Porządkując pliki na komputerze odnalazłem napisany przeze mnie w imieniu ekip krajowych wstęp do książeczki na Sejmik 2003. Oto fragment, wydaje mi się, że jest interesujący, dotyczy przejmowania funkcji.
Każdy obejmując funkcję, już następnego dnia powinien zacząć sobie wychowywać następcę, myśleć o tym, poświęcać więcej czasu ludziom, którzy kiedyś za niego pociągną dalej tę wychowawczą sztafetę. Dzięki temu możemy iść naprzód a nasz Ruch rozwijać się. Każda zmiana to także niejednokrotnie delikatny moment. Nowy szef przystępuje z animuszem do pracy pełen planów i ambicji. I bardzo dobrze! Tak powinno być. Należy jednak pamiętać, żeby właściwie podziękować za służbę temu kto był przed nami, aby pamiętać nie tylko jak kończył ale i jak zaczynał. Stefan Kardynał Wyszyński nazywany przez Jana Pawła II Wielkim Prymasem Tysiąclecia w książce „Duch pracy ludzkiej”, skądinąd bardzo pouczającej, pisał na ten temat tak:
„Niezawodnie, młode pokolenie niesie nowy powiew sił i pęd do działania, wartości częstokroć ożywcze i błogosławione. Trzeba to jednak łączyć z czynnikiem rozwagi i z roztropnością. Tylko wtedy w ustalone wartości życia bez szkody wejdzie „nowe dobro”. Obejmując po kimś dział pracy, należy przede wszystkim stwierdzić dokonane dobro, zalety poprzednika, ujawniające się w jego pracy. Poznawszy je i oceniwszy sprawiedliwie ich wartość, wolno nam oględnie, pokornie i delikatnie stwierdzić braki i zastanowić się nad tym, jak by je poprawić, z zachowaniem szacunku dla tych, co tu pracowali, bez rozgłosu, bez tupetu, krytyki, niemal niedostrzegalnie. Właśnie przez to ujawni się życie Boże i Duch Boży w nas, damy dowód prawdziwego uspołecznienia”.
Te rady wielkiego Prymasa dobrze jest wziąć sobie do serca aby naszej pracy zawsze towarzyszył dobry klimat. Mamy być siewcami pokoju i radości, gdziekolwiek się znajdziemy. Nasze środowiska mają być radosnymi ogniskami chrześcijańskiej miłości, akceptacji drugiego człowieka ale i stawiania jasnych wymagań. Tę atmosferę wytwarza szef, tak jak w rodzinie ojciec i matka.
Pełnienie funkcji to oczywiście honor, obdarzono nas przecież zaufaniem i jakże piękna jest nasza praca. Ale to przede wszystkim służba, pewien zakres zadań do wypełnienia, odpowiedzialności, którą trzeba ponieść. To niejednokrotnie wyrzeczenie i trud, parcie pod prąd. Służba, służba, służba to jedyna racja naszego bycia w Ruchu!
"Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy Jeszcze się spełnią piękne sny, marzenia, plany Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom".
czwartek, 16 grudnia 2010
czwartek, 9 grudnia 2010
Spotkanie z Krzysztofem Ziemcem

Stowarzyszenie Rodziców 3M zaprasza na spotkanie z Krzysztofem Ziemcem „Niepokonany – czyli dlaczego warto żyć?”. Krzysztof Ziemiec, znany dziennikarz i prezenter „Wiadomości” oraz autor programu „Niepokonani” w Telewizji Polskiej, uratował z pożaru mieszkania dzieci i żonę, doznając przy tym ciężkiego poparzenia. Długo dochodził do zdrowia. Jego ostoją i pomocą byli najbliżsi i przyjaciele a największą motywacją do walki z cierpieniem rodzina.
O tym czy wielki, życiowy dramat może być osobistym odrodzeniem oraz w jaki sposób patrzy na życie ktoś, kto otarł się o śmierć? – dowiemy się już w poniedziałek 13 grudnia o godzinie 19.30 w budynku przedszkola Strumienie w Józefowie przy ul. 3 Maja 129.
Będę miał przyjemność prowadzić to spotkanie. Zapraszam!
wtorek, 7 grudnia 2010
Kasia
Kasia po kilku dramatycznych dniach wybudziła się ze śpiączki. Nie została wybudzona przez lekarzy, wybudziła się sama… „Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy…”
czwartek, 25 listopada 2010
Bioetyka
W ostatnią sobotę w naszej szkole miałem przyjemność prowadzić konferencję bioetyczną. Wystąpiła m.in. pani doktor z Lublina, ginekolog-położnik, która mówiła bardzo ciekawie o in vitro. Od praktycznej strony: że plemniki aby przetrwać bez śluzu hoduje się na szkiełku na pożywce, że selekcji plemnika „godnego” zapłodnienia komórki jajowej dokonuje laborant, że najczęściej mężczyzna co 3-5 dni dokonuje masturbacji a potem gdy już ma dojść do zapłodnienia para dowiaduje się, że najlepiej to i tak wziąć nasienie od dawcy, bo jest silniejsze. W końcu dochodzi do zapłodnienia np. 14 komórek jajowych wybranymi plemnikami. Po kilkudziesięciu godzinach eliminuje się wadliwe zarodki a „najlepsze” dwa lub trzy wszczepia się do macicy przyszłej matki. Czy takie działania nie nazywają się czasem eugeniką? Jak będzie się czuło dziecko tak poczęte, gdy się o tym dowie?
25% wszystkich poważnych powikłań w ciąży typu przodujące łożysko i podobne, gdzie konieczna jest długa hospitalizacja matki a zagrożone jest życie lub zdrowie dziecka a nawet matki, więc nie są to problemy typu złe samopoczucie czy nudności – to powikłania ciąż z in vitro. A przecież jest ich mniej niż 1%.
25% wszystkich poważnych powikłań w ciąży typu przodujące łożysko i podobne, gdzie konieczna jest długa hospitalizacja matki a zagrożone jest życie lub zdrowie dziecka a nawet matki, więc nie są to problemy typu złe samopoczucie czy nudności – to powikłania ciąż z in vitro. A przecież jest ich mniej niż 1%.
piątek, 19 listopada 2010
Z lektur mojej żony cz. 2

Recenzja Ewy zamieszczona w jednej z księgarń internetowych:
Książka na jeden wieczór, a potem długo daje do myślenia...
Książka na jeden wieczór, a potem długo daje do myślenia. Wspaniale pokazuje, co w życiu jest najważniejsze i jak życie jest piękne! Życie przez duże "Ż"! Uswiadamia kruchość i jednocześnie wielkość człowieka. Po przeczytaniu ma się ochotę zatrzymać nad najbliższymi, bardziej kochać, cenić każdą chwilę, zrezygnować z zabiegania za tym, co nie jest istotne.
Bardzo polecam. Kupiłam ją wielu bliskim w prezencie i też już przeczytali ...
wtorek, 16 listopada 2010
Z lektur mojej żony
"Im więcej wspólnych przyjaciół mają pary przedmałżeńskie, tym większy jest poziom ich zaangażowania i bardziej stabilny związek." Bogdan Wojciszke Psychologia miłości
niedziela, 14 listopada 2010
Wszystko przez Julię Roberts
To przez nią przyszedł nam do głowy z żoną pomysł, by wybrać się do kina na film pt. „Jedz, módl się i kochaj” (naszym usprawiedliwieniem niech będzie to, że takie decyzje musimy podejmować szybko, gdy jest okazja wyjścia z domu bez dzieci, trzeba ją chwytać w mig). Nie ma sensu nawet zapamiętywać tego tytułu, nie warto. Choć może on jest z całości najlepszy. Takiego gniota dawno nie oglądałem, po pół godzinie łudziłem się, że chociaż napatrzę się na Włochy, egzotyczną wyspę Bali. Jednak przyjemne migawki z sympatycznych miejsc nijak nie mogły choć trochę przesłonić tej mizerii intelektualnej, tych wydumanych pseudomądrości, tej naiwnej fabuły, tej płycizny. Główna bohaterka, Julia R., przez którą to wszystko (jak można będąc taką gwiazdą przyjąć tak cienki scenariusz, rozumiem w Polsce, gdzie się nie przelewa z propozycjami ale w Hollywood?), traci sens swego małżeństwa, nagle porzuca męża, by szybko odnaleźć się w objęciach dosyć przypadkowego młodzieńca. Smutne, żal – jak mówią moje dzieci. Szybko zdaje sobie sprawę, że to pomyłka i wyjeżdża w roczną podróż by odnaleźć równowagę, najpierw do Włoch, potem do Indii (litości, widok dukających w aśramie ludzi Zachodu okutanych w indyjskie stroje to było dopiero żałosne), w końcu na wyspę Bali (by znowu spotkać szamana, z którym dialogi to chyba oś tego filmu, a bezzębny balijczyk robi za intelektualistę i mędrca). Oglądanie na ekranie Amerykanów i Europejczyków udających się po duchowe rady do szamana czy indyjskiej guru było naprawdę żenujące. Ilu takich idiotów faktycznie tam jeździ? Klapki na oczach, pod nosem mają głęboką studnię pełną źródlanej wody a jadą tam by pić brudną łyżeczką cuchnącą maź z kałuży.
Doprawdy, jak można napisać takie nic, potem to zekranizować, zarobić na tym pieniądze? To film o rozterkach i zachowaniach godnych bardziej nastoletniej dziewczyny a nie dorosłej kobiety. W każdym razie nie tak, nie w taki przewidywalny, dziecinny, płytki sposób. Mówię serio, co przystoi nastolatkowi, wygląda żałośnie w wykonaniu kogoś, kto powinien być dojrzały. Ale takie są nasze czasy, czasy wiecznie niedojrzałych chłopców, i okazuje się także dziewcząt, era Piotrusia Pana, ucieczka od odpowiedzialności. Film jest w gruncie rzeczy peanem na cześć egoizmu, pochwałą życia dla siebie, szukania tylko własnego dobrego samopoczucia. Główne przesłanie jest takie: źle ci w małżeństwie, nawet chwilowo, masz gorsze samopoczucie, rzuć to w cholerę, pomyśl o sobie, na pewno robisz dobrze, wcześniej czy później i na ciebie czeka prawdziwy książę z bajki (tu przystojniak Javier Bardem). Apoteoza niewierności, dorabianie ideologii do zachowań.
A gdzie misja, poświęcenie dla innych, wierność danemu słowu (jak słusznie wskazuje opuszczony mąż bohaterki – chyba najlepsza scena, gdy nie zgadza się na rozwód), gdzie wartości, na których buduje się ludzką solidarność, miłość, braterstwo. W filmie ich nie ma. Wynika z niego natomiast, że aby zasięgnąć mądrości o życiu i Bogu (chyba jednak o bogu), trzeba jechać do szamana z wyspy Bali. Jednak ze wszystkiego można wyciągnąć jakiś morał, na przykład taki, że aby coś zmienić w życiu, gdy coś nam doskwiera, trzeba ruszyć tyłek. Tylko po jasną cholerę ruszać go od razu do aśramu indyjskiej kobiety z kropką na czole?
Moja rekomendacja: daruj sobie.
Doprawdy, jak można napisać takie nic, potem to zekranizować, zarobić na tym pieniądze? To film o rozterkach i zachowaniach godnych bardziej nastoletniej dziewczyny a nie dorosłej kobiety. W każdym razie nie tak, nie w taki przewidywalny, dziecinny, płytki sposób. Mówię serio, co przystoi nastolatkowi, wygląda żałośnie w wykonaniu kogoś, kto powinien być dojrzały. Ale takie są nasze czasy, czasy wiecznie niedojrzałych chłopców, i okazuje się także dziewcząt, era Piotrusia Pana, ucieczka od odpowiedzialności. Film jest w gruncie rzeczy peanem na cześć egoizmu, pochwałą życia dla siebie, szukania tylko własnego dobrego samopoczucia. Główne przesłanie jest takie: źle ci w małżeństwie, nawet chwilowo, masz gorsze samopoczucie, rzuć to w cholerę, pomyśl o sobie, na pewno robisz dobrze, wcześniej czy później i na ciebie czeka prawdziwy książę z bajki (tu przystojniak Javier Bardem). Apoteoza niewierności, dorabianie ideologii do zachowań.
A gdzie misja, poświęcenie dla innych, wierność danemu słowu (jak słusznie wskazuje opuszczony mąż bohaterki – chyba najlepsza scena, gdy nie zgadza się na rozwód), gdzie wartości, na których buduje się ludzką solidarność, miłość, braterstwo. W filmie ich nie ma. Wynika z niego natomiast, że aby zasięgnąć mądrości o życiu i Bogu (chyba jednak o bogu), trzeba jechać do szamana z wyspy Bali. Jednak ze wszystkiego można wyciągnąć jakiś morał, na przykład taki, że aby coś zmienić w życiu, gdy coś nam doskwiera, trzeba ruszyć tyłek. Tylko po jasną cholerę ruszać go od razu do aśramu indyjskiej kobiety z kropką na czole?
Moja rekomendacja: daruj sobie.
sobota, 30 października 2010
Nie miał mi kto w pysk przyłożyć
W przedostatnim "Gosciu" interesujący tekst o miejscu, gdzie reaktywują się małżeństwa po przejsciach a nawet po rozwodzie.
Poniżej jedna z przytoczonych historii:
"Tomek i Ula (imiona zmienione) nie zgadzają się na spotkanie. Boją się, że ktoś ich rozpozna, że to zaszkodzi im w pracy. Wreszcie decydują się. Rana jest jeszcze świeża, trauma wraca, ale skoro może to komuś pomóc... Tomek prosi o niezadawanie dodatkowych pytań. Wyrzuci z siebie raz. Tomek: – Rozwód był największym stresem w moim życiu. Minęły trzy lata, a wydaje się, że blizna pozostanie na zawsze. Ich dzieje wydają się kalką niejednej małżeńskiej historii: młodzi, zachłyśnięci sobą, widzą świat w różowych kolorach, biegną do ołtarza. Oboje są lekarzami. On zaczął doktorat. Kiedy rodzi się im dziecko, ona musi wyhamować. Jego ciągle nie ma w domu. Po powrocie z pracy chce mieć święty spokój albo siada przed komputerem. A ona oczekuje, że zajmie się dzieckiem, odciąży ją. Teściowie subtelnie uświadamiają ją, że ona musi zacisnąć zęby „tak jak jego matka, kiedy ojciec walczył o profesurę”, i „zadbać o to, by miał warunki do pracy”. Oferują, że to oni za niego zajmą się dzieckiem, pomogą jej w zakupach. Ona najpierw godzi się na taki scenariusz. Ula powie w czasie rekolekcji: „Układaliśmy nasze życie z jego inicjatywy, według jego planu”.
Ula nie mogła przyjść na obronę Tomka. Ledwo chodziła po porodzie. Zamiast gratulacji, usłyszał od niej, że wreszcie będzie miał więcej czasu dla domu. Tymczasem ona też ma ambicje zawodowe. Znajduje pracę w koncernie farmaceutycznym, musi jeździć na szkolenia. Pnie się coraz wyżej w firmie. Zarabia nagle więcej niż on. Tomek: – Byliśmy pochłonięci pracą. Mieliśmy czas na wymianę informacji, kto zapłaci rachunki, co kupić i kto dzwonił, nic poza tym. W pewnej chwili przestało mnie interesować, co działo się w domu, i nie czułem się szczęśliwy w małżeństwie. Każde z nas było skupione na sobie. Razem jakby przestaliśmy istnieć, żadnej relacji intymnej. W końcu pojawił się ktoś trzeci. Tomek wplątuje się w romans z pielęgniarką. Ta go „gloryfikuje, docenia, jest na każde zawołanie...”. To trwa dwa lata. Przez rok wahają się, czy złożyć pozew o rozwód. Jest przecież dziecko. Mieszkają więc razem, ona gotuje sobie, on sobie. Tomek spotyka się z kochanką. Wreszcie Ula nie wytrzymuje. Składa papiery do sądu. Pamiętają, że w drodze na pierwsze spotkanie z adwokatem czuli obojętność. Kiedy wkroczyły osoby postronne, pojawiła się nienawiść. Przez kolejny rok „szarpali się”. Sami nie wiedzą, czy bardziej nienawidzili siebie, czy adwokatów.
Pewnego dnia Ula spotkała przyjaciół, Izę i Krzyśka, spacerowali z wózkiem. Ula spojrzała na nich z żalem i zazdrością. Rozpłakała się, że nie ma już siły, ale że nie potrafi wybaczyć... Iza wyjęła z torebki kartkę i zapisała numer telefonu: – Mnie też się tak kiedyś wydawało – rzuciła. – Zadzwoń tu i zrób, co ci każą. Zadzwoniła, aby powiedzieć, że przyjadą, żeby udowodnić sobie, że zrobili wszystko, że ten związek nie ma już żadnej szansy. Drugiego dnia rekolekcji zgodnie z tradycją otrzymali list od byłych uczestników. – Nieznajomi, którzy mieszkali w naszym pokoju u jezuitów, napisali, że choć nas nie znają, modlą się za nas przez ten weekend. To mnie jakoś poruszyło. Przez chwilę pomyślałem, że tego nie można zmarnować – mówi Tomek. Potem był ujęty w planie rekolekcji małżeński spacer w parku. Świeciło słońce. Byli zdecydowani: albo wrócą do budynku razem albo wcale. Szli z wbitym w trawę spojrzeniem. Natknęli się na płot. Tomek niemal wywrócił się, w ostatniej chwili podtrzymała go Ula i zapytała, czy nic mu się nie stało. – A ja pomyślałem, że moja kochanka powiedziałaby: „ale jesteś gapa, miśku”. Dotarło do mnie w jednej sekundzie, jak ja w ogóle mogłem te dwie kobiety porównywać!
Tomek zawiesza głos, dusi emocje: – Z romansu nie potrafiłem się wyplątać, to był rodzaj omotania. Nie miał mi kto w pysk przyłożyć. Ale w tamtej chwili poczułem, że Pan Bóg na nas patrzy, na mnie, który nie narzucał Mu się nigdy. Tak samo jak w kaplicy, kiedy wyjmowałem z kieszeni obrączki, właściwie zabrałem je wbrew rozumowi. Dobiega druga w nocy. Rozmowę przerywa płacz niemowlaka. Tomek kończy: – Żałuję, że przed ślubem mieszkaliśmy razem w akademiku. Wpadliśmy w rutynę. Posmakowaliśmy, że bez zobowiązań można przekraczać bariery. Ślub był formalnością, szopką dla rodziny, sąsiadów... Ale dziś wiem jedno, że gdyby nie sakrament, nie dalibyśmy rady. Nie poczułbym tego zobowiązującego spojrzenia z góry."LINK do calosci<
Poniżej jedna z przytoczonych historii:
"Tomek i Ula (imiona zmienione) nie zgadzają się na spotkanie. Boją się, że ktoś ich rozpozna, że to zaszkodzi im w pracy. Wreszcie decydują się. Rana jest jeszcze świeża, trauma wraca, ale skoro może to komuś pomóc... Tomek prosi o niezadawanie dodatkowych pytań. Wyrzuci z siebie raz. Tomek: – Rozwód był największym stresem w moim życiu. Minęły trzy lata, a wydaje się, że blizna pozostanie na zawsze. Ich dzieje wydają się kalką niejednej małżeńskiej historii: młodzi, zachłyśnięci sobą, widzą świat w różowych kolorach, biegną do ołtarza. Oboje są lekarzami. On zaczął doktorat. Kiedy rodzi się im dziecko, ona musi wyhamować. Jego ciągle nie ma w domu. Po powrocie z pracy chce mieć święty spokój albo siada przed komputerem. A ona oczekuje, że zajmie się dzieckiem, odciąży ją. Teściowie subtelnie uświadamiają ją, że ona musi zacisnąć zęby „tak jak jego matka, kiedy ojciec walczył o profesurę”, i „zadbać o to, by miał warunki do pracy”. Oferują, że to oni za niego zajmą się dzieckiem, pomogą jej w zakupach. Ona najpierw godzi się na taki scenariusz. Ula powie w czasie rekolekcji: „Układaliśmy nasze życie z jego inicjatywy, według jego planu”.
Ula nie mogła przyjść na obronę Tomka. Ledwo chodziła po porodzie. Zamiast gratulacji, usłyszał od niej, że wreszcie będzie miał więcej czasu dla domu. Tymczasem ona też ma ambicje zawodowe. Znajduje pracę w koncernie farmaceutycznym, musi jeździć na szkolenia. Pnie się coraz wyżej w firmie. Zarabia nagle więcej niż on. Tomek: – Byliśmy pochłonięci pracą. Mieliśmy czas na wymianę informacji, kto zapłaci rachunki, co kupić i kto dzwonił, nic poza tym. W pewnej chwili przestało mnie interesować, co działo się w domu, i nie czułem się szczęśliwy w małżeństwie. Każde z nas było skupione na sobie. Razem jakby przestaliśmy istnieć, żadnej relacji intymnej. W końcu pojawił się ktoś trzeci. Tomek wplątuje się w romans z pielęgniarką. Ta go „gloryfikuje, docenia, jest na każde zawołanie...”. To trwa dwa lata. Przez rok wahają się, czy złożyć pozew o rozwód. Jest przecież dziecko. Mieszkają więc razem, ona gotuje sobie, on sobie. Tomek spotyka się z kochanką. Wreszcie Ula nie wytrzymuje. Składa papiery do sądu. Pamiętają, że w drodze na pierwsze spotkanie z adwokatem czuli obojętność. Kiedy wkroczyły osoby postronne, pojawiła się nienawiść. Przez kolejny rok „szarpali się”. Sami nie wiedzą, czy bardziej nienawidzili siebie, czy adwokatów.
Pewnego dnia Ula spotkała przyjaciół, Izę i Krzyśka, spacerowali z wózkiem. Ula spojrzała na nich z żalem i zazdrością. Rozpłakała się, że nie ma już siły, ale że nie potrafi wybaczyć... Iza wyjęła z torebki kartkę i zapisała numer telefonu: – Mnie też się tak kiedyś wydawało – rzuciła. – Zadzwoń tu i zrób, co ci każą. Zadzwoniła, aby powiedzieć, że przyjadą, żeby udowodnić sobie, że zrobili wszystko, że ten związek nie ma już żadnej szansy. Drugiego dnia rekolekcji zgodnie z tradycją otrzymali list od byłych uczestników. – Nieznajomi, którzy mieszkali w naszym pokoju u jezuitów, napisali, że choć nas nie znają, modlą się za nas przez ten weekend. To mnie jakoś poruszyło. Przez chwilę pomyślałem, że tego nie można zmarnować – mówi Tomek. Potem był ujęty w planie rekolekcji małżeński spacer w parku. Świeciło słońce. Byli zdecydowani: albo wrócą do budynku razem albo wcale. Szli z wbitym w trawę spojrzeniem. Natknęli się na płot. Tomek niemal wywrócił się, w ostatniej chwili podtrzymała go Ula i zapytała, czy nic mu się nie stało. – A ja pomyślałem, że moja kochanka powiedziałaby: „ale jesteś gapa, miśku”. Dotarło do mnie w jednej sekundzie, jak ja w ogóle mogłem te dwie kobiety porównywać!
Tomek zawiesza głos, dusi emocje: – Z romansu nie potrafiłem się wyplątać, to był rodzaj omotania. Nie miał mi kto w pysk przyłożyć. Ale w tamtej chwili poczułem, że Pan Bóg na nas patrzy, na mnie, który nie narzucał Mu się nigdy. Tak samo jak w kaplicy, kiedy wyjmowałem z kieszeni obrączki, właściwie zabrałem je wbrew rozumowi. Dobiega druga w nocy. Rozmowę przerywa płacz niemowlaka. Tomek kończy: – Żałuję, że przed ślubem mieszkaliśmy razem w akademiku. Wpadliśmy w rutynę. Posmakowaliśmy, że bez zobowiązań można przekraczać bariery. Ślub był formalnością, szopką dla rodziny, sąsiadów... Ale dziś wiem jedno, że gdyby nie sakrament, nie dalibyśmy rady. Nie poczułbym tego zobowiązującego spojrzenia z góry."LINK do calosci<
<
poniedziałek, 25 października 2010
Podłoże klęski stanowi potężna miłość
„Pozwól tylko dodać, że obecnie przyczyną katastrofalnego kryzysu instytucji małżeństwa (w metropoliach dochodzi już do tego, że połowa par kończy u adwokata, a potem w sądzie) jest coś, co jak często się zdarza, wydaje się bardzo piękne. Właśnie tak. Podłoże klęski stanowi potężna miłość. Nie chrześcijańska jednak, ale romantyczna, rodem z salonów dziewiętnastowiecznej burżuazji: miłość jako namiętność, pociąg fizyczny, uczuciowy, jako narzeczeńskie ckliwości z kupidynami i inicjałami wycinanymi na korze drzew, słodkimi słówkami, przesyłanymi sobie wiadomościami. Dziś trzeba by może dorzucić do tego kłódki zawieszane na latarniach Ponte Milvio. Kiedy zaczyna brakować tego wszystkiego – a jest tak zawsze w każdym przypadku, zawsze przychodzi moment, gdy znika magia „początkowego stadium” – dochodzi się do wniosku, że miłość się skończyła. A ponieważ tylko ten rodzaj „miłości” jest powodem, by być razem, czas zacząć na nowo z inną osobą, by na nowo odnaleźć romantyczne bicie serca; by na nowo coś poczuć.
Jak każda para również Rosanna i ja przeżyliśmy (dzięki Ci za to, Panie Boże), zachwycające „stadium początkowe”. Towarzyszyła mu jednak świadomość, że w chrześcijańskiej perspektywie zawsze obowiązuje prawo jedności rożnych rzeczywistości: a więc małżeństwo jako uczucie, ale także zobowiązanie do bycia razem na dobre i na złe; małżeństwo jako związek osobisty, a jednocześnie społeczny; jako przyjemność, ale także jako obowiązek, nieraz trudny; jako uczucie, ale także wola wytrwania, nawet jeśli „nie czuje się” więcej pierwotnego oczarowania; jako powab, ale także jako zniecierpliwienie, nawet uciążliwe; jako wymiar seksualny, ale także jako braterska solidarność. I tak dalej. Poczucie rzeczywistości kogoś, kto wierzy w Ewangelię i kto jest świadomy, że znalezienie miłości jako solidnego fundamentu tej wiecznej tragikomedii, jaką jest spotkanie-starcie między mężczyzną i kobietą, wymaga wyleczenia się z sentymentu (termin ten nieprzypadkowo pochodzi od łacińskiego słowa sentire ‘czuć’); co więcej, nierzadko z sentymentalizmu, który w zbyt wielu piosenkach, powieściach, filmach ukazywany jest jako miłość. Jednym słowem: wszystko to buble w stylu nieprawdziwego święta biednego, Bogu ducha winnego Świętego Walentego.”
Vittorio Messori w rozmawie z Andreą Torniellim – Dlaczego wierzę. Życie jako dowód wiary. Chrześcijanin, a nie kretyn.
Jak każda para również Rosanna i ja przeżyliśmy (dzięki Ci za to, Panie Boże), zachwycające „stadium początkowe”. Towarzyszyła mu jednak świadomość, że w chrześcijańskiej perspektywie zawsze obowiązuje prawo jedności rożnych rzeczywistości: a więc małżeństwo jako uczucie, ale także zobowiązanie do bycia razem na dobre i na złe; małżeństwo jako związek osobisty, a jednocześnie społeczny; jako przyjemność, ale także jako obowiązek, nieraz trudny; jako uczucie, ale także wola wytrwania, nawet jeśli „nie czuje się” więcej pierwotnego oczarowania; jako powab, ale także jako zniecierpliwienie, nawet uciążliwe; jako wymiar seksualny, ale także jako braterska solidarność. I tak dalej. Poczucie rzeczywistości kogoś, kto wierzy w Ewangelię i kto jest świadomy, że znalezienie miłości jako solidnego fundamentu tej wiecznej tragikomedii, jaką jest spotkanie-starcie między mężczyzną i kobietą, wymaga wyleczenia się z sentymentu (termin ten nieprzypadkowo pochodzi od łacińskiego słowa sentire ‘czuć’); co więcej, nierzadko z sentymentalizmu, który w zbyt wielu piosenkach, powieściach, filmach ukazywany jest jako miłość. Jednym słowem: wszystko to buble w stylu nieprawdziwego święta biednego, Bogu ducha winnego Świętego Walentego.”
Vittorio Messori w rozmawie z Andreą Torniellim – Dlaczego wierzę. Życie jako dowód wiary. Chrześcijanin, a nie kretyn.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
