiast wykorzystuje aby wygłosić krótką pogadankę. Że służymy Kościołowi, dając marynarzy, którzy zaciągają się pod różne bandery, że skauting nie buduje swojego okrętu, płynącego przez życie pod swoją, odrębną banderą. Nie. Wychowujemy ludzi dla ruchów, dla różnych miejsc w Kościele i w społeczeństwie, którzy idą w życie w te różne miejsca i mają je zmieniać. I ta różnorodność duchowości, powołań, jest oznaką zdrowego ducha, tego że dobrze pełnimy służbę, realizujemy naszą misję. On mówi to o organizacji francuskiej, ale dobrze wiem, że mówi to dydaktycznie, z zamysłem, w dobrej wierze, przekazuje wszystko co wie, dzieli się doświadczeniem, esencją, że może Polska pójdzie tym tropem, że coś w tych głowach słowiańskich może zostanie. Szkoda że tak słabo znam francuski, szkoda, że nie mogę wszystkiego, w detalach wyłapać z jego wypowiedzi, które są uprzejme, dostosowane do słuchacza, powtarza najważniejsze tezy, gestykuluje, upewnia się, że przekaz dociera. Wiele razy potem jeszcze o tym usłyszymy: nie statek, lecz marynarze pod różne bandery. Ten widok autokarów i wielkiej różnorodności kapłanów, najpewniej w większości byłych szefów skautów Europy, jest tak ilustracyjny, tak mocny!

Pielgrzymka do Reims, 1996, fajne zdjęcie Maurice'a z moją przyszłą żoną 
(szkoda, że ja nie mam takiego-;))

„ (…)

Pierwszy wyjazd na obóz szkoleniowy Charlemagne do Francji, kwiecień 1995

Wyjechaliśmy we dwóch Zbyszek Minda i ja. Mieliśmy wziąć udział w międzynarodowym: francusko-niemieckim obozie szkoleniowym Charlemagne, Karol Wielki. W miejscu szczególnym go wiosce gdzie urodziła się Joanna d’Arc. Cali Francuzi, za to ich od początku polubiliśmy. Symbole, genius loci, detale, w których kryje się sens, nazwane detalami jedynie dla niepoznaki. Najpierw jednak Święta Wielkiej Nocy z rodziną Maurice’a Ollier’a. Zapowiadało się świetnie, i tak też było. Dojechaliśmy w Wielki Piątek. Jeszcze w Wielki Czwartek byliśmy wieczorem na liturgii u Dominikanów na Freta w Warszawie. Wspaniała liturgia, ale to „tylko” Wielki Czwartek, wiadomo najbardziej normalna msza w porównaniu do liturgii kolejnych dni. W piątek Maurice zabrał nas w centrum Paryża do kościoła blisko jego biura, w którym zostawiliśmy plecaki. Na liturgii średnia wieku grubo po rozpoczęciu wieku emerytalnego, wszyscy siedzą, cały czas siedzą. Na koniec Komunia Św. Kapłan szybko usiadł a rozdawały ją dwie kobiety, jedna ubrana w dżinsy i długi, wełniany, rozwleczony sweter. Druga, nie lepiej. Byliśmy w ciężkim szoku. Po opuszczeniu kościoła musieliśmy mieć nietęgie miny, bo Maurice zaraz powiedział, żebyśmy się nie martwili, jutro zabierze nas na liturię w swojej parafii, gdzie jest normalniej, prawie tak jak w Polsce. To „prawie” trochę nas zaniepokoiło, ale byliśmy i tak pełni ogólnego podekscytowania.

Maurice odbiera nas od Laurent'a Wallut'a, Paryż 1995

Następnego dnia faktycznie udaliśmy się do parafialnego kościoła w Elancourt, miejscowości na przedmieściach Paryża, zbudowanego wśród wielkich bloków z płyty. Trochę nas zdziwiło, że we Francji, którą dotąd znaliśmy z domków i domów istnieje osiedle przypominające Ursynów. Okazało się, że we Francji też rządzili socjaliści, wprowadzając na swoją modłę podobne pomysły jak w krajach bloku komunistycznego. Tu było ładniej, więcej zieleni, czysto ale jednak duża gęstość zaludnienia i wiele pięter.

Kościół był szerszy niż dłuższy i właściwie nie miał prezbiterium. Na liturgii Wielkiej Soboty było wielu ludzi, dużo młodzieży, normalna służba liturgiczna, śpiewy. Na koniec uderzyło nas tylko to, że zaraz po zakończeniu liturgii, zanim jeszcze kapłan i asysta liturgiczna doszli do zakrystii, tłum zaczął niesamowicie głośno gadać. Piszę „gadać”, ponieważ zgiełk zrobił się niesamowity, wszyscy w jednym momencie zaczęli ze sobą rozmawiać. To był zgrzyt. Maurice znowu kątem oka zauważył, że my to tak odebraliśmy, jako zgrzyt właśnie. Jakimż on był bacznym, wrażliwym obserwatorem i wspaniałym gospodarzem zainteresowanym samopoczuciem nawet tak młodych gości! Maurice zagadnął do nas od razu jak wyszliśmy na zewnątrz.

- Wiem, wiem. Poczekajcie, jutro zabiorę was w jeszcze inne miejsce. Jestem pewien, że tam wam się spodoba.

Następnego dnia, w niedzielę wielkanocną, ruszyliśmy samochodem poza miasto. Jechaliśmy dłuższą chwilę wśród pól, lasów i łąk, by dotrzeć do małej miejscowości na jeszcze dalszych obrzeżach Paryża. Dotarliśmy do kościoła, otoczonego niezliczoną ilością zaparkowanych samochodów.

Wchodzimy do środka, a tam pełen kościół, mnóstwo młodych ludzi, młodych małżeństw, granatowe kurtki i płaszcze, malcy w krótkich spodenkach, Francja elegancja. Ktoś rozdaje teksty pieśni. Po chwili zaczyna się Msza Św. Piękna asysta, kilkunastu ministrantów w białych albach, świece, kadzielnica, i skupiony młody kapłan, dyskretnie pozdrawiający uśmiechem zgromadzonych. Msza była wspaniała, Paryż wart był Mszy, to znaczy przyjazd tutaj był tego wart, pomijając wszystko, nawet ze względu na tę jedną Mszę. Była to zwyczajna Msza, taką jaką znamy z naszych kościołów, ale odprawiana bardzo nabożnie, na której wszystko było jak należy od początku do końca. Uroczysta, okadzenie, świece krążące od ołtarza do ambony. I kazanie, płomienne. Ksiądz miał małe karteczki, kilka, na których najwidoczniej miał wynotowane punkty, które rozwijał. Ludzie zasłuchani. On precyzyjny, tłumaczący starannie aby być dobrze zrozumianym. Krótko, mimo niedzieli. Śpiew – znakomity! Wychodzimy poruszeni, w megapozytywnym nastroju, na pewno widać to po nas. Maurice uśmiecha się, chce zadać „rozstrzygające pchnięcie szpadą”.

- Chodźcie ze mną, jeszcze jedna rzecz.

Idziemy do zakrystii. Ksiądz już rozebrany z ornatu i alby, podchodzi od razu do Maurice’a. Witają się serdecznie, zagadują, po czym Maurice odwraca się od razu w naszą stronę i przedstawia nam kapłana.

- To ksiądz Pierre. Był skautem i drużynowym w naszym hufcu.

Tak! Wiedział jak nas podejść, jak rozłożyć na łopatki, jak totalnie zdobyć. Przybijamy piątkę, wymieniamy jakieś krótkie uwagi i pozdrowienia. Wychodzimy.

Jesteśmy pod wrażeniem. Znowu, trochę więcej rozumiemy o co tu chodzi. O co chodzi z tymi Skautami Europy, jakich ludzi ten ruch wychowuje i ma wychowywać. Jaki jest jego cel. Jesteśmy zmotywowani do działania.

Pielgrzymka do Reims, 1996, posiłek, 
jak widać Maurice wykorzystuje każdą chwilę na przekazywanie swojej wiedzy

Maurice jest człowiekiem, który położył wielkie zasługi dla powstania skautingu europejskiego w Polsce. Chciałem napisać „może i największe”, ale po namyśle nie chcę oceniać, wydawać sądów, itd. każdy ma swojej zasługi, niechaj policzone zostaną tam po drugiej stronie. Chciałem tak napisać bo oczywiście były osoby bardziej zaangażowane, czasowo na pewno, decyzyjne, ówcześni komisarze federalni: Gildas Dyevre, potem Pierrette Givelet, sekretarz federalny Jeanne Taillefer, niestrudzony Laurent Wallut, Jacques Mougenot i wielu innych. Jednak osobą, która najbardziej rozumiała, że Polska to nie Francja, najumiejętniej tłumaczyła i najgłębiej rozumiała i mówiła o niuansach był Maurice Ollier. Wtedy jako doradca właściwie, poproszony o tę misję, rewitalizowany ze skautowej emerytury. Jak mieliśmy się dowiedzieć później, człowiek który „zęby zjadł na skautingu”, był Komisarzem Federalnym, potem czy wcześniej ale pierwszym etatowym pracownikiem stowarzyszenia francuskiego, który wiele rzeczy „postawił”, „uruchomił”. Prywatnie mąż sympatycznej żony i ojciec czwórki dzieci. Mieliśmy je wszystkie poznać. Przy okazji okazało się, że jedną z dwóch przewodniczek o imieniu Cecile, które po cichu adorowało wielu wędrowników podczas wędrówki euromootowej do Le Puy, jest jedna z córek Maurice’a😉  (…)”

 

środa, 3 lipca 2024

KILKA HISTORII, KTÓRYMI CHCIAŁEM SIĘ PODZIELIĆ Z WAMI


Taką przyjemność nam tu zrobiliście, Dobrzy Ludzie, dobrym słowem i życzeniami pod zdjęciem upamiętniającym dwudziestą siódmą (nie do wiary!) rocznicę naszego ślubu, że w ramach jakiejś wzajemności i wdzięczności chciałbym coś tu dla Was umieścić. Napisać coś niebanalnego albo chociaż przepisać skądś. Coś dającego wartość, może inspirację, może zadziwienie, może choć uniesienie brwi. Jedna myśl, jedno zdanie, jedno słowo. Tak lapidarnie mi się nie uda, jeśli w ogóle, ale postaram się jak najkrócej. Mimo wszystko jednak zanim zaczniecie dalej czytać lepiej zaparzcie sobie herbatę, wyjmijcie z lodówki zimny napój, zerwijcie kapsel, zapalcie cygaro, zarzućcie nogi na stół, a może rozeprzyjcie się na leżaku, w fotelu, nie wiem co jeszcze tylko chcecie, by było Wam wygodniej. Może wciągniecie się w kolejny mecz jak ja wczoraj w mecz Portugalii ze Słowenią. Lubię tego Cristiano Ronaldo, jest taki szczery w swoich emocjach, nie udaje, że nic się nie stało, nie zgrywa Greka, gdy schrzani karnego. To jest takie autentyczne, duży chłop a płacze jak dziecko. Jego mam siedzi na trybunach, a mogła go przecież nie urodzić. Znamy tą historię. Jednak nie maże się ale nadrabia, walczy, biega, jest w całości zaangażowany, ze swoimi mięśniami, siłą, męskością, ale i emocjami.

Ostatnio w artykule z okazji sto pięćdziesiątej rocznicy urodzin Chestertona wyczytałem, że właściwie był gotowy na konwersję do Kościoła katolickiego już w momencie napisania „Ortodoksji”. Jednak formalnie zrobił to dopiero 14 lat później. Przyczyną była delikatność wobec żony, niejako czekanie na nią, nie chciał sprawić jej przykrości, a ona opierała się temu. I tak nie obyło się bez niezrozumienia, Frances przystąpiła do Kościoła dopiero kilka lat później. Wzruszył mnie tą swoją czułością ten wielki umysł ale i ogromny fizycznie człowiek, błyskotliwy, jowialny Anglik.

Jakiś czas temu obejrzałem wreszcie film o Zofii Kossak ”Mulier fortis”, dzielna kobieta. Oczywiście tylko dokumentalny, zrobiony przez TVP (czy jeszcze znajduje się na platformie tvp.vod? czy też został stamtąd usunięty przez karnych najemników, którzy z ptaków nie orła lecz wybierają wronę?). Jest tam informacja, o której wcześniej nie słyszałem, iż Zofia Kossak otrzymała zaraz po II Wojnie Światowej nieformalną propozycję napisania czegoś „pod nagrodę Nobla”. Pasowało ją jej przyznać: uciekinierka z bloku wschodniego, emigrantka, wybitna pisarka polska i katolicka, znana już na świecie dzięki „Krzyżowcom” i innym książkom, „Sienkiewicz w spódnicy” ale o nieco bardziej uniwersalnym stylu i tematyce. Propozycja była kusząca, jednak nie podjęła jej, w zamian wyjeżdżając z mężem do Kornwalii, by tam pracować ciężko fizycznie w gospodarstwie rolnym. Oboje mieli grubo ponad pięćdziesiąt lat i nie byli przyzwyczajeni do takiego trybu życia. Trudny, wietrzny, melancholijny klimat, obcy ludzie wokół, codzienne oporządzanie zwierząt, uprawienie pola, itd. Gdy odwiedził ich miejscowy ksiądz, dziwił się, jak dają radę nie paląc w kominku bo „tu ludziom inaczej nie idzie wytrzymać niż patrzeć wieczorami z ogień”. Dlaczego to zrobiła? Jej mąż przesiedział całą wojnę w oflagu czyli obozie internowania dla oficerów i był w głębokiej depresji. Lekarze orzekli, że jedynym ratunkiem dla niego jest praca fizyczna na łonie natury, kontakt z przyrodą. Nie zastanawiała się długo, wyjechała z nim. Na kilka lat pisarka umilkła zupełnie, zaprzestała pisania czegokolwiek. Tylko drobne zapiski, z których potem powstały bardzo oszczędne „Wspomnienia z Kornwalii”.

Zmarły niedawno wybitny tłumacz języka angielskiego ale i pisarz, myśliciel, judoka, Lech Jęczmyk. Chciał studiować anglistykę, może polonistykę, w czasach głębokiej komuny dostał wilczy bilet, mógł studiować tylko filologię… rosyjską. Postudiował, i tak ostatecznie został tłumaczem literatury angielskojęzycznej, i to wybitnym. Różne są drogi, może za często przywiązujemy zbyt dużą wagę do z perspektywy czasu mało znaczących spraw.

I harcmistrz RP Stanisław Sedlaczek, wróciłem do jego biografii, chciałbym ukończyć jej czytanie. Aresztowany w 1941 roku w swoim warszawskim mieszkaniu, więziony w Oświęcimiu, tam zginął. Nie uczestniczył w konspiracji zbrojnej, nie było procesu, nie było zarzutów. Prawdopodobnie padł po prostu ofiarą akcji eksterminacji polskiej inteligencji. „Po prostu”. To brzmi jak koszmarny sen, ale to nie był sen. Okupacja Polski w czasie II Wojny Światowej to był koszmar, hekatomba, którą trudno nam sobie nawet wyobrazić a której pamięć jest teraz zacierana. Pytanie do czytających to historyków: czy są jakieś archiwa, do których można by mieć dostęp, niemieckie oczywiście, gdzie można by znaleźć informacje o tym aresztowaniu, jakieś protokoły itd.? Jestem przekonany, że dokumentacja była sporządzana jak należy. W każdym razie: gdy gestapo pojawiło się na dole w kamienicy, dozorca dobiegł do mieszkania Sedlaczka i ostrzegł go, aby uciekał. Z mieszkania było drugie, tylne wyjście. Bez problemu mógł zbiec. Nie zrobił tego. Nie wahał się ani chwili. W żadnym razie nie chciał narażać żony i dzieci. Takie jest świadectwo dozorcy.

I jeszcze Czesław Miłosz. Nie dlatego ten cytat poniżej, aby znalazł się w kontrapunkcie, te słowa świadczą po prostu o tym, że miał sumienie, refleksję nad sobą, krytycyzm. Daleki jestem od osądów, od osądzania kogokolwiek, szczególnie jego na podstawie tego cytatu, ale cytat ten jest cenny, jest wymowny. Niejednemu może dać do myślenia.

„– I zmagał się z pytaniem: może byłoby lepiej, gdybym tego wszystkiego nie osiągnął, a był zwyczajnie lepszym człowiekiem? I może czułość do człowieka jest ważniejsza niż sztuka?

Nie wierzę, że tak myślał naprawdę?

W każdym razie stawiał takie pytanie. Pytał nawet mnie, czy moim zdaniem to się „opłacało”, ponieważ bardzo się obwiniał o nieszczęścia swojej rodziny. Że był złym ojcem, nie dość oddanym mężem.”

To powiedział Andrzej Franaszek, autor biografii Czesława Miłosza o dylematach tegoż, w wywiadzie dla pisma „Bluszcz”.

Czy cena sławy zawsze jest wysoka? Czy musimy ja płacić w taki sposób? Nie tylko sławy, ale i cena władzy, pieniędzy, dobrobytu, pozycji zawodowej, wygodnego życia oddającego się podróżom i wyszukanym przyjemnościom?

Często tak jest, coś za coś!

Piszę też o tym wszystkim, mając w pamięci trzy śluby ostatnio, w których dane nam było uczestniczyć, budujące, pełne nadziei na szczęście każdego z tych dwojga, i na więcej szczęścia wokół nich, na roztaczanie się dobra, dzielenie się nim, promieniowanie.

I jeszcze dwa pamiętne wydarzenia tej wiosny. Wszystko tej wiosny, dacie wiarę? Świętowanie, huczne, dwudziestopięciolecia małżeństwa dwóch par przyjaciół. Och, co to były za wieczory! Najpierw ten w kwietniu: spod kościoła państwo młodzi odjechali kabrioletem. Tak, spełniają się niektóre nasze marzenia, realizowane przez innych😉 Potem taniec, teledysk, piosenka zaśpiewana przez niespodziewającego się tego nawet po sobie rocznicowego pana młodego. Potem w czerwcu, znowu program artystyczny, piosenka skomponowana specjalnie na tę okazję. Czad. Wesoło, spontanicznie, jednocześnie na luzie, w dobrym stylu. I dzieci, dobrze wychowane dzieci, dające sobą świadectwo o swoich rodzicach, o ich wysiłku i trosce przez te wszystkie lata. O tym, że nie tylko przewijali, karmili, prowadzali do szkół, ale i cierpliwie upominali, zwracali uwagę, szlifowali powierzone im diamenty aby stawały się brylantami.

Dziękuję za uwagę. I jeszcze raz za życzliwe życzenia!


wtorek, 2 kwietnia 2024

Godzina 21.37


Godzina 21.37 - dziewiętnaście lat temu zmarł Jan Paweł II.

Pamiętam jak świeżo poznani w latach 90-tych Francuzi, Skauci Europy, mówili, że ich zdaniem JP II uratował chrześcijaństwo we Francji. Pamiętam jak na obozie Charle Magne poznałem kleryków z USA, twierdzili, że swoje powołanie zawdzięczają JP II, byli bardzo zadowoleni, że mogą poznać innego Polaka, nawet tak nieznaczącego jak ja, „bo Polska musi być niesamowitym krajem skoro wydała takiego papieża”. Wielu katolików na całym świecie odnalazło Kościół, wiarę, powołanie, sens życia, inspirując się pielgrzymowaniem, przepowiadaniem, osobowością Wojtyły.

Pamiętam, że gdy informacja o śmierci papieża przetoczyła się przez media wsiadłem w samochód z Marcinem Krukiem i pojechaliśmy na Krakowskie Przedmieście, pod Świętą Annę. Nie mogliśmy się przebić przez skupiony, zastygły w podniosłej chwili tłum. To było niesamowite, to co działo się wtedy na ulicach polskich miast. Warszawa świeciła tysiącami zniczy ustawianych wzdłuż ulic i placów. Nie pojechałem jednak na pogrzeb, pomyślałem, że nie ma co robić tłoku. Teraz żałuję.

Pamiętam, że zamykałem w tych dniach dużą transakcję. Siedzieliśmy w biurze amerykańskiej kancelarii prawnej spoglądając przez wielkie okna w dół, gdzie pochód ludzi wciąż i wciąż ustawiał świece. Główny prawnik dużego funduszu, Nowojorski Żyd dzielił się tym co przeczytał w amerykańskich gazetach o Wojtyle. Nie mógł się nadziwić, że była to tak niesamowita postać, że był robotnikiem i aktorem, że tyle krajów odwiedził, nie wiedział o tym wcześniej.

Czy należę do pokolenia JP II, jeśli takie kiedykolwiek istniało? Pierwszy bardzo świadomy kontakt to pielgrzymka w 1991 roku. On był już starcem, ja świeżo upieczonym studentem prawa. Dobrze pamiętam zimną, przeraźliwie zimną atmosferę w mediach. Nie był tu wtedy chciany, słuchano z powątpiewaniem jego nauk. Dobrze wryły mi się w pamięć jego dramatyczne słowa wykrzyczane w Masłowie pod Kielcami oraz na lotnisku w Radomiu. Nie było oklasków, a jeśli, to bardzo marne. Nie minęły nawet dwa lata od częściowo wolnych wyborów, za to tygodnik „Nie” rozchodził się w 750 tysiącach egzemplarzy a Gazeta Wyborcza w milionie. Połowicznie odzyskaliśmy wolność, błędy tamtego czasu ciągną się za nami do dzisiaj.

Eurojam 1994 roku, Viterbo i słynna audiencja w Bazylice Św. Piotra. Dopchałem się, pokazałem album ze zdjęciami z Harców Majowych. Pokiwał głową, „Studzianna, bardzo dobrze”. Kontakt z nim, tak, był elektryzujący! To był gość nad goście. Słusznie krzyczała młodzież: „Nie ma większego nad Jana Pawła Drugiego”.

Nie ma co, wiele jego słów, pamiętne „Każdy z was młodzi przyjaciele ma swoje Westerplatte”, „Musicie od siebie wymagać nawet gdyby inni od was nie wymagali”, wryło się w pamięć, było mocnymi drogowskazami dla wielu. Umiał przemówić, umiał wypowiedzieć, to była poezja.

Był herosem, który spowodował, że Kościół odzyskał inicjatywę, przeszedł do kontrofensywy, nie mając przecież żadnych dywizji poza słowem Bożym i wiarą. Wiara w potęgę, w moc słowa. To dało się zauważyć. Kreował fakty dokonane. Mówił nad głowami struktur, rządzących zwracając się bezpośrednio do każdego człowieka, pewnie z nadzieją, że może ten człowiek podejmie to słowo i przekuje je w czyn. I tak się działo! Pielgrzymki – fenomen. Światowe Dni Młodzieży – fenomen. Nauczanie – mocne i konsekwentne. Osobowość – czarująca. Ileż anegdot, ile spotkań, sytuacji. Każdy posiłek – goście z całego świata. Nieustanna rewolucja ducha, póki sił starczało. Umacniał, przerzucał mosty, podtrzymywał, rozniecał ogień.

Tyle rzeczy zaniechanych. Gdzie błyskotliwie ujęty podział na cywilizację życia i cywilizację śmierci? Czy ktoś używa jeszcze tych sformułowań?

Nie, odwoływanie się do Jana Pawła II nic teraz nie da. Trzeba czytać teksty, rozumieć je, a potem opowiadać swoimi słowami. Tak myślę.


czwartek, 6 kwietnia 2023

NAJPIĘKNIEJSZY ZAWÓD ŚWIATA





 


NAJPIĘKNIEJSZY ZAWÓD ŚWIATA

Oczywiście bycie księdzem nie jest zawodem. Jest powołaniem.

Jakże piękne jest to powołanie. Powołanie zaszczytne. Kapłan Kościoła Rzymskokatolickiego wyznający Credo, wiarę w obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii, w ofiarny i zbawczy sens Mszy Św., we współuczestniczenie w ofierze Chrystusa na krzyżu. Oddanie swojego życia w całości temu aby ułatwiać ludziom zbawienie, być dla nich, być szafarzem sakramentów, pośrednikiem poprzez którego działa sam Bóg - jest czymś niebywałym. Niebywale wielkim i wymagającym niebywałej pokory i powagi koniecznej do wykonywania tych zadań. Rozgrzeszanie, wysłuchiwanie najgorszych przewin, udzielanie ostatniego namaszczenia, obcowanie ze śmiercią, rozpaczą i brakiem nadziei. Z drugiej strony piękno i radość przygotowania do pierwszej komunii Św. albo do sakramentu małżeństwa, udzielanie chrztu świętego małym dzieciom. Piękna, niesamowita misja.

Jak pisał Bousset, którego cytuje Mauriac w swoich pamiętnikach, ksiądz to najbardziej wszechstronny zawód świata, bo będąc księdzem można być jednocześnie: aktorem, nauczycielem, retorem, psychologiem, lekarzem dusz, przedsiębiorcą, zarządzającym, trzeba też opanować mnóstwo umiejętności praktycznych. Gdy sprawuje się opiekę nad ministrantami, dodajmy od siebie, warto być też piłkarzem, rowerzystą, programistą, informatykiem, a gdy ma się pod opieką harcerzy to można wykazać się również jako kucharz, survivalowiec, śpiewak, gitarzysta, ratownik, pielęgniarz.

Bousset nie przewidział jednak, że można też być bokserem albo szefem hospicjum dla śmiertelnie chorych.

Chodzi mi mianowicie w tym momencie o zareklamowanie trzech filmów, które są absolutnymi „must see”. Jako że pogoda na Wielkanoc nas nie rozpieszcza, jestem prawie pewien, że zamiast spacerów rodzinnych, zasiądziecie w niedzielę albo lany poniedziałek przed telewizorem albo rzutnikiem aby coś obejrzeć. Dlaczego zatem nie któryś z niżej wymienionych filmów?

Pierwszy to „Father Stu”, w tej chwili jest na różnych platformach streamingowych np. HBO. Prawdziwa historia boksera łobuziaka, który został księdzem, lecz wcześniej zapadł na ciężką chorobę, w wyniku starć na ringu. Nieprawdopodobna historia gdyby nie była prawdziwa. W roli głównej Mark Wahlberg, który jest jednocześnie reżyserem a do współpracy zaprosił innego znanego, przy czym wielce grzesznego jak sam o sobie mówi, katolika z Hollywood, Mela Gibsona. Wahlberga nie trzeba przedstawiać, porządna firma. A i film jest przyzwoicie zrobiony.

Drugim filmem, który już wszyscy chyba obejrzeliście, ale może jednak nie wszyscy, jest „Johnny”. Opowieść o ks. Janie Kaczkowskim, założycielu hospicjum w Pucku. Śmiertelnie chory na glejaka mózgu, nie zaprzestał pracy ale walczył do końca. O ludzi, o dusze, o godne umieranie i przechodzenie stąd do tam. Niektóre sceny są naprawdę wstrząsające. A postać tego kapłana, żyjącego na „pełnej petardzie” może porywać, może inspirować. Jego nieporozumienia z hierarchią, owszem wiemy, że takie były, w filmie ukazane są jednak w karykaturalny sposób a aktor dobrany do roli biskupa, cóż, szkoda gadać. To już kolejny film, w którym postać biskupa jest pokazana niczym z pisemek antyklerykalnych w okresie stalinizmu. Czyż konflikt nie zyskałby kolorów, gdyby twórcy, jeśli już koniecznie chcieli ten wątek wyeksponować, wierniej odwzorowali pierwowzór? Dobrze, nie ma się co czepiać, młody kapłan, pozytywny bohater, robiący coś dobrego wbrew hierarchii. Super w dzisiejszych czasach, a mając na uwadze to, że film znalazł się ostatnio na Netfliksie, czyż można chcieć więcej?

Uprzedzę jeszcze pytanie, ze względu na intensywność emocjonalną niektórych scen, moim zdaniem, raczej nie do oglądania z dziećmi młodszymi niż starsze nastolatki.

I last but not least – “Ostatni szczyt”, film Juana Manuela Cotelo. Szalony hiszpański reżyser jedzie aby zrobić wywiad ze znanym księdzem. Niestety nie udaje mu się to, bo ksiądz ginie w górach. Wstrząśnięty tą nagłą, tragiczną śmiercią, reżyser nie daje za wygraną, rozmawia z przyjaciółmi i rodziną zmarłego i decyduje się zrobić film. I jest to film genialny. Dokument, który ogląda się lepiej niż wiele filmów fabularnych. Historia jednego z tysięcy kapłanów oddanych swojej pracy. Przejętego wiarą, idealisty stąpającego twardo po ziemi, miłośnika gór, człowieka wesołego, o szerokich horyzontach. Film wciąga wszystkich, małych i dużych. Widziałem czterdziesto- a nawet pięćdziesięcioletnich chłopów jak dęby, którzy podczas projekcji ryczeli jak bobry.

Film do obejrzenia na katoflix i cda.

Mam nadzieję, że Was trochę zachęciłem.

Z okazji Wielkiego Czwartku przekazuję najlepsze życzenia dla wszystkich kapłanów! Macie wspaniałą misję, nie zrażajcie się niczym, róbcie swoje najlepiej jak umiecie, każdego dnia!

poniedziałek, 7 marca 2022

Ukraina


Jeszcze nieco ponad tydzień temu beztrosko wspominaliśmy sobie na fejsbuku przygody harcerskie. Dwa dni później zaczęła się wojna. Prawdziwa, w której giną ludzie a miasta obracają się w ruinę. Jesteśmy świadkami czegoś bardzo złego dla Ukrainy i bardzo niebezpiecznego dla całego świata.

Wojna tuż obok zmienia wiele. Nikomu teraz nie jest do śmiechu. Staramy się kontynuować swoje normalne obowiązki, lecz cały czas śledzimy wiadomości, martwimy się, wzruszamy i pomagamy jak możemy. Jako Polska, jako Polacy zachowujemy się „jak trzeba”, a nawet więcej. Otwarcie serc, zaangażowanie ludzi dobrej woli jest niesamowite. Zniknęły podziały, mówimy jednym głosem i wspólnie się angażujemy. To na pewno jest właściwe i konieczne do robienia, uczynki miłosierdzia co do ciała. Po pierwszym entuzjazmie, może przyjść jednak zmęczenie, nie będzie łatwo, to nie orkiestra wielkiej pomocy grająca jeden dzień w roku. Oczywiście oby jak najkrócej trwała rozłąka rodzin, oby ludzie mogli wrócić do swoich domów, żony i dzieci do mężów i ojców. Nikt jednak nie wie, jak potoczą się dalsze wypadki, ile będzie to wszystko trwało.

Nie wiem do końca, czy jest sens dzielić się tymi myślami tutaj, kogo mogą obchodzić, dlatego nie pisałem wcześniej, choć głowa pęka od pytań, domysłów i spekulacji. Zamiast zaczytywać się w komentarzach i wiadomościach, na pewno sensowniej jest robić cokolwiek, wpłacać, zawozić, dowozić, gościć, kupować i wysyłać. Jeszcze raz wielki szacunek, wielkie podziękowanie dla wszystkich angażujących się jakkolwiek, to wielka narodowa akcja, gdzie dajemy świadectwo swojego człowieczeństwa, i patos jest tu jak najbardziej na miejscu. Dlatego tylko kilka myśli na szybko.

Doszło do ataku na niepodległe, suwerenne państwo. Bez względu na wszelkie rozważania geopolityczne, analizy doktryny Rosji itp. to jest to akt bezprawia międzynarodowego, naruszenie podstawowych praw ludzkich, prawa narodów do samostanowienia, coś takiego wymaga natychmiastowego potępienia przez wspólnotę międzynarodową i powinno wymagać reakcji. Patrząc na historię, nigdy takich wątpliwości nie miał Jan Paweł II, który zawsze bezkompromisowo reagował i krzyczał (to jest adekwatne słowo, tak właśnie było) na Placu Świętego Piotra w obliczu wojen, bez względu na to kto je wszczynał. Wojna zawsze jest kataklizmem, w którym giną niewinni ludzie, zostawia zgliszcza materialne i rany psychiczne na pokolenia. Nienawiść rodzi nienawiść. O tym trzeba pamiętać. Możemy się cieszyć z tych lub owych taktycznych zwycięstw Ukraińców, z tego że Romowie zakosili czołg Rosjanom, że to lub owo, ale w poczuciu powagi, to jest tragedia dziejąca się na naszych oczach. Zło, które wypełza, tak szybko nie chowa się potem do swojej pieczary.

Widzimy, że Polska nie miała żadnych wątpliwości od samego początku. Nie można tego powiedzieć o reakcjach w pierwszych dwóch dniach napaści kilku ważnych krajów. Inwazja była nazywana konfliktem, operacja militarną itp. To zawstydzające, ale to tylko nam uświadamia, że moralność międzynarodowa jest na niskim poziomie, że wcześniej akceptowano rozwiązania siłowe, a skromne komunikaty oburzenia blakły już po kilku dniach. We współczesnym świecie liczy się siła a nie prawo, sprzeciwiamy się temu, to nas oburza ale musimy o tym pamiętać. Putin w sposób wyostrzony i karykaturalny uprawia tępą, kłamliwą propagandę i łatwo ją identyfikować, ale to nie znaczy, że gdy inni używają jej w sposób bardziej finezyjny, mamy jej ulegać. Nie powinniśmy mieć złudzeń i nie powinniśmy ulegać zbytniemu optymizmowi, który gdzieniegdzie się pojawił.

Pojawił się, ponieważ kilka pozytywnych aspektów faktycznie wystąpiło. Zachód zjednoczył siły, Szwecja, Finlandia zgłosiły akces do NATO, te państwa mają dobre rozeznanie sytuacji i pamiętają historię. Białoruś oficjalnie nie rzuciła swoich dywizji do akcji bezpośredniej, Łukaszenka kluczy chyba, na ile może, w każdym razie różne tu są domysły. Polska otrzymuje werbalne wsparcie sojuszników z NATO, pojawiło się kilka tysięcy żołnierzy, etc. Domniemany układ rosyjsko-niemiecki został rozerwany, zwidy i naiwne pobożne życzenia zachodniej Europy na temat Putina w obliczu krwawych wydarzeń rozwiewają się. Choć powoli i niechętnie. I najważniejsze: Ukraina wciąż walczy! Wbrew wszelkim prognozom i pewnie oczekiwaniom różnych możnych tego świata, którzy wtedy odetchnęliby z ulgą i zaczęli rozmasowywać dyplomatycznie faus paux Putina, Ukraina stawiła mężny opór i okazała się dużo silniejsza niż myślano.

Cały świat zobaczył dzielny naród ukraiński zjednoczony wokół swoich przywódców. Mnóstwo faktów nie tylko daje do myślenia, co powinno wstrząsać zamożnymi, leniwymi społeczeństwami Zachodu. Mężczyźni - obywatele Ukrainy pracujący zagranicą, wrócili do kraju by go bronić. Takie informacje robią wrażenie. Niejednemu przyszło do głowy pytanie: czy w jakimkolwiek innym narodzie byłby teraz taki duch? Czy taki duch byłby w Polsce? Wolelibyśmy tego nie testować w praktyce. Kiedyś mieliśmy takiego ducha, wielkiego ducha, a było to w roku 39, a potem w 44. Jak kamienie rzucane na szaniec poszły w dym walki najlepsze jednostki, zginęło całe pokolenie, mężnie oddając życie za ojczyznę. Życia ojczyźnie jednak to nie ocaliło, w żaden sposób. W żaden. Wiemy o tym dobrze. To jest trauma, która trwa w naszym narodzie, myślę, że głęboko, i nie ma pewnie osoby, która by o tym nie pomyślała w ostatnich dniach. Nasze bohaterstwo nie wzruszyło zachodniej opinii publicznej ani nie obeszło rządzących. Czy teraz bohaterstwo Ukraińców wzruszyłoby ich, gdyby nie przejmujące obrazki w telewizji i na fejsbuku? Czy jakakolwiek demonstracja ruszyłaby ulicami miast europejskich? Nasze bohaterstwo wykrwawiło nas i ułatwiło Stalinowi jego plany dla Polski. Pamiętajmy, nigdy, nigdy nie liczmy na to, że krew naszych młodych chłopców kogokolwiek do czegoś popchnie, zmusi, nakłoni np. do pomocy. Nie wolno nigdy przedmiotowo traktować innego człowieka nawet w takich przypadkach. Owszem walka może być konieczna po prostu dla obrony, dla walki o życie innych ludzi. Na tym polega etos żołnierski: żołnierz ryzykuje własnym życiem dla obrony żyć innych ludzi.

Dlatego niepokoją mnie głosy, że w razie napaści na Polskę musielibyśmy wytrwać trzy, pięć, siedem albo czternaście dni aby państwa NATO przyszły nam z pomocą. Nie! I jeszcze raz nie! Ostatecznie jestem prawnikiem i w Artykule 5 Paktu Północnoatlantyckiego nie widzę żadnych tego typu zapisów. To postanowienie jest proste jak drut! Napaść na jednego oznacza wojnę ze wszystkimi i obliguje innych do udzielenia pomocy „łącznie z użyciem siły zbrojnej”, do podjęcia działań „niezwłocznie”. Niezwłocznie oznacza, jak wszyscy prawnicy wiedzą, bez uzasadnionej zwłoki. A wiadomo przecież, że trzeba się spakować, przylecieć, etc. Więc różni analitycy wskazujący na konieczność posiadania silnej armii zdolnej do oporu przez te ileś tam dni, więc ci analitycy w praktyce pewnie mają rację. Ale publicznie, na zewnątrz nie możemy tego akcentować: powinniśmy akcentować konieczność natychmiastowej odpowiedzi. Oby te rozważania pozostały na zawsze tylko teoretyczne.

Patrzenie na bohaterską walkę Ukrainy uruchamia w nas bolesne wspomnienie naszej historii i strach o to, czy z nami nie będzie tak samo? Czy Ich mężna walka, ofiara krwi powstrzyma powrót pod sowiecki but? Zaraz za tym czai się strach, co będzie dalej? Państwa Bałtyckie? A potem „mój kraj Polska”? I co wtedy? Będziemy głośno krzyczeć, że honor, że nie oddamy guzika a potem zginie kilkaset tysięcy ludzi, nasze miasta zostaną zrównane z ziemią, a i tak przegramy. Przepraszam, że wypowiadam obawy, które są w głowach, o których boimy się myśleć. Czy w tym kontekście może dziwić zainteresowanie stanem uzbrojenia naszej armii? Sensownością różnych decyzji, zakupami wyszukanego, drogiego sprzętu w małych ilościach, który ma pojawić się tu za kilka lat? A może powinniśmy wyprodukować (możemy sami) tysiące ręcznych wyrzutni przeciwpancernych i przeciwlotniczych? Ich magazyny mieć w każdej gminie? Może powinniśmy przeszkolić w nauce strzelania miliony i miliony kałasznikowów mieć w magazynach, by w razie wojny rozdać broń? Nie chcę się tu wymądrzać, bo setki ekspertów teraz się pojawiło i każdy wrzuca swoje pięć groszy. Chcę tylko powiedzieć, że takie zainteresowanie, taka refleksja, taka dyskusja jest naturalna, jest uzasadniona, wynika z naszych uzasadnionych obaw. To jednak jest przerażające, wolelibyśmy aby nasza wiara w sojusze i w potęgę techniczną naszej armii została wzmocniona. Abyśmy zostali uspokojeni. Aby każdy z nas mógł się zajmować swoim zawodem, uprawą ogródka czy czymkolwiek chce, pewny, że nigdy sam nie będzie musiał chwycić za broń by bronić swoich najbliższych. Na razie prawda jest taka, że mamy mikroskopijną armię ze skromnym wyposażeniem. I trzeba mieć to na uwadze. Potrzebujemy czasu aby to zmienić.

Większość świata (chciałbym napisać cały, ale musimy starać się być jednak precyzyjni) chce przegranej Putina, zamachu stanu na Kremlu, wygranej Ukrainy. A co jak Kijów padnie? Co będzie dalej? Jednak przegrana Putina teraz również nas w całości nie uspokoi. Bo co dalej? Odpuści, wycofa się i zaakceptuje przegraną? Przecież ten system, ci ludzie nie liczą się z niczym, nie wierzą w Boga, nie boją się żadnej kary, boskiej w szczególności. Odetniemy hydrze jedną głowę, czy nie odrosną dwie? Nikt chyba nie jest spokojny. Wojna raz rozpoczęta może rodzić falę.

Dlatego jedna rzecz, niewątpliwa, którą możemy i powinniśmy czynić to modlitwa, pokuta i post. Wielki szacunek dla wszystkich proboszczów, którzy już zarządzili to co trzeba. Super, że wielu ludzi natychmiast sięga po różańce. Dziwię się właściwie dlaczego codziennie nie biją dzwony na trwogę? Nie czekajmy aż ktoś to zrobi za nas. Wzywajmy, proponujmy swoim proboszczom, wikarym, grupom parafialnym wielkie akcje modlitewne. Różańce i adoracje, przebłagalne, dziękczynne i pokutne. Wyobrażam sobie, że nawet niewierzący, ludzie nie mający łaski wiary, mogą zachęcać do tego innych. Znajomość faktów historycznych: Lepanto 1571, Portugalia, Warszawa 1920, Austria 1955, Filipiny 1986, mogłaby do tego skłaniać z przyczyn całkowicie konformistycznych. Dlaczego nie, skoro podobno pomogło w innych sytuacjach? Na pewno nie zaszkodziło. Wszystkie te miejsca łączy jeden rodzaj zwycięstw, jeden mianownik. Warto poszperać i doczytać we własnym zakresie. Napiszę tylko, że między 6 a 15 sierpnia 1920 r. we wszystkich kościołach Warszawy trwała 24-godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu, kardynałowie Kakowski i Dalbor zarządzili ogólnonarodową krucjatę modlitewną, ludzie klęczeli non stop. Podobnie rabinat warszawski w tym czasie wezwał do odmawiania codziennie specjalnych modlitw. Wszyscy wtedy rozumieli, że Bóg jest najpewniejszą pomocą w trudnościach. Wiemy, że wtedy się udało. Nie żartujmy tylko, że dzięki geniuszowi Piłsudskiego. Nic takiego lub choćby podobnego nie miało miejsca ani w 39 ani w 44 roku.

Warto też zauważyć, że biskupi ukraińscy wystosowali apel do papieża Franciszka o wykonanie apelu z Fatimy o poświęcenie Rosji Niepokalanemu sercu Maryi (105 lat temu, przypomnijmy, została wydana „precyzyjna instrukcja” jak to ma wyglądać, a jakoś się nie złożyło aby ją wykonać przez setkę lat z okładem). Pius XII i Jan Paweł II zrobili to, ale połowicznie, nie tak jak wynikałoby z „instrukcji”. Cóż, to już nie w naszej mocy.

Gdy zaczyna się wojna, gdy widzimy, że to jest wielka rozgrywka, to logika ludzka i środki ludzkie nie są wystarczające. Z bajek pamiętamy, że gdy dżin zostanie wypuszczony z butelki, nie jest łatwo z powrotem go tam zapędzić. Jakbyśmy bardzo nie ufali i nie wierzyli w geniusz przywódców politycznych i wojskowych, należy modlić się za ich dobre decyzje, najlepsze w danej sytuacji. Nie zawsze jest je łatwo podjąć, nawet zakładając całkowicie dobrą wolę, świetne przygotowanie do pełnionych funkcji, wystarczające informacje i odrobienie lekcji z historii. Nie ulega wątpliwości, że w sytuacji kryzysowej trzeba stać twardo przy rządzących, nie jątrzyć, nie dzielić, ale nie znaczy to, że nie należy uważnie obserwować, mieć stuprocentowe zaufanie i nie mówić „sprawdzam”. Na szczęście wydaje się, że w obecnej sytuacji, nasi rządzący stają na razie na wysokości zadania. Z tego co wiemy, podejmują dobre decyzje, robią to co trzeba. Ale co my tam wiemy, w szczególności o tym co będzie za chwilę, co jest przedmiotem rozmów na szczycie itd. Wszystko wskazuje na to, że najważniejsze sprawdziany jeszcze przed nimi. Oby je zdali.

I jeszcze jedno, musimy pamiętać o latach prania mózgów i cichej propagandy na Zachodzie. Filorosyjskość nie tylko elit politycznych ale i zwykłych ludzi w Niemczech, we Francji, w innych krajach. Owszem pojawił się szok, niedowierzanie, ale ta wcześniejsza sympatia nie zginie żywcem pogrzebana. Ona może odżyć, i to bardzo szybko. Nie mówię już o działaniu agentury wpływu, pudeł rezonansowych i „pożytecznych idiotów”. Dlatego tak ważne jest uświadamianie: naszych zagranicznych przyjaciół i znajomych, kolegów z pracy, wszelkich znajomych i obcokrajowców. To jest ten moment, kiedy można uzyskać jakąś zmianę świadomości. Róbmy to!

Za dużo tych wątków ale jeszcze jeden: istnieje ryzyko, że za dobro czynione teraz możemy ponieść też swoją cenę. Nasza dobra postawa jest i pozostanie wyrzutem sumienia dla Zachodu, który ufał Putinowi, dealował z Putinem, wiązał nadzieje zysków, świetlanej przyszłości z Rosją reprezentowaną przez system putinowski. Przymykano oczy, chętnie wierzono w swoje projekcje wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi. Robiono interesy. Już teraz widać, że tylko w naszej telewizji wzorowa postawa Polaków i Polski jest widoczna. W innych mniej. Pojawić się mogą akcje defamacyjne wyolbrzymiające jakieś incydenty, już się pojawiły, które mogą być efektem prowokacji, itd. Nasze państwo nie jest przygotowane do przeciwdziałania takim akcjom, już nie raz się o tym przekonaliśmy. Czy my coś możemy zrobić? Owszem: głośmy prawdę, komentujmy, opowiadajmy - naszym znajomym, przyjaciołom, kontaktom, ludziom z naszych firm w innych krajach. Wchodźmy na zagraniczne portale informacyjne, komentujmy, prostujmy albo uświadamiajmy. Niech zobaczą, niech się dowiedzą, wciągajmy ich w pomoc, w zaangażowanie. Jest szansa na dotarcie do niektórych przynajmniej osób, przebicia się z faktami, do zmiany stereotypów. Nawet jeśli przebijemy się do części osób to i tak będzie bardzo dobrze.

Jeszcze jedna rzecz naprawdę już na koniec. Postawa Ukrainy budzi podziw, na naszych oczach rodzi się wielki mit, mit założycielski, dużo lepszy niż wszystkie wcześniej. W tym micie jest polska ręka podana w potrzebie sąsiadowi, jest bezwarunkowa pomoc. Bez względu na to co jeszcze się wydarzy, to już się wydarzyło i zmieni historię w tej części Europy.

To tyle moich trzech groszy.

wtorek, 22 lutego 2022

Opowieści dziwnej treści z okazji DMB 2022


Moi Drodzy, poniżej obiecana, przepraszam obiecana była jedna, a zamieszczam dwie mrożące krew w żyłach historie harcerskie. Będziecie sobie mogli wybrać i mi napisać (jeśli zechcecie), która historia nr 1 czy nr 2 bardziej zmroziła Wam tą wieczorną wolno płynącą po ciężkim
dniu krew. Uwaga dla sanepidów, kuratorów, rodziców skautów i wszystkich wrażliwych ludzi dobrej woli: teraz jest tylko bezpiecznie, to są naprawdę stare historie, ale za to prawdziwe. Enjoy!


1. Górki Noteckie

Na początku lat dziewięćdziesiątych prowadziłem harcerski obóz letni w okolicach Gorzowa Wielkopolskiego. Mój obóz był częścią dużego zgrupowania, w okolicy obozowało kilkanaście innych drużyn, zarówno męskich, jak i żeńskich, trafiały się też obozy wilczków czyli najmłodszej gałęzi wiekowej między 9 a 12 rokiem życia. Obozowaliśmy nad pięknym jeziorem, do którego co rano wskakiwaliśmy w ramach hartowania ciała i ducha, używając do tego liny zwisającej z wielkiego drzewa. Był to tzw. „skok na Tarzana”. Dopiero poznawaliśmy Skautów Europy, więc organizacja obozu bardziej przypominała obozy ZHR-u niż Skautów Europy. Namioty ustawione wokół placu apelowego, wspólna kuchnia, komendant i oboźny wydający rozkazy. Mimo że na obozie dojrzałej i zaprawionej w bojach drużyny przygód nie brakowało - postanowiłem nie szczędzić dodatkowych wrażeń moim harcerzom. Raz się żyje.

Zaplanowałem alarm nocny. W tym celu udałem się do oddalonego o pięć kilometrów zaprzyjaźnionego obozu i poprosiłem aby w nocy wysłali do nas kuriera z pilną wiadomością. Starannie ją zredagowałem, tak aby chłopak dokładnie ją przekazał, poprosiłem tylko aby nie wtajemniczali kuriera, aby cała akcja była jak najbardziej autentyczna. Tak też się stało.

Ja nie wtajemniczałem nikogo. Około godziny drugiej w nocy na plac apelowy z impetem wpadł rowerzysta. Zziajany, zdyszany, ciężko oddychał, nie mogąc na początku wydobyć nawet słowa. Tak szybko pedałował pokonując te pięć kilometrów, tak był przejęty przyczyną tej nagłej wycieczki, że dał z siebie wszystko. Wyglądał jak sprinter po zwycięstwie na olimpiadzie. Pochylony łapał z trudem oddech, a serce waliło mu jak młot.
- Górki, Górki Noteckie – dyszał.
- Ale co Górki, co Górki? – dopytywało dwóch młodych harcerzy stojących na warcie. Jeden z nich przytomnie od razu pobiegł po oboźnego. Oboźnym był zaś energiczny, spontaniczny i ekspresyjny Jacek.
- Górki, tam, tam katastrofa, pociąg, pociąg się wykoleił.
- …..
- Pociąg z ładunkiem chemikaliów. Skażenie, skażeeeenieeee!!! E w a k u a c j a !!!!!!
Jacek w piżamie wbiegł z powrotem do namiotu i mocno mną potrząsnął. Nie musiał, nie spałem i czekałem na rozwój wcześniej zaplanowanych wypadków.
- Skaaażeeenie! Musimy ewakuować cały obóz! – krzyczał mi nad głową.

Cóż było robić? Zeskoczyłem natychmiast z pryczy i przystąpiliśmy do ewakuacji. Wiadomość była tak straszna, że nikogo nie trzeba było specjalnie do tego zachęcać. Na zewnątrz w okamgnieniu zaczęły kłębić się zastępy harcerzy, gotowych do wymarszu. Objuczeni wielkimi plecakami, w rękach siatki, torby, różne sprzęty. W społeczeństwie polskim wciąż musiała być wtedy żywa pamięć o Czarnobylu, dlatego niewinna z pozoru informacja o skażeniu wzbudziła chyba taki popłoch. Nie minęło kilka minut a byliśmy gotowi do wymarszu.

Gdy ruszaliśmy z obozu zdałem sobie sprawę, że ewakuuje się również obozujący bardzo blisko nas obóz wilczkowy. No tak, nie wziąłem tego pod uwagę, przecież informacja o skażeniu lotem błyskawicy dotarła też do nich. Nie uprzedzałem szefów tamtego obozu o tym, że odbędą się nocne manewry, a gdybym uprzedził, czy nie byłoby to dziwne, że my się ewakuujemy a oni smacznie śpią. Takich pytań sobie wtedy nie zadawałem, nie pomyślałem o tym. Tymczasem nie można było już niczemu zapobiec. Małe wilczki z ogromnymi plecakami dzielnie tarmosiły się na drogę wyjazdową, a dzielni szefowie ustawiali je wzdłuż długiej liny, tak aby każdy trzymając tę linę w drodze przez las, nie zgubił się. Przytomne chłopaki.

Tego jednak było mało.

Duszpasterzem towarzyszącym wilczkom na obozie był namówiony do tego długimi staraniami i obietnicami uczynienia z obozu warunków niemal sanatoryjnych, ksiądz Grzesio. Ksiądz Grzesio był schorowanym, starszym księdzem, który rezydował w swoim dużym turystycznym namiocie, miał krzesełka, leżak, oddawał się na co dzień spacerom, zbieraniu jagód i grzybów. Wcześnie kładł się spać gdyż lekarz zalecał mu bardzo unormowany tryb życia, bez przemęczania się, co mogłoby być dla niego zabójcze.
Już domyślacie się, co się stało…. Oczom moim ukazał się Ksiądz Grzesio w dresach, z kilkoma wielkimi walizkami, przytraczający je niezdarnie do roweru, przejęty sytuacją i najpewniej perspektywą bezpowrotnej utraty całego dobytku. Cóż było robić? Zachowałem zimną krew, zarządziłem pomoc wilczkom i księdzu. Zaraz ruszyliśmy. Wszystko to trwało dosłownie kilka minut, sam byłem wstrząśnięty sprawnością i tempem ewakuacji.

Po przejściu trzystu metrów doszliśmy do większego duktu leśnego, przez który zwinnie przeciągał inny obóz. W tym momencie uświadomiłem sobie, że wokół jeziora nie byliśmy sami ale że obozowało tam jeszcze kilka środowisk. Mój nieoceniony oboźny zadbał już o to aby wszyscy oni otrzymali w mig mrożącą krew w żyłach informację o wykolejonym pociągu wiozącym chemikalia, skażeniu i konieczności natychmiastowej ewakuacji. Szliśmy do asfaltu czyli z grubsza jakiś kilometr coraz większą grupą. Ten pochód przypominał scenę z filmu katastroficznego albo reklamy gdy do bohatera dołączają inni, potem kolejni, aż idzie tłum, coraz większy i większy aż do kulminacyjnego momentu, gdy tłum rozlewa się wokół stołów w jakimś barze a wraz z nim rozlewa się piwo, które wszyscy wznoszą w geście zasłużonego zwycięstwa. My też zbliżaliśmy się do punktu kulminacyjnego.

Dotarliśmy do asfaltu. Po chwili zza zakrętu wyłoniły się wielkie reflektory ogromnej ciężarówki wiozącej na naczepie pnie drzew. Mój przyboczny już stał na środku jezdni i machał intensywnie dwoma rękami znakiem nakazującym zatrzymanie się pojazdu.
- Co jest? – burknął kierowca, kiedy Jacek otworzył drzwi jego kabiny.
- Skażenie, pociąg wykolejony, musi nas pan zabrać i ściągnąć posiłki.
- Ale gdzie ja was zabiorę? Do szoferki tylko….
Reakcja kierowcy była nadzwyczaj trzeźwa. Autentyczność i determinacja Jacka były tak wielkie, że szofer nie miał zbędnych pytań.
Pierwsi harcerze zaczęli się pakować do szoferki, inni próbowali zająć miejsca za kabiną kierowcy na zewnątrz samochodu-lawety wiozącego na naczepie pnie sosen.

Uznałem, że czas aby wkroczyć do akcji.
- Jacek, przepuszczamy pana.
- Ale jak to? Komendancie, przecież musimy się ewakuować – słowa zaczęły mu grzęznąć w gardle, gdy patrzył jak szeptem wypowiadałem słowa: „próbny alarm”.
Bałem się, że padnie na zawał albo mnie na miejscu rozszarpie. Powoli schodził ze stopni szoferki, a wraz z nim pierwsi gotowi do podróży harcerze. Poczekaliśmy chwilę aż wszyscy dotarli do drogi. Pęczniejące z minuty na minutę towarzystwo samo wyprodukowało i rozpowszechniło informację, że czekamy na autokary. Było nas ponad setka ludzi, całkowicie spakowanych, świadomych powagi sytuacji, spiętych w sobie.
- Dziękuję wszystkim za wspaniałą postawę, mobilizację i hart ducha. Na szczęście jest to tylko próbny alarm. Wracamy do obozów.

Po powrocie gwar rozbrzmiewał jeszcze długo w namiotach, każdy każdemu opowiadał te samą historię z detalami tak jakby ten drugi o niej pierwszy raz słyszał. Robiło się coraz jaśniej, najpierw nieśmiało a potem coraz odważniej nadchodził kolejny dzień. Dzień pełen nowych pomysłów.


2. PODCHODY

W dawniejszych czasach harcerskich jedną z największych atrakcji były podchody. Umawiane albo nie umawiane, zawsze wzbudzające wielkie przeżycia i emocje. Były bardzo realnym wyzwaniem, możliwością sprawdzenia się. Noc, realny przeciwnik, przezwyciężenie naturalnego strachu. Podchody wzmagały wagę i sens trzymania nocnych wart. Nocne warty potrafiły nieźle podnieść ciśnienie.

Pamiętam gdy razu pewnego noc była ciemna jak smoła, siąpił deszcz i z kolegą Heńkiem nie widzieliśmy nawet czubków swoich nosów. Dziwne odgłosy dobiegające zza namiotu spowodowały, że już prawie wspinaliśmy się na drzewo z obawy przed rozjuszoną lochą ze stadem pazernych małych dzików. Jednak dochodzące zza namiotu odgłosy nie były odgłosami dzika, i nie dochodziły zza namiotu. Wydawał te odgłosy nie dzik, ale druh Maniek, i nie zza namiotu tylko ze swojej pryczy znajdującej się jak najbardziej w namiocie. Korzystając z ciszy nocnej wyciągał spod poduszki zakamuflowane czekoladki i się nimi w najlepsze zajadał.

Takie to przygody trafiały się podczas nocnych wart. Ale nie tylko takie. Trzeba było się strzec przede wszystkim nieproszonych gości. Obcy harcerze zakradali się po to, aby uprowadzić sztandar, proporce albo i coś innego, by następnego dnia triumfalnie wmaszerować do obozu i zażądać okupu. Przy okazji demonstrowali jacy to oni są świetni, a jacy to wartownicy nieporadni. Nie można zaprzeczyć, że podchody stanowiły pewną przygodę, ale od razu mówię, że w obliczu atrakcyjności programu obecnych obozów skautowych, z takich podchodów można spokojnie zrezygnować. Wiązały się z nimi bowiem również pewne antywychowawcze aspekty, którego to wątku nie będę tu rozwijał, ale po prostu często wyzwalała się agresja sprzeczna z duchem harcerskim. Opowiadam zatem poniższą historię nie z powodu szczególnego sentymentu dla tego sposobu spędzania nocy w lesie, ale dla samej historii, która wiele lat mroziła krew w żyłach w pewnym środowisku.

Otóż pewnego razu podczas obozu na Pojezierzu Lubuskim, wybraliśmy się z nocną wizytą do znacznie od nas oddalonych bratnich obozów drużyn z innych miast. Gdy zbliżaliśmy się asfaltową drogą jeszcze w luźnym szyku w swobodnej atmosferze rozmów, nagle zauważyliśmy kontur stojącej przy drodze postaci. Natychmiast padliśmy plackiem do pobliskiego rowu.

Najsprytniejszy z całej grupy, mój brat Czesław, obserwował osobnika zza wielkich traw i w końcu orzekł, że „wysłali człowieka na czaty, widocznie się nas spodziewają”. Sytuacja była poważna. Orzekliśmy, że nie ma wyjścia, musimy wziąć jeńca. Zaczęliśmy się czołgać do domniemanego wartownika wysuniętego na czaty w celu ochrony obozu przed naszymi podchodami.

Wartownik stał i wypatrywał. Spiritus movens całej akcji czyli mój brat Czesław dał sygnał do ataku. Wypadliśmy z tych wielkich traw i błyskawicznie powaliliśmy człowieka na ziemię. Szamotał się straszliwie. Później Czesław relacjonował, że poczuł pierwszy niepokój, gdy starając się zamknąć usta chłopakowi aby ten nie krzyczał i nie spowodował alarmu i całego obozu biegnącego na nas, poczuł nagle pod dłonią coś szorstkiego i nieprzyjemnego. Szamotanina trwała dłuższą chwilę zanim ktoś zapalił latarkę i usiłował nią oświetlić twarz delikwenta. Nie było to łatwe bo ten szamotał się energicznie cały czas. W końcu zobaczyliśmy przerażone, rozbiegane gałki oczne. Czesław cały czas zakrywał usta przerażonemu osobnikowi o rozbieganych oczach masywną dłonią, czując pod nią coś szorstkiego. W końcu puścił uchwyt i usłyszeliśmy przestraszonym głosem wypowiadane słowa:
- Myśliwy, myśliwy jestem.

Okazało się, że plątający się między ciałami w szamotaninie dziwny przedmiot nie był kijem ale dubeltówką, a szorstkość pod dłonią Czesława powodowały obfite wąsy.

Wypuściliśmy z uścisku człowieka, przeprosiliśmy, kompletnie skonfundowani naszym atakiem. Ten wsiadł szybko na zaparkowany nieopodal motorower marki komar i odjechał czym prędzej, zostawiając za sobą kłęby niebieskiego dymu.

Dłuższą chwilę staliśmy kompletnie osłupiali wpatrując się w oddalający się ślad węglowy spotkanego owej nocy miejscowego kłusownika.