poniedziałek, 15 lipca 2013

Tolkiena kłótnia z Mickiewiczem o podstawy szczęścia małżeńskiego

Wreszcie wakacje. Nie dla wszystkich, ale nie narzekam-;) Przyjemnie skoczyć na lunch do Restro i zawsze spotkać jakiegoś znajomego mecenasa z poprzednich kancelarii. Atmosfera w tym Restro jak w Paryżu (i widzicie, tak to jest z Polakami, wszystko im wyrwali i ciągle gdzieś i do czegoś muszą aspirować). Po pracy ostatnie spotkanie na Placu Zbawiciela, który obrodził mnóstwem kafejek. Ludzie oblepiają krzesła, stołki i leżaki, dziewczyny wykrojone jak z żurnala, faceci sfruwający z biur w białych koszulach i sześćdziesięcioletni hipsterzy sączący coś zielonego przez słomkę. Tych legendarnych, co to wykuwają teraz nową frondę nie widziałem, ale to nie był wtorek. W samochodzie słucham Jacka Kaczmarskiego, takie greatest hits. Całkiem niezły ten Kaczmarski, zaiste wielkim bardem był bez dwóch zdań. Jeszcze nam jakiś wieczór kulturalny z tego wyjdzie kiedyś.
W jeden z tych wakacyjnych dni wbiegam do kuchni w pracy po kawę, a tu impreza. Kolega się ożenił, świętujemy. Zespół stoi, sączy z kubków, winszuje. Winszuję i ja. Jest czego, warto się ucieszyć z czyjegoś szczęścia, czyż nie?
To mnie zmobilizowało do poszukania fragmentu listu Tolkiena do syna, który ktoś kiedyś wrzucił wiadomo gdzie w sieci. Może nie byłem wystarczająco zdeterminowany, ale nie znalazłem. Za to kupiłem sobie na taniej książce te Listy i bez problemu od razu odnalazłem to, czego szukałem. O fragment poniżej właśnie mi chodziło:
„Prawie wszystkie małżeństwa, nawet te szczęśliwe, są błędami: w tym sensie, że prawie na pewno (w doskonalszym świecie lub przy nieco większej ostrożności na tym, bardzo niedoskonałym) oboje partnerzy mogliby sobie znaleźć odpowiedniejszego towarzysza. Lecz „prawdziwa bratnia dusza” to ta, za którą się wyszło. My prawie nie dokonujemy wyboru: robi to życie i okoliczności (chociaż jeśli istnieje Bóg, muszą to być jego instrumenty lub pozory). (…) Jedynie w niezwykle rzadkich szczęśliwych przypadkach łączą się ze sobą mężczyzna i kobieta, którzy naprawdę są sobie jakby przeznaczeni i zdolni do wielkiej, wspaniałej miłości. Ta możliwość wciąż nas oszałamia, chwyta za gardło: powstało na ten temat mnóstwo wierszy i opowieści, prawdopodobnie więcej niż istniało takich miłości w prawdziwym życiu (a jednak najwspanialsze z tych opowieści nie mówią o szczęśliwym małżeństwie wielkich kochanków, lecz o ich tragicznym rozdzieleniu; jakby nawet w tej sferze to, co prawdziwie wielkie i wspaniałe w tym upadłym świecie, było bardziej osiągalne przez zawód i cierpienie). W takiej wielkiej, nieuniknionej miłości, często miłości od pierwszego wejrzenia, doznajemy chyba wizji małżeństwa, jakim powinno ono być w nieupadłym świecie. W tym upadłym świecie naszymi jedynymi przewodnikami są rozwaga, mądrość (rzadka w młodości, zbyt późna w starości), czyste serce i wierność woli (…)”.
Wiem, że nie lubicie przydługich cytatów, ale skoro już znalazłem-;) Tak właśnie uważam, że Tolkien może mieć rację. Szukasz kochany księżniczki a ty dziewczyno księcia na białym koniu, zaglądasz do wszystkich lokali w śródmieściu a tu ani dudu. Nie mówię, żeby brać pierwszego, który się nawinie, zagryźć wargi, przełknąć ślinę, przed ołtarz i jakoś to będzie. Jednak z drugiej strony czy nie za dużo tych wyidealizowanych oczekiwań, poszukiwania osoby z jakimiś wymyślonymi atrybutami i cechami osobniczymi. Za nami wszystkimi wleką się gdzieś te wszystkie filmidła, te romantyczne, nierealne historie. Jak gdyby jedyną podstawą sukcesu było tylko i właśnie to: znalezienie odpowiedniej osoby. I koniec historii, dalej idylla, żyli długo i szczęśliwie. Otóż nie, tak nie jest. Miłość (podobnie jak życie samo) jest zadaniem. Jeśli wierzymy w człowieka, w to, że może wciąż iść do przodu, doskonalić się, zmieniać, stawać się coraz lepszą wersją samego siebie - to nie możemy wszystkiego zwalać na miłość rozumianą jako uczucie. Chyba człowiek coś może, czy tak? Ma rozum, wolę, może swoją miłość ożywiać, może rozwijać, budować, może starać się ją wzbudzić wreszcie, bo i tak może się zdarzyć. Drażni mnie już ten nachalny przekaz, że człowiek jest niewolnikiem swoich uczuć, zakochał się, odkochał się. Zakochał się, dobrze – żeni się, odkochał się – rozwodzi się. Miłość dziś jest, jutro już jej nie ma.
Oczywiście Tolkienowi odpowie Mickiewicz, że „W wiekach średnich kobieta w swojej sypialni modliła się za tę samą sprawę, za jaką mąż walczył na polu bitwy, i była pewna, że tem pomaga mężowi. Byli więc potrzebni jedno drugiemu; zmierzając do jednego celu, służąc jednej sprawie, czuli się w spółce duchowej.” Jedność małżonków duchowa, co do pragnień i celów, odczuć i ocen jest niewątpliwie czymś wspaniałym. Ale to nie pojawia się ot tak. To się buduje. Przed ślubem i po ślubie. Nie wypada w imię wydumanego ideału zbyt długo zwlekać z podstawowym zadaniem człowieka: założyć rodzinę, wychować dzieci.
A zatem panowie i panie studenci, rozejrzyjcie się podczas wakacji. Nie każdy musi jechać do dalekiego Torunia na studia podyplomowe, by znaleźć wybrankę.
I jakby tego było mało, kilka dni temu odebrałem telefon. Od M., starego druha z mojej drużyny. Lata się nie widzieliśmy, właśnie się ożenił. No, miły był ten telefon. Warto było trudzić się na tym wtedy końcu świata, pod wiatr i pod prąd. A w piątek Św. Brunona z Kwerfurtu. Historia z obraniem Brunona za patrona drużyny obrosła już legendą i faktycznie nie ma tu przesady. Pozdrawiam szczególnie wszystkich brunoniaków.

niedziela, 30 czerwca 2013

Bauman syn Adama

Trwa festiwal prof. majora Baumana w mediach wywołany przypomnieniem jego przeszłości oficera Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jednostki, przypomnijmy, której głównym celem było zwalczanie polskiego podziemia niepodległościowego i zaprowadzanie sowieckich porządków na polskiej ziemi (bo prawdziwej Polski już nie było).
Zwrócę tu uwagę tylko na jedną, wydaje mi się, interesującą rzecz. Bauman jest guru środowisk lewicowych, w większości swoich licznych książek odmienia przez przypadki taką oto zasadniczą myśl: wszystko jest płynne, ewoluuje; normy, zasady, reguły nie są stałe; nie ma jasnych granic, pojęcia takie jak dobro – zło, prawda – kłamstwo są w zupełności względne. Już nic nie wiadomo, jest chaos ale ładnie, uczenie i modnie się nazywa: ponowoczesność, płynna nowoczesność, czy też moralność ponowoczesna.
Zwracałem już uwagę na tym blogu na wpływ biografii na dzieła, koncepcje i myślenie m.in. na przykładzie Sienkiewicza. W Polsce biografistyka w tej chwili, oprócz kilku chlubnych wyjątków, jest w opłakanym stanie. Szkoda. Czytanie biografii jest niezwykle pouczające. Rodzi się bowiem pytanie: jak bardzo służba w KBW wpłynęła na stworzenie socjologiczno-filozoficznej koncepcji rozmywającej wszystko, którą Bauman w sposób bardzo zręczny rozwija na różne sposoby w swoich książkach? Jak inaczej usensownić swoją biografię, jak intelektualnie wyjść z twarzą dla samego siebie? Często - konceptualizując, tworząc misterną, wielopiętrową konstrukcję intelektualną uwodzącą samego siebie.
I nie chodzi tu nawet o Baumana. Nie słyszeliście gadek, o tym, że dzieci będą szczęśliwsze, kiedy rodzice wreszcie się rozwiodą, bo źle jest trwać w fałszu, kiedy uczucie wygasło… Chodzi zatem o każdego z nas, "syna Adama" żyjącego w tym, jak mawiał Tolkien, upadłym świecie.

piątek, 28 czerwca 2013

Nauczyciel-Mistrz


Rok szkolny kończy się, najwyższy czas na obiecany post o nauczycielach. To jeden z najważniejszych i najpiękniejszych zawodów, a w Polsce jeden z najbardziej zdeprecjonowanych i niedocenionych. Nauczyciel, nie dość, że mu mało płacą, to musi trudzić się z nieswoimi dziećmi, które są często rozkrzyczane a on nawet nie może ich wyrzucić za drzwi, by nie podniosło się larum rodziców. „Obyś cudze dzieci uczył” – mawiano. Nie zazdroszczę, ciężki chleb. Tym bardziej winniśmy wdzięczność dobrym nauczycielom, naszym nauczycielom i nauczycielom naszych dzieci! Drodzy nauczyciele, dziś mówimy Wam wielkie dziękujemy!
Ja wspominam wielu swoich z rozrzewnieniem. Pani Tukalska od polskiego w podstawówce na zawsze wbiła nam w głowy, że najpierw jest imię a potem nazwisko. Do dziś drażni mnie jak jakiś naganiacz nagrywa mi się na komórkę „Tu Andrzejkowski Jan”. Z kolei dzięki profesorowi Wasilewskiemu z liceum przeczytałem dokładnie wszystkie lektury z wyjątkiem „Miłosierdzia gminy” Konopnickiej (bo byłem wtedy chory). Pani Poleszczuk agitowała za moją kandydaturą na prezydenta szkoły, a wielu innym zależało po prostu na tym, aby coś tam zostało w tych pustych głowach.
Nie wszyscy nauczyciele wiedzą, jak potężną rolę mogą odegrać. Relacja mistrz – uczeń to jedno z najbardziej fascynujących doświadczeń. Mistrzowi powinno zależeć na uczniu, widzi w nim potencjał, diament, który należy oszlifować; powinien chcieć wykrzesać ukryte możliwości, zainspirować i tchnąć entuzjazm w zdobywanie wiedzy i pokonywanie samego siebie. Uczeń, który rozumie i czuje, że odnosi sukcesy, pokonując samego siebie, swoje lenistwo, ociężałość i wygodnictwo, idzie do przodu i zadziwia sam siebie i ludzi wokół. Mistrzowi zależy na uczniu, ekscytuje się jego sukcesami jak własnymi. Mistrz miewa słabość do swoich najlepszych uczniów, jest im w stanie wiele wybaczyć w zamian za to, że nie odzierają go z resztki złudzeń, że to co robi ma sens, że nie jest rzucaniem grochu o ścianę. Aby chcieć wysilać się w swojej pracy, trzeba widzieć chociaż jedne oczy słuchające ze zrozumieniem lub co najmniej życzliwością.
Problemem naszych szkół jest jednak jeszcze coś innego. To, o czym pisał Mickiewicz (tak, ten sam, co do którego uparłem się, że ma się kurzyć do wakacji na szafce nocnej). „Nie uczy się ludzi, jak być ludźmi, a uczy się ich wszystkiego innego; im zaś nigdy tyle nie zależy na reszcie, co na tym, aby być ludźmi. Zależy im wyłącznie na umiejętności jedynej rzeczy, której się nie uczą”. „Jak żyć?” – jedno z najważniejszych pytań, zaraz po pytaniu: „Po co żyć?” Tak, tak, wszyscy szukają sensu, a nawet, nie bójmy się tego słowa - mądrości. Nauczyć fachu, przekazać wiedzę – ważna sprawa, udostępniać mądrość – jeszcze ważniejsza.
Miałem i mam wielu mistrzów w różnych dziedzinach. Wielu w pracy, od których uczyłem się jak uprawiać zawód. Cały czas się uczę. Wspomnę tu o jeszcze kilku innych. Maurice Ollier – mentor, uczył nas czym są a czym nie są Skauci Europy. Pamiętam jak jednego razu podczas Eurojamu w Viterbo zapytał, czy nie chcielibyśmy zobaczyć jak wychowują się kobiety z charakterem. Poderwaliśmy się na równe nogi, by skorzystać z tego uśmiechu losu i zobaczyć obóz francuskich przewodniczek. A potem napięcie tylko rosło. Licznym rozmowom z Maurice’m dużo zawdzięczamy.
Rafael Pich – wykładowca MBA w IESE i twórca kursów dla rodziców w Akademii Familijnej. Piętnował „babiloński styl nauczania”, przekonany, że najwięcej rodzicom pomogą inni rodzice dzieląc się swoim doświadczeniem, a nie facet z doktoratem oderwany od biurka.
Na temat innowacyjności słuchałem absolutnie genialnych prezentacji, przewietrzających czaszkę, poszerzających horyzonty. Jednak największą lekcją, jaką w tym względzie kiedykolwiek otrzymałem była rozwinięta na zaskakujących przykładach przez śp. Mecenasa dewiza działania „bez konserwatywnej trwogi”.
Mógłbym jeszcze długo, ale nie będę tu się więcej rozwodził i udawał, że zajmuję się na co dzień podobnymi rozmyślaniami a nie czytaniem przepisów i pisaniem umów. Zakończmy reklamą dwóch filmów, które polecić można nie tylko nauczycielom ale i wszystkim kandydatom na „mistrzów” (np. akelom, drużynowym, i wszystkim wychowawcom na letnich obozach).
 
Pierwszy to „Człowiek bez twarzy” z Melem Gibsonem jako oszpeconym w wypadku nauczycielem, który pomaga dwunastolatkowi w zdaniu egzaminu.
Drugi to „Klub imperatora” z Kevinem Kline’m grającym nauczyciela, który chce uczniom przekazać nie tylko wiedzę ale i zasady. Film bez taniego happy endu.

niedziela, 23 czerwca 2013

Wiwisekcja z ogórkową i pajdą chleba w tle


Zauważyliście, że tu obok po prawej stronie pojawiła się taka mini ankieta, w której można zagłosować nt. jakiej tematyki na blogu mogłoby być więcej? W ramach małej wiwisekcji tego bloga rozpoczętej poprzednim postem, teraz ją kontynuując, chciałbym zatrzymać się na jej wynikach. Otóż wynika z ankiety, że biorący w niej udział oczekiwaliby przede wszystkim tematyki związanej z rozwojem osobistym, książkami, filmami i tym, jak żyć, ale jeszcze bardziej o sytuacji społeczno-politycznej. Czy mogłoby takich postów być więcej? Pewnie. Myślicie, że mnie to nie interesuje? Przeciwnie, interesuje i to bardzo, a nawet budzi emocje. Dlaczego zatem tematyki takiej jest tu jakby mało. Bo te emocje są w dużej mierze gwałtowne, negatywne, a ja zaplanowałem ten blog jako źródło pozytywnego materiału, być może inspiracji dla kogoś, aby na coś spojrzeć z innej strony, a nie dawania upustu frustracji, manifestowania bezsilności i świętego oburzenia czy pojękiwania w bezradności. Ciężko czasami wytrzymać, ciężko się powstrzymać, jak człowiek zastanawia się jak jest a jak mogłoby być, czy gdy dzieją się rzeczy wołające o pomstę do nieba. Wtedy nic nie piszę, a czasem milczę tygodniami.

Weźmy przykłady z ostatniego tygodnia, film „Nasze matki, nasi ojcowie”, gdzie plują Polakom w twarz a pomagierzy tutaj jeszcze przyklaskują. Albo facet w damskiej peruce demoralizuje przedszkolaków w Lublinie (do zobaczenia na stronie Fundacji Mamy i Taty). Czy ktoś jest w stanie teraz zakrzyknąć nie w Polsce, ale w świecie, że serial publicznej telewizji niemieckiej jest skandalem, tak jak zrobił to Sienkiewicz, gdy Prusacy germanizowali nas z całą bezwzględnością (pisałem na blogu o tym)? Nie, bo nie mamy teraz nikogo takiego jak Sienkiewicz, o takiej pozycji, tak popularnego i uczciwego.

A zatem: czy można oddawać się grze w scrabble w domowym zaciszu, gdy u bram barbarzyńcy sztyftują machinę oblężniczą? Czy można spokojnie czytać dzieciom o bohaterach w niedzielny poranek, gdy słychać już ryk krążącego nad osadą smoka? Czy można wtedy oddawać się - wydawać by się mogło - beztroskim rozważaniom o Sienkiewiczu albo Mickiewiczu? Albo o filmach z czasów wiktoriańskich? Niewątpliwie może to być trudne, bo emocje podpowiadają, by walnąć ręką w stół, zakląć „a niech to jasna cholera”. I niektórzy tak robią. I czują się wtedy lepiej, jakby wykonali bohaterski czyn. I co? Poskandują i wracają do domów w poczuciu dobrze wykonanego obywatelskiego obowiązku, by zasiąść nad ogórkową i zagryzając pajdą chleba, odpalić telewizor, gdzie właśnie emitują nowy serial. Czy ten cytowany okrzyk nie przypomina jednak słynnej frazy Felicjana Dulskiego, która nic nie zmienia, nie odwraca biegu spraw, a jest tylko wyrazem bezsilności i zagraniem dla świętego spokoju? Krzyknęliśmy, więc o co chodzi. Daliśmy wyraz oburzenia, wykonaliśmy, co do nas należy.

Otóż, można i trzeba zająć się Mickiewiczem, a wcześniej Stanisławem Staszicem, Stanisławem Konarskim a potem pozostałymi wieszczami, i tymi, którzy Polskę przygotowali. Niepodległość nie wybuchła, ot tak sobie, oto nadszedł koniec wojny, jesień i nagle Polska wyskakuje jak królik z kapelusza, jak filip z konopi. Odzyskanie niepodległości zostało przygotowane, kilkudziesięcioletnim, świadomym, planowanym, systematycznym wysiłkiem tysięcy ludzi. Takich jak np. Kazimierz Łazarowicz, na zewnątrz znany w Warszawie jako skromny, cichy i sumienny urzędnik Towarzystwa Kredytowego Miejskiego. Niektórzy tylko wiedzieli, że cały swój czas poza godzinami biurowymi poświęcał działalności oświatowej. I tak przez ponad dwadzieścia lat.

A zatem trzeba zająć się Mickiewiczem i innymi, nawet wbrew sobie, właśnie w poczuciu obowiązku. By szukać odpowiedzi, by szukać podpowiedzi, co robić? By budować, by odbudowywać. W świadomości, że nie wypadliśmy sroce spod ogona.

Trzeba też zająć się Chestertonem, który wyrobił sobie sąd o Polakach na podstawie opinii i zachowań ich nieprzyjaciół: „Odkryłem niezawodną niemal prawdę, że wrogowie Polaków byli wrogami wielkoduszności i męstwa. Gdy ktoś miłował niewolnictwo, gdy ktoś lubował się w lichwiarstwie, gdy ktoś kochał terroryzm i wydeptane błoto materialistycznej polityki, przekonywałem się prawie zawsze, że z uczuciami tymi łączyła się namiętna nienawiść do Polski”.

czwartek, 20 czerwca 2013

Sens

Czy jest sens szarpać się i po nocy wrzucać jakieś teksty na bloga, które nie wiadomo czy ktoś w ogóle czyta? Robię to po godzinach nie tylko w pracy, ale i po godzinach w domu, przecież nie będę kradł czasu, który winien jestem rodzinie. Każdy chce coś opowiedzieć (no, większość powiedzmy), niektórzy mają lekcje do sprawdzenia (kiedyś tęskniłem za czasem, kiedy wreszcie przypomnę sobie, co to jest gruczoł zielony u raka, wzory z chemii albo fajniejsze wiersze z polskiego; teraz uważam, że byłem nieskończenie naiwny i lekkomyślny w tych sądach) i zawsze jest coś do załatwienia, a to rachunek zapłacić, a to coś tam. No więc kradnę ten czas sobie. Napoleon w końcu spał tylko cztery godziny. Czy dlatego piszę rzadko, bo nie ma o czym? Przeciwnie, tematy kłębią się i rozsadzają czaszkę, a nowe wychylają się zza każdego węgła, czają się niemal na każdym kroku. Wydarzenie, spotkanie, sytuacja, człowiek z danego dnia łączy się z innymi, zachodzi reakcja chemiczna i wyskakuje mnóstwo dziwnych konkluzji. A tematy od dawna ułożone w głowie czekają niecierpliwie na swoją godzinę, ale co zrobić? Czy ktoś obiecywał, że będzie lekko?
Przeczytacie tu o spektaklu na Bemowie i zobaczycie zdjęcia, a w treści cytaty ze znajomego bloga. J. dzięki.
Przy okazji link to pokazu zdjęć pt. Bohaterowie XX wieku. Zwracam uwagę, że utwór wykonuje zespół Rzut Beretem z Wrocławia. Będę we Wrocławiu w przyszłym tygodniu, ale służbowo i z mocno napiętym programem.
Ucieszyły mnie również wiadomości od innych życzliwych czytelników-;)
P. prosił o zareklamowanie w ramach akcji „wakacje z bohaterem” Macieja Kalenkiewicza, wybitnego oficera AK, „hubalczyka”, cichociemnego, autora koncepcji akcji „Ostra Brama”. Niniejszym to czynię. Niestety nie wiem czy jest jakaś dobra książka o nim.
Mufinka – za Mickiewicza się zabiorę na poważnie w wakacje, nawet zastanawiałem się czy nie zrobić jakiejś rubryki pt. „książki, które chciałbym przeczytać i dlaczego, ale nie zrobię tego przed emeryturą”. W każdym razie intryguje mnie postać, o której jego adwersarz Krasiński zaraz po śmierci powiedział „My z niego wszyscy”, a wielu potem powtarzało (ze zrozumieniem). Szalenie mnie to intryguje, bardziej niż sterta gazet na biurku.
I. - przepraszam, zapowiadany tekst o nauczycielach, strasznie jest opóźniony, przydałoby się, fakt, przed końcem roku szkolnego. W uznaniu dla nauczycieli moich dzieci.
Ł. – zadzwonię i zapytam dystrybutora, kiedy będą płyty dvd, a przy okazji poinformuję, że nasza akcja wśród przyjaciół i znajomych dała grubo ponad tysiąc ludzi w kinie w ciągu dwóch tygodni.
M. proszę prześlij w komentarzu namiary na siebie, chętnie się odezwę stary druhu.
No, to tyle na dziś. Dziękuję i dobranoc. W moim wieku już człowiek zaczyna rozumieć, że „nie jest Napoleonem”.

niedziela, 16 czerwca 2013

Dziękuję Wam, harcerze Warszawy!

Za ten wieczór, pełen skupienia i radości, zaskakujący i bezpośredni. Skromne środki, wielka pomysłowość, trafny wybór tematów, wspaniała scenografia, wiele fantastycznych scen, zaangażowanie i powaga aktorów, świetna muzyka budująca nie tylko nastrój, ale będąca dodatkowym aktorem. Chrzest Polski, Jagiełło i Jadwiga, wielcy hetmani i kanclerze oraz Piotr Skarga, radość II Rzeczpospolitej i męczeństwo tysięcy Polaków po jej unicestwieniu. I wreszcie bohaterowie XX wieku patrzący nam w oczy. Każdy dźwigający życie jak zadanie, jak brzemię, odpowiedzialny za to, co zostało mu powierzone (honor, niepodległość, wiara, polskie złoto, drugi człowiek, złotówka).
 
Zwróciłeś uwagę na te twarze? Z każdej biła szlachetność, głębia, cel. Piękne twarze. Na wielu skupienie, jakaś hardość, ostre rysy i oczy. Oczy mówią wiele. Jak wielki kontrast z twarzami pochylonymi nad piwem w plastikowych kubkach, które mijaliśmy po drodze do amfiteatru. Rozrywki banalne, rozpaczliwe, ubogie zamykają na inny wspanialszy świat. Można patrzeć a nie widzieć.
 
Mam nadzieję, że wczoraj patrzyłeś i widziałeś. Już przeczuwasz, czym jest ta Polska, czym była i być powinna. Czy tak?
 
To przedstawienie było takie, jakie być powinno, naturalne, młodzieńcze, świeże. Każdy zrobił sobie strój, trochę się różniły, w każdym było widać inwencję autora, ale i jego charakter. Dopracowane w detalach zbroje z kartonu, ale i bardziej fantazyjne. Świetne pomysły jak tramwaj, świetne sceny z gwarem ulicznym, świetna epopeja husarii, bitwa pod Grunwaldem a wcześniej chrzest Mieszka. A jaka scenografia, namalowana i te zdejmowanie arkuszy papieru (nie wyrzucajcie, co). Gdy zdejmowała caryca Katarzyna, ciarki przechodziły po plecach. Wszystko po prostu ujmujące. Kazik grający scenę powrotu do żony, z prawdziwą żoną. Autentyczne teksty z Galla Anonima, przemowy hetmanów i „Król duch” Słowackiego. Niesamowite.
 
To była prawdziwa kultura, która przybliża prawdę, emanuje pięknem, pociąga do dobra. Przedstawienia czy małe formy ekspresji naszych zastępów, gromad, kręgów, przy ognisku, przygotowywane dwie godziny przed – to może być kultura pierwszej próby. To powinna być kultura wysokich lotów. A takiej możecie nie znaleźć teraz w profesjonalnym teatrze, więc róbmy ją sami. Człowiek potrzebuje obcować z kulturą, rozrywka to za mało, to nie wszystko.
 
Ekspresja to znak rozpoznawczy Skautów Europy. Technika, dobre chęci, trochę odwagi, przewodnie motywy historii Polski i bohaterowie, którzy stawali na wysokości zadania. I już!  
 
Życzę Wam harcerze całej Polski, byście dostarczyli sobie i innym podczas nadchodzących wakacji kultury wysokiej próby. Takiej, jaka zdarzyła się nam wczoraj w amfiteatrze na Bemowie. Choć pamiętajmy, nic nie zdarza się samo, a zatem serdeczne dzięki jeszcze raz dla kierownika i wszystkich zaangażowanych w to przedstawienie!

piątek, 14 czerwca 2013

Debata


Pyta mnie Michał jak było w kancelarii na Krakowskim. Co mam powiedzieć? Gospodarza nie było a my powinniśmy robić sześć tysięcy jak najszybciej. Czy wyrażam się tu jasno?

Bardzo podobało mi się wystąpienie Jakuba Wygnańskiego, podkreślał konieczną suwerenność między państwem a społeczeństwem obywatelskim, którego organizacje harcerskie są elementem. Zadaniem żadnego ruchu nie jest służba państwu, to państwo ma służyć ludziom. Zadaniem ludzi i ruchów jest służyć ojczyźnie i narodowi, a to nie to samo. Ktoś rzucił też hasło, aby coś uregulować bo nie jest uregulowane. Co to za powód? W jakim celu? „Cokolwiek robisz, rób dobrze i zawsze spoglądaj na cel” – pamiętam z podstawówki, wujek gugle podpowie Wam, jaki to filozof powiedział. Debata dotyczyła właśnie otoczenia prawnego, które ma tendencje do niepotrzebnego przeregulowania, które blokuje ludzką aktywność i utrudnia życie. A konkretnie życie drużynowego organizującego obóz w lesie. Prawo powinno pomagać żyć dobrze, nie odwrotnie. Apelowaliśmy zatem do decydentów, aby zmienić to co zmienić można i trzeba. Czy coś z tego wyjdzie? Nie wiem.

Pan Jakub cytował też kogoś, kto powiedział, że na odbudowę społeczeństwa po komunizmie potrzeba 60 lat. Myślę, że ten ktoś mógł mieć rację, gdyby faktycznie przez 60 lat świadomie odbudowywać, to co zostało zniszczone, wymazane, wyparte. Ja świadomych działań widzę niewiele i za mało, choć teraz może więcej niż pięć, dziesięć czy piętnaście lat temu. A zatem 60 to bardzo optymistycznie. My zostaliśmy zniszczeni, co do zwyczajów dnia codziennego, obyczajów, aspiracji, kultury, etosu pracy, nieprawdopodobnie (choć narzekano na poziom jw. i wcześniej). W Polsce na szczęście zniszczono społeczeństwo mniej niż w krajach ościennych (to m.in. zasługa mądrości Prymasa Tysiąclecia). Za nami stoi też potęga naszej kultury i historii. Nie chcę być gołosłowny więc jadę pierwszym z brzegu Mickiewiczem:

Naród polski czcił Boga, wiedząc, iż kto czci Boga, oddaje cześć wszystkiemu, co jest dobre.

Nigdy zaś królowie (polscy) i mężowie rycerscy nie zabierali ziem sąsiednich gwałtem, ale przyjmowali narody do braterstwa, wiążąc je z sobą dobrodziejstwem wiary i wolności. (…)

Historia Polski nie zna zbrodni królewskich, a cześć i miłość ku panującym, którzy szafowali wszelkiemi łaskami i nie mieli nawet potrzeby karać kogokolwiek, tkwiła głęboko w uczuciach ludu. Zygmunt Stary, kiedy posłowie zagraniczni dziwili się, widząc go chodzącego bez straży wśród tłumów pospólstwa, mawiał, że nie masz w całej Rzeczpospolitej ani jednego człowieka, na którego piersiach nie zasnąłby spokojnie”.

Rozumiecie już co to takiego ta Polska? Przeczytajcie jeszcze raz. A to tylko wierzchołek góry lodowej, pod wodą jest dużo, dużo więcej. Tak, dobrze się domyślacie, na warsztacie jest teraz Mickiewicz. Odkładam go sobie na wakacje, ale już zapowiadam, że jest bardzo mocny. Aktualny, bo mądrość się nie starzeje.

Tymczasem sprzedaję licencję na „Wakacje z bohaterem”. Bierzecie biografię Rotmistrza Pileckiego, Karoliny Lanckorońskiej, Marii Tarnowskiej, Władysława Andersa, Stanisława Maczka, Stanisława Sosabowskiego, Marii Sapieżyny (tu dziękuję za podpowiedź pani Ewie) lub kogoś innego z kilku setek wybitnych Polaków ostatniego wieku, czytacie i na wakacjach opowiadacie przy ognisku o tym, co Was ujęło w tej postaci. Odgrywacie z przyjaciółmi (lub z dziećmi, sam nie wiem, kto tu w ogóle zagląda na ten blog) scenkę, dwie, trzy, taką przez pryzmat, której można zrozumieć, kim był ten czy ów. I temperatura rośnie.

niedziela, 9 czerwca 2013

Płynny świat


Jadąc co dzień rano do pracy, słucham radia, najczęściej Wnet, ale jeśli tylko ktoś przynudza albo pojawia się mdła piosenka, zaczynam przerzucać stacje w poszukiwaniu gadających do rzeczy. To chyba głód słowa. I sensu. Ostatnio natykam się na audycję z autorem powieści o bardzo pokręconych ludzkich relacjach, o których sam opowiadał. Nawet nie chcę wymieniać, kto tam w kim się kochał, a kto kim rozczarował, a kto o kim myślał, kto od kogo odszedł a do kogo przyszedł, a ten z kolei z kimś innym był ale nie do końca. Dodam tylko, że wszystko to w przeróżnych konfiguracjach międzypłciowych. Autora cieszy to, że współczesny świat przestaje być światem stałych norm a staje się „światem płynnym”. „Cieszy mnie zmiana norm. Nowy świat jest sprawiedliwszy i uczciwszy”.

Czytam na drugi dzień o wynikach badań belgijskich uczonych z Uniwersytetu Leuven (kiedyś na nim studiowałem i miło to wspominam). Dzieci z rozbitych rodzin mają o wiele gorsze wyniki w nauce, co czwarte powtarza klasę, mają też o połowę mniejsze szanse na ukończenie szkoły średniej. Zdaniem uczonych tak wyraźne różnice wynikają m.in. ze stresu związanego z rozwodem, ograniczonego kontaktu z rodzicami i skromniejszego budżetu rozbitych rodzin. Nie tak trudno na to wpaść w sumie, choć skoro belgijska telewizja przyjęła raport naukowców ze zdziwieniem, to na pewno dobrze, że powstał. Każdy kto był uczestnikiem lub świadkiem rozstawania się małżonków (nikomu nie życzę) wie jak ogromnym, traumatycznym przeżyciem to jest dla dzieci, raną na całe życie, z którą trzeba sobie poradzić. Dziecko obwinia się, a może to przeze mnie? Ojciec nie pojawia się potem za często albo robi to w bardzo ograniczonych ramach. Czym to jest, wobec ojca, który codziennie z dzieckiem rozmawia, pomaga w lekcjach, jest blisko. Ojciec odchodzi też nie po to, aby potem przesyłać całą kasę dla dzieci. Przecież życie jeszcze raz mu się zaczyna, druga młodość wymaga nakładów.

Czytam też zasuszony w teczce artykuł z Rzeczpospolitej Filipa Memchesa, w którym ten cytuje amerykańskiego publicystę konserwatywnego Dinesha D'Souzę. W swojej książce „The Enemy at Home. The Cultural Left and Its Responsibility for 9/11" zadaje on pytania: „Jakim cudem nowa liberalna moralność zdołała podmyć fundamenty tradycyjnej rodziny? Dlaczego tradycyjna rodzina okazała się tak słaba?". I odpowiada: „Przy swoich licznych zaletach nie wszystkich zaspokajała. Mężczyźni o skłonnościach poligamicznych czuli się spętani zasadami monogamii. Kawalerowie, którzy nie mieli ochoty się żenić, czuli się zmarginalizowani, podobnie jak homoseksualiści". Dalej zaś D'Souza zauważa: „feminizm dlatego tak łatwo zwyciężył, ponieważ od początku cieszył się milczącym poparciem wielu mężczyzn. Wbrew przewidywaniom feministek patriarchat nie stawił poważnego oporu ruchowi wyzwolenia kobiet. Wielu mężczyzn zdało sobie sprawę, że feministki walczą o coś, czego mężczyźni zawsze chcieli, ale czego zabraniał im etos tradycyjnej rodziny. Realizacja celów ruchu kobiecego oznaczała dla mężczyzn, że będą mogli sypiać z wieloma kobietami, nie musząc się z nimi żenić ani ich utrzymywać. To było jeszcze lepsze niż poligamia nakładająca na męża obowiązek opieki nad wszystkimi żonami. W konsekwencji wielu mężczyzn – zwłaszcza bogatych i niewyżytych – z entuzjazmem poparło feministyczne hasło emancypacji". Okazuje się zatem, że rewolucja kulturowa, której elementem była realizacja postulatów ruchów feministycznych, zamiast poprawić sytuację kobiet, tak naprawdę ją pogorszyła. A bezwzględne reguły wolnego rynku przyczyniły się do tego, że wiele kobiet opuszczonych przez swoich mężów poszło do pracy z musu, a nie z chęci robienia kariery.....”

Płynny świat. Świat bez stałych norm? No nie wiem gdzie tu sprawiedliwość i uczciwość.

czwartek, 30 maja 2013

Jak stróż w Boże Ciało

W poprzedniej dziesięciolatce, kiedy zaczynałem przygodę jako naczelnik Skautów Europy w Polsce, zrobiłem sobie taki mały objazd po Polsce, by spotkać się z szefami z różnych środowisk. Tymi, o których wszystko się opiera, na których ruch stoi. W jednym z miast zadałem pytanie „chłopaki, ale kto jest Waszym bohaterem? czy jest jakaś postać, która jest dla was wzorem postępowania?” Na to oni jeden po drugim: „Jan Paweł II”. Myślę, wspaniale. Ot, pokolenie JPII (było już po śmierci papieża Polaka). No to pytam: „A w czym on dla was jest tym wzorem? Co takiego jest w tej postaci, co może inspirować?” I tu zaczęły się schody. Eee, iii, a potem ogólniki. Ups. Spodziewałem się, że duch sportowy, organizacja czasu, poczucie humoru, głęboka modlitwa, jakieś sytuacje… a tu nic. No to myślę sobie, guzik prawda, żadnym on dla was wzorcem nie jest. To nie żywa postać, ale pomnikowa figura, odległa i nie budząca emocji. Można znać kogoś z bliska jak przyjaciela, jak brata, można znać tylko z widzenia lub ze szklanego ekranu. Jeśli chcemy znaleźć inspirację, motywację, czy zwyczajnie poznać jakąś postać bliżej, czytajmy na litość boską biografie.
Gdy dzisiaj ubrany jak stróż w Boże Ciało, to znaczy prawdę mówiąc, tak jak wyglądam pięć dni w tygodniu, szedłem w procesji, prowadząc misterną dyplomatyczną grę z dwójką najmłodszych dzieci, aby zechcieli dotrwać do końca, myślałem podobnie właśnie o tym: kim dla nas jest Jezus? Każdego z nas obdarzonego łaską wiary, deklarującego bycie chrześcijaninem. Właśnie: czy chrześcijaninem z metryki, z urodzenia czy takim, który spotkał swojego Boga? Chrześcijaństwo to religia spotkania z Osobą. Dziś, gdy publicznie wyznajemy wiarę w rzeczywistą obecność Chrystusa „pod postacią chleba” warto zadać sobie pytanie: czy jest choć jedna scena w Ewangelii, w której ta postać mnie intryguje, fascynuje, działa magnetycznie? Czy czytam Jego „biografię”? Ktoś zwrócił uwagę, że Chrystus był niesamowitym retorem, używał barwnych porównań, inteligentnych ripost, zadawał zaskakujące pytania. Ciekawe. Lecz wiele więcej niż to. Na dziś warto sięgnąć po Jana, rozdział 6. Tam jest scena, gdzie Jezus mówi o swoim ciele jako o pokarmie, co wywołuje zgorszenie. Wielu uczniów odchodzi, stwierdza, że „ciężka ta mowa”. To już było dla nich za mocne. Zawsze wyjaśniał, aby dobrze zrozumieli (np. Nikodemowi w nocy), prostował i cierpliwie tłumaczył sprawy mniejszej wagi. Gdyby sądził, że to wynik nieporozumienia, zapewne nie pozwoliłby im odejść. Jednak On nie powiedział, że chleb będzie „symbolizował” Jego ciało, ale że będzie jego ciałem. A zatem wie, że został zrozumiany i dlatego odeszli. Mimo to nie „zmiękczył” przekazu, aby ich zatrzymać.
Dziś Boże Ciało. Jan 6, 48-66
 

środa, 22 maja 2013

Potęga obrazu albo pilot zamiast maczugi

Nie tak dawno rozmawialiśmy sobie tutaj o czytaniu. Stwierdziwszy, że czytanie to nie to samo, co oglądanie, przyznać jednak trzeba, że oglądanie ma wprost kolosalną rolę. Współczesny człowiek nie rozumie pewnych spraw, dopóki nie zobaczy na filmie albo w życiu. Choćbyś mu godzinami tłumaczył, zaklinał rzeczywistość, nie będzie wiedział, o co ci chodzi, może potaknie od czasu do czasu głową, może z uprzejmości, może faktycznie będzie mu się wydawało, że zrozumiał, a najprawdopodobniej skinie na tzw. „odczepnego”. Nie daj się zwieść, „nie uwierzę, dopóki nie zobaczę” jest wciąż aktualne, i coraz bardziej aktualne, gdy wiara w słowo pisane, w siłę dyskursu, rozumowania jest jakby słabsza. Przykładów jest wiele. Pierwszy, kiedyś nikt nie rozumiał, czym jest ekspresja i śpiew u Skautów Europy, dopóki nie pojechał do Vezelay (teraz wystarczy być gdzie bądź w kraju). Drugi, mam kilkanaście anegdot z nieplanowanych spotkań różnych znakomitych rodzin z kilkorgiem dzieci z innymi ludźmi, na wakacjach, w restauracji, na feriach, gdy ci inni ludzie podchodzili i mówili: nieprawdopodobne, my nie dajemy rady z jednym, a państwa dzieci takie ułożone, jak to robicie? A zatem zobaczyli i uwierzyli, że można. Niektórzy od razu zapisali się do szkoły Sternika i do Akademii Familijnej. Trzeci casus, chłopak, dziewczyna, którzy nie widzieli pewnych zachowań w swoich rodzinnych domach np. okazywania miłości przez ojca matce w gestach, słowach, i jeśli nie zobaczyli takich sytuacji gdzie indziej, nie będą w stanie tak czułości okazywać w słowach i gestach (chyba że przeczytają pięć książek, postanowią i będą się pilnować, bo spontanicznie to nie przyjdzie, chyba że zobaczą – wtedy po prostu replikują zachowanie).

Obraz przemawia silnie, stąd potęga reklamy wizualnej na billboardach, w telewizji i w Internecie. Oglądając film, czujemy jakbyśmy tam byli. Coś jest w filmie, uważamy, że jest w rzeczywistości. Nie ma w filmie, ludzie myślą, że to nie istnieje. Tak kształtuje się świadomość. Żyjemy w czasach prawdy i tzw. prawdy ekranu. Co z tego, że polski ruch oporu był kilkadziesiąt razy silniejszy niż rachityczny francuski w czasie II Wojny Światowej, z filmów europejskich to nie wynika, przeciętny Europejczyk uważa, że było na odwrót. Przykład drugi: w czasie całej wojny znalazło się kilku Niemców sprzeciwiających się reżimowi czy robiących coś dobrego (nic to, że niekoniecznie ze szlachetnych pobudek jak prawdopodobnie w przypadku Schindlera, co do którego jest prawdopodobne, że ratował Żydów dla pieniędzy a nie z porywu serca) – mamy o nich filmy hollywodzkie (Walkiria, Lista Schindlera, Sophie Scholl). Polskich bohaterów były dziesiątki tysięcy, a megabohaterów w rodzaju Pileckiego, Maksymiliana Kolbe, gdzie życiorys każdego z nich wystarczy za scenariusz, co najmniej kilkuset. Nie ma o nich filmów a zatem nie istnieją. Przykłady można mnożyć.

Jeszcze silniejsze oddziaływanie niż filmy mają seriale. Chociaż nie tak widowiskowe, (często nagrywane w tych samych plenerach, czy to będzie piękny szpital czy kancelaria prawna), to przez iluzję zwyczajnego życia i systematyczną obecność w domach kształtują postawy ludzkie głębiej i bardziej niepostrzeżenie. Kreują wzorce postępowania, styl, sposób mówienia, ubierania się, nawyki żywieniowe, oceny moralne, po prostu wszystko. I gdy kogoś pociąga styl Ojca Mateusza, ascetycznego, wysportowanego i empatycznego duchownego – to pół biedy, a nawet dobrze. Gorzej gdy sympatyzujemy z przebojową prawniczką, której najlepszymi przyjaciółmi jest para mężczyzn. Dziś scenarzystom to wystarczy, jutro zobaczymy jak dzielna bohaterka pomaga im w adopcji chłopca-sieroty, i wszyscy będziemy ronić łzy. Prawda zaś jest taka, jak w badaniach amerykańskiego uczonego prof. Marka Regnerusa (autora raportu „Nowe badania struktury rodziny”, patrz tygodnik Sieci), że dorastanie w takich warunkach to zbrodnia dokonywana na tych dzieciach: ulegają przemocy seksualnej, mają myśli samobójcze i poważne problemy psychologiczne. A’propos w najbliższą niedzielę w Paryżu dwa miliony ludzi będzie manifestować w obronie dzieci i naturalnej rodziny (obserwujcie Internet).

Co z tego dla nas wynika dziś? Ano, wynika przede wszystkim to, że trzeba mieć powyższego świadomość i umieć obcować z twórczością filmową i telewizyjną krytycznie, z dystansem. Po drugie pamiętać (i to już uwaga do czytelników tego bloga, którzy są rodzicami), że nasze dzieci na pewno nie będą potrafiły tak oglądać, jak my, i dla nich fikcyjny świat to po prostu rzeczywistość. Jeśli nie umożliwimy im poznania prawdziwego świata, ten wirtualny pochłonie je i oszuka. Kiedyś ojciec uczył syna poruszania się w świecie i jak się czasami przed nim bronić; dawno temu jak posługiwać się maczugą, potem mieczem, a teraz powinien uczyć posługiwania się pilotem.

A jutro w szkole Strumienie niezwykle interesująca konferencja dla rodziców dzieci, które przestały nosić pieluchy a zaczynają nosić komórki.