niedziela, 25 sierpnia 2013

Historia braku jednego "I"

Pod poprzednim wpisem nawiązała się pewna dyskusja (powiedzieć rozgorzała przy 7 komentarzach byłoby już może przesadą), ale jak na standardy tego okazjonalnego, co by nie mówić, bloga to nadzwyczajne. Jeszcze bardziej nadzwyczajne, że rozpoczęła się ona od mojej pomyłki, gdyż napisałem Jan II Sobieski, mając na myśli III. Od tego się zaczęło a doszliśmy do tego, że Jan III miał niezwykle interesujące poglądy na wychowanie dzieci a przykład kariery jego rodziny budowanej pracą przez kilka pokoleń może inspirować. Przyznam szczerze i bez bicia, że nie za dużo wiem na ten temat, gdyż w liceum zajmowałem się głównie historią XX w., na studiach paragrafami a potem zaczęło się życie. Tym większy odczuwam niedosyt wiedzy. To jest w ogóle paradoks, że dopiero z biegiem lat do człowieka docierają wydawać by się mogło banalne prawdy jak ta, że historia jest czy też powinna być nauczycielką życia. My nie znamy historii, a jeśli coś tam wiemy, to nie za dużo rozumiemy. Mówię o nas Polakach w ogólności, teraz dopiero dociera do nas, że trzeba sięgnąć głębiej a nie zadawalać się potocznym sądem (czytaj: uproszczeniem, mitem, kłamstwem). Jak śpiewa Tadek, „niech historia będzie fundamentem szlachetnych ambicji”. I biografie! Będę to drążył dla was do znudzenia, z uporem godnym lepszej sprawy. Tadek śpiewa mi jeszcze w samochodzie i to też jest jak znalazł:
Czemu mnie o Tobie w szkole nie uczyli?
Ktoś bardzo nie chce, by w tym kraju ludzie dumni byli,
Czas byśmy wreszcie grzech niewiedzy zmyli”.

Tymczasem, wracając do tematu, od którego zaczęliśmy - jestem pod wrażeniem wiedzy komentatorów. Sobieskiego nie wezmę na razie na warsztat (pamiętajcie, że leży tam już ledwo napoczęty Mickiewicz, a moje wakacje już się skończyły), ale chętnie opublikuję materiał o Sobieskim, jeśli ktoś miałby ochotę gościnnie tu wystąpić.
Cała ta drobna historia przypomina mi cytowanego tu kilkakrotnie Messoriego, który zwierzył się w wywiadzie, że kiedyś jakiś czytelnik powiedział mu, iż poruszyła nim jakaś myśl jego tekstu, która dla Messoriego była zupełnie marginalna, coś jak przecinek, i nie w tym upatrywał wartości swojego tekstu, a dla tego człowieka okazała się zupełnie fundamentalna i otwierająca w głowie jakąś klapkę. Dla Messoriego było to jak rażenie piorunem, gdyż uświadomił sobie, że mówiąc w skrócie, człowiek strzela pan Bóg kule nosi.
Więc jeśli będzie tekst o Sobieskim to pamiętajcie, że wszystko zaczęło się od braku jednego „I”.
A teraz jeszcze trochę w temacie i po linii. Z innego wywiadu udzielonego Plus Minus przez Michaela Palina, pisarza, aktora, jednego z założycieli Monthy Pythona.
„Pan należy do tych Brytyjczyków, którzy nie ukrywają swojej sympatii do Polski.
 
Bo lubię wasz kraj i nie uważam, żeby to było coś, czego mam się wstydzić. Mam tu przyjaciół. Kręciłem tu filmy. Dziwi mnie za to to, jak Polacy potrafią być zaskoczeni tym, że ktoś lubi wasz kraj.
To znaczy?
Na przykład – udzielałem wywiadu w waszej telewizji śniadaniowej i prowadząca zadaje mi pytanie: dlaczego lubi pan Polskę? Ale z takim wyrazem twarzy, jakby nie mogła uwierzyć, że Polskę można lubić.
Bo my tak już mamy. Lubimy, jak się nas nie lubi, bo wtedy możemy narzekać i marudzić.
Pewnie przez to Brytyjczycy dobrze czują się w towarzystwie Polaków. My też lubimy marudzić”.
„Bo my tak już mamy”. Dobre sobie. A skąd to nam się wzięło? Lubić jak ktoś nas nie lubi – zapytałem czy to możliwe moją najmłodszą córkę. Wyśmiała mnie. Racja, to czysty absurd, sprzeczne z naturą, logiką, zdrowym rozsądkiem. Za mało wiemy o Sobieskim i o wielu innych, o których wiedza może wzmagać „lubienie”, by rozumieć, jak być by mogło. Więc jak to jest – jest związek przyczynowy między nieuczeniem się w szkole o prawdziwych bohaterach a nielubieniem swojego kraju czy go nie ma?

niedziela, 18 sierpnia 2013

„Zwyczajny” bohater


Czas wakacyjnej, dosyć długiej, podróży moje dzieci umilały sobie oglądaniem po raz kolejny trzech dotychczas zekranizowanych części „Opowieści z Narni”. Młodzi bohaterowie przeniesieni w bajkowy świat, dziwnie jednak przypominający rycerskie eposy; świat, gdzie istnieje honor, zasady, rycerskość, odwaga, odpowiedzialność, przygoda, przyjaźń. Zgodnie z poglądem Chestertona, że „dobre bajki są więcej niż prawdziwe. Nie w sensie, że uczą nas, iż smoki istnieją, tylko że można je pokonać”. Miło było słuchać jednym uchem tych ładnych dialogów mądrej opowieści, a drugim, gwoli prawdy, „Szkiców piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego (dlaczego dopiero teraz zapoznaję się z tą fascynującą lekturą?). Trzeba tu przyznać, że niedużo wyszło nam z wakacji z bohaterami XX wieku, ale nasycenie Narnią też nie jest bez wartości.

Obiecałem sobie nie czytać gazet na wakacjach, a na pewno nie zabierać ze sobą jakichś tego rodzaju zaległości. W torbie z komputerem zaplątało się jednak co nieco, m.in. jeden z lipcowych Plusów Minusów z ciekawym wywiadem z amerykańskim psychologiem społecznym Philipem Zimbardo, autorem głośnej książki „Efekt lucyfera”. Przytoczmy fragment:
„Czy to znaczy, że w każdym społeczeństwie mamy około 10 procent ludzi, którzy chcą dobra, 10 procent tych, którzy czynią zło i bierną resztę, która pójdzie za tym, kto akurat przejmie inicjatywę?
Takie są mniej więcej proporcje: niektóre narody idą za Mahatmą Gandhim, inne za Adolfem Hitlerem. Nazwałem to efektem Lucyfera, ulubionego anioła Boga, który stopniowo przeistacza się w szatana. Tak może się stać z większością z nas.
Istnieje jednak również bardziej optymistyczny scenariusz: jesteśmy w stanie pójść w kierunku dobra. Od czego to zależy?
Ten drugi scenariusz, mechanizm przekształcenia zwykłego człowieka w bohatera, jest przez psychologów o wiele gorzej rozpoznany. Można wręcz powiedzieć, że nauka jest w tej sprawie na początku drogi: sam założyłem w San Francisco fundację, która zajmuje się badaniem bohaterstwa.
Psychologia przez dziesięciolecia koncentrowała się na mechanizmach zła. Chodziło o przeciwdziałanie zagrożeniom dla społeczeństwa. Właśnie dlatego wciąż wyobrażamy sobie, że to zasługa mężczyzn działających w pojedynkę na wzór średniowiecznych rycerzy. Nic bardziej mylnego. Bohaterskich czynów dokonują każdego dnia zwykli ludzie i to te czyny dopiero powodują, że stają się bohaterami. Wiemy o nich niewiele, bo bardzo rzadko interesują się nimi media. Najlepszym dowodem, jak mylne są nasze wyobrażenia o bohaterstwie, jest Irena Sendler, która wraz z kilkunastoma innymi pielęgniarkami stworzyła sieć pomocy dla żydowskich dzieci w gettcie, ratując ponad dwa i pół tysiąca osób. A przecież nie miała nic wspólnego z rycerzem na białym koniu!
Opisał pan niedawno przypadek uratowania w nowojorskim metrze człowieka, który upadł na tory. Dwieście osób stało bezczynnie na peronie – tylko jeden rzucił się mu na pomoc. Dlaczego akurat on?
Żadne względy socjologiczne tego nie tłumaczą: był to czarnoskóry ojciec dwójki dzieci, który poświęcił się, aby uratować białego. W naszych badaniach rozróżniamy dwa typy bohaterów. Pierwszy typ, w rodzaju mężczyzny z nowojorskiego metra, można nazwać impulsywno-reaktywnym: człowiek podejmuje decyzję błyskawicznie, nieraz bardzo ryzykowną. Drugi typ bohaterstwa ma charakter refleksyjny: to człowiek, który zbiera latami materiały o korupcji, buduje siatkę współpracowników i w końcu decyduje się ujawnić swoją wiedzę dla dobra społecznego. W obu przypadkach jedno jest wspólne: bohater czuje, że może zmienić rzeczywistość. Moja fundacja pracuje nad tym, jak przekonać ludzi, że mają moc zmiany. Każdy z nas w ciągu życia staje przed sytuacjami, w których może dokonać bohaterskiego czynu, ale najczęściej się na to nie decyduje.
Pańska definicja bohaterstwa polega na dokonywaniu przez jednostkę czynów w interesie wspólnoty, na odejściu od logiki egocentrycznej na rzecz socjocentrycznej. Czy to nie jest zasadniczo przesłanie Jezusa?
Zdecydowanie tak.”

Czytam to pamiętając wciąż przeczytany wiosną artykuł o Chestertonie, którego szczególnie ujmowała „polska tradycja rycerska (łącznie z wypływającym z niej stosunkiem do kobiet). Polacy byli dla niego narodem par excellence rycerskim, który w końcu XVIII w. został w wyjątkowo nierycerski sposób - trzech na jednego - napadnięty przez sąsiadów. Podziwiał nasze umiłowanie wolności przejawiające się w podejmowanych w XIX w. kolejnych zrywach powstańczych oraz, last but not least, nasz katolicyzm i wierność Kościołowi na przestrzeni dziejów”. W posłowiu do książki Kazimierza Pruszyńskiego „Poland” pisał, że: „Nigdy nie pominąłbym okazji, by oddać nawet niewielką przysługę Polsce – temu najbardziej wysuniętemu, najbardziej rycerskiemu i najbardziej zagrożonemu przyczółkowi rycerskości, permanentnie wszak zagrożonemu na tym świecie”.
To bardzo intrygujące słowa, angielski prześmiewca nie był typem naiwniaka, którego łatwo uwieść, ale bystrym obserwatorem i tęgą głową. Dlaczego przywołuję te cytaty? Bo one się ze sobą łączą, wynikają z nich pewne konkluzje, ale cierpliwości.

Przy okazji warto zwrócić jeszcze uwagę, że angielski pisarz niejednokrotnie dopominał się o skuteczną „propagandę polską w Anglii”. Wiemy, że słusznie i bezskutecznie. Apelował, aby pokazać Anglikom „pierwiastki romantyczne i heroiczne” w dziejach Polski i wskazywał na konieczność przygotowania sugestywnego zarysu historii Polski, „historii wielkiego cudu, który zdarzył się za naszych czasów w środku Europy”. Sam marzył, aby napisać książkę o Polsce, ale nie zdążył. Przeszkodą była jego śmierć. Mówiąc o cudzie, miał na myśli zmartwychwstanie Polski po 123 latach zaborów.

Minęło kilkadziesiąt lat a my nie mamy sugestywnego zarysu historii Polski nawet na swoje potrzeby. Istnieje podobno Muzeum Historii Polski, które nie może doprosić się o to, by obdarzyć je budynkiem i wegetuje jako byt niemal wirtualny. Podobno Duńczycy raz byli potęgą, za czasów wikingów, i eksploatują to na całej linii w programach nauki historii, muzeach, atrakcjach turystycznych, etc. Przedwczoraj rocznica Cudu nad Wisłą, którego muzeum też nie ma. Jest za to film „Bitwa warszawska 1920”, którego fragmenty po raz drugi obejrzałem z dziećmi w celach edukacyjnych. I nie wiem czy Hofman kpi czy o drogę pyta? Poziom dramaturgii budzi zażenowanie, gra aktorska to, no nie wiem, jakby oni wszyscy tam się nieźle bawili, wybuchali śmiechem po wyrecytowaniu tych papierowych tekstów. Natasza Urbańska z wybielonymi zębami w szpitalu polowym czy strzelająca z ckm-u – groteska. Czy oni to nakręcili, aby nas poniżyć? Czy nie widzieli żadnego porządnego filmu, nie wiedzą, jak to się robi? Szkoda słów.

Jak czytałem o tych „pierwiastkach romantycznych i heroicznych” przypomniało mi się przedstawienie na Bemowie, przypomniał Maurice Ollier, Francuz, który na zlocie Skautów Europy w 1994 r. na tle dziesiątek wieczornych ognisk, pięknego śpiewu przekonywał kilku dwudziestoparoletnich chłopaków z Polski: „Musicie zachodnim Europejczykom opowiedzieć o Waszej historii właśnie podczas takich ognisk. O królowej Jadwidze, Janie III Sobieskim, Cudzie nad Wisłą, bo oni nic o tym nie wiedzą i się nie dowiedzą”. (Maurice obczytał się o Polsce i zafascynował naszą historią, przed wylądowaniem na pamiętne styczniowe spotkanie i dyskusję o wstąpieniu do FSE). Jesteśmy być może najbardziej bohaterskim narodem w dziejach, i tych „pierwiastków” jest ogromnie dużo, jednak nikt tego na świecie nie wie. Tzn. kiedyś wiedziano, ale nowe pokolenia już nie pamiętają. Czy my sami o tym wiemy?

Jeszcze jeden cytat (podesłany z Internetu), choć może jest ich za dużo, ale same wpadają, szkoda się nie podzielić:
Kazimierz Brandys, "Miesiące" 1979
[...] Zdumiewa najbardziej myśl, że swoją prawdę naród tak umiejętnie chronił i przechowywał. Tak długo i tak umiejętnie. Nasuwa się ciężkie podejrzenie. Czy nie za pochopnie sądziło się tę masę, widząc w niej bezwład i słabość lub dopatrując się w jej zniewoleniu codzienną wegetacją – braku zasobów duchowych. [...] Znamy własną historię, co jednak nie oznacza, że zawsze potrafimy dostrzec jej piękno. A jest piękna. W dziejach Europy bodajże nie istnieje kraj, którego przeszłość miała tak niewiele win w stosunku do świata. Tuż obok przylegały do nas dwa narody o najposępniejszej historii. Niemcy i Rosja. Z dwóch stron Polska stanowiła pośrodku obszar praw i życia. Między schizofreniczną siłą Niemiec a obłąkaną pustką Rosji usiłował żyć naród, który przez długi czas brał serio najszczytniejsze zasady ludzkości – chrześcijaństwo, humanizm, demokrację, swobodę ludzkiej osoby i wiary – a po ośmiu wiekach płacił za swoje fantazmaty niewolą i śmiercią za wolność”.

Najszczytniejszymi zasadami ludzkości jest też ludzka solidarność i miłość bliźniego aż po oddanie swojego życia. Szkoda, że socjologowie do tej pory fascynowali się tym, jak się czyni zło a nie dobro. Prof. Zimbardo powinien też wnikliwiej zbadać, jak to jest, że jeden naród wybiera Gandhiego a inny Hitlera.

Wróciwszy z wakacji, dowiedziałem się, że w lipcu utonął człowiek, sąsiad można powiedzieć, mieszkał kilka ulic dalej, w sile wieku, żona, dzieci. Nie znaliśmy się, choć może gdzieś minęliśmy się w sklepie z pieczywem, w drodze do kościoła czy na spacerze. Dziecko topiło się w morzu bałtyckim. On był na spacerze z rodziną, wskoczył do wody, uratował je, przekazał następnemu człowiekowi w wodzie, lecz jego zabrała fala i już nie oddała. Św. Maksymilian Kolbe oddał życie za ojca rodziny, aby ten mógł żyć dla swoich dzieci. Ten nasz sąsiad oddał życie za kogoś, kogo nie znał, nie miał czasu na zastanowienie, obliczenie ryzyka, sporządzenie wykazu za i przeciw. Nie będzie już mógł żyć dla swoich dzieci. Powinien jednak żyć wiecznie w ich pamięci. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie ich cierpienia, to jest wielka tragedia, ogromna strata. Dlatego Jego syn powinien słyszeć po wielekroć, po wsze czasy, że jego ojciec był prawdziwym bohaterem, odważnym i dzielnym człowiekiem, któremu społeczeństwo winne jest uznanie a rodzina winna być opromieniona szacunkiem ludzkim i otoczona opieką. Cześć jego pamięci!

poniedziałek, 15 lipca 2013

Tolkiena kłótnia z Mickiewiczem o podstawy szczęścia małżeńskiego

Wreszcie wakacje. Nie dla wszystkich, ale nie narzekam-;) Przyjemnie skoczyć na lunch do Restro i zawsze spotkać jakiegoś znajomego mecenasa z poprzednich kancelarii. Atmosfera w tym Restro jak w Paryżu (i widzicie, tak to jest z Polakami, wszystko im wyrwali i ciągle gdzieś i do czegoś muszą aspirować). Po pracy ostatnie spotkanie na Placu Zbawiciela, który obrodził mnóstwem kafejek. Ludzie oblepiają krzesła, stołki i leżaki, dziewczyny wykrojone jak z żurnala, faceci sfruwający z biur w białych koszulach i sześćdziesięcioletni hipsterzy sączący coś zielonego przez słomkę. Tych legendarnych, co to wykuwają teraz nową frondę nie widziałem, ale to nie był wtorek. W samochodzie słucham Jacka Kaczmarskiego, takie greatest hits. Całkiem niezły ten Kaczmarski, zaiste wielkim bardem był bez dwóch zdań. Jeszcze nam jakiś wieczór kulturalny z tego wyjdzie kiedyś.
W jeden z tych wakacyjnych dni wbiegam do kuchni w pracy po kawę, a tu impreza. Kolega się ożenił, świętujemy. Zespół stoi, sączy z kubków, winszuje. Winszuję i ja. Jest czego, warto się ucieszyć z czyjegoś szczęścia, czyż nie?
To mnie zmobilizowało do poszukania fragmentu listu Tolkiena do syna, który ktoś kiedyś wrzucił wiadomo gdzie w sieci. Może nie byłem wystarczająco zdeterminowany, ale nie znalazłem. Za to kupiłem sobie na taniej książce te Listy i bez problemu od razu odnalazłem to, czego szukałem. O fragment poniżej właśnie mi chodziło:
„Prawie wszystkie małżeństwa, nawet te szczęśliwe, są błędami: w tym sensie, że prawie na pewno (w doskonalszym świecie lub przy nieco większej ostrożności na tym, bardzo niedoskonałym) oboje partnerzy mogliby sobie znaleźć odpowiedniejszego towarzysza. Lecz „prawdziwa bratnia dusza” to ta, za którą się wyszło. My prawie nie dokonujemy wyboru: robi to życie i okoliczności (chociaż jeśli istnieje Bóg, muszą to być jego instrumenty lub pozory). (…) Jedynie w niezwykle rzadkich szczęśliwych przypadkach łączą się ze sobą mężczyzna i kobieta, którzy naprawdę są sobie jakby przeznaczeni i zdolni do wielkiej, wspaniałej miłości. Ta możliwość wciąż nas oszałamia, chwyta za gardło: powstało na ten temat mnóstwo wierszy i opowieści, prawdopodobnie więcej niż istniało takich miłości w prawdziwym życiu (a jednak najwspanialsze z tych opowieści nie mówią o szczęśliwym małżeństwie wielkich kochanków, lecz o ich tragicznym rozdzieleniu; jakby nawet w tej sferze to, co prawdziwie wielkie i wspaniałe w tym upadłym świecie, było bardziej osiągalne przez zawód i cierpienie). W takiej wielkiej, nieuniknionej miłości, często miłości od pierwszego wejrzenia, doznajemy chyba wizji małżeństwa, jakim powinno ono być w nieupadłym świecie. W tym upadłym świecie naszymi jedynymi przewodnikami są rozwaga, mądrość (rzadka w młodości, zbyt późna w starości), czyste serce i wierność woli (…)”.
Wiem, że nie lubicie przydługich cytatów, ale skoro już znalazłem-;) Tak właśnie uważam, że Tolkien może mieć rację. Szukasz kochany księżniczki a ty dziewczyno księcia na białym koniu, zaglądasz do wszystkich lokali w śródmieściu a tu ani dudu. Nie mówię, żeby brać pierwszego, który się nawinie, zagryźć wargi, przełknąć ślinę, przed ołtarz i jakoś to będzie. Jednak z drugiej strony czy nie za dużo tych wyidealizowanych oczekiwań, poszukiwania osoby z jakimiś wymyślonymi atrybutami i cechami osobniczymi. Za nami wszystkimi wleką się gdzieś te wszystkie filmidła, te romantyczne, nierealne historie. Jak gdyby jedyną podstawą sukcesu było tylko i właśnie to: znalezienie odpowiedniej osoby. I koniec historii, dalej idylla, żyli długo i szczęśliwie. Otóż nie, tak nie jest. Miłość (podobnie jak życie samo) jest zadaniem. Jeśli wierzymy w człowieka, w to, że może wciąż iść do przodu, doskonalić się, zmieniać, stawać się coraz lepszą wersją samego siebie - to nie możemy wszystkiego zwalać na miłość rozumianą jako uczucie. Chyba człowiek coś może, czy tak? Ma rozum, wolę, może swoją miłość ożywiać, może rozwijać, budować, może starać się ją wzbudzić wreszcie, bo i tak może się zdarzyć. Drażni mnie już ten nachalny przekaz, że człowiek jest niewolnikiem swoich uczuć, zakochał się, odkochał się. Zakochał się, dobrze – żeni się, odkochał się – rozwodzi się. Miłość dziś jest, jutro już jej nie ma.
Oczywiście Tolkienowi odpowie Mickiewicz, że „W wiekach średnich kobieta w swojej sypialni modliła się za tę samą sprawę, za jaką mąż walczył na polu bitwy, i była pewna, że tem pomaga mężowi. Byli więc potrzebni jedno drugiemu; zmierzając do jednego celu, służąc jednej sprawie, czuli się w spółce duchowej.” Jedność małżonków duchowa, co do pragnień i celów, odczuć i ocen jest niewątpliwie czymś wspaniałym. Ale to nie pojawia się ot tak. To się buduje. Przed ślubem i po ślubie. Nie wypada w imię wydumanego ideału zbyt długo zwlekać z podstawowym zadaniem człowieka: założyć rodzinę, wychować dzieci.
A zatem panowie i panie studenci, rozejrzyjcie się podczas wakacji. Nie każdy musi jechać do dalekiego Torunia na studia podyplomowe, by znaleźć wybrankę.
I jakby tego było mało, kilka dni temu odebrałem telefon. Od M., starego druha z mojej drużyny. Lata się nie widzieliśmy, właśnie się ożenił. No, miły był ten telefon. Warto było trudzić się na tym wtedy końcu świata, pod wiatr i pod prąd. A w piątek Św. Brunona z Kwerfurtu. Historia z obraniem Brunona za patrona drużyny obrosła już legendą i faktycznie nie ma tu przesady. Pozdrawiam szczególnie wszystkich brunoniaków.

niedziela, 30 czerwca 2013

Bauman syn Adama

Trwa festiwal prof. majora Baumana w mediach wywołany przypomnieniem jego przeszłości oficera Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jednostki, przypomnijmy, której głównym celem było zwalczanie polskiego podziemia niepodległościowego i zaprowadzanie sowieckich porządków na polskiej ziemi (bo prawdziwej Polski już nie było).
Zwrócę tu uwagę tylko na jedną, wydaje mi się, interesującą rzecz. Bauman jest guru środowisk lewicowych, w większości swoich licznych książek odmienia przez przypadki taką oto zasadniczą myśl: wszystko jest płynne, ewoluuje; normy, zasady, reguły nie są stałe; nie ma jasnych granic, pojęcia takie jak dobro – zło, prawda – kłamstwo są w zupełności względne. Już nic nie wiadomo, jest chaos ale ładnie, uczenie i modnie się nazywa: ponowoczesność, płynna nowoczesność, czy też moralność ponowoczesna.
Zwracałem już uwagę na tym blogu na wpływ biografii na dzieła, koncepcje i myślenie m.in. na przykładzie Sienkiewicza. W Polsce biografistyka w tej chwili, oprócz kilku chlubnych wyjątków, jest w opłakanym stanie. Szkoda. Czytanie biografii jest niezwykle pouczające. Rodzi się bowiem pytanie: jak bardzo służba w KBW wpłynęła na stworzenie socjologiczno-filozoficznej koncepcji rozmywającej wszystko, którą Bauman w sposób bardzo zręczny rozwija na różne sposoby w swoich książkach? Jak inaczej usensownić swoją biografię, jak intelektualnie wyjść z twarzą dla samego siebie? Często - konceptualizując, tworząc misterną, wielopiętrową konstrukcję intelektualną uwodzącą samego siebie.
I nie chodzi tu nawet o Baumana. Nie słyszeliście gadek, o tym, że dzieci będą szczęśliwsze, kiedy rodzice wreszcie się rozwiodą, bo źle jest trwać w fałszu, kiedy uczucie wygasło… Chodzi zatem o każdego z nas, "syna Adama" żyjącego w tym, jak mawiał Tolkien, upadłym świecie.

piątek, 28 czerwca 2013

Nauczyciel-Mistrz


Rok szkolny kończy się, najwyższy czas na obiecany post o nauczycielach. To jeden z najważniejszych i najpiękniejszych zawodów, a w Polsce jeden z najbardziej zdeprecjonowanych i niedocenionych. Nauczyciel, nie dość, że mu mało płacą, to musi trudzić się z nieswoimi dziećmi, które są często rozkrzyczane a on nawet nie może ich wyrzucić za drzwi, by nie podniosło się larum rodziców. „Obyś cudze dzieci uczył” – mawiano. Nie zazdroszczę, ciężki chleb. Tym bardziej winniśmy wdzięczność dobrym nauczycielom, naszym nauczycielom i nauczycielom naszych dzieci! Drodzy nauczyciele, dziś mówimy Wam wielkie dziękujemy!
Ja wspominam wielu swoich z rozrzewnieniem. Pani Tukalska od polskiego w podstawówce na zawsze wbiła nam w głowy, że najpierw jest imię a potem nazwisko. Do dziś drażni mnie jak jakiś naganiacz nagrywa mi się na komórkę „Tu Andrzejkowski Jan”. Z kolei dzięki profesorowi Wasilewskiemu z liceum przeczytałem dokładnie wszystkie lektury z wyjątkiem „Miłosierdzia gminy” Konopnickiej (bo byłem wtedy chory). Pani Poleszczuk agitowała za moją kandydaturą na prezydenta szkoły, a wielu innym zależało po prostu na tym, aby coś tam zostało w tych pustych głowach.
Nie wszyscy nauczyciele wiedzą, jak potężną rolę mogą odegrać. Relacja mistrz – uczeń to jedno z najbardziej fascynujących doświadczeń. Mistrzowi powinno zależeć na uczniu, widzi w nim potencjał, diament, który należy oszlifować; powinien chcieć wykrzesać ukryte możliwości, zainspirować i tchnąć entuzjazm w zdobywanie wiedzy i pokonywanie samego siebie. Uczeń, który rozumie i czuje, że odnosi sukcesy, pokonując samego siebie, swoje lenistwo, ociężałość i wygodnictwo, idzie do przodu i zadziwia sam siebie i ludzi wokół. Mistrzowi zależy na uczniu, ekscytuje się jego sukcesami jak własnymi. Mistrz miewa słabość do swoich najlepszych uczniów, jest im w stanie wiele wybaczyć w zamian za to, że nie odzierają go z resztki złudzeń, że to co robi ma sens, że nie jest rzucaniem grochu o ścianę. Aby chcieć wysilać się w swojej pracy, trzeba widzieć chociaż jedne oczy słuchające ze zrozumieniem lub co najmniej życzliwością.
Problemem naszych szkół jest jednak jeszcze coś innego. To, o czym pisał Mickiewicz (tak, ten sam, co do którego uparłem się, że ma się kurzyć do wakacji na szafce nocnej). „Nie uczy się ludzi, jak być ludźmi, a uczy się ich wszystkiego innego; im zaś nigdy tyle nie zależy na reszcie, co na tym, aby być ludźmi. Zależy im wyłącznie na umiejętności jedynej rzeczy, której się nie uczą”. „Jak żyć?” – jedno z najważniejszych pytań, zaraz po pytaniu: „Po co żyć?” Tak, tak, wszyscy szukają sensu, a nawet, nie bójmy się tego słowa - mądrości. Nauczyć fachu, przekazać wiedzę – ważna sprawa, udostępniać mądrość – jeszcze ważniejsza.
Miałem i mam wielu mistrzów w różnych dziedzinach. Wielu w pracy, od których uczyłem się jak uprawiać zawód. Cały czas się uczę. Wspomnę tu o jeszcze kilku innych. Maurice Ollier – mentor, uczył nas czym są a czym nie są Skauci Europy. Pamiętam jak jednego razu podczas Eurojamu w Viterbo zapytał, czy nie chcielibyśmy zobaczyć jak wychowują się kobiety z charakterem. Poderwaliśmy się na równe nogi, by skorzystać z tego uśmiechu losu i zobaczyć obóz francuskich przewodniczek. A potem napięcie tylko rosło. Licznym rozmowom z Maurice’m dużo zawdzięczamy.
Rafael Pich – wykładowca MBA w IESE i twórca kursów dla rodziców w Akademii Familijnej. Piętnował „babiloński styl nauczania”, przekonany, że najwięcej rodzicom pomogą inni rodzice dzieląc się swoim doświadczeniem, a nie facet z doktoratem oderwany od biurka.
Na temat innowacyjności słuchałem absolutnie genialnych prezentacji, przewietrzających czaszkę, poszerzających horyzonty. Jednak największą lekcją, jaką w tym względzie kiedykolwiek otrzymałem była rozwinięta na zaskakujących przykładach przez śp. Mecenasa dewiza działania „bez konserwatywnej trwogi”.
Mógłbym jeszcze długo, ale nie będę tu się więcej rozwodził i udawał, że zajmuję się na co dzień podobnymi rozmyślaniami a nie czytaniem przepisów i pisaniem umów. Zakończmy reklamą dwóch filmów, które polecić można nie tylko nauczycielom ale i wszystkim kandydatom na „mistrzów” (np. akelom, drużynowym, i wszystkim wychowawcom na letnich obozach).
 
Pierwszy to „Człowiek bez twarzy” z Melem Gibsonem jako oszpeconym w wypadku nauczycielem, który pomaga dwunastolatkowi w zdaniu egzaminu.
Drugi to „Klub imperatora” z Kevinem Kline’m grającym nauczyciela, który chce uczniom przekazać nie tylko wiedzę ale i zasady. Film bez taniego happy endu.

niedziela, 23 czerwca 2013

Wiwisekcja z ogórkową i pajdą chleba w tle


Zauważyliście, że tu obok po prawej stronie pojawiła się taka mini ankieta, w której można zagłosować nt. jakiej tematyki na blogu mogłoby być więcej? W ramach małej wiwisekcji tego bloga rozpoczętej poprzednim postem, teraz ją kontynuując, chciałbym zatrzymać się na jej wynikach. Otóż wynika z ankiety, że biorący w niej udział oczekiwaliby przede wszystkim tematyki związanej z rozwojem osobistym, książkami, filmami i tym, jak żyć, ale jeszcze bardziej o sytuacji społeczno-politycznej. Czy mogłoby takich postów być więcej? Pewnie. Myślicie, że mnie to nie interesuje? Przeciwnie, interesuje i to bardzo, a nawet budzi emocje. Dlaczego zatem tematyki takiej jest tu jakby mało. Bo te emocje są w dużej mierze gwałtowne, negatywne, a ja zaplanowałem ten blog jako źródło pozytywnego materiału, być może inspiracji dla kogoś, aby na coś spojrzeć z innej strony, a nie dawania upustu frustracji, manifestowania bezsilności i świętego oburzenia czy pojękiwania w bezradności. Ciężko czasami wytrzymać, ciężko się powstrzymać, jak człowiek zastanawia się jak jest a jak mogłoby być, czy gdy dzieją się rzeczy wołające o pomstę do nieba. Wtedy nic nie piszę, a czasem milczę tygodniami.

Weźmy przykłady z ostatniego tygodnia, film „Nasze matki, nasi ojcowie”, gdzie plują Polakom w twarz a pomagierzy tutaj jeszcze przyklaskują. Albo facet w damskiej peruce demoralizuje przedszkolaków w Lublinie (do zobaczenia na stronie Fundacji Mamy i Taty). Czy ktoś jest w stanie teraz zakrzyknąć nie w Polsce, ale w świecie, że serial publicznej telewizji niemieckiej jest skandalem, tak jak zrobił to Sienkiewicz, gdy Prusacy germanizowali nas z całą bezwzględnością (pisałem na blogu o tym)? Nie, bo nie mamy teraz nikogo takiego jak Sienkiewicz, o takiej pozycji, tak popularnego i uczciwego.

A zatem: czy można oddawać się grze w scrabble w domowym zaciszu, gdy u bram barbarzyńcy sztyftują machinę oblężniczą? Czy można spokojnie czytać dzieciom o bohaterach w niedzielny poranek, gdy słychać już ryk krążącego nad osadą smoka? Czy można wtedy oddawać się - wydawać by się mogło - beztroskim rozważaniom o Sienkiewiczu albo Mickiewiczu? Albo o filmach z czasów wiktoriańskich? Niewątpliwie może to być trudne, bo emocje podpowiadają, by walnąć ręką w stół, zakląć „a niech to jasna cholera”. I niektórzy tak robią. I czują się wtedy lepiej, jakby wykonali bohaterski czyn. I co? Poskandują i wracają do domów w poczuciu dobrze wykonanego obywatelskiego obowiązku, by zasiąść nad ogórkową i zagryzając pajdą chleba, odpalić telewizor, gdzie właśnie emitują nowy serial. Czy ten cytowany okrzyk nie przypomina jednak słynnej frazy Felicjana Dulskiego, która nic nie zmienia, nie odwraca biegu spraw, a jest tylko wyrazem bezsilności i zagraniem dla świętego spokoju? Krzyknęliśmy, więc o co chodzi. Daliśmy wyraz oburzenia, wykonaliśmy, co do nas należy.

Otóż, można i trzeba zająć się Mickiewiczem, a wcześniej Stanisławem Staszicem, Stanisławem Konarskim a potem pozostałymi wieszczami, i tymi, którzy Polskę przygotowali. Niepodległość nie wybuchła, ot tak sobie, oto nadszedł koniec wojny, jesień i nagle Polska wyskakuje jak królik z kapelusza, jak filip z konopi. Odzyskanie niepodległości zostało przygotowane, kilkudziesięcioletnim, świadomym, planowanym, systematycznym wysiłkiem tysięcy ludzi. Takich jak np. Kazimierz Łazarowicz, na zewnątrz znany w Warszawie jako skromny, cichy i sumienny urzędnik Towarzystwa Kredytowego Miejskiego. Niektórzy tylko wiedzieli, że cały swój czas poza godzinami biurowymi poświęcał działalności oświatowej. I tak przez ponad dwadzieścia lat.

A zatem trzeba zająć się Mickiewiczem i innymi, nawet wbrew sobie, właśnie w poczuciu obowiązku. By szukać odpowiedzi, by szukać podpowiedzi, co robić? By budować, by odbudowywać. W świadomości, że nie wypadliśmy sroce spod ogona.

Trzeba też zająć się Chestertonem, który wyrobił sobie sąd o Polakach na podstawie opinii i zachowań ich nieprzyjaciół: „Odkryłem niezawodną niemal prawdę, że wrogowie Polaków byli wrogami wielkoduszności i męstwa. Gdy ktoś miłował niewolnictwo, gdy ktoś lubował się w lichwiarstwie, gdy ktoś kochał terroryzm i wydeptane błoto materialistycznej polityki, przekonywałem się prawie zawsze, że z uczuciami tymi łączyła się namiętna nienawiść do Polski”.

czwartek, 20 czerwca 2013

Sens

Czy jest sens szarpać się i po nocy wrzucać jakieś teksty na bloga, które nie wiadomo czy ktoś w ogóle czyta? Robię to po godzinach nie tylko w pracy, ale i po godzinach w domu, przecież nie będę kradł czasu, który winien jestem rodzinie. Każdy chce coś opowiedzieć (no, większość powiedzmy), niektórzy mają lekcje do sprawdzenia (kiedyś tęskniłem za czasem, kiedy wreszcie przypomnę sobie, co to jest gruczoł zielony u raka, wzory z chemii albo fajniejsze wiersze z polskiego; teraz uważam, że byłem nieskończenie naiwny i lekkomyślny w tych sądach) i zawsze jest coś do załatwienia, a to rachunek zapłacić, a to coś tam. No więc kradnę ten czas sobie. Napoleon w końcu spał tylko cztery godziny. Czy dlatego piszę rzadko, bo nie ma o czym? Przeciwnie, tematy kłębią się i rozsadzają czaszkę, a nowe wychylają się zza każdego węgła, czają się niemal na każdym kroku. Wydarzenie, spotkanie, sytuacja, człowiek z danego dnia łączy się z innymi, zachodzi reakcja chemiczna i wyskakuje mnóstwo dziwnych konkluzji. A tematy od dawna ułożone w głowie czekają niecierpliwie na swoją godzinę, ale co zrobić? Czy ktoś obiecywał, że będzie lekko?
Przeczytacie tu o spektaklu na Bemowie i zobaczycie zdjęcia, a w treści cytaty ze znajomego bloga. J. dzięki.
Przy okazji link to pokazu zdjęć pt. Bohaterowie XX wieku. Zwracam uwagę, że utwór wykonuje zespół Rzut Beretem z Wrocławia. Będę we Wrocławiu w przyszłym tygodniu, ale służbowo i z mocno napiętym programem.
Ucieszyły mnie również wiadomości od innych życzliwych czytelników-;)
P. prosił o zareklamowanie w ramach akcji „wakacje z bohaterem” Macieja Kalenkiewicza, wybitnego oficera AK, „hubalczyka”, cichociemnego, autora koncepcji akcji „Ostra Brama”. Niniejszym to czynię. Niestety nie wiem czy jest jakaś dobra książka o nim.
Mufinka – za Mickiewicza się zabiorę na poważnie w wakacje, nawet zastanawiałem się czy nie zrobić jakiejś rubryki pt. „książki, które chciałbym przeczytać i dlaczego, ale nie zrobię tego przed emeryturą”. W każdym razie intryguje mnie postać, o której jego adwersarz Krasiński zaraz po śmierci powiedział „My z niego wszyscy”, a wielu potem powtarzało (ze zrozumieniem). Szalenie mnie to intryguje, bardziej niż sterta gazet na biurku.
I. - przepraszam, zapowiadany tekst o nauczycielach, strasznie jest opóźniony, przydałoby się, fakt, przed końcem roku szkolnego. W uznaniu dla nauczycieli moich dzieci.
Ł. – zadzwonię i zapytam dystrybutora, kiedy będą płyty dvd, a przy okazji poinformuję, że nasza akcja wśród przyjaciół i znajomych dała grubo ponad tysiąc ludzi w kinie w ciągu dwóch tygodni.
M. proszę prześlij w komentarzu namiary na siebie, chętnie się odezwę stary druhu.
No, to tyle na dziś. Dziękuję i dobranoc. W moim wieku już człowiek zaczyna rozumieć, że „nie jest Napoleonem”.

niedziela, 16 czerwca 2013

Dziękuję Wam, harcerze Warszawy!

Za ten wieczór, pełen skupienia i radości, zaskakujący i bezpośredni. Skromne środki, wielka pomysłowość, trafny wybór tematów, wspaniała scenografia, wiele fantastycznych scen, zaangażowanie i powaga aktorów, świetna muzyka budująca nie tylko nastrój, ale będąca dodatkowym aktorem. Chrzest Polski, Jagiełło i Jadwiga, wielcy hetmani i kanclerze oraz Piotr Skarga, radość II Rzeczpospolitej i męczeństwo tysięcy Polaków po jej unicestwieniu. I wreszcie bohaterowie XX wieku patrzący nam w oczy. Każdy dźwigający życie jak zadanie, jak brzemię, odpowiedzialny za to, co zostało mu powierzone (honor, niepodległość, wiara, polskie złoto, drugi człowiek, złotówka).
 
Zwróciłeś uwagę na te twarze? Z każdej biła szlachetność, głębia, cel. Piękne twarze. Na wielu skupienie, jakaś hardość, ostre rysy i oczy. Oczy mówią wiele. Jak wielki kontrast z twarzami pochylonymi nad piwem w plastikowych kubkach, które mijaliśmy po drodze do amfiteatru. Rozrywki banalne, rozpaczliwe, ubogie zamykają na inny wspanialszy świat. Można patrzeć a nie widzieć.
 
Mam nadzieję, że wczoraj patrzyłeś i widziałeś. Już przeczuwasz, czym jest ta Polska, czym była i być powinna. Czy tak?
 
To przedstawienie było takie, jakie być powinno, naturalne, młodzieńcze, świeże. Każdy zrobił sobie strój, trochę się różniły, w każdym było widać inwencję autora, ale i jego charakter. Dopracowane w detalach zbroje z kartonu, ale i bardziej fantazyjne. Świetne pomysły jak tramwaj, świetne sceny z gwarem ulicznym, świetna epopeja husarii, bitwa pod Grunwaldem a wcześniej chrzest Mieszka. A jaka scenografia, namalowana i te zdejmowanie arkuszy papieru (nie wyrzucajcie, co). Gdy zdejmowała caryca Katarzyna, ciarki przechodziły po plecach. Wszystko po prostu ujmujące. Kazik grający scenę powrotu do żony, z prawdziwą żoną. Autentyczne teksty z Galla Anonima, przemowy hetmanów i „Król duch” Słowackiego. Niesamowite.
 
To była prawdziwa kultura, która przybliża prawdę, emanuje pięknem, pociąga do dobra. Przedstawienia czy małe formy ekspresji naszych zastępów, gromad, kręgów, przy ognisku, przygotowywane dwie godziny przed – to może być kultura pierwszej próby. To powinna być kultura wysokich lotów. A takiej możecie nie znaleźć teraz w profesjonalnym teatrze, więc róbmy ją sami. Człowiek potrzebuje obcować z kulturą, rozrywka to za mało, to nie wszystko.
 
Ekspresja to znak rozpoznawczy Skautów Europy. Technika, dobre chęci, trochę odwagi, przewodnie motywy historii Polski i bohaterowie, którzy stawali na wysokości zadania. I już!  
 
Życzę Wam harcerze całej Polski, byście dostarczyli sobie i innym podczas nadchodzących wakacji kultury wysokiej próby. Takiej, jaka zdarzyła się nam wczoraj w amfiteatrze na Bemowie. Choć pamiętajmy, nic nie zdarza się samo, a zatem serdeczne dzięki jeszcze raz dla kierownika i wszystkich zaangażowanych w to przedstawienie!

piątek, 14 czerwca 2013

Debata


Pyta mnie Michał jak było w kancelarii na Krakowskim. Co mam powiedzieć? Gospodarza nie było a my powinniśmy robić sześć tysięcy jak najszybciej. Czy wyrażam się tu jasno?

Bardzo podobało mi się wystąpienie Jakuba Wygnańskiego, podkreślał konieczną suwerenność między państwem a społeczeństwem obywatelskim, którego organizacje harcerskie są elementem. Zadaniem żadnego ruchu nie jest służba państwu, to państwo ma służyć ludziom. Zadaniem ludzi i ruchów jest służyć ojczyźnie i narodowi, a to nie to samo. Ktoś rzucił też hasło, aby coś uregulować bo nie jest uregulowane. Co to za powód? W jakim celu? „Cokolwiek robisz, rób dobrze i zawsze spoglądaj na cel” – pamiętam z podstawówki, wujek gugle podpowie Wam, jaki to filozof powiedział. Debata dotyczyła właśnie otoczenia prawnego, które ma tendencje do niepotrzebnego przeregulowania, które blokuje ludzką aktywność i utrudnia życie. A konkretnie życie drużynowego organizującego obóz w lesie. Prawo powinno pomagać żyć dobrze, nie odwrotnie. Apelowaliśmy zatem do decydentów, aby zmienić to co zmienić można i trzeba. Czy coś z tego wyjdzie? Nie wiem.

Pan Jakub cytował też kogoś, kto powiedział, że na odbudowę społeczeństwa po komunizmie potrzeba 60 lat. Myślę, że ten ktoś mógł mieć rację, gdyby faktycznie przez 60 lat świadomie odbudowywać, to co zostało zniszczone, wymazane, wyparte. Ja świadomych działań widzę niewiele i za mało, choć teraz może więcej niż pięć, dziesięć czy piętnaście lat temu. A zatem 60 to bardzo optymistycznie. My zostaliśmy zniszczeni, co do zwyczajów dnia codziennego, obyczajów, aspiracji, kultury, etosu pracy, nieprawdopodobnie (choć narzekano na poziom jw. i wcześniej). W Polsce na szczęście zniszczono społeczeństwo mniej niż w krajach ościennych (to m.in. zasługa mądrości Prymasa Tysiąclecia). Za nami stoi też potęga naszej kultury i historii. Nie chcę być gołosłowny więc jadę pierwszym z brzegu Mickiewiczem:

Naród polski czcił Boga, wiedząc, iż kto czci Boga, oddaje cześć wszystkiemu, co jest dobre.

Nigdy zaś królowie (polscy) i mężowie rycerscy nie zabierali ziem sąsiednich gwałtem, ale przyjmowali narody do braterstwa, wiążąc je z sobą dobrodziejstwem wiary i wolności. (…)

Historia Polski nie zna zbrodni królewskich, a cześć i miłość ku panującym, którzy szafowali wszelkiemi łaskami i nie mieli nawet potrzeby karać kogokolwiek, tkwiła głęboko w uczuciach ludu. Zygmunt Stary, kiedy posłowie zagraniczni dziwili się, widząc go chodzącego bez straży wśród tłumów pospólstwa, mawiał, że nie masz w całej Rzeczpospolitej ani jednego człowieka, na którego piersiach nie zasnąłby spokojnie”.

Rozumiecie już co to takiego ta Polska? Przeczytajcie jeszcze raz. A to tylko wierzchołek góry lodowej, pod wodą jest dużo, dużo więcej. Tak, dobrze się domyślacie, na warsztacie jest teraz Mickiewicz. Odkładam go sobie na wakacje, ale już zapowiadam, że jest bardzo mocny. Aktualny, bo mądrość się nie starzeje.

Tymczasem sprzedaję licencję na „Wakacje z bohaterem”. Bierzecie biografię Rotmistrza Pileckiego, Karoliny Lanckorońskiej, Marii Tarnowskiej, Władysława Andersa, Stanisława Maczka, Stanisława Sosabowskiego, Marii Sapieżyny (tu dziękuję za podpowiedź pani Ewie) lub kogoś innego z kilku setek wybitnych Polaków ostatniego wieku, czytacie i na wakacjach opowiadacie przy ognisku o tym, co Was ujęło w tej postaci. Odgrywacie z przyjaciółmi (lub z dziećmi, sam nie wiem, kto tu w ogóle zagląda na ten blog) scenkę, dwie, trzy, taką przez pryzmat, której można zrozumieć, kim był ten czy ów. I temperatura rośnie.

niedziela, 9 czerwca 2013

Płynny świat


Jadąc co dzień rano do pracy, słucham radia, najczęściej Wnet, ale jeśli tylko ktoś przynudza albo pojawia się mdła piosenka, zaczynam przerzucać stacje w poszukiwaniu gadających do rzeczy. To chyba głód słowa. I sensu. Ostatnio natykam się na audycję z autorem powieści o bardzo pokręconych ludzkich relacjach, o których sam opowiadał. Nawet nie chcę wymieniać, kto tam w kim się kochał, a kto kim rozczarował, a kto o kim myślał, kto od kogo odszedł a do kogo przyszedł, a ten z kolei z kimś innym był ale nie do końca. Dodam tylko, że wszystko to w przeróżnych konfiguracjach międzypłciowych. Autora cieszy to, że współczesny świat przestaje być światem stałych norm a staje się „światem płynnym”. „Cieszy mnie zmiana norm. Nowy świat jest sprawiedliwszy i uczciwszy”.

Czytam na drugi dzień o wynikach badań belgijskich uczonych z Uniwersytetu Leuven (kiedyś na nim studiowałem i miło to wspominam). Dzieci z rozbitych rodzin mają o wiele gorsze wyniki w nauce, co czwarte powtarza klasę, mają też o połowę mniejsze szanse na ukończenie szkoły średniej. Zdaniem uczonych tak wyraźne różnice wynikają m.in. ze stresu związanego z rozwodem, ograniczonego kontaktu z rodzicami i skromniejszego budżetu rozbitych rodzin. Nie tak trudno na to wpaść w sumie, choć skoro belgijska telewizja przyjęła raport naukowców ze zdziwieniem, to na pewno dobrze, że powstał. Każdy kto był uczestnikiem lub świadkiem rozstawania się małżonków (nikomu nie życzę) wie jak ogromnym, traumatycznym przeżyciem to jest dla dzieci, raną na całe życie, z którą trzeba sobie poradzić. Dziecko obwinia się, a może to przeze mnie? Ojciec nie pojawia się potem za często albo robi to w bardzo ograniczonych ramach. Czym to jest, wobec ojca, który codziennie z dzieckiem rozmawia, pomaga w lekcjach, jest blisko. Ojciec odchodzi też nie po to, aby potem przesyłać całą kasę dla dzieci. Przecież życie jeszcze raz mu się zaczyna, druga młodość wymaga nakładów.

Czytam też zasuszony w teczce artykuł z Rzeczpospolitej Filipa Memchesa, w którym ten cytuje amerykańskiego publicystę konserwatywnego Dinesha D'Souzę. W swojej książce „The Enemy at Home. The Cultural Left and Its Responsibility for 9/11" zadaje on pytania: „Jakim cudem nowa liberalna moralność zdołała podmyć fundamenty tradycyjnej rodziny? Dlaczego tradycyjna rodzina okazała się tak słaba?". I odpowiada: „Przy swoich licznych zaletach nie wszystkich zaspokajała. Mężczyźni o skłonnościach poligamicznych czuli się spętani zasadami monogamii. Kawalerowie, którzy nie mieli ochoty się żenić, czuli się zmarginalizowani, podobnie jak homoseksualiści". Dalej zaś D'Souza zauważa: „feminizm dlatego tak łatwo zwyciężył, ponieważ od początku cieszył się milczącym poparciem wielu mężczyzn. Wbrew przewidywaniom feministek patriarchat nie stawił poważnego oporu ruchowi wyzwolenia kobiet. Wielu mężczyzn zdało sobie sprawę, że feministki walczą o coś, czego mężczyźni zawsze chcieli, ale czego zabraniał im etos tradycyjnej rodziny. Realizacja celów ruchu kobiecego oznaczała dla mężczyzn, że będą mogli sypiać z wieloma kobietami, nie musząc się z nimi żenić ani ich utrzymywać. To było jeszcze lepsze niż poligamia nakładająca na męża obowiązek opieki nad wszystkimi żonami. W konsekwencji wielu mężczyzn – zwłaszcza bogatych i niewyżytych – z entuzjazmem poparło feministyczne hasło emancypacji". Okazuje się zatem, że rewolucja kulturowa, której elementem była realizacja postulatów ruchów feministycznych, zamiast poprawić sytuację kobiet, tak naprawdę ją pogorszyła. A bezwzględne reguły wolnego rynku przyczyniły się do tego, że wiele kobiet opuszczonych przez swoich mężów poszło do pracy z musu, a nie z chęci robienia kariery.....”

Płynny świat. Świat bez stałych norm? No nie wiem gdzie tu sprawiedliwość i uczciwość.