"Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy Jeszcze się spełnią piękne sny, marzenia, plany Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom".
niedziela, 2 stycznia 2022
Nie tylko Zenek, nie tylko Sławomir
niedziela, 26 grudnia 2021
Być jak Steve Jobs
piątek, 17 grudnia 2021
Before “I’ll be back”
piątek, 3 września 2021
Witaj szkoło-:(
Lubię bo, co oczywiste
w naszym środowisku szkolnym, to okazja aby znowu zobaczyć mnóstwo fajnych
ludzi, przyjaciół, znajomych, rodziców z klas moich dzieci, rodziców poznanych
podczas zajęć sportowych, wycieczek ojców z synami, wypraw kajakowych ojców z
córkami, pikników szkolnych, urodzin, imienin itp. Choć muszę powiedzieć, że
atmosfera szaleństwa weekendowego towarzyskiego przygasła, może przez
pandemiczne czasy, a może jakaś inna faza w życiu. Kiedyś to się działo,
wychodził człowiek z domu i zaraz spotykał ludzi na spacerze sąsiadów z ludźmi nowymi,
i zaraz całe towarzystwo wbijało na taras na kawę. Potem jeszcze ktoś
przechodził, dołączał i spotkanie się znaczne robiło. Albo rozwoził człowiek
całą sobotę dzieciarnię po różnych zajęciach, zbiórkach, urodzinach, meczach.
Tu się zagadało, tam przyżartowało, tu wdepnęło na kawę i torcik. I reset od
pracy tygodniowej był murowany. Energia czerpana od innych ludzi. Radość z
relacji. Entuzjazm z życia, z jego najprostszych przejawów, z rozmowy,
wspólnego wypicia kawy, nawet średniej jakości anegdoty. Gdzie to się podziało?
Co się z nami dzieje? Pochowaliśmy się w jaskiniach zastraszeni przez telewizję
i statystyki?
Tak, uważam że
pandemia za bardzo wpłynęła na relacje międzyludzkie, oczywiście negatywnie. Zamiast
się uściskać ludzie coś bąkają pod nosem na powitanie, zamiast zrobić „niedźwiadka”
na pożegnanie stukają się pięściami. Jednak to są drobiazgi w porównaniu z
wyrwą w życiu wielu nastolatków, dzieci i młodzieży. Dla nas rok to jedna
któraś tam życia, dla nich to epoka. Ile przeżyć ich ominęło, rozmów, wydarzeń,
przygód? Ile wiedzy, wysiłku, który procentowałby w przyszłym życiu, ile
skupienia, ile motywacji wewnętrznej. Zamiast tego ile obejrzeli seriali,
których nie powinni, ile czasu pochłonęły gry komputerowe, ile zaburzeń snu,
zarwanych nocy na czatowanie przez komórkę (żeby tylko), ile nawdychali się
kurzu z klawiatur komputerów, jak opalili sobie buźki niebieskim światełkiem
monitorów? Ile słów padło na Snapchatach i Messengerach, które nigdy by im nie
przeszły przez gardło w sytuacji bezpośredniej rozmowy z drugą osobą?
Nic to. Spieszmy
się cieszyć powrotem do szkoły, tak szybko może odejść.
Lubię powroty do szkoły z jeszcze jednego powodu. Wzrusza mnie widok nauczycieli moich dzieci. Ludzi, którzy przez cały sierpień na sucho harowali w szkole aby przygotować to co najlepsze na cały rok. Szkolili się, przygotowywali materiały, szlifowali formę. Nie zazdroszczę im, ale podziwiam. Zawód nauczyciela jest jednym z najważniejszych.
środa, 1 września 2021
Koniec lata…
…w Czarnolesie. Wybraliśmy się z Piotrem i przyjacielem Jarosławem z dalekiego Augsburga na wycieczkę końcowowakacyjną. Tylko półtorej godziny jazdy samochodem piękną drogą na Lublin, potem przez lasy i pola do Czarnolasu. Bo właśnie miejsce tworzenia i zamieszkiwania Jana Kochanowskiego wygrało casting na cel naszej spontanicznej i szybkiej wycieczki. Gdybym miał jednym zdaniem podsumować tę wyprawę napisałbym: Boże, dlaczego tak późno tam zawitaliśmy? Gdyż, albowiem, azali, już z dawien dawna myśleliśmy aby odwiedzić dworek czarnoleski. Po pierwsze dlatego, że jest blisko a ostatnio byłem tam z wycieczką w liceum, nota bene imienia Jana Kochanowskiego, czyli ho, ho, ho, nie epatujmy może innych tutaj PESEL-ami. Po drugie od czasu do czasu zwiedzamy taką właśnie „dalszą okolicę” ale zdecydowanie za rzadko. No i genius loci, miejsce gdzie wielki polski poeta żył i tworzył musi być jakoś ciekawe.
Nie pomyliliśmy się. Wycieczka dołącza do zbioru bardzo udanych wycieczek. Chociaż jej pomysł powstał właściwie tuż przed wykonaniem, miało cały dzień padać a świeciło piękne słońce, i choć nie możemy jej zaliczyć do wycieczek rodzinnych (cóż, prawie każdy miał inne plany a Ewa zawsze przed rozpoczęciem roku szkolnego pracuje jak szalona) z wszystkiego jesteśmy zadowoleni.
Dworek położony jest w genialnym parku, tak jak to się kiedyś mieszkało i żyło po szlachecku. Lipy czarnoleskiej dawno nie ma ale jest miejsce gdzie rosła. Trzeba przyznać zacne miejsce do tworzenia. Na tyłach dworku, w zasięgu wzroku i przywołania przez domowników ale na tyle daleko aby uciec od zgiełku domowych spraw w krainę twórczości. Po prawo staw, pływają kaczki, piękna przyroda. Takie miejsce z widokiem na dom to w ogóle jest fajna sprawa. Wokół i w środku jest cicho i spokojnie, na terenie muzeum nie można nic zjeść, można tylko wypić. W ogóle aby zjeść to trzeba potem jechać do Kazimierza co oczywiście zrobiliśmy, przy okazji trafiając na festiwal muzyki ludowej na rynku. Naprawdę czad, robiło to wrażenie, nigdy bym się nie spodziewał. A zatem combo: Czarnolas i Kazimierz to gwarancja satysfakcji klienta.
Wracając do Czarnolasu, ekspozycja muzeum jest tradycyjna, eksponaty, wiszące obrazy, wyryte na ścianach cytaty i audioprzewodnik, w sumie dający radę. Akurat na pół godziny, nawet małe dzieci wytrzymają. Oczywiście Krzyś Noworyta by się zżymał, że to jest za słabe. Też wyobrażam sobie co tam mogłoby być i się dziać przy takim materiale. Nawet bez mediów wizualnych i innych superpomysłów, gdyby tam odbywały się jakieś festiwale czarnoleskie, spotkania, koncerty, wieczory poetyckie itp. Mogłoby się dziać. Jednak nawet bez tego co mogłoby być a czego nie ma, miejsce jest genialne, powiedziałbym czarujące. Miejsce gdzie powstawała wielka poezja, gdzie spotykały się największe umysły tamtej epoki, parkowe dróżki, które wysłuchiwały dysput, dyskusji, rozmów, przyroda, która była natchnieniem a nawet jeśli tylko tłem powstającej wielkiej poezji – no jeśli jest coś takiego jak genius loci, to na pewno w takich miejscach. Piszę to przecież po to aby podzielić się z Wami inspiracją na wyjazd jesienny. Jak zawsze: idee i inicjatywy. No i sprawdzić, czy jest sens coś tu jeszcze umieszczać od czasu do czasu.
Idąc dalej po czarnoleskiej posiadłości na końcu parku natrafiamy na mały amfiteatr ze świetną akustyką. Aż się prosi aby kiedyś urządzić tam jakieś przedstawienie, najlepiej w czerwcu, ma się rozumieć. Widzę tam też oczami wyobraźni Skautów Europy robiących podczas swojej wędrówki przedstawienie, na które zaprosili okolicznych mieszkańców ale i gości ze swojego miejsca zamieszkania: Warszawy, Radomia, Lublina czy Puław. Jakże bym chciał wziąć udział w takim przedstawieniu.
Kochanowski to oczywiście fraszki, pieśni, treny, postępująca łysina i fajna broda prosto od barbera (widzicie to od niego to hipsterstwo się zaczęło), to studia (jak wielu synów dobrych domów wysyłany był by zasięgać nauk w najlepszych miejscach w Europie), praca na dworze królewskim, a potem sielanka na swoich włościach, i nagła śmierć na wyjeździe. O tym dowiemy się w muzeum ale poczucie dużego niedosytu pozostaje. Może to i lepiej.
piątek, 5 stycznia 2018
Hurra! Nowy Rok!
niedziela, 17 września 2017
Nie będę. Opowiem Wam za to o jednej z moich pięćdziesięciu lektur. Tak jest. Przy okazji wakacji policzyłem napoczęte i nieskończone książki. Naprawdę jest ich jeszcze więcej, ale większości nie mam chyba ochoty kończyć. Jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca? Jednak jest wiele, do których chciałbym wrócić, ale wcale się z tym nie śpieszę. Złośliwy powiedziałby, że jest akceptacja rzeczywistości, tzw. realiów. No i co? Mam niesamowity komfort sięgania po to, na co akurat mam ochotę. Zależnie od nastroju i apetytu. Żadnych lektur obowiązkowych, uzupełniających, modnych, przypadkowych. Tylko to, co chcę przeczytać. Niestety nic prawie z tego zbioru nie jest dostępne na audiobooku, a prawie nic na ebooku, więc muszą piętrzyć się na stosie w sypialni te pochłaniacze kurzu ku utrapieniu mojej życiowej towarzyszki. Nie wolno ich odłożyć na półkę, bo przecież mogę zachcieć uczknąć z którejś kilka stroniczek w któryś z jesiennych wieczorów.
Tak stało się z „Dziennikiem” Sandora Maraia, kilka lat już się kurzy. Nie skończyłem (bo to zasadniczo nie jest lektura do jednorazowego wchłonięcia) i długo nie wracałem. Słyszałem oczywiście, że końcówka jest wstrząsająca. Więc tym razem zacząłem właśnie od niej. A jest wstrząsająca dlatego, że facet powoli umiera, osuwa się coraz bardziej w zaawansowaną starość, odchodzą po kolei jego najbliżsi, ludzie, których znał. Zostaje sam z perspektywą pogłębiającego się niedołęstwa, którego się obawia. Skrupulatnie odnotowuje zmniejszającą się wydolność fizyczną, coraz większe zmęczenie przy spacerach i codziennych czynnościach. Martwi go jedno. Czy zdoła sobie strzelić w łeb zanim przestanie być w stanie czyn taki popełnić. Jest to smutne bardzo. Brak wiary, że życie się nie kończy tylko zmienia. I te wspomnienia rozsypywania prochów nad oceanem, żony, syna. Pustka. Uświadamia też coś, o czym nie chcemy pamiętać, że ciało obumiera, że śmierć jest procesem, że starość nie zawsze przypomina reklamy Biovitalu. Że umieranie na szpitalnym łóżku, bez rodziny, wśród obcych, rzadko obdarzonych empatią, a jeśli już to służbową, bez bliskich trzymających za rękę, a może i trzymających zapaloną gromnicę, i w ręku też coś innego może trzymających, takie coś co się przesuwa palcami, jest trudne, jest bolesne, jest nieludzkie. Marai nie pozostawia nam złudzeń. Ciało odmawia mu posłuszeństwa, z bólem notuje, że już nie może pisać, czytać, że trwa tylko. Dobiega dziewięćdziesiątki, jego przybrany syn Janos zmarł nagle w sile wieku. A wcześniej jeszcze odeszła jego ukochana żona Lola, wspomina ją z tkliwością. Na przykład to, że od jakiegoś czasu nie może tuż po przebudzeniu odnaleźć jej ręki, bo zawsze, przez lata, to była pierwsza czynność, to czułe ujęcie dłoni ukochanej osoby, dotknięcie, znak. Nieliczni odwiedzający wybitnego pisarza w ostatnim okresie jego życia wiedzieli, że nie wolno im siadać w fotelu Loli, że to nie przystoi. Podczas rozmowy Marai od czasu do czasu mimowolnie gładził ręką oparcie tego fotela, jej fotela.
Lola zostawiła w skrzyni swoje dzienniki, codziennie spisywała ich wspólne życie. Spisywała je dla niego, on pisał dla innych. Stąd pewnie moglibyśmy dowiedzieć się więcej o życiu tych węgierskich emigrantów, emigrantów niezłomnych. Marai nie wyraził zgody na żadne wydania swoich dzieł w kraju dopóki nie opuści go ostatni żołnierz sowiecki. Pisał tylko po węgiersku, pisał ze świadomością, że jeśli jego głos zostanie kiedyś usłyszany, to zapewne nie za jego życia. Był wierny europejskiej kulturze, przyzwoitości, zdrowemu rozsądkowi i powołaniu pisarza, który przemawia przez swoje dzieła.
Uważam, że niniejszy wpis jest bardzo dopasowany do jesiennego nastroju i znowu jednoznacznej prognozy na najbliższe dni. W związku z tym mam dla Was coś jeszcze, piosenkę Joe Dassina, którą na pewno kojarzycie z Lata z Radiem czy jesienią, sam nie wiem. Ja ją kojarzę z ubiegłotygodniowego wieczoru u przyjaciół świętujących swoją piękną, okrągłą rocznicę ślubu. „Jeśli nie istniałabyś, po cóż miałbym żyć” taki jest jej tytuł. Teledysk nie jest najważniejszy. Powiedzieć o nim, że jest oldskulowy to nic nie powiedzieć.
Tutaj natomiast z polskim tłumaczeniem: https://m.youtube.com/watch?v=gyVujrAvkdA
środa, 6 września 2017
Wielka kumulacja
A potem wrócić do sweet home, rozpalić w kominku, zasiąść w fotelu, poczęstować się świeżo upieczonym sernikiem i otworzyć odłożoną wcześniej książkę. Na jesieni szybciej się czyta, intensywniej żyje, lepiej smakują międzyludzkie relacje. Żyjemy szybciej, dni biegną jak szalone, czas jest krótki, mamy szansę zrozumieć więcej.
Niech żyje jesień! Jak najbardziej jesienna.










