piątek, 30 grudnia 2016

O polskiej cnocie gościnności


Ewa Polak-Pałkiewicz - Polska cnota gościnności (fragmenty za Plus Minus z 22.12.2016.)

"Francuski historyk Jean de Goyard odnosi się do tak charakterystycznej dla przedstawicieli jego narodu umiejętności prowadzenia przy stole lekkiej, finezyjnej rozmowy: „Na przestrzeni tysiąca lat Kościół stopniowo zwalczał egoizm w stosunkach towarzyskich: ludzie nie interesowali się już tylko sobą i nie mówili już tylko o sobie, lecz o tym, co dotyczyło innych. Nabrali w ten sposób zmysłu lekkości i niepospolitości. Rozmowa stała się tradycją chrześcijańską, której uczono w domu rodzinnym, niektóre rody były szczególnie znane z umiejętności prowadzenia wykwintnej rozmowy czy żywości umysłu, tak jak inni ze swej brzydoty czy umiejętności dosiadania konia... Niestety, Rewolucja Francuska zniszczyła sztukę konwersacji: przez Rewolucję społeczeństwo poniosło olbrzymią stratę, może nawet niepowetowaną... Francja straciła umiejętność prowadzenia rozmowy" (hr. Roeder).

Po okresie terroru zginęła w Paryżu, jak stwierdzają kronikarze, ta „słodycz i ogłada", która czyniła to miasto „czarującym i powabnym przez tak długi czas", zaznacza Goyard. Teraz ludzie zaczęli mówić zbyt głośno i nie słuchali się nawzajem.

Dawne polskie domy, w których przyjmowano gości, ze szczególnym pietyzmem celebrowały właśnie sztukę rozmowy. Rozmowa była ważniejsza niż menu, ważniejsza niż wystawność stołu, wspaniałość sreber i blask kandelabrów, niż tańce, polowania, kuligi i popisy wokalne towarzyszące wizycie. Ona była prawdziwie chrześcijańską esencją polskiej gościnności.
(…)
Milczenie podczas spożywanego wspólnie posiłku i wpatrywanie się w talerz było zawsze uważane za symptom nieokrzesania.
(…)
Porządne ubranie to wyraz szacunku wobec bliźnich. W dawnej Polsce strój był sprawą poważną, nie dlatego, że byliśmy tacy porządniccy i ułożeni. Różnie bywało, rozumieliśmy jednak rangę wspólnoty. Wspólnota zobowiązywała, współżycie w ramach społeczeństwa nie było czymś bez znaczenia. Warszawiacy przed wojną, wybierając się do Śródmieścia z odleglejszych dzielnic, zakładali eleganckie ubrania. Zobowiązywały środki lokomocji publicznej, uczelnie, biura, teatry, kawiarnie, stylowe latarnie, zadbane parki, ukwiecone trawniki, piękne aleje.”

wtorek, 27 grudnia 2016


Wiem, że niektórzy z Was dostali Transakcję pod choinkę. Nigdy bym jednak nie przypuszczał, że i ja dostanę Transakcję…


Przyda się na kolejne spotkania autorskie-;) Najbliższe już 8 stycznia w Gdańsku w najbardziej klimatycznym miejscu, jakie można sobie wyobrazić. Uliczka Mariacka 36, Cafe Drukarnia słynąca z najlepszej kawy w mieście.

wtorek, 6 grudnia 2016

Transakcja - raport z pola bitwy

Drodzy,

Przepraszam, że zaniedbuję się tutaj na blogu ale przecież nigdy nie mogliście odczuwać przesytu tekstów-;)

Serdecznie zapraszam do:

- nabycia powieści „Transakcja”, już niebawem, co najmniej w księgarniach internetowych;

- udziału w spotkaniach, o których postaram się informować (bieżące informacje znajdziecie najszybciej na facebooku); najbliższe w Radomiu w Cafe Elektrownia ul. Kopernika 1, 7 grudnia godz. 18.30;
- odsłuchania wywiadu w Radiu Plus;
- dzielenia się z innymi, jeśli się podobało, demonstracyjnego milczenia, jeśli przeciwnie-;)

Polecam się!

wtorek, 29 listopada 2016

"Transakcja" pierwsze starcie

Nie wiem czy poniższe jest czytelne, ale to oficjalna informacja ze strony MOK w Józefowie. Pomyślałem, że jako mieszkaniec grodu nad Wisłą i Świdrem, powinienem zacząć od spotkania w miejscu, gdzie przecież w upalne lato 2012 tworzyłem to unikalne dzieło. Serdecznie wszystkich Państwa zapraszam, jednocześnie proszę o wyrozumiałość. Tym bardziej, że Bogdan Rymanowski, któremu już dziękuję, iż zgodził się poprowadzić nasz wieczór, lubi jak mówi się kawa na ławę, bez owijania w bawełnę. Niechcący awansowaliśmy też do salonu (jak poniżej w nazwie)-;) Czy uda nam się jednak wydobyć z tej prozy nieco poezji, w dodatku z odrobiną muzyki? Nie mogę tego zagwarantować. Tak czy inaczej, spróbujemy nie przynudzać i nie zmarnować Państwa cennego czasu-;)
Informacje o kolejnych spotkaniach wkrótce. 



piątek, 11 listopada 2016

Okładka

Wśród ważnych informacji o triumfie Donalda Trumpa w USA oraz doniesień z obchodów Święta Niepodległości, jest duże ryzyko, że ta wiadomość nie przebije się wcale do Was. Jednak ryzykujmy! Oto okładka, książka wkrótce. Niebawem też informacje o pierwszych spotkaniach, na których książka pojawi się jako gość specjalny-;) Już teraz bardzo dziękuję Dominice Figurskiej za ciepłe słowo na okładce!!! 

I jak Wam się podoba?



sobota, 29 października 2016

Transakcja

Obiecałem, że napiszę, o czym jest książka. Może najprościej będzie gdy zacytuję opis z okładki:

„Prawnik uznanej kancelarii prawnej otrzymuje do poprowadzenia niecodzienną sprawę. Chodzi o eksploatację bogatych złóż naturalnych odkrytych w Polsce. W tym samym czasie na placówce dyplomatycznej nagle umiera jego stary przyjaciel. Tajemnica tej śmierci niepokojąco zbiega się z prowadzoną transakcją.

Walka o zabezpieczenie interesów Skarbu Państwa i rozwikłanie zagadki śmierci przyjaciela okazuje się nie jedynym frontem zmagań bohatera. Żona, dzieci, radości ale i zmartwienia, w końcu coraz częstsze napięcia spowodowane intensywną pracą. Tymczasem transakcja nabiera tempa, a w kancelarii pojawia się atrakcyjna młoda prawniczka. Czy bohater oprze się jej urokowi?”

Tak, Kochani. Jest to powieść obyczajowa z wątkiem sensacyjnym, w moim przekonaniu przynajmniej. Kilku wydawców widziało to nieco inaczej: thriller prawniczy z wątkami obyczajowymi; inni widzieli tu kryminał, w którym należy koniecznie rozwikłać zagadkę. Nie byłem gotowy zostać polskim Grishamem ani Raymondem Chandlerem. 

Ale dość, autor gadający o swojej książce zbyt wiele, zanim w ogóle ujrzy ona światło dzienne, to może być nie do zniesienia. Co chciał powiedzieć, powinien zawrzeć w treści i formie, na tych swoich kilkuset stronach. Książka napisana odrywa się od swego autora i zaczyna żyć własnym życiem, a każdy czytelnik ma prawo do własnych interpretacji i odczuć. Jeśli są w jakimś zakresie zgodne z zamierzeniami autora, brawo. Jeśli nie, na nic już zdadzą się jego tłumaczenia…

Mam nadzieję, że niebawem będziecie w stanie ocenić sami.


Już zachęcam serdecznie do lektury! Wkrótce…

sobota, 22 października 2016

No, dobra… Dość żartów. Jednak napisałem...



.... tę powieść. A tytuł jej: „Transakcja”.

Cóż powiedzieć? Nie czulibyście się podle, gdyby w szufladzie kurzyło się pokłosie Waszego potu, łez i krwi wylanych w słoneczne wakacje 2012? Nie byłem w stanie wykrzesać energii, aby do tego siąść i skończyć przez pierwsze miesiące nowej przygody zawodowej. Miesiące, które stały się latami. Energia, chęć. Nawet nie czas. A czasu przecież też nie było. Jednak po dwóch latach coś we mnie pękło, coś się zaczęło. Szkoda było zmarnować tyle zainwestowanego w to czasu… Więc: przerwy świąteczne, szczególnie te bożonarodzeniowo-noworoczne, fantastyczne. Święta państwowe, weekendy, wieczory i poranki, ferie a nawet urlop wakacyjny. Dziubdzianie po kilka zdań. Pracując takimi malutkimi zrywami, po godzinie, rzadziej dwie, częściej pół, raz na tydzień, czasem częściej, zazwyczaj rzadziej, musiało to sztukowanie trwać wiele miesięcy. Trwało, trwało i dotrwało do postawienia ostatniej kropki i wystukania magicznych liter KONIEC.

Ale to nie był koniec. To był dopiero początek! Mozolnego redagowania, wycinania (oj szkoda całych sympatycznych partii), dokręcania. Tak aby nadawało się to choć trochę do czytania. Spełniało ten podstawowy wymóg definicji powieści wg wynalazcy czerwonej skrzynki pocztowej a przy tym arcypłodnego pisarza wiktoriańskiej Anglii Anthony’ego Trollope’a: ma dać się przeczytać. Podobno się daje. Wciągnęli się nawet profesjonalni recenzenci-;) Ja za każdym razem jak zaczynam czytać, to nie mogę przestać. Chociaż sam to przecież napisałem, akcja wciąga mnie nie na żarty, nie mogę się oderwać i jestem ciekawy, jak to się skończy. Dziwne. Czy ja nie jestem czasem przemęczony?

Już serio: dużo trudu mnie kosztowała ta przygoda. Sam zastanawiam się, jak to możliwe, że się udało. Nie będę Was tu zadręczał opowieściami o kuchni, o kulisach. Czy kogoś interesuje jak wygląda produkcja parówek, kiełbasy albo salcesonu? Wizyta w masarni może być ryzykowna.
Czy było warto? Może niebawem będziecie mogli sami ocenić.

Po długich bojach książka za chwilę popłynie do drukarni. Okładka podoba się tym, którzy ją widzieli. Mi bardzo. Niebawem sami zobaczycie. Liczę na Waszą przychylność!

Ale zanim to nastąpiło… Ech, długo by opowiadać. Wydanie powieści przez debiutanta, takiego już niemłodego, nienaiwnego, który pięćdziesięciu książek pewnie nie zdoła napisać, a jeszcze w dodatku zna się trochę na prawie i czyta ze zrozumieniem umowy wydawnicze – nie jest łatwe. Tzn. może być łatwe ale na jakich warunkach (!?). Niewolnictwo zostało zniesione, zresztą w Polsce nigdy nie istniało. Może przesadzam? Zapewne. Prawda jest bowiem taka, że wydawanie debiutantów jest niezwykle ryzykowne. Skoro już wydawnictwo pompuje środki w takiego delikwenta, drukuje go i gdzieś tam promuje nazwisko, to chciałoby mieć wszystkie prawa do jego utworu, a jeśli już zgodzi się mieć tylko licencję, to przynajmniej wyłączną i na długie lata. Ponadto skoro już jego nazwisko pojawia się w jakimś katalogu, etc. to dobrze by było, aby przynajmniej kropnął małą serię, powiedzmy trzech książek. I nie uciekł do konkurencji. Jeśli już napisał, to aby to był określony gatunek, żeby było jasne, że to kryminał albo romans. Żeby biedny księgarz wiedział na jakiej półce to coś ustawić, aby udało się upchnąć wszelkimi kanałami ten skromny nakład.

Tak, mam jeszcze wiele podobnych, ciekawych, „przełomowych” obserwacji. Z chętnymi mogę podzielić się przy jakiejś okazji, innych nie będę dłużej zanudzał-;)

W każdym razie, w związku z tym, że dla mnie to raczej przygoda, a nie wchodzenie w zawód przez młodego adepta, dla którego wysyłanie drżącą ręką rękopisu powieści do wydawców jest jak wysyłanie cv z listem motywacyjnym przez kończącego studia studenta prawa do kancelarii prawnych, mogłem pozwolić sobie na odrobinę luzu. A właściwie na pełen luz. Sam fakt, że wysławszy jako człowiek z ulicy swój rękopis, otrzymałem z kliku poważnych miejsc projekty umów, poczytuję sobie za miłe zaskoczenie. Ale dość tych nudziarstw!

To co ważne: pomysł na popularność (lub jej brak↓) tej książki jest na wskroś nowoczesny, a z drugiej strony odwieczny i tradycyjny - jeśli z jakiegokolwiek powodu będzie się komuś podobała, nawet jeśli nie cała, może tylko w jakimś aspekcie (też chętnie taką ocenę przyjmę-;)), bardzo proszę polecajcie, zachęcajcie, rodzinę, przyjaciół, znajomych do przeczytania, podzielcie się opinią na fejsbuku albo w autobusie, strzelcie uwagą na party albo domówce, kupcie na prezent przyjaciołom, wujkowi Zenkowi czy studiującemu prawo kuzynowi z Wąbrzeźna. Gdy jakiś fragment utkwił Wam w głowie, spontanicznie wyraźcie swoje uznanie do koleżanki pracującej po drugiej stronie biurka, która właśnie w chwili relaksu oderwała się od zajmujących arkuszy kalkulacyjnych i spogląda w zalane deszczem okno. Wreszcie - wracając z biura, fabryki czy szkoły, wyciągnijcie swój egzemplarz i demonstracyjnie czytajcie w tramwaju, pociągu, pekaesie. Gdy czekacie na przyjaciółkę lub szwagra w kawiarni, tam szczególnie czytajcie. Nie, nie musicie nawet czytać, po prostu połóżcie przed sobą na stoliku obok pysznej latte z cynamonem. A jeśli jesteś Drogi Przyszły Czytelniku, nie do końca pewnym siebie młodzieńcem, z jeszcze nieustabilizowanym zarostem i wizją przyszłości, wtedy weź książkę mą tym bardziej do swojego plecaka i wyciągaj gdzie tylko możesz. Wróble ćwierkają, że czytanie Transakcji w miejscach publicznych będzie najbardziej innowacyjnym pomysłem tego sezonu na pozyskiwanie sympatycznego towarzystwa płci przeciwnej. I ma to działać w obie strony. Chłopak widzący dziewczynę czytającą Transakcję od razu obdarzy ją spojrzeniem George’a Clooney’a a dziewczyna napotykając zagłębionego w lekturę młodzieńca, obdarzy go jednym z najlepszych uśmiechów ze swojego podręcznego zestawu. Podobno ten mechanizm będzie działać od poziomu liceum wzwyż. Kto wie, w jak sympatyczną relację może przerodzić się taka nić sympatii? „Połączyła nas Transakcja” – jakieś świadectwo tego rodzaju byłoby akurat na drugie wydanie.

Jeśli natomiast nie spodoba Wam się Drodzy Przyszli Czytelnicy, proszę, przemilczcie w wielkim stylu. Pamiętajmy gdy mowa jest srebrem to milczenie złotem. Milczeć z fasonem, milczeć modnie, milczeć w sposób wiele mówiący. To jest dopiero sztuka. Gdy spotkamy się przypadkiem, a ja będę niósł akurat kilka egzemplarzy pod pachą na spotkanie autorskie w zapomnianej przez Boga i ludzi wiejskiej bibliotece, znacząco odwróćcie głowę w przeciwną stronę dając do zrozumienia jak istotne jest abyście dostrzegli właśnie przejeżdżający samochód albo fantazyjnie ułożony obłok na jesiennym niebie. Gdy wzrok Wasz padnie na trzymane kurczowo pod pachą zawiniątko, a ja już, już zacznę wyjaśniać, co, kto, dlaczego, skąd i gdzie – Wy z godnością wycedzicie: „Tak, to bardzo interesujące, ale wybacz, śpieszę się”. I rzucicie pogardliwym wzrokiem na okładkę dzierżoną w mym ręku. Trudno. Takie jest życie. Sam jestem świadom, że to nie szczyt moich możliwości, więc jakoś tam pocieszę się w duchu. Poza tym zawodowo zajmuję się przecież inną działalnością niż nicowaniem wyrazów w zdania, a zdań w fikcję literacką. To taka przygoda tylko, więc jakoś to przełknę. Zrozumiem.

Zatem zdaję się w pełni na Czytelników! Ludzi rozumnych, życzliwych, kulturalnych, o szerokich horyzontach myślowych. Osoby wrażliwe, ciekawe świata, zadające sobie pytania, chcące ŻYĆ, żyć pełnią życia, żyć intensywnie, żyć z innymi, odnajdujących przyjemność w relacjach z drugim, w codziennych czynnościach, lecz jednocześnie nie pogardzających przygodą i odkrywaniem nieznanego. Liczę na Was!

No dobrze.

A teraz najważniejsze: o czym ta książka w ogóle jest?


Ale o tym - w następnym wpisie!

poniedziałek, 17 października 2016

Jak nie napisałem powieści

Po raz pierwszy w życiu dorosłym miałem być kilka miesięcy na urlopie. Taki zakaz konkurencji, gdy zmieniasz pracę. Poranki bez pośpiesznego rannego parzenia sobie ust gorącą kawą w biegu do samochodu, bez nerwowego wiązania krawata i dopinania guzików białej koszuli. Bez dni pędzących, zamkniętych w biurze, ze sprawami nie cierpiącymi zwłoki, z klientami bez litości toczącymi ostatnie krople twojej krwi, lecz nie fatygującymi się, aby płacić hojnie za twój cenny czas. Perspektywa wolnych tygodni wyglądała niezwykle kusząco.

Wreszcie, wreszcie będę mógł zrealizować nigdy niezrealizowane plany, wyjść naprzeciw marzeniom. Czas, całe mnóstwo czasu. Niewyobrażalne!

Dosyć szybko okazało się, że tak łatwo nie będzie. Po pierwsze przerwa skurczyła się do raptem dwóch i pół miesiąca, a były to miesiące wakacyjne. Mąż w domu, koniec roku szkolnego, wspaniała okazja aby wreszcie zaznał tej radości: zawożenia, przywożenia i rozwożenia dzieci do szkoły, ze szkoły i po szkole, na wszelkie możliwe zajęcia. Szybko też przekonałem się, jak wiele rzeczy potrzeba do normalnego funkcjonowania mojej rodziny, począwszy od zakupów spożywczych na bazarku po bardziej rozbudowane w supermarkecie, ile drobnych napraw czekało na mnie, ile porządków w garażu i licznych szufladach. Po drugie, przygotowanie do wyjazdów wakacyjnych: obozy, zwijanie harcerskich namiotów i sprzętu, dowóz, przywóz – no jak miałem odmówić? Należało też zaplanować rodzinne wakacje, niepowtarzalna okazja na dłuższy niż zwykle urlop. A potem przygotowania do rozpoczęcia roku szkolnego, no i mojego nowego wyzwania zawodowego.

Mimo to zostało przecież trochę czasu a kolejna okazja na realizację nadzwyczajnych planów mogła szybko się nie przydarzyć. Stworzenie think tanku, organizacji non-profit realizującej cele różne, społecznie użyteczne – świetnie, ale w wakacje? Trzeba by odbyć dziesiątki spotkań, wypić wiele kaw, wyłuskać entuzjastów, zachęcić opornych malkontentów zwanych realistami. Nie, jednak nie wykrzesałbym na to sił. To może wyjazd do Stanów? Na jakiś kurs prawniczy lub biznesowy, poznać ludzi, zanurzyć się w angielską paplaninę, a przy okazji, albo nie przy okazji, może rzucić te kursy doszkalające, jechać, zwiedzić zachodnie wybrzeże, parki narodowe, wielki kanion a potem dajmy na to do San Diego albo przerzut na wschodnie wybrzeże do Miami. Tak, to mogło być kuszące. Ale jak to? Sam, bez dzieci, bez żony, w wakacje? Nie, nie wchodziło w rachubę. Nie ten moment, nie ta dziesięciolatka życia. Po zastanowieniu, nawet nie miałbym ochoty. A i żadnej motywacji, aby samemu coś zwiedzać. A ze wszystkimi? No, kredytów to mieliśmy dosyć.

Tak, to miał być czas i jedyna szansa na realizację odwiecznego marzenia… Napisać powieść! Taką, jakiej od wielu lat nie mogłem znaleźć na rynku wydawniczym, łapczywie rzucając się na każdą próbę jej stworzenia. Czekałem na książkę, w której mógłbym odnaleźć rzeczywistość, w której żyję, realia pracy prawnika w dużej kancelarii, rodzica z wysiłkiem godzącego pracę z życiem rodzinnym, dylematy ludzi goniących w piętkę. Ale z drugiej strony bez tanich chwytów w postaci kumulowania wszelkiego zła tego świata na ostatnich piętrach wysokościowców zajmowanych przez biura wielkich korporacji. A zatem prawnik, intryga, miłość, treść.

Teraz albo nigdy! Nie miałem wątpliwości, to ostatni moment, aby coś takiego napisać. Aby cokolwiek napisać. Dlaczego? Paliwo zaczęło się wyczerpywać, byłem już dostatecznie okrzepnięty w dorosłości, w pracy prawniczej, transakcyjnej i te pomysły, stan emocjonalny i klimat, które chciałem oddać w powieści, człowieka osaczonego przez okoliczności, któremu trudno godzić pracę i rodzinę, małe dzieci, etc., wydawał mi się coraz trudniejszy do odtworzenia. Pragnienie napisania o tym, pragnienie kołaczące się w głowie od lat, powoli ustępowało, stawało się kolejnym niespełnionym snem. To, o czym chciałem napisać, coraz mniej mnie męczyło, a przecież literatura musi rodzić się z jakiegoś bólu istnienia, musi być rozrywaniem trzewi.

Decyzja: piszę. Zaopatrzony w laptopa i gruby notes przekroczyłem progi BUW-u. Po wielu latach, gdyż niegdyś uczyłem się tam intensywnie do egzaminu radcowskiego. Musiałem wyrobić sobie najpierw kartę wejściową. Po tych perturbacjach w końcu zaszyłem się w jakimś odległym kącie, odpaliłem sprzęt i … Uznałem, że mam w głowie ledwie zarys pomysłu, że to kupy się nie trzyma. Wyjąłem zeszyt i gapiłem się w pustą kartkę papieru, odrywając od niej wzrok tylko po to aby następnie gapić się w sufit lub szarą ścianę. I tak upłynął dzień, wieczór i poranek, pierwszy, drugi i trzeci. Nie napisałem prawie nic, za to ułożyłem sobie wszystko w głowie. Hm, za dużo powiedziane. Mniej więcej. Bez wielu szczegółów, czy meandrów akcji, które pojawiły się spontanicznie później w trakcie pisania. Jednak wiedziałem już, czego się trzymać. A wtedy jest już z górki, jedynie żmudna, wyczerpująca praca. Często nudziło mnie rozwijanie akcji i tworzenie koniecznych dialogów, wtedy przeskakiwałem, pisząc epizody, które miały nastąpić w dalszej części książki. Przy niektórych nawet dobrze się bawiłem.

Jednak w dużej mierze była to orka na ugorze. Prawdziwy pisarz siada do pisania, dajmy na to, o godzinie dziewiątej zaopatrzony w dzbanek herbaty i kawy i w ciszy pisze, powiedzmy, do drugiej. Potem je obiad, spokojnie pije kawę, spaceruje, następnie oddaje się lekturze, by po takiej przerwie znowu zasiąść za biurkiem i przez kolejne dwie-trzy godziny wyrobić dzienną normę znaków. Kolejny rozdział powieści. A ja, cóż. Miałem kilka takich dni. W czytelni. Bo w domu nie dało się. Zaraz zaczęły się wakacje a z nimi straszne zamieszanie w domu i zagrodzie. Jadę zatem do tego BUW-u, a tam ogłoszenie: w wakacje otwarte od czternastej. Zirytowany szukam lokalu. Czuły barbarzyńca, może być (a’propos właśnie zniknął z Powiśla, czyżby zbankrutował?). Zapadam się w fotel, wygodnie ale rozleniwiająco, zamawiam kawę, sączę. Spoglądam a to na młodą matkę z bliźniakami, które demolują półkę z książkami, a to na młodzieńca w garniturze. Co on tu robi? Zwiał z jakiegoś biura? Cały czas skroluje dwie komórki. Ciężko się skupić, moje pensum znaków do czternastej nie jest imponujące.

Następnego dnia postanawiam pisać w domu. Zamykam się w sypialni na piętrze, bo wszędzie indziej panuje nieprawdopodobny harmider i zamieszanie. Ciągle ktoś coś ode mnie chce, chce się ze mną bawić, grać, kopać piłkę. Niezliczone propozycje. Jestem tu popularny. Przez pierwszą godzinę idzie nie najgorzej. Potem słabiej, właśnie zaczęły się upały. Sypialnia okno ma od południa. Co za absurd, taki upał, za jakie grzechy mam tu piec się. Zatrzaskuję laptopa. Idziemy na basen z młodymi.

Gdzie ja nie pisałem, gdzie nie próbowałem znaleźć wyższej efektywności? W Kinokawiarni Falenica wytrzymałem jeden dzień, stukot co chwila przejeżdżających pociągów jednak był drażniący. U kolegi w pracy, w suterenie z małym okienkiem na poziomie ziemi. Mało nie nabawiłem się reumatyzmu. Na urlopie, wstając wcześnie rano przed wszystkimi, nieraz i o piątej. W pociągu, w samolocie, nawet w samochodzie. Podczas oglądania meczu i filmów z rodziną (przydałaby się jednak podświetlana klawiatura-;)). Czasami szło zadowalająco, dużo częściej z wysiłkiem przypominającym przerzucanie worków kartofli na targu albo tony węgla do piwnicy.

Żeby choć użyć jakichś wspomagaczy. Wypalać paczkę za paczką cienkich Gaulloissów albo męskich Cameli, wypijać butelkę za butelką Bordeaux lub Chianti (używając kieliszka, spokojnie sączyć, nie mówimy o literaturze radzieckiej), wpaść w jakiś trans twórczy i pisać do białego rana a może bez przerwy całą dobę. Żadnych szans! Przecież cały czas byłem ojcem, statecznym, robiącym zakupy i koszącym trawę w ogrodzie. Nie dało rady strugać Hemingwaya.

Niestety, po lipcu nastąpił sierpień, a po nim błyskawicznie pojawił się wrzesień. A z nim nowy challenge zawodowy! Powieść nie została ukończona, zabrakło dobrego miesiąca. Trafiła do szuflady. Ostatecznie myślę, że szkoda.

W pewnym momencie życia człowiek uświadamia sobie, że cenny jest nie tylko czas, który ucieka w każdej chwili, ale również energia. Spalamy się, życie nas pochłania i przepuszcza jak przez maszynkę do mięsa…

sobota, 15 października 2016

Niezwykłe dwudziestolecie


Ciężko w to uwierzyć, zaczęliśmy z Ewą dwudziesty wspólny małżeński rok. Poważna cyfra, oddziałuje na wyobraźnię. Początki, jakby to było wczoraj. Jak to możliwe? Czy to nie pomyłka matematyczna? Patrzę w kalendarz, niedowierzam. A jednak… I trochę się w tym czasie przecież wydarzyło. Wiele chwil niesamowitych i całkiem zwyczajnych. Pojawili się na świecie wspaniali młodzi ludzie, przypadkiem niosący w spadku nasz materiał genetyczny.

Gdy kończyłem trzydziestkę, miałem turbodoładowanie energii, kilka miesięcy na dodatkowym paliwie, praca paliła się w rękach, głowa kipiała od pomysłów. Dziesiątka ślubu też zostawiła miłe wspomnienie. Impreza z zaskakującym programem artystycznym, oględnie mówiąc. Na czterdziestkę pojedynek trzech bardów, też działo się, ech. A teraz? Taka okrągła rocznica, a my nic? Całą energię ma pochłaniać nam zwyczajne życie, praca, rodzina, obowiązki? Wysysać z nas witalność, męczyć i smagać jak jesienny wiatr?

Nie! Nie poddamy się, nie damy porwać prądowi rzeki. „Life’s what you make it”, jak śpiewał Mark Hollis. Postanowiliśmy zatem okolicznościom powiedzieć stanowcze „nie”. Taka cyfra, i co, mamy spokojnie, obojętnie przejść mimo? Nie zauważyć, strzelić jakąś małą imprezkę i już? Załatwione, odfajkowane. Czy nas to nie dziwi, że dwoje osób, tak rożnych, odrębnych, jedna z tych osób jest mężczyzną a druga kobietą, chłopakiem i dziewczyną bardziej wtedy, on poważny, ona wesolutka, postanawia żyć razem? I nie mają bladego pojęcia o życiu, a ich wyobrażenie o tym, jak to jest np. mieć dzieci jest, hm, całkowicie naiwne. Lecz mimo wielu zaskoczeń, całkiem są z tego wszystkiego zadowoleni. I to trwa, i zmienia się a jednocześnie jest niezmienne. On weseleje, ona poważnieje, ona pięknieje, on …. Oj, bylibyśmy, bylibyśmy.... małoduszni, pozbawieni wyobraźni, beznadziejni po prostu..

Dlatego ogłosiliśmy sobie rok jubileuszowy. Rok, nie dzień, nie miesiąc, kwartał nawet nie, rok! Co, nie można? Taki malutki, dla własnego prywatnego, rodzinnego a głównie małżeńskiego użytku. Po cichutku, bez fanfar. Podczas dziewiętnastki, uczczonej zwyczajnie, jak śpiewał nieodżałowany Eugeniusz Bodo, „kino, cukiernia i spacer w księżycową jasną noc”, i do tego o dziewiątej, choć prawdę mówiąc to kina nie było. Ale wszystko poza tym jak trzeba i jeszcze zgrabny bukiecik.

Nie jeden dzień świętowania ale cały rok. Nie jedna impreza ale dwadzieścia imprez na dwudziestolecie. Nie, nie wszystkie będą z parkietem na dwieście par i kapelą, a może nawet żadna. Dwadzieścia wydarzeń, które nam przyjdą do głowy, a na które znajdziemy intelektualne paliwo, duchową amunicję i końskie zdrowie. Ponadto dwadzieścia wyjazdów, dwadzieścia romantycznych kolacji, dwadzieścia wyjść do teatru, dwadzieścia seansów kinowych, dwadzieścia koncertów, dwadzieścia spotkanek z przyjaciółmi starymi i nowymi, których chcemy jeszcze poznać. I w końcu...

...dwadzieścia sekretów! Dwadzieścia sekretów, które ujawnimy w trakcie tego roku. Dwadzieścia kamieni węgielnych, filarów i zaczynów tego niezwykłego czasu. Zaskakujących odkryć, które nas zaintrygowały, prawd, które okazały się genialne, choć wcale na takie nie wyglądały. Niezwykłe przedmioty, niepokojące tezy, odważne postanowienia..... Tajemnice, które chcemy ujawnić, którymi chcemy się podzielić.

Kogo może to interesować? Nie mam pojęcia, zobaczymy. Piszemy list, wrzucamy go do butelki, naprawdę nie wiem, kto, gdzie i kiedy go wyłowi. Głupio natomiast tak samemu sobie chodzić we dwoje te dwadzieścia razy na kolacje, do kina, na koncerty i jeszcze mieć z tego radochę. A społeczeństwo? Społeczeństwo - co z tego będzie miało? Mamy wrzucać selfie z kolacji na fejsbuka?

Dlatego całkiem niebawem zapraszamy serdecznie na:

niezwykledwudziestolecie.blogspot.com

i

https://www.facebook.com/Niezwyk%C5%82e-dwudziestolecie-166348017155637/

Zapraszamy!


A w ten weekend na tym blogu (to chyba kolejna reaktywacja, ja nie mogę) przełomowe wyznanie. Z innej beczki, niespodziewane, elektryzujące. Przybywajcie, otwierajcie, czytajcie, przesyłajcie dalej!

środa, 3 sierpnia 2016

Raj, nie wakacje


Wiecie o jakich wakacjach marzę? Chyba nie zgadniecie. Od razu mówię, że nie będzie to wyjazd na żadną wyspę aby prażyć się w słońcu i nic nie robić, przepychać się pomiędzy skąpo odzianymi ciałami do posiłków w jakimś wielkim hotelu dla Polaków i Rosjan na Krecie czy Wyspach Kanaryjskich. Nic z tych rzeczy.

Czytam z doskoku rożne pamiętniki kresowe i myślę sobie, że kilka tygodni w jakimś szlacheckim dworku to byłoby to. W miłym gronie domowników i gości, wśród których na pewno byłby jakiś ekscentryczny wuj, który odwiedził dalekie kraje i czasami snuje wieczorami wciągające opowieści, co do których prawdziwości można by stawiać znaki zapytania, pykając przy tym fajkę nabitą orientalnym tytoniem. Dworek położony jest pośród pól, słychać uporczywe cykanie świerszczy i intensywny śpiew ptaków. W niedalekiej odległości od lasu, prawdziwego starego boru, malowniczego, pełnego grzybów i jagód, w którym czymś naturalnym jest spotkanie z jeleniem, sarną lub innym zwierzem. Że pachnie to wszystko „Panem Tadeuszem”? Dokładnie tak, o taki sielankowy klimat by chodziło. Jeszcze gniazdo bocianów na kominie starego budynku gospodarskiego, a wieczorem rechot żab dochodzący z leżącego za dworkiem stawu czy jeziora. Jeśli stawu to na tyle dużego, że jest tam pomost, można się kąpać, nawet skakać na główkę. Na wodzie rosną oczywiście lilie wodne, takie jak w „Nocach i dniach”, które podrywacz w białym garniturze masowo zrywa brodząc w wodzie po szyję, a przy pomoście cumuje łódź z dwoma wiosłami. Tak, tak, romantyczna przejażdżka przy zachodzie słońca, o to by też chodziło. Jednocześnie nieco na prawo od pomostu zejście do wody wśród trzcin, a tam do konara wielkiego drzewa przymocowana jest lina, doskonała do skoków. Cała dzieciarnia uwielbia to miejsce.

Jeśli o dzieciarnię dalej idzie, to moc atrakcji wynikających z obcowania z naturą i ludźmi wraz z ich zawodowymi zajęciami, zapewnia pełen spokój rodzicom. Gdy dzieci wchłaniają atrakcje, rodzice oddają się zachłannej lekturze uwieszeni w hamakach, rozłożeni w leżakach, rozparci w wiklinowych fotelach na tarasie sącząc świeżą lemoniadę. Nie ma much, mrówek i innego paskudztwa. Dzieci nie są znudzone, nie tęsknią do ekranów, klawiatur i wirtualnego świata, wciągnął je wir świata rzeczywistego.


Jazda konna. Myślę, że byłaby to ciekawa opcja. Dla chętnych. Dla wszystkich natomiast rowery i wycieczki w okolicę, obfitującą w intrygujące miejsca. Może to być stary młyn, ruiny zamku, gdzie straszy, leśniczówka, w której tworzył znany poeta, kamieniołom, bunkier, stara kopalnia soli albo urwisty wysoki brzeg rzeki, po której pływają statki, pasażerskie i barki przewożące towary, ale zdarzają się też zapaleńcy płynący tratwą aż do Bałtyku. Pokrzykiwania z brzegu, a potem rozmowa z zapaleńcami i wizyta na tratwie jest najważniejszą opowieścią dnia, rozbrzmiewającą podczas kolacji na tarasie (pamiętajmy: cały czas cykają świerszcze, kumkają żaby w oddali, nie ma oczywiście komarów). A kolacja jest wyborna, może to być kaczka z własnego chowu albo ustrzelona na polowaniu, może być coś innego, ważne że dobrze przyrządzona i dużo warzyw i owoców. Prawdziwych, pachnących, teraz zwanych ekologicznymi, a kiedyś po prostu warzyw i owoców.

Każdy dzień, mimo że zapowiada się zwyczajnie i spokojnie, niesie ze sobą przygody, zaskakujące spotkania, dziwne historie. Dzieci chłoną to wszystko jak jakiś zaczarowany świat. Wieczorem zasypiają niemalże w chwili kładzenia się do łóżka. Śnią intensywnie.

Nie, to nie jest „Nad Niemnem”, jesteśmy cały czas w 2016 roku, więc wieczorem niektórzy chcą obejrzeć wiadomości w telewizji. Dzieją się rzeczy dobre ale też niestety wiele informacji ze świata może powodować przygnębienie. Normalnie można by obejrzeć jeszcze jakiś film, ale szczerze to nikt nie ma na to ochoty. Biesiadnicy wolą rozmawiać, skrzy się dowcip, śpiewamy, można powiedzieć oddajemy się też grom towarzyskim. Nigdy byśmy nie przypuszczali, że tak dobrze wszyscy przy nich będziemy się bawić.

Aha, pogoda. To ważne. Jest słonecznie i ciepło, deszcz zdarza się ale tylko taki, którego wszyscy wyczekują i jest przyjemnie się nim schłodzić po wielkich upałach. Burza od czasu do czasu przysparza dodatkowych emocji, takich jak podczas powrotu z Brzegów albo czekania na papieża Franciszka przed ostatnim przejazdem na spotkanie z wolontariuszami w Tauron Arenie. Można przemoknąć do suchej nitki w ciągu trzydziestu sekund i jeszcze drzeć się na całe gardło na widok przejeżdżającego czarnego golfa.

Podsumowując, w dworku jest szczęście, sielanka i błogostan. Polska przyroda koi zmysły zmęczone, nerwy postrzępione, myśli strapione.

Że zapytam po przydługim wstępie w końcu: ktoś, coś?