Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Postać. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Postać. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 maja 2025

Habemus Papam

 

Niesamowity wieczór. Ponad wszelkie oczekiwania, loterie, spekulacje. Zaskoczenie. Już w drugim dniu, prawdopodobnie w czwartym głosowaniu został wybrany nowy papież. Gdy wyczytywane jest jego imię, niektórzy myślą, że to może kard. Sarah, też Robert przecież, Prevosta nie kojarzą. Nie pisała o nim w ogóle prasa, nie huczały Internety. Idealnie sprawdziło się powiedzenie, że kto wchodzi papieżem, wychodzi kardynałem. Katolicki świat wstrzymał oddech. Ale chwilę wcześniej? Widzieliście tych radosnych kardynałów o różnych kolorach skóry, z różnych kontynentów, tłoczących się na sąsiednich balkonach. Oni byli podekscytowani tą niespodzianką dla Kościoła, swoim wyborem. Nie zafrasowani, że co my zrobiliśmy, jak to będzie, etc. Nie. Spójrzcie na nagraniu na te twarze: są roześmiane, pełne nadziei i zdrowej radości.

Amerykanin. Misjonarz, biskup w Peru, augustianin, ostatnio szef dykasterii ds. biskupów. Urodzony w Chicago, pochodzenie ze strony ojca francusko-włoskie, ze strony matki hiszpańskie. Studiował matematykę, był i nauczycielem, i zaangażowanym w zwyczajne duszpasterstwo, i w zarządzanie jako prowincjał zakonu. Na misjach, ewangelizator, zna i bogatą Amerykę Północną, i biedną Południową. W Rzymie od dwóch lat. Co za droga życia, tak wiele doświadczeń, tak różnorodnych a wszystkie adekwatne, przydatne.

Wielu ludziom zakręciła się łza w oku zobaczywszy na balkonie Bazyliki Św. Piotra człowieka skromnego, spokojnego, o łagodnym i inteligentnym wyrazie twarzy. O twarzy ascetycznej, oczach współczujących. Czy poczuliśmy, że Duch Święty kieruje losami Kościoła, czy uwierzyliśmy znów, że Pan nie porzuci swego Kościoła? Oczywiście przywódców państw, Kościoła, postaci na stanowiskach decyzyjnych – oceniamy po decyzjach podjętych, po ich skutkach. Poza tym, kimże jesteśmy by oceniać, trawestując znany cytat. Jednak już pierwsze gesty, słowa, obrazki w wielu tchnęły nową nadzieję.

Przede wszystkich piękne słowa o pokoju, którymi przecież Chrystus zwracał się po Zmartwychwstaniu do apostołów, Marii Magdaleny i innych: „Pokój Wam”. Nowy papież zapisał odręcznie co chce powiedzieć, przed sobą miał kartki. Czyż nie wspaniale? Czyż nie ulga, mając w pamięci wiele improwizowanych wypowiedzi, które wywoływały w ostatnich latach sporo zamieszania. I imię – Leon XIV. Lew, który broni, który jest łagodny ale jak trzeba umie zaryczeć. I nawiązanie do poprzedników, szczególnie Leona XIII, mocnej persony, odważnie odpowiadającej na wyzwania swoich czasów, również na niwie nauki społecznej, czyli zajmowania się „tym światem”. Wiele o miłości Boga, podziękowanie i wspominanie papieża Franciszka, mocne słowa: „Zło nie zwycięży”, i wreszcie wspólna modlitwa do Maryi.

Wielu ucieszyło się podobieństwem fizycznym do Jana Pawła II, inni tradycyjnym strojem na takie okazje, jeszcze inni cytatem ze Św. Augustyna i bardziej ogólnie bycie jego duchowym synem i uczniem myśli tego wielkiego świętego, jak jeden z jego niedawnych poprzedników na Stolicy Piotrowej. Cóż za bogata osobowość, przeplatające się motywy i nawiązania. Czyż nie tego oczekujemy: ciągłości i twórczej odpowiedzi na nowe wyzwania, dzięki zanurzeniu w dorobek pokoleń? I fakt, że nie powiedział nic po angielsku, aby nie dawać asumptu do czegoś tam. Czegoś, dlaczego nawet jego rodzony brat od zawsze był przekonany, że „Amerykanin nie może zostać papieżem”.

Został. I oby prowadził pewnie Łódź Piotrową.

piątek, 5 lipca 2024

Maurice Ollier R.I.P.

 

Eurojam Viterbo 1994, po lewo Maurice Ollier, mini-szkolenie dla delegacji polskiej

Dzisiaj nad ranem zmarł Maurice Ollier. Wielki, mądry a przy tym skromny człowiek, przyjaciel Polski i Polaków, osoba, która położyła wielkie zasługi dla powstania Skautów Europy w Polsce. Miał osiemdziesiąt lat, dobre życie i piękną śmierć. Odchodził powoli przez kilka dni, podczas których u jego „łoża śmierci” zgromadziła się cała jego rodzina, dzieci i wnuki, które towarzyszyły mu w przejściu do lepszego świata.

O tym wszystkim informował nas Zbyszek Minda, który z Maurice’m był najbliżej i na początku, i w ostatnich latach, a teraz w bieżącym kontakcie z jego dziećmi. Zamieścił już piękne wspomnienie na swoim blogu, do którego odsyłam Tutaj.

Pozwolę sobie na kilka refleksji i wspomnień z mojej strony, a na końcu zamieszczam fragment większej całości, nad którą od jakiegoś czasu pracuję.

Maurice’a poznaliśmy w styczniu 1994 roku w Warszawie. Przyjechał z delegacją na negocjacje dotyczące naszego ewentualnego wstępowania do Federacji Skautingu Europejskiego. Cytował jak z rękawa przykłady z historii Polski, od Królowej Jadwigi po Jana III Sobieskiego, wyznał, że przed przyjazdem przeczytał dużo książek o Polsce. Dwa lata później będąc u niego w domu zobaczyłem ten stos, miał jakieś 70 centymetrów wysokości.

Potem był Eurojam w Viterbo i w Le Puy, gdzie Maurice cały czas nas edukował. Mieliśmy mini-szkolenie na obozowisku w Viterbo, najlepsze jednak były wieczorne rozmowy albo rajd do obozowiska dziewczyn, gdy Maurice tłumaczył nam różnice w wychowaniu dziewczyn i chłopaków. Mam wiele scen przed oczami, ciągle żywych. Wieczór, zachodzące nad koronami drzew słońce, odgłos cykad i dziesiątki ognisk harcerskich, przy których rozbrzmiewa radosny, młodzieńczy śpiew, okrzyki, entuzjazm tak jak tylko Skauci Europy potrafią. Idziemy w kilku z Maurice’m, który nagle przystaje i jakby nasłuchuje, po czym odwraca twarz w naszą stronę:

- Widzicie? Słyszycie to? Jeśli chcecie coś zrobić dla Polski, opowiedzieć ją młodym ludziom z innych krajów, podzielić się piękną historią, uświadomić, bo oni przecież nic, ale to nic o niej nie wiedzą, możecie to zrobić przy takich ogniskach.

Wycieczka do obozu przewodniczek, Viterbo 1994

Kolejna scena, jakże profetyczna, gdybyśmy mieli jakiegoś poetę w naszym gronie, powinien powstać o niej przejmujący wiersz. Jest 1996 rok, wielka pielgrzymka Skautów Europy z okazji 1500-lecia chrztu Francji. Jesteśmy tam całym autokarem z Polski. Czekam z Maurice’m na wielkiej łące pod lasem, gdzie ma powstać obozowisko. Nagle podjeżdżają autokary, może dwadzieścia, może trzydzieści, dużo. Wysypują się z nich wędrownicy i przewodniczki, a z każdego z autokarów dodatkowo kapłan. Jeden w szarym habicie, drugi w białym, trzeci w brązowym, a z czwartego ksiądz w czarnej sutannie. Jest ich kilkudziesięciu, tyle ile autokarów. Ten widok jest niesamooowity! Robi na mnie wrażenie, Maurice to widzi i oczywiście natychmiast wykorzystuje aby wygłosić krótką pogadankę. Że służymy Kościołowi, dając marynarzy, którzy zaciągają się pod różne bandery, że skauting nie buduje swojego okrętu, płynącego przez życie pod swoją, odrębną banderą. Nie. Wychowujemy ludzi dla ruchów, dla różnych miejsc w Kościele i w społeczeństwie, którzy idą w życie w te różne miejsca i mają je zmieniać. I ta różnorodność duchowości, powołań, jest oznaką zdrowego ducha, tego że dobrze pełnimy służbę, realizujemy naszą misję. On mówi to o organizacji francuskiej, ale dobrze wiem, że mówi to dydaktycznie, z zamysłem, w dobrej wierze, przekazuje wszystko co wie, dzieli się doświadczeniem, esencją, że może Polska pójdzie tym tropem, że coś w tych głowach słowiańskich może zostanie. Szkoda że tak słabo znam francuski, szkoda, że nie mogę wszystkiego, w detalach wyłapać z jego wypowiedzi, które są uprzejme, dostosowane do słuchacza, powtarza najważniejsze tezy, gestykuluje, upewnia się, że przekaz dociera. Wiele razy potem jeszcze o tym usłyszymy: nie statek, lecz marynarze pod różne bandery. Ten widok autokarów i wielkiej różnorodności kapłanów, najpewniej w większości byłych szefów skautów Europy, jest tak ilustracyjny, tak mocny!

Pielgrzymka do Reims, 1996, fajne zdjęcie Maurice'a z moją przyszłą żoną 
(szkoda, że ja nie mam takiego-;))

„ (…)

Pierwszy wyjazd na obóz szkoleniowy Charlemagne do Francji, kwiecień 1995

Wyjechaliśmy we dwóch Zbyszek Minda i ja. Mieliśmy wziąć udział w międzynarodowym: francusko-niemieckim obozie szkoleniowym Charlemagne, Karol Wielki. W miejscu szczególnym go wiosce gdzie urodziła się Joanna d’Arc. Cali Francuzi, za to ich od początku polubiliśmy. Symbole, genius loci, detale, w których kryje się sens, nazwane detalami jedynie dla niepoznaki. Najpierw jednak Święta Wielkiej Nocy z rodziną Maurice’a Ollier’a. Zapowiadało się świetnie, i tak też było. Dojechaliśmy w Wielki Piątek. Jeszcze w Wielki Czwartek byliśmy wieczorem na liturgii u Dominikanów na Freta w Warszawie. Wspaniała liturgia, ale to „tylko” Wielki Czwartek, wiadomo najbardziej normalna msza w porównaniu do liturgii kolejnych dni. W piątek Maurice zabrał nas w centrum Paryża do kościoła blisko jego biura, w którym zostawiliśmy plecaki. Na liturgii średnia wieku grubo po rozpoczęciu wieku emerytalnego, wszyscy siedzą, cały czas siedzą. Na koniec Komunia Św. Kapłan szybko usiadł a rozdawały ją dwie kobiety, jedna ubrana w dżinsy i długi, wełniany, rozwleczony sweter. Druga, nie lepiej. Byliśmy w ciężkim szoku. Po opuszczeniu kościoła musieliśmy mieć nietęgie miny, bo Maurice zaraz powiedział, żebyśmy się nie martwili, jutro zabierze nas na liturię w swojej parafii, gdzie jest normalniej, prawie tak jak w Polsce. To „prawie” trochę nas zaniepokoiło, ale byliśmy i tak pełni ogólnego podekscytowania.

Maurice odbiera nas od Laurent'a Wallut'a, Paryż 1995

Następnego dnia faktycznie udaliśmy się do parafialnego kościoła w Elancourt, miejscowości na przedmieściach Paryża, zbudowanego wśród wielkich bloków z płyty. Trochę nas zdziwiło, że we Francji, którą dotąd znaliśmy z domków i domów istnieje osiedle przypominające Ursynów. Okazało się, że we Francji też rządzili socjaliści, wprowadzając na swoją modłę podobne pomysły jak w krajach bloku komunistycznego. Tu było ładniej, więcej zieleni, czysto ale jednak duża gęstość zaludnienia i wiele pięter.

Kościół był szerszy niż dłuższy i właściwie nie miał prezbiterium. Na liturgii Wielkiej Soboty było wielu ludzi, dużo młodzieży, normalna służba liturgiczna, śpiewy. Na koniec uderzyło nas tylko to, że zaraz po zakończeniu liturgii, zanim jeszcze kapłan i asysta liturgiczna doszli do zakrystii, tłum zaczął niesamowicie głośno gadać. Piszę „gadać”, ponieważ zgiełk zrobił się niesamowity, wszyscy w jednym momencie zaczęli ze sobą rozmawiać. To był zgrzyt. Maurice znowu kątem oka zauważył, że my to tak odebraliśmy, jako zgrzyt właśnie. Jakimż on był bacznym, wrażliwym obserwatorem i wspaniałym gospodarzem zainteresowanym samopoczuciem nawet tak młodych gości! Maurice zagadnął do nas od razu jak wyszliśmy na zewnątrz.

- Wiem, wiem. Poczekajcie, jutro zabiorę was w jeszcze inne miejsce. Jestem pewien, że tam wam się spodoba.

Następnego dnia, w niedzielę wielkanocną, ruszyliśmy samochodem poza miasto. Jechaliśmy dłuższą chwilę wśród pól, lasów i łąk, by dotrzeć do małej miejscowości na jeszcze dalszych obrzeżach Paryża. Dotarliśmy do kościoła, otoczonego niezliczoną ilością zaparkowanych samochodów.

Wchodzimy do środka, a tam pełen kościół, mnóstwo młodych ludzi, młodych małżeństw, granatowe kurtki i płaszcze, malcy w krótkich spodenkach, Francja elegancja. Ktoś rozdaje teksty pieśni. Po chwili zaczyna się Msza Św. Piękna asysta, kilkunastu ministrantów w białych albach, świece, kadzielnica, i skupiony młody kapłan, dyskretnie pozdrawiający uśmiechem zgromadzonych. Msza była wspaniała, Paryż wart był Mszy, to znaczy przyjazd tutaj był tego wart, pomijając wszystko, nawet ze względu na tę jedną Mszę. Była to zwyczajna Msza, taką jaką znamy z naszych kościołów, ale odprawiana bardzo nabożnie, na której wszystko było jak należy od początku do końca. Uroczysta, okadzenie, świece krążące od ołtarza do ambony. I kazanie, płomienne. Ksiądz miał małe karteczki, kilka, na których najwidoczniej miał wynotowane punkty, które rozwijał. Ludzie zasłuchani. On precyzyjny, tłumaczący starannie aby być dobrze zrozumianym. Krótko, mimo niedzieli. Śpiew – znakomity! Wychodzimy poruszeni, w megapozytywnym nastroju, na pewno widać to po nas. Maurice uśmiecha się, chce zadać „rozstrzygające pchnięcie szpadą”.

- Chodźcie ze mną, jeszcze jedna rzecz.

Idziemy do zakrystii. Ksiądz już rozebrany z ornatu i alby, podchodzi od razu do Maurice’a. Witają się serdecznie, zagadują, po czym Maurice odwraca się od razu w naszą stronę i przedstawia nam kapłana.

- To ksiądz Pierre. Był skautem i drużynowym w naszym hufcu.

Tak! Wiedział jak nas podejść, jak rozłożyć na łopatki, jak totalnie zdobyć. Przybijamy piątkę, wymieniamy jakieś krótkie uwagi i pozdrowienia. Wychodzimy.

Jesteśmy pod wrażeniem. Znowu, trochę więcej rozumiemy o co tu chodzi. O co chodzi z tymi Skautami Europy, jakich ludzi ten ruch wychowuje i ma wychowywać. Jaki jest jego cel. Jesteśmy zmotywowani do działania.

Pielgrzymka do Reims, 1996, posiłek, 
jak widać Maurice wykorzystuje każdą chwilę na przekazywanie swojej wiedzy

Maurice jest człowiekiem, który położył wielkie zasługi dla powstania skautingu europejskiego w Polsce. Chciałem napisać „może i największe”, ale po namyśle nie chcę oceniać, wydawać sądów, itd. każdy ma swojej zasługi, niechaj policzone zostaną tam po drugiej stronie. Chciałem tak napisać bo oczywiście były osoby bardziej zaangażowane, czasowo na pewno, decyzyjne, ówcześni komisarze federalni: Gildas Dyevre, potem Pierrette Givelet, sekretarz federalny Jeanne Taillefer, niestrudzony Laurent Wallut, Jacques Mougenot i wielu innych. Jednak osobą, która najbardziej rozumiała, że Polska to nie Francja, najumiejętniej tłumaczyła i najgłębiej rozumiała i mówiła o niuansach był Maurice Ollier. Wtedy jako doradca właściwie, poproszony o tę misję, rewitalizowany ze skautowej emerytury. Jak mieliśmy się dowiedzieć później, człowiek który „zęby zjadł na skautingu”, był Komisarzem Federalnym, potem czy wcześniej ale pierwszym etatowym pracownikiem stowarzyszenia francuskiego, który wiele rzeczy „postawił”, „uruchomił”. Prywatnie mąż sympatycznej żony i ojciec czwórki dzieci. Mieliśmy je wszystkie poznać. Przy okazji okazało się, że jedną z dwóch przewodniczek o imieniu Cecile, które po cichu adorowało wielu wędrowników podczas wędrówki euromootowej do Le Puy, jest jedna z córek Maurice’a😉  (…)”

 

wtorek, 2 kwietnia 2024

Godzina 21.37


Godzina 21.37 - dziewiętnaście lat temu zmarł Jan Paweł II.

Pamiętam jak świeżo poznani w latach 90-tych Francuzi, Skauci Europy, mówili, że ich zdaniem JP II uratował chrześcijaństwo we Francji. Pamiętam jak na obozie Charle Magne poznałem kleryków z USA, twierdzili, że swoje powołanie zawdzięczają JP II, byli bardzo zadowoleni, że mogą poznać innego Polaka, nawet tak nieznaczącego jak ja, „bo Polska musi być niesamowitym krajem skoro wydała takiego papieża”. Wielu katolików na całym świecie odnalazło Kościół, wiarę, powołanie, sens życia, inspirując się pielgrzymowaniem, przepowiadaniem, osobowością Wojtyły.

Pamiętam, że gdy informacja o śmierci papieża przetoczyła się przez media wsiadłem w samochód z Marcinem Krukiem i pojechaliśmy na Krakowskie Przedmieście, pod Świętą Annę. Nie mogliśmy się przebić przez skupiony, zastygły w podniosłej chwili tłum. To było niesamowite, to co działo się wtedy na ulicach polskich miast. Warszawa świeciła tysiącami zniczy ustawianych wzdłuż ulic i placów. Nie pojechałem jednak na pogrzeb, pomyślałem, że nie ma co robić tłoku. Teraz żałuję.

Pamiętam, że zamykałem w tych dniach dużą transakcję. Siedzieliśmy w biurze amerykańskiej kancelarii prawnej spoglądając przez wielkie okna w dół, gdzie pochód ludzi wciąż i wciąż ustawiał świece. Główny prawnik dużego funduszu, Nowojorski Żyd dzielił się tym co przeczytał w amerykańskich gazetach o Wojtyle. Nie mógł się nadziwić, że była to tak niesamowita postać, że był robotnikiem i aktorem, że tyle krajów odwiedził, nie wiedział o tym wcześniej.

Czy należę do pokolenia JP II, jeśli takie kiedykolwiek istniało? Pierwszy bardzo świadomy kontakt to pielgrzymka w 1991 roku. On był już starcem, ja świeżo upieczonym studentem prawa. Dobrze pamiętam zimną, przeraźliwie zimną atmosferę w mediach. Nie był tu wtedy chciany, słuchano z powątpiewaniem jego nauk. Dobrze wryły mi się w pamięć jego dramatyczne słowa wykrzyczane w Masłowie pod Kielcami oraz na lotnisku w Radomiu. Nie było oklasków, a jeśli, to bardzo marne. Nie minęły nawet dwa lata od częściowo wolnych wyborów, za to tygodnik „Nie” rozchodził się w 750 tysiącach egzemplarzy a Gazeta Wyborcza w milionie. Połowicznie odzyskaliśmy wolność, błędy tamtego czasu ciągną się za nami do dzisiaj.

Eurojam 1994 roku, Viterbo i słynna audiencja w Bazylice Św. Piotra. Dopchałem się, pokazałem album ze zdjęciami z Harców Majowych. Pokiwał głową, „Studzianna, bardzo dobrze”. Kontakt z nim, tak, był elektryzujący! To był gość nad goście. Słusznie krzyczała młodzież: „Nie ma większego nad Jana Pawła Drugiego”.

Nie ma co, wiele jego słów, pamiętne „Każdy z was młodzi przyjaciele ma swoje Westerplatte”, „Musicie od siebie wymagać nawet gdyby inni od was nie wymagali”, wryło się w pamięć, było mocnymi drogowskazami dla wielu. Umiał przemówić, umiał wypowiedzieć, to była poezja.

Był herosem, który spowodował, że Kościół odzyskał inicjatywę, przeszedł do kontrofensywy, nie mając przecież żadnych dywizji poza słowem Bożym i wiarą. Wiara w potęgę, w moc słowa. To dało się zauważyć. Kreował fakty dokonane. Mówił nad głowami struktur, rządzących zwracając się bezpośrednio do każdego człowieka, pewnie z nadzieją, że może ten człowiek podejmie to słowo i przekuje je w czyn. I tak się działo! Pielgrzymki – fenomen. Światowe Dni Młodzieży – fenomen. Nauczanie – mocne i konsekwentne. Osobowość – czarująca. Ileż anegdot, ile spotkań, sytuacji. Każdy posiłek – goście z całego świata. Nieustanna rewolucja ducha, póki sił starczało. Umacniał, przerzucał mosty, podtrzymywał, rozniecał ogień.

Tyle rzeczy zaniechanych. Gdzie błyskotliwie ujęty podział na cywilizację życia i cywilizację śmierci? Czy ktoś używa jeszcze tych sformułowań?

Nie, odwoływanie się do Jana Pawła II nic teraz nie da. Trzeba czytać teksty, rozumieć je, a potem opowiadać swoimi słowami. Tak myślę.


piątek, 7 lipca 2023

Niezwykle niewygodny człowiek


Niezwykle niewygodny człowiek

Ileż szczęścia miałem, że w przeddzień spotkania poświęconego promocji książki o Stanisławie Sedlaczku, natrafiłem na to wydarzenie na fejsbuku i następnego dnia stawiłem się prawie punktualnie w Domu Spotkań z Historią przy ul. Karowej w Warszawie. Przeżyłem coś podobnego jak ładnych parę lat temu gdy niespodziewanie znalazłem się na spotkaniu poświęconym promocji żółtej, papieskiej teki krakowskich Pressji. Miłe zaskoczenie, niedowierzanie, bezbrzeżną radość, że są ludzie których wcześniej nie znałem, którzy robią kawał dobrej roboty albo których znałem, ale nie wiedziałem, że takie rzeczy robią! Gratuluję i dziękuję zatem Fundacji Jacobstaf!, Wydawnictwu ZHR, Jarkowi Błoniarzowi, Markowi Wojdanowi, śp. autorowi książki Marianowi Miszczukowi, prowadzącemu spotkanie Tomaszowi Kozłowskiemu i historykowi Tomaszowi Sikorskiemu.

Za co?

Za przywołanie i przybliżenie postaci tak niezwykle ważnej dla historii polskiego harcerstwa, dla historii Polski, postaci emblematycznej dla naszych trudnych losów polskich, to znaczy osoby wybitnej, o wielkich zasługach, która miała być jednak wymazana z pamięci, anihilowana a jej wpływ ograniczony do zera. Tą postacią jest harcmistrz RP Stanisław Sedlaczek.

Książka o nim z 1991 roku, starannie gromadzone strzępki historii Hufców Polskich, kontakt z jego synem ks. Marianem Sedlaczkiem a także z ostatnimi żyjącymi harcerzami Hufców Polskich jak Krzysztof Eychler, w którego domu bywaliśmy i który bywał na pierwszych Harcach Majowych tworzącego się ruchu Skautów Europy w Polsce – wszystko to było niesamowicie ważne przy decyzjach związanych ze wstąpieniem SHK „Zawisza” do Federacji Skautingu Europejskiego.

Były to jednak tylko drobne puzzle zbierane pieczołowicie aby ułożyć z nich jakiś spójny obraz, ale wielu tych puzzli brakowało. Jakaż była moja radość, gdy wziąłem do ręki, pięknie wydaną, przebogato ilustrowaną, grubą i ciężką jak cegła biografię Sedlaczka pt. Lord Cotbury. Zanim jednak o książce, to o samym spotkaniu.

Przede wszystkim niezwykłe opowieści Marka Wojdana, który zaprzyjaźnił się z dziećmi Stanisława Sedlaczka i swoją przygodę z tą postacią rozpoczął w roku 1988. Podczas jednej z manifestacji został zgarnięty przez SB z ulotką, na której wspominany był Sedlaczek. Wojdan kompletnie nie wiedział kto i jak mu ją wręczył, ani kim był człowiek na ulotce, ale postanowił się nim zainteresować. I tak rozwinęła się pasja i więź zupełnie nadzwyczajna, dziedziczona przez kolejne pokolenia harcerzy ze Świebodzina. Opowieść Marka Wojdana o Sedlaczku i ilość zgromadzonych pamiątek są naprawdę zdumiewające. Począwszy od plecaka, z którym Sedlaczek uciekał z Kijowa podczas wojny polsko-bolszewickiej a w którym potem jego dzieci wynosiły osobiste drobiazgi z Powstania Warszawskiego, po indeks z ocenami ze studiów, notesy, pierwsze wydania książek, kamień, który używał do przyciskania papierów na swoim biurku.

Teraz kilka słów o samej postaci. Jak najkrócej ująć to kim był Stanisław Sedlaczek?

Był człowiekiem, który z tworzącym się ruchem skautowym związał się jako już osoba dorosła, miał wtedy 21 lat, i pozostał mu wierny aż do końca swoich dni. Był jedną z osób, które najwięcej przyczyniły się do powstania i rozwoju harcerstwa na ziemiach polskich. A być może nawet najważniejszą z tych osób, jeśli chodzi o odciśnięty ślad, wpływ na innych, ilość publikacji, przeprowadzonych szkoleń, głębokość i długość swojego zaangażowania. Zaskoczenie? Wszyscy słyszeli o Małkowskim, prawda? A potem od razu Szare Szeregi i Kamienie na Szaniec. Taka jest wiedza potoczna. Małkowski przetłumaczył książkę Baden-Powella (nie on jeden ale historia tego tłumaczenia jest faktycznie epicką historią), jednak zmarł tragicznie już w 1919 r. A Sedlaczek, o którym mało kto słyszał? Sedlaczek do 1931 roku był na przemian naczelnikiem albo przewodniczącym ZHP, napisał kilkadziesiąt książek skautowych, przetłumaczył kilkanaście, napisał setki artykułów, przeszkolił setki instruktorów harcerskich, itp., itd. Zainteresowanych odsyłam do książki.

Był, można powiedzieć, integralnym wychowawcą, człowiekiem głębokim, niezwykle pracowitym. Uderzyła mnie informacja o tym, że mimo wielu obowiązków, jakie miał, które wymagały podróży, przebywania poza domem - w pamięci jego dzieci przeważało wspomnienie o tym, że był oddany rodzinie, że bawił się z nimi, że był po prostu obecny. Dopiero późnym wieczorem gdy one już kładły się spać, on siadał do biurka i długo w noc pisał, pracował.

Był człowiekiem głębokiej wiary, intelektualnie ukształtowanym w tradycji myśli narodowej. Niewątpliwie był autorytetem, wokół którego gromadzili się jego współpracownicy i wychowankowie.

Zginął w Oświęcimiu w 1941 roku. Z jego transportu 350 polskich inteligentów nikt już żywy nie wyszedł z Auschwitz. Został aresztowany w nocy przez Gestapo. Miał możliwość ucieczki bo z dołu zadzwonił stróż, aby go przestrzec, że po niego właśnie idą a w mieszkaniu było tylne drugie wyjście, którym mógł zbiec. Jednak nie zrobił tego z obawy o rodzinę. Nie był przesłuchiwany, nie wiadomo pod jakim zarzutem został w ogóle aresztowany. Prawdopodobnie pod żadnym, w ramach akcji unicestwiania polskiej inteligencji, począwszy od najwybitniejszych jej przedstawicieli, mających największy wpływ na innych. Już we wrześniu 1939 roku Niemcy pojawili się aby go aresztować w ówczesnym miejscu zamieszkania w Poznaniu, jednak rodzina już szczęśliwie opuściła to miasto. Jak bolesna jest ta historia, jak przeraźliwie wstrząsająca. Ciekawy jestem, czy ktoś wie czy otwarte są albo kiedy będą otwarte jakiekolwiek archiwa niemieckie z czasów II Wojny Światowej? Zgadywać można, że zgodnie z niemiecką skrupulatnością, powinny być tam dokumenty np. związane z aresztowaniem Sedlaczka. Czy kiedykolwiek dowiemy się całej prawdy?

Książka jest wynikiem ogromnej pracy jej autora. Na koniec jednak mała łyżka dziegciu. Autor jakby z zawstydzeniem opisuje niektóre sytuacje czy poglądy Sedlaczka, szczególnie w części dotyczącej lat trzydziestych, gdy Sedlaczek i całe środowisko, które tworzyło i budowało organizację przez kilkanaście wcześniejszych lat było stopniowo odsuwane od wpływu i marginalizowane w ZHP. Przedstawia np. jakiś pogląd Sedlaczka, a potem często zaraz w kolejnym zdaniu go kontruje, pisząc, że były jakieś inne głosy, których jednak nie przytacza, albo że coś musiało wywoływać sprzeciw ówczesnych ale takiego sprzeciwu też nijak nie udowadnia. Dziwnie mi się takie fragmenty czytało, zgaduję, że śp. autorowi bliżej było do szkoły szaroszeregowej i tej, która umasowiła harcerstwo, upaństwowiła je w latach trzydziestych. Pisze on na przykład tak: „dopiero wsparcie, jakiego udzielił harcerstwu śląskiemu wojewoda Michał Grażyński, unaoczniło potężne możliwości istniejące w ruchu harcerskim w sytuacji, gdy mógł on liczyć na przemyślaną i konsekwentną pomoc państwa”. Podnoszone są aspekty finansowe, że wcześniej Związek borykał się z problemami, nie domykał się budżet itp. a później przeciwnie, finanse były znakomite. W którymś momencie autor cytuje krytyków tych zmian, którzy w latach trzydziestych pisali, że działo się tak wyłącznie dzięki wielkim subwencjom, które wynosiły ponad osiemdziesiąt procent całego budżetu ZHP.

Trzeba oddać sprawiedliwość śp. autorowi, że zaraz na początku w przedmowie książki zaznacza, że z niektórymi poglądami Sedlaczka „fundamentalnie się nie zgadza”. Widać to potem w wielu miejscach, czasami trochę nazbyt. Niepotrzebnie.

Tym nie mniej chwała śp. druhowi Marianowi Miszczukowi za uczciwość intelektualną i kawał wykonanej dobrej roboty. Fakty mówią zwykle same za siebie, tak jest i tym razem, w tej historii o pięknej postaci. 

wtorek, 28 marca 2023

WYMAZYWANIE JANA PAWŁA II czyli jeden mały krok na drodze do ….


 

WYMAZYWANIE JANA PAWŁA II czyli jeden mały krok na drodze do ….

Obejrzałem i przeczytałem w przedostatni weekend, to co było do obejrzenia i przeczytania na temat, którym żyły media i polityka przez ostatnie dwa tygodnie, czyli w skrócie czy Karol Wojtyła tuszował pedofilię w Kościele, w związku z reportażem TVN24 „Franciszkańska 3” i książką holenderskiego dziennikarza, której tytułu przytaczać nie będę. Dlaczego zadałem sobie ten trud? Czy z ciekawości lub dlatego bo chciałem się przekonać sam, zweryfikować lub może dlatego, że poczułem się zaniepokojony bezlitosnym oskarżeniem kruszącym autorytet wielkiej postaci? Otóż nie! Bo cierpię nad nadmiar czasu? Nie, nie cierpię na nadmiar czasu (przeciwnie, dlatego dopiero po kolejnym pracowitym tygodniu w weekend to pisałem, a w czasie kolejnego ten tekst kończyłem, a teraz dopiero publikuję). Poświęciłem na to swój cenny czas, ponieważ natychmiast pojawiło się zamieszanie w wielu głowach (mam nadzieję, że już go jest mniej, gdyż wiele rzetelnych publikacji i głosów pojawiło się w przestrzeni medialnej). Obejrzałem i przeczytałem co nieco, ponieważ obiecałem, że tak zrobię, m.in. koledze w pracy, aby nie być gołosłownym, aby w kolejnej naszej rozmowie odnosić się do konkretów. Chętnie odniosę się do nich w każdej innej rozmowie, która się nadarzy. Teraz na tyle na ile się uda krótko, kilka uwag podsumowujących.

1)  1) Nie jestem historykiem, ani dziennikarzem, oni już na szybko popełnili wiele miażdżących dla tego materiału tekstów. I dobrze. Tylko kto je przeczyta i kiedy? Materiał już złapał zasięgi, „poszły konie po betonie”, sformułowania rzucone w eter zostały zapamiętane a na pewno główne przesłanie. Zamieszanie i kolejna gorąca dyskusja oraz podział społeczny spowodowany. Takie jest prawo mediów i prawo dezinformacji i manipulacji. Nawet jeśli dwudziestu profesorów usiądzie i zetrze intelektualnie w pył cały ten, pożal się Boże, reportaż „śledczy” i książkę tajemniczego dziennikarza z Holandii - to takie starcie w pył dotrze tylko do części osób, a nawet jeśli dotrze, poczucie „że coś musi być na rzeczy” pozostanie. Takie jest nieubłagane prawo przekazu medialnego. Taka jest też złota reguła operacji dezinformacyjnych.

2)   2) Film ma charakter manipulacyjny, muzyka jest jak z horroru, ksiądz przechadzający się w sutannie w jakichś zaroślach o zmroku ma wywoływać skojarzenie sutanna=pedofil, i sam tytuł. Tytuł jest po prostu bezczelny. Wszystko w tym filmie nastawione jest na prowokację. Chodziło o prowokację. Po co, dlaczego, na czyje zlecenie?

3)   3) Pedofilia jest złem, zło należy wypalać gorącym żelazem. W rozumieniu tego zjawiska i tego jak z nim walczyć obecnie jesteśmy bogatsi o doświadczenia ostatnich dwudziestu lat, o badania naukowe, o rozwój wiedzy psychiatrycznej i psychologicznej. Naczytałem się o tym dosyć. Działania Wojtyły były zgodne z ówczesną wiedzą i przyjętymi procedurami działania. Pisanie o „zamiataniu pod dywan”, tuszowaniu, o tym, że „wiedział i nic nie zrobił”, jest nadużyciem. „Materiał”, który tak pieczołowicie redaktorzy gromadzili nie daje podstaw do tak daleko idących twierdzeń. Tym bardziej do insynuacji, że Karol Wojtyła tolerował zło w Krakowie, dlatego patrzył na nie przez palce w całym Kościele. To lansowana ze wszech sił teza, która nie daje się obronić. Zamiast tego są insynuacje i jazgot.

4)  4) Mierzi mnie wylewanie krokodylich łez przez tych nagłych przyjaciół ludzi skrzywdzonych, tych pierwszych sprawiedliwych dokonujących moralnego zadośćuczynienia za krzywdy skrzywdzonych poprzez nagranie ich na kamerze i wysłuchanie przez pięć minut. Publicyści w filmie grzmią: nie wysłuchano ofiar, nie dano głosu ofiarom. Może i tak było. Myślę, że nie wiedziano do końca jak się zachować. Może z perspektywy obecnej wiedzy i doświadczenia, jak należy podchodzić do takich przypadków, moglibyśmy uznać, że reakcje wówczas były niewystarczające. Ale były. Podejmowano decyzje, jakie wydawały się wówczas właściwe i wystarczające. Nie pokazano nic co wskazywałoby na intencjonalne zaniechanie, a tym bardziej na działanie ze złej woli. Czy redaktorzy oczekiwaliby aby dwóch kurialistów pojechało do wioski w latach sześćdziesiątych i przeprowadzało wywiad z ofiarą? Po to aby cała wioska huczała zaraz od plotek, aby skomplikować ofierze życie jeszcze bardziej? Wtórna wiktymizacja. Takim sformułowaniem posługują się, ci którzy zabierali głos w dyskusjach związanych ze sprawą szczecińską, którzy skądinąd też głośno oskarżają Wojtyłę. Czy nie przyszło im na myśl, że to czego, abstrahując od realiów historycznych, tak zdecydowanie od tamtej rzeczywistości żądają, mogłoby właśnie być taką wtórną wiktymizacją wtedy. Podobno, tak wyczytałem w mądrych opracowaniach, w przestępstwach gwałtu, nawet na dorosłych, najtrudniejsza, najbardziej traumatyczna może okazać się świadomość, że inni wiedzą. To może traumatyzować nawet bardziej niż samo zdarzenie. I zostać na dłużej w człowieku skrzywdzonym. Dlatego przez długie lata prawo karne nie ścigało przestępstw gwałtu z urzędu a tylko na wniosek. Nie wiem czy słusznie z naszej obecnej perspektywy, jednak preferencja ofiary była najważniejsza. Sprawiedliwość wobec sprawcy za cenę dodatkowej dolegliwości psychicznej dla ofiary uważana była za wylanie dziecka z kąpielą. Tak było w kodeksie karnym do 2013 roku. Teraz wszystkie przestępstwa przeciwko wolności seksualnej ścigane są z urzędu. Tak czy inaczej: wracanie do traumatycznych przeżyć jest prawdopodobnie jeszcze większą traumą dla osoby małoletniej niż dorosłej. Zgodzimy się chyba, że odpowiedzialne podejmowanie tych zagadnień wymaga fachowej wiedzy teoretycznej i praktycznej, delikatności, a na pewno nie jazgotu w mediach społecznościowych w świetle fleszy, kamer i z publicznym rozgłosem. W zakrzykiwaniu, niby w imieniu ofiar, o oddanie im głosu, wyczuwam hipokryzję i de facto przedmiotowe tych ofiar traktowanie.

5)  5) Obserwuję całą tą sytuację jako zwyczajny obywatel, obserwator, ale też jako prawnik, którego uczono takich podstaw jak to, że istnieje coś takiego jak domniemanie niewinności, czyli że winę trzeba udowodnić, że udowadnia ten kto twierdzi a nie ten kto zaprzecza, że „audiatur et altera pars” czyli że zawsze należy wysłuchać obu stron, że wina jest indywidualna a nie zbiorowa itd., etc. Ten materiał i idąca za nim fala wulgarnych komentarzy w mediach społecznościowych nie respektuje żadnych tego typu staroświeckich zasad. Żadnych reguł. Hasło zostało zapodane, sfora brytanów ruszyła do ataku.

6)  6) Kolejna sprawa: komentatorzy biorący udział w filmie. Oprócz Tomasza Krzyżaka, dla którego szacunek po wsze czasy za rzetelność dziennikarską, co do pozostałych - było to po prostu haniebne. Samo wystąpienie w takim programie, jak i zuchwałe, pewne siebie sądy na podstawie nikłych przesłanek, wybiórczo skrojonego materiału. Duża dezynwoltura.

7)   7) Można mieć wrażenie, że ktoś tu tylko wykonywał zlecone zadanie. Panowie dostali „zlecenie na Wojtyłę” i najlepiej jak umieli, je zrealizowali. Nie z poczucia misji, ale zwyczajnie za pieniądze. Węszyli i szukali dwa lata, i tyle wszystkiego wywęszyli i wyszukali co mamy w filmie. Odgrzewane kotlety, cztery przypadki, w tym dwa dokładnie opisane kilka miesięcy wcześniej w Rzeczpospolitej, które właściwie przemawiają na rzecz biskupa Wojtyły, jeśli tylko odjąć grobową muzykę, głos z offu i tępe powtarzanie hasła „Wojtyła wiedział” a dodać trochę faktów z szybkiej kwerendy dokonanej w ciągu kilku dni przez kilku dziennikarzy, historyków i blogerów. Okoliczności pominiętych przez autorów jako niepasujących do zamówionej narracji. Trzeba było aż wynająć tajemniczego dziennikarza z Holandii do zadań specjalnych? Zgaduję, że nikt z Polski nie podjął się tego podłego i niewdzięcznego zadania.

8)  8) Przypomina to polowanie z nagonką… na Wojtyłę. Podręcznikowo rozpisane role: dziennikarz śledczy, drugi dziennikarz, tyle że zagraniczny, czołowy publicysta przezywający sam siebie katotalibem (bolesna sprawa, naprawdę trudno uwierzyć), i pierwszy raz na oczy widziana przez opinię publiczną „uczennica i przyjaciółka papieża”. Prawdziwi przyjaciele chyba z krzeseł pospadali jak to zobaczyli (ci nieliczni, którzy jeszcze żyją, inni przewracają się w grobach z wrażenia). Jak w ogóle ktoś młodszy o 42 lata może nazwać siebie przyjacielem czy przyjaciółką kogoś o tyle lat starszego. To jest drwina w żywe oczy. Katotalib w wywiadzie z przyjaciółką w radiu nazywa ją tak kilka razy w ciągu dwudziestu kilku minut. Chyba po to aby się nam utrwaliło. Ona niespójnie i mgliście opowiada o tej domniemanej przyjaźni ale tak aby wywołać wrażenie, że uczennicą i przyjaciółką jednak była, że jakieś listy wymieniała, jakiejś konfidencji doświadczała. Żenujące. I ciemny lud miał to kupić? Naprawdę ten scenariusz musiał kroić ktoś z zagranicy, mający nas Polaków za skończonych tumanów, potomków chłopów pańszczyźnianych albo jakiś zatrzymany w rozwoju emerytowany pracownik IV departamentu SB. To jest tak toporne, że wierzyć się nie chce. Ledwo dotrwałem do końca. Jednak tak działa propaganda, musi być topornie, prosto, łopatologicznie, po to właśnie aby się utrwaliło, aby każdy idiota mógł zrozumieć, co się do niego mówi. Dlatego w filmie powtarzane są jak mantra słowa „wiedział”. 

9)    9) Kolejne pytanie: czy to atak na Polskę? Czy to sprawa polityczna? Czy przeciwnie, to tylko szczere szukanie sprawiedliwości i prawdy? Oczywiście, nawet jeśli przyjąć, że nie intencjonalnie, jest to uderzenie w naszą wspólnotę narodową, nie tylko w Polskę ale i właściwie szerzej: w kraje Europy Środkowej, gdzie komunizm upadł, również z pomocą Wojtyły. Kto tego nie rozumie, trudno, nie da się w skrócie wytłumaczyć.

1    10) Czy PIS, PSL i Konfederacja upolityczniły temat, przyjmując uchwałę o ochronie dobrego imienia Jana Pawła II? No chyba nie oni zaczęli tę historię. Ci zachowali się jak trzeba. Jak Polacy powinni, bez względu na to czy są wierzący czy nie. Niestety w imię ideologii, uprzedzeń, zajadłości natychmiast janczarzy ideologii lewicowych ruszyli do ataku: „Konieczna jest zmiana, likwidacja, odejście od symboli związanych z Janem Pawłem II” napisała jedna z posłanek.

     11) Cel „reportażu” jest wyłożony wprost przez „przyjaciółkę” w ostatnich minutach (jednak warto było dotrwać do końca). Dramatycznym tonem zadaje ona tam pytanie: „Jak my jako ludzie wierzący, jeszcze wierzący, sobie z takim obrazem Kościoła, który do nas dociera, poradzimy? Czy w ogóle jest to możliwe?” Wydaje mi się, że to jest właśnie sedno. O to właśnie w tym wszystkim chodzi. O rozbicie mentalne, psychiczne katolików. O zniechęcenie do pracy, do działalności, do czytania Jana Pawła II, do czegokolwiek. O utratę zaufania do Kościoła, o ustawienie świeckich w kontrze do Kościoła hierarchicznego. O podział, o ferment, o niepokój. A jeśli nie o to chodzi, to taki jest efekt, może i uboczny. „Jeszcze wierzący”, zapamiętajcie, to jest cel. Jak najmniej „jeszcze wierzących”.

1  12) Jednak chodzi o coś jeszcze, o paraliż działalności duszpasterskiej z młodzieżą. O zaszczucie kapłanów, którym się chce, którzy są przejęci swoją misją. W jednej z warszawskich parafii proboszcz postawił sprawę jasno: nie będzie tu ministrantów, nie potrzebujemy kłopotów. Komu będzie się chciało organizować i jechać na oazy? Organizować grupy modlitewne lub inne? Czuwania wieczorne, katechezy, pielgrzymki, obozy letnie, kolonie dla biednych dzieci? Nie wystarczy, że hołota osiedlowa woła za księdzem przechodzącym w sutannie „pedofil”? Trzeba jeszcze dodatkowych nieprzyjemności?

13  13)  Ja przesłuchałem jeszcze kilka programów z katotalibem i przyjaciółką, bo jedna czy druga osoba z Was zalinkowała mi to czy owo. Zmusiłem się do tego. I więcej już chyba tego nie zrobię. Wolę już kupić „Nie” Urbana albo „Fakty i mity”. Oni są przynajmniej uczciwi intelektualnie, nie udają, że bronią gdy bez pardonu atakują. Wolę już Heroda niż Judasza. Taki mamy klimat.

14  14) I jeszcze jedna myśl na koniec. Przechodzenie zbyt szybkie środowisk katolickich do dywagacji i dyskusji o różnicy między pokoleniami: tymi, którzy znali Jana Pawła II i tymi, którzy urodzili się za późno. O tym, czym jest świętość, że nie oznacza bezbłędności. O tym, że gdyby Kościół otworzył archiwa, albo zrobił lustrację, albo to i owo. Że pomniki brzydkie, że kremówki, że memy. Owszem są i bywają zaniedbania, i nie wszystkie pomniki są przepiękne. Ale w tej sprawie, jak w każdej innej, trzymajmy się faktów i danej sprawy a nie przechodźmy zbyt beztrosko do generalizacji, ekstrapolacji, filozofowania i tym podobnych pułapek. Czy naprawdę musimy tańczyć i śpiewać do cudzej muzyki? Czy musimy ścigać się, by wygrać w castingu na ostatnich naiwnych? Rozmawiajmy o nowej ewangelizacji, o ideach Jezusa Chrystusa, ich wpływie lub braku wpływu na ludzi i społeczeństwa, o odpowiedzi na współczesne wyzwania w świetle zasad wyłożonych w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Kłóćmy się o prawdę o człowieku, o jego powołaniu, przeznaczeniu, sensie życia, o tym co jest godne a co niegodne człowieka, o tym jak należy żyć, jak warto żyć, jak pozostać wolnym, o zasady. Zastawiajmy się, co sam Bóg miałby do powiedzenia, jaka byłaby jego odpowiedź.

Śpieszmy się. O Nim też może pojawić się wkrótce materiał śledczy, do końca kompromitujący postać Jeszuy z Nazaretu.

Wymazywanie Jana Pawła II to jeszcze jeden mały krok na drodze do …. anihilacji chrześcijaństwa.

 

środa, 1 września 2021

Koniec lata…

 …w Czarnolesie. Wybraliśmy się z Piotrem i przyjacielem Jarosławem z dalekiego Augsburga na wycieczkę końcowowakacyjną. Tylko półtorej godziny jazdy samochodem piękną drogą na Lublin, potem przez lasy i pola do Czarnolasu. Bo właśnie miejsce tworzenia i zamieszkiwania Jana Kochanowskiego wygrało casting na cel naszej spontanicznej i szybkiej wycieczki. Gdybym miał jednym zdaniem podsumować tę wyprawę napisałbym: Boże, dlaczego tak późno tam zawitaliśmy? Gdyż, albowiem, azali, już z dawien dawna myśleliśmy aby odwiedzić dworek czarnoleski. Po pierwsze dlatego, że jest blisko a ostatnio byłem tam z wycieczką w liceum, nota bene imienia Jana Kochanowskiego, czyli ho, ho, ho, nie epatujmy może innych tutaj PESEL-ami. Po drugie od czasu do czasu zwiedzamy taką właśnie „dalszą okolicę” ale zdecydowanie za rzadko. No i genius loci, miejsce gdzie wielki polski poeta żył i tworzył musi być jakoś ciekawe.

Nie pomyliliśmy się. Wycieczka dołącza do zbioru bardzo udanych wycieczek. Chociaż jej pomysł powstał właściwie tuż przed wykonaniem, miało cały dzień padać a świeciło piękne słońce, i choć nie możemy jej zaliczyć do wycieczek rodzinnych (cóż, prawie każdy miał inne plany a Ewa zawsze przed rozpoczęciem roku szkolnego pracuje jak szalona) z wszystkiego jesteśmy zadowoleni.

Dworek położony jest w genialnym parku, tak jak to się kiedyś mieszkało i żyło po szlachecku. Lipy czarnoleskiej dawno nie ma ale jest miejsce gdzie rosła. Trzeba przyznać zacne miejsce do tworzenia. Na tyłach dworku, w zasięgu wzroku i przywołania przez domowników ale na tyle daleko aby uciec od zgiełku domowych spraw w krainę twórczości. Po prawo staw, pływają kaczki, piękna przyroda. Takie miejsce z widokiem na dom to w ogóle jest fajna sprawa. Wokół i w środku jest cicho i spokojnie, na terenie muzeum nie można nic zjeść, można tylko wypić. W ogóle aby zjeść to trzeba potem jechać do Kazimierza co oczywiście zrobiliśmy, przy okazji trafiając na festiwal muzyki ludowej na rynku. Naprawdę czad, robiło to wrażenie, nigdy bym się nie spodziewał. A zatem combo: Czarnolas i Kazimierz to gwarancja satysfakcji klienta.

Wracając do Czarnolasu, ekspozycja muzeum jest tradycyjna, eksponaty, wiszące obrazy, wyryte na ścianach cytaty i audioprzewodnik, w sumie dający radę. Akurat na pół godziny, nawet małe dzieci wytrzymają. Oczywiście Krzyś Noworyta by się zżymał, że to jest za słabe. Też wyobrażam sobie co tam mogłoby być i się dziać przy takim materiale. Nawet bez mediów wizualnych i innych superpomysłów, gdyby tam odbywały się jakieś festiwale czarnoleskie, spotkania, koncerty, wieczory poetyckie itp. Mogłoby się dziać. Jednak nawet bez tego co mogłoby być a czego nie ma, miejsce jest genialne, powiedziałbym czarujące. Miejsce gdzie powstawała wielka poezja, gdzie spotykały się największe umysły tamtej epoki, parkowe dróżki, które wysłuchiwały dysput, dyskusji, rozmów, przyroda, która była natchnieniem a nawet jeśli tylko tłem powstającej wielkiej poezji – no jeśli jest coś takiego jak genius loci, to na pewno w takich miejscach. Piszę to przecież po to aby podzielić się z Wami inspiracją na wyjazd jesienny. Jak zawsze: idee i inicjatywy. No i sprawdzić, czy jest sens coś tu jeszcze umieszczać od czasu do czasu.

Idąc dalej po czarnoleskiej posiadłości na końcu parku natrafiamy na mały amfiteatr ze świetną akustyką. Aż się prosi aby kiedyś urządzić tam jakieś przedstawienie, najlepiej w czerwcu, ma się rozumieć. Widzę tam też oczami wyobraźni Skautów Europy robiących podczas swojej wędrówki przedstawienie, na które zaprosili okolicznych mieszkańców ale i gości ze swojego miejsca zamieszkania: Warszawy, Radomia, Lublina czy Puław. Jakże bym chciał wziąć udział w takim przedstawieniu.

Kochanowski to oczywiście fraszki, pieśni, treny, postępująca łysina i fajna broda prosto od barbera (widzicie to od niego to hipsterstwo się zaczęło), to studia (jak wielu synów dobrych domów wysyłany był by zasięgać nauk w najlepszych miejscach w Europie), praca na dworze królewskim, a potem sielanka na swoich włościach, i nagła śmierć na wyjeździe. O tym dowiemy się w muzeum ale poczucie dużego niedosytu pozostaje. Może to i lepiej.









wtorek, 15 grudnia 2015

Leszczyński (część II)


Gdy w 1733 r. umiera August II, Stanisław wraca do Polski. Tym razem zostaje wybrany na króla w euforii szlachty, nie na długo jednak bo prawie wprost z elekcji szlachta rzuciła się do ucieczki. Wojska rosyjskie zajęły opustoszałą Warszawę i pod jej bagnetami „garść szlachty, rublochapów” - jak pisze autor - „wystękała na Pradze, że na króla polskiego wybiera Augusta III Sasa”. Leszczyński z prymasem i co gorliwszymi stronnikami schronił się w Gdańsku. Tu gdańszczanie podjęli bohaterską obronę. „Gdyby szlachta ówczesna miała setną część tego animuszu rycerskiego co gdańskie liczykrupy – nie oparłyby się kacapy, zmykając z Polski, aż na Wołdze”, żałuje Zbyszewski.

Gdy oblężenie Gdańska trwało a sytuacja stawała się rozpaczliwa, król ryzykuje ucieczkę. Nocą w przebraniu chłopa, na łódce Wisłą, potem kilka dni przez bagna, następnie furmanką. „Ta dramatyczna ucieczka Leszczyńskiego zadziwiła Europę. Ukazały się książeczki z jej opisem, z życiorysem dwukrotnego króla. Leszczyński stał się najbardziej sensacyjną postacią epoki”. Tego nie powie autor, ale my możemy, że prawdopodobnie Stanisław był wówczas najpopularniejszym celebrytą Europy.

Schroniwszy się w Królewcu, znów obmyślał jak powrócić na tron. Jego zwolennicy zawiązali konfederację dzikowską. Jak pisze emigracyjny publicysta: „Leszczyński zapoczątkował też złudną mrzonkę szukania w Prusach oparcia przeciw Rosji. Sejm czteroletni pół wieku później powtórzył ten błąd z równie zerowym skutkiem co Leszczyński. Prusy w XVIII wieku były parszywym szakalem, który tylko węszył, co by chlapnąć z odpadków pozostawionych przez tygrysa - Rosję.” Zbyszewski pisze jeszcze, że osobistą kompromitacją Leszczyńskiego była laurka jaką wystawił młodemu królewiczowi pruskiemu, późniejszemu Fryderykowi II. „Przyszłego arcyłotra widział jako Bożego baranka.”

Gdy Leszczyński i dzikowianie negocjowali w Wersalu z francuskim premierem odbijanie tronu polskiego, gruchnęła wieść, że Francja zawarła pokój z Austrią, na mocy którego otrzymała księstwo Lotaryngii i Baru, w zamian za uznanie Augusta III Sasa królem polskim. Nie po raz ostatni łatwowierni Polacy dali się zwieść i oszukać, rozegrać jak dzieci.

„Olbrzymia Rzeczpospolita, trzecie pod względem obszaru państwo w Europie, nawet po pijanemu nie roiła, by mogła decydować o swych wewnętrznych sprawach – bez poparcia obcych. Więc pokornie ugięła się przed tłustym Sasem i uznała epizod z Leszczyńskim za skończony. Ludwik XV nakazał teściowi – dla dobra świata – zrzec się korony polskiej. 26 stycznia 1736 potulny Leszczyński, wśród płaczu i przekleństw swych stronników, abdykował oficjalnie po raz trzeci. Opuścił Królewiec i wrócił do Francji”.

Cóż powiedzieć? „Dla dobra świata” Polska jeszcze wielokrotnie później z czegoś rezygnowała, coś dawała z siebie, ten świat broniła biorąc na siebie impet niszczących sił. Świat zwykle nie odpłacał nawet miedziakami. Przykład 1920 rok, potem 1939.



Król Francji dał teściowi na pociechę świeżo zdobyte Księstwo Lotaryngii. Dał de nomine bo Leszczyński miał być figurantem a rządy miał sprawować francuski intendent. „Starego Leszczyńskiego, wiecznego emigranta, uważano za niedołęgę i sądzono, że zadowoli się szczodrą pensją półtora miliona liwrów rocznie, szumnym tytułem i rolą figuranta. Nic nie mogło być błędniejszego. Normalnie w wieku 60 lat Polacy są już rozsypującymi się ramolami. Tymczasem Leszczyński był pełen wodorowej energii, rwał się do prawdziwego - nareszcie - panowania. Przezwyciężył początkową żywą niechęć tubylców do siebie jako do wschodniego przybłędy, ugłaskał surowego La Galaziere’a (intendenta) i pomalutku wycyganił mu lejce z rąk”.

„Człowiek zabiera z sobą na tamten świat tylko to, co rozdał za życia. Ukochany przez poddanych Leszczyński przeszedł do historii Lotaryngii jako najlepszy władca, jakiego kiedykolwiek miała.”

Jak widzicie, cytuję obficie Zbyszewskiego miast silić się na swoje parafrazy czy komentarze, jego teksty są tak celne, że bodaj ich autor przemówił bezpośrednio za pośrednictwem tego bloga. W tym miejscu jednak nie mogę się powstrzymać. To, że Stanisław dopiero w wieku sześćdziesięciu lat rozwinął skrzydła i zrealizował swoje marzenia o sprawowaniu władzy, i to z tak doskonałym skutkiem, zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Bo przecież wcześniej tylko szamotał się, wstępował na tron, abdykował, uciekał, tułał się po emigracji, trwonił doskonałe przygotowanie do sprawowania funkcji. Jakże musiał być tym zirytowany, może zgorzkniały nawet, z poczuciem niespełnienia, patrzył z oddali na to, co dzieje się z Rzeczpospolitą i rwał włosy z głowy (lub z peruki). Mówiąc po obecnemu: „looser”. I nagły uśmiech losu, który wykorzystał na 200%. Tak moi mili, trzeba być długodystansowcem. Myślę, że taka nauka z tego płynie, aby nigdy nie rezygnować, nie grzebać marzeń, talentów, umiejętności, ale mieć je gdzieś na podorędziu, bo jeszcze nie wiadomo, gdzie nas Opatrzność postawi, do jakich zadań powoła. I nie czekać na to bezczynnie ale podejmować próby, nie załamywać rąk, tylko wchodzić oknem gdy nas wyrzucają drzwiami.

Oddajmy znowu głos panu Karolowi:
„Aktywność i dobre pisanie rzadko idą w parze. Leszczyński do ruchliwości we wszystkich dziedzinach dorzucił i ruchliwość pióra”.

„Był urodzonym felietonistą. Pisał zwięzłe, żywe rozprawki na różne tematy. Wdał się w publiczną przed całą Europą dyskusję z samym J.J. Rousseau na temat wychowywania dzieci. Wyższość w praktyce ojca, który wychował córkę na królową Francji, nad ojcem, którego dzieci, poprzez przytułek, wyrosły na rzezimieszków, nie ulegała kwestii. Ale i w swadzie pisarskiej, i w zręczności argumentacji filozof z Nancy nie dał się pobić mędrkowi z Genewy.”

I tu proszę Państwa, kolejny epizod, który mnie niezwykle ujął w życiorysie władcy Lotaryngii. Nie tylko dlatego, że gdyby Stanisław żył w naszych czasach, pisałby pewnie najpoczytniejszego bloga. Wiecie kim był Jan Jakub Rousseau? Jednym z największych szarlatanów intelektualnych nowożytności, facetem którego tezy z „Umowy społecznej” muszą do dzisiaj zakuwać biedni studenci prawa, a tezy z „Emila” studenci pedagogiki. Chcecie pokłócić się z nauczycielem, który poucza, że Rousseau wielkim myślicielem oświeceniowym był, chcecie zakwestionować paradygmat i zaimponować koleżankom? Przeczytajcie któreś z tych dziełek Jana Jakuba, to wystarczy, jeśli macie trochę oleju w głowie. Albo rozprawkę, której tezy zmiażdżył nasz dzisiejszy bohater, czyli „Czy odrodzenie się nauk i sztuk przyczyniło się do naprawy obyczajów?” Zdaniem Rousseau, nie. Był to wyraz zwątpienia w cywilizację ludzką, mówiąc delikatnie, a dosadniej - Rousseau opiewał nieuctwo i na piedestał stawiał człowieka dzikiego, nieskażonego kulturą. Leszczyński dał temu odpór, pisząc m.in. że nauka służy ludziom do poznania prawdy, ale też dobra. Jego zdaniem samo poznawanie natury uszlachetnia poznającego i „ład wnosi w postępowanie”.



Leszczyński uczynił ze swego dworu w Luneville ośrodek intelektualny. Założył teatr, akademię literatury, wybudował wiele pałaców i gmachów.

„Główne zainteresowanie Leszczyńskiego stanowiła jednak wciąż Polska. Założył akademię rycerską, (…) pierwowzór późniejszych Collegium Nobilium Stanisława Konarskiego i Korpusu Kadetów Stanisława Augusta”

„Leszczyński był pierwszym, który zdał sobie jasno sprawę z katastrofalnego ustroju Rzeczpospolitej. Jego kapitalne dzieło „Głos wolny, wolność ubezpieczający” jest prekursorem wszystkich reform, łącznie z Konstytucją 3 Maja, przeprowadzonych z takim mozołem przez Sejm Czteroletni 60 lat później. Zmianę wolnej elekcji, ukrócenie liberum veto, podniesienie wojska do 100 tysięcy, przyśrubowanie podatkowe, ład w obsadzie urzędów – wszystko to zalecał już Leszczyński.

Są ludzie, co świadomie plotą bzdury – aby tylko być oryginalnymi, zadziwić słuchaczy. Odwrotnie Leszczyński. Głosił rzeczy mądre i rewelacyjne, owijając je w bawełnę banału, starając się je przemycić jako konserwatywne i naturalne. Ambitny pisarz pragnie sensacji, ambitny polityk jej unika. A Leszczyński był zawsze przede wszystkim politykiem. Wiedział, że radykalne reformy trzeba przeprowadzić, lecz nie trzeba nigdy z góry straszyć.

Dlatego też „Głos wolny…” tak rewolucyjny, tak odmienny w poglądach od ogólnie przyjętych wówczas w Polsce, choć napisany w roku 1733, wydał Leszczyński dopiero w roku 1749 w chwili gdy (na krótko) zwątpił o możności odzyskania korony.”

„W ciągu 30 lat w Lotaryngii Leszczyński nigdy nie przestał myśleć o powrocie na tron polski”.

„Opasły August III umarł w roku 1763. Młody stolnik Poniatowski był głównym kandydatem na króla. Aż skoczył Leszczyński z podniecenia. Przed wyblakłymi oczami zamajaczyła mu znów korona.

Co za brednia, że emigrant polityczny przyzwyczaja się do swego domku z ogródkiem, do nocnych pantofli, że zapomina o kraju, że popada w rezygnację.
Nigdy!

Szatański Leszczyński, mając 86 lat, gotów był rzucić swój pałac, dostatki, kochanki, córkę, wnuków, świetną pozycję w Europie, całą Lotaryngię do diabła i pognać do Warszawy, zaryzykować nową awanturę. Ze szwungiem, z zapałem chłopca, co rusza pierwszy raz w życiu polować na kaczki, rzucił się raz jeszcze do kampanii elekcyjnej.”

Nie udało się tym razem. Zbyszewski opowieść o królu Stanisławie kończy tak: „23 lutego 1766 zmarł Leszczyński, człowiek, który był dwa razy królem i trzy razy abdykował, który kochał Polskę, a uszczęśliwił Lotaryngię, który może by zdołał zatrzymać Rzeczpospolitą przed runięciem w przepaść, gdyby te 60 lat panował, a nie błąkał się na przymusowej emigracji.”

I jeszcze rozprawia się z właściwą sobie swadą z innymi kontrowersjami dotyczącymi tej malowniczej postaci.
„Naiwni historycy urobili sobie pogląd, że Leszczyński tak kochał Polskę, że aby do niej wrócić, gotów był ją uszczuplić. Bzdura!” Zbyszewski twierdzi, że tak wtedy było, takie czasy, ja ci dam to księstwo, ty mi tamto. Bagatelizuje to, choć w nas może to budzić niesmak, bo wiemy, co było dalej.


„Leszczyński byłby sto razy lepszym królem od Augusta II. Ale – skoro utracił koronę – byłoby sto razy lepiej dla Polski, by zrezygnował z niej naprawdę i nie wprowadzał wieloletniego zamętu.” Zbyszewski zapewne ma rację. Dwieście lat później inny Polak wyciągnął z tego lekcję i ustąpił, w imię dobra Rzeczpospolitej, nie chciał rozlewu bratniej krwi, chociaż legalnie, prawnie racja była po jego stronie. Postąpił tak Roman Dmowski po zamachu majowym w 1926 roku.

piątek, 11 grudnia 2015

Leszczyński (część I)

Nigdy bym nie przypuszczał, że jedyna książka, którą w całości przeczytam na ubiegłorocznym letnim urlopie doprowadzi mnie do nocnego buszowania w Internecie w poszukiwaniu informacji o królu Stanisławie Leszczyńskim. Morza szum, ptaków śpiew, nie ptaków nie było słychać, więc morza szum, cała rodzina pogrążona w śnie sprawiedliwego, śnie zasłużonym. A ja, po męczącym upalnym dniu, pełnym wrażeń takich jak gra w siatkówkę do upadłego z dorastającymi nastolatkami, po przeczytaniu i odpowiedzeniu na niecierpiące zwłoki maile z pracy, w pokoju ogarniętym mrokiem rozświetlanym tylko niebieskim światłem monitora, z wypiekami na twarzy, czytam o rodzinie Leszczyńskich i królu Francji Ludwiku XV. A wszystko przez Karola Zbyszewskiego, emigracyjnego publicystę, i wydaną niedawno książkę „Wczoraj na wyrywki”. Zbyszewski pisze wprost genialnie, to mistrz ciętej frazy, zaskakujących skojarzeń, celnych uwag zastępujących jednym trafnym zdaniem opasłe traktaty. Jak on sprawnie posługuje się polszczyzną, jakie ma olśniewające porównania? Niebywałe!

Zacząłem od jego opisu Piłkarskich Mistrzostw Świata w 1974 r. Właśnie kończył się mundial tak wspaniały i emocjonujący tym razem, więc lektura wydawała się bardzo dopasowana. Autor pisze np. o polskim bramkarzu w meczu z Brazylią o trzecie miejsce tak: „Tomaszewski miał dzień dobroci dla piłki. Wyławiał ją ze stratosfery i wydłubywał z ziemi. Tonęła, znikała mu w ośmiornicowych ramionach. Tulił ją do piersi jak ukochane niemowlę”. A wcześniej w meczu eliminacyjnym z Anglią „Tomaszewski, zwinny dryblas, zbierał im piłki znad główek, jakby łowił motyle w siatkę”, zaś gdy Lubański strzelił drugą bramkę: „Na widowni nieznajomi całowali się z dubeltówki. Był to nastrój krzyżowców, co zdobyli minaret i zdarli zeń półksiężyc”. Inaczej nieco było w meczu z Walią, gdzie „szła kopanina niczym jesienią na kartoflisku”. Czujecie klimat? Gdyby tak pisano obecnie w gazetach, czytalibyśmy je od deski do deski i zarykiwalibyśmy się ze śmiechu.

Pozostałe teksty są jeszcze lepsze, odczuwamy niemal namacalnie atmosferę lat powojennych polskiej emigracji w Wielkiej Brytanii. Zbyszewski pisze o „Dzienniku Polskim”, którego przez lata był redaktorem; o wycieczce samochodem po Anglii i odwiedzaniu skupisk Polonii; o urlopach, zakupach i micie, że narodowa zgoda jest czymś właściwym (ten tekst jest wart szczególnej uwagi). W książeczce znajduje się też znakomity tekst o Wiśle, rzece naszej arcypolskiej i zrośniętej z polskością nierozerwalnie, o Kazimierzu Pułaskim, no i o rzeczonym Leszczyńskim oczywiście.

Aż nie wiem, od czego zacząć. Najlepiej byłoby abyście Szanowni Elitarni Czytelnicy Bloga sami sięgnęli po ten tekst, zamiast po moje tutaj zapiski, które żadną miarą nie są w stanie oddać kolorytu tej opowieści. Jak pisze Zbyszewski: „Cóż to za nałóg to pisanie. Równie wstrętny jak kokaina. Po co opisywać raz jeszcze to co już zostało opisane – i to o sto razy lepiej?” No właśnie, po co? Cóż, spróbujmy jednak.

Tekst emigracyjnego publicysty o zapomnianym nieco królu polskim jest niezwykle frapujący. Mało kto chyba pamięta, o co chodziło z zamieszaniem w XVIII wieku z dwukrotnym wybieraniem Leszczyńskiego na króla a potem jego abdykacjami. A szkoda, bo Polacy winni odrobić lekcję, która z tej historii płynie, już dawno! I stale ją sobie przypominać, a nie powtarzać te same błędy co przodkowie, tylko gorzej, mniej malowniczo i w gorszym stylu. Podobnie jest z wieloma innymi wydarzeniami z naszej historii.

Zbyszewski rozpoczyna historię od tego, że we francuskim mieście Nancy stoi piękny pomnik z napisem „Stanislas le Bienfaisant” czyli Stanisław Dobry, dalej idące tłumaczenie to „dobrodziej”, „dobroczynny”, „dobro czyniący” a nawet „zbawienny”. Jednym słowem ktoś, komu wiele, bardzo wiele się zawdzięcza. I pomyśleć, pisze autor, że Rzeczpospolita mogła mieć sześćdziesięcioletnią erę jednego dobroczynnego Stanisława zamiast tragicznych rządów dwóch „faga-Sasów”. W Internecie dotarłem potem do przemówienia Jana Pawła II, gdy był w Nancy, gdzie podobno pamięć o Stanisławie jest wciąż żywa. Wtedy pomyślałem, że warto by odwiedzić kiedyś to miejsce.

Udało się to kilka miesięcy temu. Faktycznie plac Stanisława w centrum Nancy robi niesamowite wrażenie, szczególnie gdy to pierwsze do długiej podróży wypakowanie się z samochodu na terytorium Francji. Po pierwsze jest ogromny, otoczony pięknymi budynkami, kawiarniami i wszechobecnymi złoceniami. A na środku ogromny pomnik króla Stanisława.



Jak to się zatem stało, że Leszczyński dał tak wiele Lotaryngii a nie zdołał dać wiele Polsce? To długa historia i nie podejmuję się jej tutaj całej wyłuszczać. Ponadto należałoby w tym celu pewnie przeczytać coś więcej niż zgrabny ale publicystyczny tekst Zbyszewskiego, tekst skrzący się dowcipem, ostry i przenikliwy zarazem, a przy tym zawierający morał, ale jednak nienaukowy. Tym niemniej pan Karol raczy nas tyloma ciekawostkami z życiorysu polskiego króla, opowiada o tak nieprawdopodobnych zwrotach akcji, że co chwilę przecieramy oczy ze zdumienia: czy to działo się naprawdę?

Zacznijmy od tego, że ród Leszczyńskich był jednym z najznamienitszych rodów w Rzeczpospolitej a bez wątpienia najznamienitszym w Wielkopolsce. Dlatego młody Stanisław otrzymał staranne i gruntowne wykształcenie, najlepsze jakie można było sobie wyobrazić w tamtych czasach. Młody Stanisław był predestynowany do pełnienia odpowiedzialnych ról w dorosłym życiu.

I tak dzieje się w roku 1704, gdy król szwedzki Karol XII nakazał konfederacji warszawskiej wybrać Leszczyńskiego na króla. Dzieje się to aby zakończyć panowanie uzurpatora Augusta II Sasa. Zbyszewski pisze o tym wydarzeniu tak:
„Kiedy zaczyna się upadek Polski? Można odpowiedzieć z całą dokładnością: - w roku 1696 r.! Wtedy to, na wolnej elekcji po śmierci Sobieskiego, wybrano francuskiego księcia Contiego, prymas Radziejowski proklamował go królem, Conti przybył z flotą do Gdańska. Ale elektor saski, August II, mając z Drezna bliżej, wlazł z licznym wojskiem do Polski i bezprawnie koronował się w Krakowie. Polska ani drgnęła. Trzynaście lat zaledwie po odsieczy wiedeńskiej, największym swym triumfie wojskowym, ogromna Polska była takim flakiem, że malutka Saksonia mogła jej bezkarnie narzucić króla. Zupełna plajta w ciągu jednego pokolenia!

Obecnie w roku 1974, z właściwą Polakom logiką polityczną, szlachta, która osiem lat przedtem zniosła bez sprzeciwu, że cudzoziemiec August, dzięki cudzoziemskiemu wojsku, wprowadził siebie na tron wbrew jej elektowi – teraz strasznie się oburzyła, że cudzoziemska armia osadziła na tronie rodaka Stanisława”.

Walka Leszczyńskiego z Sasami będzie trwała kilkadziesiąt lat, dalej osłabiając Rzeczpospolitą. Stąd powiedzenie: „Od sasa do lasa, jeden do sasa – drugi do lasa”, gdyż szlachta nie mogła się zdecydować czy być z „lasem” czyli Leszczyńskim czy z Sasem.

W 1709 roku zostaje zmuszony do abdykacji, emigruje, a na emigracji zapomina o abdykacji i podejmuje walkę aby odzyskać tron. Sprzymierzył się wtedy ze Szwedami i Turcją. Jak pisze Zbyszewski, okazało się wtedy po raz pierwszy, że z tymi państwami nie ma Polska żadnych sprzecznych interesów a może mieć wspólne. W 1712 abdykuje po raz drugi. W przebraniu ucieka do Turcji, tam uwięziony, sprowadza Turków do Polski, ale robi klapę.

Na emigracji marnuje energię na różne propozycje, pomysły, słanie listów i memoriałów. Wszystko na nic.

Zmartwychwstaje dzięki córce! „Gdy go zawiadomiono, że będzie teściem Ludwika XV – zemdlał z wrażenia”.

Maria Leszczyńska została wybrana na królową Francji spośród siedemnastu najznamienitszych księżniczek europejskich. Ze względu na swe przymioty i dobre wychowanie (podobno niektóre były piękniejsze). A Francja, trzeba pamiętać, była wtedy mocarstwem, największym, najwspanialszym podówczas krajem.


(c.d.n.)

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Odszedł O. Robert

Odszedł O. Robert Pawlak, franciszkanin, dla starej gwardii skautowej, która pamięta go jako harcerza 1. Drużyny Nałęczowskiej, wiecznie uśmiechnięty „Gruber”. Dyskretny, towarzyszący, dobry duch. Wyrastał jak spod ziemi tam, gdzie akurat najbardziej był potrzebny. Mimo tego, że pracował w różnych miejscach w Polsce, obarczony wieloma obowiązkami, zawsze znajdował czas, aby służyć Skautom Europy. Wspierał szczególnie Nurt Harcerek. Nie zabrakło go na obu Eurojamach. Prawdziwy skautowy duszpasterz. I prawdziwy franciszkanin, żyjący swoim powołaniem, za cały majątek mający ubogi habit.
Życie jest tak kruche. I tak krótkie. Nie rozumiemy wyroków boskich. Czasami rozumiemy z biegiem czasu. Ufamy, że wszystko stanie się jasne, gdy będziemy już po tamtej stronie. Może ta śmierć, to odejście tak nagłe i niespodziewane osoby w sile wieku, która jeszcze wiele lat mogłaby służyć tutaj swoją mądrością, dobrą radą, uśmiechem i pracą, jest z jakichś nieznanych nam powodów szczególnie potrzebna teraz.

Ostatnio dosyć często w różnych rozmowach pojawia się wątek braku księży w jednostkach, na obozach harcerskich, że jest to luksus, a doświadczenia niektórych nieodłącznie związane z kapłanem na obozie czy zimowisku, rozmawiającym z chłopakami, sprawującym z powagą sakramenty a za chwilę prawdziwym towarzyszem i przyjacielem jedzącym tą samą zupę z aluminiowej menażki, to science-fiction dla wielu jednostek. Bo księża mają wiele innych obowiązków, a życie obozowe też nie jest łatwe. A takie jak na ostatnim deszczowym Eurojamie to już ekstremalnie. Przypominam sobie wtedy wynurzającego się z normandzkich chaszczy skromnego franciszkanina, z zawieszonym na twarzy uśmiechem, idącego gdzieś z tyłu, pocieszającego marudzące harcerki. Brodzącego w błocie, jedzącego jak wszyscy marne francuskie jedzenie, za cenę iluś tam spowiedzi, mszy, homilii, dobrych rozmów czy po prostu bycia z młodymi.

Nie damy rady robić skautingu bez oddanych kapłanów? Nie damy rady iść tą drogą bez ich ofiary czasu, energii, zdolności, zaangażowania. Bez rozgrzeszania na łące, bez konsekrowania hostii na ołtarzu obozowej kaplicy. Nie damy rady!

Może wśród obecnych harcerzy, wędrowników i szefów, a może i wilczków, kiełkują piękne i odważne marzenia o oddaniu się całkowicie, o służbie tylko Jemu, o miłości większej niż ta ziemska? Nie bójcie się zuchwałych marzeń! A może to odejście sługi dobrego dla kogoś innego będzie ostatnim argumentem, by zaryzykować życie?

Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. Robercie, odpoczywaj w pokoju.