niedziela, 2 stycznia 2022

Nie tylko Zenek, nie tylko Sławomir


Zerkanie w wieczór sylwestrowy do telewizora i natykanie się za każdym razem na Zenka Martyniuka, nieco mnie rozbiło psychicznie. One man show?

Gdy rodzina dochodziła do siebie po sylwestrowej nocy i smacznie spała, ja nie mogąc pogodzić się z tym, co ujrzałem w telewizji, usiadłem do komputera i postanowiłem Wam opowiedzieć o dawnych czasach. Być może dołączę ten tekst do zbiorku szkiców z początków tzw. naszej wolności. Tak, tak Kochani, mam taki PESEL, że załapałem się na końcówkę PRL-u i okres tzw. transformacji ustrojowej. Korzystając z chwili przerwy zawodowej wróciłem myślami na chwilę do zamierzchłych czasów, by wydobyć z nich strzępki wspomnień. Nie było łatwo. Jednak szybko okazało się, że dokonując tego ćwiczenia, wpisałem się w trend. Mamy bowiem właśnie kilka świeżych filmów w kinach z rzeczywistością początku lat dziewięćdziesiątych w tle. Dla większości to prehistoria, ale mam tu wśród znajomych jednak paru rówieśników. Jeśli uda Wam się chociaż raz mimowolnie uśmiechnąć czytając jakiś fragment tego tekstu, proszę dajcie mi o tym znać albo chociaż dajcie kciuk w górę😉
Każdy chciał być DJ-em
Nie tylko Zenek, nie tylko Sławomir są idolami masowej wyobraźni! Ci dwaj dżentelmeni dołączają do długiego korowodu artystów, piosenkarzy, muzyków i postaci show biznesu porywających tłumy, inspirujących, nadających sens powszednim, szarym dniom, przenoszących nas do lepszej rzeczywistości, umilających życie swymi aksamitnymi głosami. Choć trudno w to uwierzyć obserwując od kilku lat zakopiańskie „Sylwestry z Dwójką”, nie są jedyni a przed nimi było wielu, wielu innych, którzy pozostaną na zawsze w naszej pamięci. Im dedykuję to wspomnienie.
Jako przewodniczący samorządu szkolnego naszej podstawówki, musiałem coś z siebie wykrzesać. Lud szkolny domagał się chleba i igrzysk. Co do chleba, to chodziliśmy na posiedzenia Rady Pedagogicznej i tam błagaliśmy o jakieś wolne od klasówek w piątki, losowanie szczęśliwego numerka i tym podobne historie. Co do igrzysk, to gazetka szkolna mimo naszych wielkich starań nie okazała się żadną atrakcją.
Należało zrobić dyskotekę! Tak, dyskotekę! Z czadową muzyką, zgaszonym światłem, dymem, szklaną kulą i kolorowymi pulsującymi światłami, ostatni krzyk mody. Akurat pasjonowałem się muzyką. Lista Przebojów Trójki Marka Niedźwieckiego, prezenterzy Marek Sierocki i Bogdan Fabiański w Polskim Radiu to była awangarda. Marzyłem, że kiedyś skoczę do Warszawy i wezmę udział w imprezie prowadzonej przez Sierockiego albo Fabiańskiego. Ależ byłby czad! Tymczasem z kolegą Henrykiem pojechałem do Ostrowca Świętokrzyskiego, bo dostałem cynk, że akurat tam rzucili do sklepu wzmacniacze. Dojechaliśmy autostopem, ale wzmacniaczy już nie było. Kupiłem za to radio z wbudowanym wzmacniaczem. Bo takie jedno radio jeszcze zostało. W kolejnym tygodniu kopsnęliśmy się do Starachowic, bo tam z kolei rzucili magnetofony. Niestety zostały tylko czarne, nie do kompletu. Dobre i to, wziąłem za ostatnie pieniądze. W kolumny zaopatrzyłem się kilka tygodni wcześniej, rzucili do Skarżyska-Kamiennej, gdzie oczywiście natychmiast zameldowaliśmy się. Miałem zatem sprzęt nadający się do głośnego puszczania muzyki.
Nie wiem do końca, dlaczego władza ludowa tak drażniła konsumentów. Po co komu sam wzmacniacz w Ostrowcu albo kolumny w Skarżysku-Kamiennej? Mój ojciec kiedyś stał całą noc w kolejce przed sklepem sportowym, bo dostał cynk, że mają rzucić namioty. Namiot by nam się przydał do wyjazdów, bo stary nie nadawał się już do użytku. Nad ranem okazało się, że dojechały nie namioty, tylko rowery i śpiwory. Rowerów trzy sztuki, więc ojca już to szczęście nie objęło, za to kupił dwa śpiwory. Wprawdzie mieliśmy już śpiwory, ale skoro je rzucili, grzechem byłoby nie wziąć po całej nocy koczowania pod sklepem na zimnie.
Innym razem całą rodziną obstawialiśmy dostawę mebli. Mamie marzyły się mahoniowe matowe regały. Nie dotarły. Może w przyszłym tygodniu? Znowu koczowanie i tak ze trzy razy. W końcu przywieźli. Jasne, na wysoki połysk. Wzięliśmy oczywiście. Do dzisiaj straszą w mieszkaniu mojej mamy. Ale ile było podczas tych komitetów kolejkowych zabawy wieczornej i nocnej, podchody, w chowanego, berek, żarty, totalna integracja dzieciarni asystującej matkom i ojcom. Ach, wspomnienia... Wróćmy jednak do rozpoczętej historii.
Kasa samorządu szkolnego świeciła pustkami, więc o wynajęciu profesjonalnego didżeja nie mogło być mowy. Postanowiłem poprowadzenie szkolnej zabawy wziąć na siebie.
Z pomocą kolegi zwiozłem cały sprzęt do szkoły, zwolniliśmy się z ostatniej lekcji i ustawialiśmy wszystko na sali gimnastycznej, która miała być świadkiem najlepszej imprezy w historii naszej podstawówki. Mimo unoszącego się w powietrzu zapachu materacy, kurzu i młodzieńczego potu wydobywającego się podczas karkołomnych skoków przez kozła - wszystko zapowiadało się po prostu przednio. Najfajniejsze dziewczyny zapewniały, że przyjdą, podczas ostatnich dni trwała jedna wielka ekscytacja tematem, cała szkoła szykowała się na ten wieczór. A ja uwijałem się aby przygotować jak najlepszą playlistę. Czy to wymagało dużego zachodu? No, wyobraźcie sobie. Nie ma Spotify, nie ma streamingu ani plików na telefonach, nie ma nawet telefonów… Co?
Co jest? Jest kaseta magnetofonowa zakupiona za ciężkie pieniądze zarobione na zbieraniu butelek, makulatury i złomu. Jest i inna kaseta magnetofonowa zakupiona za ciężką kasę sprezentowaną na imieniny przez ciocie i babcie, na której pieczołowicie ponagrywane są hity z radia. Czasami coś jest urwane na końcu, albo nie ma początku bo wcisnąłeś klawisz nagrywania dopiero po zorientowaniu się, że w „Lecie z Radiem” leci właśnie hit, na który cały wieczór czyhałeś. Te kasety są jakoś tam poopisywane, ale nie zawsze precyzyjnie. No i jak chcesz znaleźć piosenkę nagraną w dwudziestej minucie, to nie masz żadnego podglądu tylko przesuwasz taśmę „na oko”, odsłuchujesz przez słuchawki aby ustawić ją w odpowiednim momencie startowym piosenki, którą akurat uznałeś, że warto puścić. A sprzęt do miksowania? Takie dwie płyty co to kręcisz po nich szpanersko palcami? No stary, może Sierocki i Fabiański mieli, ale nie ja, skromny uczeń, skromnej podstawówki, w skromnym mieście u schyłku PRL-u. Mieliśmy entuzjazm, to wszystko.
Rozpoczęliśmy zabawę naprawdę z kopyta. Popłynęły piosenki Modern Talking, Bad Boys Blue, Wham i Michaela Jacksona. Shakin Stevens też wszedł do gry, a wtórował mu zespół Europe. Same hiciory. Nie pamiętam tylko czy zagraliśmy ulubieńca nastolatek Limahla, albowiem wyróżniał się on głównie fryzurą i tym, że dobrze wyglądał na plakatach. Nie wiem też, czy graliśmy Samathę Fox, która z kolei wyróżniała się głównie tym, że z plakatów kusiła płeć męską. Jednak muza była zacna. Nie zabrakło Perfectu, Kombi i Maanamu. Szał niebieskich ciał. No, rozmarzyłem się. W rzeczywistości dziewczyny tańczyły a chłopcy podpierali głównie ściany.
Już po pierwszych kawałkach przy mojej „konsoli” czyli przy dwóch szkolnych ławkach, na których stał „sprzęt” i walały się kasety, zaczęło gromadzić się coraz więcej ludzi. Ten i ów proponował aby zapuścić to czy owo. Inny obracał w rękach kasetę, w skupieniu czytając jej opis, by znaleźć swoją ulubioną piosenkę i zaproponować abym ją właśnie puścił. Inni po prostu podpierali ścianę za moimi plecami i grzali się w cieple stanowiska didżeja. Każdy chciał być didżejem, takie to były czasy. Z każdą chwilą tłum wokół mnie gęstniał. Koledzy wcześniej pomagający mi, teraz gdzieś się ulotnili, za to pojawili się Jajos, Kendi i Bużak, znane łobuziaki. Z Jajosem byłem w dobrych stosunkach, uważałem go za wrażliwego młodzieńca, któremu nie ułożyło się życie. Dostarczał mi wiedzy o ludziach. Dysponował także imponującą wiedzą teoretyczną o anatomii ludzkiego ciała, jak również pewną praktyką, o której ochoczo opowiadał. Bużaka się bałem, był narowisty i nieprzewidywalny, bez paralizatora lepiej było do takiego nie podchodzić. Koledzy Jajos i Kendi jakoś go obłaskawiali, choć był od nich starszy. Czwartoroczny drugoroczniak, czy jakoś podobnie - powtarzanie czwarty raz klasy, choć nie tej samej. Najpierw powtarzał czwartą, potem piątą, a teraz drugi raz siódmą, czyli był ode mnie ze trzy lata starszy choć chodził do niższej klasy. Taka karma…
Zacząłem rozglądać się w poszukiwaniu nauczycieli. Mieli pilnować imprezy, taki był warunek zgody dyrekcji na dyskotekę. Na początku ich grupka kłębiła się w okolicy wejścia na salę, wydawała bilety, sprawdzała tożsamość. Jednak teraz nie mogłem wyłowić z coraz bardziej gęstniejącego tłumu żadnego z nich. Jak się później dowiedziałem w związku z „gęstnieniem tłumu” ciało pedagogiczne pod wodzą pana Bojkerta zamknęło się przezornie w kantorku wuefistów i tam, racząc się „kwiatem jabłoni” a może i czymś mocniejszym, przeczekało do końca imprezy. Pan Bojkert, och trzeba było go raz zobaczyć, by w mig zrozumieć, na czym polega selekcja negatywna do kadr nauczycielskich. Można by też zrozumieć, dlaczego dał się wrobić w pilnowanie młodzieży na dyskotece szkolnej w najbardziej zakapiorskiej dzielnicy naszego miasta. Spuśćmy zasłonę milczenia, dość powiedzieć, że był to najbardziej tchórzliwy osobnik, jakiego w życiu spotkałem. Właśnie on miał pilnować porządku na naszej dyskotece!
Tymczasem impreza rozgrzewała się do czerwoności, a do sali gimnastycznej napływali wciąż nowi ludzie. Poszły w ruch gotowe remiksy, z najbardziej znanym, gdzie piosenkarz a może miksujący didżej bekał między piosenkami. Zawsze mnie intrygowało, kto i dlaczego tam beka, niestety rozwiązania tej tajemnicy nigdy nie poznałem. Zacząłem nerwowo wyrywać kasety ze spoconych rąk, mówiąc, że właśnie są potrzebne. Chowałem je do kieszeni, a potem ukradkiem przenosiłem na zaplecze do torby. Do zaplecza miałem klucz, i była to najlepsza rzecz związana z tą imprezą, jaka mi się przydarzyła. Moje przerażenie rosło bowiem z minuty na minutę, gdy do sali wtaczał się coraz bardziej nieciekawy element, przy którym Bużak mógł uchodzić za grzecznego i dobrze ułożonego młodzieńca. Suskiewicz, czyli młodociany podejrzany o zabicie matki, jego niedorozwinięci kompani znani z brutalności. Dalej gang kulturystów, dla których jedynym sensem życia była masa i rzeźba. Kazik, który powinien znajdować się w poprawczaku i wielu, wielu innych. Gdy wszedł Czarny Lolek ze swoją świtą zrozumiałem, że czas się ewakuować. Nie wiem, w którym momencie zaczęły się przepychanki i w ruch poszły pięści, nie pamiętam też, kiedy przyjechała milicja obywatelska i rozwiązała imprezę, oswabadzając uwięzionych nauczycieli i odprowadzając w kajdankach do milicyjnej „suki” co bardziej krewkich amatorów tańca.
Wielu rzeczy z tamtego wieczora wolałbym nie widzieć i nie pamiętać.
Nie wiem czemu, ale obawiałem się głównie o sprzęt. Na myśl o kolejnych podróżach do Starachowic i Ostrowca Świętokrzyskiego odechciewało mi się jakichkolwiek dalszych prób bycia didżejem.

niedziela, 26 grudnia 2021

Być jak Steve Jobs

Drodzy,
parę dni minęło, niektórzy z Was przeczytali, skomentowali, zalajkowali. Dziękuję! Nie zawiedliście. Można na Was liczyć. A mamy już gorączkę przedświąteczną, nie jest łatwo znaleźć nawet kilka minut na czytanie długich wpisów na fejsbuku. Ale do kogo miałem się skierować jak nie do przyjaciół i znajomych? Do tych, z którymi wymieniamy się tutaj dobrymi chwilami, refleksjami, udostępniamy sobie to i owo i lajkujemy.
Część moich przyjaciół i znajomych to jednak ludzie cyfrowo wykluczeni-:( np. nie używają facebooka. O Instagramie tylko słyszeli, że istnieje, twittera nie widzieli na oczy. To nie jest oczywiście do zbawienia konieczne, a nawet do szczęścia na tym łez padole, jednak zaskakuje. Szczególnie nie jest potrzebne a nawet przeszkadza gdy ktoś ma małe dzieci i intensywną pracę. Jednak jak wtedy być z nimi w kontakcie, jak mam do nich dotrzeć? Owszem, jestem zwolennikiem, a wskutek pandemii, jeszcze większym, kontaktów bezpośrednich, w REALU. To dlatego ludzie z dwóch firm lecą przez pół świata na spotkanie, to dlatego płacimy słono za koncert, bo oznacza co innego niż słuchanie muzyki przez słuchawki, to dlatego warto chodzić do kina choć można by sobie obejrzeć w samotności na komórce. Może kiedyś zrobimy spotkanie w sali Expo, aby wszyscy się zmieścili. Może wynajmiemy salę kinową, co parę razy mi się zdarzyło w przeszłości, aby wszyscy znajomi wbili na oczekiwaną premierę. Może na wiosnę, jak liczba pozytywnych testów na dobę spadnie poniżej tysiąca. Tymczasem naprawdę nie wiem, jak do nich dotrzeć.
Podczas tych kilku ostatnich dni zupełnie niezwykłe sytuacje. Kilka żon podczas weekendu w trakcie różnych wydarzeń towarzyskich i społecznych, mrugało do mnie porozumiewawczo, że świetny wpis. Na to mruganie ich mężowie patrzyli lekko zaskoczeni, by nie powiedzieć zaniepokojeni. Dziewczyny, oni dla Was harują dzień i noc, nie mają czasu nawet na mecz w piłkę z kumplami a mieliby skrolować fejsbuka? Jeszcze Wam to potrzebne? To że nie skrolują to może być mój problem, ale nie Wasz! I nie Waszych dzieci! Niechaj im ojcowie dają każdą swoją wolną chwilę a nie poświęcają jej na Internet. A zatem niechaj tak zostanie, jeśli musi. Zawsze możecie im do poduszki coś przeczytać. Albo tylko spokojnie wyjaśnić, że nie ma powodu do niepokoju😉
W któryś z dni tego tygodnia natomiast zupełny hit (widzicie, jeszcze nie zacząłem na 100% w nowej firmie a już mi się dni zacierają, ależ tempo). W każdym razie: wpadam po lunch na wynos a tu impreza firmowa. Znajome twarze, świąteczna atmosfera, co za miły zbieg okoliczności. I te znajome twarze mi mówią, że dobry wpis był, motywujący, tylko do końca nie wiedzą co tam prawdą było a co fałszem…
No, Kochani, o to właśnie chodzi. Ja wiem ale nie powiem. Wiem też, że najbardziej wszystkich pobudziło to 100 pompek. I panów, i panie! Oczywiście panie - nie pod kątem własnych celów sportowych. Zostawmy jednak te pompki na chwilę.
Różne inne rzeczy Wam się podobały. Powiem tak, mnie też. Niestety doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny a godzina sześćdziesiąt minut. Nic na to nie poradzimy. Trzeba dokonywać wyborów. Ja naprawdę się starałem dużo ogarnąć w ostatnich miesiącach. W normalnym cyklu pracy większość z tego odpuszczam, nawet nie zbliżam się do takich pomysłów, na które porwałem się ostatnio. No bo ileż można od siebie wymagać po kilkunastu godzinach negocjacji? Nie pisałem tu nawet, ile książek napocząłem, ile kupiłem, bo uważam że warto byłoby je przeczytać. Nigdy się to nie uda, nie ma złudzeń. Ale przecież mało kto cokolwiek czyta. Na prezent ciężko coś sensownego kupić, uniwersalnego. Wolę w sumie abyśmy czytali jedną książkę, powoli, a może i kilka razy, jeśli to coś wnosi, rozświetla, daje satysfakcję, pocieszenie, zrozumienie, może nawet zmienia życie, niż tysiące innych.
Jednak płyńmy do brzegu, moje dzisiejsze pytania do Was. Mogę być jak Steve Jobs, który wiedział co ludzie chcą, chociaż oni o tym nie mieli pojęcia. To jest historia smartfonów, ekranu dotykowego itd. I trochę tak musi być z piszącym na serio. Sienkiewicz, toutes proportions gardes, chociaż wszyscy wydawcy, ludzie dobrej woli wokół odwodzili go od pisania powieści historycznej, bo przecież Kraszewski napisał już wszystko i ludzie mają tego dość, brnął w pisanie „Ogniem i mieczem” bo takie miał przekonanie. Przeciwko wszystkim wypuścił tekst, który porwał tłumy, zmienił wszystko w jego życiu, pociągnął za sobą kolejne i zmianę społeczną, i wiele więcej. Jednak z drugiej strony podoba mi się to co powiedział Ratzinger, że nigdy nie udawał kogoś kim nie jest. Ja na pewno nie jestem Stevem Jobsem, jestem taki, że chciałbym wiedzieć czego chcecie😉 Może nie tonem drani z czarno-białych filmów gangsterskich cedzących przez zęby: what do you want? Ale chciałbym wiedzieć co wolelibyście najpierw, bo muszę położyć priorytety. Czasu będę miał coraz mniej. Już to widzę, a jeszcze nie wróciłem do pełni zawodowego kołowrotka. Bo napisałem sporo, obejrzałem sporo, bo wydarzyło się wiele. Com napisał, napisałem. Nie będę porywał się na nic więcej, materiału do podszlifowywania w weekendy, podczas urlopów i bezsennych nocy wystarczy na najbliższe dziesięć lat. Od czego zatem zacząć, co Wam udostępniać po wstępnym oszlifowaniu? Podczas stanu „flow” naprawdę nie zawracałem sobie tym głowy, teraz w Święta będzie chwila, taką mam nadzieję. Nie wiem, czy kiedykolwiek to będzie wydane, czy będę miał siłę cokolwiek zakończyć, lecz skoro już coś napisałem, spędziłem nad tym wiele godzin, to czy ma to się kurzyć w szufladzie (czy raczej przepaść w czeluściach twardego dysku)? Jeśli coś Wam się spodoba, zarezonuje, dostanę ciekawy feedback, może zmobilizuje mnie to do dalszego wysiłku? A może wspólnie napiszemy zakończenie jakiejś historii? Czasami wydawało mi się, że jestem dostatecznie zmotywowany, szybko pracujący, efektywny. Potem przekonywałem się, że wcale nie byłem w porównaniu z energią tydzień później w innych okolicznościach. Zawsze może być lepiej, ale może też być gorzej. Z nami, z naszą mobilizacją, wykorzystaniem czasu, różnymi trickami i sposobami można wycisnąć więcej cukru z cukru, wierzcie mi. To też jedna z moich fascynacji.
A zatem, może fragmenty dziennika? (Resztę, jak rodzina się zgodzi, poczytacie sobie gdy będę kiedyś po tamtej stronie). Wpisy o tematyce rodzinnej, ojcowskiej, społecznej czy może kulturalnej? Czy chcecie co nieco się dowiedzieć o tych moich lekturach przeróżnych? A może nie macie co obejrzeć w weekend z małżonką albo z dziećmi, i szukacie polecenia? Piszcie też na priv jeśli chcecie. A może chcielibyście abym poszedł po bandzie i udostępnił któreś z quasi opowiadanek z okresu tzw. transformacji ustrojowej i mojej młodości? Wspomnienia bolesnego dojrzewania… To jest teraz na fali, kilka filmów osadzonych w epoce. A może ta historia biograficzna Was zaintrygowała? Lub coś z podróży, przecież podkreślałem, że coś niecoś udało się jednak zrealizować z tych szalonych pomysłów?
A może zupełnie z innej beczki. Tak jak ja czujecie przypływ energii i chcielibyście zmienić trochę świat. Tak własnymi rękoma, pieniędzmi, czasem. Może też uważacie, że młodzież jest przyszłością narodu. Albo że więzi sąsiedzkie są wartością i można by rzucić parę pomysłów w Polskę. Nie mówię już o tematach małżeńskich, wychowawczych, edukacyjnych.
W każdym razie, dziękuję jeszcze raz za wszystkie zachęcające feedbacki, „zaczepki”, pytania. In public, oraz in person. Teraz mogę iść dalej, zmienić w poprzednim poście ustawienia na publiczne, wrzucić go na bloga, nie wiem właściwie jak jeszcze mógłbym dotrzeć do ludzi dobrej woli. I dalej coś od czasu do czasu zamieszczać, powiedzcie mi tylko czy na fejsie, czy na blogu, czy jeszcze inaczej?
A gdy nie będę miał zupełnie czasu, mogę polecić Wam tego lub owego blogera, o których wspominałem na końcu poprzedniego wpisu. Może przeczytacie tam coś, o czym mi opowiecie podczas wspólnej kawy lub przy innej miłej okazji.
Do usłyszenia i zobaczenia! Jeszcze przed Świętami!

piątek, 17 grudnia 2021

Before “I’ll be back”


Ostrzeżenie małym drukiem: Tekst przeznaczony tylko dla osób o silnych nerwach, trudny do czytania w grudniu, niedoczytanie do końca może grozić uszczerbkiem dla zdrowia, doczytanie do końca tym bardziej.
Drodzy Przyjaciele, Szanowni Państwo,
Ostatni rok okazał się dla mnie rokiem niezwykłym. Najpierw wypadek samochodowy. Skończyło się na urazie mojej córki (wszystko na szczęście już dobrze) i „tylko” skasowaniu samochodu, siniaków nie liczę. Jednak dobrze przecież pamiętam, że przez ułamki sekund liczyłem się z tym, że właśnie wyświetlają się napisy końcowe filmu pt. „Dzieciństwo, młodość i dojrzałość Zbigniewa Korby”. Potem wszystkie codzienne troski i sprawy zaczęły jawić się jakby z innej perspektywy, jako drobnostki upiększające życie. Życie! Życie, które jest darem, największym, najwspanialszym darem. W obliczu takich wydarzeń wszystko nabiera innego smaku, wymiaru, głębi. Myślę, że wielu z Was tego jakoś też doświadczyło w ostatnim czasie, umiera przecież więcej osób niż zwykle, może niektórzy z nas pożegnali kogoś bliskiego czy znajomego. Ja w każdym razie czuję, że Ktoś podarował mi dodatkowy czas, dodatkowy rok.
Następnie pożegnanie z firmą, w której pracowałem ponad osiem lat i zostawiłem kawałek życia. To narastało od dłuższego czasu i w końcu musiało chyba nastąpić. Wszystkim współpracownikom i dziesiątkom świetnych ludzi niezmiennie jestem wdzięczny za wspólną przygodę, trudy i sukcesy! Dla mnie nastąpił jednak czas na zmianę. Głęboki oddech, raz, dwa, trzy… Przed podjęciem nowych wyzwań zawodowych postanowiłem przez kilka miesięcy zająć się zajęciami zgoła innymi niż zajęcia dotychczasowe. Nadarzyła się okazja unikalna, jedyna w swoim rodzaju aby zrobić to, co wydawało się dotąd niemożliwe.
Postanowiłem wykorzystać ten czas na podładowanie akumulatorów: intelektualnych, fizycznych i duchowych. Najpierw pomyślałem aby zadbać o żelazną dyscyplinę, inaczej z tych wszystkich planów będą nici. Nie tylko nie chciałem zwalniać normalnego tempa ale wręcz je podkręcić. Sen - pierwsza sprawa, mocne siedem i pół godziny każdego dnia i uregulowany tryb życia. Do łóżka przed dwudziestą trzecią, wcześniej dwugodzinny detoks od elektroniki. Gdy musiałem nadgonić plan, wiele razy czułem się członkiem klubu „5 a.m.” Zachętę do wstawania o piątej rano zawdzięczam podpowiedzi Mateusza Kusznierewicza (zobaczcie jego wpis na Linkedin z wakacji). Wolę szóstą trzydzieści, ale kilka razy taka wcześniejsza pora ocaliła mi plan dnia. Ostra zaprawa fizyczna, zrzuciłem na początek pięć kilogramów, lepiej się biega zdecydowanie. Jogging, rower, basen. Do tego weekendowo strzelnica, golf i tenis. A codziennie klasyk komandosów, udało mi się wreszcie dojść do stu pompek za jednym zamachem. Podobnie przysiady i brzuszki, gorzej tylko idzie podnoszenie się na drążku ale i tak robię kilka razy więcej niż jeszcze rok temu. W tym czasie „zbiegałem” i objechałem rowerem całą okolicę, naprawdę grzech, że tak późno, tyle miejsc niesamowitych. Jeśli chodzi o dietę, naprzemienna: wege, active, keto. Od miesięcy czuję się jak młody bóg.
Jako zwolennik oldskulowej formuły „w zdrowym ciele zdrowy duch”, wszystkie te ćwiczenia dla ciała traktowałem jedynie jako dobrą podstawę do pracy intelektualnej i duchowej. Rozmyślania, medytacje i lektury, odwiedziłem też kilka pustelni. Jednak nie jestem mnichem, a zwyczajnym zjadaczem chleba, którego żywiołem jest przecież aktywne życie i praca, w moim przypadku praca intelektualna. Praca od lat jako mocno zaangażowany prawnik, a w ostatnich latach także manager, manager usług prawnych, prowadzący właściwie biznes przedsiębiorca, dyrektor HR-u, szef sprzedaży i tak dalej. Żartowałem często, że pandemia, to siedzenie w domu, byłaby świetnym czasem, gdyby nie to, że pracowałem jako prawnik - doradca przedsiębiorców i jednocześnie przedsiębiorca i pracodawca. W praktyce oznaczało to jeszcze więcej czasu niż wcześniej. Plusów siedzenia w domu aby więcej czytać, oglądać, spacerować jakoś nie było. Teraz miało być inaczej. Ruszyłem z impetem do walki.
Po pierwsze, zaległe lektury. Wszystko co chciałem od lat przeczytać ale bałem się nawet o tym pomyśleć. I mnóstwo nowości, zacząłem bowiem od zamówienia prawie setki książek z księgarni internetowych i antykwariatów, zakupiłem też mnóstwo ebooków. Kindle jest tak poobijany, że muszę go wymienić, ale na razie szkoda mi czasu na czynności organizacyjne. Muszę wymienić też okulary, piec, opony w samochodzie, kilka żarówek, sytuacja na pewno do tego niebawem dojrzeje. Udało się przez te ileś tam tygodni przeczytać ponad siedemdziesiąt różnego rodzaju książek. Sporo literatury pięknej, niszowa klasyka: Flannery O’Connor, van der Meersch, Marai, Bernanos, Huysmans, Greene - właściwie wszystko co kiedykolwiek wydano po polsku, i sporo w oryginale. Do tego wiele nowości – głównie pod kątem techniki pisania, stylu, konstrukcji, by utrzymać się w formie. Przeczytałem też wiele wynurzeń wielu pisarzy o tym jak pisać, w myśl zasady, że najbardziej praktyczna jest dobra teoria.
Następnie Polska, której już nie ma, która odeszła. Od dawna byłem totalnie sfrustrowany, że wydaje się teraz tyle pamiętników, wspomnień, dzienników, których nie było zupełnie wtedy, kiedy miałem czas na czytanie np. gdy byłem w czwartej klasie liceum albo na pierwszym roku studiów. Aż przyszedł moment, że czas ten się znalazł. Niesamowite książki Pawlikowskiego, Jałowieckiego, Meysztowicza, Lanckorońskiej, Gawrońskiego, Sapiehy, Ronikiera i wielu innych. Do tego cała publicystyka Mackiewicza, jaki to wspaniały szlachciura wileński jest, co słowem tnie jak szablą.
Do tego trochę historii: Montefiore o młodym i starym Stalinie oraz jego dworze, Kershaw, Volker i McDonough o Hitlerze. Brr! Potem Harris trylogia o Cyceronie, jeszcze kilka rzeczy o rozegraniu Polski przed rozbiorami i o lekkomyślnych powstaniach. Nie liczę ogromu publicystyki, analiz, artykułów. Miałem ochotę na poczytanie o mechanizmach zdobywania i wykonywania władzy. Czy te mechanizmy są zastrzeżone dla polityki, czy występują też w innych działalnościach ludzkich? Czy jest sens babrać się w historii? Okoliczności się zmieniają, a człowiek się nie zmienia. Tak myślę.
Gdy miałem dość tego babrania się w historii, jakże dla nas bolesnej jako Polaków, przerzucałem się na książki pozwalające lepiej rozumieć teraźniejszość. Przede wszystkim wszystko co się ukazało na temat „wielkiej czwórki”. Nie, nie tej, którą wspierałem jakoś tam dokładając małą cegiełkę do budowania w Polsce usług prawnych. Chodzi o inną wielką czwórkę, chyba potężniejszą: o Amazona, Apple’a, Facebooka i Google’a. A zatem czytałem o „Wieku kapitalizmu inwigilacji”, o „Ugly truth”, ale i o Netflixie, o Spotify, niektóre jeszcze nie przetłumaczone na polski. IGen - o tym jak to wszystko wpływa na dzieci, o „Epidemii egoizmu”, o „Cyfrowej demencji” i wiele innych. Dopiero zaczynamy cokolwiek orientować się jak to wszystko oddziałuje na nas, jak zmienia ludzi i świat. dopiero pojawiają się badania. Dalej wizje Schwaba, Gatesa, czwarte rewolucje przemysłowe, całe to zamieszanie wokół covid. I klasyka Zajdel (odkrycie), i powrót do klasyków dystopii: Orwell, Huxley, Lem, Dick. I co mogę Wam powiedzieć? Przypomnijcie sobie Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya i cieszcie się chwilą póki trwa.
Żyjemy w czasie wielkiej niepewności, rozchwiania, wzrastających napięć społecznych i międzynarodowych. Powinniśmy trzymać się razem, odnawiać a nawet zacieśniać rozluźnione więzi. Za mało jest kleju społecznego, za dużo polaryzacji. Coś nas łączy choćby przez to, że zamieszkujemy jedno państwo, jedną miejscowość, jedną ulicę. Tym bardziej gdy znamy się, pracujemy razem, spotykamy w sklepie z pieczywem.
Były też pozycje klasycznej myśli politycznej i społecznej, różne Bunty mas, Psychologie tłumów, Szaleństwa tłumów, Antykruchości, Czarne łabędzie itp. Był Chesterton, Scruton, Ratzinger, Michnik, i idole Krytyki Politycznej. Cztery książki bp Barrona po polsku, wiele podcastów, filmików i artykułów. Sporo biografii, oj, biografie są naprawdę wciągające.
Było tego dużo, postaram się dzielić co jakiś czas moimi wrażeniami z tych licznych lektur. Czuję, tak czuję wręcz poszerzenie pola widzenia i rozumienia. Nic mnie nie zaskakuje, mało co wydaje się odkrywcze czy świeże, gdy o czymś słyszę, najczęściej już to wiem, już przeczytałem, usłyszałem, czasami tylko nie wiem gdzie. Z drugiej strony mam wrażenie, iż „wiem że nic nie wiem”, ogrom wiedzy, publikacji, materiałów, książek, filmów, programów przeraża. „Wszystkiego jest za dużo” jak śpiewał Muniek Staszczyk. A może to zgorzknienie, albo może tak się objawia dojrzałość. Nie wiem już sam. Zasadniczo mam przecież przesyt wiedzy, teorii, analiz, dyskusji. To nic nie zmienia ani na nic nie wpływa. I co nam z tego? Że sobie pogadamy, że rozumiemy coś tam. Tu trzeba działać! Trzeba coś robić!!!
Na pewno brakuje wielkiej literatury współczesnej, jak to mówił Kafka, uderzającej jak siekiera w zamarznięte na lód nasze serca.
Kochani, co jeszcze?
Właściwie wszystkie ważniejsze premiery kinowe, na Bondzie byłem trzy razy, w tym dwa razy samotnie. Kilka, o dziwo, dobrych polskich filmów. Kilka seriali. Jest ich za dużo, szczerze mówiąc. A tak na marginesie - najlepsze na podstawie pomysłów książkowych. Najważniejszy jest scenariusz, historia opowiedziana. Potem inne środki do zastosowania (gra aktorska, dialogi, scenografia, montaż, ścieżka dźwiękowa itd.), aby dobrej historii nie zaprzepaścić po prostu.
Ponadto po raz pierwszy mogłem obejrzeć prawie wszystkie mecze na Euro 2021 oraz przesłuchać na żywo prawie wszystkich uczestników Konkursu Chopinowskiego. Bruce Liu od początku był moim faworytem, cieszę się, że wygrał.
Udało się być na kilku operach, w tym na Don Giovannim w Salzburgu. Przepiękne przedstawienie.
Wróciłem do francuskiego. Kilka powieści w oryginale i wiele publicystyki współczesnej. No i na żywo
😉
Odbyłem kilka podróży zagranicznych. Pochyliłem się nad grobem sir Rogera Scrutona, spędzając potem przemiły wieczór z jego potomkami, paląc wyborne cygara, przepijając przednią whisky i wymieniając poglądy o tym, gdzie zmierza ten świat. Dostałem na pożegnanie niepublikowany zbiór ostatnich esejów, wersję limitowaną, nie będzie wydawana i udostępniana publicznie, tylko bezpośrednia dostawa dla wybranych liderów opinii w Europie i świecie.
Potem przejechałem kawałek północnej Francji, odwiedziłem Mont Saint Michel i dzięki starym przyjaciołom wziąłem udział w Rennes w spotkaniu z Erikiem Zemmourem. Gdyby tego było mało, po spotkaniu zabrali mnie na kolację w węższym gronie w jednym z domów. Co ja mówię domów, był to pałac rodziny, która wydała kilku biskupów i generałów armii francuskiej. Na kolacji i w dalszej części spotkania przy kominku pojawiło się sporo oficerów francuskich sił zbrojnych, sytuacja tam jest naprawdę napięta. Philippe bardzo polecał odwiedzenie jego oczka w głowie czyli Puy du Fou, zapewniał, że pokaże mi specjalny program, jak tylko znajdę czas aby wrócić z rodziną, najlepiej wiosną. Nie wiem, niby było miło ale na koniec powiedziałem im, że są jednak zapatrzeni w siebie, że nie ma dla nich nadziei. Osłupieli. Rozstaliśmy się w chłodnej atmosferze.
Potem Paryż, Paryż wiadomo wart jest Mszy. To znaczy właściwie odwrotnie, Msza jest warta wszystkiego w tym Paryża, ale najwyżej z tego „wszystkiego” znajduje się Paryż. Tutaj spotkanie z liderami La Manif Pour Tous. Znowu powiedziałem im, że są za bardzo francuscy, wyłącznie francuscy, że to za mało.
Oprócz podróży samotnych oczywiście wyjazdy z rodziną, poszerzanie horyzontów, inni ludzie, inne kraje, inne kontynenty. Co miesiąc tydzień w innej części świata. Karaiby na początku wakacji, potem tydzień w Afryce: Tanzania, Kenia, safari i wejście na Kilimandżaro. Potem miała być Azja: Singapur i Malezja na początek, ale nie wyszło, jednak obostrzenia pandemiczne. Na Azję przyjdzie czas za parę tygodni, gdy wybiorę się na rejs z bratem i kilkoma prezesami i dyrektorami, moimi klientami, u wybrzeży Tajlandii. Poza tym dużo Europy: Grecja, Włochy, Francja, Hiszpania, Niemcy. Jeszcze podróż sentymentalna do Belgii, szlakiem ojca na stypendium w Leuven, szlakiem niesamowitego malarstwa flamandzkiego: Brugia, Gandawa, Antwerpia. Przy okazji zahaczyliśmy o Brukselę, widzieliśmy manifestacje, których nie transmitowały żadne telewizje.
To były jednak tylko przerywniki, główna praca związana była z ….PISANIEM.
Gdy zaczynałem pisać, wszystko inne stawało się mniej ważne, niknęło we mgle i traciło blask. To było piękne i straszne zarazem. Szał pisania, stan flow, przypominający (nigdy nie miałem takowych oczywiście, ale tak sobie je wyobrażam) narkotyczne ciągi. Tym razem dałem sobie spokój ze stylem Anthony’ego Trollopa, czyli uporządkowanym pisaniem kilka godzin dziennie i odkładaniem pióra gdy wybiła godzina pójścia do pracy. Trollope pracował na poczcie, gdzie zaczynał o ósmej rano a od 5.00 do 8.00 pisał w domu. Tym razem gdy pojawiał się stan flow, płynąłem w nim do oporu, do granic fizycznych możliwości, nie jedząc, nie pijąc, nie odbierając telefonów. Godzina płynęła za godziną, a mnie bolały palce od uderzania w klawiaturę. Wielcy współcześni pisarze produkują 500-1000 słów dziennie. Wierzcie, jest to dużo, jeśli oznacza naprawdę twórczą pracę, konstruowanie fabuły, realnych bohaterów, mocnych dialogów, a wszystko jędrnym językiem. Mnie udawało się podczas stanów flow produkować od czterech do pięciu tysięcy słów, czasami więcej. Były to mordercze ciągi, bywałem wyczerpany kolejnego dnia, słaniałem się wręcz na nogach. Innym razem praca szła wolniej, wspomagałem się wtedy cygarami i dobrym winem. Kilka skrzynek znakomitego primitivo Li Filliti, kilka wybornego burgunda, kilka paczek Cohiby, mimo że w wakacje pisałem i paliłem na tarasie, to do dzisiaj moja żona nie może wygonić zapachu tytoniu z salonu. Trudno. Literatura wymaga poświęceń.
Miałem też chwile zwątpienia, czy ta katorga dla umysłu i ciała jest warta tego aby kiedyś tych kilku wiernych czytelników pochyliło się nad tym, co chcę przekazać. Nigdy nie zwątpiłem, zawsze pisałem z myślą o nawet jednym czytelniku. W każdym temacie, który podjąłem, mam co najmniej kilku wytrwałych kibiców. Nie chcę ich zawieść.
Co pisałem?
Nie mogę wszystkiego ujawnić w tej chwili. Stosowałem trójpolówkę, przerzucając się ze stanu flow w jednym projekcie do podobnego stanu w innym. Dwie powieści, jedna dla dorosłych (właściwie w dwóch częściach), jedna dla młodzieży, zbiór krótkich form z kolorytem lat 90-tych, ciężko to nazwać opowiadaniami, coś ku rozweseleniu mojego pokolenia i innych ludzi dobrej woli. Dalej dziennik czasu kwarantanny, pisany codziennie, hm, właściwie wiele fragmentów może i być lepsze od powieści. Jeszcze poradnik dobrego życia, wspominki historyczne i efekt fascynacji biografiami ludzi niezwykłych. I last but not least - szkic biograficzny, podczas którego odbyłem niesamowite spotkania z niesamowitymi ludźmi, dotarłem do nieznanych nikomu szczegółów dotyczących pewnego środowiska i pewnej osoby zupełnie niezwykłej. Nieprawdopodobnie inspirujące. Ta historia może być zaczynem ruchu społecznego, może spowodować głęboką zmianę. Kilka z napotkanych historii, z których każda nadaje się na dobry film.
Czy uda mi się wydobyć cały blask, choć część głębokiej treści, nadać temu właściwą formę? Często czułem się po prostu bezradny, słaby, za mało doświadczony, by dać odpowiednie rzeczy słowo. Patrzyłem na siebie z powątpiewaniem: prawnik bawiący się w reportera, Korba udający Hemingwaya. Jestem zwolennikiem tezy, że każda robota aby osiągnąć poziom rzemieślniczy wymaga kilku tysięcy godzin, a odpowiednio więcej aby wdrapać się na poziom mistrza. Nie, nie jestem perfekcjonistą, po prostu realistą. Jeśli opinię prawną szlifuję godzinami, to jak powinno być z tekstem literackim? Haruki Murakami pisze powieść pięć miesięcy, a potem pięć miesięcy poprawia i szlifuje, dwa razy sam, raz po przeczytaniu przez żonę i na koniec po uwagach redaktora. Jedną książkę!!! Czas, czas, czas. Koszmar! Wszystko rozbabrane, fragmenty, nawet nie redagowane po tym całym „flow”. I co mam zrobić? Wywalić to wszystko do kosza? Zostawić potomnym? Zapisać w testamencie? Czy wrzucać na fejsa na pamiątkę tego „break”? A może na bloga? Albo rozdawać wydruki na „patelni” przy metrze? Oj…
W tym czasie nie odmawiałem też spotkań, nie, nie towarzyskich, tych unikałem jak ognia, za co przepraszam wszystkich jak najserdeczniej. Nie unikałem za to spotkań, gdzie ktoś prosił aby coś powiedzieć, szczególnie gdy były to spotkania z młodzieżą. Udało się odbyć kilkanaście takich spotkań. Udało się trzy razy mówić do szefów Skautów Europy, kilka razy do licealistów i studentów, w tym prawa, udało się w końcu spędzić tydzień ze studentami na szkole letniej.
Uważam, że to powinien być zawsze priorytet – młodzi! Ci, którzy idą za nami. Oczywiście sami muszą się sparzyć, nauczyć, jednak nie powinni wyważać otwartych drzwi, lepiej aby nie wymyślali koła. Na tym polega mądrość narodów, a my szczególnie mamy zakłóconą sztafetę międzypokoleniową, aż żal porównywać się do zachodnich narodów europejskich.
W końcu udało się powołać Fundację Idei i Inicjatyw. Zrobiliśmy to z Ewą dla idei i inicjatyw innych, dodatkowych niż te, którym poświęcamy swój czas zawodowo i w pracy społecznej dotychczas. Wiele pomysłów po prostu nie mieści się w innych ramach. Udało się obmyśleć wszystko wreszcie. Następnym krokiem będzie Klub Idei i Inicjatyw a potem Ruch Idei i Inicjatyw, który zmieni Polskę a potem cały świat. Think big, start small
😉
I na koniec kilka blogów, konto na twitterze (wszystko oczywiście pod pseudonimami) i razem ponad pięćdziesiąt tysięcy followersów w pięć miesięcy. Recenzje na filmwebie, ponad sześćdziesięciu filmów, największa dynamika profilu recenzenta, podobnie na lubimyczytac, choć tutaj mniejszość lektur skomentowana, nie dało rady więcej.
Tyle z grubsza.
Niebawem wracam do normalności. Back to normal. I’ll be back. Old normal. Jak chcecie… Biała koszula, krawat, szybka kawa, samochód, szkoła i biuro. Telefony, spotkania, negocjacje, transakcje, opinie i umowy. Start z domu o 7.30, powrót po 19.00 albo lepiej. Padanie na twarz, a rano od nowa. Aż do weekendu. W piątek jakiś film, w sobotę zakupy i robienie za szofera, kibica, doradcę, ogrodnika, wieczorem na wino z przyjaciółmi, wcześniej może trochę sportu. W niedzielę pod kościołem ponarzekamy sobie w małym gronie, obiad, spotkanie towarzyskie. I kolejny tydzień. I tak upływa życie.
Czy uda się coś więcej zdziałać, gdy świat trzeszczy w posadach a każdy dzień pełen jest niepokojących wiadomości? Czy uda się zamknąć niektóre z rozpoczętych potencjalnych publikacji? Czy którąś chcielibyście przeczytać? A gdyby tylko fragmenty? Czy uda się pociągnąć dalej zainicjowane projekty?
Czy coś by Was interesowało z powyższego?
Dajcie znać. Namiary bez zmian. Dwa telefony, cztery adresy mailowe. Komunikatory – jestem na wszystkich.
Dziękuję, że jesteście, dziękuję za Waszą uwagę!
Zbyszek
P.S. Wszystkich poirytowanych tym wpisem, proszę o zachowanie spokoju, nie ma co zazdrościć, tych podróży zwłaszcza. Tak naprawdę nie wszystko z powyższego udało mi się zrealizować
☹
Może nawet mniejszość…-;) Bogu dziękuję, że cokolwiek.
Jestem przede wszystkim mężem i ojcem, uznałem więc, że raz w życiu warto wysilić się na to aby przygotowywać wszystkim rano śniadanie i witać ich po powrocie smacznym, świeżym obiadem. Robiłem też zakupy. Chciałem ponadto zluzować żonę w karkołomnych dowozach, zawozach i odwozach dzieci z przeróżnych zajęć pozalekcyjnych. Mamy daleko do kolejki, kiedy tylko mogłem, zawoziłem albo przywoziłem. Powiecie, nadopiekuńczość. Hm, jeszcze się nachodzą, a gdy tylko wrócę do trybu biurowego, nie będą miały po prostu innego wyjścia. Czy wspomnienie ojca czekającego na stacji PKP w samochodzie, wyłączającego radio gdy tylko ona lub on wsiadł i zamknął drzwi, aby zapytać, jak minął dzień, co się wydarzyło, jak koledzy i koleżanki (znam tych kolegów i koleżanki teraz wszystkie) - przetrwa w ich pamięci? A dowozy na zajęcia dodatkowe do Anina, Miedzeszyna, trzy razy trening na Józefowi, nie licząc ligi i sparingów, plus wizyty u koleżanek w Otwocku, Świdrze, Falenicy, Aleksandrowie, Starej Miłosnej a nawet w centrum Warszawy? Czy w zamian za ten los szofera mógłbym ukończyć którąś z rozpoczętych książek, mógłbym popełnić i ofiarować czytelnikom trzydzieści przełomowych wpisów na bloga?
Być może. Jednak nie zrobiłem tego.
Non omnis moriar. Co po nas zostanie? Co bardziej? Kilka zapisanych kartek czy chwile oddania swego czasu dla najbliższych?
A zatem byłem family man’em przede wszystkim. Gdybym jednym słowem miał określić moje zaangażowanie, czas, priorytet, motor napędowy, tym słowem mogłoby być „ojcostwo”. Ojcem jestem gdy zawożę, ojcem gdy myślę o pracy, ojcem gdy ją wykonuję. Ojcem gdy przelewam kieszonkowe, i ojcem gdy wracam z roboty zmęczony. Ojcem, gdy zagaduję, i ojcem gdy oddaję się swoim zajęciom.
Jednak udało się też mimo to co nieco zrobić, napisać, przeczytać, zobaczyć, ludzi spotkać, odnowić kontakty, popełnić pomysły, niektóre inicjatywy jednak rozpocząć. Może niektórymi z tych rzeczy uda się podzielić z Wami kiedyś? Może niektóre z tych pomysłów możemy realizować dalej razem?
Czas pokaże.

piątek, 3 września 2021

Witaj szkoło-:(



Lubię rozpoczęcia roku szkolnego. Nie dlatego, że wreszcie dzieci idą do szkoły, życie wróci na uporządkowane tory, choć nie ma co ukrywać, wielu rodziców ciągnie resztą sił do tego pierwszego września i tutaj wreszcie łapie oddech. Ekspediowanie pociech do odbywania obowiązku szkolnego bywa pełne napięcia: zakupy, książki, zeszyty i garderoba za mała po wakacyjnym przyroście ciała, co okazuje się dopiero w przeddzień rozpoczęcia szkoły. Znamy te klimaty, nieprawdaż?

Lubię bo, co oczywiste w naszym środowisku szkolnym, to okazja aby znowu zobaczyć mnóstwo fajnych ludzi, przyjaciół, znajomych, rodziców z klas moich dzieci, rodziców poznanych podczas zajęć sportowych, wycieczek ojców z synami, wypraw kajakowych ojców z córkami, pikników szkolnych, urodzin, imienin itp. Choć muszę powiedzieć, że atmosfera szaleństwa weekendowego towarzyskiego przygasła, może przez pandemiczne czasy, a może jakaś inna faza w życiu. Kiedyś to się działo, wychodził człowiek z domu i zaraz spotykał ludzi na spacerze sąsiadów z ludźmi nowymi, i zaraz całe towarzystwo wbijało na taras na kawę. Potem jeszcze ktoś przechodził, dołączał i spotkanie się znaczne robiło. Albo rozwoził człowiek całą sobotę dzieciarnię po różnych zajęciach, zbiórkach, urodzinach, meczach. Tu się zagadało, tam przyżartowało, tu wdepnęło na kawę i torcik. I reset od pracy tygodniowej był murowany. Energia czerpana od innych ludzi. Radość z relacji. Entuzjazm z życia, z jego najprostszych przejawów, z rozmowy, wspólnego wypicia kawy, nawet średniej jakości anegdoty. Gdzie to się podziało? Co się z nami dzieje? Pochowaliśmy się w jaskiniach zastraszeni przez telewizję i statystyki?

Tak, uważam że pandemia za bardzo wpłynęła na relacje międzyludzkie, oczywiście negatywnie. Zamiast się uściskać ludzie coś bąkają pod nosem na powitanie, zamiast zrobić „niedźwiadka” na pożegnanie stukają się pięściami. Jednak to są drobiazgi w porównaniu z wyrwą w życiu wielu nastolatków, dzieci i młodzieży. Dla nas rok to jedna któraś tam życia, dla nich to epoka. Ile przeżyć ich ominęło, rozmów, wydarzeń, przygód? Ile wiedzy, wysiłku, który procentowałby w przyszłym życiu, ile skupienia, ile motywacji wewnętrznej. Zamiast tego ile obejrzeli seriali, których nie powinni, ile czasu pochłonęły gry komputerowe, ile zaburzeń snu, zarwanych nocy na czatowanie przez komórkę (żeby tylko), ile nawdychali się kurzu z klawiatur komputerów, jak opalili sobie buźki niebieskim światełkiem monitorów? Ile słów padło na Snapchatach i Messengerach, które nigdy by im nie przeszły przez gardło w sytuacji bezpośredniej rozmowy z drugą osobą?

Nic to. Spieszmy się cieszyć powrotem do szkoły, tak szybko może odejść.

Lubię powroty do szkoły z jeszcze jednego powodu. Wzrusza mnie widok nauczycieli moich dzieci. Ludzi, którzy przez cały sierpień na sucho harowali w szkole aby przygotować to co najlepsze na cały rok. Szkolili się, przygotowywali materiały, szlifowali formę. Nie zazdroszczę im, ale podziwiam. Zawód nauczyciela jest jednym z najważniejszych.

środa, 1 września 2021

Koniec lata…

 …w Czarnolesie. Wybraliśmy się z Piotrem i przyjacielem Jarosławem z dalekiego Augsburga na wycieczkę końcowowakacyjną. Tylko półtorej godziny jazdy samochodem piękną drogą na Lublin, potem przez lasy i pola do Czarnolasu. Bo właśnie miejsce tworzenia i zamieszkiwania Jana Kochanowskiego wygrało casting na cel naszej spontanicznej i szybkiej wycieczki. Gdybym miał jednym zdaniem podsumować tę wyprawę napisałbym: Boże, dlaczego tak późno tam zawitaliśmy? Gdyż, albowiem, azali, już z dawien dawna myśleliśmy aby odwiedzić dworek czarnoleski. Po pierwsze dlatego, że jest blisko a ostatnio byłem tam z wycieczką w liceum, nota bene imienia Jana Kochanowskiego, czyli ho, ho, ho, nie epatujmy może innych tutaj PESEL-ami. Po drugie od czasu do czasu zwiedzamy taką właśnie „dalszą okolicę” ale zdecydowanie za rzadko. No i genius loci, miejsce gdzie wielki polski poeta żył i tworzył musi być jakoś ciekawe.

Nie pomyliliśmy się. Wycieczka dołącza do zbioru bardzo udanych wycieczek. Chociaż jej pomysł powstał właściwie tuż przed wykonaniem, miało cały dzień padać a świeciło piękne słońce, i choć nie możemy jej zaliczyć do wycieczek rodzinnych (cóż, prawie każdy miał inne plany a Ewa zawsze przed rozpoczęciem roku szkolnego pracuje jak szalona) z wszystkiego jesteśmy zadowoleni.

Dworek położony jest w genialnym parku, tak jak to się kiedyś mieszkało i żyło po szlachecku. Lipy czarnoleskiej dawno nie ma ale jest miejsce gdzie rosła. Trzeba przyznać zacne miejsce do tworzenia. Na tyłach dworku, w zasięgu wzroku i przywołania przez domowników ale na tyle daleko aby uciec od zgiełku domowych spraw w krainę twórczości. Po prawo staw, pływają kaczki, piękna przyroda. Takie miejsce z widokiem na dom to w ogóle jest fajna sprawa. Wokół i w środku jest cicho i spokojnie, na terenie muzeum nie można nic zjeść, można tylko wypić. W ogóle aby zjeść to trzeba potem jechać do Kazimierza co oczywiście zrobiliśmy, przy okazji trafiając na festiwal muzyki ludowej na rynku. Naprawdę czad, robiło to wrażenie, nigdy bym się nie spodziewał. A zatem combo: Czarnolas i Kazimierz to gwarancja satysfakcji klienta.

Wracając do Czarnolasu, ekspozycja muzeum jest tradycyjna, eksponaty, wiszące obrazy, wyryte na ścianach cytaty i audioprzewodnik, w sumie dający radę. Akurat na pół godziny, nawet małe dzieci wytrzymają. Oczywiście Krzyś Noworyta by się zżymał, że to jest za słabe. Też wyobrażam sobie co tam mogłoby być i się dziać przy takim materiale. Nawet bez mediów wizualnych i innych superpomysłów, gdyby tam odbywały się jakieś festiwale czarnoleskie, spotkania, koncerty, wieczory poetyckie itp. Mogłoby się dziać. Jednak nawet bez tego co mogłoby być a czego nie ma, miejsce jest genialne, powiedziałbym czarujące. Miejsce gdzie powstawała wielka poezja, gdzie spotykały się największe umysły tamtej epoki, parkowe dróżki, które wysłuchiwały dysput, dyskusji, rozmów, przyroda, która była natchnieniem a nawet jeśli tylko tłem powstającej wielkiej poezji – no jeśli jest coś takiego jak genius loci, to na pewno w takich miejscach. Piszę to przecież po to aby podzielić się z Wami inspiracją na wyjazd jesienny. Jak zawsze: idee i inicjatywy. No i sprawdzić, czy jest sens coś tu jeszcze umieszczać od czasu do czasu.

Idąc dalej po czarnoleskiej posiadłości na końcu parku natrafiamy na mały amfiteatr ze świetną akustyką. Aż się prosi aby kiedyś urządzić tam jakieś przedstawienie, najlepiej w czerwcu, ma się rozumieć. Widzę tam też oczami wyobraźni Skautów Europy robiących podczas swojej wędrówki przedstawienie, na które zaprosili okolicznych mieszkańców ale i gości ze swojego miejsca zamieszkania: Warszawy, Radomia, Lublina czy Puław. Jakże bym chciał wziąć udział w takim przedstawieniu.

Kochanowski to oczywiście fraszki, pieśni, treny, postępująca łysina i fajna broda prosto od barbera (widzicie to od niego to hipsterstwo się zaczęło), to studia (jak wielu synów dobrych domów wysyłany był by zasięgać nauk w najlepszych miejscach w Europie), praca na dworze królewskim, a potem sielanka na swoich włościach, i nagła śmierć na wyjeździe. O tym dowiemy się w muzeum ale poczucie dużego niedosytu pozostaje. Może to i lepiej.









piątek, 5 stycznia 2018

Hurra! Nowy Rok!

Hurra! Nowy Rok, i to już 2018 po narodzeniu Chrystusa, a świat jeszcze trwa, istniejemy, słońce wschodzi, mamy czym oddychać (no, właściwie, to nie chcemy wiedzieć co my tam naprawdę wdychamy na spacerze w Józefowie, ale nie zdziwiłbym się gdyby ludzie palili tu w piecach plastikiem). Z rzeczy pewnych - jesteśmy o rok starsi. Wszyscy, bez wyjątku. Jednak coś nas łączy. To przemijanie, które jak pisał poeta Wojtyła, “ma sens”.

Dotychczas uważałem, że Sylwester i huczne obchody witania nowego roku są znacznie przereklamowane. Teraz myślę chyba inaczej. (Nie, nie z powodu ogromnego sukcesu “Sylwestra z Jedynką” w Zakopanem-;)). Życie jest jak błysk światła w ciemnej jaskini, a każdy dzień jest cudem. Patrzyliście na sprawy z tej perspektywy, ha? Ja też nie, ale ostatnio mi to świdruje w głowie. Nic nie zdarza się dwa razy, mamy swoje pięć minut na różnych polach życia. Raz, jeden, jedyny raz mamy pierwszy dzień w pracy i możemy zrobić dobre pierwsze wrażenie (potem nawet jak dobre wrażenie zrobimy, nie będzie już pierwsze). Raz idziemy na pierwszą randkę, raz rodzi się nasze pierwsze dziecko, raz stajemy na ślubnym kobiercu, raz mamy osiemnastkę czy czterdziestkę, raz maturę (przynajmniej większość), raz mamy szesnaście czy siedemnaście lat.  Potem żebyśmy bardzo chcieli i wbijali się w nieprawdopodobnie wąskie rurki (nawet na mokro), i żelowali resztki włosów, i żuli gumę, i zajadali się w MacDonaldzie, i słuchali coraz gorszej muzyki - nie da rady. Świadomość przemijania dodaje smaku dniom, każe szanować każdą minutę, żyć pełnią życia, nie oszczędzać dobrych pomysłów na późniejszy czas. Co masz zrobić, zrób teraz! Nie oszukuj się odkładając na później. Jutro - jest wyznaniem przegranych. Znam przecież te maksymy tak, że spontanicznie cisną mi się na usta, ale moja lista spraw do zrobienia “jutro”, czy przy pierwszej wolnej chwili nigdy nie topnieje do zera.

Zasiadłem do komputera aby napisać coś na tego bloga, nakarmić go, przypomnieć się tym bardzo nielicznym, sympatycznym, którzy na niego zaglądali. Zasiadłem bez żadnego planu, ot, strumień świadomości. Może spróbuję pociągnąć dalej, co myślicie? Podsumowanie roku. Owszem jest ale nie mam siły teraz go drążyć. Wolę myśleć o tym co przede mną. Odpoczynek, Święta - tak, świetnie. Nic zaskakującego, przewidywalnie, tradycyjnie, bez ochoty na żadne zaskoczenia. Przeciwnie. Miło, smacznie. Prezenty, życzliwość. Kilka spotkań z przyjaciółmi, zaniedbywanymi przez intensywne życie. Kilka spraw załatwionych, kilka ćwiczeń wykonanych. Filmy - pasmo rozczarowań. Książki - moc zdziwień! Żadnej nie przeczytałem w całości, wolałem kilkanaście po małym kawałku, przypadkowym nieraz skrawku. W papierze. Bardzo to było dobre. Gazety, precz! To nieporównywalne. Pomysły, znów cała masa. Do rozdania innym. Bez złudzeń.

Przewidywania na ten rok? Nie ma mądrego. Jest wiele niepewności w świecie, obyśmy jako kraj nie włożyli dłoni w drzwi. Potrzeba wirtuozów, mistrzów ekwilibrystyki, finezyjnych, dalekowzrocznych i zimnokrwistych mężów stanu. Postać na dziś (i na cały rok, i nie jest to optymistyczna wiadomość) Tomasz Morus. Wybitna postać pod każdym względem. Powinniśmy mu się przypatrzeć, dociekliwiej. A może i zaprzyjaźnić.

Co jest źródłem optymizmu? Zawsze. Młodzi! Młodzi ludzie mają jeszcze zbyt mało doświadczenia aby nie mieć złudzeń, aby zbyt szybko wyciągać wnioski, ale za to sporo wiary w siebie, spontanicznej odwagi. Nie wiedzą, że czegoś nie można, że nie da się, i to robią. I dają radę!

Wracając do Morusa. Wpadł mi w ręce świetny artykuł Chestertona o nim z tomu “Źródło i mielizny”, tekst genialny, skrzący się paradoksami i mistrzostwem językowym w każdym zdaniu. Chesterton wskazuje na wiele bardzo znamiennych aspektów historii oporu Morusa wobec absolutyzmu królewskiego, bo o to chodziło, o postawienie się króla ponad prawem, ponad wszystkim. Morus zginął jak inni męczennicy, “nie chciał uznać, że obywatelski obowiązek posłuszeństwa każe oddawać cześć bożkowi”. Jak pisze genialny Anglik, Morus był orędownikiem Wolności i w swoim życiu prywatnym uosabiał prawdę, że Wolność mieszka w domu rodzinnym. O ile jego życie publiczne stało się monumentalną tragedią, to jego życie prywatne było nieustanną komedią. Był niezrównanym “humorystą”, który “pasjami lubił nabierać ludzi”. Gdy wspinał się po drabinie na szafot powiedział do strażników: “Odprowadźcie mnie tylko bezpiecznie na górę; drogę na dół załatwię we własnym zakresie.” Prosił też kata aby oszczędził brodę bo nic nie zawiniła.

Dzieci życzyły mi bym był bardziej cierpliwy, spokojny, nie denerwował się. Miały rację. Już Św. Paweł przecież pisał, że miłość cierpliwa jest. Ojcowska także.

Dziękuję uprzejmie za uwagę. Teraz mi lepiej.


niedziela, 17 września 2017

Co jakiś czas ktoś życzliwy mnie pyta (za co dziękuję), czy ze zgoleniem brody zaprzestałem pisania czegokolwiek? Cóż powiedzieć? Czegokolwiek to nie… Codziennie piszę setki maili na przykład. Natomiast sporo czytam (jak na mnie) i nic prawie nie oglądam. Może nie piszę bo nie czuję, że miałbym coś odkrywczego do powiedzenia? Sam nie wiem… Dużo się dzieje, i to na różnorakich polach, biorę w tym udział, bynajmniej nie jedynie jako pasywny uczestnik, mimo to mało co mnie zaskakuje, mało co zachwyca, nic nie wydaje się świeże, przenikliwe, przejmujące lecz za to przewidywalne, wtórne, powierzchowne. Czy to właśnie oznacza dojrzałość?  Dojrzała dojrzałość-;) Brak złudzeń co do rzeczywistości? Niemożność krzesania z siebie taniego, pozbawionego podstaw entuzjazmu? Dostrzeganie konsekwencji? Jak przewidywanie tego, że w trzecim ruchu polegnie hetman? I co? Mam przy komputerze pastwić się nad rzeczywistością? Mam pluć zgorzknieniem?

Nie będę. Opowiem Wam za to o jednej z moich pięćdziesięciu lektur. Tak jest. Przy okazji wakacji policzyłem napoczęte i nieskończone książki. Naprawdę jest ich jeszcze więcej, ale większości nie mam chyba ochoty kończyć. Jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca? Jednak jest wiele, do których chciałbym wrócić, ale wcale się z tym nie śpieszę. Złośliwy powiedziałby, że jest akceptacja rzeczywistości, tzw. realiów. No i co? Mam niesamowity komfort sięgania po to, na co akurat mam ochotę. Zależnie od nastroju i apetytu. Żadnych lektur obowiązkowych, uzupełniających, modnych, przypadkowych. Tylko to, co chcę przeczytać. Niestety nic prawie z tego zbioru nie jest dostępne na audiobooku, a prawie nic na ebooku, więc muszą piętrzyć się na stosie w sypialni te pochłaniacze kurzu ku utrapieniu mojej życiowej towarzyszki. Nie wolno ich odłożyć na półkę, bo przecież mogę zachcieć uczknąć z którejś kilka stroniczek w któryś z jesiennych wieczorów.

Tak stało się z „Dziennikiem” Sandora Maraia, kilka lat już się kurzy. Nie skończyłem (bo to zasadniczo nie jest lektura do jednorazowego wchłonięcia) i długo nie wracałem. Słyszałem oczywiście, że końcówka jest wstrząsająca. Więc tym razem zacząłem właśnie od niej. A jest wstrząsająca dlatego, że facet powoli umiera, osuwa się coraz bardziej w zaawansowaną starość, odchodzą po kolei jego najbliżsi, ludzie, których znał. Zostaje sam z perspektywą pogłębiającego się niedołęstwa, którego się obawia. Skrupulatnie odnotowuje zmniejszającą się wydolność fizyczną, coraz większe zmęczenie przy spacerach i codziennych czynnościach. Martwi go jedno. Czy zdoła sobie strzelić w łeb zanim przestanie być w stanie czyn taki popełnić. Jest to smutne bardzo. Brak wiary, że życie się nie kończy tylko zmienia. I te wspomnienia rozsypywania prochów nad oceanem, żony, syna. Pustka. Uświadamia też coś, o czym nie chcemy pamiętać, że ciało obumiera, że śmierć jest procesem, że starość nie zawsze przypomina reklamy Biovitalu. Że umieranie na szpitalnym łóżku, bez rodziny, wśród obcych, rzadko obdarzonych empatią, a jeśli już to służbową, bez bliskich trzymających za rękę, a może i trzymających zapaloną gromnicę, i w ręku też coś innego może trzymających, takie coś co się przesuwa palcami, jest trudne, jest bolesne, jest nieludzkie. Marai nie pozostawia nam złudzeń. Ciało odmawia mu posłuszeństwa, z bólem notuje, że już nie może pisać, czytać, że trwa tylko. Dobiega dziewięćdziesiątki, jego przybrany syn Janos zmarł nagle w sile wieku. A wcześniej jeszcze odeszła jego ukochana żona Lola, wspomina ją z tkliwością. Na przykład to, że od jakiegoś czasu nie może tuż po przebudzeniu odnaleźć jej ręki, bo zawsze, przez lata, to była pierwsza czynność, to czułe ujęcie dłoni ukochanej osoby, dotknięcie, znak. Nieliczni odwiedzający wybitnego pisarza w ostatnim okresie jego życia wiedzieli, że nie wolno im siadać w fotelu Loli, że to nie przystoi. Podczas rozmowy Marai od czasu do czasu mimowolnie gładził ręką oparcie tego fotela, jej fotela.

Lola zostawiła w skrzyni swoje dzienniki, codziennie spisywała ich wspólne życie. Spisywała je dla niego, on pisał dla innych. Stąd pewnie moglibyśmy dowiedzieć się więcej o życiu tych węgierskich emigrantów, emigrantów niezłomnych. Marai nie wyraził zgody na żadne wydania swoich dzieł w kraju dopóki nie opuści go ostatni żołnierz sowiecki. Pisał tylko po węgiersku, pisał ze świadomością, że jeśli jego głos zostanie kiedyś usłyszany, to zapewne nie za jego życia. Był wierny europejskiej kulturze, przyzwoitości, zdrowemu rozsądkowi i powołaniu pisarza, który przemawia przez swoje dzieła.

Uważam, że niniejszy wpis jest bardzo dopasowany do jesiennego nastroju i znowu jednoznacznej prognozy na najbliższe dni. W związku z tym mam dla Was coś jeszcze, piosenkę Joe Dassina, którą na pewno kojarzycie z Lata z Radiem czy jesienią, sam nie wiem. Ja ją kojarzę z ubiegłotygodniowego wieczoru u przyjaciół świętujących swoją piękną, okrągłą rocznicę ślubu. „Jeśli nie istniałabyś, po cóż miałbym żyć” taki jest jej tytuł. Teledysk nie jest najważniejszy. Powiedzieć o nim, że jest oldskulowy to nic nie powiedzieć.

Tutaj natomiast z polskim tłumaczeniem:  https://m.youtube.com/watch?v=gyVujrAvkdA

środa, 6 września 2017

Wielka kumulacja

Wreszcie szkoła! Mało tego, wraz z rozpoczęciem roku szkolnego, przyszła jesień, i to taka prawdziwa, z deszczem, szarością i zimnem wślizgującym się pod poły płaszcza. Prawdziwa kumulacja! Radykalne pożegnanie wakacji i lata, powrót do normalności, zwykłego, imponującego tempa. Od razu lepiej się jeździ, wolniej, bardziej przewidywalnie, tak że można wszystko załatwić z samochodu, wykonać tuzin telefonów, wysłuchać wiadomości i kilka rozdziałów dobrego audiobooka. Można skupić się w pełni na pracy, nie chce się nawet wychodzić z biura na lunch na zewnątrz i kompletnie nie wzrusza nas, że ktoś jeszcze kłuje w oczy świeżą opalenizną. Rodzice dobrze wiedzą, że tak długie wakacje szkolne są nie do zniesienia, końcówka sierpnia to istna wykończeniówka, trudniejsza do wytrzymania niż pierwszy tydzień roku szkolnego. A tak, dzieci wreszcie w szkole, z rówieśnikami, na zajęciach pozaszkolnych, podczas odrabiania lekcji. Same wcześniej idą spać, bo rano muszą wstać. Od razu lepsza organizacja czasu, efektywność, porządek. Jakże miło będzie znowu je rozwozić na basen, do muzycznej, na zbiórkę, ze zbiórki, na urodziny i z urodzin. Jak przyjemnie będzie spędzać sobotę w samochodzie, żyć ich entuzjazmem, chłonąć relacje, łapczywie karmić się okruszynami przelotnych spotkań z innymi rodzicami, naszymi dobrymi znajomymi a nawet gdzieś przy okazji odbierania potomka, przysiąść na chwilę albo i na kawę, i pogawędzić trochę.
A potem wrócić do sweet home, rozpalić w kominku, zasiąść w fotelu, poczęstować się świeżo upieczonym sernikiem i otworzyć odłożoną wcześniej książkę. Na jesieni szybciej się czyta, intensywniej żyje, lepiej smakują międzyludzkie relacje. Żyjemy szybciej, dni biegną jak szalone, czas jest krótki, mamy szansę zrozumieć więcej.
Niech żyje jesień! Jak najbardziej jesienna.


piątek, 16 czerwca 2017

Jak zostałem brodaczem


Od zawsze hołdowałem przeświadczeniu, że klasa mężczyzny to m.in. codzienne golenie się, nawet w bardzo niesprzyjających okolicznościach. Taki był podobno etos oficerski. Bomby mogły lecieć na głowę, mogło się walić i palić ale w okopach nic tak dobrze nie wpływało na morale żołnierzy jak ogolona twarz oficera. Nie wiem skąd te opowieści. Nie mniej jednak egzystowały gdzieś tam w czeluściach świadomości. Nic dziwnego zatem, że na brodaczy zawsze patrzyłem z pewną dozą podejrzliwości. Brodacz jawił się jako istota bardziej pierwotna, brody nosili pewnie Mieszko i Chrobry, tłumy wikingów i innych barbarzyńców. Broda kojarzy się z drwalem, człowiekiem lasu, typem ogorzałym we flanelowej koszuli i o mętnym wzroku. Brody to także ZZ Top i wbici w skóry pięćdziesięciolatkowie na harleyach.

Tym niemniej od jakiegoś czasu było jasne, że moda na brody nastanie. Dość już wszyscy mieli niby-mężczyzn, tych wszystkich biedaków pozbawionych męskich przymiotów, zdecydowania, siły, szlachetności. Facetów, na których nie można się oprzeć, którym można by zaufać. I te stroje, wąskie spodnie wciskane na umięśnione, owłosione łydki. Na mokro? No bo jak inaczej? Acz kiedyś panowie chodzili ponoć w rajtuzach, więc w sumie o co chodzi.

Zatem brody jako substytut? Jakby odpowiedź na krzyk: chcemy więcej męskości, więcej mężczyzny w mężczyźnie! Zarost – nieodmienna cecha męskiego ciała. Nie do podrobienia. Bo kobieta z brodą to jednak nie halo.

I pojawiły się brody, bródki i brodziska. Brody na drwala, długie, czesane, pielęgnowane olejkiem i strzyżone co tydzień przez fachowego golibrodę. A jak taka broda to i zaczeska na bok, z przedziałkiem, jak z filmów w starym kinie albo na zdjęciach żołnierzy AK. Brody krótkie, kilkudniowe, brody uwydatniające dolną szczękę, brody dodające męskiego szyku. Brody a’la Clooney, Brad Pitt, Sean Connery a nawet Ryan Gosling. Dla każdego coś miłego. Brody ciekawie łaskoczące i przyjemne w dotyku. Brody ocieplające wizerunek albo dodające powagi, brody świadczące o zmianie, konserwatywne albo nowoczesne, brody jako bunt i brody jako uleganie modzie.

Postanowiłem i ja zaryzykować…

Żona marudziła, że marzy o randce z brodaczem. Cóż było robić? Siła wyższa. Odkąd twarz mą zaczął okrywać charakterystyczny puch, zaczęły dziać się zaskakujące, dziwne rzeczy.
Pierwsze dni – dziwne uczucie. Szczególnie rano podczas kontaktu z bieżącą wodą, dotykasz twarzy i wzdrygasz się. Czy to ja? Co to za futro na moich policzkach? Wiewiórka wpadła przez okno? Jeszcze śnię? I to koszmar?

Potem - reakcje ludzi. Kogo byś nie spotkał, albo komentarz, albo pytanie, albo znaczący uśmieszek. Budzisz sympatię. Nie ma wątpliwości. Ile by za to normalnie dać, a tu, proszę, za darmo. Ocieplenie wizerunku jak nic. A brodacze jak na ciebie patrzą! Stałeś się jednym z nich, jest moc, jest solidarność. W windzie, w kawiarni, na spotkaniu z klientem. Uhm.


W brodzie cieplej. Oszczędzasz sporo czasu na goleniu, dziesięć minut więcej snu rano – niebagatelna sprawa. Wzbudzasz zainteresowanie. Niektórzy mówią, że ci do twarzy, inni (inne, bądźmy precyzyjni), że wyprzystojniałeś. To wszystko znacząco wpływa na samopoczucie i ogólny poziom zadowolenia z życia. Jesteś bardziej uśmiechnięty i wyluzowany. Dotychczasowe problemy wydają ci się jakieś takie bardziej banalne. Zaczynasz patrzeć na życie i przyszłość z większym optymizmem. Ale nie tylko na to patrzysz inaczej. Mimo tego, że jak zauważasz, zazwyczaj brodacze są w większości, czy to na spotkaniu w pracy czy z przyjaciółmi, to jednak trafiają się jakieś rodzynki ze starannie wygoloną twarzą. Zaczynasz spoglądać na nich podejrzliwie. Zauważasz, że zachowują się nieco zbyt obcesowo, jakby wywyższali się tą swoją gładkością. Z drugiej strony masz wrażenie jakby ogoleni nie pasowali do towarzystwa. Może nie chodzi od razu o to, że wyglądają na szpiegów z krainy deszczowców, ale coś ci tu jednak nie pasuje, coś wyraźnie nie leży. Innym razem znów patrzysz na nich jak na niepoważnych ludzi, podrostków niemalże, mających mleko pod nosem. Pan po lewo w brodzie, po prawo kozia bródka, na wprost trzydniówka, a obok ciebie w windzie kompletny brodowy golas, pachnący jeszcze płynem po goleniu. 

To mimowolne. Odczuwasz po prostu niepokój.