Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 listopada 2024

Święto Wszystkich Super-Żywych Świętych, Wiecznie Żywych Świętych!


Dla spragnionych błyskotliwych refleksji teologicznych związanych z dzisiejszym świętem znakomity tekst homilii wygłoszonej rok temu w Święto Wszystkich Świętych przez arcybiskupa Sydney, Anthony’ego Fishera. Miałem wyjątkowe szczęście słuchać jej na żywo w Londynie podczas konferencji ARC. Ostatnio prasa cytowała jego mądre wypowiedzi z Synodu. Dajcie znać czy Wam też się ten tekst podoba? Cudem to dostałem po angielsku, a polskie tłumaczenie to dzieło Deepla i moje (oczywiście nieautoryzowane, udostępniam, bo szkoda aby takie dobre teksty nie były w czytaniu). Enjoy!

HOMILIA PODCZAS MSZY ŚWIĘTEJ W UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

KONFERENCJA ARC, KOŚCIÓŁ ŚW. MAŁGORZATY, CANNING TOWN, 2023 R.

abp sydney, anthony fisher

Wszystkich Świętych nie jest tak naprawdę świętem wszystkich świętych. Nie jest to uroczystość tych "żywych świętych", którzy są wśród nas, przejrzystych na Bożą łaską, wykazujących się niezwykłymi cnotami. Nie jest to również święto tych, którzy stają się świętymi, a których św. Paweł odważył się już nazwać "świętymi". Nie, we Wszystkich Świętych nie chodzi o żywych świętych.

Ale byłoby dziwne powiedzieć, że jest to święto wszystkich zmarłych świętych. To dlatego, że chociaż umarli, nie wierzymy, że święci są martwi. W naszych wyznaniach wiary wyznajemy wiarę w świętych obcowanie, przebaczenie grzechów, zmartwychwstanie ciała i życie wieczne. Wierzymy więc, że święci są bardziej żywi w niebie niż kiedykolwiek byli na ziemi. Zamiast Święta Wszystkich Umarłych Świętych, dziś obchodzimy Święto Wszystkich Super-Żywych Świętych, Wiecznie Żywych Świętych!

Chociaż Paweł z radością używał słowa "święty" do opisania każdego chrześcijanina - ponieważ wszyscy jesteśmy, miejmy nadzieję, świętymi w trakcie stawania się nimi - większość z nas czułaby się niekomfortowo, gdyby nazywano nas świętymi. Częściowo taka nieśmiałość odzwierciedla właściwą pokorę: znamy nasze słabości i wady; wciąż mamy wiele do zrobienia, lub Bóg ma, aby przygotować nas na niebo. Ufamy, że większość z tego przygotowania wydarzy się w tym życiu, ale część może być jeszcze wymagana w czyśćcu. Czujemy jednak, że na tym etapie nie jesteśmy jeszcze gotowi na niebo, nie jesteśmy jeszcze udoskonaleni. 

Drugim powodem, dla którego ludzie mogą być powolni w mówieniu lub myśleniu o tych, którzy są w niebie, jest to, że szczerze mówiąc niewiele wiemy o życiu w niebie. Jest ono poza naszym doświadczeniem. Oczywiście, w Biblii jest wiele przebłysków świętych w niebie. Wiemy, że Chrystus powrócił z martwych jako obietnica życia po śmierci (1 Kor. 15 itd.). Ale to, co oznacza dla Niego "zasiadanie po prawicy Ojca w chwale" i jakie będzie dla nas życie pozagrobowe, jest nadal dość tajemnicze. Jak powiedział słynny filozof Ludwig Wittgenstein: "To, o czym nie możemy mówić, musimy pominąć milczeniem".  Niektóre rzeczy są poza naszym obecnym zrozumieniem lub artykulacją. Niebo i życie świętych mogą w dużej mierze należeć do tej kategorii, a wszystko, co o nich powiemy, będzie bardziej rozpraszające niż odkrywcze.


Innym powodem, dla którego ludzie mogą być niechętni świętym, jest to, że uważają, że życie jako święty jest po prostu zbyt trudne. "Uczyń mnie czystym", modlił się młody Augustyn, "ale jeszcze nie teraz". Bycie przeciętną mieszanką dobra i zła może wydawać się na razie wystarczające. Niewielu z nas może być świętymi w pełnym tego słowa znaczeniu przez cały czas. I tak długo jak pokutujemy na tyle, aby dostać się do tylnych rzędów niebiańskiego kina, to wystarczy. (Jeszcze do tego wrócę...).

Rozważmy jednak czwarty powód, dla którego wielu ludzi nie chce myśleć o świętości i być świętymi: uważają, że świętość jest nudna. Popkultura mówi nam, że bycie w niebie oznacza wieczne siedzenie na chmurze, wpatrywanie się w jeden kierunek, granie na harfach i śpiewanie hymnów przez cały dzień - wszystko to jest bardzo nużące. Ale wiara chrześcijańska podkreśla, że w niebie czeka nas doskonały pokój, wieczny odpoczynek, całkowite spełnienie i to nie dlatego, że obniżyliśmy poprzeczkę tego, co nas satysfakcjonuje. Do nieba zabierzemy wszystko, co w nas najlepsze, odnowione i oczyszczone, i wszyscy będziemy kimś więcej, a nie kimś mniej (LG 48-51; KKK 1023-29 itd.). Zamiast być nużącym, życie świętych jest, jak wyjaśnił Benedykt XVI, "najwyższym momentem satysfakcji, w którym całość obejmuje nas, a my obejmujemy całość". To "jak zanurzenie się w oceanie nieskończonej miłości... życie w pełnym tego słowa znaczeniu, zanurzanie się wciąż na nowo w ogrom bytu, w którym po prostu ogarnia nas radość" - powiedział papież. 

 


Po piąte, popkultura często sugeruje, że w życiu pozagrobowym zrzucamy nasze ciała jak stare ubrania i zostawiamy za sobą materialny wszechświat, stając się duchami, aniołami lub częściami jednego wielkiego kosmicznego ducha. Byłoby to jednak wyrządzenie nam krzywdy. Bez ciał nie bylibyśmy już dłużej istotami ludzkimi; życie w niebie byłoby raczej umniejszeniem niż wzbogaceniem. Nie, w zmartwychwstaniu nasze ciała są uwielbione tak jak ciało Chrystusa. Chociaż ściany i drzwi, czas i przestrzeń już Go nie ograniczały, Zmartwychwstały Pan mógł być dotykany i mógł jeść: Był wcielony. Tak więc nie porzucamy świata materialnego dla duchowego ani nie budzimy się na chmurze po tym, jak wszystko inne zostało zniszczone: będzie nowe niebo i nowa ziemia, których częścią będą nasze własne ciała.

Jeśli więc wiele z tego, co popkultura mówi nam o niebie, jest mylące, jak najlepiej wyobrazić sobie ten "błogosławiony" stan? Giovanni di Fiesole, znany potomnym jako Fra Angelico, był XV-wiecznym dominikańskim bratem-teologiem, beatyfikowanym przez św. Jana Pawła II i ogłoszonym patronem artystów chrześcijańskich. Wśród jego obszernego dorobku znajduje się wiele wersji komunii świętych. W niektórych aniołowie i święci rozmawiają, czule się obejmują, a nawet tańczą pośród raju muzyki, kwiatów, śmiechu i czystego piękna.

Dalecy od homogenizacji, święci Angelico niosą ze sobą swoje historie, opowiedziane w ich fizjonomiach i kostiumach, teraz gloryfikowanych, ale wciąż zindywidualizowanych. Wyrażają różne osobowości i patrzą w różnych kierunkach, niektórzy kontemplują, inni są bardziej aktywni, niektórzy pogrążeni w rozmowie, inni skupieni na czymś innym, co ich interesuje. Wszyscy są w domu, ponieważ niebo jest naszym upragnionym powrotem do domu (J 14:2-4; 2Kor 5:1; Flp 3:20). Tutaj ukochani są ponownie zjednoczeni, wszystkie nasze najgłębsze pragnienia są spełnione: nasze pragnienie prawdy, piękna i dobra, miłości i pokoju, w świecie bez alienacji, niezgody lub sfrustrowanych pragnień, bez chorób, cierpienia i śmierci, bez smutku i łez (Iz 25:8; Ap 7:17; 21:4 itd.).

ÍËÔ

Jest tak wiele do powiedzenia na temat tego szczęśliwego miejsca, jakim jest niebo, tego błogosławionego stanu, jakim jest bycie świętym. W "Przewodniku Autostopowicza po Galaktyce" Douglasa Adamsa ogromny superkomputer o nazwie Głęboka Myśl spędza 7,5 miliona lat na obliczaniu "odpowiedzi na ostateczne pytanie dotyczące życia, wszechświata i wszystkiego", a odpowiedzią tą jest, komicznie, 42; niestety do tego czasu nikt już nie pamiętał, jakie pytanie zostało zadane Głębokiej Myśli. Więc pozwól, że ci powiem: ostateczne pytanie brzmi: jak być szczęśliwym na zawsze? Odpowiedź na to: dostać się do nieba.

To jest sens życia. Poznać, kochać i służyć Bogu, bliźniemu, sobie. Zachowywać dziesięć przykazań, które pokazują nam, jak kochać Boga i rzeczy Boże, takie jak kult, rodzina, życie, miłość, prawda, osoby, dary tej ziemi i praca ludzkich rąk. Żyć błogosławieństwami ogłoszonymi przez Jezusa w dzisiejszej Ewangelii (Mt 5, 1-12), które są wymiarami życia w królestwie Bożym. Kochać tak, jak kochał Chrystus. Oddawać cześć w duchu i prawdzie, która w najlepszym wydaniu jest przedsmakiem życia wiecznego, liturgii niebiańskiej, uczty eschatologicznej, komun

ii świętych (por. GS 38). Wszystko, co robi Kościół, ma na celu doprowadzenie nas do nieba. A kiedy zastanawiamy się na naszej Konferencji ARC, co jest potrzebne tutaj na ziemi, więcej świętych jest z pewnością częścią odpowiedzi!

 


Uczyń mnie czystym, Panie, ale jeszcze nie teraz? Nie, Panie, przygotuj mnie do nieba już teraz. Mogę mieć jeszcze tylko jedno stulecie, jeszcze jedną dekadę, jeszcze jeden rok, jeszcze jedną minutę na tej ziemi (por. 1 Tes 4 i 5). Uczyń mnie świętym pilnie, natychmiast, Panie. Zainspiruj mnie i uzdolnij do robienia niezwykłych rzeczy lub robienia zwykłych rzeczy z niezwykłą łaską - w mojej rodzinie, przyjaźniach, studiach, miejscu pracy, biznesie, czasie wolnym, gdziekolwiek - dla bogatszych lub biedniejszych, w chorobie i zdrowiu, aż do śmierci. Również moi bliscy, dalsza rodzina, parafia, koledzy, rodacy i ja: wszyscy jesteśmy niespokojni, Panie, dopóki nie spoczniemy w Tobie. Więc przygotuj nas, słodki Jezu, abyśmy znaleźli nasz odpoczynek w Tobie. A w swoim czasie, Panie, dołącz mnie do komunii Wszystkich Świętych w niebie, gdzie będę najprawdziwszym sobą i będę żył najpełniej - i na wieki wieków! Amen.

sobota, 3 sierpnia 2024

Jeszcze kilka słów o ceremonii otwarcia Olimpiady

 


Całe natężenie uwagi, dyskusji, obrażenia i przeprosin (bardzo trefnych, polecam celny komentarz bp Barrona w tej sprawie) skupiło się na scenie imitującej Ostatnią Wieczerzę. Czy ma znaczenie, że to obraz Leonarda da Vinci, co myślał da Vinci, etc. albo czy to nie inny obraz (niezła wrzutka btw) – nie, nie ma żadnego! Ważne, że była to parodia ważnego, kluczowego wydarzenia dla chrześcijan, kluczowego dla Boga, który dał swoje ciało i swoją krew, uczynił coś najbardziej nieprawdopodobnego i wielkiego, i bez względu na to, czy ktoś w to wierzy, czy wydaje mu się to jedynie śmieszne, powinien to uszanować. I tak w ogóle to mógłby uszanować dla siebie samego, „na wszelki wypadek”, gdyby jednak Bóg istniał i był wszechmogący. Pomijam w tej chwili komentarze różnych zakompleksionych katolików, „może nie to mieli na myśli”, „może jesteśmy przewrażliwieni”, innych „usprawiedliwiających” performance, z pewną nieśmiałością ośmielających się uznać to za kontrowersyjne, skoro pochodzi z Francji, z zachodniej Europy, etc. Co ciekawe, zachodni świat katolicki wydaje mi się bardziej jednoznaczny w ocenach niż polski. My tu, w krainie Wisły i Odry, wydajemy się jacyś tacy zahukani, nieśmiali, przygaszeni, jakbyśmy uwierzyli, że nie mamy prawa zabierać głosu w żadnej sprawie bo przecież w Kościele znaleziono pedofili. Katolicy amerykańscy, francuscy wydają się być lepiej zorganizowani, bardziej jednoznaczni, energiczni. Tak mi się wydaje, ale mogę się mylić.

Ale nie o tym chciałem tak naprawdę. Czy gdyby nie ta scena z Wieczerzą to wszystko było okej? Czy było okej aby podczas uroczystego otwarcia igrzysk, święta sportu, pokoju, radości, gdzie wygrywają najlepsi, wskutek pracy, wysiłku, talentu; gdzie ma królować fair play, gdzie przedstawiciele tylu narodów, państw, o których nie mieliśmy nawet pojęcia, że istnieją, rywalizują ze sobą w atmosferze braterstwa, solidarności - i że podczas otwarcia takiej imprezy, ktoś postanowił zorganizować globalną indoktrynację? Czy jest okej, że w tym performance z udziałem przedstawicieli wszystkich liter znanego już powszechnie skrótu, facetów poprzebieranych za kobiety a może odwrotnie, trudno było się dokładnie zorientować - brały udział dzieci? W związku z tym, że performance miał bardzo seksualną atmosferę, czego miała być to promocja? Co autorzy chcieli pokazać? Jak to się ma do zagrożenia pedofilią? Czy wszyscy wrażliwi na to zagadnienie, uznają, że czymś normalnym dla dziecka jest uczestnictwo w takim występie w osobami, którym ze spodenek wyglądają pewne organy płciowe? Jaki wpływ na te dzieci miało to w czym uczestniczyły? Ile było prób, ile tygodni przygotowań? Dlaczego nikt ze znanych tropicieli pedofilii i nadużyć się nie odezwał, nie zaniepokoił losem tych dzieci, nie zaprotestował? A może tylko ja to przeoczyłem?

I na końcu pytanie: czym jest „nieprawość”, o której mówił Jezus? Która przecież dodatkowo może się „wzmagać”?

Wątki apokaliptyczne rozwijali inni, większość twitterowiczów na pytanie Muska, odpowiedziała, że ceremonia przypominała im spektakl satanistyczny. Jeszcze więc tylko wątek terroru rewolucji francuskiej. Jak można bawić się takim tematem? Robić show, wypuszczać kolorowy dym, aranżować odcięte śpiewające głowy. Jak można „robić sobie śmiechy” z tych przerażających historii, przesyconych okrucieństwem, o jakim nam się nie śniło w najgorszych snach. Inni późniejsi zbrodniarze inspirowali się rewoltą francuską, Goebbels nie szczędził pięknych słów pod jej adresem. Zgilotynowana w efekcie sfingowanego procesu, odarta z godności, prześladowana królowa Maria Antonina, śpiewa z odciętą głową z okien więzienia, w którym spędziła ostatnie 77 dni swojego życia. To jest makabreska, skandal. Ale oni są tak pewni swego, że mogą sobie na to bez problemu pozwolić. Więc sobie pozwalają. Obyśmy nie oglądali jeszcze wielu innych rzeczy gorszych niż to.



niedziela, 28 lipca 2024

Karczemne bachanalia na otwarciu Olimpiady w Paryżu


Karczemne bachanalia na otwarciu Olimpiady w Paryżu

Oglądałem w piątek wieczorem długi fragment ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. Wielki show, performance, w którym bierze udział całe miasto ze swoimi monumentalnymi zabytkami. Ekscentrycznie, oryginalnie, kolorowo, z dopracowaniem detali - to mogli wymyślić tylko Francuzi. Gdy operator przedstawiał widok z drona, pomyślałem – „ależ to jest jednak wspaniałe miasto”! I te niezliczone barki, łódki, łodzie, z olimpijczykami różnych nieznanych nam krajów na pokładzie, co za świetny pomysł! Nieco zakłócany przez czasem zbyt intensywny deszcz. Wprzęgnięcie orkiestry gwardyjskiej z mundurach w wykonanie popowej piosenki z tancerkami wijącymi się w sensualnym tańcu, hm, ciekawe, zaskakujące, trochę w stronę Monthy Pytona, ale jeszcze powiedzmy w porządku. Ale scena ze śpiewającą głową Marii Antoniny, z budynkiem spowitym dymem w kolorze purpury, złowrogo przypominającym morze wylanej krwi, podczas gdy postać zgilotynowanej królowej sklonowana, by stać w co drugim oknie, wesoło sobie śpiewa wymachując tą ściętą głową, bardzo teatralne, zaskakujące ale to już raczej niesmak, Monthy Pyton do kwadratu, zabawianie się tematem terroru, okrucieństwa. To wydało mi się powiedzmy co najmniej kontrowersyjne. A scena z trójką studentów, podszyta erotycznym pożądaniem, niesmaczna, wulgarna, coś co nie powinno mieć miejsca w takim miejscu, w takim momencie. Nachalna propaganda agendy LGBTQ etc.

Kiedy rano otworzyłem fejsbuka (cóż, tak właśnie było), wyskoczyła mi natychmiast krótka rolka z bp Barronem mówiącym o „mockery” z chrześcijaństwa podczas ceremonii otwarcia igrzysk, zerknąłem na twittera – i dopiero dowiedziałem się, co się wydarzyło. Nie musiałem tym razem sam mierzyć się ze swoimi absmakami i niesmakami, jak co do części, którą obejrzałem wcześniej, inni dokonali interpretacji i wyciągnęli wnioski za mnie. Nie mylili się.

To wszystko co mogłoby uchodzić za drapieżną wizję artysty, reżysera, było niewątpliwie zamierzone. Dlatego został przecież wybrany do tego zadania. Nie mogło być inaczej. Miało być transgresyjnie, i było, miało być danie prztyczka w nos i gnębienie tych niedobitków chrześcijan, i było, jednak przede wszystkich miała to być chwała dla rewolucyjnej i post-rewolucyjnej Francji. Francji opanowanej przez spiskowców i ich potomków, uczestników różnych tajnych stowarzyszeń, którzy doprowadzili do rewolucji, ścięcia swojego króla, królowej, i jeszcze kilkudziesięciu tysięcy osób. Którzy utopili Francję w morzu krwi, splądrowali, zniszczyli i rozkradli tysiące kościołów, zakonów, zniszczyli co się tylko dało zniszczyć aby budować nowe. Już bez Boga. I pilnie tego strzegą. Nie ma wolności dla wrogów wolności, i to my określamy, kto tym wrogiem jest. Czyż nie tak jest?

Dla największych niedowiarków chyba stało się zupełnie jasne, że duch rewolucji francuskiej, jest cały czas obecny we współczesnej Francji, ba, w całym świecie, uosabiany m.in. przez rządzących, Macrona i innych. Co oni proponują? Widzieliśmy sami: transgresję, wielkie bunga-bunga i brutalność wobec opornych. Nie taniec na Titanicu, ale orgię na Titanicu.

Dalekie od komunizmu? (To nasz wątek polski, żenujące zawieszenie legendy sportowego dziennikarstwa Przemysława Babiarza, bo czyżby jakiś nadgorliwy pryszczaty adept panującej ideologii chciał się podlizać?) To przecież dokładnie te same podstawy, piękne słowa, idee, o świecie bez granic, pokoju, wolności, równości, braterstwie a potem są równi i równiejsi, jest terror i morze krwi. Komunizm kojarzy się z wersją wschodnią, siermiężną, w gumofilcach i kufajkach z Syberii. Dlatego to marzenie na Zachodzie wciąż jest żywe, nie o tym komunizmie zrealizowanym już na Wschodzie na sposób wschodni, przaśny, ale o takim bardziej nowoczesnym, ładniej opakowanym, sterylnym, jak o tym można posłuchać w piosence „Imagine” albo poczytać u tych, którzy pouczają nas z pokładów prywatnych odrzutowców, że „nie będziemy mieć nic i będziemy szczęśliwi” a sztuczne mięso będzie smakować prawie tak jak prawdziwe.

Światem kierują albo chcą nim kierować szaleńcy. Kiedyś oglądaliśmy takich szaleńców w starych filmach z Jamesem Bondem: facet ze złotym zębem, szalony miliarder z siedzibą w jakiejś skalnej grocie na bezludnej wyspie…. Teraz stoją na czele rządów, korporacji, operują miliardami i chcą urządzać dla nas świat na nowo.

To co widzieliśmy w Paryżu nie jest żadnym przełomem. To dzieje się na co dzień, ta wizja jest wdrażana od lat. Mieliśmy niedawno wprost satanistyczny performance na Eurowizji i wiele innych przegięć, których nie powinno być z sferze publicznej. Po prostu tym razem była wielka widownia, i o to oczywiście też chodziło. Może dzięki temu zrozumiemy wszyscy, że to nie jest myzianie, że to jest wojna ideowa. Że po tamtej stronie są ludzie nie mający nic sensownego do zaproponowania, z wizją z piekła rodem, której realizacja powoduje, że Europa powoli ale konsekwentnie umiera. Ten rak toczy Francję ale i cały stary kontynent (już w dosłownym tego słowa znaczeniu stary) od lat i pokoleń. Ostatnie wybory koalicja Macrona i skrajnej lewicy wygrała we Francji już tylko dzięki głosom muzułmanów. Macron i odważni twórcy ceremonii otwarcia igrzysk wiedzą, że ich świętości szargać nie wolno.

Co my na to wszystko? Teraz trwa wielka imba w mediach społecznościowych. Wzmożenie: komentujemy, lajkujemy, udostępniamy. Marion Marechal, siostrzenica Marine le Pen wrzuciła w media społecznościowe twit, że to nie jest Francja, że to szaleństwo skrajnej lewicy. Fajnie, wiele milionów wyświetleń. Rod Dreher skomentował to z kolei tak, że i co z tego, skoro ta prawdziwa Francja nie zrobi z tym nic. I ona ma rację, i on - najpewniej - ma rację,

Czy my coś możemy zrobić? Dzisiaj natrafiłem w Piśmie na fragment Mateusza rozdział 24, gdzie uderzyły mnie słowa: „ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu”. Jeśli wzmoże się nieprawość, nieprzyzwoitość, szarganie świętości, deptanie uczuć innych - osłabnie miłość wielu. A wtedy bez miłości świat będzie gorszym miejscem, bardziej brutalnym, bezlitosnym. Cały czas takim jest w krainach, gdzie chrześcijaństwo wcale nie zawitało lub jest jeszcze bardzo słabe. Takim świat będzie się stawał w miejscach, gdzie chrześcijańska kultura, szacunek dla człowieka, postrzeganie dziesięciu przykazań jako wyznacznika akceptowalnych działań - dramatycznie słabnie. A zatem musimy coś robić!

Czy coś konkretnego możemy zrobić aby powstrzymać to szaleństwo? Jeśli każdy przekonałby pięć osób, dostarczył im faktów, wiedzy, zmuszających do myślenia, wyciągania wniosków? A te pięć osób nigdy więcej nie zagłosowałoby na szarlatanów, trefnisiów za cały swój program mających tylko nagrywanie rolek na instagrama…..

Marzenie.


wtorek, 29 sierpnia 2023

Kultura Poświęcona

W ostatnią sobotę podczas FSE Fest czyli ogólnopolskiego spotkania szefów Skautów Europy wystąpienie miało trzech przedstawicieli Klubu Jagiellońskiego: Bartosz Brzyski, Konstanty Pilawa i Piotr Kaszczyszyn. Nazwijmy ich, mam nadzieję, że się nie obrażą, Trzema Muszkieterami. Dlaczego tak? Dlatego, że podejmują się najtrudniejszych zadań intelektualnych, biorąc na publicystyczny warsztat najbardziej odjechane zjawiska współczesnej kultury, starając się za każdym razem dźgać wyszukanymi argumentami jak szpadą. Otóż Trzej Muszkieterowie prowadzą podcast m.in. na Spotify pt. Kultura Poświęcona, poważną rozmowę w lekkiej formie na naprawdę ciekawe tematy. Tytuł może być, choć nie jestem tego wcale pewien, nawiązaniem do słynnego pisma „poświęconego” pt. Fronda. Mam na myśli tzw. pierwszą Frondę, która ponad dwadzieścia pięć lat temu narobiła sporego zamieszania na rynku idei, skupiając młodych (wtedy), inteligentnych i zadziornych publicystów, będąc prawdziwym rozsadnikiem kontrrewolucyjnych treści na najwyższym poziomie. W każdym razie: 140 odcinków przez ostatnie dwa lata to duża praca i chwała Muszkieterom za to! Panowie ambitnie podejmują próbę oceny różnych zjawisk i wydarzeń w kulturze, w życiu społecznym, w otaczającym nas świecie z perspektywy chrześcijańskiej czy też konserwatywnej a może po prostu zdroworozsądkowej. Podoba mi się bardzo ta inicjatywa, szczególnie że jest realizowana przez młodych ludzi. Jest to świeże, jest to zaczepne, niebanalne. Panowie używają młodzieżowego języka a jednocześnie (zazwyczaj) jest to kulturalne (pamiętajmy Klub wywodzi się z Krakowa😉).


Wystąpienie na FSE Fest było ciekawe, świeże, inspirujące. Było wiele odniesień do kultury, do Władcy Pierścieni, młodości i życia. Dlaczego tym razem to Piotr Kaszczyszyn skradł show, rozbił bank czy mówiąc prościej najbardziej wbił mi się w pamięć? Otóż zaproponował kierowane się w życiu zasadą czterech „nie”. Dlaczego? Dlatego aby właśnie lepiej żyć, rozumiejąc i smakując bardziej życie a nie rozmieniać się na drobne, konsumując je jak fast-food.

Pierwsze „nie” to „nie gromadź”! Nie oddam tu na pewno w pełni myśli autora. Raczej kilka haseł, które odtwarzam z pamięci i właściwie trochę interpretuję. Gromadzenie rzeczy w sumie nadmiarowych, niekoniecznych powoduje naszą ospałość duchową. Przywiązanie do rzeczy materialnych przypomina nam nieodmiennie bogatego młodzieńca z Ewangelii, który jak pamiętamy „odszedł zasmucony bo miał wiele posiadłości”. Co to oznacza? Prawdopodobnie był tymi posiadłościami bardzo, za bardzo zaprzątnięty. Jego myśli i pragnienia krążyły wokół spraw związanych z nimi, to wypełniało, wiązało jego głowę, zabierało czas i energię. Oczywiście nie jesteśmy pustelnikami, trzeba zarabiać na życie a i wiele fajnych gadżetów można mieć za pieniądze, ale coś w tym jest. Nie zabierajmy za dużo balastu na drogę, jeśli chcemy dojść do celu.

Po drugie – „nie słuchaj”! Jesteśmy wszyscy przebodźcowani, im młodsi, tym bardziej. Jak śpiewał Muniek Staszczyk: „Może wszystkiego jest za dużo wokół ciebie i mnie”. Wszystkie możliwe opcje życiowe, kierunki na wakacje, wszystko możesz mieć, wszystko robić, być każdym. Dwadzieścia komunikatorów na minutę, trzydzieści otworzonych aplikacji i nos w telefonie. To jest paradoks bo w efekcie mamy ludzi rozedrganych, którzy w nic na serio się nie angażują, nie są w stanie skupić uwagi. Nie angażują w rozmowę, bo cały czas skrolują, nie angażują w relacje, bo to trudniejsze niż fikcja w virtualu. A zatem: selektywność, mniej znaczy bardziej.

Po trzecie – „nie mów”! Nie wszystko musisz skomentować, na każdy temat mieć zdanie, do wszystkiego się odnieść, wszystkim zajmować. Nie musisz wdawać się w każda pyskówkę w mediach społecznościowych.

Po czwarte – „bądź nie na czasie”. 

poniedziałek, 7 marca 2022

Ukraina


Jeszcze nieco ponad tydzień temu beztrosko wspominaliśmy sobie na fejsbuku przygody harcerskie. Dwa dni później zaczęła się wojna. Prawdziwa, w której giną ludzie a miasta obracają się w ruinę. Jesteśmy świadkami czegoś bardzo złego dla Ukrainy i bardzo niebezpiecznego dla całego świata.

Wojna tuż obok zmienia wiele. Nikomu teraz nie jest do śmiechu. Staramy się kontynuować swoje normalne obowiązki, lecz cały czas śledzimy wiadomości, martwimy się, wzruszamy i pomagamy jak możemy. Jako Polska, jako Polacy zachowujemy się „jak trzeba”, a nawet więcej. Otwarcie serc, zaangażowanie ludzi dobrej woli jest niesamowite. Zniknęły podziały, mówimy jednym głosem i wspólnie się angażujemy. To na pewno jest właściwe i konieczne do robienia, uczynki miłosierdzia co do ciała. Po pierwszym entuzjazmie, może przyjść jednak zmęczenie, nie będzie łatwo, to nie orkiestra wielkiej pomocy grająca jeden dzień w roku. Oczywiście oby jak najkrócej trwała rozłąka rodzin, oby ludzie mogli wrócić do swoich domów, żony i dzieci do mężów i ojców. Nikt jednak nie wie, jak potoczą się dalsze wypadki, ile będzie to wszystko trwało.

Nie wiem do końca, czy jest sens dzielić się tymi myślami tutaj, kogo mogą obchodzić, dlatego nie pisałem wcześniej, choć głowa pęka od pytań, domysłów i spekulacji. Zamiast zaczytywać się w komentarzach i wiadomościach, na pewno sensowniej jest robić cokolwiek, wpłacać, zawozić, dowozić, gościć, kupować i wysyłać. Jeszcze raz wielki szacunek, wielkie podziękowanie dla wszystkich angażujących się jakkolwiek, to wielka narodowa akcja, gdzie dajemy świadectwo swojego człowieczeństwa, i patos jest tu jak najbardziej na miejscu. Dlatego tylko kilka myśli na szybko.

Doszło do ataku na niepodległe, suwerenne państwo. Bez względu na wszelkie rozważania geopolityczne, analizy doktryny Rosji itp. to jest to akt bezprawia międzynarodowego, naruszenie podstawowych praw ludzkich, prawa narodów do samostanowienia, coś takiego wymaga natychmiastowego potępienia przez wspólnotę międzynarodową i powinno wymagać reakcji. Patrząc na historię, nigdy takich wątpliwości nie miał Jan Paweł II, który zawsze bezkompromisowo reagował i krzyczał (to jest adekwatne słowo, tak właśnie było) na Placu Świętego Piotra w obliczu wojen, bez względu na to kto je wszczynał. Wojna zawsze jest kataklizmem, w którym giną niewinni ludzie, zostawia zgliszcza materialne i rany psychiczne na pokolenia. Nienawiść rodzi nienawiść. O tym trzeba pamiętać. Możemy się cieszyć z tych lub owych taktycznych zwycięstw Ukraińców, z tego że Romowie zakosili czołg Rosjanom, że to lub owo, ale w poczuciu powagi, to jest tragedia dziejąca się na naszych oczach. Zło, które wypełza, tak szybko nie chowa się potem do swojej pieczary.

Widzimy, że Polska nie miała żadnych wątpliwości od samego początku. Nie można tego powiedzieć o reakcjach w pierwszych dwóch dniach napaści kilku ważnych krajów. Inwazja była nazywana konfliktem, operacja militarną itp. To zawstydzające, ale to tylko nam uświadamia, że moralność międzynarodowa jest na niskim poziomie, że wcześniej akceptowano rozwiązania siłowe, a skromne komunikaty oburzenia blakły już po kilku dniach. We współczesnym świecie liczy się siła a nie prawo, sprzeciwiamy się temu, to nas oburza ale musimy o tym pamiętać. Putin w sposób wyostrzony i karykaturalny uprawia tępą, kłamliwą propagandę i łatwo ją identyfikować, ale to nie znaczy, że gdy inni używają jej w sposób bardziej finezyjny, mamy jej ulegać. Nie powinniśmy mieć złudzeń i nie powinniśmy ulegać zbytniemu optymizmowi, który gdzieniegdzie się pojawił.

Pojawił się, ponieważ kilka pozytywnych aspektów faktycznie wystąpiło. Zachód zjednoczył siły, Szwecja, Finlandia zgłosiły akces do NATO, te państwa mają dobre rozeznanie sytuacji i pamiętają historię. Białoruś oficjalnie nie rzuciła swoich dywizji do akcji bezpośredniej, Łukaszenka kluczy chyba, na ile może, w każdym razie różne tu są domysły. Polska otrzymuje werbalne wsparcie sojuszników z NATO, pojawiło się kilka tysięcy żołnierzy, etc. Domniemany układ rosyjsko-niemiecki został rozerwany, zwidy i naiwne pobożne życzenia zachodniej Europy na temat Putina w obliczu krwawych wydarzeń rozwiewają się. Choć powoli i niechętnie. I najważniejsze: Ukraina wciąż walczy! Wbrew wszelkim prognozom i pewnie oczekiwaniom różnych możnych tego świata, którzy wtedy odetchnęliby z ulgą i zaczęli rozmasowywać dyplomatycznie faus paux Putina, Ukraina stawiła mężny opór i okazała się dużo silniejsza niż myślano.

Cały świat zobaczył dzielny naród ukraiński zjednoczony wokół swoich przywódców. Mnóstwo faktów nie tylko daje do myślenia, co powinno wstrząsać zamożnymi, leniwymi społeczeństwami Zachodu. Mężczyźni - obywatele Ukrainy pracujący zagranicą, wrócili do kraju by go bronić. Takie informacje robią wrażenie. Niejednemu przyszło do głowy pytanie: czy w jakimkolwiek innym narodzie byłby teraz taki duch? Czy taki duch byłby w Polsce? Wolelibyśmy tego nie testować w praktyce. Kiedyś mieliśmy takiego ducha, wielkiego ducha, a było to w roku 39, a potem w 44. Jak kamienie rzucane na szaniec poszły w dym walki najlepsze jednostki, zginęło całe pokolenie, mężnie oddając życie za ojczyznę. Życia ojczyźnie jednak to nie ocaliło, w żaden sposób. W żaden. Wiemy o tym dobrze. To jest trauma, która trwa w naszym narodzie, myślę, że głęboko, i nie ma pewnie osoby, która by o tym nie pomyślała w ostatnich dniach. Nasze bohaterstwo nie wzruszyło zachodniej opinii publicznej ani nie obeszło rządzących. Czy teraz bohaterstwo Ukraińców wzruszyłoby ich, gdyby nie przejmujące obrazki w telewizji i na fejsbuku? Czy jakakolwiek demonstracja ruszyłaby ulicami miast europejskich? Nasze bohaterstwo wykrwawiło nas i ułatwiło Stalinowi jego plany dla Polski. Pamiętajmy, nigdy, nigdy nie liczmy na to, że krew naszych młodych chłopców kogokolwiek do czegoś popchnie, zmusi, nakłoni np. do pomocy. Nie wolno nigdy przedmiotowo traktować innego człowieka nawet w takich przypadkach. Owszem walka może być konieczna po prostu dla obrony, dla walki o życie innych ludzi. Na tym polega etos żołnierski: żołnierz ryzykuje własnym życiem dla obrony żyć innych ludzi.

Dlatego niepokoją mnie głosy, że w razie napaści na Polskę musielibyśmy wytrwać trzy, pięć, siedem albo czternaście dni aby państwa NATO przyszły nam z pomocą. Nie! I jeszcze raz nie! Ostatecznie jestem prawnikiem i w Artykule 5 Paktu Północnoatlantyckiego nie widzę żadnych tego typu zapisów. To postanowienie jest proste jak drut! Napaść na jednego oznacza wojnę ze wszystkimi i obliguje innych do udzielenia pomocy „łącznie z użyciem siły zbrojnej”, do podjęcia działań „niezwłocznie”. Niezwłocznie oznacza, jak wszyscy prawnicy wiedzą, bez uzasadnionej zwłoki. A wiadomo przecież, że trzeba się spakować, przylecieć, etc. Więc różni analitycy wskazujący na konieczność posiadania silnej armii zdolnej do oporu przez te ileś tam dni, więc ci analitycy w praktyce pewnie mają rację. Ale publicznie, na zewnątrz nie możemy tego akcentować: powinniśmy akcentować konieczność natychmiastowej odpowiedzi. Oby te rozważania pozostały na zawsze tylko teoretyczne.

Patrzenie na bohaterską walkę Ukrainy uruchamia w nas bolesne wspomnienie naszej historii i strach o to, czy z nami nie będzie tak samo? Czy Ich mężna walka, ofiara krwi powstrzyma powrót pod sowiecki but? Zaraz za tym czai się strach, co będzie dalej? Państwa Bałtyckie? A potem „mój kraj Polska”? I co wtedy? Będziemy głośno krzyczeć, że honor, że nie oddamy guzika a potem zginie kilkaset tysięcy ludzi, nasze miasta zostaną zrównane z ziemią, a i tak przegramy. Przepraszam, że wypowiadam obawy, które są w głowach, o których boimy się myśleć. Czy w tym kontekście może dziwić zainteresowanie stanem uzbrojenia naszej armii? Sensownością różnych decyzji, zakupami wyszukanego, drogiego sprzętu w małych ilościach, który ma pojawić się tu za kilka lat? A może powinniśmy wyprodukować (możemy sami) tysiące ręcznych wyrzutni przeciwpancernych i przeciwlotniczych? Ich magazyny mieć w każdej gminie? Może powinniśmy przeszkolić w nauce strzelania miliony i miliony kałasznikowów mieć w magazynach, by w razie wojny rozdać broń? Nie chcę się tu wymądrzać, bo setki ekspertów teraz się pojawiło i każdy wrzuca swoje pięć groszy. Chcę tylko powiedzieć, że takie zainteresowanie, taka refleksja, taka dyskusja jest naturalna, jest uzasadniona, wynika z naszych uzasadnionych obaw. To jednak jest przerażające, wolelibyśmy aby nasza wiara w sojusze i w potęgę techniczną naszej armii została wzmocniona. Abyśmy zostali uspokojeni. Aby każdy z nas mógł się zajmować swoim zawodem, uprawą ogródka czy czymkolwiek chce, pewny, że nigdy sam nie będzie musiał chwycić za broń by bronić swoich najbliższych. Na razie prawda jest taka, że mamy mikroskopijną armię ze skromnym wyposażeniem. I trzeba mieć to na uwadze. Potrzebujemy czasu aby to zmienić.

Większość świata (chciałbym napisać cały, ale musimy starać się być jednak precyzyjni) chce przegranej Putina, zamachu stanu na Kremlu, wygranej Ukrainy. A co jak Kijów padnie? Co będzie dalej? Jednak przegrana Putina teraz również nas w całości nie uspokoi. Bo co dalej? Odpuści, wycofa się i zaakceptuje przegraną? Przecież ten system, ci ludzie nie liczą się z niczym, nie wierzą w Boga, nie boją się żadnej kary, boskiej w szczególności. Odetniemy hydrze jedną głowę, czy nie odrosną dwie? Nikt chyba nie jest spokojny. Wojna raz rozpoczęta może rodzić falę.

Dlatego jedna rzecz, niewątpliwa, którą możemy i powinniśmy czynić to modlitwa, pokuta i post. Wielki szacunek dla wszystkich proboszczów, którzy już zarządzili to co trzeba. Super, że wielu ludzi natychmiast sięga po różańce. Dziwię się właściwie dlaczego codziennie nie biją dzwony na trwogę? Nie czekajmy aż ktoś to zrobi za nas. Wzywajmy, proponujmy swoim proboszczom, wikarym, grupom parafialnym wielkie akcje modlitewne. Różańce i adoracje, przebłagalne, dziękczynne i pokutne. Wyobrażam sobie, że nawet niewierzący, ludzie nie mający łaski wiary, mogą zachęcać do tego innych. Znajomość faktów historycznych: Lepanto 1571, Portugalia, Warszawa 1920, Austria 1955, Filipiny 1986, mogłaby do tego skłaniać z przyczyn całkowicie konformistycznych. Dlaczego nie, skoro podobno pomogło w innych sytuacjach? Na pewno nie zaszkodziło. Wszystkie te miejsca łączy jeden rodzaj zwycięstw, jeden mianownik. Warto poszperać i doczytać we własnym zakresie. Napiszę tylko, że między 6 a 15 sierpnia 1920 r. we wszystkich kościołach Warszawy trwała 24-godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu, kardynałowie Kakowski i Dalbor zarządzili ogólnonarodową krucjatę modlitewną, ludzie klęczeli non stop. Podobnie rabinat warszawski w tym czasie wezwał do odmawiania codziennie specjalnych modlitw. Wszyscy wtedy rozumieli, że Bóg jest najpewniejszą pomocą w trudnościach. Wiemy, że wtedy się udało. Nie żartujmy tylko, że dzięki geniuszowi Piłsudskiego. Nic takiego lub choćby podobnego nie miało miejsca ani w 39 ani w 44 roku.

Warto też zauważyć, że biskupi ukraińscy wystosowali apel do papieża Franciszka o wykonanie apelu z Fatimy o poświęcenie Rosji Niepokalanemu sercu Maryi (105 lat temu, przypomnijmy, została wydana „precyzyjna instrukcja” jak to ma wyglądać, a jakoś się nie złożyło aby ją wykonać przez setkę lat z okładem). Pius XII i Jan Paweł II zrobili to, ale połowicznie, nie tak jak wynikałoby z „instrukcji”. Cóż, to już nie w naszej mocy.

Gdy zaczyna się wojna, gdy widzimy, że to jest wielka rozgrywka, to logika ludzka i środki ludzkie nie są wystarczające. Z bajek pamiętamy, że gdy dżin zostanie wypuszczony z butelki, nie jest łatwo z powrotem go tam zapędzić. Jakbyśmy bardzo nie ufali i nie wierzyli w geniusz przywódców politycznych i wojskowych, należy modlić się za ich dobre decyzje, najlepsze w danej sytuacji. Nie zawsze jest je łatwo podjąć, nawet zakładając całkowicie dobrą wolę, świetne przygotowanie do pełnionych funkcji, wystarczające informacje i odrobienie lekcji z historii. Nie ulega wątpliwości, że w sytuacji kryzysowej trzeba stać twardo przy rządzących, nie jątrzyć, nie dzielić, ale nie znaczy to, że nie należy uważnie obserwować, mieć stuprocentowe zaufanie i nie mówić „sprawdzam”. Na szczęście wydaje się, że w obecnej sytuacji, nasi rządzący stają na razie na wysokości zadania. Z tego co wiemy, podejmują dobre decyzje, robią to co trzeba. Ale co my tam wiemy, w szczególności o tym co będzie za chwilę, co jest przedmiotem rozmów na szczycie itd. Wszystko wskazuje na to, że najważniejsze sprawdziany jeszcze przed nimi. Oby je zdali.

I jeszcze jedno, musimy pamiętać o latach prania mózgów i cichej propagandy na Zachodzie. Filorosyjskość nie tylko elit politycznych ale i zwykłych ludzi w Niemczech, we Francji, w innych krajach. Owszem pojawił się szok, niedowierzanie, ale ta wcześniejsza sympatia nie zginie żywcem pogrzebana. Ona może odżyć, i to bardzo szybko. Nie mówię już o działaniu agentury wpływu, pudeł rezonansowych i „pożytecznych idiotów”. Dlatego tak ważne jest uświadamianie: naszych zagranicznych przyjaciół i znajomych, kolegów z pracy, wszelkich znajomych i obcokrajowców. To jest ten moment, kiedy można uzyskać jakąś zmianę świadomości. Róbmy to!

Za dużo tych wątków ale jeszcze jeden: istnieje ryzyko, że za dobro czynione teraz możemy ponieść też swoją cenę. Nasza dobra postawa jest i pozostanie wyrzutem sumienia dla Zachodu, który ufał Putinowi, dealował z Putinem, wiązał nadzieje zysków, świetlanej przyszłości z Rosją reprezentowaną przez system putinowski. Przymykano oczy, chętnie wierzono w swoje projekcje wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi. Robiono interesy. Już teraz widać, że tylko w naszej telewizji wzorowa postawa Polaków i Polski jest widoczna. W innych mniej. Pojawić się mogą akcje defamacyjne wyolbrzymiające jakieś incydenty, już się pojawiły, które mogą być efektem prowokacji, itd. Nasze państwo nie jest przygotowane do przeciwdziałania takim akcjom, już nie raz się o tym przekonaliśmy. Czy my coś możemy zrobić? Owszem: głośmy prawdę, komentujmy, opowiadajmy - naszym znajomym, przyjaciołom, kontaktom, ludziom z naszych firm w innych krajach. Wchodźmy na zagraniczne portale informacyjne, komentujmy, prostujmy albo uświadamiajmy. Niech zobaczą, niech się dowiedzą, wciągajmy ich w pomoc, w zaangażowanie. Jest szansa na dotarcie do niektórych przynajmniej osób, przebicia się z faktami, do zmiany stereotypów. Nawet jeśli przebijemy się do części osób to i tak będzie bardzo dobrze.

Jeszcze jedna rzecz naprawdę już na koniec. Postawa Ukrainy budzi podziw, na naszych oczach rodzi się wielki mit, mit założycielski, dużo lepszy niż wszystkie wcześniej. W tym micie jest polska ręka podana w potrzebie sąsiadowi, jest bezwarunkowa pomoc. Bez względu na to co jeszcze się wydarzy, to już się wydarzyło i zmieni historię w tej części Europy.

To tyle moich trzech groszy.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Po Śląsku

Byłem na Śląsku i było tam nadzwyczajnie. Czy ktoś uwierzy, że to środowisko powstało niecałe 6 lat temu? A teraz to ponad 250 umundurowanych dziewczyn i chłopców, w większości to wilczki, ale są też prężne drużyny oraz krąg i ognisko. To środowiska, w których rodzice założyli mundury i stworzyli jednostki dla swoich dzieci. A wszystko zaczęło się od postanowienia pewnego mieszkańca ulicy Wolności w Ćwiklicach, który po 10 kwietnia roku pamiętnego postanowił „coś zrobić”. Pomyślał, że najważniejsze jest wychowanie młodych. Słyszał gdzieś o Skautach Europy, zaintrygowała go ta informacja. Wszedł w Internet, szybko znalazł stronę i napisał maila. Potem pojawił się tam Paweł, wówczas macher od samodzielnych zastępów na południu Polski. Ale szkoda było czekać. Las rośnie wolno. Dorośli założyli mundury i zaczęli robotę.

Na spotkaniu z rodzicami ponad setka ludzi. Atmosfera niemal rodzinna. Jarek, hufcowy, prowadzi spotkanie w taki sposób, że sprawia wrażenie jakby wszyscy tu się znali od lat, chodzili do tej samej podstawówki albo grzebali łopatkami w jednej piaskownicy. Może nazwa ulicy, przy której mieszka ma na niego jakiś tajemniczy wpływ? Jest kawa, ciastka i śmiech. Lekko, przyjemnie i konkretnie. A przecież mieszkają w kilku odległych od siebie miastach. Na pewno wielu widzi się po raz pierwszy. Są matki, i są ojcowie. Mówię o rzeczach przeróżnych, opowieść układa się przedziwnie, właściwie jakbym rozmawiał z dawno niewidzianymi znajomymi i w godzinę chciał streścić, co się wydarzyło od ostatniego spotkania kilka lat temu.

Sięgamy do początków FSE w Polsce, opowiadam jakieś stare historie, które mam nadzieję mówią nam coś o fenomenie skautingu i przyjaźni. Mówimy o tym, czym jest przykład i autorytet. I dzielimy się troskami rodzicielskimi. Bo rodzice są i pozostaną najważniejszymi wychowawcami swoich dzieci, ich wpływ jest i będzie wielki. Mimo, że czasami można w to zwątpić.

Jednak my nie jesteśmy po to, aby zajmować się wątpieniem, obliczaniem ze szkiełkiem i okiem naszych wysiłków, czasu, odbytych rozmów, włożonej energii, pomysłów. Jesteśmy po to, aby nie skąpić wysiłków, pompować czas, odbywać rozmowy, wkładać energię, mieć i realizować pomysły, najlepiej dobre. We wszystkich sferach swojego życia, a szczególnie w pracy z ludźmi, zawodowej czy w wychowaniu, swoich dzieci i cudzych. Ale też w relacjach z przyjaciółmi czy szerzej – z ludźmi po prostu. Zrozummy, widzenie efektów, pozytywnych rezultatów swojej pracy to bonus, premia, może się zdarzyć lub nie. Nie pracujemy dla takiej nagrody, nie to ma nas motywować. „Nie szukać nagrody innej”. Ale pracujmy, działajmy, bądźmy wspaniałomyślni wobec swoich pomysłów, zadawajmy zaskakujące pytania, ciągnijmy do końca rozpoczęte wątki rozmowy. Przestańmy, na miłość Boską, dziubdziać, odmierzać małą miareczką, bądźmy reżyserami a nie tylko statystami życia. Wszystko się liczy, każdy dzień, każde słowo, gest i czyn. Czy chcemy tego czy nie, wzajemnie na siebie oddziałujemy, ciągniemy innych w górę lub w dół. Ale to przecież wspaniały aspekt życia, choć jednocześnie… przerażający.


Takie spotkania, takie relacje są ogromną wartością. Gdy jesteśmy razem, siła jest w nas. W wielu podobnych miejscach w Polsce spotkali się ludzie dobrej woli…

niedziela, 15 lutego 2015

Ben Carson czytałby Frondę

Prawdziwe historie są lepsze niż te wymyślone. Sztuczne, nierealne, wydumane, które dobrze się ogląda, a po obejrzeniu, dochodzi do człowieka, że to bujda, i tylko niesmak pozostaje. Tak jest z wieloma współczesnymi fabułami, w filmach i w książkach. Ale nie ze wszystkimi na szczęście.

W Krakowie opowiadałem o filmie “Cudowne ręce. Opowieść o Benie Carsonie”. Naprawdę warto go obejrzeć. Nie dlatego, że zgarnął jakiegoś Oscara, ale ponieważ opowiada historię życia bohatera, wybitnego neurochirurga, który po raz pierwszy przeprowadził udaną operację rozdzielenia bliźniąt syjamskich połączonych mózgami. Carson to postać nam współczesna, żyje w Stanach Zjednoczonych i ma się bardzo dobrze, skoro jego nazwisko pojawia się na giełdzie kandydatów w wyborach prezydenckich z ramienia partii republikańskiej (pisała o tym Rzeczpospolita kilka miesięcy temu).

Wraz z bratem wychowywany samotnie przez matkę, analfabetkę, która w pewnym momencie zrozumiała, że jej synowie aby wydobyć się z zaklętego kręgu biedy, przemocy i kłopotów z prawem, muszą wziąć się solidnie do nauki. U profesora, w którego domu przeprowadzała porządki, dostrzegła telewizor przysypany stosem książek. Już wiedziała, co zrobić. Gdy wróciła do swojego mieszkania, chłopcy jak zawsze ślęczeli przed telewizorem zaśmiewając się z jakiegoś durnego programu. Jednym ruchem wyłączyła skrzynkę i zapowiedziała, że odtąd mają wypożyczać dwie książki z biblioteki tygodniowo i po przeczytaniu robić jej streszczenie. Dopiero wtedy mogą obejrzeć jeden wybrany program.

Takich smaczków jest więcej. W efekcie Ben z chłopaka nieradzącego sobie z nauką, opryszka wymachującego nożem staje się dojrzałym mężczyzną, który wie, czego chce. Dostaje się na Harvard, potem do prestiżowego szpitala. Ma wspaniałą żonę i piękne, udane życie. Zbyt cukierkowa historia? Można by tak powiedzieć, gdyby nie była prawdziwa. Gdyby ktoś pisał ten scenariusz z głowy, pewnie mielibyśmy więcej zakrętasów i udziwnień.

Jeśli szukacie przyzwoitego filmu z edukacyjnym morałem, będzie jak znalazł na zimowy rodzinny wieczór.

Gdy docieraliśmy na spotkanie w Krakowie, w korku czytaliśmy nową Frondę, Miesięcznik Grzegorza Górnego. Niby w wersji light, a przypomina ona starą, tą pierwszą i najlepszą Frondę z połowy lat dziewięćdziesiątych. Tą, której każdy numer był wydarzeniem i dawał mocny materiał, nie do znalezienia gdziekolwiek indziej. Tą, której pierwszy numer odkryłem całkiem przypadkowo a kolejne woziliśmy z kolegami w paczkach niczym jakąś cenną bibułę, by karmić nią szeroko pojęte nasze środowisko.

Jedziemy więc z tą nową Frondą. Na początku wstępniak Grzegorza Górnego, przypomnienie, że to, co było podwaliną pierwszej Frondy to sprzeciw wobec traktowania człowieka redukcjonistycznie, jedynie jako konsumenta, wyborcy, albo jako organizm biologiczny. I tu od razu widać, o co chodzi. Rozejrzyjmy się, przypomnijmy sobie ostatnio przeczytane książki, gazety, obejrzane filmy. To jest istotna różnica, sedno! Myślenie o człowieku: czy jako o ciele i duszy, w całej złożoności jego wymiarów czy redukując go do jednego aspektu, co człowieka poniża i ignoruje jego godność. Od tego wszystko się zaczyna i na tym wszystko się kończy.

Górny, to marka. Daje gwarancję jakości. Rasowy dziennikarz, redaktor z powołania. Precyzyjny, szukający faktów, nie lejący wody. Cieszę się, że kiedyś mogłem go ściągnąć na Św. Krzyż i wozić Fiatem Uno wraz z małżonką, pomiędzy Górami Świętokrzyskimi a Studzianną, gdzie miał również konferencję dla przewodniczek. Potem przedrukowywaliśmy go w Przestrzeni, teraz mu kibicujemy.

A w pierwszym numerze, jest dobrze, nie ma rozczarowania, lecz porcja solidnych tekstów. Otwierający wywiad z Malejonkiem, wywiad z Alainem Besanconem o tym, czym jest islam, a potem blok tekstów o tym jak wychowuje się na świecie elity, na czołowych uczelniach w USA, ale i rzut oka na naszą historię. Ciekawy tekst o Springsteenie, o fenomenie polskiej husarii i katolickim Archiwum X pod Insbruckiem a wymieniam tylko niektóre artykuły. Mam przeczucie, że warto zaprzyjaźnić się z nowym miesięcznikiem Fronda. Miłej lektury!

A na koniec pytanie: zostać przy tym formacie „dynamicznym” bloga czy wrócić do starego?

piątek, 6 lutego 2015

A w Krakowie…

… na Brackiej nie padał deszcz, był lekki mróz, zresztą nie było szans aby urządzać spacery. Ledwo dotarliśmy na czas na Rynek Główny 34 do zjawiskowej siedziby Klubu Jagiellońskiego, po prawie pięciu godzinach w samochodzie. Jak na dystans 104 km z Zakopanego to chyba dość zaskakujący czas. Wszyscy byli dzielni łącznie z Martą i Piotrem, by bez jedzenia, picia i zatrzymywania się do łazienki nie stracić nawet minuty, która groziłaby kompromitującym spóźnieniem.

Spotkanie z szefami Skautów Europy w Krakowie i okolicach oraz zaprzyjaźnionymi ludźmi dobrej woli było wreszcie realizacją tego, o co chodzi w całej tej książce z bloga. Czyli uczynieniem z niej przez szefa, hufcowego, hufcową, lidera środowiska pretekstu do spotkania, do wykorzystania tego „pretekstu” dla „swoich” celów, by zgromadzić swoich szefów, rodziców, przyjaciół, znajomych, ludzi dobrej woli właśnie, i „poszerzyć pole”, „podnieść ciśnienie”, skonkludować a może tylko zaznaczyć, że chodzi nam o coś więcej a wizja ta jest porywająca. A może tylko i aż mieć uzasadnienie dla integracji, wypicia wspólnego potem kawy, małego after party, gdzie może ktoś przyprowadzi po raz pierwszy swoją dziewczynę a ona uzna, że całkiem fajne jest to środowisko. 1 kwietnia 2014 r. pisałem o tym tak:

Jak przejrzycie te teksty zebrane na dwustu kilkudziesięciu stronach to wyłoni się Wam z nich wiele wątków, o których warto rozmawiać, wiele tez, ledwie zaznaczonych, które można i trzeba rozwinąć. Bo wydanie tej książki to właściwie pretekst. By spotkać się w szerszym gronie i przez półtorej godziny albo dłużej porozmawiać o życiu, o tym dlaczego Polska nie może nas nie boleć a jaką by być mogła, o wychowaniu i dlaczego dobre szkoły i Skauci Europy mogą być stałym źródłem pozytywnych doznań młodych i dorosłych, o przywództwie, wierności, źródłach szczęścia, bohaterstwie, wielkich Polakach, kanonie miejsc, lektur i filmów, i wielu innych sprawach, na które akurat pojawi się zapotrzebowanie zebranych, będzie im sprzyjał towarzyszący spotkaniu klimat lub wytworzone podczas niego intelektualne ciśnienie. Jeśli faktycznie to ciśnienie będzie wysokie, może dojdziemy nawet do nowych zaskakujących konkluzji, jak zmieniać ten świat by stawał się trochę lepszy niż go zastaliśmy”.

Tak zrobili hufcowi krakowscy i jak zapewnił mnie Bartek, nie żałują tego. Przeciwnie. Ja na pewno bardzo się cieszę z tego spotkania, z możliwości rozmowy z ludźmi szlachetnych pragnień i ofiarnej służby. Patos? Nie, rzeczywistość! Tak to się nazywa, gdy ktoś dojeżdża pięćset kilometrów aby prowadzić jednostkę, kręci kilkusetosobowym duszpasterstwem albo rozkręca nowe środowisko w swoim mieście w Małopolsce.

Rozmawialiśmy w Krakowie przez prawie dwie godziny, a poruszyliśmy tylko niektóre wątki i poczucie niedosytu pozostało. Tematem zadanym był rozwój osobisty, temat rzeka, właściwie padło tylko kilka myśli, przepraszam. Rozmawialiśmy sobie natomiast dużo o Polsce i zmienianiu świata.

Moja najmłodsza córka wręczyła mi potem nasz mały kalendarzyk z hasłem "Pomóż nam zmieniać świat" i zachętą do dawania jednego procenta. I powiem Wam, że to hasło jest świetne! Nie czekajmy na pomoc, na wielkie akcje, na to, że będzie dobra telewizja, kompetentny rząd, pomyślna koniunktura międzynarodowa, itp. Niech każdy z nas zmienia świat codziennie tak jak mu sumienie nakazuje, niech o nie dba i robi to, co uważa za najlepsze w danym momencie. Ale niech nie śpi, niech nie szuka wymówek, niech od siebie wymaga. „Codzienny dobry uczynek” to jest bomba atomowa skautingu. Mamy ponad 4 tysiące ludzi, 4 tysiące dobrych uczynków codziennie! Niewyobrażalna siła. Tak możemy zmieniać świat! Jeśli będzie to realne, jeśli jesteśmy przejęci tym, jeśli traktujemy poważnie nasze teksty, zasady, prawo, trzy cnoty harcerskie. O tym też mówiliśmy, w tych tekstach jest zapisana mądrość wielu pokoleń, trzeba się po nią schylić, uczynić praktyką codzienności.

Ja głęboko wierzę w rolę jednostek w historii, co najmniej od czasu omawiania w liceum wiersza C.K. Norwida „Do obywatela Johna Brown”. To jednostki zdecydowane, przekonane ciągną innych. Nie mówmy, że coś jest zdeterminowane, że już tak ma być, że pewne tendencje są przesądzone, że rządzi nami konieczność dziejowa, a my jesteśmy tylko wypadkową zewnętrznych czynników. A jeszcze bardziej wierzę w siłę jednostek połączonych wspólnym celem, działających razem, solidarnie, bez zbędnych ambicji rozbijających jedność działania.


Jak pisał inny poeta, Miłosz Czesław: „lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach”. Nie muszę dokonywać analizy tej frazy, rozumiemy wszyscy, o czym tu mówimy, prawda-;)

środa, 7 stycznia 2015

Rozwój osobisty i sukces zawodowy – epilog albo to samo tylko inaczej cz. 2

Teraz kilka kwestii natury ogólnej związanych z rozwojem osobistym.

 
Jesteś sam odpowiedzialny za swój rozwój, jesteś kowalem swojego losu. Tak, dobrze słyszysz, nie oglądaj się na boki, to do Ciebie i nie licz, że ktoś Cię popchnie z tyłu albo pociągnie do przodu, rzuci linę, przytroczy jak szybowiec do samolotu. Musisz mieć silnik, nie możesz być szybowcem zależnym od wiatru. Baden Powell radził, aby trzymać mocno w rękach ster łodzi swojego życia. Niektórzy zaś mówią, „co Bóg da”, „jeśli Bóg pozwoli”, „Bóg sobie poradzi z tą sprawą” albo „jakoś to będzie” i nie robią nic. Nie wygrasz na loterii, jeśli nie kupisz losu. Nie można zapominać o tym, że Bóg chce, aby człowiek działał, podejmował decyzje i wcielał je w życie. Skauci Europy nie powinni zapominać słów Św. Ignacego patrona wędrowników: „czyń tak jakby wszystko zależało od ciebie, módl się tak jakby wszystko zależało od Boga”.

Poznaj swoje mocne i słabe strony, mocne rozwijaj, słabe niweluj. Jeśli masz słaby słuch, nie pchaj się do zawodowego grania na skrzypcach czy śpiewania w chórze choćby to było twoje marzenie. Powinieneś wiedzieć, jakie są Twoje mocne strony, na tym budować, uczynić z tego atut.

Kolejną użyteczną sprawą jest wiedzieć czy jest się introwertykiem czy ekstrawertykiem, oraz jaki typ osobowości jest najbliższy mojemu, czy jestem cholerykiem czy flegmatykiem. To są sprawy podstawowe, i wielkie błędy w wychowaniu, np. jeśli rodzice tego nie rozumieją i tą samą miarą traktują dwoje dzieci o przeciwstawnych typach osobowości. To gwałt na naturze, bo jeśli ktoś urodził się np. flegmatykiem to żeby nie wiadomo jak się starał nie zrobi z siebie choleryka. Zresztą po co, każdy typ ma swoje zalety i z nich trzeba uczynić atut. Jednak brak tej świadomości może powodować niepotrzebną utratę energii i zniechęcenie, gdy ktoś wykorzenia w sobie coś, czego wykorzenić się nie da, zamiast to polubić i okiełznać. Ja nie jestem specjalistą w tym temacie, i nie chciałbym go tutaj nadmiernie rozwijać ale zachęcam Was do poznania swojego typu osobowości i wyciągnięcia z tego praktycznych wniosków. Brak wykonania takiego ćwiczenia skazuje na chodzenie po omacku, to tak jakby mechanik przystępował do naprawy skomplikowanego urządzenia bez znajomości jego instrukcji, planów, albo generał do operacji powietrzno-desantowej nie zapoznawszy się nawet z mapą terenu. Nie ma złudzeń, wtedy na pewno się nie uda.

Ja dopiero niedawno dowiedziałem się, jak rozróżnić na pewno introwertyka od ekstrawertyka i jakie to ma praktyczne znaczenie. Introwertyk regeneruje się, odzyskuje energię w samotności, do resetu np. po stresującej cały tydzień pracy, potrzebuje spaceru, czasu dla siebie, kontaktu z przyrodą. Ekstrawertyk, przeciwnie, potrzebuje ludzi, zgiełku, rozmów, spotkań. Nie oznacza to, że introwertyk nie potrzebuje ludzi, chodzi tylko o to, gdzie, w jakich warunkach, który typ odzyskuje najlepiej energię, czego potrzebuje do regeneracji sił. W młodości nie jest to może tak istotne, ale zapewniam was, że technologia odzyskiwania energii z biegiem czasu staje się coraz ważniejsza-;)

Kolejna myśl – robić plany, stawiać sobie cele. Jeśli postawimy sobie jakieś cele, jest szansa, że chociaż niektóre uda nam się zrealizować. Robienie planów i stawianie celów zakłada oczywiście ich weryfikację, podsumowywanie, czasem korygowanie, i najlepiej z długopisem w ręku. Jeśli tego nie robimy, wszystko zaczyna być płynne, niby gdzieś idziemy ale tak do końca nie wiadomo czy idziemy do przodu czy do tyłu. O tym jak to robić pisałem kiedyś tutaj.

Jeszcze jedna refleksja, to co się liczy to realne umiejętności, to co umiesz już robić. Zwróć uwagę, że umiejętności praktyczne to jeden z pięciu celów skautingu. Jeśli jako szef nauczysz swoich podopiecznych praktycznych umiejętności, pójdą z nimi w życie i już je będą mieli, czy będzie to zagotowanie zupy czy utrzymywanie porządku. Mówiąc o realnych umiejętnościach nie chodzi mi o doświadczenie zawodowe zaraz po zakończeniu studiów, przysłowiowego absolwenta z trzyletnim stażem pracy. Jednakże refleksja nad tym, co już umiem, czego się nauczyłem dzięki tym lub tamtym zajęciom, tej czy innej praktyce, etc. jest ważnym ćwiczeniem. Dam przykłady z własnego prawniczego podwórka. Umiejętnościami, które student może mieć po studiach i wnieść w pracy nawet, jeśli nie miał dotychczas praktyki zawodowej, będą choćby: umiejętność logicznego wnioskowania, czytania ze zrozumieniem przepisów, umiejętność szybkiego odnalezienia koniecznej literatury, orzeczeń, komentarzy do przeanalizowania danego zagadnienia; umiejętności przejrzystego, precyzyjnego pisania; prezentowania zagadnień, ustnego i pisemnego, itd.

Kolejna rzecz - często młodzi ludzie z niesamowicie „wypasionymi” cv nie mogą jakoś zagrzać nigdzie na dłużej miejsca. Dlaczego? Okazuje się, że w zamian za wygórowane oczekiwania, postawę roszczeniową - dostarczają brak elementarnej solidności, dokładności, cwaniakowanie, odbębnianie zadań i robienie na odczepnego. Takiej osobie nie można zaufać, bo nawet drobne zadanie jest ważne. Gdy jeszcze do tego dochodzi brak ducha solidarności i współpracy z innymi, tzw. gwiazdorzenie, to nie ma w ogóle o czym mówić i takie cv można sobie wsadzić… do szuflady. Indywidualizm generalnie odchodzi do lamusa, gra zespołowa teraz jest na topie. Ostatnie nagrody Nobla w naukach ścisłych – zespoły naukowców, scenariusze filmów i seriali piszą zespoły ludzi, itd., itd. Umiejętności współpracy akurat można się nauczyć w harcerstwie, w szkole nie zawsze, ale w dobrych szkołach np. w szkołach dla managerów MBA to jest jeden z celów nauczania; ludzie, którzy nie umieją pracować w grupie odpadają. A zatem – solidność i dobry duch!

Nie chcę zasypać cię tysiącem złotych myśli, bo każda zasługiwałaby na długie uzasadnienie, odrębny tekst i mam świadomość, że rzucanie ich jako nieledwie haseł może być nawet przyczyną nieporozumień. Piszę tu tylko o wybranych, co do których jestem całkowicie przekonany i każdą z nich mógłbym uzasadnić garścią przykładów. Pozwól tylko na jeszcze jedną, bo wydaje mi się niezwykle ważna i bardzo niedoceniana.

Trzeba mieć motywację, a motywacja bierze się z inspiracji. Jest nawet takie angielskie sformułowanie/gra słów „insight comes from outside”. Najlepsze inspiracje biorą się od innych ludzi, tu i teraz, albo tych, którzy nas poprzedzili. Izaak Newton powiedział: „Jeśli widziałem kiedyś wyżej, dalej niż inni, to dlatego że stałem na barkach gigantów”. Jakich Ty masz gigantów, na których barki się wspiąłeś? Czytajmy biografie, oglądajmy dobre filmy, miejmy dobrych przyjaciół, wybierajmy zajęcia z dobrymi wykładowcami.

Dla geologów najważniejsza jest gleba, w wychowaniu najważniejsze jest podobno środowisko czy towarzystwo. Dobrze mieć paczkę przyjaciół, która wzajemnie się motywuje, inspiruje, jest w stanie przeczytać wspólnie dobrą lekturę i o niej podyskutować lub zobaczyć ambitniejszy film. Dzisiaj cierpimy na nadmiar niepotrzebnych informacji, z których ludzie nie są w stanie wyłowić tego, co naprawdę zasługuje na ich uwagę. Bestsellerami są książki wylansowane na bestsellery, których nikt nie wziąłby do ręki, gdyby nie krzykliwa kampania reklamowa. Nie ma czasu na rozpamiętywanie, bo wydarzenia aktualne dziś, jutro są już passé. W tych warunkach idziemy w powierzchowność, naskórkowość. Coś tracimy, życie pozbawione głębokich przeżyć ma mniej barw. Dlatego trudno wyobrazić sobie prawdziwy rozwój osobisty bez jakiejś mocnej lektury od czasu do czasu, która coś zmienia w życiu. Biografie „gigantów” nadają się do tego doskonale-;)

I jeszcze jedna sprawa - porażki, niepowodzenia. Mój pierwszy szef mawiał, że tylko ten ich nie ma, kto nic nie robi. Trzeba je wliczyć w koszty, każda porażka to po prostu zbieranie cennego doświadczenia, byleby nie popełniać tych samych błędów albo chociaż nie w taki sam sposób. Samuel Beckett jest autorem świetnej maksymy, która jest znowu nieprzetłumaczalną grą słów, więc przytoczę ją w oryginale: „Try, fail, fail again, fail better”. Jest to podobno motto aktorów angielskich uczących się tekstów na pamięć.

I na koniec - po co to wszystko? Zgodnie z zapowiedzią oddajmy głos ppłk Łukaszowi Cieplińskiemu ps. Pług. Był on dowódcą AK na Rzeszowszczyźnie, mając pod komendą ponad dwadzieścia tysięcy ludzi. Po wojnie aresztowany przez UB, skazany na karę śmierci, którą wykonano. Poniżej fragmenty grypsu, który przekazał dla swojego syna z celi śmierci. To swoisty duchowy testament. Niech jego słowa będą podsumowaniem naszych rozważań.

Andrzejku! Ażeby nie zmarnować życia, ażeby wziąć czynny udział w dokonywujących się procesach i wnieść w życie pozytywne i twórcze wartości musisz starać się zająć odpowiednie stanowisko społeczne. Celem tego nie mogą być osobiste ambicje, ale świadomość i wiara w ideały, które Tobie mają przyświecać. – Droga do tego prowadzi przez wartości charakteru i umysłu. Przez głęboką wiarę w słuszność celów [wyraz nieczytelny]. – Pamiętaj, że o wartości człowieka stanowi w pierwszym rzędzie jego charakter.

Musisz go szkolić drogą różnych wyrzeczeń. Silna wola, pracowitość, odwaga, inicjatywa, prawdomówność, godność osobista, narodowa i ludzkaoto elementy, na które zwrócić musisz specjalną uwagę. Bez silnego charakteru nie osiągniesz żadnego celu. W połowie drogi połamią Cię przeciwności. [fragment nieczytelny] Nie wolno Tobie marnować czasu na głupstwa [fragment nieczytelny] w kraju, wyjedź na zachód celem pogłębienia działu który sobie obierzesz. Wybierz zawód, który będzie Tobie najbardziej odpowiadał, a w którym będziesz mógł najbardziej pozytywnie pracować na chwałę Boga, na pożytek ojczyźnie i pociechę Matce. Na zachodzie zwracaj uwagę na zagadnienia filozoficzne, gospodarcze, społeczne i polityczne. Z języków wybierz angielski. – Musisz poznać również łacinę, celem zapoznania kultury klasycznej, – odbijającej tak bardzo [brak grypsu]

[fragment nieczytelny] pokrzywdzonym. Pamiętaj, że środki materialne, pieniądze odgrywają dużą rolę, nigdy jednak nie mogą być Twoim celem.

(….)

Bądź Polakiem, to znaczy całe zdolności zużyj dla dobra Polski i wszystkich Polaków [fragment nieczytelny] Bądź katolikiem, to znaczy pragnij poznać Wolę Bożą, przyjmij ją za swoją i realizuj w życiu. Katolik to nie niedołęga, ale zdolny przedsiębiorczy, służący dobru i walczący ze złem. Przez wykształcenie umysłu i charakteru osiągnąć musisz odpowiednie stanowisko społeczne – by cele te móc realizować.”

piątek, 2 stycznia 2015

Rozwój osobisty i sukces zawodowy – epilog albo to samo tylko inaczej cz. 1



Zadzwonili wieczorem, kazali się ubrać w marynarkę a nie mundur i przezwali „panem Zbigniewem” w zapowiedzi na fejsbuku. Cóż, służba nie drużba. Organizatorzy tegorocznego Forum Młodych postanowili mi zaufać, jak ufa się każdemu nowemu szefowi mianując go na funkcję, a ja przypomniałem sobie słowa znanego obrzędu, gdy kandydat prosi „aby uważano go za zawsze gotowego do służby”. Szkoda w sumie, że było tak mało czasu aby zebrać myśli i lepiej się przygotować, ale nie wahałem się, skoro nadarzyła się okazja aby powiedzieć coś do kilkuset młodych szefów z całej Polski.

Zazwyczaj po każdym wystąpieniu, człowiek uświadamia sobie, ile więcej kwestii można by poruszyć, a jeśli miało się je zapisane albo w głowie wcześniej a o nich się zapomniało, to takie poczucie jeszcze się wzmacnia. Spróbuję tu spisać kilka myśli, które nawet jeśli padły podczas Forum Młodych, to można je na pewno bardziej rozwinąć. I będą to właśnie myśli, garść refleksji, częściowo powiązanych ze sobą a w części trochę od siebie niezależnych.

Gdy już wspomnieliśmy o zaufaniu to może przypomnijmy na początek słowa, które papież Franciszek wypowiedział kilka tygodni temu do europarlamentarzystów w Strasbourgu:

W centrum tego ambitnego projektu politycznego było zaufanie do człowieka, nie tyle jako obywatela ani też podmiotu ekonomicznego, ale do człowieka jako osoby obdarzonej godnością transcendentną.”

To zaufanie było fundamentem cywilizacji europejskiej, zachodniej czy łacińskiej, jakbyśmy jej nie nazwali, to zaufanie jest też podstawą metody harcerskiej, ale jest też filarem wychowania i mówiąc bez ogródek - jest też fundamentem tego, że ten świat jakoś się kręci. Brak tego zaufania był i wciąż jeszcze bywa przyczyną nieszczęść. Żaden system totalitarny nie ufa ludziom. Oczywiście człowiek nadużywa tego zaufania często, więc nie jest to wszystko takie proste.

Cytowałem też papieża Benedykta, który przekonywał o tym, że „każdy z nas jest chciany, każdy miłowany, każdy niezbędny” oraz że „moralność, której naucza Kościół jest wielką wizją człowieka”.

Nie jestem w stanie przekonująco napisać, jak wspaniała jest ta wizja, ale ona przecież przyciągała i wciąż przyciąga jak magnes całe narody i kontynenty a na ziemiach polskich mieliśmy aż nadto wspaniałych historii z tym związanych. Rozwój osobisty to nieprawdopodobna przygoda na całe życie bo nie ma on praktycznie punktu docelowego, którego nie można by przekroczyć. Dlatego tak mocno brzmią te słowa obrzędu Wymarszu Wędrownika: „Czy wiesz, że Harcerz Rzeczypospolitej nigdy nie przestaje pracować nad sobą i nigdy nie uważa, że już wszystko osiągnął? Czy chcesz być dziś lepszym niż wczoraj, a jutro niż dziś?” „Tak, chcę!”

Kariera nie wydaje mi się odpowiednim słowem dla nas, takie postawienie sprawy nie powinno nas zbytnio interesować. Wyjaśni nam to najlepiej ostatnie przesłanie z celi śmierci ppłk Łukasza Cieplińskiego ps. „Pług” do swojego ukochanego, długo oczekiwanego i jedynego syna, którego fragmenty zamieścimy na końcu tego tekstu. Chodzi bowiem właściwie tylko o jedno – o pomnożenie talentów, o odkrywanie planu życia dla siebie i realizowanie go najlepiej jak potrafimy, „ze wszystkich sił”. W nauce a potem w pracy zawodowej wykonywać swoje obowiązki z całym zaangażowaniem, na jakie nas stać, w czasie, jaki mamy przeznaczony na pracę. Tylko tyle i aż tyle! Jeśli przyjdzie sukces, będzie on niejako efektem ubocznym, naturalnym następstwem dobrego wykonywania tego co do nas należy.

Kolejna z tym związana sprawa – nie porównywać się, ustawiać poprzeczkę wysoko sobie, najbardziej rywalizować z sobą samym, dzisiaj – ze sobą dnia wczorajszego, jutro - ze mną dzisiejszym. Gandhi powiedział „Nie jest ważne, byś był lepszy od innych. Ważne jest, byś był lepszy od samego siebie z dnia wczorajszego” i ta myśl wydaje mi się niezwykle trafna. W Polsce wciąż mamy tendencję do równania w dół, ktoś robi „karierę”, buduje firmę, zarabia pieniądze i dość szybko widzi, że osiągnął więcej niż rodzice, koledzy z klasy w gimnazjum czy liceum albo ze studiów. I co wtedy? Bardzo często osiada na laurach. Ja widziałem sporo takich historii w moim życiu zawodowym, przypomnę, że jako prawnik prowadzę różne transakcje i jestem dość blisko biznesu. I zamiast rozwijać firmę nadal, aby ze średniej stawała się duża a potem wielka i zatrudniała coraz więcej ludzi, produkowała coraz więcej coraz lepszych towarów, przynosiła coraz wyższe dochody – ktoś ją sprzedaje, bo przecież i tak do końca życia nie będzie musiał pracować. Smutne. Podobnie świat tzw. celebrytów, ktoś wdziera się na ten Parnas jakąś piosenką, a potem widzimy go tylko w kolorowej prasie i telewizji i nawet nie wiemy, co on/ona niegdyś zaśpiewał albo w ogóle co robi oprócz wypowiadania się z zaskakującą pewnością siebie na każdy temat. Jednak odnośmy te prawdy przede wszystkim do siebie, bo to wyjaskrawione przykłady, a takich sytuacji jest o wiele więcej w szkole czy na studiach i każdy z nas może mieć chwile, gdy coś idzie mu dobrze, lepiej niż innym i wtedy jest pokusa samozadowolenia. Bardzo złudnego, bo może jest tak, że mimo bycia najlepszym ktoś pracuje na 50% swoich możliwości, nie daje dwukrotności talentów ale dużo mniej. A więc Gandhi ma tu rację!


Powołaniem człowieka jest bowiem pracować, w Księdze Rodzaju czytamy, że człowiek został stworzony aby pracował, ut operaretur. I znowu cytat, znakomity, wyjaśniający to dogłębnie:

„Praca jest dobrem człowieka – dobrem jego człowieczeństwa – przez pracę bowiem człowiek nie tylko przekształca przyrodę, dostosowując ją do swoich potrzeb, ale także urzeczywistnia siebie jako człowiek, a poniekąd bardziej staje się człowiekiem”.

To encyklika Laborem exercens Jana Pawła II. To dlatego polityka musi interesować to, czy ludzie mają pracę i jego zadaniem jest m.in. stwarzać warunki aby praca była. Jaka jest przyczyna emigracji, dlaczego z Polski wyjechało w ostatnich latach ponad dwa miliony ludzi? Właśnie za pracą, aby pracować. Czy tylko za lepiej płatną pracą, czy powodem były wyłącznie pieniądze? Wynagrodzenie za pracę jest istotnym, często rozstrzygającym czynnikiem zmiany pracy, podjęcia jej czy poszukiwania zagranicą. Jednak nie jedynym. Praca jest naturalną potrzebą, naturalnym obowiązkiem człowieka, dzięki niej człowiek staje się jeszcze bardziej sobą. Jestem głęboko przekonany o niezwykłej treści podkreślonego fragmentu, jest w nim zawarta wielka wizja pracy ludzkiej. Mam mnóstwo przykładów z codziennego życia zarówno zawodowego, swojego i innych, jak i z przypatrywania się moim dzieciom, jak dobrze wykonana praca poprawia samopoczucie, buduje pewność siebie, dodaje skrzydeł, daje spokój a nawet szczęście, że zrobiło się to, co należało zrobić w danej chwili. Jednak praca dobrze wykonana to także służba innym, tym, którzy z niej bezpośrednio korzystają (klienci, odbiorcy wytworzonych towarów, pacjenci, pasażerowie, kupujący, etc.), ale i całemu społeczeństwu. Jesteśmy systemem naczyń połączonych, współistniejemy w tysiącach relacji, i w zaufaniu do tysięcy ludzi, to zaufanie jest oparte na ich dobrze wykonywanej pracy. Rozejrzyjmy się wokół, wychodzimy z domu jedziemy na uczelnię czy do pracy. Ktoś musiał dobrze wytworzyć asfalt, ktoś go położyć, skonstruować autobus, opanować sztukę kierowania nim, dobrze naprawić ostatnio hamulce, wyregulować sygnalizację świetlną na drodze, itd. Jeśli ktoś w tym całym łańcuchu współzależności swoją pracę wykonał źle, będziemy na to utyskiwać, popsuje nam to humor, a nawet może skończyć się wypadkiem. Katastrofa statku kosmicznego „Challenger” została spowodowana tym, że ktoś źle dokręcił jakąś śrubkę. Może myślał, że jego praca jest banalna, rutynowa albo mało istotna w porównaniu z pracą innych. Mylił się.

Dobrze wykonana praca to również służba swojej rodzinie, która dzięki temu ma środki do życia, i w końcu służba Ojczyźnie i Bogu. Każda praca! Jeśli ktoś myśli, że zamiatając ulice nie realizuje tych wielkich celów, to niestety również się myli. Oczywiście ważniejsza dla nas wszystkich jest praca ministra, który podejmuje decyzje, od których zależy wiele a jak ktoś źle posprząta ulicę to państwo się nie zawali. Jednak i jedno i drugie może i powinno być dobrze wykonane, i jest służbą. To jest fundament cywilizacji europejskiej, zachodniej, i żadni protestanci, żadni kalwini, jak to nam się wmawia na czele z Maxem Weberem i jego dziełem o etyce protestanckiej co to zbudowała kapitalizm, nie wymyślili tej etyki pracy. Wcześniej była Księga Rodzaju, „ora et labora” i wielkie katedry. Był też Kraków i jego kupcy, gdzie krzyżowały się największe szlaki handlowe Europy. Ale to temat na inny tekst.

Tymczasem Polska potrzebuje charyzmatycznych listonoszy, kierowników najnudniejszych urzędów, poczt, uśmiechniętych właścicieli sklepików i straganów na bazarze, jak i zapalonych naukowców i inżynierów, przejętych swoją pracą nauczycieli, lekarzy i reżyserów. Polityków, samorządowców, urzędników, przedsiębiorców i wielu innych.

Miałem i mam szczęście znać wiele osób spośród moich klientów i współpracowników, od których mogłem się czegoś nauczyć i cały czas się uczę. Pamiętam doskonale spotkanie, na którym były pilot NATO a potem główny dyrektor wielkiej firmy, skrupulatnie notuje w swoim kołonotatniku to, co objaśnia mu świeżo upieczony prawnik na spotkaniu. Ja na następne spotkanie sprawdziłem wszystko cztery razy. Lekcja pokory w uczeniu. Dawałem też przykład kolegi, który zrobił błyskotliwą karierę zaczynając od skrupulatnego wykonywania obowiązków, które były poniżej jego kwalifikacji, ale bardzo angażując się i będąc bardzo kreatywnym, co po pewnym czasie zostało zauważone i zyskało uznanie przełożonych, którzy zaczęli powierzać mu coraz trudniejsze zadania. Przywiodło go to z czasem do spektakularnego sukcesu. To trochę historia przypominająca tę z filmu „W pogoni za szczęściem”, który na marginesie warto obejrzeć.

 
Aby dobrze pracować, trzeba się do tego przygotować czyli, moi drodzy, kolejny wielki temat – NAUKA!

W wolnym, sprawiedliwym kraju, nauka, pilność, solidność powinny być drogą do sukcesu, również materialnego. Z konkretów w tym temacie to mam ich tylko kilka.

Po pierwsze, umiejętność skupienia, bez względu na zawód, jeśli ktoś nie umie w ciszy, skupieniu, bez dystrakcji uczyć się przez bitą godzinę, przykuty do biurka - nic nie osiągnie. Trzeba o tę umiejętność walczyć w dobie fejsbuka, chatów, maili, telefonów, smsów, rozrywki montowanej w służbowych telefonach i komputerach, muzyki sączącej się z byle komórki.

Po drugie, własna technologia nauki. Każdy musi mieć swoje sposoby, techniki przechytrzania swojego lenistwa i gnuśności, a może tylko lepszego wykorzystywania czasu i bardziej efektywnego uczenia się. Po co spędzać trzy godziny nad czymś co można opanować w godzinę. Tu należy być kreatywnym i zmieniać te metody, eksperymentować, począwszy od jak najszybszego czytania ze zrozumieniem poprzez różne sposoby sporządzania notatek, wykresów, style i kolory podkreśleń, dopisków na marginesach, etc., aż po techniki nauki na pamięć czy mnemotechniki ułatwiające zapamiętywanie. Ja w czasach szkolnych miałem w pogardzie gorliwców z pierwszych ławek podkreślających w zeszycie linijką najważniejsze kwestie, a w życiu dorosłym wielokrotnie zaskakiwało mnie jak któryś ze starszych kolegów, doświadczony mecenas albo manager robi skrupulatne notatki z podkreśleniami. Dobre nawyki najlepiej wyrabiać w określonym wieku, jeśli chodzi o techniki pracy umysłowej, im wcześniej tym lepiej.

Po trzecie, uczyć się od najlepszych. Św. Brat Albert kiedy był tylko Adamem Chmielowskim chcąc uczyć się malarstwa, postanowił wyjechać do Niemiec, aby uczyć się techniki od najlepszych mistrzów. Mawiał wtedy, że nie będzie pił z kałuży, skoro może udać się do czystego źródła. Wielokrotnie jako opiekun doradzałem szefom zapisywanie się na wymagające zajęcia z wykładowcami, którzy mogą czegoś nauczyć. Z perspektywy czasu to tylko się liczy, nabycie konkretnej wiedzy i umiejętności, a nie zaliczenie zajęć za cenę straty kilkudziesięciu godzin czasu.

Po czwarte, dwie złote reguły nie tylko nauki ale generalnie rozwoju osobistego: wychodzenie poza strefę swojego komfortu oraz dochodzenie do granic możliwości. Znajdziecie te zasady w mądrych książkach o rozwoju dla managerów. Gdyby wychodziły jeszcze książki o pracy nad charakterem, na pewno tam też byłaby o tym mowa. Ja usłyszałem o tych zasadach niedawno, ale przeżyłem je na własnej skórze w liceum. Gdyby nie to liceum, nie ten wycisk, który tam dostałem, nie wiedziałbym nawet, że jestem w stanie działać na tak wysokich obrotach, uczyć się tak efektywnie, że na tyle mnie stać. Nie mam wątpliwości, zmarnowałbym się. Jasne, że każdy jest inny i niektórzy pracują intensywnie sami z siebie i w każdych warunkach, mnie takie dociśnięcie wtedy było bardzo potrzebne. Tak czy inaczej, „ciepełko” zabija rozwój, jeśli nie podejmujesz się zadań, które coś cię kosztują, może trochę stresu, tremy, spięcia czy napięcia, a tak będzie zawsze jeśli coś robisz po raz pierwszy; jeśli asekurancko nie wychodzisz poza strefę, nad którą już panujesz, w której dobrze się czujesz, już masz ją oswojoną, odcinasz kupony – to zacząłeś proces atrofii i obumierania. Oczywiście to jest wygodniejsze, bezpieczniejsze, ale tak nie sięga się gwiazd.

Dochodzenie do granic możliwości – to rozumie każdy kto uprawia sport, albo rehabilituje kończynę. Nie da się zmierzyć, określić jakie możliwości mamy, jeśli nie dojdziemy do ich granicy. W sporcie to proste - biegniemy i przy którymś metrze czy kilometrze ustajemy. Chciałbym być tu dobrze zrozumiany, nie chodzi tu o pracę ponad siły, 300% normy, stachanowców z czasów odbudowy Warszawy czy wyścig szczurów. Raczej o stawianie sobie porzeczki na odpowiedniej wysokości.
c.d.n.