sobota, 25 stycznia 2014

Eurojam 2003 - wycinki cz. 4


1 sierpnia 2003 r.

 
Wczoraj przyjechali prawie wszyscy Polacy. 1 sierpnia natomiast falami nadciągali Włosi (4 pociągi) oraz pierwsze drużyny francuskie.
 
 
Odwiedzam redakcję „The Daily Żelazko”. Po pokojach zaadaptowanego na pomieszczenia redakcji budynku w stanie surowym oprowadza mnie redaktor naczelny Paweł Lochyński, spiritus movens tego szalonego przedsięwzięcia. Kiedy Paweł z przyjaciółmi redagującymi na co dzień „Gniazdo” wyszli z propozycją tworzenia eurojamowej gazetki, spotkali się wręcz z niechęcią niektórych: „Co, tyle pracy, wyzwań logistycznych i innych a wy jeszcze myślicie o gazecie. Dajcie spokój, to nierealne, nie mamy tyle środków, ludzi, etc.”. Nie wiem jak oni to zrobili ale na zlocie stawiła się 30-osobowa międzynarodowa redakcja zaopatrzona w aparaty cyfrowe, dyktafony, komputery. Około 10 osób to zaangażowani przyjaciele spoza ruchu harcerskiego. W trakcie budowy obozu patrzono nieufnie i z pewną dozą lekceważenia na redaktorów wydających próbne numery, gryzmolących coś w swoich notesach, robiących zdjęcia i machających ręką, przejeżdżając rowerkiem gdy inni harowali w pocie czoła i w spiekocie słońca. Gdy jednak do rąk uczestników trafił pierwszy a potem drugi i kolejne wydania „The Daily Żelazko”, które były wręcz wyrywane sobie z rąk do rąk – nie było chyba osoby, która nie oddałaby honoru i nie biła pokłonów przed przedstawicielami redakcji a zwłaszcza przed Pawłem. Co do bicia pokłonów to nie używam tego sformułowania wyłącznie w przenośni. Warto przytoczyć historię gdy jedna z francuskich szefowych biorących udział w ekipie przygotowującej Eurojam obiecała Indze Matysiak – redaktorce „The Daily Żelazko”, że jeżeli pomysł ten uda się zrealizować to ona na środku miejscowości Żelazko klęknie przed nią aby się pokajać za swoje niedowiarstwo. Gdy 11 sierpnia obie druhny spotkały się w Żelazku, Francuzka padła na kolana przed Ingą na środku ulicy ku konsternacji świadków tego zdarzenia.
 
 
 
Jak mawiał Marcin Kruk, warto było wpaść do redakcji późnym wieczorem aby „zaciągnąć się atmosferą bohemy”. Faktycznie, klimat przypominał prawdziwe redakcje, mnóstwo nerwowo krzątających się ludzi, rozmaite papiery i próbne wydruki oblepiające wszystkie ściany. W każdym pokoju kilka osób w zupełnym skupieniu, jakby nie było tam nikogo więcej, wpatrzonych w ekrany swych komputerów i cyzelujących artykuły. W innym pomieszczeniu przeglądanie zdjęć i wybieranie ich do danego numeru. Praca nad numerem trwała do późnych godzin nocnych, do 2-ej, 3-ej w nocy lub nawet później. Młodą redakcję wspierało kilku ‘weteranów’ profesjonalnie na co dzień zajmujących się takimi sprawami: Paweł Kula – prywatnie fotoreporter PAP, przez cały dzień robił zdjęcia a wieczorem wybierał najlepsze do gazety. Ku utrapieniu żony i dzieci był bardzo oddany pracy w redakcji. Wspierał go Paweł Przypolski w tej fotoreporterskiej doli, prywatnie mąż Naczelniczki. W składzie pomagał redakcji Sławek Korba - od kilku lat współautor kalendarza i jego redaktor, a także właściciel małej agencji reklamowej i nie da się ukryć mój rodzony brat. Złożony numer jechał w nocy na CD do drukarni w Krakowie, skąd po wydrukowaniu francuską furgonetką około południa w 8.000 egzemplarzy trafiał do Żelazka.
 
 
 
2 sierpnia 2003 r. sobota
 
 
 
Tego dnia przybyli już prawie wszyscy. W głównej kwaterze podobozu międzynarodowego pracowała ekipa do specjalnych zadań pod wodzą Grzegorza Szewczyka – ex-drużynowego z Nałęczowa. Wspierali go wędrownicy z Radomia Paweł Maciejewski i Staszek Świeżewski. Osobiście byłem bardzo zadowolony z ich pracy, po prostu kipieli energią i gotowością do wszelkiego rodzaju zadań, z których żadne nie wydawało się trudne. Można powiedzieć, że byliśmy jak niańka. Każdy przychodził do nas z rozmaitymi sprawami a my, choć sami nie byliśmy najczęściej w stanie ich rozwiązać, stawaliśmy na głowie aby takie rozwiązanie, satysfakcjonujące dla zainteresowanego, jak najszybciej nastąpiło. Najbardziej chłopakom z kwatery podobały się akcje nocne, np. zorganizowanie rozładunku obcokrajowców, wsparcie służby wartowniczej, organizowanie noclegu dla jakiegoś seniora, który przyjechał bez sprzętu z wizytą na zlot, interwencja w obozie włoskim dotycząca jakichś sytuacji z mieszkańcami, etc. Zwłaszcza na początku Eurojamu było wiele spraw. Najpierw zebranie uaktualnionych danych do Gemini dla Paolo Bramini, który ze swoją ekipą informatyków dzień i noc pracował nad tym aby wszystkie zastępy miały zajęcia z zastępami z innych krajów. Potem wydruk identyfikatorów dla uczestników, molestowanie ekipy logistycznej Eurojamu aby dostarczyła nam wystarczającą ilość papieru toaletowego, co było niezwykle ważne np. dla Niemców, którzy kilka razy na dzień pytali „czy już jest papier?” a kiedy smutni dostawali odpowiedź, że jeszcze nie, naciskali „to kiedy będzie?” Po kilku dniach takich różnych akcji, gdy było już mnóstwo papieru toaletowego, wszyscy dojechali, mieli drewno, identyfikatory i z rzadka pojawiały się poważne wyzwania, któregoś razu zagadał do mnie Paweł, że wszystko idzie tak dobrze i on nie ma co robić. Jak się wkrótce miało okazać, pozorna bezczynność nie trwała długo.

 

c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz