sobota, 15 października 2016

Niezwykłe dwudziestolecie


Ciężko w to uwierzyć, zaczęliśmy z Ewą dwudziesty wspólny małżeński rok. Poważna cyfra, oddziałuje na wyobraźnię. Początki, jakby to było wczoraj. Jak to możliwe? Czy to nie pomyłka matematyczna? Patrzę w kalendarz, niedowierzam. A jednak… I trochę się w tym czasie przecież wydarzyło. Wiele chwil niesamowitych i całkiem zwyczajnych. Pojawili się na świecie wspaniali młodzi ludzie, przypadkiem niosący w spadku nasz materiał genetyczny.

Gdy kończyłem trzydziestkę, miałem turbodoładowanie energii, kilka miesięcy na dodatkowym paliwie, praca paliła się w rękach, głowa kipiała od pomysłów. Dziesiątka ślubu też zostawiła miłe wspomnienie. Impreza z zaskakującym programem artystycznym, oględnie mówiąc. Na czterdziestkę pojedynek trzech bardów, też działo się, ech. A teraz? Taka okrągła rocznica, a my nic? Całą energię ma pochłaniać nam zwyczajne życie, praca, rodzina, obowiązki? Wysysać z nas witalność, męczyć i smagać jak jesienny wiatr?

Nie! Nie poddamy się, nie damy porwać prądowi rzeki. „Life’s what you make it”, jak śpiewał Mark Hollis. Postanowiliśmy zatem okolicznościom powiedzieć stanowcze „nie”. Taka cyfra, i co, mamy spokojnie, obojętnie przejść mimo? Nie zauważyć, strzelić jakąś małą imprezkę i już? Załatwione, odfajkowane. Czy nas to nie dziwi, że dwoje osób, tak rożnych, odrębnych, jedna z tych osób jest mężczyzną a druga kobietą, chłopakiem i dziewczyną bardziej wtedy, on poważny, ona wesolutka, postanawia żyć razem? I nie mają bladego pojęcia o życiu, a ich wyobrażenie o tym, jak to jest np. mieć dzieci jest, hm, całkowicie naiwne. Lecz mimo wielu zaskoczeń, całkiem są z tego wszystkiego zadowoleni. I to trwa, i zmienia się a jednocześnie jest niezmienne. On weseleje, ona poważnieje, ona pięknieje, on …. Oj, bylibyśmy, bylibyśmy.... małoduszni, pozbawieni wyobraźni, beznadziejni po prostu..

Dlatego ogłosiliśmy sobie rok jubileuszowy. Rok, nie dzień, nie miesiąc, kwartał nawet nie, rok! Co, nie można? Taki malutki, dla własnego prywatnego, rodzinnego a głównie małżeńskiego użytku. Po cichutku, bez fanfar. Podczas dziewiętnastki, uczczonej zwyczajnie, jak śpiewał nieodżałowany Eugeniusz Bodo, „kino, cukiernia i spacer w księżycową jasną noc”, i do tego o dziewiątej, choć prawdę mówiąc to kina nie było. Ale wszystko poza tym jak trzeba i jeszcze zgrabny bukiecik.

Nie jeden dzień świętowania ale cały rok. Nie jedna impreza ale dwadzieścia imprez na dwudziestolecie. Nie, nie wszystkie będą z parkietem na dwieście par i kapelą, a może nawet żadna. Dwadzieścia wydarzeń, które nam przyjdą do głowy, a na które znajdziemy intelektualne paliwo, duchową amunicję i końskie zdrowie. Ponadto dwadzieścia wyjazdów, dwadzieścia romantycznych kolacji, dwadzieścia wyjść do teatru, dwadzieścia seansów kinowych, dwadzieścia koncertów, dwadzieścia spotkanek z przyjaciółmi starymi i nowymi, których chcemy jeszcze poznać. I w końcu...

...dwadzieścia sekretów! Dwadzieścia sekretów, które ujawnimy w trakcie tego roku. Dwadzieścia kamieni węgielnych, filarów i zaczynów tego niezwykłego czasu. Zaskakujących odkryć, które nas zaintrygowały, prawd, które okazały się genialne, choć wcale na takie nie wyglądały. Niezwykłe przedmioty, niepokojące tezy, odważne postanowienia..... Tajemnice, które chcemy ujawnić, którymi chcemy się podzielić.

Kogo może to interesować? Nie mam pojęcia, zobaczymy. Piszemy list, wrzucamy go do butelki, naprawdę nie wiem, kto, gdzie i kiedy go wyłowi. Głupio natomiast tak samemu sobie chodzić we dwoje te dwadzieścia razy na kolacje, do kina, na koncerty i jeszcze mieć z tego radochę. A społeczeństwo? Społeczeństwo - co z tego będzie miało? Mamy wrzucać selfie z kolacji na fejsbuka?

Dlatego całkiem niebawem zapraszamy serdecznie na:

niezwykledwudziestolecie.blogspot.com

i

https://www.facebook.com/Niezwyk%C5%82e-dwudziestolecie-166348017155637/

Zapraszamy!


A w ten weekend na tym blogu (to chyba kolejna reaktywacja, ja nie mogę) przełomowe wyznanie. Z innej beczki, niespodziewane, elektryzujące. Przybywajcie, otwierajcie, czytajcie, przesyłajcie dalej!

środa, 3 sierpnia 2016

Raj, nie wakacje


Wiecie o jakich wakacjach marzę? Chyba nie zgadniecie. Od razu mówię, że nie będzie to wyjazd na żadną wyspę aby prażyć się w słońcu i nic nie robić, przepychać się pomiędzy skąpo odzianymi ciałami do posiłków w jakimś wielkim hotelu dla Polaków i Rosjan na Krecie czy Wyspach Kanaryjskich. Nic z tych rzeczy.

Czytam z doskoku rożne pamiętniki kresowe i myślę sobie, że kilka tygodni w jakimś szlacheckim dworku to byłoby to. W miłym gronie domowników i gości, wśród których na pewno byłby jakiś ekscentryczny wuj, który odwiedził dalekie kraje i czasami snuje wieczorami wciągające opowieści, co do których prawdziwości można by stawiać znaki zapytania, pykając przy tym fajkę nabitą orientalnym tytoniem. Dworek położony jest pośród pól, słychać uporczywe cykanie świerszczy i intensywny śpiew ptaków. W niedalekiej odległości od lasu, prawdziwego starego boru, malowniczego, pełnego grzybów i jagód, w którym czymś naturalnym jest spotkanie z jeleniem, sarną lub innym zwierzem. Że pachnie to wszystko „Panem Tadeuszem”? Dokładnie tak, o taki sielankowy klimat by chodziło. Jeszcze gniazdo bocianów na kominie starego budynku gospodarskiego, a wieczorem rechot żab dochodzący z leżącego za dworkiem stawu czy jeziora. Jeśli stawu to na tyle dużego, że jest tam pomost, można się kąpać, nawet skakać na główkę. Na wodzie rosną oczywiście lilie wodne, takie jak w „Nocach i dniach”, które podrywacz w białym garniturze masowo zrywa brodząc w wodzie po szyję, a przy pomoście cumuje łódź z dwoma wiosłami. Tak, tak, romantyczna przejażdżka przy zachodzie słońca, o to by też chodziło. Jednocześnie nieco na prawo od pomostu zejście do wody wśród trzcin, a tam do konara wielkiego drzewa przymocowana jest lina, doskonała do skoków. Cała dzieciarnia uwielbia to miejsce.

Jeśli o dzieciarnię dalej idzie, to moc atrakcji wynikających z obcowania z naturą i ludźmi wraz z ich zawodowymi zajęciami, zapewnia pełen spokój rodzicom. Gdy dzieci wchłaniają atrakcje, rodzice oddają się zachłannej lekturze uwieszeni w hamakach, rozłożeni w leżakach, rozparci w wiklinowych fotelach na tarasie sącząc świeżą lemoniadę. Nie ma much, mrówek i innego paskudztwa. Dzieci nie są znudzone, nie tęsknią do ekranów, klawiatur i wirtualnego świata, wciągnął je wir świata rzeczywistego.


Jazda konna. Myślę, że byłaby to ciekawa opcja. Dla chętnych. Dla wszystkich natomiast rowery i wycieczki w okolicę, obfitującą w intrygujące miejsca. Może to być stary młyn, ruiny zamku, gdzie straszy, leśniczówka, w której tworzył znany poeta, kamieniołom, bunkier, stara kopalnia soli albo urwisty wysoki brzeg rzeki, po której pływają statki, pasażerskie i barki przewożące towary, ale zdarzają się też zapaleńcy płynący tratwą aż do Bałtyku. Pokrzykiwania z brzegu, a potem rozmowa z zapaleńcami i wizyta na tratwie jest najważniejszą opowieścią dnia, rozbrzmiewającą podczas kolacji na tarasie (pamiętajmy: cały czas cykają świerszcze, kumkają żaby w oddali, nie ma oczywiście komarów). A kolacja jest wyborna, może to być kaczka z własnego chowu albo ustrzelona na polowaniu, może być coś innego, ważne że dobrze przyrządzona i dużo warzyw i owoców. Prawdziwych, pachnących, teraz zwanych ekologicznymi, a kiedyś po prostu warzyw i owoców.

Każdy dzień, mimo że zapowiada się zwyczajnie i spokojnie, niesie ze sobą przygody, zaskakujące spotkania, dziwne historie. Dzieci chłoną to wszystko jak jakiś zaczarowany świat. Wieczorem zasypiają niemalże w chwili kładzenia się do łóżka. Śnią intensywnie.

Nie, to nie jest „Nad Niemnem”, jesteśmy cały czas w 2016 roku, więc wieczorem niektórzy chcą obejrzeć wiadomości w telewizji. Dzieją się rzeczy dobre ale też niestety wiele informacji ze świata może powodować przygnębienie. Normalnie można by obejrzeć jeszcze jakiś film, ale szczerze to nikt nie ma na to ochoty. Biesiadnicy wolą rozmawiać, skrzy się dowcip, śpiewamy, można powiedzieć oddajemy się też grom towarzyskim. Nigdy byśmy nie przypuszczali, że tak dobrze wszyscy przy nich będziemy się bawić.

Aha, pogoda. To ważne. Jest słonecznie i ciepło, deszcz zdarza się ale tylko taki, którego wszyscy wyczekują i jest przyjemnie się nim schłodzić po wielkich upałach. Burza od czasu do czasu przysparza dodatkowych emocji, takich jak podczas powrotu z Brzegów albo czekania na papieża Franciszka przed ostatnim przejazdem na spotkanie z wolontariuszami w Tauron Arenie. Można przemoknąć do suchej nitki w ciągu trzydziestu sekund i jeszcze drzeć się na całe gardło na widok przejeżdżającego czarnego golfa.

Podsumowując, w dworku jest szczęście, sielanka i błogostan. Polska przyroda koi zmysły zmęczone, nerwy postrzępione, myśli strapione.

Że zapytam po przydługim wstępie w końcu: ktoś, coś?

niedziela, 26 czerwca 2016

Skauci Europy szkołą patriotyzmu

Dwie wiosenne wielkie imprezy Skautów Europy: Harce Majowe zarówno u Harcerek, jak i u Harcerzy, nie mogło być inaczej, oparte o fabułę i dziejące się wokół rocznicy Chrztu Polski. Wielkie inscenizacje z Mieszkiem i Dobrawą, a nawet biskupem Jordanem przypływającym łodzią. Chłopcy odnawiający przyrzeczenia chrztu z polaniem głów wodą, zadania, gry i ogniska związane z tą najważniejszą historyczną datą w historii Polski. Bez chrztu Mieszka wszystko wyglądałoby inaczej, bylibyśmy kimś innym albo nie byłoby nas wcale. Dzięki tej ważnej decyzji dawnego władcy zaczęła się Polska, zaczęła się na serio jako część cywilizacji łacińskiej, kultury chrześcijańskiej. Jako młodszy od innych brat, uczeń, który szybko stał się prymusem, bardziej przejętym nową ideą niż starzy wyjadacze w ostatnich ławkach.
Zagadnienie patriotyzmu pozostaje czy może staje się jeszcze bardziej ważne w tym czasie z jednej strony zmian w Polsce, z drugiej wielkiego niepokoju w Europie i w świecie. Jakiś czas temu mieliśmy przyjemność w kilka osób wystąpić na falach radiowych w audycji pt. „Skauci Europy szkołą patriotyzmu”. Mówiliśmy tam, jak być powinno, jak być może i jak, mamy nadzieję, najczęściej jest z patriotyzmem w jednostkach Skautów Europy.
Zanim napiszę jakiś długaśny tekst na ten temat, poniżej kilka myśli, które nie roszczą pretensji do wyczerpania choć w części tematu. Nie jest to też w żadnej mierze stanowisko oficjalne czy ex cathedra. Może niektóre z poniższych refleksji i dla Was okażą się odkrywcze, tak jak stały się dla mnie, gdy po raz kolejny sięgnąłem do tekstów fundamentalnych, do ceremoniału i do własnej pamięci.
Pierwsza sprawa – skauting także w tej misji, wychowania patriotycznego, może być tylko komplementarny wobec rodziny, wobec tego, co rodzice przekazują w domu. Podobnie tak jak komplementarna powinna być szkoła i każda inna instytucja. Można właściwie powiedzieć, że w nauce patriotyzmu skauting jest też komplementarny do szkoły, bo to w szkole przecież poznaje się najważniejsze dzieła polskiej literatury, uczy kultury narodowej i historii (mam nadzieję), zdobywa wiedzę i umiejętności dla całego życia wypełnionego pracą. Stanowi o tym pkt 7 Karty Skautingu Europejskiego: „Skauting określa się jako metoda wychowawcza: różni się w ten sposób, przez swoją istotę i cel, od "ruchu młodzieżowego", którego głównym celem jest służyć Państwu lub ideologii politycznej, doczesnej lub nawet spirytualistycznej. W odróżnieniu od "ruchu młodzieżowego", skauting uważa się, obok szkoły, za komplementarny wobec rodziny, do której dziecko należy przede wszystkim”.
Jednak kolejny ósmy punkt Karty stanowi o tym, że nasz skauting chce uczyć miłości Ojczyzny: „Skauting, jako metoda wychowawcza obejmująca całego człowieka, chce wychowywać młodych we wszystkich sferach; stąd przywiązuje wagę nie tylko do formacji osobistej, ale również społecznej, ucząc miłości Ojczyzny, poczucia honoru, prawdziwej wierności, szacunku dla danego słowa, poczucia odpowiedzialności obywatelskiej w ramach wspólnot doczesnych.”

A zatem wychowanie patriotyczne jest jednym z celów naszego ruchu i, mówiąc wprost i bez ogródek, jeśli ktoś by go nie realizował w swojej jednostce, oznaczałoby to, że sprzeniewierza się naszej metodzie wychowawczej. Miłość ojczyzny i służba jej wynikają też bezpośrednio z naszej wiary, z czwartego przykazania dekalogu. Potwierdza to chociażby punkt 2239 Katechizmu Kościoła Katolickiego, który stwierdza, że „Miłość ojczyzny i służba dla niej wynikają z obowiązku wdzięczności i porządku miłości”. To ważne. Powiedzmy to dobitnie: patriotyzm jest nakazem sprawiedliwości! Ktoś kto jest wierzący albo uważa, że postępuje etycznie lecz patriotą nie jest lub odżegnuje się od związków ze swoją ojczyzną, ma w sobie jakieś daleko posunięte nieuporządkowanie. Intelektualne lub emocjonalne.

Gdy czytamy nasze teksty statutowe, teksty naszych obrzędów czy wymagania na stopnie, począwszy od wilczków, przez harcerki i harcerzy, przewodniczki i wędrowników, aż po szefów, znajdziemy tam wszędzie przewijające się obowiązki każdego z nas do tego aby: (i) ojczyznę poznać, (ii) być jej wiernym, (iii) służyć jej.

Tylko dla przykładu:

- Druga Zasada Podstawowa Skautingu Europejskiego – „Harcerz jest wierny swojej Ojczyźnie i działa na rzecz jedności i braterstwa w Europie.”

- Obietnica Wilczka – Obiecuję – ze wszystkich sił: starać się być wiernym Bogu, moim rodzicom, mojej Ojczyźnie Polsce, Prawu Gromady i Wilczka oraz każdego dnia czynić komuś dobry uczynek.”

- W przysiędze wierności kandydat do zastępu przyrzeka „pracować z zastępowym każdego dnia, by lepiej poznać swoją Ojczyznę”.

- Rota Przyrzeczenia Na mój honor, z łaską Bożą, przyrzekam całym życiem służyć Bogu, Kościołowi, mojej Ojczyźnie i Europie chrześcijańskiej, nieść w każdej potrzebie pomoc bliźnim, i przestrzegać Prawa Harcerskiego.”

- Prawo harcerza – „punkt 2 - Harcerz jest lojalny wobec swojego kraju, rodziców, przełożonych i podwładnych.”

- Na wszystkich naszych obozach powiewa flaga polska, biało-czerwona. Biały kolor symbolizuje czystość i szczerość, zaś czerwony – krew poległych w obronie Ojczyzny i naszą miłość do niej. Z kolei Trzy Główne Cnoty Harcerza to szczerość, ofiarność, czystość. Gdy patrzymy na naszą flagę narodową, kolor biały przypomina nam aby być zawsze szczerym i czystym, a kolor czerwony - ofiarnym. Niesamowita symbolika!
- W książeczce ochotnika „Na mój honor” w komentarzu do drugiej Zasady Podstawowej dwunastolatek czyta:
„(…) Służyć swojej Ojczyźnie (…) to znaczy również ją poznawać.
Czy wiesz kim byli Chrobry, Łokietek, Jagiełło, Sobieski, Kościuszko, Piłsudski, Dmowski, Kardynał Wyszyński? Czy mówią ci coś nazwy: Głogów, Grunwald, Wiedeń, Racławice, Cud nad Wisłą, Westerplatte?
Możesz być dumny z tego, że jesteś Polakiem!
Miłość do swego narodu nie oznacza nienawiści do innych. Nasza kultura wzbogaca się poznając inne, które również należą do naszego wspólnego dziedzictwa. W ten sposób kraje Europy mają wspólną historię.
Bądź gotów służyć Polsce i Europie!”

Bardzo ładnie to współgra z nauczaniem Świętego Jana Pawła II, który w książce „Pamięć i tożsamość” pisze tak:
Nacjonalizm uznaje tylko dobro własnego narodu i tylko do niego dąży, nie licząc się z prawami innych. Patriotyzm natomiast, jako miłość ojczyzny, przyznaje wszystkim innym narodom takie samo prawo jak własnemu, a zatem jest drogą do uporządkowanej miłości społecznej.”

Patriotyzm jest zatem czymś dobrym, sprawiedliwym, naturalnym, nie oznacza przebóstwienia swojego narodu, nie oznacza chęci wywyższania go ponad inne.

I jeszcze wymagania ochotnika:
„Znasz pochodzenie godła narodowego i słów hymnu państwowego.
Znasz pochodzenie i symbolikę flagi.
Wiesz co wiąże się z datami: 966, 1410, 1689, 3 V 1791, 11 XI 1918, 15 VIII 1920”.

To wspaniała triada zachowań: poznawać, być wiernym poznanemu i w końcu służyć.

Wydaje mi się, że być może za rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że patriotyzm zaczyna się od poznania swojego kraju, jego geografii, ludzi, historii, tradycji, pięknych kart ale też tych, z których trzeba wyciągnąć wnioski na przyszłość. To wszystko jest jakimś dziedzictwem czyli czymś, co otrzymujemy bez własnej woli i mamy obowiązek zaakceptować, przemyśleć, być może przepracować i nieść dalej. Dziedziczymy na pewno jakieś wady przodków ale to nie znaczy, że w tym przypadku rozgrzeszamy się i mamy je kontynuować. Mamy obowiązek je przezwyciężać, „dziś być lepszym niż wczoraj, jutro lepszym niż dziś”. Nie wiem czy dziedziczymy zalety, ale na pewno powinniśmy sięgać szczególnie do pięknych kart historii, poznawać i podziwiać cnoty i bohaterskie czyny naszych przodków.

Mimo wszystkich coraz liczniejszych wspaniałych inicjatyw propagujących wiedzę o polskiej historii i geografii, można mieć niedosyt poznania, o jakie chodzi. Najczęściej niedosyt ten jeszcze się wzmaga, gdy wracamy z jakiejś zagranicznej podróży z obcego, dumnego kraju. Twierdzę z całą odpowiedzialnością, że nie znamy jako Polacy swojej historii wystarczająco, nie mamy nawet przeczucia tego, czym Polska była i jaką była. Przyczyna jest prosta: znikoma ilość współczesnych, nowoczesnych środków, które by to ukazywały: filmów, powieści, sztuk teatralnych, muzeów z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście, wiem, są wyjątki, ale za mało, zdecydowanie za mało. Często te, które są, przekazują obraz uproszczony lub koncentrujący się na jednym aspekcie. Natomiast filmy historyczne i powieści są stare i nie przystają do wrażliwości współczesnego widza i czytelnika.

Ta rzeczywistość tym bardziej nie zwalnia Skautów Europy od poznawania swojej ojczyzny. I robimy to przecież w sposób bardzo skuteczny i często atrakcyjny. Wszystkie przedstawienia, scenki na ogniskach, znajomość pieśni, gry fabularne, terenowe, miejskie czy stacjonarne, zadania zastępów podczas wypraw Explo i zadania indywidualne, w ramach wymagań na stopnie i sprawności, same wyprawy, obozy czy wędrówki w różnych ciekawych zakątkach kraju są już przejawem tej poznawczej aktywności. Wreszcie animowanie różnorakich inicjatyw w swoim środowisku lokalnym, w szkole, parafii i swoim mieście. To co ważne, żeby fabuły, tematy gier, wybrane wydarzenia historyczne nie były przypadkowe ale aby wybierając je, odkrywać wielkie i piękne strony naszej historii i kultury.

Powinnością szefa jest dawać przykład swoimi czynami i tłumaczyć, jak on rozumie te, cytowane wyżej, piękne sformułowania naszych tekstów.

Poznawanie ojczyzny to również zaprzyjaźnianie się z kulturą ojczystą. Jest naszym obowiązkiem poznać wielkie dzieła i twory ducha, artystów, myślicieli, uczonych, poetów i pisarzy. Czy nas zachwyca czy nie zachwyca, jest pewien kanon, który trzeba znać. Pewien zbiór postaci, bohaterów historycznych i literackich powinien nam być bliski jak grupa dobrych przyjaciół. Podobnie ze znajomością kraju. Jest pewien kanon miejsc, który trzeba znać.

Jak pisze Innocenty Maria Bocheński w znakomitej broszurze „O patriotyzmie”, którą kiedyś wnikliwie studiowałem - w etyce rządzi uniwersalna zasada „nihil appetitum nisi praecognitum: niczego nie można pragnąć, jeśli się tego nie zna”. A zatem poznawajmy!

Zanim pochylimy się nad tym, co znaczy być wiernym ojczyźnie, warto zastanowić się nad samym pojęciem „ojczyzna”. Czy to „państwo”, a może tylko ludzie, którzy żyją na określonym terytorium? Jeśli ludzie, to czy tylko ci żyjący tu i teraz, czy także ci, którzy są tu pochowani i ci, którzy jeszcze się nie urodzili? Czy to określony język, kultura, historia? Na pewno wszystkie te rzeczy razem i jeszcze więcej, ojczyzna to coś podobnego do ojca czy matki, dlatego w innych językach ojczyzna to „motherland” czy „fatherland”.
Być wiernym ojczyźnie, bo coś jej zawdzięczamy, pośrednio lub bezpośrednio. To kim jesteśmy, ideały, w które wierzymy, cnoty, które posiadamy, zwyczaje, kulturę, język, wychowanie.

W tym kontekście warto znać słowa wypowiedziane przez Jana Pawła II w siedzibie UNESCO w 1980 r.: „Jestem synem narodu, który przetrwał najstraszliwsze doświadczenia dziejów, który wielokrotnie był przez sąsiadów skazywany na śmierć - a on pozostał przy życiu i pozostał sobą. Zachował własną tożsamość i zachował pośród rozbiorów i okupacji własną suwerenność jako naród - nie w oparciu o jakiekolwiek inne środki fizycznej potęgi, ale tylko w oparciu o własną kulturę, która okazała się w tym wypadku potęgą większą od tamtych potęg”.

Za wspomnianą broszurą I.M. Bocheńskiego podkreślmy, że „patriotyzm ma przede wszystkim siedzibę nie w uczuciu, ale w woli”. „Nie jest on więc uczuciem – aczkolwiek uczucie patriotyczne może walnie się przyczynić do należytego działania. Nie ten więc jest dobrym patriotą, kto ma najgorętsze uczucia patriotyczne, ale ten, kto potrafi najlepiej swój obowiązek patriotyczny spełnić, innymi słowami – ten, kto ma najsilniejszą po temu wolę”. Myślę, że to ważna uwaga. Często bowiem w potocznym rozumieniu za największego patriotę uchodzi najbardziej rozemocjonowany, najgłośniej śpiewający, najczęściej uczestniczący w rocznicowych obchodach czy niosący największą flagę a nie ten, mówiąc Bocheńskim: „kto swoimi czynami najwięcej do dobra kraju się przyczynia”. Wskazuje on także, że uczucia są ważne, m.in. do ich wychowywania służą tzw. uroczystości patriotyczne. Bocheński pisze, że „udział w akademii 3 Maja nie ma sensu, o ile nie wywołuje u nas pożądanych uczuć”, oraz że taki udział „nie ma wartości sam w sobie”.

Służyć to pracować solidnie, w swojej pracy widzieć głębszy sens, nie tylko zarabianie pieniędzy czy realizację indywidualnych celów i pasji ale przyczynianie się do dobra ogółu, do dobra wspólnego. I wierzcie mi każda, czy prawie każda praca może być tak wykonywana. Czy będzie to praca sprzedawcy, taksówkarza czy kierowcy autobusu miejskiego? Oczywiście niektóre zawody czy funkcje bardziej bezpośrednio są pracą dla dobra publicznego i wpływają na wspólną rzeczywistość. Politycy, urzędnicy, dziennikarze, dyplomaci, itd. Jeśli ktoś ma możliwość pracy bezpośrednio w służbie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej powinien poczytywać to sobie za honor, szczególną okazję do służby. Wszyscy, poza dobrze wykonywaną własną pracą tak aby przez nią służyć w jakiś sposób dobru ogólnemu, mają szereg obowiązków: (i) interesowania się sprawami ojczyzny czyli tzw. polityką, (ii) wspomagania całości swoimi siłami i majątkiem (np. płacąc podatki, ale wiemy z historii, że niektórzy oddali jej wszystko) oraz (iii) poświęcenia nawet życia w jej obronie, jeśli zaszłaby taka konieczność (co bynajmniej nie oznacza, że należy narażać je lekkomyślnie czy „strzelać do wroga diamentami”). Poza tym wiele więcej: aktywność społeczna, staranne wychowanie dzieci, „promieniowanie kulturą”, itd. W dzisiejszych czasach szczególnie ważne wydaje się też to, aby starać się pracować mimo wszystko w kraju a jeśli poza nim to z myślą o przyczynianiu się do jego pomyślności zagranicą, inwestowaniu tutaj czy planowaniu w perspektywie powrotu.


To w telegraficznym skrócie kilka myśli nt. służby, bez pretensji do wyczerpania tematu. Do służby w dorosłym życiu skauci przygotowują się poprzez pracę nad charakterem, naukę, wyrabianie pozytywnych nawyków, funkcje w zastępie czy choćby zwyczaj codziennego dobrego uczynku.

czwartek, 21 kwietnia 2016

To wspaniałe życie

Czasami ludzi można mieć dość, jak bohater filmu „To wspaniałe życie” George Bailey. Dyrektor towarzystwa budowlanego grany przez Jamesa Stewarda (to ten aktor z filmów Hitchcocka, ale kto to jeszcze ogląda?), całe dorosłe życie buduje ludziom domy, samemu ledwo wiążąc koniec z końcem. Nie o takim życiu marzył, miał podróżować, skończyć studia, zrobić wielką karierę i zarobić mnóstwo pieniędzy. Jednak splot okoliczności spowodował, że musiał podjąć inne decyzje. Wadzi się stale z czarnym charakterem, miejscowym oligarchą i krezusem, Potterem. Gdy w wyniku złośliwości starego rekina finansowego towarzystwo staje na skraju bankructwa, nasz bohater chce ze sobą skończyć. Czara goryczy przelała się, rzeczywistość stała się nie do zniesienia. Jest wigilia lecz on wybiega z domu, zostawia żonę (zjawiskowa Donna Reed), dzieci, wydziera się na nich wcześniej i wścieka, jakby byli czemukolwiek winni w tej sytuacji. I gdy już wydawało się, że w ten dzień zły, George nie zdoła przeciwstawić się rozpaczy i ostać na tym łez padole, gdy już, już przymierzał się do skoku z mostu, wydarzyło się coś, czego on ani nikt inny się nie spodziewał... Dostał jeszcze jedną szansę. Zobaczenia jak wyglądałby ten świat, to miasteczko, ci ludzie – bez niego. I była to wizja straszna.

Film Franka Capry z 1946 r. to prawdziwy klasyk. Podobno w wielu telewizjach świata w Święta Bożego Narodzenia jest tym, czym dla nas nieszczęsny Kevin sam w domu. Nijak nie da się porównać tych filmów. Film Capry nie dość, że świetnie zagrany i skrzący się znakomitymi dialogami, to niesie w sobie mocny ładunek treści. Treści niebanalnych, lecz zaskakująco głębokich. Ni mniej, ni więcej to największy, najważniejszy film o tym, że każde życie ma nieskończoną wartość i że nie zdajemy sobie kompletnie sprawy z tego, jak bardzo na siebie wzajemnie oddziałujemy i ile dla siebie znaczymy. My ludzie! Uwikłani w codzienność, ugrzęźnięci w małych kłopotach i radościach, w zmartwienia i znój pracy, której sensu nie widać. Niedoceniający tego, co mamy: życzliwości naszych bliskich, tego że są wokół nas, że mamy dla kogo się trudzić. Nie znamy skutków naszych czynów, a może inaczej, znamy tylko niektóre.

Wszystko, co robimy i jak robimy ma znaczenie. Buduje albo niszczy. Nie tylko czyny ale nawet słowa mają moc leczącą albo destrukcyjną. Rezygnacja z siebie, własnych ambicji, planów dla innych, aby służyć ma sens. Takie jest przesłanie tego filmu. Przesłanie, powiedzmy sobie szczerze, pokrzepiające. Naprawdę!

Jeśli potrzebujecie filmu dla poprawy nastroju, ale nie po taniości jakąś mierną, współczesną komedią romantyczną, nie daj Boże polską, to ten film jest dla Was! Może ktoś z Was myśli, że przez rodzinę, przez te małe bąki w domu, przez to tłuczenie się kolejką do pracy i z powrotem dzień w dzień, omija go prawdziwe życie, fun, kariera. Może ktoś jest zmęczony, w domu dzieci chorują, żona go nie rozumie, a w pracy znowu ten kretyn szef. Chciałbym napisać z rozpędu, że szkoła, nauczyciele, rodzice, ta kretynka Jolka, ale szczerze to nie jestem pewien, czy do starego kina nie trzeba dojrzeć? Czy ten film trafi do ludzi przed trzydziestką? W każdym razie, jeśli macie chandrę, zły dzień, być może czujecie po części to co czuł George Bailey – weźcie sobie i obejrzyjcie tego Caprę.

Jest wiele innych rzeczy, które urzekają w tym filmie, jak staroświecki styl gry aktorskiej, bardzo teatralny, wyrazisty. Wtedy grało się na całego, z gestem, ekspresją, przesadą. Jak to, że młodzi ludzie są pełni energii, zdrowego entuzjazmu, śpiewają nawet i jest to czymś naturalnym. (Kto teraz śpiewa, wracając do domu?) Zaznaczę zaraz, że z moich obserwacji wynika, że czymś typowym dla naszych czasów jest raczej apatia młodych, słuchanie muzyki w pojedynkę, ze słuchawkami na uszach w tramwaju plus oczywiście permanentne przyklejenie do swojego smartfona. I kto jest/był bardziej szczęśliwy? Tamte obdartusy w szerokich spodniach i dziurawych butach, cmokający za przechodzącymi chodnikiem pięknościami szeleszczącymi różowymi falbankami sukienek czy dzisiejsi zakompleksieni młodzieńcy w rurkach z Zary, przerzucający na fejsbuku zdjęcia wyzwolonych koleżanek? Na razie zostawię Was z tym pytaniem, bo nie chciałbym tymczasem zapomnieć o jeszcze jednej kwestii.

Film powstał w oparciu o scenariusz na podstawie opowiadanka mało znanego autora. I to jest piękne! Ta moc płynąca z dobrze skonstruowanej fabuły, napisanej od serca, nie pod publikę, nie na zamówienie, ale z głębokiego przekonania. Obraz nie od razu odniósł sukces, jego popularność rosła z czasem, z biegiem lat aż po dzień dzisiejszy.


I jak tu nie wierzyć w potęgę dobrych historii? Ta jest jedną z nich.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Po Śląsku

Byłem na Śląsku i było tam nadzwyczajnie. Czy ktoś uwierzy, że to środowisko powstało niecałe 6 lat temu? A teraz to ponad 250 umundurowanych dziewczyn i chłopców, w większości to wilczki, ale są też prężne drużyny oraz krąg i ognisko. To środowiska, w których rodzice założyli mundury i stworzyli jednostki dla swoich dzieci. A wszystko zaczęło się od postanowienia pewnego mieszkańca ulicy Wolności w Ćwiklicach, który po 10 kwietnia roku pamiętnego postanowił „coś zrobić”. Pomyślał, że najważniejsze jest wychowanie młodych. Słyszał gdzieś o Skautach Europy, zaintrygowała go ta informacja. Wszedł w Internet, szybko znalazł stronę i napisał maila. Potem pojawił się tam Paweł, wówczas macher od samodzielnych zastępów na południu Polski. Ale szkoda było czekać. Las rośnie wolno. Dorośli założyli mundury i zaczęli robotę.

Na spotkaniu z rodzicami ponad setka ludzi. Atmosfera niemal rodzinna. Jarek, hufcowy, prowadzi spotkanie w taki sposób, że sprawia wrażenie jakby wszyscy tu się znali od lat, chodzili do tej samej podstawówki albo grzebali łopatkami w jednej piaskownicy. Może nazwa ulicy, przy której mieszka ma na niego jakiś tajemniczy wpływ? Jest kawa, ciastka i śmiech. Lekko, przyjemnie i konkretnie. A przecież mieszkają w kilku odległych od siebie miastach. Na pewno wielu widzi się po raz pierwszy. Są matki, i są ojcowie. Mówię o rzeczach przeróżnych, opowieść układa się przedziwnie, właściwie jakbym rozmawiał z dawno niewidzianymi znajomymi i w godzinę chciał streścić, co się wydarzyło od ostatniego spotkania kilka lat temu.

Sięgamy do początków FSE w Polsce, opowiadam jakieś stare historie, które mam nadzieję mówią nam coś o fenomenie skautingu i przyjaźni. Mówimy o tym, czym jest przykład i autorytet. I dzielimy się troskami rodzicielskimi. Bo rodzice są i pozostaną najważniejszymi wychowawcami swoich dzieci, ich wpływ jest i będzie wielki. Mimo, że czasami można w to zwątpić.

Jednak my nie jesteśmy po to, aby zajmować się wątpieniem, obliczaniem ze szkiełkiem i okiem naszych wysiłków, czasu, odbytych rozmów, włożonej energii, pomysłów. Jesteśmy po to, aby nie skąpić wysiłków, pompować czas, odbywać rozmowy, wkładać energię, mieć i realizować pomysły, najlepiej dobre. We wszystkich sferach swojego życia, a szczególnie w pracy z ludźmi, zawodowej czy w wychowaniu, swoich dzieci i cudzych. Ale też w relacjach z przyjaciółmi czy szerzej – z ludźmi po prostu. Zrozummy, widzenie efektów, pozytywnych rezultatów swojej pracy to bonus, premia, może się zdarzyć lub nie. Nie pracujemy dla takiej nagrody, nie to ma nas motywować. „Nie szukać nagrody innej”. Ale pracujmy, działajmy, bądźmy wspaniałomyślni wobec swoich pomysłów, zadawajmy zaskakujące pytania, ciągnijmy do końca rozpoczęte wątki rozmowy. Przestańmy, na miłość Boską, dziubdziać, odmierzać małą miareczką, bądźmy reżyserami a nie tylko statystami życia. Wszystko się liczy, każdy dzień, każde słowo, gest i czyn. Czy chcemy tego czy nie, wzajemnie na siebie oddziałujemy, ciągniemy innych w górę lub w dół. Ale to przecież wspaniały aspekt życia, choć jednocześnie… przerażający.


Takie spotkania, takie relacje są ogromną wartością. Gdy jesteśmy razem, siła jest w nas. W wielu podobnych miejscach w Polsce spotkali się ludzie dobrej woli…

wtorek, 15 grudnia 2015

Leszczyński (część II)


Gdy w 1733 r. umiera August II, Stanisław wraca do Polski. Tym razem zostaje wybrany na króla w euforii szlachty, nie na długo jednak bo prawie wprost z elekcji szlachta rzuciła się do ucieczki. Wojska rosyjskie zajęły opustoszałą Warszawę i pod jej bagnetami „garść szlachty, rublochapów” - jak pisze autor - „wystękała na Pradze, że na króla polskiego wybiera Augusta III Sasa”. Leszczyński z prymasem i co gorliwszymi stronnikami schronił się w Gdańsku. Tu gdańszczanie podjęli bohaterską obronę. „Gdyby szlachta ówczesna miała setną część tego animuszu rycerskiego co gdańskie liczykrupy – nie oparłyby się kacapy, zmykając z Polski, aż na Wołdze”, żałuje Zbyszewski.

Gdy oblężenie Gdańska trwało a sytuacja stawała się rozpaczliwa, król ryzykuje ucieczkę. Nocą w przebraniu chłopa, na łódce Wisłą, potem kilka dni przez bagna, następnie furmanką. „Ta dramatyczna ucieczka Leszczyńskiego zadziwiła Europę. Ukazały się książeczki z jej opisem, z życiorysem dwukrotnego króla. Leszczyński stał się najbardziej sensacyjną postacią epoki”. Tego nie powie autor, ale my możemy, że prawdopodobnie Stanisław był wówczas najpopularniejszym celebrytą Europy.

Schroniwszy się w Królewcu, znów obmyślał jak powrócić na tron. Jego zwolennicy zawiązali konfederację dzikowską. Jak pisze emigracyjny publicysta: „Leszczyński zapoczątkował też złudną mrzonkę szukania w Prusach oparcia przeciw Rosji. Sejm czteroletni pół wieku później powtórzył ten błąd z równie zerowym skutkiem co Leszczyński. Prusy w XVIII wieku były parszywym szakalem, który tylko węszył, co by chlapnąć z odpadków pozostawionych przez tygrysa - Rosję.” Zbyszewski pisze jeszcze, że osobistą kompromitacją Leszczyńskiego była laurka jaką wystawił młodemu królewiczowi pruskiemu, późniejszemu Fryderykowi II. „Przyszłego arcyłotra widział jako Bożego baranka.”

Gdy Leszczyński i dzikowianie negocjowali w Wersalu z francuskim premierem odbijanie tronu polskiego, gruchnęła wieść, że Francja zawarła pokój z Austrią, na mocy którego otrzymała księstwo Lotaryngii i Baru, w zamian za uznanie Augusta III Sasa królem polskim. Nie po raz ostatni łatwowierni Polacy dali się zwieść i oszukać, rozegrać jak dzieci.

„Olbrzymia Rzeczpospolita, trzecie pod względem obszaru państwo w Europie, nawet po pijanemu nie roiła, by mogła decydować o swych wewnętrznych sprawach – bez poparcia obcych. Więc pokornie ugięła się przed tłustym Sasem i uznała epizod z Leszczyńskim za skończony. Ludwik XV nakazał teściowi – dla dobra świata – zrzec się korony polskiej. 26 stycznia 1736 potulny Leszczyński, wśród płaczu i przekleństw swych stronników, abdykował oficjalnie po raz trzeci. Opuścił Królewiec i wrócił do Francji”.

Cóż powiedzieć? „Dla dobra świata” Polska jeszcze wielokrotnie później z czegoś rezygnowała, coś dawała z siebie, ten świat broniła biorąc na siebie impet niszczących sił. Świat zwykle nie odpłacał nawet miedziakami. Przykład 1920 rok, potem 1939.



Król Francji dał teściowi na pociechę świeżo zdobyte Księstwo Lotaryngii. Dał de nomine bo Leszczyński miał być figurantem a rządy miał sprawować francuski intendent. „Starego Leszczyńskiego, wiecznego emigranta, uważano za niedołęgę i sądzono, że zadowoli się szczodrą pensją półtora miliona liwrów rocznie, szumnym tytułem i rolą figuranta. Nic nie mogło być błędniejszego. Normalnie w wieku 60 lat Polacy są już rozsypującymi się ramolami. Tymczasem Leszczyński był pełen wodorowej energii, rwał się do prawdziwego - nareszcie - panowania. Przezwyciężył początkową żywą niechęć tubylców do siebie jako do wschodniego przybłędy, ugłaskał surowego La Galaziere’a (intendenta) i pomalutku wycyganił mu lejce z rąk”.

„Człowiek zabiera z sobą na tamten świat tylko to, co rozdał za życia. Ukochany przez poddanych Leszczyński przeszedł do historii Lotaryngii jako najlepszy władca, jakiego kiedykolwiek miała.”

Jak widzicie, cytuję obficie Zbyszewskiego miast silić się na swoje parafrazy czy komentarze, jego teksty są tak celne, że bodaj ich autor przemówił bezpośrednio za pośrednictwem tego bloga. W tym miejscu jednak nie mogę się powstrzymać. To, że Stanisław dopiero w wieku sześćdziesięciu lat rozwinął skrzydła i zrealizował swoje marzenia o sprawowaniu władzy, i to z tak doskonałym skutkiem, zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Bo przecież wcześniej tylko szamotał się, wstępował na tron, abdykował, uciekał, tułał się po emigracji, trwonił doskonałe przygotowanie do sprawowania funkcji. Jakże musiał być tym zirytowany, może zgorzkniały nawet, z poczuciem niespełnienia, patrzył z oddali na to, co dzieje się z Rzeczpospolitą i rwał włosy z głowy (lub z peruki). Mówiąc po obecnemu: „looser”. I nagły uśmiech losu, który wykorzystał na 200%. Tak moi mili, trzeba być długodystansowcem. Myślę, że taka nauka z tego płynie, aby nigdy nie rezygnować, nie grzebać marzeń, talentów, umiejętności, ale mieć je gdzieś na podorędziu, bo jeszcze nie wiadomo, gdzie nas Opatrzność postawi, do jakich zadań powoła. I nie czekać na to bezczynnie ale podejmować próby, nie załamywać rąk, tylko wchodzić oknem gdy nas wyrzucają drzwiami.

Oddajmy znowu głos panu Karolowi:
„Aktywność i dobre pisanie rzadko idą w parze. Leszczyński do ruchliwości we wszystkich dziedzinach dorzucił i ruchliwość pióra”.

„Był urodzonym felietonistą. Pisał zwięzłe, żywe rozprawki na różne tematy. Wdał się w publiczną przed całą Europą dyskusję z samym J.J. Rousseau na temat wychowywania dzieci. Wyższość w praktyce ojca, który wychował córkę na królową Francji, nad ojcem, którego dzieci, poprzez przytułek, wyrosły na rzezimieszków, nie ulegała kwestii. Ale i w swadzie pisarskiej, i w zręczności argumentacji filozof z Nancy nie dał się pobić mędrkowi z Genewy.”

I tu proszę Państwa, kolejny epizod, który mnie niezwykle ujął w życiorysie władcy Lotaryngii. Nie tylko dlatego, że gdyby Stanisław żył w naszych czasach, pisałby pewnie najpoczytniejszego bloga. Wiecie kim był Jan Jakub Rousseau? Jednym z największych szarlatanów intelektualnych nowożytności, facetem którego tezy z „Umowy społecznej” muszą do dzisiaj zakuwać biedni studenci prawa, a tezy z „Emila” studenci pedagogiki. Chcecie pokłócić się z nauczycielem, który poucza, że Rousseau wielkim myślicielem oświeceniowym był, chcecie zakwestionować paradygmat i zaimponować koleżankom? Przeczytajcie któreś z tych dziełek Jana Jakuba, to wystarczy, jeśli macie trochę oleju w głowie. Albo rozprawkę, której tezy zmiażdżył nasz dzisiejszy bohater, czyli „Czy odrodzenie się nauk i sztuk przyczyniło się do naprawy obyczajów?” Zdaniem Rousseau, nie. Był to wyraz zwątpienia w cywilizację ludzką, mówiąc delikatnie, a dosadniej - Rousseau opiewał nieuctwo i na piedestał stawiał człowieka dzikiego, nieskażonego kulturą. Leszczyński dał temu odpór, pisząc m.in. że nauka służy ludziom do poznania prawdy, ale też dobra. Jego zdaniem samo poznawanie natury uszlachetnia poznającego i „ład wnosi w postępowanie”.



Leszczyński uczynił ze swego dworu w Luneville ośrodek intelektualny. Założył teatr, akademię literatury, wybudował wiele pałaców i gmachów.

„Główne zainteresowanie Leszczyńskiego stanowiła jednak wciąż Polska. Założył akademię rycerską, (…) pierwowzór późniejszych Collegium Nobilium Stanisława Konarskiego i Korpusu Kadetów Stanisława Augusta”

„Leszczyński był pierwszym, który zdał sobie jasno sprawę z katastrofalnego ustroju Rzeczpospolitej. Jego kapitalne dzieło „Głos wolny, wolność ubezpieczający” jest prekursorem wszystkich reform, łącznie z Konstytucją 3 Maja, przeprowadzonych z takim mozołem przez Sejm Czteroletni 60 lat później. Zmianę wolnej elekcji, ukrócenie liberum veto, podniesienie wojska do 100 tysięcy, przyśrubowanie podatkowe, ład w obsadzie urzędów – wszystko to zalecał już Leszczyński.

Są ludzie, co świadomie plotą bzdury – aby tylko być oryginalnymi, zadziwić słuchaczy. Odwrotnie Leszczyński. Głosił rzeczy mądre i rewelacyjne, owijając je w bawełnę banału, starając się je przemycić jako konserwatywne i naturalne. Ambitny pisarz pragnie sensacji, ambitny polityk jej unika. A Leszczyński był zawsze przede wszystkim politykiem. Wiedział, że radykalne reformy trzeba przeprowadzić, lecz nie trzeba nigdy z góry straszyć.

Dlatego też „Głos wolny…” tak rewolucyjny, tak odmienny w poglądach od ogólnie przyjętych wówczas w Polsce, choć napisany w roku 1733, wydał Leszczyński dopiero w roku 1749 w chwili gdy (na krótko) zwątpił o możności odzyskania korony.”

„W ciągu 30 lat w Lotaryngii Leszczyński nigdy nie przestał myśleć o powrocie na tron polski”.

„Opasły August III umarł w roku 1763. Młody stolnik Poniatowski był głównym kandydatem na króla. Aż skoczył Leszczyński z podniecenia. Przed wyblakłymi oczami zamajaczyła mu znów korona.

Co za brednia, że emigrant polityczny przyzwyczaja się do swego domku z ogródkiem, do nocnych pantofli, że zapomina o kraju, że popada w rezygnację.
Nigdy!

Szatański Leszczyński, mając 86 lat, gotów był rzucić swój pałac, dostatki, kochanki, córkę, wnuków, świetną pozycję w Europie, całą Lotaryngię do diabła i pognać do Warszawy, zaryzykować nową awanturę. Ze szwungiem, z zapałem chłopca, co rusza pierwszy raz w życiu polować na kaczki, rzucił się raz jeszcze do kampanii elekcyjnej.”

Nie udało się tym razem. Zbyszewski opowieść o królu Stanisławie kończy tak: „23 lutego 1766 zmarł Leszczyński, człowiek, który był dwa razy królem i trzy razy abdykował, który kochał Polskę, a uszczęśliwił Lotaryngię, który może by zdołał zatrzymać Rzeczpospolitą przed runięciem w przepaść, gdyby te 60 lat panował, a nie błąkał się na przymusowej emigracji.”

I jeszcze rozprawia się z właściwą sobie swadą z innymi kontrowersjami dotyczącymi tej malowniczej postaci.
„Naiwni historycy urobili sobie pogląd, że Leszczyński tak kochał Polskę, że aby do niej wrócić, gotów był ją uszczuplić. Bzdura!” Zbyszewski twierdzi, że tak wtedy było, takie czasy, ja ci dam to księstwo, ty mi tamto. Bagatelizuje to, choć w nas może to budzić niesmak, bo wiemy, co było dalej.


„Leszczyński byłby sto razy lepszym królem od Augusta II. Ale – skoro utracił koronę – byłoby sto razy lepiej dla Polski, by zrezygnował z niej naprawdę i nie wprowadzał wieloletniego zamętu.” Zbyszewski zapewne ma rację. Dwieście lat później inny Polak wyciągnął z tego lekcję i ustąpił, w imię dobra Rzeczpospolitej, nie chciał rozlewu bratniej krwi, chociaż legalnie, prawnie racja była po jego stronie. Postąpił tak Roman Dmowski po zamachu majowym w 1926 roku.

piątek, 11 grudnia 2015

Leszczyński (część I)

Nigdy bym nie przypuszczał, że jedyna książka, którą w całości przeczytam na ubiegłorocznym letnim urlopie doprowadzi mnie do nocnego buszowania w Internecie w poszukiwaniu informacji o królu Stanisławie Leszczyńskim. Morza szum, ptaków śpiew, nie ptaków nie było słychać, więc morza szum, cała rodzina pogrążona w śnie sprawiedliwego, śnie zasłużonym. A ja, po męczącym upalnym dniu, pełnym wrażeń takich jak gra w siatkówkę do upadłego z dorastającymi nastolatkami, po przeczytaniu i odpowiedzeniu na niecierpiące zwłoki maile z pracy, w pokoju ogarniętym mrokiem rozświetlanym tylko niebieskim światłem monitora, z wypiekami na twarzy, czytam o rodzinie Leszczyńskich i królu Francji Ludwiku XV. A wszystko przez Karola Zbyszewskiego, emigracyjnego publicystę, i wydaną niedawno książkę „Wczoraj na wyrywki”. Zbyszewski pisze wprost genialnie, to mistrz ciętej frazy, zaskakujących skojarzeń, celnych uwag zastępujących jednym trafnym zdaniem opasłe traktaty. Jak on sprawnie posługuje się polszczyzną, jakie ma olśniewające porównania? Niebywałe!

Zacząłem od jego opisu Piłkarskich Mistrzostw Świata w 1974 r. Właśnie kończył się mundial tak wspaniały i emocjonujący tym razem, więc lektura wydawała się bardzo dopasowana. Autor pisze np. o polskim bramkarzu w meczu z Brazylią o trzecie miejsce tak: „Tomaszewski miał dzień dobroci dla piłki. Wyławiał ją ze stratosfery i wydłubywał z ziemi. Tonęła, znikała mu w ośmiornicowych ramionach. Tulił ją do piersi jak ukochane niemowlę”. A wcześniej w meczu eliminacyjnym z Anglią „Tomaszewski, zwinny dryblas, zbierał im piłki znad główek, jakby łowił motyle w siatkę”, zaś gdy Lubański strzelił drugą bramkę: „Na widowni nieznajomi całowali się z dubeltówki. Był to nastrój krzyżowców, co zdobyli minaret i zdarli zeń półksiężyc”. Inaczej nieco było w meczu z Walią, gdzie „szła kopanina niczym jesienią na kartoflisku”. Czujecie klimat? Gdyby tak pisano obecnie w gazetach, czytalibyśmy je od deski do deski i zarykiwalibyśmy się ze śmiechu.

Pozostałe teksty są jeszcze lepsze, odczuwamy niemal namacalnie atmosferę lat powojennych polskiej emigracji w Wielkiej Brytanii. Zbyszewski pisze o „Dzienniku Polskim”, którego przez lata był redaktorem; o wycieczce samochodem po Anglii i odwiedzaniu skupisk Polonii; o urlopach, zakupach i micie, że narodowa zgoda jest czymś właściwym (ten tekst jest wart szczególnej uwagi). W książeczce znajduje się też znakomity tekst o Wiśle, rzece naszej arcypolskiej i zrośniętej z polskością nierozerwalnie, o Kazimierzu Pułaskim, no i o rzeczonym Leszczyńskim oczywiście.

Aż nie wiem, od czego zacząć. Najlepiej byłoby abyście Szanowni Elitarni Czytelnicy Bloga sami sięgnęli po ten tekst, zamiast po moje tutaj zapiski, które żadną miarą nie są w stanie oddać kolorytu tej opowieści. Jak pisze Zbyszewski: „Cóż to za nałóg to pisanie. Równie wstrętny jak kokaina. Po co opisywać raz jeszcze to co już zostało opisane – i to o sto razy lepiej?” No właśnie, po co? Cóż, spróbujmy jednak.

Tekst emigracyjnego publicysty o zapomnianym nieco królu polskim jest niezwykle frapujący. Mało kto chyba pamięta, o co chodziło z zamieszaniem w XVIII wieku z dwukrotnym wybieraniem Leszczyńskiego na króla a potem jego abdykacjami. A szkoda, bo Polacy winni odrobić lekcję, która z tej historii płynie, już dawno! I stale ją sobie przypominać, a nie powtarzać te same błędy co przodkowie, tylko gorzej, mniej malowniczo i w gorszym stylu. Podobnie jest z wieloma innymi wydarzeniami z naszej historii.

Zbyszewski rozpoczyna historię od tego, że we francuskim mieście Nancy stoi piękny pomnik z napisem „Stanislas le Bienfaisant” czyli Stanisław Dobry, dalej idące tłumaczenie to „dobrodziej”, „dobroczynny”, „dobro czyniący” a nawet „zbawienny”. Jednym słowem ktoś, komu wiele, bardzo wiele się zawdzięcza. I pomyśleć, pisze autor, że Rzeczpospolita mogła mieć sześćdziesięcioletnią erę jednego dobroczynnego Stanisława zamiast tragicznych rządów dwóch „faga-Sasów”. W Internecie dotarłem potem do przemówienia Jana Pawła II, gdy był w Nancy, gdzie podobno pamięć o Stanisławie jest wciąż żywa. Wtedy pomyślałem, że warto by odwiedzić kiedyś to miejsce.

Udało się to kilka miesięcy temu. Faktycznie plac Stanisława w centrum Nancy robi niesamowite wrażenie, szczególnie gdy to pierwsze do długiej podróży wypakowanie się z samochodu na terytorium Francji. Po pierwsze jest ogromny, otoczony pięknymi budynkami, kawiarniami i wszechobecnymi złoceniami. A na środku ogromny pomnik króla Stanisława.



Jak to się zatem stało, że Leszczyński dał tak wiele Lotaryngii a nie zdołał dać wiele Polsce? To długa historia i nie podejmuję się jej tutaj całej wyłuszczać. Ponadto należałoby w tym celu pewnie przeczytać coś więcej niż zgrabny ale publicystyczny tekst Zbyszewskiego, tekst skrzący się dowcipem, ostry i przenikliwy zarazem, a przy tym zawierający morał, ale jednak nienaukowy. Tym niemniej pan Karol raczy nas tyloma ciekawostkami z życiorysu polskiego króla, opowiada o tak nieprawdopodobnych zwrotach akcji, że co chwilę przecieramy oczy ze zdumienia: czy to działo się naprawdę?

Zacznijmy od tego, że ród Leszczyńskich był jednym z najznamienitszych rodów w Rzeczpospolitej a bez wątpienia najznamienitszym w Wielkopolsce. Dlatego młody Stanisław otrzymał staranne i gruntowne wykształcenie, najlepsze jakie można było sobie wyobrazić w tamtych czasach. Młody Stanisław był predestynowany do pełnienia odpowiedzialnych ról w dorosłym życiu.

I tak dzieje się w roku 1704, gdy król szwedzki Karol XII nakazał konfederacji warszawskiej wybrać Leszczyńskiego na króla. Dzieje się to aby zakończyć panowanie uzurpatora Augusta II Sasa. Zbyszewski pisze o tym wydarzeniu tak:
„Kiedy zaczyna się upadek Polski? Można odpowiedzieć z całą dokładnością: - w roku 1696 r.! Wtedy to, na wolnej elekcji po śmierci Sobieskiego, wybrano francuskiego księcia Contiego, prymas Radziejowski proklamował go królem, Conti przybył z flotą do Gdańska. Ale elektor saski, August II, mając z Drezna bliżej, wlazł z licznym wojskiem do Polski i bezprawnie koronował się w Krakowie. Polska ani drgnęła. Trzynaście lat zaledwie po odsieczy wiedeńskiej, największym swym triumfie wojskowym, ogromna Polska była takim flakiem, że malutka Saksonia mogła jej bezkarnie narzucić króla. Zupełna plajta w ciągu jednego pokolenia!

Obecnie w roku 1974, z właściwą Polakom logiką polityczną, szlachta, która osiem lat przedtem zniosła bez sprzeciwu, że cudzoziemiec August, dzięki cudzoziemskiemu wojsku, wprowadził siebie na tron wbrew jej elektowi – teraz strasznie się oburzyła, że cudzoziemska armia osadziła na tronie rodaka Stanisława”.

Walka Leszczyńskiego z Sasami będzie trwała kilkadziesiąt lat, dalej osłabiając Rzeczpospolitą. Stąd powiedzenie: „Od sasa do lasa, jeden do sasa – drugi do lasa”, gdyż szlachta nie mogła się zdecydować czy być z „lasem” czyli Leszczyńskim czy z Sasem.

W 1709 roku zostaje zmuszony do abdykacji, emigruje, a na emigracji zapomina o abdykacji i podejmuje walkę aby odzyskać tron. Sprzymierzył się wtedy ze Szwedami i Turcją. Jak pisze Zbyszewski, okazało się wtedy po raz pierwszy, że z tymi państwami nie ma Polska żadnych sprzecznych interesów a może mieć wspólne. W 1712 abdykuje po raz drugi. W przebraniu ucieka do Turcji, tam uwięziony, sprowadza Turków do Polski, ale robi klapę.

Na emigracji marnuje energię na różne propozycje, pomysły, słanie listów i memoriałów. Wszystko na nic.

Zmartwychwstaje dzięki córce! „Gdy go zawiadomiono, że będzie teściem Ludwika XV – zemdlał z wrażenia”.

Maria Leszczyńska została wybrana na królową Francji spośród siedemnastu najznamienitszych księżniczek europejskich. Ze względu na swe przymioty i dobre wychowanie (podobno niektóre były piękniejsze). A Francja, trzeba pamiętać, była wtedy mocarstwem, największym, najwspanialszym podówczas krajem.


(c.d.n.)

piątek, 20 listopada 2015

"Miszczem Polski UKS, UKS najlepszy jest..."

Wybrałem się na trening Piotra w Uczniowskim Klubie Sportowym. Co za rodzicielska przyjemność. Było znakomicie i jestem pod wrażeniem.

Dwumetrowy trener i tuzin małych, żwawych chłopców, każdy z ich ze swoją piłką. Seria ćwiczeń. Najpierw każdy podrzuca ją do góry, klaszcze dwa razy, tak aby zdążyć ją złapać. No i próbuje złapać. Nie każdemu, nie za każdym razem to się udaje. Piłki uciekają w różne strony, chłopcy je gonią. Jest wesoło i energetycznie. Potem uderzają piłką o ziemię i muszą wykonać obrót i ją złapać, gdy spada. Następnie kręcą piłkę między nogami małymi rączkami jak najszybciej się da. Te ćwiczenia, entuzjazm i pilność chłopców są urocze.

Po ćwiczeniach siadają wokół trenera na środku sali gimnastycznej. Siadają błyskawicznie, wszyscy po turecku i pełna koncentracja, słuchają co pan trener do nich mówi. Słuchają tak aby nie uronić żadnej instrukcji, żadnej uwagi. Jedenastu małych chłopaków. To są instrukcje kolejnej gry. Cztery bramki to cztery jaskinie, coś tam trzeba będzie z piłką zrobić, nie dosłyszę co, ale zaraz się przekonamy jak zaczną biegać.

Najpierw każdy sam prowadzi swoją piłkę jak najbliżej przy nodze. Nagle na hasło trenera: "UKS Żagle" wszyscy rzucają się na ziemię, każdy przyciska do piersi swoją piłkę. Podnoszą się gwałtownie. Znowu toczą i biegają jak mrówki. Hasło "powódź" i wszyscy biegną do drabinek, piłkę pod pachę i wdrapują się. Wiadomo, żeby ich woda nie zalała. Biegają, biegają na pastwisku i hasło, tym razem: "burza". Kryją się do czterech jaskiń. Na tym dość. Drużyna jest zmęczona. Koniec tej zabawy. Przerwa. Wszyscy biegną do kącika z jedenastoma plecaczkami, otwierają swoje butelki z wodą i robią po kilka łyków. Chłopięcych. Za kilka lat będzie to łapczywe picie wyrostków przechodzących mutację, o nieproporcjonalnie długich kończynach. Nastąpi to szybciej niż się spodziewamy.


Na koniec treningu mały meczyk. Z jakim pazurem oni grają. Kiwanie, owszem, w tym między zawodnikami tej samej drużyny. Normalka. Do gry zespołowej trzeba dojrzeć, a przecież niektórym nigdy się to nie uda, nawet w dorosłym życiu.

niedziela, 8 listopada 2015

Family Man Polska

Kiedyś w weekendy bywałem nerwowy. Zmęczony całotygodniowym obcowaniem z paragrafami, umowami, negocjacjami, nie mając nawet czasu od poniedziałku do piątku na rytualne przeczytanie porządnej, wielkiej, szeleszczącej przy przekładaniu kartek gazety, starałem się  nadrabiać zaległości, byłem spragniony lektur, spotkań. Zajęty przez dzieci i rożne domowe sprawy, nieraz obiecaną lekturę odbywałem dopiero w długi niedzielny wieczór, gdy już wszyscy poszli spać. Teraz z obojętnością spoglądam w weekend na stos nieprzeczytanych gazet, na stertę książek na szafce nocnej czy na parapecie w gabinecie (te sterty bywają owszem przyczyną cierpkich uwag mojej żony, jest dla mnie wyrozumiała). Nie mam żadnego poczucia winy, zero emocji. Pełen spokój. Nie mam w ogóle ochoty na czytanie gazet. Mam ochotę, czasami umiarkowaną a czasami wielką na czytanie literatury, książek historycznych, pamiętników a nawet filozofii, szczególnie filozofii prawa. Ale nie kosztem czasu dla rodziny. Fikcja ustępuje przed rzeczywistością. Wymyślna, nieprawdopodobna fikcja przed zwyczajną, może dla kogoś banalną, powtarzalną i szarą, ale nie dla mnie, rzeczywistością.

Patrzę na Piotrka, ma pięć i pół roku. Ma ciąg na grę w piłkę tak jak niegdyś jego obecny idol, starszy brat. Grają zresztą ze sobą często. Ale ja też grywam, bo Piotr jest jeszcze w takim wieku, że bardzo chce grać z tatą. Nigdy nie sądziłem, że będzie to tak rajcujące dla mnie. Przećwiczyłem to już ze starszym. Patrzę na Martę, jej impulsywne rozwiązywanie łamigłówek i zadań, nierzadko zaciętość i upór rysujące się na skupionej twarzy. Obserwuję starszych, oni nie życzyliby sobie jednak abym o nich tu pisał. Nastolatki. Wiadomo. Ale i tu dużo radości. Napatrzam się na te dzieci nasze, chłonę chwile, obrazy, migawki, kadry. Zapamiętuję wyraz twarzy, miny, tembr głosu, śmiech, gesty. Nasłuchuję, zapamiętuję. Grabimy liście i igły, potem pakujemy je do worków. Robimy wspólnie śniadanie, pakujemy zmywarkę, rozpakowujemy zmywarkę. Razem z najmłodszymi robimy zakupy, załatwiamy jakieś inne domowe sprawy. To co dla mnie jest przykrą koniecznością, dla nich stanowi niesamowitą frajdę. Więc i dla mnie czynność ta jest usensowniona, nie jest tylko koniecznym wyrazem zaspokojenia potrzeb ale okazją do przekazania jakiejś kolejnej, malutkiej, lekcji życia. Odrabiamy lekcje, normalne, szkolne, czytamy, układamy klocki (o dziwo, dopiero teraz stało się to popularne u nas), potem śmiejemy się z Louisa de Founesa (a propos, czy ktoś nie ma do polecenia garści jakichś przyzwoitych filmów familijnych, śmiesznych, sympatycznych, z jakimś morałem, chwilami wzruszenia?)


Nawet TO mnie nie stresuje. TO, które już dawno powinno być skończone, któremu niewiele brakuje, ot, porządnego przysiądnięcią, zarwania kilku nocek. TO ustępuje, zajmuje swoje miejsce w szeregu, karnie, posłusznie, bez szemrania. Bo przebywanie, patrzenie i słuchanie jest teraz ważniejsze! Chociaż TO wybija czasami rozedrganiem, jak niesforny podziemny potok nagle spod kamieni. TO domaga się swoich praw, chce ujrzeć światło dzienne, chce się narodzić i mnie opuścić. Wkrótce…