czwartek, 21 kwietnia 2016

To wspaniałe życie

Czasami ludzi można mieć dość, jak bohater filmu „To wspaniałe życie” George Bailey. Dyrektor towarzystwa budowlanego grany przez Jamesa Stewarda (to ten aktor z filmów Hitchcocka, ale kto to jeszcze ogląda?), całe dorosłe życie buduje ludziom domy, samemu ledwo wiążąc koniec z końcem. Nie o takim życiu marzył, miał podróżować, skończyć studia, zrobić wielką karierę i zarobić mnóstwo pieniędzy. Jednak splot okoliczności spowodował, że musiał podjąć inne decyzje. Wadzi się stale z czarnym charakterem, miejscowym oligarchą i krezusem, Potterem. Gdy w wyniku złośliwości starego rekina finansowego towarzystwo staje na skraju bankructwa, nasz bohater chce ze sobą skończyć. Czara goryczy przelała się, rzeczywistość stała się nie do zniesienia. Jest wigilia lecz on wybiega z domu, zostawia żonę (zjawiskowa Donna Reed), dzieci, wydziera się na nich wcześniej i wścieka, jakby byli czemukolwiek winni w tej sytuacji. I gdy już wydawało się, że w ten dzień zły, George nie zdoła przeciwstawić się rozpaczy i ostać na tym łez padole, gdy już, już przymierzał się do skoku z mostu, wydarzyło się coś, czego on ani nikt inny się nie spodziewał... Dostał jeszcze jedną szansę. Zobaczenia jak wyglądałby ten świat, to miasteczko, ci ludzie – bez niego. I była to wizja straszna.

Film Franka Capry z 1946 r. to prawdziwy klasyk. Podobno w wielu telewizjach świata w Święta Bożego Narodzenia jest tym, czym dla nas nieszczęsny Kevin sam w domu. Nijak nie da się porównać tych filmów. Film Capry nie dość, że świetnie zagrany i skrzący się znakomitymi dialogami, to niesie w sobie mocny ładunek treści. Treści niebanalnych, lecz zaskakująco głębokich. Ni mniej, ni więcej to największy, najważniejszy film o tym, że każde życie ma nieskończoną wartość i że nie zdajemy sobie kompletnie sprawy z tego, jak bardzo na siebie wzajemnie oddziałujemy i ile dla siebie znaczymy. My ludzie! Uwikłani w codzienność, ugrzęźnięci w małych kłopotach i radościach, w zmartwienia i znój pracy, której sensu nie widać. Niedoceniający tego, co mamy: życzliwości naszych bliskich, tego że są wokół nas, że mamy dla kogo się trudzić. Nie znamy skutków naszych czynów, a może inaczej, znamy tylko niektóre.

Wszystko, co robimy i jak robimy ma znaczenie. Buduje albo niszczy. Nie tylko czyny ale nawet słowa mają moc leczącą albo destrukcyjną. Rezygnacja z siebie, własnych ambicji, planów dla innych, aby służyć ma sens. Takie jest przesłanie tego filmu. Przesłanie, powiedzmy sobie szczerze, pokrzepiające. Naprawdę!

Jeśli potrzebujecie filmu dla poprawy nastroju, ale nie po taniości jakąś mierną, współczesną komedią romantyczną, nie daj Boże polską, to ten film jest dla Was! Może ktoś z Was myśli, że przez rodzinę, przez te małe bąki w domu, przez to tłuczenie się kolejką do pracy i z powrotem dzień w dzień, omija go prawdziwe życie, fun, kariera. Może ktoś jest zmęczony, w domu dzieci chorują, żona go nie rozumie, a w pracy znowu ten kretyn szef. Chciałbym napisać z rozpędu, że szkoła, nauczyciele, rodzice, ta kretynka Jolka, ale szczerze to nie jestem pewien, czy do starego kina nie trzeba dojrzeć? Czy ten film trafi do ludzi przed trzydziestką? W każdym razie, jeśli macie chandrę, zły dzień, być może czujecie po części to co czuł George Bailey – weźcie sobie i obejrzyjcie tego Caprę.

Jest wiele innych rzeczy, które urzekają w tym filmie, jak staroświecki styl gry aktorskiej, bardzo teatralny, wyrazisty. Wtedy grało się na całego, z gestem, ekspresją, przesadą. Jak to, że młodzi ludzie są pełni energii, zdrowego entuzjazmu, śpiewają nawet i jest to czymś naturalnym. (Kto teraz śpiewa, wracając do domu?) Zaznaczę zaraz, że z moich obserwacji wynika, że czymś typowym dla naszych czasów jest raczej apatia młodych, słuchanie muzyki w pojedynkę, ze słuchawkami na uszach w tramwaju plus oczywiście permanentne przyklejenie do swojego smartfona. I kto jest/był bardziej szczęśliwy? Tamte obdartusy w szerokich spodniach i dziurawych butach, cmokający za przechodzącymi chodnikiem pięknościami szeleszczącymi różowymi falbankami sukienek czy dzisiejsi zakompleksieni młodzieńcy w rurkach z Zary, przerzucający na fejsbuku zdjęcia wyzwolonych koleżanek? Na razie zostawię Was z tym pytaniem, bo nie chciałbym tymczasem zapomnieć o jeszcze jednej kwestii.

Film powstał w oparciu o scenariusz na podstawie opowiadanka mało znanego autora. I to jest piękne! Ta moc płynąca z dobrze skonstruowanej fabuły, napisanej od serca, nie pod publikę, nie na zamówienie, ale z głębokiego przekonania. Obraz nie od razu odniósł sukces, jego popularność rosła z czasem, z biegiem lat aż po dzień dzisiejszy.


I jak tu nie wierzyć w potęgę dobrych historii? Ta jest jedną z nich.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Po Śląsku

Byłem na Śląsku i było tam nadzwyczajnie. Czy ktoś uwierzy, że to środowisko powstało niecałe 6 lat temu? A teraz to ponad 250 umundurowanych dziewczyn i chłopców, w większości to wilczki, ale są też prężne drużyny oraz krąg i ognisko. To środowiska, w których rodzice założyli mundury i stworzyli jednostki dla swoich dzieci. A wszystko zaczęło się od postanowienia pewnego mieszkańca ulicy Wolności w Ćwiklicach, który po 10 kwietnia roku pamiętnego postanowił „coś zrobić”. Pomyślał, że najważniejsze jest wychowanie młodych. Słyszał gdzieś o Skautach Europy, zaintrygowała go ta informacja. Wszedł w Internet, szybko znalazł stronę i napisał maila. Potem pojawił się tam Paweł, wówczas macher od samodzielnych zastępów na południu Polski. Ale szkoda było czekać. Las rośnie wolno. Dorośli założyli mundury i zaczęli robotę.

Na spotkaniu z rodzicami ponad setka ludzi. Atmosfera niemal rodzinna. Jarek, hufcowy, prowadzi spotkanie w taki sposób, że sprawia wrażenie jakby wszyscy tu się znali od lat, chodzili do tej samej podstawówki albo grzebali łopatkami w jednej piaskownicy. Może nazwa ulicy, przy której mieszka ma na niego jakiś tajemniczy wpływ? Jest kawa, ciastka i śmiech. Lekko, przyjemnie i konkretnie. A przecież mieszkają w kilku odległych od siebie miastach. Na pewno wielu widzi się po raz pierwszy. Są matki, i są ojcowie. Mówię o rzeczach przeróżnych, opowieść układa się przedziwnie, właściwie jakbym rozmawiał z dawno niewidzianymi znajomymi i w godzinę chciał streścić, co się wydarzyło od ostatniego spotkania kilka lat temu.

Sięgamy do początków FSE w Polsce, opowiadam jakieś stare historie, które mam nadzieję mówią nam coś o fenomenie skautingu i przyjaźni. Mówimy o tym, czym jest przykład i autorytet. I dzielimy się troskami rodzicielskimi. Bo rodzice są i pozostaną najważniejszymi wychowawcami swoich dzieci, ich wpływ jest i będzie wielki. Mimo, że czasami można w to zwątpić.

Jednak my nie jesteśmy po to, aby zajmować się wątpieniem, obliczaniem ze szkiełkiem i okiem naszych wysiłków, czasu, odbytych rozmów, włożonej energii, pomysłów. Jesteśmy po to, aby nie skąpić wysiłków, pompować czas, odbywać rozmowy, wkładać energię, mieć i realizować pomysły, najlepiej dobre. We wszystkich sferach swojego życia, a szczególnie w pracy z ludźmi, zawodowej czy w wychowaniu, swoich dzieci i cudzych. Ale też w relacjach z przyjaciółmi czy szerzej – z ludźmi po prostu. Zrozummy, widzenie efektów, pozytywnych rezultatów swojej pracy to bonus, premia, może się zdarzyć lub nie. Nie pracujemy dla takiej nagrody, nie to ma nas motywować. „Nie szukać nagrody innej”. Ale pracujmy, działajmy, bądźmy wspaniałomyślni wobec swoich pomysłów, zadawajmy zaskakujące pytania, ciągnijmy do końca rozpoczęte wątki rozmowy. Przestańmy, na miłość Boską, dziubdziać, odmierzać małą miareczką, bądźmy reżyserami a nie tylko statystami życia. Wszystko się liczy, każdy dzień, każde słowo, gest i czyn. Czy chcemy tego czy nie, wzajemnie na siebie oddziałujemy, ciągniemy innych w górę lub w dół. Ale to przecież wspaniały aspekt życia, choć jednocześnie… przerażający.


Takie spotkania, takie relacje są ogromną wartością. Gdy jesteśmy razem, siła jest w nas. W wielu podobnych miejscach w Polsce spotkali się ludzie dobrej woli…

wtorek, 15 grudnia 2015

Leszczyński (część II)


Gdy w 1733 r. umiera August II, Stanisław wraca do Polski. Tym razem zostaje wybrany na króla w euforii szlachty, nie na długo jednak bo prawie wprost z elekcji szlachta rzuciła się do ucieczki. Wojska rosyjskie zajęły opustoszałą Warszawę i pod jej bagnetami „garść szlachty, rublochapów” - jak pisze autor - „wystękała na Pradze, że na króla polskiego wybiera Augusta III Sasa”. Leszczyński z prymasem i co gorliwszymi stronnikami schronił się w Gdańsku. Tu gdańszczanie podjęli bohaterską obronę. „Gdyby szlachta ówczesna miała setną część tego animuszu rycerskiego co gdańskie liczykrupy – nie oparłyby się kacapy, zmykając z Polski, aż na Wołdze”, żałuje Zbyszewski.

Gdy oblężenie Gdańska trwało a sytuacja stawała się rozpaczliwa, król ryzykuje ucieczkę. Nocą w przebraniu chłopa, na łódce Wisłą, potem kilka dni przez bagna, następnie furmanką. „Ta dramatyczna ucieczka Leszczyńskiego zadziwiła Europę. Ukazały się książeczki z jej opisem, z życiorysem dwukrotnego króla. Leszczyński stał się najbardziej sensacyjną postacią epoki”. Tego nie powie autor, ale my możemy, że prawdopodobnie Stanisław był wówczas najpopularniejszym celebrytą Europy.

Schroniwszy się w Królewcu, znów obmyślał jak powrócić na tron. Jego zwolennicy zawiązali konfederację dzikowską. Jak pisze emigracyjny publicysta: „Leszczyński zapoczątkował też złudną mrzonkę szukania w Prusach oparcia przeciw Rosji. Sejm czteroletni pół wieku później powtórzył ten błąd z równie zerowym skutkiem co Leszczyński. Prusy w XVIII wieku były parszywym szakalem, który tylko węszył, co by chlapnąć z odpadków pozostawionych przez tygrysa - Rosję.” Zbyszewski pisze jeszcze, że osobistą kompromitacją Leszczyńskiego była laurka jaką wystawił młodemu królewiczowi pruskiemu, późniejszemu Fryderykowi II. „Przyszłego arcyłotra widział jako Bożego baranka.”

Gdy Leszczyński i dzikowianie negocjowali w Wersalu z francuskim premierem odbijanie tronu polskiego, gruchnęła wieść, że Francja zawarła pokój z Austrią, na mocy którego otrzymała księstwo Lotaryngii i Baru, w zamian za uznanie Augusta III Sasa królem polskim. Nie po raz ostatni łatwowierni Polacy dali się zwieść i oszukać, rozegrać jak dzieci.

„Olbrzymia Rzeczpospolita, trzecie pod względem obszaru państwo w Europie, nawet po pijanemu nie roiła, by mogła decydować o swych wewnętrznych sprawach – bez poparcia obcych. Więc pokornie ugięła się przed tłustym Sasem i uznała epizod z Leszczyńskim za skończony. Ludwik XV nakazał teściowi – dla dobra świata – zrzec się korony polskiej. 26 stycznia 1736 potulny Leszczyński, wśród płaczu i przekleństw swych stronników, abdykował oficjalnie po raz trzeci. Opuścił Królewiec i wrócił do Francji”.

Cóż powiedzieć? „Dla dobra świata” Polska jeszcze wielokrotnie później z czegoś rezygnowała, coś dawała z siebie, ten świat broniła biorąc na siebie impet niszczących sił. Świat zwykle nie odpłacał nawet miedziakami. Przykład 1920 rok, potem 1939.



Król Francji dał teściowi na pociechę świeżo zdobyte Księstwo Lotaryngii. Dał de nomine bo Leszczyński miał być figurantem a rządy miał sprawować francuski intendent. „Starego Leszczyńskiego, wiecznego emigranta, uważano za niedołęgę i sądzono, że zadowoli się szczodrą pensją półtora miliona liwrów rocznie, szumnym tytułem i rolą figuranta. Nic nie mogło być błędniejszego. Normalnie w wieku 60 lat Polacy są już rozsypującymi się ramolami. Tymczasem Leszczyński był pełen wodorowej energii, rwał się do prawdziwego - nareszcie - panowania. Przezwyciężył początkową żywą niechęć tubylców do siebie jako do wschodniego przybłędy, ugłaskał surowego La Galaziere’a (intendenta) i pomalutku wycyganił mu lejce z rąk”.

„Człowiek zabiera z sobą na tamten świat tylko to, co rozdał za życia. Ukochany przez poddanych Leszczyński przeszedł do historii Lotaryngii jako najlepszy władca, jakiego kiedykolwiek miała.”

Jak widzicie, cytuję obficie Zbyszewskiego miast silić się na swoje parafrazy czy komentarze, jego teksty są tak celne, że bodaj ich autor przemówił bezpośrednio za pośrednictwem tego bloga. W tym miejscu jednak nie mogę się powstrzymać. To, że Stanisław dopiero w wieku sześćdziesięciu lat rozwinął skrzydła i zrealizował swoje marzenia o sprawowaniu władzy, i to z tak doskonałym skutkiem, zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Bo przecież wcześniej tylko szamotał się, wstępował na tron, abdykował, uciekał, tułał się po emigracji, trwonił doskonałe przygotowanie do sprawowania funkcji. Jakże musiał być tym zirytowany, może zgorzkniały nawet, z poczuciem niespełnienia, patrzył z oddali na to, co dzieje się z Rzeczpospolitą i rwał włosy z głowy (lub z peruki). Mówiąc po obecnemu: „looser”. I nagły uśmiech losu, który wykorzystał na 200%. Tak moi mili, trzeba być długodystansowcem. Myślę, że taka nauka z tego płynie, aby nigdy nie rezygnować, nie grzebać marzeń, talentów, umiejętności, ale mieć je gdzieś na podorędziu, bo jeszcze nie wiadomo, gdzie nas Opatrzność postawi, do jakich zadań powoła. I nie czekać na to bezczynnie ale podejmować próby, nie załamywać rąk, tylko wchodzić oknem gdy nas wyrzucają drzwiami.

Oddajmy znowu głos panu Karolowi:
„Aktywność i dobre pisanie rzadko idą w parze. Leszczyński do ruchliwości we wszystkich dziedzinach dorzucił i ruchliwość pióra”.

„Był urodzonym felietonistą. Pisał zwięzłe, żywe rozprawki na różne tematy. Wdał się w publiczną przed całą Europą dyskusję z samym J.J. Rousseau na temat wychowywania dzieci. Wyższość w praktyce ojca, który wychował córkę na królową Francji, nad ojcem, którego dzieci, poprzez przytułek, wyrosły na rzezimieszków, nie ulegała kwestii. Ale i w swadzie pisarskiej, i w zręczności argumentacji filozof z Nancy nie dał się pobić mędrkowi z Genewy.”

I tu proszę Państwa, kolejny epizod, który mnie niezwykle ujął w życiorysie władcy Lotaryngii. Nie tylko dlatego, że gdyby Stanisław żył w naszych czasach, pisałby pewnie najpoczytniejszego bloga. Wiecie kim był Jan Jakub Rousseau? Jednym z największych szarlatanów intelektualnych nowożytności, facetem którego tezy z „Umowy społecznej” muszą do dzisiaj zakuwać biedni studenci prawa, a tezy z „Emila” studenci pedagogiki. Chcecie pokłócić się z nauczycielem, który poucza, że Rousseau wielkim myślicielem oświeceniowym był, chcecie zakwestionować paradygmat i zaimponować koleżankom? Przeczytajcie któreś z tych dziełek Jana Jakuba, to wystarczy, jeśli macie trochę oleju w głowie. Albo rozprawkę, której tezy zmiażdżył nasz dzisiejszy bohater, czyli „Czy odrodzenie się nauk i sztuk przyczyniło się do naprawy obyczajów?” Zdaniem Rousseau, nie. Był to wyraz zwątpienia w cywilizację ludzką, mówiąc delikatnie, a dosadniej - Rousseau opiewał nieuctwo i na piedestał stawiał człowieka dzikiego, nieskażonego kulturą. Leszczyński dał temu odpór, pisząc m.in. że nauka służy ludziom do poznania prawdy, ale też dobra. Jego zdaniem samo poznawanie natury uszlachetnia poznającego i „ład wnosi w postępowanie”.



Leszczyński uczynił ze swego dworu w Luneville ośrodek intelektualny. Założył teatr, akademię literatury, wybudował wiele pałaców i gmachów.

„Główne zainteresowanie Leszczyńskiego stanowiła jednak wciąż Polska. Założył akademię rycerską, (…) pierwowzór późniejszych Collegium Nobilium Stanisława Konarskiego i Korpusu Kadetów Stanisława Augusta”

„Leszczyński był pierwszym, który zdał sobie jasno sprawę z katastrofalnego ustroju Rzeczpospolitej. Jego kapitalne dzieło „Głos wolny, wolność ubezpieczający” jest prekursorem wszystkich reform, łącznie z Konstytucją 3 Maja, przeprowadzonych z takim mozołem przez Sejm Czteroletni 60 lat później. Zmianę wolnej elekcji, ukrócenie liberum veto, podniesienie wojska do 100 tysięcy, przyśrubowanie podatkowe, ład w obsadzie urzędów – wszystko to zalecał już Leszczyński.

Są ludzie, co świadomie plotą bzdury – aby tylko być oryginalnymi, zadziwić słuchaczy. Odwrotnie Leszczyński. Głosił rzeczy mądre i rewelacyjne, owijając je w bawełnę banału, starając się je przemycić jako konserwatywne i naturalne. Ambitny pisarz pragnie sensacji, ambitny polityk jej unika. A Leszczyński był zawsze przede wszystkim politykiem. Wiedział, że radykalne reformy trzeba przeprowadzić, lecz nie trzeba nigdy z góry straszyć.

Dlatego też „Głos wolny…” tak rewolucyjny, tak odmienny w poglądach od ogólnie przyjętych wówczas w Polsce, choć napisany w roku 1733, wydał Leszczyński dopiero w roku 1749 w chwili gdy (na krótko) zwątpił o możności odzyskania korony.”

„W ciągu 30 lat w Lotaryngii Leszczyński nigdy nie przestał myśleć o powrocie na tron polski”.

„Opasły August III umarł w roku 1763. Młody stolnik Poniatowski był głównym kandydatem na króla. Aż skoczył Leszczyński z podniecenia. Przed wyblakłymi oczami zamajaczyła mu znów korona.

Co za brednia, że emigrant polityczny przyzwyczaja się do swego domku z ogródkiem, do nocnych pantofli, że zapomina o kraju, że popada w rezygnację.
Nigdy!

Szatański Leszczyński, mając 86 lat, gotów był rzucić swój pałac, dostatki, kochanki, córkę, wnuków, świetną pozycję w Europie, całą Lotaryngię do diabła i pognać do Warszawy, zaryzykować nową awanturę. Ze szwungiem, z zapałem chłopca, co rusza pierwszy raz w życiu polować na kaczki, rzucił się raz jeszcze do kampanii elekcyjnej.”

Nie udało się tym razem. Zbyszewski opowieść o królu Stanisławie kończy tak: „23 lutego 1766 zmarł Leszczyński, człowiek, który był dwa razy królem i trzy razy abdykował, który kochał Polskę, a uszczęśliwił Lotaryngię, który może by zdołał zatrzymać Rzeczpospolitą przed runięciem w przepaść, gdyby te 60 lat panował, a nie błąkał się na przymusowej emigracji.”

I jeszcze rozprawia się z właściwą sobie swadą z innymi kontrowersjami dotyczącymi tej malowniczej postaci.
„Naiwni historycy urobili sobie pogląd, że Leszczyński tak kochał Polskę, że aby do niej wrócić, gotów był ją uszczuplić. Bzdura!” Zbyszewski twierdzi, że tak wtedy było, takie czasy, ja ci dam to księstwo, ty mi tamto. Bagatelizuje to, choć w nas może to budzić niesmak, bo wiemy, co było dalej.


„Leszczyński byłby sto razy lepszym królem od Augusta II. Ale – skoro utracił koronę – byłoby sto razy lepiej dla Polski, by zrezygnował z niej naprawdę i nie wprowadzał wieloletniego zamętu.” Zbyszewski zapewne ma rację. Dwieście lat później inny Polak wyciągnął z tego lekcję i ustąpił, w imię dobra Rzeczpospolitej, nie chciał rozlewu bratniej krwi, chociaż legalnie, prawnie racja była po jego stronie. Postąpił tak Roman Dmowski po zamachu majowym w 1926 roku.

piątek, 11 grudnia 2015

Leszczyński (część I)

Nigdy bym nie przypuszczał, że jedyna książka, którą w całości przeczytam na ubiegłorocznym letnim urlopie doprowadzi mnie do nocnego buszowania w Internecie w poszukiwaniu informacji o królu Stanisławie Leszczyńskim. Morza szum, ptaków śpiew, nie ptaków nie było słychać, więc morza szum, cała rodzina pogrążona w śnie sprawiedliwego, śnie zasłużonym. A ja, po męczącym upalnym dniu, pełnym wrażeń takich jak gra w siatkówkę do upadłego z dorastającymi nastolatkami, po przeczytaniu i odpowiedzeniu na niecierpiące zwłoki maile z pracy, w pokoju ogarniętym mrokiem rozświetlanym tylko niebieskim światłem monitora, z wypiekami na twarzy, czytam o rodzinie Leszczyńskich i królu Francji Ludwiku XV. A wszystko przez Karola Zbyszewskiego, emigracyjnego publicystę, i wydaną niedawno książkę „Wczoraj na wyrywki”. Zbyszewski pisze wprost genialnie, to mistrz ciętej frazy, zaskakujących skojarzeń, celnych uwag zastępujących jednym trafnym zdaniem opasłe traktaty. Jak on sprawnie posługuje się polszczyzną, jakie ma olśniewające porównania? Niebywałe!

Zacząłem od jego opisu Piłkarskich Mistrzostw Świata w 1974 r. Właśnie kończył się mundial tak wspaniały i emocjonujący tym razem, więc lektura wydawała się bardzo dopasowana. Autor pisze np. o polskim bramkarzu w meczu z Brazylią o trzecie miejsce tak: „Tomaszewski miał dzień dobroci dla piłki. Wyławiał ją ze stratosfery i wydłubywał z ziemi. Tonęła, znikała mu w ośmiornicowych ramionach. Tulił ją do piersi jak ukochane niemowlę”. A wcześniej w meczu eliminacyjnym z Anglią „Tomaszewski, zwinny dryblas, zbierał im piłki znad główek, jakby łowił motyle w siatkę”, zaś gdy Lubański strzelił drugą bramkę: „Na widowni nieznajomi całowali się z dubeltówki. Był to nastrój krzyżowców, co zdobyli minaret i zdarli zeń półksiężyc”. Inaczej nieco było w meczu z Walią, gdzie „szła kopanina niczym jesienią na kartoflisku”. Czujecie klimat? Gdyby tak pisano obecnie w gazetach, czytalibyśmy je od deski do deski i zarykiwalibyśmy się ze śmiechu.

Pozostałe teksty są jeszcze lepsze, odczuwamy niemal namacalnie atmosferę lat powojennych polskiej emigracji w Wielkiej Brytanii. Zbyszewski pisze o „Dzienniku Polskim”, którego przez lata był redaktorem; o wycieczce samochodem po Anglii i odwiedzaniu skupisk Polonii; o urlopach, zakupach i micie, że narodowa zgoda jest czymś właściwym (ten tekst jest wart szczególnej uwagi). W książeczce znajduje się też znakomity tekst o Wiśle, rzece naszej arcypolskiej i zrośniętej z polskością nierozerwalnie, o Kazimierzu Pułaskim, no i o rzeczonym Leszczyńskim oczywiście.

Aż nie wiem, od czego zacząć. Najlepiej byłoby abyście Szanowni Elitarni Czytelnicy Bloga sami sięgnęli po ten tekst, zamiast po moje tutaj zapiski, które żadną miarą nie są w stanie oddać kolorytu tej opowieści. Jak pisze Zbyszewski: „Cóż to za nałóg to pisanie. Równie wstrętny jak kokaina. Po co opisywać raz jeszcze to co już zostało opisane – i to o sto razy lepiej?” No właśnie, po co? Cóż, spróbujmy jednak.

Tekst emigracyjnego publicysty o zapomnianym nieco królu polskim jest niezwykle frapujący. Mało kto chyba pamięta, o co chodziło z zamieszaniem w XVIII wieku z dwukrotnym wybieraniem Leszczyńskiego na króla a potem jego abdykacjami. A szkoda, bo Polacy winni odrobić lekcję, która z tej historii płynie, już dawno! I stale ją sobie przypominać, a nie powtarzać te same błędy co przodkowie, tylko gorzej, mniej malowniczo i w gorszym stylu. Podobnie jest z wieloma innymi wydarzeniami z naszej historii.

Zbyszewski rozpoczyna historię od tego, że we francuskim mieście Nancy stoi piękny pomnik z napisem „Stanislas le Bienfaisant” czyli Stanisław Dobry, dalej idące tłumaczenie to „dobrodziej”, „dobroczynny”, „dobro czyniący” a nawet „zbawienny”. Jednym słowem ktoś, komu wiele, bardzo wiele się zawdzięcza. I pomyśleć, pisze autor, że Rzeczpospolita mogła mieć sześćdziesięcioletnią erę jednego dobroczynnego Stanisława zamiast tragicznych rządów dwóch „faga-Sasów”. W Internecie dotarłem potem do przemówienia Jana Pawła II, gdy był w Nancy, gdzie podobno pamięć o Stanisławie jest wciąż żywa. Wtedy pomyślałem, że warto by odwiedzić kiedyś to miejsce.

Udało się to kilka miesięcy temu. Faktycznie plac Stanisława w centrum Nancy robi niesamowite wrażenie, szczególnie gdy to pierwsze do długiej podróży wypakowanie się z samochodu na terytorium Francji. Po pierwsze jest ogromny, otoczony pięknymi budynkami, kawiarniami i wszechobecnymi złoceniami. A na środku ogromny pomnik króla Stanisława.



Jak to się zatem stało, że Leszczyński dał tak wiele Lotaryngii a nie zdołał dać wiele Polsce? To długa historia i nie podejmuję się jej tutaj całej wyłuszczać. Ponadto należałoby w tym celu pewnie przeczytać coś więcej niż zgrabny ale publicystyczny tekst Zbyszewskiego, tekst skrzący się dowcipem, ostry i przenikliwy zarazem, a przy tym zawierający morał, ale jednak nienaukowy. Tym niemniej pan Karol raczy nas tyloma ciekawostkami z życiorysu polskiego króla, opowiada o tak nieprawdopodobnych zwrotach akcji, że co chwilę przecieramy oczy ze zdumienia: czy to działo się naprawdę?

Zacznijmy od tego, że ród Leszczyńskich był jednym z najznamienitszych rodów w Rzeczpospolitej a bez wątpienia najznamienitszym w Wielkopolsce. Dlatego młody Stanisław otrzymał staranne i gruntowne wykształcenie, najlepsze jakie można było sobie wyobrazić w tamtych czasach. Młody Stanisław był predestynowany do pełnienia odpowiedzialnych ról w dorosłym życiu.

I tak dzieje się w roku 1704, gdy król szwedzki Karol XII nakazał konfederacji warszawskiej wybrać Leszczyńskiego na króla. Dzieje się to aby zakończyć panowanie uzurpatora Augusta II Sasa. Zbyszewski pisze o tym wydarzeniu tak:
„Kiedy zaczyna się upadek Polski? Można odpowiedzieć z całą dokładnością: - w roku 1696 r.! Wtedy to, na wolnej elekcji po śmierci Sobieskiego, wybrano francuskiego księcia Contiego, prymas Radziejowski proklamował go królem, Conti przybył z flotą do Gdańska. Ale elektor saski, August II, mając z Drezna bliżej, wlazł z licznym wojskiem do Polski i bezprawnie koronował się w Krakowie. Polska ani drgnęła. Trzynaście lat zaledwie po odsieczy wiedeńskiej, największym swym triumfie wojskowym, ogromna Polska była takim flakiem, że malutka Saksonia mogła jej bezkarnie narzucić króla. Zupełna plajta w ciągu jednego pokolenia!

Obecnie w roku 1974, z właściwą Polakom logiką polityczną, szlachta, która osiem lat przedtem zniosła bez sprzeciwu, że cudzoziemiec August, dzięki cudzoziemskiemu wojsku, wprowadził siebie na tron wbrew jej elektowi – teraz strasznie się oburzyła, że cudzoziemska armia osadziła na tronie rodaka Stanisława”.

Walka Leszczyńskiego z Sasami będzie trwała kilkadziesiąt lat, dalej osłabiając Rzeczpospolitą. Stąd powiedzenie: „Od sasa do lasa, jeden do sasa – drugi do lasa”, gdyż szlachta nie mogła się zdecydować czy być z „lasem” czyli Leszczyńskim czy z Sasem.

W 1709 roku zostaje zmuszony do abdykacji, emigruje, a na emigracji zapomina o abdykacji i podejmuje walkę aby odzyskać tron. Sprzymierzył się wtedy ze Szwedami i Turcją. Jak pisze Zbyszewski, okazało się wtedy po raz pierwszy, że z tymi państwami nie ma Polska żadnych sprzecznych interesów a może mieć wspólne. W 1712 abdykuje po raz drugi. W przebraniu ucieka do Turcji, tam uwięziony, sprowadza Turków do Polski, ale robi klapę.

Na emigracji marnuje energię na różne propozycje, pomysły, słanie listów i memoriałów. Wszystko na nic.

Zmartwychwstaje dzięki córce! „Gdy go zawiadomiono, że będzie teściem Ludwika XV – zemdlał z wrażenia”.

Maria Leszczyńska została wybrana na królową Francji spośród siedemnastu najznamienitszych księżniczek europejskich. Ze względu na swe przymioty i dobre wychowanie (podobno niektóre były piękniejsze). A Francja, trzeba pamiętać, była wtedy mocarstwem, największym, najwspanialszym podówczas krajem.


(c.d.n.)

piątek, 20 listopada 2015

"Miszczem Polski UKS, UKS najlepszy jest..."

Wybrałem się na trening Piotra w Uczniowskim Klubie Sportowym. Co za rodzicielska przyjemność. Było znakomicie i jestem pod wrażeniem.

Dwumetrowy trener i tuzin małych, żwawych chłopców, każdy z ich ze swoją piłką. Seria ćwiczeń. Najpierw każdy podrzuca ją do góry, klaszcze dwa razy, tak aby zdążyć ją złapać. No i próbuje złapać. Nie każdemu, nie za każdym razem to się udaje. Piłki uciekają w różne strony, chłopcy je gonią. Jest wesoło i energetycznie. Potem uderzają piłką o ziemię i muszą wykonać obrót i ją złapać, gdy spada. Następnie kręcą piłkę między nogami małymi rączkami jak najszybciej się da. Te ćwiczenia, entuzjazm i pilność chłopców są urocze.

Po ćwiczeniach siadają wokół trenera na środku sali gimnastycznej. Siadają błyskawicznie, wszyscy po turecku i pełna koncentracja, słuchają co pan trener do nich mówi. Słuchają tak aby nie uronić żadnej instrukcji, żadnej uwagi. Jedenastu małych chłopaków. To są instrukcje kolejnej gry. Cztery bramki to cztery jaskinie, coś tam trzeba będzie z piłką zrobić, nie dosłyszę co, ale zaraz się przekonamy jak zaczną biegać.

Najpierw każdy sam prowadzi swoją piłkę jak najbliżej przy nodze. Nagle na hasło trenera: "UKS Żagle" wszyscy rzucają się na ziemię, każdy przyciska do piersi swoją piłkę. Podnoszą się gwałtownie. Znowu toczą i biegają jak mrówki. Hasło "powódź" i wszyscy biegną do drabinek, piłkę pod pachę i wdrapują się. Wiadomo, żeby ich woda nie zalała. Biegają, biegają na pastwisku i hasło, tym razem: "burza". Kryją się do czterech jaskiń. Na tym dość. Drużyna jest zmęczona. Koniec tej zabawy. Przerwa. Wszyscy biegną do kącika z jedenastoma plecaczkami, otwierają swoje butelki z wodą i robią po kilka łyków. Chłopięcych. Za kilka lat będzie to łapczywe picie wyrostków przechodzących mutację, o nieproporcjonalnie długich kończynach. Nastąpi to szybciej niż się spodziewamy.


Na koniec treningu mały meczyk. Z jakim pazurem oni grają. Kiwanie, owszem, w tym między zawodnikami tej samej drużyny. Normalka. Do gry zespołowej trzeba dojrzeć, a przecież niektórym nigdy się to nie uda, nawet w dorosłym życiu.

niedziela, 8 listopada 2015

Family Man Polska

Kiedyś w weekendy bywałem nerwowy. Zmęczony całotygodniowym obcowaniem z paragrafami, umowami, negocjacjami, nie mając nawet czasu od poniedziałku do piątku na rytualne przeczytanie porządnej, wielkiej, szeleszczącej przy przekładaniu kartek gazety, starałem się  nadrabiać zaległości, byłem spragniony lektur, spotkań. Zajęty przez dzieci i rożne domowe sprawy, nieraz obiecaną lekturę odbywałem dopiero w długi niedzielny wieczór, gdy już wszyscy poszli spać. Teraz z obojętnością spoglądam w weekend na stos nieprzeczytanych gazet, na stertę książek na szafce nocnej czy na parapecie w gabinecie (te sterty bywają owszem przyczyną cierpkich uwag mojej żony, jest dla mnie wyrozumiała). Nie mam żadnego poczucia winy, zero emocji. Pełen spokój. Nie mam w ogóle ochoty na czytanie gazet. Mam ochotę, czasami umiarkowaną a czasami wielką na czytanie literatury, książek historycznych, pamiętników a nawet filozofii, szczególnie filozofii prawa. Ale nie kosztem czasu dla rodziny. Fikcja ustępuje przed rzeczywistością. Wymyślna, nieprawdopodobna fikcja przed zwyczajną, może dla kogoś banalną, powtarzalną i szarą, ale nie dla mnie, rzeczywistością.

Patrzę na Piotrka, ma pięć i pół roku. Ma ciąg na grę w piłkę tak jak niegdyś jego obecny idol, starszy brat. Grają zresztą ze sobą często. Ale ja też grywam, bo Piotr jest jeszcze w takim wieku, że bardzo chce grać z tatą. Nigdy nie sądziłem, że będzie to tak rajcujące dla mnie. Przećwiczyłem to już ze starszym. Patrzę na Martę, jej impulsywne rozwiązywanie łamigłówek i zadań, nierzadko zaciętość i upór rysujące się na skupionej twarzy. Obserwuję starszych, oni nie życzyliby sobie jednak abym o nich tu pisał. Nastolatki. Wiadomo. Ale i tu dużo radości. Napatrzam się na te dzieci nasze, chłonę chwile, obrazy, migawki, kadry. Zapamiętuję wyraz twarzy, miny, tembr głosu, śmiech, gesty. Nasłuchuję, zapamiętuję. Grabimy liście i igły, potem pakujemy je do worków. Robimy wspólnie śniadanie, pakujemy zmywarkę, rozpakowujemy zmywarkę. Razem z najmłodszymi robimy zakupy, załatwiamy jakieś inne domowe sprawy. To co dla mnie jest przykrą koniecznością, dla nich stanowi niesamowitą frajdę. Więc i dla mnie czynność ta jest usensowniona, nie jest tylko koniecznym wyrazem zaspokojenia potrzeb ale okazją do przekazania jakiejś kolejnej, malutkiej, lekcji życia. Odrabiamy lekcje, normalne, szkolne, czytamy, układamy klocki (o dziwo, dopiero teraz stało się to popularne u nas), potem śmiejemy się z Louisa de Founesa (a propos, czy ktoś nie ma do polecenia garści jakichś przyzwoitych filmów familijnych, śmiesznych, sympatycznych, z jakimś morałem, chwilami wzruszenia?)


Nawet TO mnie nie stresuje. TO, które już dawno powinno być skończone, któremu niewiele brakuje, ot, porządnego przysiądnięcią, zarwania kilku nocek. TO ustępuje, zajmuje swoje miejsce w szeregu, karnie, posłusznie, bez szemrania. Bo przebywanie, patrzenie i słuchanie jest teraz ważniejsze! Chociaż TO wybija czasami rozedrganiem, jak niesforny podziemny potok nagle spod kamieni. TO domaga się swoich praw, chce ujrzeć światło dzienne, chce się narodzić i mnie opuścić. Wkrótce…

niedziela, 18 października 2015

Biała jak mleko, czerwona jak krew


Świetny film, dawno się tak nie uśmiałem. Czytałem kilka lat temu książkę, dobra, choć raczej dla nastolatków, może dlatego nie rzuciła mnie na kolana. Natomiast film wydał mi się znakomity, może dlatego, że teraz mam trójkę nastolatków w domu. Nieważne. Ważne jest to, że to unikalny film o nastolatkach, dla nastolatków i dla tych, którzy chcą nastolatków zrozumieć. Obowiązkowo dla rodziców. Świetnie zagrany, zmontowany, dowcipny, niebanalny, z zaskakującym zakończeniem. Aktorzy genialnie dobrani do ról, świetnie zagrali to co trzeba, a właściwie to zagrali to lepiej. Zaczynam szanować kino włoskie.

Jest to historia Leo, włoskiego szesnastolatka, nieprzytomnie zakochanego w Bei, to zdrobnienie od Beatrycze, o rok starszej piękności z kasztanowymi włosami. Leo śmiga na swoim rowerze, kumpluje się z Niko i z Sylwią, która pomaga mu w nauce i podrabia podpisy na usprawiedliwieniach. Kolejne próby poznania się z Beatrycze kończą się mniejszą lub większą kompromitacją, a publiczność zrywa boki. Choć Leo jest klasowym rozśmieszaczem, siedzi w ostatniej ławce, dogaduje, kontestuje, ma niewyparzony język i jest meczący dla nauczycieli, to w tej jednej sprawie brak mu odwagi. Chłopak żyje w swoim świecie, rodzice nie pojmują, o co chodzi, dlaczego maluje swój pokój na czerwono, gdzie się włóczy całymi dniami, czemu jest opryskliwy, itd. Są bezradni, jak to rodzice nastolatków.

Tymczasem w szkole pojawia się nowy nauczyciel języka włoskiego, znajduje sposób na chłopaka, a sceny konfrontacji między oboma są rewelacyjne. Rewelacyjny jest sam nauczyciel, z takich, jakich wszyscy kiedyś chcieliśmy mieć. Nie obraża się, ale postanawia zawalczyć o krnąbrnego ucznia. Ściąga go po lekcjach na ring bokserski, gdzie trenuje. Podczas walki łatwiej wykrzyczeć z siebie, że osoba będąca przedmiotem westchnień ostatnich miesięcy jest śmiertelnie chora. Leo jest załamany.
To się chyba nazywa spojler, więc niż już wam więcej nie ujawnię. Tylko tyle, że od tej chwili zaczyna się ta bardziej dramatyczna część filmu. Choroba i walka.

Biała jak mleko, czerwona jak krew to film o młodzieńczej miłości, o oczarowaniu, zakochaniu, ale i o przyjaźni, o poświęceniu, o tym, co ważne. Ja nie znam niestety innych filmów tak dobrze przedstawiających piękno młodości, czasu trudnego, ale i błogosławionego, pełnego pomysłów, energii, która góry przenosi ale i wątpienia we własne siły, talenty. Nie jest łatwo mieć kilkanaście lat. Ktoś, kto stworzył tę fabułę, musi młodych ludzi znać i ich lubić. To Alessandro d’Avenia, autor książki, a prywatnie również nauczyciel.

Film świetnie pokazuje też, że miłość to coś więcej niż zauroczenie, że się ją buduje, również na przyjaźni. Nie ma długotrwałej miłości bez przyjaźni. Kolejna prawda doskonale unaoczniona – młodzi potrzebują dorosłych, choć jasne, że kwestionują autorytet rodziców. Dlatego oby mieli innych dorosłych-przyjaciół, nie rodziców, ale wujka, ciocię, sąsiada, księdza, starszego brata, drużynowego, trenera etc., który zechce porozmawiać, sam, z własnej inicjatywy, zwyczajnie, szczerze zainteresowany, co taki Leo jeden czy drugi myśli, czym żyje, co go trapi.

Obudzić olbrzyma śpiącego w znudzonym nastolatku. Oto sztuka!


poniedziałek, 28 września 2015

Krzyżowcy


Krzyżowcy! Lektura aktualna, wczoraj, dzisiaj, za sto lat, i do końca świata. Chociaż traktuje o wydarzeniach z początków drugiego tysiąclecia a napisana została osiemdziesiąt lat temu. Z turbulencjami dobrnąłem do końca, 37 godzin słuchania w samochodzie, ale było warto.

Od razu zaznaczę, że przez początek trzeba się przedzierać jak przez chaszcze nad Wisłą. Archaiczny język stylizowany na polszczyznę XI wieku, mentalność prostych, „dobrych rycerzy polskich, wojów”, jak często nazywa ich Zofia Kossak, pełna jeszcze guseł i przesądów, świat dosyć brutalny, prymitywny, ale prostolinijny. To może odstręczać, zwłaszcza młodego czytelnika. Gdy już jednak pokona się ten opór, lektura wciąga nie na żarty.

Z grubsza mówiąc rzecz traktuje o pierwszej wyprawie krzyżowej odbytej w celu wyswobodzenia Ziemi Świętej z rąk muzułmanów. To fresk historyczny, pomijając wszystkie inne aspekty, odrabiamy porządną lekcję historii o tych wydarzeniach, o zwyczajach średniowiecznej, rycerskiej Europy, lecz i Wschodu, Konstantynopola, która pozwoli nam lepiej rozumieć późniejsze czasy ale i teraźniejszość. Autorka wykonała wielką pracę, by pieczołowicie przygotować się do pisania. Prawie wszystkie fakty i olbrzymia większość występujących w niej postaci jest historyczna i autentyczna. Nawet wątek „polskich wojów”, jakkolwiek wydawałby się naginany, taki nie jest. Kroniki wprawdzie milczą o szczegółach, ale wiadomo, że tacy krzyżowcy byli. Jak pisze autorka w zakończeniu, świadczy o tym zachowana mowa papieża Urbana II wygłoszona w Clermont, w której wśród innych narodów błogosławił krzyżowców-Polaków.

Wydaje mi się, że czeka nas renesans zainteresowania tą książką. Wiecie dlaczego… (Choć może bardziej trzeba się zainteresować lekturami o upadku cesarstwa rzymskiego i wędrówkach ludów). Pierwsza wyprawa krzyżowa zmieniła bieg historii, nie tylko dlatego, że ostatecznie uwieńczona została sukcesem, ale podczas niej i w związku z nią miało miejsce wiele wydarzeń precedensowych, po których nic już nie było takie jak dawniej. Autorka wiąże nas z wieloma bohaterami, są wśród nich polski rycerz Imbram i jego bracia, przewodzący wyprawie biskup Ademar de Monteuil, jest Godfryd de Bouillon i jego brat Baldwin, książę Tuluzy Rajmund St. Gilles, jest książę lombardzki Boemund i jego bratanek Tankred. Jest w końcu cała plejada postaci kobiecych. Nie mam tu zamiaru pisać regularnej recenzji, już i tak zbyt długo zwlekałem z podzieleniem się z Wami tą lekturą. Powiem jedno - lektura nie jest przyjemna. Ilość świństw, zdrad, sprzeniewierzeń, kłamstw i żerowania na naiwności ludzkiej towarzysząca wyprawie i przedstawiona w książce jest doprawdy „imponująca”. Do tego ciasnota umysłowa, upartość, zawziętość. Krew leje się strumieniami, gwałty, działanie z niskich pobudek, kłótnie i spory są na porządku dziennym. Wiele wątków i wydarzeń to prezentacja pychy ludzkiej we wszelkich jej najsmutniejszych barwach. Aktywność księcia ciemności pod płaszczykiem działań ludzi w imię hasła „Bóg tak chce!” jest zatrważająca. Z drugiej strony na tym tle tym bardziej jaśnieje niezłomne świadectwo takich ludzi jak biskup Ademar. Książka ukazuje dylemat, który zawsze staje w przypadku tego typu wielkich operacji: czy szczytny cel uzasadnia tak wielkie ofiary poniesione w związku z jego realizacją? I jak wielkie ofiary ponoszą ci, którzy mimo wszystkich możliwych godnych usprawiedliwień podejmują odpowiedzialność, biorą brzemię na barki i nie chowają się za parawanem wymówek, podejmując walkę ze złem z otwartą przyłbicą. Aż do przelania krwi, aż do oddania ofiary ze swojego życia.

Jedno warto powiedzieć, autorka nie epatuje nas złem, jak wielu współczesnych autorów, bez celu albo w celu zgoła jasnym (tfu, ciemnym), aby nas ze złem oswoić, na zło znieczulić, albo złem zafascynować. O nie! W moim mniemaniu robi to po to, abyśmy nie byli naiwni, abyśmy pamiętali o tym, jaka jest kondycja ludzka. I że okoliczności zewnętrzne albo sprzyjają temu, że jesteśmy bardziej ludźmi, albo upodabniamy się do zwierząt, lecz nie determinują tego, bo mamy wolną wolę.
Powiem tak: ktokolwiek kiedykolwiek chce pełnić jakieś funkcje kierownicze w dobrych dziełach, tzn. takich, które mają szczytne cele, a szczególnie takich, w których przy okazji krzyżują się ludzkie emocje, pragnienia, ambicje – powinien przeczytać tę książkę. Znajdzie w niej wiele sytuacji, które zna z autopsji albo które mu się na pewno przydarzą. Bo człowiek się nie zmienia. Bo świat się nie zmienia. Po jednej stronie jest pokora, po drugiej pycha, bo walczą ze sobą dwa królestwa: ludzkie i niebieskie, państwo ziemskie i państwo boże. Wczoraj, dzisiaj i aż do skończenia świata!

sobota, 26 września 2015

Turbacz 2015


Byłem sobie w ubiegły weekend z córką Melą na Turbaczu. W ramach większej całości czyli wyprawy ojców z córkami. Ambitnie. Z synem nie byłem jeszcze na takiej wyprawie a z córką, proszę, owszem. Niestety główny atut Gorców czyli przepiękny widok na Tatry nie był nam tym razem dany. W ogóle mało co było widać i to góra na dziesięć metrów. Tonęliśmy we mgle, a może to były chmury, nie wiem. Padał też deszcz, obcowaliśmy z błotem, było naprawdę fajnie.
Wstyd się przyznać ale Turbacz poprzednio zdobywałem ponad dwadzieścia lat temu, nie od strony Rabki ale Gorca. I to kilkakrotnie. W ramach pamiętnych zimowych wypraw, z nocowaniem w bacówkach, zamarzaniem wody wewnątrz i buńczucznymi zdjęciami gołych torsów na tle śniegu i panoramy Tatr. Szkoda, że nie można było wysłać mms’a wtedy, ani zamieścić takiej foty na fejsbuku, setki lajków murowane-;) A byliśmy w liceum, i stanu wolnego, więc, sami rozumiecie… Na Turbaczu podówczas, leżąc już w śpiworach na schodach i półpiętrze, po którym szalał koszmarny przeciąg, powstawał oszałamiający plan startu w wyborach do samorządu szkolnego. Właściwie to plan okazał się blady w porównaniu z tym, co się naprawdę potem zadziało. Ale to odrębna historia.
Schronisko nic się nie zmieniło przez te wszystkie lata. I piszę to niestety z pewnym niemiłym zaskoczeniem. Dom, mieszkanie, płot wymagają co jakiś czas jakiegoś odnowienia, odmalowania, „upgrade’u”. Tak przynajmniej jest, gdy ludzie dbają o rzeczy, które ich otaczają. Tak jest w wyższych kulturach. Tak jest, gdy istnieje gospodarz. Widocznie schroniska górskie nie mają dobrego gospodarza. I nie chodzi o jakieś wygody, bynajmniej. Pomijam też incydent z podaniem spleśniałego chleba. Ludzie gór w kuchni, mogli nie zauważyć. Zresztą zmęczony turysta nie powinien być wybredny. Druga obserwacja – towarzystwo. Byliśmy zaskoczeni z niektórymi ojcami, że też takim mięśniakom jak ci, którzy obnażywszy wytatuowane torsy głośno śpiewali nieprzystojne pieśni racząc się piwskiem w restauracji, chce się podejmować taki wysiłek. Widocznie wrażliwość na piękno gór ojczystych nie ma względu na osoby-;)
Spotkaliśmy też fajnego turystę, który już tydzień sobie idzie czerwonym szlakiem i przed nim jeszcze tydzień zanim dotrze nim do jego końca w Bieszczadach. Czy jest jakiś śmiałek, harcerz, który przeszedł cały czerwony szlak? Albo to chociaż zamierza?
Ten wpis miał być jednak przede wszystkim dla ojców. I to ojców córek. Wcale nie chcę tu pisać, że obowiązkowe czy choćby wskazane jest wdrapywanie się na Turbacz. Jednak muszę Wam powiedzieć, że mimo tej mgły, wytatuowanych mięśniaków, spleśniałego chleba, itp. bardzo było warto. Było świetnie! Niewyobrażalne, jaką pozytywną energię można odczuwać po takim wyjeździe w poniedziałek rano. Ponadto, człowiek-ojciec nie zauważy 10% tego w domu, co można zobaczyć „w polu”.
Akurat tak się złożyło, że zaraz po tym Turbaczu natknąłem się na swoje notatki, które do końca nie mam pewności skąd pochodzą, ale najprawdopodobniej z książki Meg Meeker „Mocni ojcowie, mocne córki”. Przytoczmy je:
Gdy jesteś z nią – obojętnie czy jecie obiad, pracujecie w domu czy po prostu jesteście razem – jakość i stabilność jej życia (a także i twojego, jak sam się przekonasz) nieskończenie wzrasta. Nawet, jeśli sądzisz, że nadajecie na zupełnie innych falach, nawet, jeśli martwisz się, że czas spędzony z nią nie przynosi wymiernych rezultatów, nawet, jeśli wątpisz czy masz jakikolwiek wpływ na nią, badania potwierdzają, że dajesz swojej córce w ten sposób najwspanialszy dar. Pomagasz także samemu sobie: studia pokazują, że rodzicielstwo dobrze wpływa na rozwój emocjonalny mężczyzny, a także zwiększa jego poczucie wartości i ważności.
Twoja córka patrzy na czas spędzany z tobą w sposób skrajnie odmienny niż ty. W miarę upływu lat, poprzez niecodzienne zdarzenia i zwykłe wspólne życie, niejako wchłonie w siebie twoją obecność i wpływ. Będzie obserwowała każdy twój krok.”
I co powiecie? Oby to była prawda, chłopcy – towarzysze wyprawy na Turbacz.
I drugi, może mniej w związku i na temat, ale dajmy go, bo jest po prostu niezły, że aż chyba trzeba przeczytać całą tą Meg Meeker:
 
„Dzieci mają prawo do niewinności. W dzisiejszym świecie my, dorośli, nie pozwalamy dzieciom być dziećmi. Wprowadzamy je siłą w świat, który nawet nasi rodzice czy dziadkowie określiliby, jako przesycony pornografią. Większość tych informacji dotrze do niej zanim ukończy szóstą klasę, w czasie, w którym ty jesteś w pracy i próbujesz jakoś przetrwać kolejny ciężki dzień.
Wy, jako ojcowie, musicie wiedzieć, że wasze córki dorastają w kulturze, która usiłuje pozbawić ich wszystkiego, co w nich najlepsze.”

środa, 1 lipca 2015

Krótka ballada o chłopcu polskim




Krótka ballada o chłopcu polskim

Właśnie kończyło się jego dzieciństwo! Nie zdawał sobie z tego zupełnie sprawy, gdy w sierpniowe, upalne popołudnie siedział na schodach pomostu jeziora dziadków. Zanurzony po szyję w przyjemnie ciepłej wodzie założył zawadiacko nogę na nogę i obserwował walczące między sobą kolorowe kaczki. Beztroskie wakacje dobiegały końca. Było cudownie, macierzanki pachniały upojnie, brzęczały otyłe pszczoły oszołomione ilością kwiatów, których nie były w stanie odwiedzić.

Władek miał dopiero trzynaście lat. Za trzy dni wybuchnie wojna.

Jego głębokie, ciemne oczy i cienkie, ostro wycięte usta zdradzały, że był to chłopiec wrażliwy, widzący głębiej i czujący mocniej, ale jednocześnie pełen uporu i pewności siebie. W jego spojrzeniu było wszystko. Marzenia, plany, duma, nuta niepewności co do przyszłego losu, ale i determinacja by wyjść mu odważnie naprzeciw. Za trzy dni rozpocznie edukację w prestiżowym liceum Św. Genowefy w Paryżu. Jutro o piątej rano kierowca dziadka odwiezie go na dworzec kolejowy. Tak chciał ojciec. Kilkudniowy minister w rządzie Chjeno- Piasta, a przez resztę krótkiej niepodległości wzięty adwokat lwowski, z epizodem na więzienie w Berezie Kartuskiej.

Ojca z nim nie ma. Załamał się, odkąd odeszły jego żona i córka, matka i siostra Władka. „Odeszły” to eufemizm. Taki jest ostateczny efekt gruźlicy. Ojciec też ją ma. Przebywa teraz w sanatorium, w Davos. Już trzy lata, jest chory, umiera. Władek to nadzieja ojca.

- Pamiętaj, tacy jak ty, muszą poprowadzić nasz kraj dalej. Nie zmarnować wysiłku mojego pokolenia, ale wszystko zrobić lepiej, mądrzej, na nowo. Musisz się dużo nauczyć, bardzo dużo – to ostatnie jego słowa przed wyjazdem, które syn zapamiętał. Miał wtedy dziesięć lat.

Rozległ się gwizd, para buchnęła spod lokomotywy, zachrzęściły koła, pociąg odjechał punktualnie. Dworzec, ale i skład relacji Odessa - Berlin były wówczas niezwykle eleganckie, podobnie jak bale, zawody hippiczne, podwieczorki i generalnie obyczaje.

Pociąg dotarł do Poznania i nie wyjechał stamtąd już w dalszą trasę. Władek z tysiącami innych, furmankami, pieszo, czmychając do rowów, gdy nadlatywały niemieckie Messerschmitty, w łachmanach dotarł po dwóch tygodniach do dworku dziadków. Dziadek ściskał go długo, jakby chciał go wzmocnić, jakby chciał mu przekazać przez ten uścisk wszystko, czym chlubił się ich ród, wszystko, co wypracował, co osiągnął przez lata. Kąpiel, kolacja i głęboki sen. To ostatnia tak przyjemna noc na długi, bardzo długi czas. Władek śni o kolorowych wyspach, rajskich ptakach i dziwacznych, ale łaszących się do niego zwierzętach.

Następnego dnia wkraczają Sowieci, niebo zasnuwają ciemne, deszczowe chmury. Dni są niespokojne, aż pewnego razu pobudka o piątej rano, pół godziny na spakowanie jednej walizki, ciężarówka, wyboje, suche komendy żołnierzy, szczęk broni. Na dworcu tłum podobnych nieszczęśników, w jesionkach, inteligentne, szlachetne twarze, mężczyźni, kobiety, dzieci, starcy. Dziadek chwyta Władka za ramiona, ma łzy w kącikach oczu, ale usta ostro wycięte, jak on, zdecydowane:

- Musisz być mocny, musisz być mocny – szepcze i przytula chłopaka. Babcia płacze.

Dziadek nie wytrzymuje podróży w bydlęcym wagonie, dostaje prawdopodobnie zapalenia płuc, wysokiej gorączki. Jego ciało wyrzucają z wagonu gdzieś w okolicach Ałma-Aty. Twarz babci przecina smuga, której nigdy już nic nie rozjaśni. Pracują w kołchozie, żywią się korzeniami, śpią w ziemiance. Jak zwierzęta, lecz oni nie są zwierzętami. Władka ciemne oczy żarzą się jak ogniki, zagryza wargi, ucieknie stąd, będzie żył, nie podda się. Na razie opiekuje się babcią, ale ona jest coraz słabsza. Marnieje z dnia na dzień. Po jej śmierci, obmyśla plan ucieczki, pamięta doskonale lekcje geografii z panem Klimkiewiczem. Jest odważny.

Nie musi uciekać. Wypuszczają go, wychodzi do Iranu z Armią Andersa, ma już piętnaście lat, może nosić karabin. Pod Monte Cassino ratuje oddział angielski z opresji, dostaje order. Razem z generałem płacze, gdy przez radio nadchodzą kolejne wiadomości o tragedii Powstania Warszawskiego. Chciałby wrócić do kraju, ale nie ma już jego domu, nie ma bliskich, nie ma już Polski tam gdzie od wieków żyli.

Zostaje w Londynie, pracuje najpierw jako magazynier, barman, w końcu rozkręca swoją restaurację w Szkocji. Żeni się ze Szkotką, niby w narzeczeństwie sobie obiecywali, że do dzieci będą mówić też po polsku, ale nie ma na to czasu, a po prawdzie, to i potrzeby. Prenumeruje Dziennik Polski, Wiadomości, właściwie z przyzwyczajenia, nikt już chyba nie wierzy, że prawdziwa Polska się odrodzi. Wracać tam? Nie jest Stanisławem Mackiewiczem czy Zofią Kossak, nikt nie powita go kwiatami, lecz wiankiem donosicieli. Wracać i mieszkać w domu komunalnym w Gorzowie Wielkopolskim ze wspólną łazienką z jakimś milicjantem, a co drugi dzień łasić się w spółdzielni o przydział swojego M-3? Nie zniósłby tego.

Najstarszy syn Władka, John skończył King’s College, dostał pracę w Citi, i ma wspaniałą żonę, Katie, miłą Walijkę. Ostatnio był w Edynburgu z synami u dziadków. Jeden z nich zagadnął dziadka.

- Grandpa, powiedz nam coś o kraju twojego dzieciństwa, mamy zadaną taką pracę w szkole?

- Hm, ten kraj to Atlantyda, już nie istnieje – Władysław zamyślił się. – Może, może…. opowiem wam o nim innym razem.