sobota, 24 czerwca 2023

Dzień Ojca! Subiektywny ranking filmów ojcowskich


Dzień Ojca!

Dzisiaj podobno jest, w pakiecie z ostatnim dniem szkoły.

Piękna sprawa być ojcem. Zgadzasz się? Ojcostwo to wspaniała misja, nadająca sens życiu, tak bardzo odpowiedzialna, czyniąca z chłopca mężczyznę. Dałeś życie, zostałeś współpracownikiem Najwyższego w powołaniu do życia już na zawsze innej istoty ludzkiej. Czy to nie sprawia, że robisz wielkie oczy, że odbiera ci mowę, że stajesz w jakiejś postawie respektu do rzeczywistości, która nas przerasta? Czy to nie zaskakujące, że widzisz swoje cechy, pragnienia, upodobania albo uprzedzenia w tym młodym człowieku? Bo po kim on to ma?

Czy nie kręci cię to, że dla swojej córeczki księżniczki jesteś królem, a dla synka idolem? Oczywiście tylko do pewnego momentu, za chwilę zaczną dorastać i podważać wszystko co mówisz i robisz. Ty powiesz „A”, to oni „B”, tak to już jest na tym najdoskonalszym z niedoskonałych światów.

Usłyszałem kiedyś, że ojcostwo jest największą karierą mężczyzny. Bardzo mi się spodobało to sformułowanie. Nie jest to kariera łatwa, czasami a może nawet często trudna, o wiele trudniejsza niż sukcesy w wielu korporacjach. Czy jednak jest to najważniejsza misja dla nas, ojców XXI wieku, w kraju nad Wisłą? Czy wielu pnących się po szczeblach awansu menadżerów, zdolnych profesjonalistów, lekarzy, prawników jest jednocześnie tak dobrymi ojcami, jakimi mogliby być? Ilu ojców nie ma czasu dla swoich dzieci, rzuca zwitkami banknotów aby się od nich odczepiły? Aby pozwoliły na spokojne realizowanie ich męskich pasji. Piwo z kolegami, rower z kolegami, pobiegane, siłownia, poimprezowane. Może przesadzam, wszystko da się pogodzić. Ależ oczywiście, jeśli stawia się priorytety.

Rośnie nam pokolenie ludzi okaleczonych, poobijanych, pozbawionych ojcowskiej uwagi i troski. W kraju nad Wisłą. Tu nie przesadzam, niestety. Zerknijcie na korytarze szpitali psychiatrycznych, statystyki policyjne odtruć alkoholowych wśród młodzieży albo w smartfony waszych pociech.

I nie chodzi tylko o uwagę wobec swoich dzieci, ale bycie ojcem, postawa ojcowska implikuje przecież troskę o innych też, o inne dzieci, o świat, o przyszłość, o ciągłość, o kontynuację. O wielki świat i mały świat wokół nas.

Myślę sobie, że gdyby ojcowie byli trochę bardziej ojcami, trochę bardziej się poczuwali do swojej wielkiej misji, świat byłby lepszy.

A na osłodę tej nieco gorzkiej refleksji 

poniżej mój subiektywny ranking filmów ojcowskich:

Życie jest piękne – reż. Roberto Benigni, ojciec i syn w obozie koncentracyjnym a wcześniej piękno życia rodzinnego i miłości, śmiech i łzy, poruszające.

Droga – Cormac McCarthy autor. Ojciec ucieka z synem przez apokaliptyczny świat pełen złych ludzi. Ja czytałem książkę, jest też film ale nie oglądałem, może być straszny, bo książka jest straszna ale warto na pewno przeczytać książkę i wytrwać do jej końca. Zwieńczenie tej opowieści wskaże ci, czym jest powołanie ojcowskie, po co jesteś ojcem!

Iniemamocni – genialna kreskówka, rodzina superbohaterów, świetny scenariusz, cięte dialogi, przesłanie i klisze z Bondów, Mission Impossible itp. Wyśmienita zabawa dla całej rodziny!

Iniemamocni 2 – to samo co jedynka ale trochę inaczej. Praca jest ale dla Elastyny, pan Iniemamocny musi zostać w domu i ogarniać dzieci. Wiele autentyzmu psychologicznego postaci, naprawdę utalentowane głowy pracowały nad tym filmem.

W pogoni za szczęściem – w roli głównej Will Smith, klasyk i hit, czułość i opiekuńczość ojcowska a jednocześnie opowieść o tym jak trzeba walczyć, jak można pracować, jak dążyć do celów, nie zrażać się, mając w głowie wielką motywację.

Ukryte piękno – jeszcze raz Will Smith, tym razem wypalony, cały w kawałkach po śmierci dziecka. Dobrze zrobione, ciekawy pomysł, wzruszające. Will gra fenomenalnie, pozostała obsada też zjawiskowa.

Gran Torino – Clint Eastwood, wielki film, o postawie ojcowskiej nawet gdy spartoliło się wychowanie swoich dzieci, o czymś więcej też, o odpowiedzialności, ofierze, relacjach, no i charyzmatyczny, plwający Clint ze spluwą i o polsko brzmiącym nazwisku Kowalsky.

Przemytnik – znowu Eastwood, stary człowiek i pojednanie z najbliższymi, sporo przekleństw i męskiej szorstkości, od nastolatków wzwyż.

Czego pragną kobiety – Mel Gibson w komedii, nie pamiętam za dobrze już treści ale dobrze pamiętam jak główny bohater, typowy rozwodnik po przejściach, nie interesujący się swoimi dziećmi tylko kobietami, walczy jakoś tam o swoją córkę. Wyglądało na to jakby Mel dołożył niektóre sceny i dialogi do scenariusza, ale dobre i to.

Patriota – Mel Gibson tym razem chcąc ocalić rodzinę musi zaangażować się w ocalanie świata. Przesłanie wciąż aktualne. Sporo krwi. Fajne sceny: Mel śpi z dziećmi, syn Mela je jabłko tak samo jak ojciec, itd.

Okup - znowu Gibson jako ojciec walczący z porywaczem syna, dobra sensacja.


Uprowadzona – tym razem Liam Neeson nie ma litości dla porywaczy córki. Dla ludzi o mocnych nerwach. Brutalne.

Family Man – rzecz o rodzinie, o tym, że decyzja rodzi decyzje, że mając dzieci ma się mniej garniturów i są one tańsze. Nicolas Cage rozśmiesza do łez, wiele kultowych już scen.

To wspaniałe życie – film Franka Capry z 1946 roku. Klasyk. Genialny. Scenarzyści Family Mana zerżnęli pomysł na fabułę ale a rebours. To nic, oba filmy są świetne. Ten też właściwie o wyborach ale bycie ojcem jest wyborem, czyż nie?

Poznaj mojego tatę - Robert de Niro contra Ben Stiller, teść obcinający kandydata na zięcia, pouczające dla ojców córek na wydaniu. Wiele dobrych gagów, kilka rubasznych, jak to w amerykańskiej komedii.

 

Father Stu - Mark Wahlberg jako szalony bokser a Gibson w roli jego zapuszczonego ojca. Nie jest to przykład ojcostwa do naśladowania choć w końcowych scenach Mel staje na wysokości zadania. Walczymy do samej śmierci, pamiętajcie. Opowiedziana historia natomiast świetna.


Tak to się robi teraz – z początku może nawet niesmaczna komedia, potem poruszający melodramat, o tym, że swoje dziecko najlepiej zrozumie rodzic, że w imię dobra dziecka, trzeba odważyć się oświadczyć, wreszcie do jasnej cholery, jego matce. Do tego Jenifer Aniston i Jason Bateman. Więcej tutaj: https://zbigniewkorba.blogspot.com/2013/12/moj-maz-nie-jest-moze-idealny-ale.html


czwartek, 6 kwietnia 2023

NAJPIĘKNIEJSZY ZAWÓD ŚWIATA





 


NAJPIĘKNIEJSZY ZAWÓD ŚWIATA

Oczywiście bycie księdzem nie jest zawodem. Jest powołaniem.

Jakże piękne jest to powołanie. Powołanie zaszczytne. Kapłan Kościoła Rzymskokatolickiego wyznający Credo, wiarę w obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii, w ofiarny i zbawczy sens Mszy Św., we współuczestniczenie w ofierze Chrystusa na krzyżu. Oddanie swojego życia w całości temu aby ułatwiać ludziom zbawienie, być dla nich, być szafarzem sakramentów, pośrednikiem poprzez którego działa sam Bóg - jest czymś niebywałym. Niebywale wielkim i wymagającym niebywałej pokory i powagi koniecznej do wykonywania tych zadań. Rozgrzeszanie, wysłuchiwanie najgorszych przewin, udzielanie ostatniego namaszczenia, obcowanie ze śmiercią, rozpaczą i brakiem nadziei. Z drugiej strony piękno i radość przygotowania do pierwszej komunii Św. albo do sakramentu małżeństwa, udzielanie chrztu świętego małym dzieciom. Piękna, niesamowita misja.

Jak pisał Bousset, którego cytuje Mauriac w swoich pamiętnikach, ksiądz to najbardziej wszechstronny zawód świata, bo będąc księdzem można być jednocześnie: aktorem, nauczycielem, retorem, psychologiem, lekarzem dusz, przedsiębiorcą, zarządzającym, trzeba też opanować mnóstwo umiejętności praktycznych. Gdy sprawuje się opiekę nad ministrantami, dodajmy od siebie, warto być też piłkarzem, rowerzystą, programistą, informatykiem, a gdy ma się pod opieką harcerzy to można wykazać się również jako kucharz, survivalowiec, śpiewak, gitarzysta, ratownik, pielęgniarz.

Bousset nie przewidział jednak, że można też być bokserem albo szefem hospicjum dla śmiertelnie chorych.

Chodzi mi mianowicie w tym momencie o zareklamowanie trzech filmów, które są absolutnymi „must see”. Jako że pogoda na Wielkanoc nas nie rozpieszcza, jestem prawie pewien, że zamiast spacerów rodzinnych, zasiądziecie w niedzielę albo lany poniedziałek przed telewizorem albo rzutnikiem aby coś obejrzeć. Dlaczego zatem nie któryś z niżej wymienionych filmów?

Pierwszy to „Father Stu”, w tej chwili jest na różnych platformach streamingowych np. HBO. Prawdziwa historia boksera łobuziaka, który został księdzem, lecz wcześniej zapadł na ciężką chorobę, w wyniku starć na ringu. Nieprawdopodobna historia gdyby nie była prawdziwa. W roli głównej Mark Wahlberg, który jest jednocześnie reżyserem a do współpracy zaprosił innego znanego, przy czym wielce grzesznego jak sam o sobie mówi, katolika z Hollywood, Mela Gibsona. Wahlberga nie trzeba przedstawiać, porządna firma. A i film jest przyzwoicie zrobiony.

Drugim filmem, który już wszyscy chyba obejrzeliście, ale może jednak nie wszyscy, jest „Johnny”. Opowieść o ks. Janie Kaczkowskim, założycielu hospicjum w Pucku. Śmiertelnie chory na glejaka mózgu, nie zaprzestał pracy ale walczył do końca. O ludzi, o dusze, o godne umieranie i przechodzenie stąd do tam. Niektóre sceny są naprawdę wstrząsające. A postać tego kapłana, żyjącego na „pełnej petardzie” może porywać, może inspirować. Jego nieporozumienia z hierarchią, owszem wiemy, że takie były, w filmie ukazane są jednak w karykaturalny sposób a aktor dobrany do roli biskupa, cóż, szkoda gadać. To już kolejny film, w którym postać biskupa jest pokazana niczym z pisemek antyklerykalnych w okresie stalinizmu. Czyż konflikt nie zyskałby kolorów, gdyby twórcy, jeśli już koniecznie chcieli ten wątek wyeksponować, wierniej odwzorowali pierwowzór? Dobrze, nie ma się co czepiać, młody kapłan, pozytywny bohater, robiący coś dobrego wbrew hierarchii. Super w dzisiejszych czasach, a mając na uwadze to, że film znalazł się ostatnio na Netfliksie, czyż można chcieć więcej?

Uprzedzę jeszcze pytanie, ze względu na intensywność emocjonalną niektórych scen, moim zdaniem, raczej nie do oglądania z dziećmi młodszymi niż starsze nastolatki.

I last but not least – “Ostatni szczyt”, film Juana Manuela Cotelo. Szalony hiszpański reżyser jedzie aby zrobić wywiad ze znanym księdzem. Niestety nie udaje mu się to, bo ksiądz ginie w górach. Wstrząśnięty tą nagłą, tragiczną śmiercią, reżyser nie daje za wygraną, rozmawia z przyjaciółmi i rodziną zmarłego i decyduje się zrobić film. I jest to film genialny. Dokument, który ogląda się lepiej niż wiele filmów fabularnych. Historia jednego z tysięcy kapłanów oddanych swojej pracy. Przejętego wiarą, idealisty stąpającego twardo po ziemi, miłośnika gór, człowieka wesołego, o szerokich horyzontach. Film wciąga wszystkich, małych i dużych. Widziałem czterdziesto- a nawet pięćdziesięcioletnich chłopów jak dęby, którzy podczas projekcji ryczeli jak bobry.

Film do obejrzenia na katoflix i cda.

Mam nadzieję, że Was trochę zachęciłem.

Z okazji Wielkiego Czwartku przekazuję najlepsze życzenia dla wszystkich kapłanów! Macie wspaniałą misję, nie zrażajcie się niczym, róbcie swoje najlepiej jak umiecie, każdego dnia!

wtorek, 28 marca 2023

WYMAZYWANIE JANA PAWŁA II czyli jeden mały krok na drodze do ….


 

WYMAZYWANIE JANA PAWŁA II czyli jeden mały krok na drodze do ….

Obejrzałem i przeczytałem w przedostatni weekend, to co było do obejrzenia i przeczytania na temat, którym żyły media i polityka przez ostatnie dwa tygodnie, czyli w skrócie czy Karol Wojtyła tuszował pedofilię w Kościele, w związku z reportażem TVN24 „Franciszkańska 3” i książką holenderskiego dziennikarza, której tytułu przytaczać nie będę. Dlaczego zadałem sobie ten trud? Czy z ciekawości lub dlatego bo chciałem się przekonać sam, zweryfikować lub może dlatego, że poczułem się zaniepokojony bezlitosnym oskarżeniem kruszącym autorytet wielkiej postaci? Otóż nie! Bo cierpię nad nadmiar czasu? Nie, nie cierpię na nadmiar czasu (przeciwnie, dlatego dopiero po kolejnym pracowitym tygodniu w weekend to pisałem, a w czasie kolejnego ten tekst kończyłem, a teraz dopiero publikuję). Poświęciłem na to swój cenny czas, ponieważ natychmiast pojawiło się zamieszanie w wielu głowach (mam nadzieję, że już go jest mniej, gdyż wiele rzetelnych publikacji i głosów pojawiło się w przestrzeni medialnej). Obejrzałem i przeczytałem co nieco, ponieważ obiecałem, że tak zrobię, m.in. koledze w pracy, aby nie być gołosłownym, aby w kolejnej naszej rozmowie odnosić się do konkretów. Chętnie odniosę się do nich w każdej innej rozmowie, która się nadarzy. Teraz na tyle na ile się uda krótko, kilka uwag podsumowujących.

1)  1) Nie jestem historykiem, ani dziennikarzem, oni już na szybko popełnili wiele miażdżących dla tego materiału tekstów. I dobrze. Tylko kto je przeczyta i kiedy? Materiał już złapał zasięgi, „poszły konie po betonie”, sformułowania rzucone w eter zostały zapamiętane a na pewno główne przesłanie. Zamieszanie i kolejna gorąca dyskusja oraz podział społeczny spowodowany. Takie jest prawo mediów i prawo dezinformacji i manipulacji. Nawet jeśli dwudziestu profesorów usiądzie i zetrze intelektualnie w pył cały ten, pożal się Boże, reportaż „śledczy” i książkę tajemniczego dziennikarza z Holandii - to takie starcie w pył dotrze tylko do części osób, a nawet jeśli dotrze, poczucie „że coś musi być na rzeczy” pozostanie. Takie jest nieubłagane prawo przekazu medialnego. Taka jest też złota reguła operacji dezinformacyjnych.

2)   2) Film ma charakter manipulacyjny, muzyka jest jak z horroru, ksiądz przechadzający się w sutannie w jakichś zaroślach o zmroku ma wywoływać skojarzenie sutanna=pedofil, i sam tytuł. Tytuł jest po prostu bezczelny. Wszystko w tym filmie nastawione jest na prowokację. Chodziło o prowokację. Po co, dlaczego, na czyje zlecenie?

3)   3) Pedofilia jest złem, zło należy wypalać gorącym żelazem. W rozumieniu tego zjawiska i tego jak z nim walczyć obecnie jesteśmy bogatsi o doświadczenia ostatnich dwudziestu lat, o badania naukowe, o rozwój wiedzy psychiatrycznej i psychologicznej. Naczytałem się o tym dosyć. Działania Wojtyły były zgodne z ówczesną wiedzą i przyjętymi procedurami działania. Pisanie o „zamiataniu pod dywan”, tuszowaniu, o tym, że „wiedział i nic nie zrobił”, jest nadużyciem. „Materiał”, który tak pieczołowicie redaktorzy gromadzili nie daje podstaw do tak daleko idących twierdzeń. Tym bardziej do insynuacji, że Karol Wojtyła tolerował zło w Krakowie, dlatego patrzył na nie przez palce w całym Kościele. To lansowana ze wszech sił teza, która nie daje się obronić. Zamiast tego są insynuacje i jazgot.

4)  4) Mierzi mnie wylewanie krokodylich łez przez tych nagłych przyjaciół ludzi skrzywdzonych, tych pierwszych sprawiedliwych dokonujących moralnego zadośćuczynienia za krzywdy skrzywdzonych poprzez nagranie ich na kamerze i wysłuchanie przez pięć minut. Publicyści w filmie grzmią: nie wysłuchano ofiar, nie dano głosu ofiarom. Może i tak było. Myślę, że nie wiedziano do końca jak się zachować. Może z perspektywy obecnej wiedzy i doświadczenia, jak należy podchodzić do takich przypadków, moglibyśmy uznać, że reakcje wówczas były niewystarczające. Ale były. Podejmowano decyzje, jakie wydawały się wówczas właściwe i wystarczające. Nie pokazano nic co wskazywałoby na intencjonalne zaniechanie, a tym bardziej na działanie ze złej woli. Czy redaktorzy oczekiwaliby aby dwóch kurialistów pojechało do wioski w latach sześćdziesiątych i przeprowadzało wywiad z ofiarą? Po to aby cała wioska huczała zaraz od plotek, aby skomplikować ofierze życie jeszcze bardziej? Wtórna wiktymizacja. Takim sformułowaniem posługują się, ci którzy zabierali głos w dyskusjach związanych ze sprawą szczecińską, którzy skądinąd też głośno oskarżają Wojtyłę. Czy nie przyszło im na myśl, że to czego, abstrahując od realiów historycznych, tak zdecydowanie od tamtej rzeczywistości żądają, mogłoby właśnie być taką wtórną wiktymizacją wtedy. Podobno, tak wyczytałem w mądrych opracowaniach, w przestępstwach gwałtu, nawet na dorosłych, najtrudniejsza, najbardziej traumatyczna może okazać się świadomość, że inni wiedzą. To może traumatyzować nawet bardziej niż samo zdarzenie. I zostać na dłużej w człowieku skrzywdzonym. Dlatego przez długie lata prawo karne nie ścigało przestępstw gwałtu z urzędu a tylko na wniosek. Nie wiem czy słusznie z naszej obecnej perspektywy, jednak preferencja ofiary była najważniejsza. Sprawiedliwość wobec sprawcy za cenę dodatkowej dolegliwości psychicznej dla ofiary uważana była za wylanie dziecka z kąpielą. Tak było w kodeksie karnym do 2013 roku. Teraz wszystkie przestępstwa przeciwko wolności seksualnej ścigane są z urzędu. Tak czy inaczej: wracanie do traumatycznych przeżyć jest prawdopodobnie jeszcze większą traumą dla osoby małoletniej niż dorosłej. Zgodzimy się chyba, że odpowiedzialne podejmowanie tych zagadnień wymaga fachowej wiedzy teoretycznej i praktycznej, delikatności, a na pewno nie jazgotu w mediach społecznościowych w świetle fleszy, kamer i z publicznym rozgłosem. W zakrzykiwaniu, niby w imieniu ofiar, o oddanie im głosu, wyczuwam hipokryzję i de facto przedmiotowe tych ofiar traktowanie.

5)  5) Obserwuję całą tą sytuację jako zwyczajny obywatel, obserwator, ale też jako prawnik, którego uczono takich podstaw jak to, że istnieje coś takiego jak domniemanie niewinności, czyli że winę trzeba udowodnić, że udowadnia ten kto twierdzi a nie ten kto zaprzecza, że „audiatur et altera pars” czyli że zawsze należy wysłuchać obu stron, że wina jest indywidualna a nie zbiorowa itd., etc. Ten materiał i idąca za nim fala wulgarnych komentarzy w mediach społecznościowych nie respektuje żadnych tego typu staroświeckich zasad. Żadnych reguł. Hasło zostało zapodane, sfora brytanów ruszyła do ataku.

6)  6) Kolejna sprawa: komentatorzy biorący udział w filmie. Oprócz Tomasza Krzyżaka, dla którego szacunek po wsze czasy za rzetelność dziennikarską, co do pozostałych - było to po prostu haniebne. Samo wystąpienie w takim programie, jak i zuchwałe, pewne siebie sądy na podstawie nikłych przesłanek, wybiórczo skrojonego materiału. Duża dezynwoltura.

7)   7) Można mieć wrażenie, że ktoś tu tylko wykonywał zlecone zadanie. Panowie dostali „zlecenie na Wojtyłę” i najlepiej jak umieli, je zrealizowali. Nie z poczucia misji, ale zwyczajnie za pieniądze. Węszyli i szukali dwa lata, i tyle wszystkiego wywęszyli i wyszukali co mamy w filmie. Odgrzewane kotlety, cztery przypadki, w tym dwa dokładnie opisane kilka miesięcy wcześniej w Rzeczpospolitej, które właściwie przemawiają na rzecz biskupa Wojtyły, jeśli tylko odjąć grobową muzykę, głos z offu i tępe powtarzanie hasła „Wojtyła wiedział” a dodać trochę faktów z szybkiej kwerendy dokonanej w ciągu kilku dni przez kilku dziennikarzy, historyków i blogerów. Okoliczności pominiętych przez autorów jako niepasujących do zamówionej narracji. Trzeba było aż wynająć tajemniczego dziennikarza z Holandii do zadań specjalnych? Zgaduję, że nikt z Polski nie podjął się tego podłego i niewdzięcznego zadania.

8)  8) Przypomina to polowanie z nagonką… na Wojtyłę. Podręcznikowo rozpisane role: dziennikarz śledczy, drugi dziennikarz, tyle że zagraniczny, czołowy publicysta przezywający sam siebie katotalibem (bolesna sprawa, naprawdę trudno uwierzyć), i pierwszy raz na oczy widziana przez opinię publiczną „uczennica i przyjaciółka papieża”. Prawdziwi przyjaciele chyba z krzeseł pospadali jak to zobaczyli (ci nieliczni, którzy jeszcze żyją, inni przewracają się w grobach z wrażenia). Jak w ogóle ktoś młodszy o 42 lata może nazwać siebie przyjacielem czy przyjaciółką kogoś o tyle lat starszego. To jest drwina w żywe oczy. Katotalib w wywiadzie z przyjaciółką w radiu nazywa ją tak kilka razy w ciągu dwudziestu kilku minut. Chyba po to aby się nam utrwaliło. Ona niespójnie i mgliście opowiada o tej domniemanej przyjaźni ale tak aby wywołać wrażenie, że uczennicą i przyjaciółką jednak była, że jakieś listy wymieniała, jakiejś konfidencji doświadczała. Żenujące. I ciemny lud miał to kupić? Naprawdę ten scenariusz musiał kroić ktoś z zagranicy, mający nas Polaków za skończonych tumanów, potomków chłopów pańszczyźnianych albo jakiś zatrzymany w rozwoju emerytowany pracownik IV departamentu SB. To jest tak toporne, że wierzyć się nie chce. Ledwo dotrwałem do końca. Jednak tak działa propaganda, musi być topornie, prosto, łopatologicznie, po to właśnie aby się utrwaliło, aby każdy idiota mógł zrozumieć, co się do niego mówi. Dlatego w filmie powtarzane są jak mantra słowa „wiedział”. 

9)    9) Kolejne pytanie: czy to atak na Polskę? Czy to sprawa polityczna? Czy przeciwnie, to tylko szczere szukanie sprawiedliwości i prawdy? Oczywiście, nawet jeśli przyjąć, że nie intencjonalnie, jest to uderzenie w naszą wspólnotę narodową, nie tylko w Polskę ale i właściwie szerzej: w kraje Europy Środkowej, gdzie komunizm upadł, również z pomocą Wojtyły. Kto tego nie rozumie, trudno, nie da się w skrócie wytłumaczyć.

1    10) Czy PIS, PSL i Konfederacja upolityczniły temat, przyjmując uchwałę o ochronie dobrego imienia Jana Pawła II? No chyba nie oni zaczęli tę historię. Ci zachowali się jak trzeba. Jak Polacy powinni, bez względu na to czy są wierzący czy nie. Niestety w imię ideologii, uprzedzeń, zajadłości natychmiast janczarzy ideologii lewicowych ruszyli do ataku: „Konieczna jest zmiana, likwidacja, odejście od symboli związanych z Janem Pawłem II” napisała jedna z posłanek.

     11) Cel „reportażu” jest wyłożony wprost przez „przyjaciółkę” w ostatnich minutach (jednak warto było dotrwać do końca). Dramatycznym tonem zadaje ona tam pytanie: „Jak my jako ludzie wierzący, jeszcze wierzący, sobie z takim obrazem Kościoła, który do nas dociera, poradzimy? Czy w ogóle jest to możliwe?” Wydaje mi się, że to jest właśnie sedno. O to właśnie w tym wszystkim chodzi. O rozbicie mentalne, psychiczne katolików. O zniechęcenie do pracy, do działalności, do czytania Jana Pawła II, do czegokolwiek. O utratę zaufania do Kościoła, o ustawienie świeckich w kontrze do Kościoła hierarchicznego. O podział, o ferment, o niepokój. A jeśli nie o to chodzi, to taki jest efekt, może i uboczny. „Jeszcze wierzący”, zapamiętajcie, to jest cel. Jak najmniej „jeszcze wierzących”.

1  12) Jednak chodzi o coś jeszcze, o paraliż działalności duszpasterskiej z młodzieżą. O zaszczucie kapłanów, którym się chce, którzy są przejęci swoją misją. W jednej z warszawskich parafii proboszcz postawił sprawę jasno: nie będzie tu ministrantów, nie potrzebujemy kłopotów. Komu będzie się chciało organizować i jechać na oazy? Organizować grupy modlitewne lub inne? Czuwania wieczorne, katechezy, pielgrzymki, obozy letnie, kolonie dla biednych dzieci? Nie wystarczy, że hołota osiedlowa woła za księdzem przechodzącym w sutannie „pedofil”? Trzeba jeszcze dodatkowych nieprzyjemności?

13  13)  Ja przesłuchałem jeszcze kilka programów z katotalibem i przyjaciółką, bo jedna czy druga osoba z Was zalinkowała mi to czy owo. Zmusiłem się do tego. I więcej już chyba tego nie zrobię. Wolę już kupić „Nie” Urbana albo „Fakty i mity”. Oni są przynajmniej uczciwi intelektualnie, nie udają, że bronią gdy bez pardonu atakują. Wolę już Heroda niż Judasza. Taki mamy klimat.

14  14) I jeszcze jedna myśl na koniec. Przechodzenie zbyt szybkie środowisk katolickich do dywagacji i dyskusji o różnicy między pokoleniami: tymi, którzy znali Jana Pawła II i tymi, którzy urodzili się za późno. O tym, czym jest świętość, że nie oznacza bezbłędności. O tym, że gdyby Kościół otworzył archiwa, albo zrobił lustrację, albo to i owo. Że pomniki brzydkie, że kremówki, że memy. Owszem są i bywają zaniedbania, i nie wszystkie pomniki są przepiękne. Ale w tej sprawie, jak w każdej innej, trzymajmy się faktów i danej sprawy a nie przechodźmy zbyt beztrosko do generalizacji, ekstrapolacji, filozofowania i tym podobnych pułapek. Czy naprawdę musimy tańczyć i śpiewać do cudzej muzyki? Czy musimy ścigać się, by wygrać w castingu na ostatnich naiwnych? Rozmawiajmy o nowej ewangelizacji, o ideach Jezusa Chrystusa, ich wpływie lub braku wpływu na ludzi i społeczeństwa, o odpowiedzi na współczesne wyzwania w świetle zasad wyłożonych w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Kłóćmy się o prawdę o człowieku, o jego powołaniu, przeznaczeniu, sensie życia, o tym co jest godne a co niegodne człowieka, o tym jak należy żyć, jak warto żyć, jak pozostać wolnym, o zasady. Zastawiajmy się, co sam Bóg miałby do powiedzenia, jaka byłaby jego odpowiedź.

Śpieszmy się. O Nim też może pojawić się wkrótce materiał śledczy, do końca kompromitujący postać Jeszuy z Nazaretu.

Wymazywanie Jana Pawła II to jeszcze jeden mały krok na drodze do …. anihilacji chrześcijaństwa.

 

niedziela, 26 lutego 2023

KILKA SŁÓW DLA OJCÓW DOJRZAŁYCH BARDZIEJ


 KILKA SŁÓW DLA OJCÓW DOJRZAŁYCH BARDZIEJ

Było tu kiedyś coś dla ojców młodych, teraz będzie dla s….., starszych trochę, bardziej dojrzałych ojców. Okrzepłych w bojach ojcowskich, takich co powiedzmy są po czterdziestce, albo nie są ale mają już dzieci-nastolatki. Czyli zderzonych z realiami, ze światem, bo wiecie, moi drodzy, te wszystkie zachwyty pierwszymi kroczkami, pierwszymi słowami, przedstawienia w przedszkolu, turlanie się po dywanie z pociechami, układanie klocków lego, bujanie na huśtawce, bieganie za pociechą uczącą się jazdy na rowerku, czytanie bajeczek na dobranoc, blogi młodzieńców celebrujących swoje młode ojcostwo – to wszystko jest bardzo dobre, bardzo ważne, bardzo potrzebne, bardzo właściwe. Tyle tylko, że w obliczu tego Panowie co Was czeka później, to wszystko to sama przyjemność, konfitury, kaszka z mlekiem. Będziecie z rozrzewnieniem wspominać, jak narzekaliście na nocne wstawanie do dziecka. Jak nie w smak Wam było przewijać pieluchę albo mokrą chusteczką wycierać ubrudzoną pupę Waszego najmłodszego bobasa. Możecie mi na to odpowiedzieć „nie strasz, nie strasz”. I słusznie, carpe diem, żyj chwilą. Ciesz się Twoim dzieckiem, rozkoszuj każdą chwilą, utrwalaj, uwieczniaj, zapisuj, fotografuj. Turlaj się po podłodze, ile tylko możesz. Nasycaj się tym, co tak szybko przemija…

Wiecie dobrze: to jest umowne, że post ten jest tylko dla starszych ojców. Wszyscy umiejący czytać ze zrozumieniem są tu mile widziani i zachęceni do dalszej, uważnej lektury. Wszyscy gotowi czytać dłuższe wpisy ma się rozumieć. Bo takie muszą być, jeśli chcemy powiedzieć coś więcej a nie jesteśmy poetami. Jeśli ktoś uważa, że wszystko da się zamknąć memem albo kilkoma wyrazami na Twitterze, albo z poezji uznaje tylko haiku, albo powtarza ciągle, że jeden obraz wart jest tysiąc słów…. No to co? To trudno. Ja nie przeczę, że tak jest. Nawet jestem przekonany, że obraz wypiera słowo, że film jest bardziej atrakcyjny dla większości niż książka, itd., itp. Sam lubię skrótowość, esencjonalność, nie lubię lania wody, lubię też błyskotliwe teksty na twitterze, i memy też lubię i cięte dialogi w filmach. To wszystko nie znaczy, że ten wpis, i być może jakieś kolejne, jeśli uda się je popełnić, będzie krótki😉

Jeśli chcemy poznać smak życia, jeśli chcemy się zaangażować, jeśli chcemy coś budować razem czy osobno, musimy mieć gotowość wysłuchania do końca, wgłębienia się w szczegóły, skupienia swojej uwagi. I nie chodzi o ten czy inny wpis, tym razem mówię bardziej ogólnie, generalnie, bo tracimy jako jednostki i jako społeczeństwo, jako ludzkość (nie bójmy się wielkich słów), coś tracimy. Jakąś uważność, zainteresowanie w ogóle, jesteśmy coraz bardziej powierzchowni. Zatem nie mogę obiecać tego czego oczekują millenialsi, pokolenie Zet, Y, X itd., wiem bo pisują mi czasami smsy, czy czy mogłoby być krócej niż onegdaj np. Manifest Młodych Ojców. Ten akurat wpis jest głównie dla panów po czterdziestce, z brzuszkami, pamiętających jeszcze czasy przed-memowe, przed-fejsbukowe. A może i starszych. Może zatem damy radę, można podzielić sobie na kilka części i we fragmentach przeczytać😉. Obiecuję, że czasami może być krócej i wtedy też nie będę owijał w bawełnę. Ale to nie dzisiaj.

No dobra, mam nadzieję, że mniej wytrwali już się znudzili i przeskrolowali dalej, więc można zaczynać. Bo będzie poważnie. Jesteśmy w doborowym towarzystwie.

Zacznijmy od strzału między oczy, od lewego prostego wymierzonego prosto w szczękę. Panowie, jesteśmy cienkimi bolkami, nie mamy jaj, jesteśmy wykastrowanymi kurczakami, anemicznymi francuskimi pieskami, fajtłapami i safandułami.

Boli?

Jeszcze rozcieramy podbródek po tym ciosie, ja też, ja też rozcieram, to jest też do mnie, do mnie osobiście, to jest o nas i do nas wszystkich. Dlaczego boli?

Bo nie radzimy sobie ze światem, który wdziera się do naszych domów. Nie radzimy sobie z bandą anonimowych demiurgów kultury, filmu, mody, muzyki, polityki i pieniądza, przeliczających pliki studolarówek na zapleczu. Plują nam w twarz a my udajemy, że deszcz pada. Albo udajemy, że nie widzimy co się dzieje. Felicjan Dulski zakrzykujący „a niech to jasna cholera” i uderzający się dłonią w kolano, to przy nas heros, człowiek czynu, rewolucjonista i bohater.

Prawda jest taka, że jak bardzo dobrymi ojcami byśmy nie byli, jak dobrze wychowywalibyśmy nasze dzieci, jak dużo czasu w to nie angażowali, to przychodzi taki dzień gdy zaczynamy rozumieć, że tracimy kontrolę. Nasz syn, nasza córka zaczyna dojrzewać! I naturalnie zaczyna poszukiwać życia i prawdy, które leżą gdzie indziej niż w rodzinnym domu. On czy ona wychodzą w świat, by się z nim zderzyć. I niestety bardzo często to jest zderzenie czołowe. Jak bardzo dobrymi ojcami byście nie byli, do pewnego stopnia jesteście uzależnieni od szczęścia, to loteria. Wiele, bardzo wiele zależy bowiem od rówieśników, od otoczenia, od środowiska w klasie, w szkole, do której trafiła Wasza pociecha, od atmosfery w klubie sportowym. Wzorce są jasno zarysowane na Tik-Toku, Instagramie, grupowych czatach i indywidualnych strumieniach świadomości na wszelkich dostępnych komunikatorach. Ci z Was, którzy mają dzieci w harcerstwie, w skautingu, w klubie Patria, w Oazie lub w jakimkolwiek innym środowisku, którego celem albo i dajmy na to efektem ubocznym jest pozytywne oddziaływanie, mają z górki! Choć nie zawsze i nie wszędzie. Inni natomiast mają prze……ane.

Zacznijmy od telefonów. Za ciężkie pieniądze wyposażamy nasze pociechy w smartfony, na których za jednym kliknięciem jest wszystko! Kiedyś młodzian musiał za uskładane ze sprzedaży pustych butelek albo złomu pieniądze, pójść na bazar i kupić tzw. świerszczyk. Potem oglądał nagie panie na zdjęciach w krzakach za szkołą, potem chował ten świerszczyk w jakiejś kryjówce aby doń wrócić w dogodnym momencie. Teraz po prostu klika, i po sekundzie ogląda wszystko co tylko możliwe. W szkole, u siebie w pokoju, w dzień i w nocy. Efekty są tragiczne. Chłopcy odpadają z edukacji, po prostu nie są w stanie skupić się na czymkolwiek innym, stają się uzależnieni od pornografii, która nigdy nie zaspokaja, zawsze każe oglądać więcej i więcej. Pisze o tym przekonywująco psycholog Zimbardo, pisze zachodnia prasa, przekonują wreszcie dostępne badania. Zaczynają coś z tym robić rządy tak progresywnych krajów jak Francja czy Wielka Brytania. To dłuższy i bardziej kompleksowy temat.

Ale smartfony to nie tylko pornografia, to po prostu uzależnienie od smartfona, to osłabienie i nieumiejętność nawiązywania więzi społecznych w realu. Młodzi ludzie już prawie nie umawiają się na randki? Po co, skoro można zbliżyć się do dziewczyny na mediach społecznościowych. Obrazki grupy młodych ludzi gapiących się w swoje smartfony na imprezie zamiast ze sobą rozmawiać śmieszyły jeszcze kilka lat temu, teraz nikomu nie jest już do śmiechu. To samo na korytarzach szkolnych, w tramwaju, pociągu, autobusie. Rzeczywistość wirtualna stała się bardziej atrakcyjna niż ta realna. Właściwie nie ma już rozróżnienia między nimi. Co będzie dalej?

To nie wszystko: jest texting. Nastolatki nie dzwonią do siebie, tylko stukają cały czas na telefonie, Messenger, Snapchat, Whatsup, nie wiem co jeszcze ale pewnie jest jeszcze z pół tuzina innych aplikacji. Przeklinają tam na maksa. Bo tak jest modnie, bo słychać wszędzie na ulicy, bo robią to celebryci, sportowcy, „wszyscy”. To „wszyscy” pojawia się jak mantra. Iluż naiwnych rodziców, których córeczka grzecznie siada do obiadu z babcią, a trzy minuty przed rzucała mięsem na czacie, a przed deserem odpisuje koleżance, że jest „ch…owo”. Gdybyście wiedzieli, gdybyście widzieli.

Jest rzeczą powszechnie wiadomą od starożytności, że sport to zdrowie a w zdrowym ciele zdrowy duch. I oczywiście cała nasza młodzież powinna ćwiczyć, grać w gry zespołowe, jeździć na rowerach do szkoły, a niechby i konno, itd., itp. Niech podniesie tutaj teraz rękę ktoś, kto widział w ostatnim roku jadąc samochodem jakichś wyrostków kopiących w piłkę na prowizorycznym boisku, odbijających od ściany bloku, grających na jedną bramkę, bawiących się piłką? A może ktoś inny widział bawiących się w chowanego, w wojnę, w cokolwiek razem na podwórku? A niechby i nudzących się razem na podwórku, na murku, przy ścianie? Dlaczego nie? Dlatego, że w tym czasie kiedy mogliby grać w piłkę albo nudzić się wspólnie na podwórku, chłopcy nie nudzą się tylko łoją w gry na playstation, na X-boxie, a dziewczyny oglądają kolejny serial dla young adults na netflixie. Fakt, nie nudzą się. Każda chwila nudy zabijana jest otworzeniem smartfona albo komputera. Nie nudzą się, nie mają czasu nawet zjeść.

Kolejna sprawa - Wasz nastolatek zapewne zechce oglądać to „co wszyscy”. Najmodniejsze seriale na Netflixie, HBO i innych platformach streamingowych adresowane do młodego widza. Co drugi z nich ma w tytule sex, a każdy seks w treści. Nawet Polacy stworzyli jakiś kilkuodcinkowy netfliksowy potworek. A w każdym z nich mocna promocja rozpoczynania współżycia seksualnego jak najwcześniej, eksperymentowania, jednorazowego, przygodnego seksu, promocja homoseksualizmu, morze alkoholu, narkotyki i przemoc. Świetne wzorce, wprost do naśladowania. Poradnik dobrego i udanego życia. Recepta na szczęście. Tak właśnie, aby nie można było wątpić, jak żyją „wszyscy”, co robią „wszyscy”. Aby chcąc przynależeć, nie chcąc być odrzuconym, znać kody zachowań, które należy naśladować. Albo chociaż spróbować jak to fajnie jest pić, palić i ćpać. Ty ojcze możesz mówić co chcesz i ile chcesz, ale Twoje dziecko potrzebuje akceptacji grupy rówieśniczej, i sam nic nie wskórasz.

W klasie Twojego nastolatka wszyscy piją i palą, oraz chwalą się podbojami, hm, ciężko pisać, powiedzmy, miłosnymi. Znając życie, pewnie na wyrost, no ale presja jest. Jeśli piją alkohol to wódkę, czystą ma się rozumieć. Jeśli palą to wszystko co się da. Narkotyki? Bardzo proszę. Wszystkie szkoły są dobrze obstawione, w dwadzieścia minut masz towar we wskazanym miejscu. Osiemnastki - przekleństwo. A ty biedaku, który harujesz na etacie albo dwóch aby dziecko miało smartfona, co możesz zaproponować? Spacery w mglisty poranek w sobotę albo odwiedziny u babci Stefci? Grę w warcaby albo wspólną lekturę Rodziny Połanieckich? A ty odpowiedzialny przecież ojcze, który pracujesz aby utrzymać rodzinę, wracasz co dzień zmęczony, i nie oczekujesz kłopotów wychowawczych, oczekiwałbyś raczej jakiegoś wsparcia, zrozumienia, niestety musisz sobie zdać sprawę z tego, że wsparcia z zewnątrz jest zatrważająco mało. Że zamiast wsparcia jest horda dzikich barbarzyńców wychylających się ze świata tzw. kultury, którzy idą po Twoje dziecko. Idą aby je zabrać i zjeść. Dosłownie.

Jeśli ktoś nie widział ostatniego San Remo albo gali rozdania nagród grammy, niech sobie zerknie. Podczas tego ostatniego wydarzenia satanistyczna orgia, taki performance, wiecie, coś nowego. O firmie Balanciaga i jej patronie Baalu zobaczcie sobie filmiki Pana Dociekliwego albo Dailywire.

Wszyscy teraz się dziwią: plaga depresji, gabinety psychiatrów pękają w szwach. Rekordowa liczba samobójstw młodych ludzi, ostatnio podawane były dane, z łatwością znajdziecie. Rzecznik praw dziecka nawet się wybudził z zimowego snu. Nie ma przyczyny. Czyżby?

Można by tak jeszcze długo. Czy ma sens wyliczać dalej? Każdy może sobie dopowiedzieć kolejne aspekty: epidemia egoizmu, instagram wpędzający w narcyzm a z drugiej strony w kompleksy, itd. itp.

Przejdźmy może do konkluzji.

A konkluzja jest taka: w pojedynkę nie dacie rady. Twórzcie alianse, przyjaźnie z ojcami Waszych dzieci, działajcie wspólnie. Jeśli czegoś zakazujecie i robicie to wspólnie, jak bardzo ułatwiacie sobie i Waszym dzieciom sprawę. To należy zacząć robić już od niemowlęctwa, przyjaźnić się z innymi rodzinami, tworzyć szersze grupy towarzyskie. Jeździć na wspólne wakacje i inne wyjazdy. Wasze dzieci powinny mieć wielu fajnych wujków i ciotek, przyszywanych ale serdecznych. Pamiętajcie: „gdzie ojca nie ma tam wuja słuchał będziesz”. Nawet jak ojciec jest, łatwiej pewne rzeczy przyswoić od wuja, bo on uosabia zewnętrzny świat, z którym nastolatek się zderza, z którego czerpie aby zweryfikować to co dostał w dzieciństwie w domu.

Druga konkluzja jest taka, że poważni mężczyźni muszą wspierać i budować instytucje, które mają być trwałe, trwać i przetrwać nas. Ma znaczenie to na co wydajecie swoje ciężko zarobione pieniądze i czy jakaś ich część, nawet mała wspiera dobre dzieła, w tym związane z edukacją i wychowaniem młodych, w także ze światem kultury, wymiany myśli, tworzeniem dobra.

Na koniec ferii w województwie mazowieckim - obu rzeczy sobie i Wam z całego serca życzę.

poniedziałek, 6 lutego 2023

POSTANOWIENIA NOWOROCZNE, URODZINOWE I INNE


 POSTANOWIENIA NOWOROCZNE, URODZINOWE I INNE

Warto mieć postanowienia. Noworoczne, urodzinowe, okolicznościowe, jakiekolwiek. Nawet jeśli nie uda się ich zrealizować w stu procentach, a nawet nie w dwudziestu za to tylko cokolwiek się uda, to i tak prawdopodobnie uda się więcej, niż gdybyśmy takich postanowień w ogóle nie robili.

Ludzie mają różne postanowienia: przeczytać X książek, schudnąć Y kilogramów, przejść Z kilometrów. Czasami mniej konkretne: więcej sportu, mniej stresu, więcej czasu dla najbliższych. Warto mieć postanowienia, i warto aby były konkretne.

Czasami śmieję się, że zazwyczaj nie muszę szukać nowych, bo te z poprzedniego roku są doskonale świeże, trafione i niezrealizowane. Z drugiej strony jak patrzę na te sprzed kilku lat, to powoli, z mozołem, wolniej niż zamierzałem, ale co nieco jednak udaje się realizować.

Brian Tracy radzi aby swoimi postanowieniami, dobrymi deklaracjami dzielić się z innymi, upubliczniać je, wtedy jesteśmy pod ścianą, aby nie stracić zupełnie twarzy, musimy się mobilizować bardziej aby jednak coś nie coś pchać sprawy do przodu.

Przyjąłem tą ryzykowną radę Briana w dobrej wierze i przed radzeniem komukolwiek innemu, postanowiłem ją zaaplikować do samego siebie. Dlatego w dniu 1 października podczas wieczoru autorskiego „Wszystkich klęsk wieku (nie)męskiego” wobec dwu setek wspaniałych i wyrozumiałych ludzi dobrej woli o czułym spojrzeniu, wypowiedziałem kilka postanowień. Do zrealizowania nie w ciągu jednego roku, ale w ciągu lat dziesięciu. O ile nastąpią ma się rozumieć te lata w miarę dobrym zdrowiu, pozwalającym na ich realizację.

Wśród tych postanowień jest m.in. napisanie 10 książek i przeczytanie 500 innych.

I jak to idzie? Czy chcecie wiedzieć?

Tutaj nastąpić powinna długa pauza… Zastanowienie, co też odpowiedzieć ludziom o przyjaznym spojrzeniu? Którzy w swojej szlachetności wzięli to wszystko za dobrą monetę.

I słusznie. Bo to nie był przecież żart!

Otóż idzie o to, że nic co dobre w życiu nie przychodzi łatwo. Można powiedzieć nawet, że ciężko. Realizować takie postanowienia. Miałem jeszcze inne postanowienie: zrealizować 100 nieprzeciętnych transakcji i projektów zawodowych. Z tym idzie nieco lepiej. Dlatego właśnie z pozostałymi postanowieniami idzie nieco gorzej (czytanie), a nawet bardzo źle (pisanie). Nie zraża mnie to w ogóle. W tym była cała mądrość jednych i takich samych postanowień podejmowanych nie na rok ale na dziesięć lat!

Sandor Marai, pisarz totalny i pełny, wspomina, że jeden z jego idoli, inny węgierski pisarz Gyula Krudy w ostatnich latach swojego życia (a żył lat 55) „wypijał dziennie cztery, pięć litrów wina. I do końca pisał, z niesłabnącą siłą i doskonałością.” Z kolei kolega Jarosław, dzięki któremu nota bene może już niedługo trafi do Was audiobook „Wszystkich klęsk”, pocieszył mnie z kolei historią pewnego Japończyka ocalałego z atomowej hekatomby w Nagasaki, który na rok przed śmiercią, przykuty już do łóżka, podyktował z głowy pięć książek, jedna za drugą.

Cóż za optymistyczna wizja😉

Tymczasem jednak udało się co nieco pokończyć z dawno porozpoczynanych lektur. Kilka wartych jest polecenia.

Wspomniany Sandor Marai jest autorem dwóch powieści, które można z pewną nieśmiałością ale jednak nazwać, promałżeńskimi. To „Rozwód w Budzie” i „Ta prawdziwa”. Obie jak to u Maraia osadzone są w nostalgicznym nastroju odchodzącego mieszczańskiego świata przedwojennych Węgier, w których się wychował. Obie mogą się dłużyć niemiłosiernie współczesnemu czytelnikowi, dialogów tam jak na lekarstwo. Dziwne ale mimo braku wartkiej akcji napięcie rośnie ze strony na stronę.

„Rozwód” to opis nocnej rozmowy. Do sędziego orzekającego w sprawach rozwodowych przychodzi dawno nie widziany kolega z lat szkolnych i drobiazgowo opowiada historię swojego małżeństwa, co do rozwodu którego następnego dnia ma orzekać gospodarz. Gość odtwarza wydarzenia, z których wynika, że między jego żoną a sędzią coś kiedyś tam zaiskrzyło, z czego ni mniej ni więcej, miałoby wynikać, że właśnie sędzia i żona nocnego gościa to dwie połówki tej samej pomarańczy. Ergo, życie sędziego to jedno wielkie kłamstwo. Nocny gość poddaje się wymowie niezbitych dowodów i niejako odpuszcza, godzi się na swój los i oddaje żonę temu, którego żoną powinna być od początku. Dotychczasowe życie sędziego jest w związku z tym grubym nieporozumieniem. Słuchamy tych wywodów z zaciekawieniem, jednak często tak jakbyśmy słuchali spowiedzi wariata. Gdy nocny gość wreszcie opuszcza mieszkanie, sędzia wchodzi do pokoju, gdzie śpi jego rodzina, spogląda na nich i zamyśla się: „Wszystko to nie może być „nieporozumieniem”, ta śpiąca kobieta i tych dwoje pogrążonych we śnie dzieci…”

Widzicie, owoce decyzji nie mogą być nieporozumieniem. Życie wynikające z porywu serca nie może nic nie znaczyć.

Ja jestem za mało inteligentny aby odnaleźć wszystkie znaczenia, ale czytam motto, czytam ostatnie zdanie powieści i myślę sobie, czy Marai nie chciał też pokazać, że jeśli noc przynosić może czasem wątpliwości, to za dnia one znikają, i trzeba o tym pamiętać, trzeba zawsze starać się „dotrwać do świtu”? Czy nie chciał on też powiedzieć, że małżeństwo, miłość to decyzja, to świadome zadziałanie ludzkiej woli, a nie jakieś fatum, któremu trzeba się poddać. Książka ta ukazała się w latach, gdy przez Węgry przetaczała się dyskusja w związku z wprowadzeniem do prawa cywilnego rozwodów. A głos Maraia interpretowany był jako głos na „nie”.

Druga powieść to „Ta prawdziwa”. Historia małżeństwa, zgodnego, dobrego małżeństwa, w które w pewnej chwili wkrada się niepokój. Między żoną a mężem prawdopodobnie jest ta trzecia. Świadczy o tym zazdrośnie strzeżona w portfelu męża wstążka należąca do innej kobiety. Mój Boże, jakie piękne, subtelne czasy, gdy zdradą było zachowanie pamięci o osobie, z którą zamieniło się raptem kilka słów, nic więcej, a która wręczyła temu mężczyźnie wstążkę. Jednak w głowie męża zagnieździła się w związku z tym jakaś obsesja, jakiś przymus. By pędzić do, wypatrywać tej prawdziwej, tej właściwej kobiety. Nie chcę pisać o tym, co wydarzyło się dalej. Napiszę jak to się skończyło. Skończyło się kompletną porażką. Można wzruszyć ramionami - tak to się kończy gdy delikwent obsesyjnie szuka „tej prawdziwej” i w imię tego poszukiwania zostawia tą pierwszą dla tej drugiej, a potem i drugą dla kolejnej. Klasyka gatunku. Ale weź to wytłumacz Kurzajewskiemu jednemu czy drugiemu. Mimo całego szacunku dla Marai’ego jako pisarza, bowiem zaiste wielkim pisarzem był, myślę, że Sandor nie da rady wielu przekonać. Ta literatura uwodzi swoim klimatem, nostalgią, przenikliwością, subtelnością ale nie potrząśnie raczej współczesnymi poszukującymi „tej prawdziwej”. No właśnie: kobiety, miłości? Spełnienia, szczęścia? To szkodliwy mit wbijany nam przez tysiące kolorowych tygodników i przekombinowanych seriali.

Jeśli są tu jacyś młodzi czytelnicy, którzy może szukają drugiej połowy, może rozglądają się, zastanawiając czy „ta”, czy „inna”, która prawdziwa, to niech mnie teraz dobrze posłuchają. Miłość to nie gonitwa przez cały świat za „tą prawdziwą”. Miłość to decyzja, miłość to zaangażowanie, miłość to ryzyko. Może żyje gdzieś obok was dziewczyna, którą znacie z sąsiedztwa, ze szkoły, z harcerstwa, która nie jest postacią z Waszych snów, nie przypomina zwiewnej nimfy z długimi jasnymi włosami i wiankiem na głowie, albo jakiejś współczesnej wersji seksbomby. Ale która oczekuje na miłość, na zaangażowanie, na faceta, na którego będzie mogła liczyć, z którym będzie mogła się śmiać i dzielić troski każdego dnia. Give it a try! Spróbuj. Daj życiu szansę. Umów się do cholery! I to samo w drugą stronę, przecież żyjemy w czasach, gdzie dziewczyna nie musi czekać bezradnie w szklanej wieży na błędnego rycerza…

Z mądrych ksiąg przeczytałem jeszcze starego, dobrego Chestertona. Zbiorek awantur pt. „Dla sprawy”. Można powiedzieć, że teksty Chestertona starzeją się pięknie i z godnością. W obliczu tego co mamy teraz, wadzenie się angielskiego myśliciela z protestantami czy scjentystami jawi się jako niewinne igraszki. Piękne jest to, że Chesterton błyskotliwie obnaża mielizny ateizmu oraz różnych prądów i tendencji, które dzisiaj mają już swoje kolejne dalej rozwinięte stadia, o których nawet mu się nie śniło. Przy jego finezyjnych popisach dzisiejsze dyskusje to jak walenie cepem. Miło się to czyta a celność wielu spostrzeżeń bawi i poucza. Weźmy choćby taki artykuł „Coraz dalej od domu”. Chesterton pije w nim do reformatorów czy raczej niszczycieli instytucji rodziny. Porównuje ich do gościa podbiegającego do płotu w podskokach i oznajmiającego: „Nie widzę żadnego pożytku z tego płotu. Usuńmy go!”. Gość nie zadaje sobie pytania, kto i po co ten płot tam postawił, nie zastanawia się nad tym, że nie wyrósł on sam, że chyba nie byli głupcami ci, którzy trudzili się aby go tam postawić. Do podobnie atakowanych jego zdaniem instytucji należy Dom Rodzinny. Ci, którzy usilnie próbują go zniszczyć, nie zadają sobie nawet trudu aby zrozumieć jego celowość. Wydają ogrom pieniędzy aby tworzyć instytucje, które usiłują zastępować zadania domu rodzinnego, zamiast wspierać to co naturalne i … tańsze. Porównuje ich do robotników, którym nie podoba się, że prąd rzeki porusza koło młyńskie, i zamiast wodą poruszają tym kołem sami, siłą swoich mięśni.

Jak pisze w innym miejscu ”w naszych czasach człowiek zyskuje reputację mistrza paradoksów, jeśli najzwyczajniej w świecie powtarza, że truizmy są prawdziwe”. Piękne to były te czasy Chestertona.

A na końcu abp Charles J. Chaput, emerytowany biskup Filadelfii, klasa po prostu. Chciałem takiej książki, mądrej, pełnej odniesień do innych prac, gdzie autor dzieli się głęboko przemyślanymi przez siebie sprawami. Tytuł książki: „Za co warto umierać? Myśli o tym, dla czego warto żyć.”

Książka jest za bardzo eklektyczna abym ją streszczał albo częstował Was wyrwanymi z kontekstu cytatami. Tylko kilka z nich:

„Umacnia się w nas wiarę w to, że prawdziwe szczęście jest wynikiem zaspokojenia naszych osobistych pragnień. Karmiony tym przekonaniem drapieżny indywidualizm jest tym, co zdominuje świat, jeśli pewnego dnia zaczniemy żyć jako ponadnarodowi „obywatele świata”. Naszym przeznaczeniem nie będzie już jedność powszechnego braterstwa. Będziemy żyć w sterowanym technokratycznym kokonie, stworzonym, aby promować konsumpcję i autokreację. Zamiast utraconej solidarności zyskamy pocieszenie w postaci zakupów i podróży”.

O przyjaźni: „Kiedy dwóch idzie… jak powiada Homer. I do myślenia bowiem, i do działania zdatniejsi są ludzie we dwójkę”.

„Wszystkie udane małżeństwa są przede wszystkim w ostatecznym rozrachunku związkami przyjaźni.”

Za Henri de Lubac: „Naszą misją nie jest doprowadzenie do triumfu prawdy, lecz tylko dawanie jej świadectwa.”

„Mamy względem tego świata obowiązki, które nie pozwalają nam na komfort milczenia na forum publicznym albo ucieczki od dzisiejszych konfliktów do jakiejś kryjówki w górach”

sobota, 5 listopada 2022

Zupa nic!


Gdybym ten film obejrzał wcześniej to nie wiem czy siliłbym się na niektóre teksty we „Wszystkich klęskach wieku (nie)męskiego”. „Zupa nic” to bowiem piękny fresk (choć słowo to nie pasuje zupełnie do tamtych czasów) lat osiemdziesiątych, na które przypadło i moje dzieciństwo. Z tego dzieciństwa i wczesnej młodości niektóre smaczniejsze kąski starałem się przywołać i ocalić we wspomnianej książeczce. Jeśli nie wiecie co obejrzeć w ten weekend a chcecie obejrzeć komedię, mogę szczerze polecić ten film. 

Adam Woronowicz prezentuje w nim najlepszą formę, jest w swoim żywiole w roli pomiatanego przez system schyłkowego PRL-u architekta. Wtórują mu koncertowo Kinga Preiss grająca jego żonę i Ewa Wiśniewska (teściowa), oraz szwagier Zenek czyli Rafał Rutkowski. Różne sceny w filmie są po prostu genialne. I ma się rozumieć, prześmieszne. Ten entourage głównego bohatera, ten outfit, na czele ze skórzaną brązową marynarko-kurtką, ale i spodnie dzwony, i takie koszule non-iron z wywijanymi kołnierzami, i ten brzuszek piwny, no, uczta dla oka. W tym filmie jest wszystko: blaski i cienie pomieszkiwania w dwóch pokojach rodziny z dwoma córkami oraz teściową, zgubienie kartek na mięso, pijany ojciec wracający przed Wigilią z choinką-kikutem, wygranie talonu na samochód, radość i smutki z tym związane (problemy z gaźnikiem, kradzież kół). Jest karp w wannie przed Wigilią, jest skok przez kozła na lekcji WF-u, jest wszechwładna cesarzowa-kadrowa w pracy i płaszczenie się przed nią. Są wycieczki na saksy na Węgry i przemycane kołnierze z lisów, jest i szwagier cwaniak, który umie się ustawić w rzeczywistości jaka jest, no i kolejka za meblami uwieńczona niesamowitym sukcesem – zdobyciem „wypoczynku Edyta”.

W tekście „Każdy chciał być DJ-em” wspominam podobne perypetie:

Mój ojciec kiedyś stał całą noc w kolejce przed sklepem sportowym, bo dostał informację, że mają rzucić namioty. Nasz stary nie nadawał się już do użytku, więc nowy bardzo by nam się przydał do wyjazdów. Nad ranem okazało się, że dojechały nie namioty, tylko rowery i śpiwory. Rowerów trzy sztuki, więc ojca już to szczęście nie objęło, za to kupił dwa śpiwory. Wprawdzie śpiworów akurat nie potrzebowaliśmy, ale skoro je rzucili, grzechem byłoby nie wziąć po całej nocy koczowania pod sklepem na zimnie.

Innym razem całą rodziną obstawialiśmy dostawę mebli. Mamie marzyły się mahoniowe matowe regały. Nie dotarły. Może w przyszłym tygodniu? Znowu koczowanie. I tak ze trzy razy. W końcu przywieźli. Jasne na wysoki połysk. Wzięliśmy oczywiście. Do dzisiaj straszą w mieszkaniu mojej mamy. Ale ile było podczas tych komitetów kolejkowych zabawy wieczornej i nocnej, podchody, w chowanego, berek, żarty, totalna integracja dzieciarni asystującej matkom i ojcom.

Wspomnę tylko, że z tym namiotem jeździliśmy „maluchem” czyli fiatem 126p w góry, a bagażnik dachowy wyglądał identycznie jak ten, który Woronowicz tak umiejętnie upinał w filmie przed wyjazdem na wakacje.

Co w tym filmie urzeka? Wszystko: dobrze skrojone i obsadzone role, scenariusz, jest tu jakaś finezja, której zazwyczaj brakuje w polskich produkcjach, szczególnie z komediach. Lecz przede wszystkim urzeka atmosfera! Ciepła, pobłażliwa, to nie jest żaden sentymentalizm ani z drugiej strony brutalne ciśnięcie beki jak w Alternatywach 4 u Barei. Historia jednej z tysięcy rodzin, ze standardowymi problemami dla tego czasu, ale z tego wyłania się jakaś wdzięczność, piękno, relacje, wspieranie się w życiu. Nawet scena imienin to klasyk. Tam jest wszystko: trzy małżeństwa, sałatka z warzyw, nóżki w galarecie, coś do przepijania tej galarety. Tak to wyglądało, biednie, groteskowo. Ale budzi to naszą sympatię, nie tylko dlatego, że to część naszej historii, życie naszych rodziców czy dziadków, ale dlatego bo przez tę ciasnotę, upokorzenia, przez ten peerelowski paździerz prześwituje życie. Podstawowe relacje rodzinne, sąsiedzkie, koleżeńskie - dzięki którym łatwiej żyć. Dzięki którym życie w ogóle nabiera większego sensu. Bez względu na zmieniające się scenografie życia, gadżety, materialne przedmioty westchnień - jakość relacji napędza jakość życia.

Może i nieładnie powiedziane, ale chyba prawdziwie.


poniedziałek, 7 marca 2022

Ukraina


Jeszcze nieco ponad tydzień temu beztrosko wspominaliśmy sobie na fejsbuku przygody harcerskie. Dwa dni później zaczęła się wojna. Prawdziwa, w której giną ludzie a miasta obracają się w ruinę. Jesteśmy świadkami czegoś bardzo złego dla Ukrainy i bardzo niebezpiecznego dla całego świata.

Wojna tuż obok zmienia wiele. Nikomu teraz nie jest do śmiechu. Staramy się kontynuować swoje normalne obowiązki, lecz cały czas śledzimy wiadomości, martwimy się, wzruszamy i pomagamy jak możemy. Jako Polska, jako Polacy zachowujemy się „jak trzeba”, a nawet więcej. Otwarcie serc, zaangażowanie ludzi dobrej woli jest niesamowite. Zniknęły podziały, mówimy jednym głosem i wspólnie się angażujemy. To na pewno jest właściwe i konieczne do robienia, uczynki miłosierdzia co do ciała. Po pierwszym entuzjazmie, może przyjść jednak zmęczenie, nie będzie łatwo, to nie orkiestra wielkiej pomocy grająca jeden dzień w roku. Oczywiście oby jak najkrócej trwała rozłąka rodzin, oby ludzie mogli wrócić do swoich domów, żony i dzieci do mężów i ojców. Nikt jednak nie wie, jak potoczą się dalsze wypadki, ile będzie to wszystko trwało.

Nie wiem do końca, czy jest sens dzielić się tymi myślami tutaj, kogo mogą obchodzić, dlatego nie pisałem wcześniej, choć głowa pęka od pytań, domysłów i spekulacji. Zamiast zaczytywać się w komentarzach i wiadomościach, na pewno sensowniej jest robić cokolwiek, wpłacać, zawozić, dowozić, gościć, kupować i wysyłać. Jeszcze raz wielki szacunek, wielkie podziękowanie dla wszystkich angażujących się jakkolwiek, to wielka narodowa akcja, gdzie dajemy świadectwo swojego człowieczeństwa, i patos jest tu jak najbardziej na miejscu. Dlatego tylko kilka myśli na szybko.

Doszło do ataku na niepodległe, suwerenne państwo. Bez względu na wszelkie rozważania geopolityczne, analizy doktryny Rosji itp. to jest to akt bezprawia międzynarodowego, naruszenie podstawowych praw ludzkich, prawa narodów do samostanowienia, coś takiego wymaga natychmiastowego potępienia przez wspólnotę międzynarodową i powinno wymagać reakcji. Patrząc na historię, nigdy takich wątpliwości nie miał Jan Paweł II, który zawsze bezkompromisowo reagował i krzyczał (to jest adekwatne słowo, tak właśnie było) na Placu Świętego Piotra w obliczu wojen, bez względu na to kto je wszczynał. Wojna zawsze jest kataklizmem, w którym giną niewinni ludzie, zostawia zgliszcza materialne i rany psychiczne na pokolenia. Nienawiść rodzi nienawiść. O tym trzeba pamiętać. Możemy się cieszyć z tych lub owych taktycznych zwycięstw Ukraińców, z tego że Romowie zakosili czołg Rosjanom, że to lub owo, ale w poczuciu powagi, to jest tragedia dziejąca się na naszych oczach. Zło, które wypełza, tak szybko nie chowa się potem do swojej pieczary.

Widzimy, że Polska nie miała żadnych wątpliwości od samego początku. Nie można tego powiedzieć o reakcjach w pierwszych dwóch dniach napaści kilku ważnych krajów. Inwazja była nazywana konfliktem, operacja militarną itp. To zawstydzające, ale to tylko nam uświadamia, że moralność międzynarodowa jest na niskim poziomie, że wcześniej akceptowano rozwiązania siłowe, a skromne komunikaty oburzenia blakły już po kilku dniach. We współczesnym świecie liczy się siła a nie prawo, sprzeciwiamy się temu, to nas oburza ale musimy o tym pamiętać. Putin w sposób wyostrzony i karykaturalny uprawia tępą, kłamliwą propagandę i łatwo ją identyfikować, ale to nie znaczy, że gdy inni używają jej w sposób bardziej finezyjny, mamy jej ulegać. Nie powinniśmy mieć złudzeń i nie powinniśmy ulegać zbytniemu optymizmowi, który gdzieniegdzie się pojawił.

Pojawił się, ponieważ kilka pozytywnych aspektów faktycznie wystąpiło. Zachód zjednoczył siły, Szwecja, Finlandia zgłosiły akces do NATO, te państwa mają dobre rozeznanie sytuacji i pamiętają historię. Białoruś oficjalnie nie rzuciła swoich dywizji do akcji bezpośredniej, Łukaszenka kluczy chyba, na ile może, w każdym razie różne tu są domysły. Polska otrzymuje werbalne wsparcie sojuszników z NATO, pojawiło się kilka tysięcy żołnierzy, etc. Domniemany układ rosyjsko-niemiecki został rozerwany, zwidy i naiwne pobożne życzenia zachodniej Europy na temat Putina w obliczu krwawych wydarzeń rozwiewają się. Choć powoli i niechętnie. I najważniejsze: Ukraina wciąż walczy! Wbrew wszelkim prognozom i pewnie oczekiwaniom różnych możnych tego świata, którzy wtedy odetchnęliby z ulgą i zaczęli rozmasowywać dyplomatycznie faus paux Putina, Ukraina stawiła mężny opór i okazała się dużo silniejsza niż myślano.

Cały świat zobaczył dzielny naród ukraiński zjednoczony wokół swoich przywódców. Mnóstwo faktów nie tylko daje do myślenia, co powinno wstrząsać zamożnymi, leniwymi społeczeństwami Zachodu. Mężczyźni - obywatele Ukrainy pracujący zagranicą, wrócili do kraju by go bronić. Takie informacje robią wrażenie. Niejednemu przyszło do głowy pytanie: czy w jakimkolwiek innym narodzie byłby teraz taki duch? Czy taki duch byłby w Polsce? Wolelibyśmy tego nie testować w praktyce. Kiedyś mieliśmy takiego ducha, wielkiego ducha, a było to w roku 39, a potem w 44. Jak kamienie rzucane na szaniec poszły w dym walki najlepsze jednostki, zginęło całe pokolenie, mężnie oddając życie za ojczyznę. Życia ojczyźnie jednak to nie ocaliło, w żaden sposób. W żaden. Wiemy o tym dobrze. To jest trauma, która trwa w naszym narodzie, myślę, że głęboko, i nie ma pewnie osoby, która by o tym nie pomyślała w ostatnich dniach. Nasze bohaterstwo nie wzruszyło zachodniej opinii publicznej ani nie obeszło rządzących. Czy teraz bohaterstwo Ukraińców wzruszyłoby ich, gdyby nie przejmujące obrazki w telewizji i na fejsbuku? Czy jakakolwiek demonstracja ruszyłaby ulicami miast europejskich? Nasze bohaterstwo wykrwawiło nas i ułatwiło Stalinowi jego plany dla Polski. Pamiętajmy, nigdy, nigdy nie liczmy na to, że krew naszych młodych chłopców kogokolwiek do czegoś popchnie, zmusi, nakłoni np. do pomocy. Nie wolno nigdy przedmiotowo traktować innego człowieka nawet w takich przypadkach. Owszem walka może być konieczna po prostu dla obrony, dla walki o życie innych ludzi. Na tym polega etos żołnierski: żołnierz ryzykuje własnym życiem dla obrony żyć innych ludzi.

Dlatego niepokoją mnie głosy, że w razie napaści na Polskę musielibyśmy wytrwać trzy, pięć, siedem albo czternaście dni aby państwa NATO przyszły nam z pomocą. Nie! I jeszcze raz nie! Ostatecznie jestem prawnikiem i w Artykule 5 Paktu Północnoatlantyckiego nie widzę żadnych tego typu zapisów. To postanowienie jest proste jak drut! Napaść na jednego oznacza wojnę ze wszystkimi i obliguje innych do udzielenia pomocy „łącznie z użyciem siły zbrojnej”, do podjęcia działań „niezwłocznie”. Niezwłocznie oznacza, jak wszyscy prawnicy wiedzą, bez uzasadnionej zwłoki. A wiadomo przecież, że trzeba się spakować, przylecieć, etc. Więc różni analitycy wskazujący na konieczność posiadania silnej armii zdolnej do oporu przez te ileś tam dni, więc ci analitycy w praktyce pewnie mają rację. Ale publicznie, na zewnątrz nie możemy tego akcentować: powinniśmy akcentować konieczność natychmiastowej odpowiedzi. Oby te rozważania pozostały na zawsze tylko teoretyczne.

Patrzenie na bohaterską walkę Ukrainy uruchamia w nas bolesne wspomnienie naszej historii i strach o to, czy z nami nie będzie tak samo? Czy Ich mężna walka, ofiara krwi powstrzyma powrót pod sowiecki but? Zaraz za tym czai się strach, co będzie dalej? Państwa Bałtyckie? A potem „mój kraj Polska”? I co wtedy? Będziemy głośno krzyczeć, że honor, że nie oddamy guzika a potem zginie kilkaset tysięcy ludzi, nasze miasta zostaną zrównane z ziemią, a i tak przegramy. Przepraszam, że wypowiadam obawy, które są w głowach, o których boimy się myśleć. Czy w tym kontekście może dziwić zainteresowanie stanem uzbrojenia naszej armii? Sensownością różnych decyzji, zakupami wyszukanego, drogiego sprzętu w małych ilościach, który ma pojawić się tu za kilka lat? A może powinniśmy wyprodukować (możemy sami) tysiące ręcznych wyrzutni przeciwpancernych i przeciwlotniczych? Ich magazyny mieć w każdej gminie? Może powinniśmy przeszkolić w nauce strzelania miliony i miliony kałasznikowów mieć w magazynach, by w razie wojny rozdać broń? Nie chcę się tu wymądrzać, bo setki ekspertów teraz się pojawiło i każdy wrzuca swoje pięć groszy. Chcę tylko powiedzieć, że takie zainteresowanie, taka refleksja, taka dyskusja jest naturalna, jest uzasadniona, wynika z naszych uzasadnionych obaw. To jednak jest przerażające, wolelibyśmy aby nasza wiara w sojusze i w potęgę techniczną naszej armii została wzmocniona. Abyśmy zostali uspokojeni. Aby każdy z nas mógł się zajmować swoim zawodem, uprawą ogródka czy czymkolwiek chce, pewny, że nigdy sam nie będzie musiał chwycić za broń by bronić swoich najbliższych. Na razie prawda jest taka, że mamy mikroskopijną armię ze skromnym wyposażeniem. I trzeba mieć to na uwadze. Potrzebujemy czasu aby to zmienić.

Większość świata (chciałbym napisać cały, ale musimy starać się być jednak precyzyjni) chce przegranej Putina, zamachu stanu na Kremlu, wygranej Ukrainy. A co jak Kijów padnie? Co będzie dalej? Jednak przegrana Putina teraz również nas w całości nie uspokoi. Bo co dalej? Odpuści, wycofa się i zaakceptuje przegraną? Przecież ten system, ci ludzie nie liczą się z niczym, nie wierzą w Boga, nie boją się żadnej kary, boskiej w szczególności. Odetniemy hydrze jedną głowę, czy nie odrosną dwie? Nikt chyba nie jest spokojny. Wojna raz rozpoczęta może rodzić falę.

Dlatego jedna rzecz, niewątpliwa, którą możemy i powinniśmy czynić to modlitwa, pokuta i post. Wielki szacunek dla wszystkich proboszczów, którzy już zarządzili to co trzeba. Super, że wielu ludzi natychmiast sięga po różańce. Dziwię się właściwie dlaczego codziennie nie biją dzwony na trwogę? Nie czekajmy aż ktoś to zrobi za nas. Wzywajmy, proponujmy swoim proboszczom, wikarym, grupom parafialnym wielkie akcje modlitewne. Różańce i adoracje, przebłagalne, dziękczynne i pokutne. Wyobrażam sobie, że nawet niewierzący, ludzie nie mający łaski wiary, mogą zachęcać do tego innych. Znajomość faktów historycznych: Lepanto 1571, Portugalia, Warszawa 1920, Austria 1955, Filipiny 1986, mogłaby do tego skłaniać z przyczyn całkowicie konformistycznych. Dlaczego nie, skoro podobno pomogło w innych sytuacjach? Na pewno nie zaszkodziło. Wszystkie te miejsca łączy jeden rodzaj zwycięstw, jeden mianownik. Warto poszperać i doczytać we własnym zakresie. Napiszę tylko, że między 6 a 15 sierpnia 1920 r. we wszystkich kościołach Warszawy trwała 24-godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu, kardynałowie Kakowski i Dalbor zarządzili ogólnonarodową krucjatę modlitewną, ludzie klęczeli non stop. Podobnie rabinat warszawski w tym czasie wezwał do odmawiania codziennie specjalnych modlitw. Wszyscy wtedy rozumieli, że Bóg jest najpewniejszą pomocą w trudnościach. Wiemy, że wtedy się udało. Nie żartujmy tylko, że dzięki geniuszowi Piłsudskiego. Nic takiego lub choćby podobnego nie miało miejsca ani w 39 ani w 44 roku.

Warto też zauważyć, że biskupi ukraińscy wystosowali apel do papieża Franciszka o wykonanie apelu z Fatimy o poświęcenie Rosji Niepokalanemu sercu Maryi (105 lat temu, przypomnijmy, została wydana „precyzyjna instrukcja” jak to ma wyglądać, a jakoś się nie złożyło aby ją wykonać przez setkę lat z okładem). Pius XII i Jan Paweł II zrobili to, ale połowicznie, nie tak jak wynikałoby z „instrukcji”. Cóż, to już nie w naszej mocy.

Gdy zaczyna się wojna, gdy widzimy, że to jest wielka rozgrywka, to logika ludzka i środki ludzkie nie są wystarczające. Z bajek pamiętamy, że gdy dżin zostanie wypuszczony z butelki, nie jest łatwo z powrotem go tam zapędzić. Jakbyśmy bardzo nie ufali i nie wierzyli w geniusz przywódców politycznych i wojskowych, należy modlić się za ich dobre decyzje, najlepsze w danej sytuacji. Nie zawsze jest je łatwo podjąć, nawet zakładając całkowicie dobrą wolę, świetne przygotowanie do pełnionych funkcji, wystarczające informacje i odrobienie lekcji z historii. Nie ulega wątpliwości, że w sytuacji kryzysowej trzeba stać twardo przy rządzących, nie jątrzyć, nie dzielić, ale nie znaczy to, że nie należy uważnie obserwować, mieć stuprocentowe zaufanie i nie mówić „sprawdzam”. Na szczęście wydaje się, że w obecnej sytuacji, nasi rządzący stają na razie na wysokości zadania. Z tego co wiemy, podejmują dobre decyzje, robią to co trzeba. Ale co my tam wiemy, w szczególności o tym co będzie za chwilę, co jest przedmiotem rozmów na szczycie itd. Wszystko wskazuje na to, że najważniejsze sprawdziany jeszcze przed nimi. Oby je zdali.

I jeszcze jedno, musimy pamiętać o latach prania mózgów i cichej propagandy na Zachodzie. Filorosyjskość nie tylko elit politycznych ale i zwykłych ludzi w Niemczech, we Francji, w innych krajach. Owszem pojawił się szok, niedowierzanie, ale ta wcześniejsza sympatia nie zginie żywcem pogrzebana. Ona może odżyć, i to bardzo szybko. Nie mówię już o działaniu agentury wpływu, pudeł rezonansowych i „pożytecznych idiotów”. Dlatego tak ważne jest uświadamianie: naszych zagranicznych przyjaciół i znajomych, kolegów z pracy, wszelkich znajomych i obcokrajowców. To jest ten moment, kiedy można uzyskać jakąś zmianę świadomości. Róbmy to!

Za dużo tych wątków ale jeszcze jeden: istnieje ryzyko, że za dobro czynione teraz możemy ponieść też swoją cenę. Nasza dobra postawa jest i pozostanie wyrzutem sumienia dla Zachodu, który ufał Putinowi, dealował z Putinem, wiązał nadzieje zysków, świetlanej przyszłości z Rosją reprezentowaną przez system putinowski. Przymykano oczy, chętnie wierzono w swoje projekcje wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi. Robiono interesy. Już teraz widać, że tylko w naszej telewizji wzorowa postawa Polaków i Polski jest widoczna. W innych mniej. Pojawić się mogą akcje defamacyjne wyolbrzymiające jakieś incydenty, już się pojawiły, które mogą być efektem prowokacji, itd. Nasze państwo nie jest przygotowane do przeciwdziałania takim akcjom, już nie raz się o tym przekonaliśmy. Czy my coś możemy zrobić? Owszem: głośmy prawdę, komentujmy, opowiadajmy - naszym znajomym, przyjaciołom, kontaktom, ludziom z naszych firm w innych krajach. Wchodźmy na zagraniczne portale informacyjne, komentujmy, prostujmy albo uświadamiajmy. Niech zobaczą, niech się dowiedzą, wciągajmy ich w pomoc, w zaangażowanie. Jest szansa na dotarcie do niektórych przynajmniej osób, przebicia się z faktami, do zmiany stereotypów. Nawet jeśli przebijemy się do części osób to i tak będzie bardzo dobrze.

Jeszcze jedna rzecz naprawdę już na koniec. Postawa Ukrainy budzi podziw, na naszych oczach rodzi się wielki mit, mit założycielski, dużo lepszy niż wszystkie wcześniej. W tym micie jest polska ręka podana w potrzebie sąsiadowi, jest bezwarunkowa pomoc. Bez względu na to co jeszcze się wydarzy, to już się wydarzyło i zmieni historię w tej części Europy.

To tyle moich trzech groszy.

wtorek, 22 lutego 2022

Opowieści dziwnej treści z okazji DMB 2022


Moi Drodzy, poniżej obiecana, przepraszam obiecana była jedna, a zamieszczam dwie mrożące krew w żyłach historie harcerskie. Będziecie sobie mogli wybrać i mi napisać (jeśli zechcecie), która historia nr 1 czy nr 2 bardziej zmroziła Wam tą wieczorną wolno płynącą po ciężkim
dniu krew. Uwaga dla sanepidów, kuratorów, rodziców skautów i wszystkich wrażliwych ludzi dobrej woli: teraz jest tylko bezpiecznie, to są naprawdę stare historie, ale za to prawdziwe. Enjoy!


1. Górki Noteckie

Na początku lat dziewięćdziesiątych prowadziłem harcerski obóz letni w okolicach Gorzowa Wielkopolskiego. Mój obóz był częścią dużego zgrupowania, w okolicy obozowało kilkanaście innych drużyn, zarówno męskich, jak i żeńskich, trafiały się też obozy wilczków czyli najmłodszej gałęzi wiekowej między 9 a 12 rokiem życia. Obozowaliśmy nad pięknym jeziorem, do którego co rano wskakiwaliśmy w ramach hartowania ciała i ducha, używając do tego liny zwisającej z wielkiego drzewa. Był to tzw. „skok na Tarzana”. Dopiero poznawaliśmy Skautów Europy, więc organizacja obozu bardziej przypominała obozy ZHR-u niż Skautów Europy. Namioty ustawione wokół placu apelowego, wspólna kuchnia, komendant i oboźny wydający rozkazy. Mimo że na obozie dojrzałej i zaprawionej w bojach drużyny przygód nie brakowało - postanowiłem nie szczędzić dodatkowych wrażeń moim harcerzom. Raz się żyje.

Zaplanowałem alarm nocny. W tym celu udałem się do oddalonego o pięć kilometrów zaprzyjaźnionego obozu i poprosiłem aby w nocy wysłali do nas kuriera z pilną wiadomością. Starannie ją zredagowałem, tak aby chłopak dokładnie ją przekazał, poprosiłem tylko aby nie wtajemniczali kuriera, aby cała akcja była jak najbardziej autentyczna. Tak też się stało.

Ja nie wtajemniczałem nikogo. Około godziny drugiej w nocy na plac apelowy z impetem wpadł rowerzysta. Zziajany, zdyszany, ciężko oddychał, nie mogąc na początku wydobyć nawet słowa. Tak szybko pedałował pokonując te pięć kilometrów, tak był przejęty przyczyną tej nagłej wycieczki, że dał z siebie wszystko. Wyglądał jak sprinter po zwycięstwie na olimpiadzie. Pochylony łapał z trudem oddech, a serce waliło mu jak młot.
- Górki, Górki Noteckie – dyszał.
- Ale co Górki, co Górki? – dopytywało dwóch młodych harcerzy stojących na warcie. Jeden z nich przytomnie od razu pobiegł po oboźnego. Oboźnym był zaś energiczny, spontaniczny i ekspresyjny Jacek.
- Górki, tam, tam katastrofa, pociąg, pociąg się wykoleił.
- …..
- Pociąg z ładunkiem chemikaliów. Skażenie, skażeeeenieeee!!! E w a k u a c j a !!!!!!
Jacek w piżamie wbiegł z powrotem do namiotu i mocno mną potrząsnął. Nie musiał, nie spałem i czekałem na rozwój wcześniej zaplanowanych wypadków.
- Skaaażeeenie! Musimy ewakuować cały obóz! – krzyczał mi nad głową.

Cóż było robić? Zeskoczyłem natychmiast z pryczy i przystąpiliśmy do ewakuacji. Wiadomość była tak straszna, że nikogo nie trzeba było specjalnie do tego zachęcać. Na zewnątrz w okamgnieniu zaczęły kłębić się zastępy harcerzy, gotowych do wymarszu. Objuczeni wielkimi plecakami, w rękach siatki, torby, różne sprzęty. W społeczeństwie polskim wciąż musiała być wtedy żywa pamięć o Czarnobylu, dlatego niewinna z pozoru informacja o skażeniu wzbudziła chyba taki popłoch. Nie minęło kilka minut a byliśmy gotowi do wymarszu.

Gdy ruszaliśmy z obozu zdałem sobie sprawę, że ewakuuje się również obozujący bardzo blisko nas obóz wilczkowy. No tak, nie wziąłem tego pod uwagę, przecież informacja o skażeniu lotem błyskawicy dotarła też do nich. Nie uprzedzałem szefów tamtego obozu o tym, że odbędą się nocne manewry, a gdybym uprzedził, czy nie byłoby to dziwne, że my się ewakuujemy a oni smacznie śpią. Takich pytań sobie wtedy nie zadawałem, nie pomyślałem o tym. Tymczasem nie można było już niczemu zapobiec. Małe wilczki z ogromnymi plecakami dzielnie tarmosiły się na drogę wyjazdową, a dzielni szefowie ustawiali je wzdłuż długiej liny, tak aby każdy trzymając tę linę w drodze przez las, nie zgubił się. Przytomne chłopaki.

Tego jednak było mało.

Duszpasterzem towarzyszącym wilczkom na obozie był namówiony do tego długimi staraniami i obietnicami uczynienia z obozu warunków niemal sanatoryjnych, ksiądz Grzesio. Ksiądz Grzesio był schorowanym, starszym księdzem, który rezydował w swoim dużym turystycznym namiocie, miał krzesełka, leżak, oddawał się na co dzień spacerom, zbieraniu jagód i grzybów. Wcześnie kładł się spać gdyż lekarz zalecał mu bardzo unormowany tryb życia, bez przemęczania się, co mogłoby być dla niego zabójcze.
Już domyślacie się, co się stało…. Oczom moim ukazał się Ksiądz Grzesio w dresach, z kilkoma wielkimi walizkami, przytraczający je niezdarnie do roweru, przejęty sytuacją i najpewniej perspektywą bezpowrotnej utraty całego dobytku. Cóż było robić? Zachowałem zimną krew, zarządziłem pomoc wilczkom i księdzu. Zaraz ruszyliśmy. Wszystko to trwało dosłownie kilka minut, sam byłem wstrząśnięty sprawnością i tempem ewakuacji.

Po przejściu trzystu metrów doszliśmy do większego duktu leśnego, przez który zwinnie przeciągał inny obóz. W tym momencie uświadomiłem sobie, że wokół jeziora nie byliśmy sami ale że obozowało tam jeszcze kilka środowisk. Mój nieoceniony oboźny zadbał już o to aby wszyscy oni otrzymali w mig mrożącą krew w żyłach informację o wykolejonym pociągu wiozącym chemikalia, skażeniu i konieczności natychmiastowej ewakuacji. Szliśmy do asfaltu czyli z grubsza jakiś kilometr coraz większą grupą. Ten pochód przypominał scenę z filmu katastroficznego albo reklamy gdy do bohatera dołączają inni, potem kolejni, aż idzie tłum, coraz większy i większy aż do kulminacyjnego momentu, gdy tłum rozlewa się wokół stołów w jakimś barze a wraz z nim rozlewa się piwo, które wszyscy wznoszą w geście zasłużonego zwycięstwa. My też zbliżaliśmy się do punktu kulminacyjnego.

Dotarliśmy do asfaltu. Po chwili zza zakrętu wyłoniły się wielkie reflektory ogromnej ciężarówki wiozącej na naczepie pnie drzew. Mój przyboczny już stał na środku jezdni i machał intensywnie dwoma rękami znakiem nakazującym zatrzymanie się pojazdu.
- Co jest? – burknął kierowca, kiedy Jacek otworzył drzwi jego kabiny.
- Skażenie, pociąg wykolejony, musi nas pan zabrać i ściągnąć posiłki.
- Ale gdzie ja was zabiorę? Do szoferki tylko….
Reakcja kierowcy była nadzwyczaj trzeźwa. Autentyczność i determinacja Jacka były tak wielkie, że szofer nie miał zbędnych pytań.
Pierwsi harcerze zaczęli się pakować do szoferki, inni próbowali zająć miejsca za kabiną kierowcy na zewnątrz samochodu-lawety wiozącego na naczepie pnie sosen.

Uznałem, że czas aby wkroczyć do akcji.
- Jacek, przepuszczamy pana.
- Ale jak to? Komendancie, przecież musimy się ewakuować – słowa zaczęły mu grzęznąć w gardle, gdy patrzył jak szeptem wypowiadałem słowa: „próbny alarm”.
Bałem się, że padnie na zawał albo mnie na miejscu rozszarpie. Powoli schodził ze stopni szoferki, a wraz z nim pierwsi gotowi do podróży harcerze. Poczekaliśmy chwilę aż wszyscy dotarli do drogi. Pęczniejące z minuty na minutę towarzystwo samo wyprodukowało i rozpowszechniło informację, że czekamy na autokary. Było nas ponad setka ludzi, całkowicie spakowanych, świadomych powagi sytuacji, spiętych w sobie.
- Dziękuję wszystkim za wspaniałą postawę, mobilizację i hart ducha. Na szczęście jest to tylko próbny alarm. Wracamy do obozów.

Po powrocie gwar rozbrzmiewał jeszcze długo w namiotach, każdy każdemu opowiadał te samą historię z detalami tak jakby ten drugi o niej pierwszy raz słyszał. Robiło się coraz jaśniej, najpierw nieśmiało a potem coraz odważniej nadchodził kolejny dzień. Dzień pełen nowych pomysłów.


2. PODCHODY

W dawniejszych czasach harcerskich jedną z największych atrakcji były podchody. Umawiane albo nie umawiane, zawsze wzbudzające wielkie przeżycia i emocje. Były bardzo realnym wyzwaniem, możliwością sprawdzenia się. Noc, realny przeciwnik, przezwyciężenie naturalnego strachu. Podchody wzmagały wagę i sens trzymania nocnych wart. Nocne warty potrafiły nieźle podnieść ciśnienie.

Pamiętam gdy razu pewnego noc była ciemna jak smoła, siąpił deszcz i z kolegą Heńkiem nie widzieliśmy nawet czubków swoich nosów. Dziwne odgłosy dobiegające zza namiotu spowodowały, że już prawie wspinaliśmy się na drzewo z obawy przed rozjuszoną lochą ze stadem pazernych małych dzików. Jednak dochodzące zza namiotu odgłosy nie były odgłosami dzika, i nie dochodziły zza namiotu. Wydawał te odgłosy nie dzik, ale druh Maniek, i nie zza namiotu tylko ze swojej pryczy znajdującej się jak najbardziej w namiocie. Korzystając z ciszy nocnej wyciągał spod poduszki zakamuflowane czekoladki i się nimi w najlepsze zajadał.

Takie to przygody trafiały się podczas nocnych wart. Ale nie tylko takie. Trzeba było się strzec przede wszystkim nieproszonych gości. Obcy harcerze zakradali się po to, aby uprowadzić sztandar, proporce albo i coś innego, by następnego dnia triumfalnie wmaszerować do obozu i zażądać okupu. Przy okazji demonstrowali jacy to oni są świetni, a jacy to wartownicy nieporadni. Nie można zaprzeczyć, że podchody stanowiły pewną przygodę, ale od razu mówię, że w obliczu atrakcyjności programu obecnych obozów skautowych, z takich podchodów można spokojnie zrezygnować. Wiązały się z nimi bowiem również pewne antywychowawcze aspekty, którego to wątku nie będę tu rozwijał, ale po prostu często wyzwalała się agresja sprzeczna z duchem harcerskim. Opowiadam zatem poniższą historię nie z powodu szczególnego sentymentu dla tego sposobu spędzania nocy w lesie, ale dla samej historii, która wiele lat mroziła krew w żyłach w pewnym środowisku.

Otóż pewnego razu podczas obozu na Pojezierzu Lubuskim, wybraliśmy się z nocną wizytą do znacznie od nas oddalonych bratnich obozów drużyn z innych miast. Gdy zbliżaliśmy się asfaltową drogą jeszcze w luźnym szyku w swobodnej atmosferze rozmów, nagle zauważyliśmy kontur stojącej przy drodze postaci. Natychmiast padliśmy plackiem do pobliskiego rowu.

Najsprytniejszy z całej grupy, mój brat Czesław, obserwował osobnika zza wielkich traw i w końcu orzekł, że „wysłali człowieka na czaty, widocznie się nas spodziewają”. Sytuacja była poważna. Orzekliśmy, że nie ma wyjścia, musimy wziąć jeńca. Zaczęliśmy się czołgać do domniemanego wartownika wysuniętego na czaty w celu ochrony obozu przed naszymi podchodami.

Wartownik stał i wypatrywał. Spiritus movens całej akcji czyli mój brat Czesław dał sygnał do ataku. Wypadliśmy z tych wielkich traw i błyskawicznie powaliliśmy człowieka na ziemię. Szamotał się straszliwie. Później Czesław relacjonował, że poczuł pierwszy niepokój, gdy starając się zamknąć usta chłopakowi aby ten nie krzyczał i nie spowodował alarmu i całego obozu biegnącego na nas, poczuł nagle pod dłonią coś szorstkiego i nieprzyjemnego. Szamotanina trwała dłuższą chwilę zanim ktoś zapalił latarkę i usiłował nią oświetlić twarz delikwenta. Nie było to łatwe bo ten szamotał się energicznie cały czas. W końcu zobaczyliśmy przerażone, rozbiegane gałki oczne. Czesław cały czas zakrywał usta przerażonemu osobnikowi o rozbieganych oczach masywną dłonią, czując pod nią coś szorstkiego. W końcu puścił uchwyt i usłyszeliśmy przestraszonym głosem wypowiadane słowa:
- Myśliwy, myśliwy jestem.

Okazało się, że plątający się między ciałami w szamotaninie dziwny przedmiot nie był kijem ale dubeltówką, a szorstkość pod dłonią Czesława powodowały obfite wąsy.

Wypuściliśmy z uścisku człowieka, przeprosiliśmy, kompletnie skonfundowani naszym atakiem. Ten wsiadł szybko na zaparkowany nieopodal motorower marki komar i odjechał czym prędzej, zostawiając za sobą kłęby niebieskiego dymu.

Dłuższą chwilę staliśmy kompletnie osłupiali wpatrując się w oddalający się ślad węglowy spotkanego owej nocy miejscowego kłusownika.