sobota, 21 marca 2015

Niespokojni ojcowie



Kilka tzw. ładnych lat temu odwiedzaliśmy naszych znajomych i dojmującym wrażeniem, które mieliśmy była niezwykła nerwowość przy stole. Widać było, że rodzice w napięciu tylko czekają, aż któreś z dzieci nastolatków coś powie obraźliwego, niegrzecznego, odburknie lub, nie daj Boże, któreś z młodszych chlapnie nie językiem tylko ketchupem w gości. Albo nie zechce odpowiedzieć na uprzejme pytanie tylko wygnie wargi z niechęci, a może i z bezbrzeżnej pogardy, tudzież obrazi gości albo strzeli krzesłem, trzaśnie drzwiami i wybiegnie z domu. Ojciec naprawdę był niespokojny i obawiał się chyba, jak to się skończy (a co najmniej sprawiał takie wrażenie). Atmosfera była gęsta i aż ciężko się było neutralnie odezwać. Siedzieliśmy jak trusie, z niecierpliwością oczekując deseru.


Minęły lata i znowu spotkaliśmy się jakiś czas temu. Ojciec rodziny, prawdziwy pater familias, tym razem jawił nam się jako oaza spokoju, rozluźniony, panujący nad sytuacją, dumny z dzieci. Brakowało tylko tego, aby klepał się po udach i mlaskał z ukontentowana. I faktycznie miał powody do zadowolenia. Zamiast pamiętnych rozchwianych nastolatków prowadziliśmy teraz pouczające konwersacje z czarujacymi młodymi ludźmi, ułożonymi, ciekawymi świata, o szerokich horyzontach, mającymi swoje zdanie i liczne pasje, wizje swojej przyszłości i wykonywanego zawodu. Słowo honoru, to był szok, ta rozmowa była niezwykle interesująca. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Ojciec prawie się nie odzywał, dyskretnie uśmiechając, od czasu do czasu poddawał jakieś niewinne pytanie, które któreś z dorosłych już dzieci podejmowało jak dobrze podaną piłkę i w iście brazylijskim lub á la Leo Messi stylu serią efektownych dryblingów wbijało do bramki.

 
Przypomniała mi się ta historia ostatnio i wydała pocieszająca. Szczególnie w związku z niniejszym postem, który będzie dla ojców i o ojcach, głównie tych mających już dzieci obsługujące telefony i inne urządzenia wychowawczej zagłady, czyli o ojcach w sytuacji zagrożenia. Ale przyszli ojcowie, towarzyszki ojców obecnych i przyszłych i inne osoby mające z ojcami cokolwiek wspólnego nie muszą bynajmniej przerywać lektury.

 
Pisałem tu kiedyś, że jedna z najważniejszych spraw dla ojca to czas. Mieć czas, znajdować czas, dobrze go wykorzystywać. Kilka tygodni temu mieliśmy w szkole "Strumienie" arcyciekawą konferencję o kobietach i ich sukcesach a w jej ramach znakomite wystąpienie dr Tomasza Wilka. Mówił on właśnie o tym, że ojciec ma dwa główne zadania: (i) być” czyli właśnie czas, obecność, oraz (ii) być zaangażowanym, uczestniczącym. Nie wystarczy bowiem sama bierna obecność. Pamiętacie Felicjana Dulskiego? Chłopak siedział cały czas w domu, poczciwina, nawet z kumplami się nie włóczył po knajpach ani na ryby nie wymykał w sobotnie poranki. I co z tego, skoro był kompletnym safandułą. Wielkim nieobecnym. Bo obecność fizyczna to za mało. Skąd my to znamy? Zaraz po konferencji w niedzielę pojechałem moderować dwa casusy Akademii Familijnej do Gdańska. I znowu mam tam faceta (w jednym casusie, nie na sali, uff), który uparł się, że jego jedyną rolą w wychowaniu dzieci jest zapewnienie na to środków finansowych. Wraca chłopak codziennie o 21.30 do domu i nawet, gdy jest naprawdę potrzebny, gdy wali się i pali, uchyla się, usprawiedliwiając zarabianiem na utrzymanie rodziny. W Gdańsku ludzie rozwiązujący casus nie wierzyli, że tak można pracować. Cóż, zapraszamy do stolicy! Jednak nie to jest kluczowe, zasadniczym problemem jest błąd w myśleniu, z którym bohater casusa się zaprzyjaźnił, mianowicie - nie muszę brać udziału w wychowaniu, edukacji; wychowanie dzieci, szkoła - to sprawy żony. Ja już nie mam siły do takich historii, to jest naprawdę męczące tłumaczyć rzeczy oczywiste. A poza wszystkim, z jakich przyjemności rodzicielskich taki delikwent rezygnuje. W Gdańsku nie było potrzeby nikomu niczego tłumaczyć, co za wspaniała grupa! Ale w życiu, wokoło nas (?)

 
Wracając do wykładu p. dr Wilka, wielu obecnych ojców, oskarżanych w domu o nieudolne wklejanie swoich trzech groszy w dyskusjach z dziećmi, odetchnęło i słuchało padających słów z prawdziwym zadowoleniem. Ojcowie nie tylko mają być zaangażowani, ale mają się mieszać, pytać, prowokować dyskusje, nie ustawać w walce o kontakt z dziećmi, a kiedy trzeba mają być stanowczymi i nieugiętymi. Niektóre decyzje nie będą popularne. Stawianie ograniczeń, konsekwentne ich egzekwowanie, podczas gdy "wszyscy już mają komórki", "wszyscy to oglądają" albo "wszyscy wracają o pierwszej w nocy" nie będzie łatwe. Ojciec, który się angażuje, jest jak piłkarz na boisku. Wszyscy by chcieli, aby był Messim, aby aż miło było na niego popatrzeć. A umiejętności większości z nas nie wychodzą poza poziom drugoligowego obrońcy. Biegniemy z piłką, zdarza się sfaulować, przypadkowo, niechcący; podania - bywa, że się udają, choć większości zagrań daleko do finezji tiki-taki FC Barcelona. Każdy gra, jak umie, najważniejsze, że w ogóle gra i biega za piłką. Nie ma nic gorszego niż widok, jak nasi puchną na boisku i odpadają kondycyjnie po pierwszej połowie.

 
Tak to jest z nami ojcami, biegamy czasami bezładnie po boisku, może nie mamy najlepszej techniki, ale liczy się ostatecznie to, aby strzelić gola i samemu nie stracić bramki. Rozstrzyga wynik! Jak celnie pisze Regina Brett, nie sposób każdego dnia i w każdej decyzji być idealnym rodzicem, jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy. Bywamy zmęczeni, mamy zły dzień, spadło ciśnienie albo wracamy podminowani z pracy. Jasne, że to nas nie usprawiedliwia ale jakąś ilość słabych zagrań trzeba po prostu wliczyć w koszty. Tak jak gorsze mecze miewa nawet Messi czy jakakolwiek inna gwiazda futbolu.

 
To, co się liczy to mocne przekonanie wynikające z dobrego poukładania sobie spraw w głowie, o tym, że trzeba być zaangażowanym w sprawy dzieci, w wychowanie, w podejmowanie decyzji, w rodzinę. Ojciec outsider, milczek, safanduła, grzybiarz znikający w gąszczu lasu, wędkarz znikający w nadwiślańskich chaszczach w poszukiwaniu przynęty i czyhający wciąż na dużą rybę, majsterkowicz znikający w swoim garażu pełnym nikomu nieprzydatnych rupieci, biznesmen mający tysiące ważnych spraw i spotkań a wśród nich żadnego związanego ze swoją rodziną, polityk zmieniający świat aby ludziom żyło się kiedyś lepiej a na razie jego najbliższym gorzej, doradca rodzinny ciągle nieobecny w domu bo zajęty wykładami dla ojców o tym, jak ważny jest czas dla dzieci. Tysiące innych usprawiedliwień, obiektywnie ważnych, angażujących czas i energię spraw, rozgrzeszających nas z braku zaangażowania w domu. A gdy jeszcze mamy wychowaną w matriarchalnej tradycji żonę i takąż ochotną do wszelkiej pomocy teściową to umarł w butach. Nie zazdroszczę, choć delikwent będzie się cieszył, że nic nie musi robić tylko spokojnie meczyki z kumplami może oglądać. Nieborak. Jak przekonywał dr Wilk, wcześniej czy później, one wrócą do niego z gwałtowną prośbą, aby się zaangażował, coś zrobić, jakoś przemówił do rozsądku tego chłopaka czy dziewczyny. Przyjdą, gdy już będą problemy, najczęściej gdy na pewne rzeczy będzie za późno. I co wtedy? Facet poderwie się nieco rozkojarzony znad tych swoich papierów, spraw, narzędzi, gazet, meczów i ni z gruszki, ni z pietruszki uderzy pięścią w stół albo zakrzyknie "a niech to jasna cholera", jak pamiętny Felicjan Dulski. Coś tam zazgrzyta zębami, tupnie butem, wyrwie włosy z głowy, lecz dla swojego syna czy córki będzie tylko żałosny.

Tak, panowie, nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Z najlepszymi życzeniami z okazji pierwszego dnia wiosny, która sprzyja licznym zaangażowaniom rodzicielskim na łonie natury.

poniedziałek, 9 marca 2015

Dzień Kobiet

Ku refleksji z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet

"W obronie rodziny Jezus zmienił w pewnym istotnym szczególe prawo mojżeszowe: umieścił małżeństwo na znacznie wyższym poziomie świętości i uczynił je nierozerwalnym (zob. Mt 19, 5-6). Zaślubiona para tworzyła "jedno ciało": "Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela" (Mt 19, 6). Potępiając rozwody w tak bezkompromisowy sposób, Jezus zamierzał nie tyle umocnić małżeństwo, ile zabezpieczyć kobiety. W starożytności na Bliskim Wschodzie miały one niską pozycję prawną, którą niezmiernie pogarszała łatwość, z jaką mężczyźni - ale tylko oni - mogli uzyskać rozwód. W różnej mierze tak było wszędzie. Babiloński kodeks karny stanowił: "Jeżeli mężczyzna powie swej żonie: , zapłaci pół miny i będzie wolny. Jeżeli jednak kobieta odrzuci swojego męża, zostanie utopiona w rzece". Prawo żydowskie było mniej opresywne, ale szkoła Hillera głosiła, że dostateczny powód do rozwodu daje żona, która źle przyrządziła obiad dla męża. Inne systemy prawne, na przykład w Grecji, Persji i Rzymie, zawierały przepisy utrzymane zasadniczo w podobnym duchu - traktowały kobietę jako istotę niższego rzędu albo jako swego rodzaju własność mężczyzny. Nawet dzisiaj łatwy rozwód gorzej odbija się na kobiecie niż na mężczyźnie. Wzmacniając małżeństwo, Jezus stał się pierwszym w dziejach świata nauczycielem, który zatroszczył się o to, żeby kobiety zyskały równą pozycję względem mężczyzn."
Paul Johnson, Jezus, Najwierniejsza biografia, str. 137-138

Czy w świecie poza chrześcijaństwem coś zmieniło się przez dwa tysiące lat? Ktoś może wie?

niedziela, 15 lutego 2015

Ben Carson czytałby Frondę

Prawdziwe historie są lepsze niż te wymyślone. Sztuczne, nierealne, wydumane, które dobrze się ogląda, a po obejrzeniu, dochodzi do człowieka, że to bujda, i tylko niesmak pozostaje. Tak jest z wieloma współczesnymi fabułami, w filmach i w książkach. Ale nie ze wszystkimi na szczęście.

W Krakowie opowiadałem o filmie “Cudowne ręce. Opowieść o Benie Carsonie”. Naprawdę warto go obejrzeć. Nie dlatego, że zgarnął jakiegoś Oscara, ale ponieważ opowiada historię życia bohatera, wybitnego neurochirurga, który po raz pierwszy przeprowadził udaną operację rozdzielenia bliźniąt syjamskich połączonych mózgami. Carson to postać nam współczesna, żyje w Stanach Zjednoczonych i ma się bardzo dobrze, skoro jego nazwisko pojawia się na giełdzie kandydatów w wyborach prezydenckich z ramienia partii republikańskiej (pisała o tym Rzeczpospolita kilka miesięcy temu).

Wraz z bratem wychowywany samotnie przez matkę, analfabetkę, która w pewnym momencie zrozumiała, że jej synowie aby wydobyć się z zaklętego kręgu biedy, przemocy i kłopotów z prawem, muszą wziąć się solidnie do nauki. U profesora, w którego domu przeprowadzała porządki, dostrzegła telewizor przysypany stosem książek. Już wiedziała, co zrobić. Gdy wróciła do swojego mieszkania, chłopcy jak zawsze ślęczeli przed telewizorem zaśmiewając się z jakiegoś durnego programu. Jednym ruchem wyłączyła skrzynkę i zapowiedziała, że odtąd mają wypożyczać dwie książki z biblioteki tygodniowo i po przeczytaniu robić jej streszczenie. Dopiero wtedy mogą obejrzeć jeden wybrany program.

Takich smaczków jest więcej. W efekcie Ben z chłopaka nieradzącego sobie z nauką, opryszka wymachującego nożem staje się dojrzałym mężczyzną, który wie, czego chce. Dostaje się na Harvard, potem do prestiżowego szpitala. Ma wspaniałą żonę i piękne, udane życie. Zbyt cukierkowa historia? Można by tak powiedzieć, gdyby nie była prawdziwa. Gdyby ktoś pisał ten scenariusz z głowy, pewnie mielibyśmy więcej zakrętasów i udziwnień.

Jeśli szukacie przyzwoitego filmu z edukacyjnym morałem, będzie jak znalazł na zimowy rodzinny wieczór.

Gdy docieraliśmy na spotkanie w Krakowie, w korku czytaliśmy nową Frondę, Miesięcznik Grzegorza Górnego. Niby w wersji light, a przypomina ona starą, tą pierwszą i najlepszą Frondę z połowy lat dziewięćdziesiątych. Tą, której każdy numer był wydarzeniem i dawał mocny materiał, nie do znalezienia gdziekolwiek indziej. Tą, której pierwszy numer odkryłem całkiem przypadkowo a kolejne woziliśmy z kolegami w paczkach niczym jakąś cenną bibułę, by karmić nią szeroko pojęte nasze środowisko.

Jedziemy więc z tą nową Frondą. Na początku wstępniak Grzegorza Górnego, przypomnienie, że to, co było podwaliną pierwszej Frondy to sprzeciw wobec traktowania człowieka redukcjonistycznie, jedynie jako konsumenta, wyborcy, albo jako organizm biologiczny. I tu od razu widać, o co chodzi. Rozejrzyjmy się, przypomnijmy sobie ostatnio przeczytane książki, gazety, obejrzane filmy. To jest istotna różnica, sedno! Myślenie o człowieku: czy jako o ciele i duszy, w całej złożoności jego wymiarów czy redukując go do jednego aspektu, co człowieka poniża i ignoruje jego godność. Od tego wszystko się zaczyna i na tym wszystko się kończy.

Górny, to marka. Daje gwarancję jakości. Rasowy dziennikarz, redaktor z powołania. Precyzyjny, szukający faktów, nie lejący wody. Cieszę się, że kiedyś mogłem go ściągnąć na Św. Krzyż i wozić Fiatem Uno wraz z małżonką, pomiędzy Górami Świętokrzyskimi a Studzianną, gdzie miał również konferencję dla przewodniczek. Potem przedrukowywaliśmy go w Przestrzeni, teraz mu kibicujemy.

A w pierwszym numerze, jest dobrze, nie ma rozczarowania, lecz porcja solidnych tekstów. Otwierający wywiad z Malejonkiem, wywiad z Alainem Besanconem o tym, czym jest islam, a potem blok tekstów o tym jak wychowuje się na świecie elity, na czołowych uczelniach w USA, ale i rzut oka na naszą historię. Ciekawy tekst o Springsteenie, o fenomenie polskiej husarii i katolickim Archiwum X pod Insbruckiem a wymieniam tylko niektóre artykuły. Mam przeczucie, że warto zaprzyjaźnić się z nowym miesięcznikiem Fronda. Miłej lektury!

A na koniec pytanie: zostać przy tym formacie „dynamicznym” bloga czy wrócić do starego?

piątek, 6 lutego 2015

A w Krakowie…

… na Brackiej nie padał deszcz, był lekki mróz, zresztą nie było szans aby urządzać spacery. Ledwo dotarliśmy na czas na Rynek Główny 34 do zjawiskowej siedziby Klubu Jagiellońskiego, po prawie pięciu godzinach w samochodzie. Jak na dystans 104 km z Zakopanego to chyba dość zaskakujący czas. Wszyscy byli dzielni łącznie z Martą i Piotrem, by bez jedzenia, picia i zatrzymywania się do łazienki nie stracić nawet minuty, która groziłaby kompromitującym spóźnieniem.

Spotkanie z szefami Skautów Europy w Krakowie i okolicach oraz zaprzyjaźnionymi ludźmi dobrej woli było wreszcie realizacją tego, o co chodzi w całej tej książce z bloga. Czyli uczynieniem z niej przez szefa, hufcowego, hufcową, lidera środowiska pretekstu do spotkania, do wykorzystania tego „pretekstu” dla „swoich” celów, by zgromadzić swoich szefów, rodziców, przyjaciół, znajomych, ludzi dobrej woli właśnie, i „poszerzyć pole”, „podnieść ciśnienie”, skonkludować a może tylko zaznaczyć, że chodzi nam o coś więcej a wizja ta jest porywająca. A może tylko i aż mieć uzasadnienie dla integracji, wypicia wspólnego potem kawy, małego after party, gdzie może ktoś przyprowadzi po raz pierwszy swoją dziewczynę a ona uzna, że całkiem fajne jest to środowisko. 1 kwietnia 2014 r. pisałem o tym tak:

Jak przejrzycie te teksty zebrane na dwustu kilkudziesięciu stronach to wyłoni się Wam z nich wiele wątków, o których warto rozmawiać, wiele tez, ledwie zaznaczonych, które można i trzeba rozwinąć. Bo wydanie tej książki to właściwie pretekst. By spotkać się w szerszym gronie i przez półtorej godziny albo dłużej porozmawiać o życiu, o tym dlaczego Polska nie może nas nie boleć a jaką by być mogła, o wychowaniu i dlaczego dobre szkoły i Skauci Europy mogą być stałym źródłem pozytywnych doznań młodych i dorosłych, o przywództwie, wierności, źródłach szczęścia, bohaterstwie, wielkich Polakach, kanonie miejsc, lektur i filmów, i wielu innych sprawach, na które akurat pojawi się zapotrzebowanie zebranych, będzie im sprzyjał towarzyszący spotkaniu klimat lub wytworzone podczas niego intelektualne ciśnienie. Jeśli faktycznie to ciśnienie będzie wysokie, może dojdziemy nawet do nowych zaskakujących konkluzji, jak zmieniać ten świat by stawał się trochę lepszy niż go zastaliśmy”.

Tak zrobili hufcowi krakowscy i jak zapewnił mnie Bartek, nie żałują tego. Przeciwnie. Ja na pewno bardzo się cieszę z tego spotkania, z możliwości rozmowy z ludźmi szlachetnych pragnień i ofiarnej służby. Patos? Nie, rzeczywistość! Tak to się nazywa, gdy ktoś dojeżdża pięćset kilometrów aby prowadzić jednostkę, kręci kilkusetosobowym duszpasterstwem albo rozkręca nowe środowisko w swoim mieście w Małopolsce.

Rozmawialiśmy w Krakowie przez prawie dwie godziny, a poruszyliśmy tylko niektóre wątki i poczucie niedosytu pozostało. Tematem zadanym był rozwój osobisty, temat rzeka, właściwie padło tylko kilka myśli, przepraszam. Rozmawialiśmy sobie natomiast dużo o Polsce i zmienianiu świata.

Moja najmłodsza córka wręczyła mi potem nasz mały kalendarzyk z hasłem "Pomóż nam zmieniać świat" i zachętą do dawania jednego procenta. I powiem Wam, że to hasło jest świetne! Nie czekajmy na pomoc, na wielkie akcje, na to, że będzie dobra telewizja, kompetentny rząd, pomyślna koniunktura międzynarodowa, itp. Niech każdy z nas zmienia świat codziennie tak jak mu sumienie nakazuje, niech o nie dba i robi to, co uważa za najlepsze w danym momencie. Ale niech nie śpi, niech nie szuka wymówek, niech od siebie wymaga. „Codzienny dobry uczynek” to jest bomba atomowa skautingu. Mamy ponad 4 tysiące ludzi, 4 tysiące dobrych uczynków codziennie! Niewyobrażalna siła. Tak możemy zmieniać świat! Jeśli będzie to realne, jeśli jesteśmy przejęci tym, jeśli traktujemy poważnie nasze teksty, zasady, prawo, trzy cnoty harcerskie. O tym też mówiliśmy, w tych tekstach jest zapisana mądrość wielu pokoleń, trzeba się po nią schylić, uczynić praktyką codzienności.

Ja głęboko wierzę w rolę jednostek w historii, co najmniej od czasu omawiania w liceum wiersza C.K. Norwida „Do obywatela Johna Brown”. To jednostki zdecydowane, przekonane ciągną innych. Nie mówmy, że coś jest zdeterminowane, że już tak ma być, że pewne tendencje są przesądzone, że rządzi nami konieczność dziejowa, a my jesteśmy tylko wypadkową zewnętrznych czynników. A jeszcze bardziej wierzę w siłę jednostek połączonych wspólnym celem, działających razem, solidarnie, bez zbędnych ambicji rozbijających jedność działania.


Jak pisał inny poeta, Miłosz Czesław: „lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach”. Nie muszę dokonywać analizy tej frazy, rozumiemy wszyscy, o czym tu mówimy, prawda-;)

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Odszedł O. Robert

Odszedł O. Robert Pawlak, franciszkanin, dla starej gwardii skautowej, która pamięta go jako harcerza 1. Drużyny Nałęczowskiej, wiecznie uśmiechnięty „Gruber”. Dyskretny, towarzyszący, dobry duch. Wyrastał jak spod ziemi tam, gdzie akurat najbardziej był potrzebny. Mimo tego, że pracował w różnych miejscach w Polsce, obarczony wieloma obowiązkami, zawsze znajdował czas, aby służyć Skautom Europy. Wspierał szczególnie Nurt Harcerek. Nie zabrakło go na obu Eurojamach. Prawdziwy skautowy duszpasterz. I prawdziwy franciszkanin, żyjący swoim powołaniem, za cały majątek mający ubogi habit.
Życie jest tak kruche. I tak krótkie. Nie rozumiemy wyroków boskich. Czasami rozumiemy z biegiem czasu. Ufamy, że wszystko stanie się jasne, gdy będziemy już po tamtej stronie. Może ta śmierć, to odejście tak nagłe i niespodziewane osoby w sile wieku, która jeszcze wiele lat mogłaby służyć tutaj swoją mądrością, dobrą radą, uśmiechem i pracą, jest z jakichś nieznanych nam powodów szczególnie potrzebna teraz.

Ostatnio dosyć często w różnych rozmowach pojawia się wątek braku księży w jednostkach, na obozach harcerskich, że jest to luksus, a doświadczenia niektórych nieodłącznie związane z kapłanem na obozie czy zimowisku, rozmawiającym z chłopakami, sprawującym z powagą sakramenty a za chwilę prawdziwym towarzyszem i przyjacielem jedzącym tą samą zupę z aluminiowej menażki, to science-fiction dla wielu jednostek. Bo księża mają wiele innych obowiązków, a życie obozowe też nie jest łatwe. A takie jak na ostatnim deszczowym Eurojamie to już ekstremalnie. Przypominam sobie wtedy wynurzającego się z normandzkich chaszczy skromnego franciszkanina, z zawieszonym na twarzy uśmiechem, idącego gdzieś z tyłu, pocieszającego marudzące harcerki. Brodzącego w błocie, jedzącego jak wszyscy marne francuskie jedzenie, za cenę iluś tam spowiedzi, mszy, homilii, dobrych rozmów czy po prostu bycia z młodymi.

Nie damy rady robić skautingu bez oddanych kapłanów? Nie damy rady iść tą drogą bez ich ofiary czasu, energii, zdolności, zaangażowania. Bez rozgrzeszania na łące, bez konsekrowania hostii na ołtarzu obozowej kaplicy. Nie damy rady!

Może wśród obecnych harcerzy, wędrowników i szefów, a może i wilczków, kiełkują piękne i odważne marzenia o oddaniu się całkowicie, o służbie tylko Jemu, o miłości większej niż ta ziemska? Nie bójcie się zuchwałych marzeń! A może to odejście sługi dobrego dla kogoś innego będzie ostatnim argumentem, by zaryzykować życie?

Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. Robercie, odpoczywaj w pokoju.

niedziela, 11 stycznia 2015

WOW - oh, wow!


Jak stali, cierpliwi i wyrozumiali czytelnicy tego bloga dobrze wiedzą, stara się on być źródłem treści raczej dobrej i budującej, a nie przelewaniem rozgoryczenia lub piętnowania tego, o czym nie można powiedzieć, że jest dobre. Tym bardziej miło po tygodniu bombardowania nas zewsząd odrażającymi okładkami francuskiego pisma podzielić się refleksją z dnia wczorajszego.

WOW czyli Wieczerza Opłatkowa Warszawy skupiająca wszystkich szefów sześciu już stołecznych hufców i przyjaciół, w tym wiele osób z innych miast studiujących w Warszawie. Jak było? Można powiedzieć – wow! Świetna skautowa atmosfera, proste metody, zaskakujące efekty. Choć to już wieloletnia tradycja w Warszawie, a nawet miejsce to samo, były elementy zaskoczenia.

Wszyscy zebrani, nie pomijając rodzin z dziećmi, zostali losowo podzieleni na sześć grup, które w ciągu dwudziestu minut miały przygotować wybrane scenki składające się na scenariusz pt. Rodowód Jezusa. Wyszło znakomicie! Wszyscy byli zaangażowani. Dla mnie najlepszy był występ o Królu Salomonie, urozmaicony technicznie, śmieszny i pouczający, nie licząc oczywiście początku z dziadkiem okrytym kocem, ale to było poza konkurencją, bo przygotowali organizatorzy.

I powiem Wam, że tak trzeba. Cykliczne wydarzenie powinno mieć za każdym razem jakiś nowy element, albo inaczej zrobiony, albo podany, jakąś poprawkę, podwyższenie poziomu o oczko wyżej, by żadne wydarzenie nie było nudne i przewidywalne, by zawsze nieobecność była stratą. I mam na myśli nie tylko harcerskie wydarzenia, ale i w pracy zawodowej czy w życiu rodzinnym. Nie ma nic nudniejszego i bardziej przygnębiającego niż imieniny u cioci zawsze z tymi samymi gośćmi, potrawami i żartami przy stole. Albo święta, nie dość, że te same potrawy na Wigilii, identyczna sztuczna choinka od lat, życzenia zdrowia, to i prezenty identyczne: od wujka Mietka szare skarpetki, od cioci czekolada, itd. Minimum to skarpetki chociaż w innym kolorze a czekolada chociaż z innym nadzieniem. A w małżeństwie? Rutyna, powtarzalność, brak zaskoczenia zabije najlepszy związek. Facet czy kobieta, którzy nie potrafią albo nie chcą zaskakiwać swojego współmałżonka to niebezpieczeństwo! To samo w drużynie, kolejny obóz z taką samą fabułą, albo po roku przerwy znowu to co dwa lata temu to oznaka lenistwa i braku wyobraźni. Tematów nie starczy na życie, a co mówić o krótkim okresie trzech lat. I nie chodzi o to, aby ciągle eksperymentować i wszystko zmieniać. O nie!

 
Przeciwnie, rytuał, uświęcone tradycją elementy, pewien stały kanon, nawet na takim spotkaniu jak WOW to rzecz nie do przecenienia. Więcej, „reformator” robiący wszystko po nowemu to tylko oznaka pychy, braku szacunku do poprzedników, bo „ja wiem lepiej”. To samo ze Świętami, to że spodziewamy się znowu miłego spotkania rodzinnego, tych samych potraw jedzonych raz w roku, i że wiadomo, iż śpiewamy kolędy pół godziny a dopiero potem są prezenty, a tam znowu skarpetki od wujka Mietka, jest czymś niesamowicie sympatycznym. Wiedzieli o tym Hobbici, a raczej Tolkien, który ich powołał do życia. Wiemy i my. Najlepiej jednak jak w tym rytuale jest jakiś element zaskoczenia, miły akcent, smaczek, jakaś potrawa inaczej przyrządzona a może zupełnie nowa, inny obrus, skarpetki z fantazyjnym szlaczkiem, itp. Tradycyjnie najlepszy jest złoty środek, odkrył to już Arystoteles, a my twórczo jego myśl rozwijajmy.

A zatem WOW taki był, jaki powinien, nowi hufcowi twórczo kontynuujący tradycję! Nie po najmniejszej linii oporu, robiąc identycznie jak było, ale właśnie, zróbmy coś może aby bardziej ludzi zaktywizować, zaskoczyć. I dobrze wyszło.
Tak trzymać Panie i Panowie!

(fot. z galerii Kasi Szczypek)

środa, 7 stycznia 2015

Rozwój osobisty i sukces zawodowy – epilog albo to samo tylko inaczej cz. 2

Teraz kilka kwestii natury ogólnej związanych z rozwojem osobistym.

 
Jesteś sam odpowiedzialny za swój rozwój, jesteś kowalem swojego losu. Tak, dobrze słyszysz, nie oglądaj się na boki, to do Ciebie i nie licz, że ktoś Cię popchnie z tyłu albo pociągnie do przodu, rzuci linę, przytroczy jak szybowiec do samolotu. Musisz mieć silnik, nie możesz być szybowcem zależnym od wiatru. Baden Powell radził, aby trzymać mocno w rękach ster łodzi swojego życia. Niektórzy zaś mówią, „co Bóg da”, „jeśli Bóg pozwoli”, „Bóg sobie poradzi z tą sprawą” albo „jakoś to będzie” i nie robią nic. Nie wygrasz na loterii, jeśli nie kupisz losu. Nie można zapominać o tym, że Bóg chce, aby człowiek działał, podejmował decyzje i wcielał je w życie. Skauci Europy nie powinni zapominać słów Św. Ignacego patrona wędrowników: „czyń tak jakby wszystko zależało od ciebie, módl się tak jakby wszystko zależało od Boga”.

Poznaj swoje mocne i słabe strony, mocne rozwijaj, słabe niweluj. Jeśli masz słaby słuch, nie pchaj się do zawodowego grania na skrzypcach czy śpiewania w chórze choćby to było twoje marzenie. Powinieneś wiedzieć, jakie są Twoje mocne strony, na tym budować, uczynić z tego atut.

Kolejną użyteczną sprawą jest wiedzieć czy jest się introwertykiem czy ekstrawertykiem, oraz jaki typ osobowości jest najbliższy mojemu, czy jestem cholerykiem czy flegmatykiem. To są sprawy podstawowe, i wielkie błędy w wychowaniu, np. jeśli rodzice tego nie rozumieją i tą samą miarą traktują dwoje dzieci o przeciwstawnych typach osobowości. To gwałt na naturze, bo jeśli ktoś urodził się np. flegmatykiem to żeby nie wiadomo jak się starał nie zrobi z siebie choleryka. Zresztą po co, każdy typ ma swoje zalety i z nich trzeba uczynić atut. Jednak brak tej świadomości może powodować niepotrzebną utratę energii i zniechęcenie, gdy ktoś wykorzenia w sobie coś, czego wykorzenić się nie da, zamiast to polubić i okiełznać. Ja nie jestem specjalistą w tym temacie, i nie chciałbym go tutaj nadmiernie rozwijać ale zachęcam Was do poznania swojego typu osobowości i wyciągnięcia z tego praktycznych wniosków. Brak wykonania takiego ćwiczenia skazuje na chodzenie po omacku, to tak jakby mechanik przystępował do naprawy skomplikowanego urządzenia bez znajomości jego instrukcji, planów, albo generał do operacji powietrzno-desantowej nie zapoznawszy się nawet z mapą terenu. Nie ma złudzeń, wtedy na pewno się nie uda.

Ja dopiero niedawno dowiedziałem się, jak rozróżnić na pewno introwertyka od ekstrawertyka i jakie to ma praktyczne znaczenie. Introwertyk regeneruje się, odzyskuje energię w samotności, do resetu np. po stresującej cały tydzień pracy, potrzebuje spaceru, czasu dla siebie, kontaktu z przyrodą. Ekstrawertyk, przeciwnie, potrzebuje ludzi, zgiełku, rozmów, spotkań. Nie oznacza to, że introwertyk nie potrzebuje ludzi, chodzi tylko o to, gdzie, w jakich warunkach, który typ odzyskuje najlepiej energię, czego potrzebuje do regeneracji sił. W młodości nie jest to może tak istotne, ale zapewniam was, że technologia odzyskiwania energii z biegiem czasu staje się coraz ważniejsza-;)

Kolejna myśl – robić plany, stawiać sobie cele. Jeśli postawimy sobie jakieś cele, jest szansa, że chociaż niektóre uda nam się zrealizować. Robienie planów i stawianie celów zakłada oczywiście ich weryfikację, podsumowywanie, czasem korygowanie, i najlepiej z długopisem w ręku. Jeśli tego nie robimy, wszystko zaczyna być płynne, niby gdzieś idziemy ale tak do końca nie wiadomo czy idziemy do przodu czy do tyłu. O tym jak to robić pisałem kiedyś tutaj.

Jeszcze jedna refleksja, to co się liczy to realne umiejętności, to co umiesz już robić. Zwróć uwagę, że umiejętności praktyczne to jeden z pięciu celów skautingu. Jeśli jako szef nauczysz swoich podopiecznych praktycznych umiejętności, pójdą z nimi w życie i już je będą mieli, czy będzie to zagotowanie zupy czy utrzymywanie porządku. Mówiąc o realnych umiejętnościach nie chodzi mi o doświadczenie zawodowe zaraz po zakończeniu studiów, przysłowiowego absolwenta z trzyletnim stażem pracy. Jednakże refleksja nad tym, co już umiem, czego się nauczyłem dzięki tym lub tamtym zajęciom, tej czy innej praktyce, etc. jest ważnym ćwiczeniem. Dam przykłady z własnego prawniczego podwórka. Umiejętnościami, które student może mieć po studiach i wnieść w pracy nawet, jeśli nie miał dotychczas praktyki zawodowej, będą choćby: umiejętność logicznego wnioskowania, czytania ze zrozumieniem przepisów, umiejętność szybkiego odnalezienia koniecznej literatury, orzeczeń, komentarzy do przeanalizowania danego zagadnienia; umiejętności przejrzystego, precyzyjnego pisania; prezentowania zagadnień, ustnego i pisemnego, itd.

Kolejna rzecz - często młodzi ludzie z niesamowicie „wypasionymi” cv nie mogą jakoś zagrzać nigdzie na dłużej miejsca. Dlaczego? Okazuje się, że w zamian za wygórowane oczekiwania, postawę roszczeniową - dostarczają brak elementarnej solidności, dokładności, cwaniakowanie, odbębnianie zadań i robienie na odczepnego. Takiej osobie nie można zaufać, bo nawet drobne zadanie jest ważne. Gdy jeszcze do tego dochodzi brak ducha solidarności i współpracy z innymi, tzw. gwiazdorzenie, to nie ma w ogóle o czym mówić i takie cv można sobie wsadzić… do szuflady. Indywidualizm generalnie odchodzi do lamusa, gra zespołowa teraz jest na topie. Ostatnie nagrody Nobla w naukach ścisłych – zespoły naukowców, scenariusze filmów i seriali piszą zespoły ludzi, itd., itd. Umiejętności współpracy akurat można się nauczyć w harcerstwie, w szkole nie zawsze, ale w dobrych szkołach np. w szkołach dla managerów MBA to jest jeden z celów nauczania; ludzie, którzy nie umieją pracować w grupie odpadają. A zatem – solidność i dobry duch!

Nie chcę zasypać cię tysiącem złotych myśli, bo każda zasługiwałaby na długie uzasadnienie, odrębny tekst i mam świadomość, że rzucanie ich jako nieledwie haseł może być nawet przyczyną nieporozumień. Piszę tu tylko o wybranych, co do których jestem całkowicie przekonany i każdą z nich mógłbym uzasadnić garścią przykładów. Pozwól tylko na jeszcze jedną, bo wydaje mi się niezwykle ważna i bardzo niedoceniana.

Trzeba mieć motywację, a motywacja bierze się z inspiracji. Jest nawet takie angielskie sformułowanie/gra słów „insight comes from outside”. Najlepsze inspiracje biorą się od innych ludzi, tu i teraz, albo tych, którzy nas poprzedzili. Izaak Newton powiedział: „Jeśli widziałem kiedyś wyżej, dalej niż inni, to dlatego że stałem na barkach gigantów”. Jakich Ty masz gigantów, na których barki się wspiąłeś? Czytajmy biografie, oglądajmy dobre filmy, miejmy dobrych przyjaciół, wybierajmy zajęcia z dobrymi wykładowcami.

Dla geologów najważniejsza jest gleba, w wychowaniu najważniejsze jest podobno środowisko czy towarzystwo. Dobrze mieć paczkę przyjaciół, która wzajemnie się motywuje, inspiruje, jest w stanie przeczytać wspólnie dobrą lekturę i o niej podyskutować lub zobaczyć ambitniejszy film. Dzisiaj cierpimy na nadmiar niepotrzebnych informacji, z których ludzie nie są w stanie wyłowić tego, co naprawdę zasługuje na ich uwagę. Bestsellerami są książki wylansowane na bestsellery, których nikt nie wziąłby do ręki, gdyby nie krzykliwa kampania reklamowa. Nie ma czasu na rozpamiętywanie, bo wydarzenia aktualne dziś, jutro są już passé. W tych warunkach idziemy w powierzchowność, naskórkowość. Coś tracimy, życie pozbawione głębokich przeżyć ma mniej barw. Dlatego trudno wyobrazić sobie prawdziwy rozwój osobisty bez jakiejś mocnej lektury od czasu do czasu, która coś zmienia w życiu. Biografie „gigantów” nadają się do tego doskonale-;)

I jeszcze jedna sprawa - porażki, niepowodzenia. Mój pierwszy szef mawiał, że tylko ten ich nie ma, kto nic nie robi. Trzeba je wliczyć w koszty, każda porażka to po prostu zbieranie cennego doświadczenia, byleby nie popełniać tych samych błędów albo chociaż nie w taki sam sposób. Samuel Beckett jest autorem świetnej maksymy, która jest znowu nieprzetłumaczalną grą słów, więc przytoczę ją w oryginale: „Try, fail, fail again, fail better”. Jest to podobno motto aktorów angielskich uczących się tekstów na pamięć.

I na koniec - po co to wszystko? Zgodnie z zapowiedzią oddajmy głos ppłk Łukaszowi Cieplińskiemu ps. Pług. Był on dowódcą AK na Rzeszowszczyźnie, mając pod komendą ponad dwadzieścia tysięcy ludzi. Po wojnie aresztowany przez UB, skazany na karę śmierci, którą wykonano. Poniżej fragmenty grypsu, który przekazał dla swojego syna z celi śmierci. To swoisty duchowy testament. Niech jego słowa będą podsumowaniem naszych rozważań.

Andrzejku! Ażeby nie zmarnować życia, ażeby wziąć czynny udział w dokonywujących się procesach i wnieść w życie pozytywne i twórcze wartości musisz starać się zająć odpowiednie stanowisko społeczne. Celem tego nie mogą być osobiste ambicje, ale świadomość i wiara w ideały, które Tobie mają przyświecać. – Droga do tego prowadzi przez wartości charakteru i umysłu. Przez głęboką wiarę w słuszność celów [wyraz nieczytelny]. – Pamiętaj, że o wartości człowieka stanowi w pierwszym rzędzie jego charakter.

Musisz go szkolić drogą różnych wyrzeczeń. Silna wola, pracowitość, odwaga, inicjatywa, prawdomówność, godność osobista, narodowa i ludzkaoto elementy, na które zwrócić musisz specjalną uwagę. Bez silnego charakteru nie osiągniesz żadnego celu. W połowie drogi połamią Cię przeciwności. [fragment nieczytelny] Nie wolno Tobie marnować czasu na głupstwa [fragment nieczytelny] w kraju, wyjedź na zachód celem pogłębienia działu który sobie obierzesz. Wybierz zawód, który będzie Tobie najbardziej odpowiadał, a w którym będziesz mógł najbardziej pozytywnie pracować na chwałę Boga, na pożytek ojczyźnie i pociechę Matce. Na zachodzie zwracaj uwagę na zagadnienia filozoficzne, gospodarcze, społeczne i polityczne. Z języków wybierz angielski. – Musisz poznać również łacinę, celem zapoznania kultury klasycznej, – odbijającej tak bardzo [brak grypsu]

[fragment nieczytelny] pokrzywdzonym. Pamiętaj, że środki materialne, pieniądze odgrywają dużą rolę, nigdy jednak nie mogą być Twoim celem.

(….)

Bądź Polakiem, to znaczy całe zdolności zużyj dla dobra Polski i wszystkich Polaków [fragment nieczytelny] Bądź katolikiem, to znaczy pragnij poznać Wolę Bożą, przyjmij ją za swoją i realizuj w życiu. Katolik to nie niedołęga, ale zdolny przedsiębiorczy, służący dobru i walczący ze złem. Przez wykształcenie umysłu i charakteru osiągnąć musisz odpowiednie stanowisko społeczne – by cele te móc realizować.”

piątek, 2 stycznia 2015

Rozwój osobisty i sukces zawodowy – epilog albo to samo tylko inaczej cz. 1



Zadzwonili wieczorem, kazali się ubrać w marynarkę a nie mundur i przezwali „panem Zbigniewem” w zapowiedzi na fejsbuku. Cóż, służba nie drużba. Organizatorzy tegorocznego Forum Młodych postanowili mi zaufać, jak ufa się każdemu nowemu szefowi mianując go na funkcję, a ja przypomniałem sobie słowa znanego obrzędu, gdy kandydat prosi „aby uważano go za zawsze gotowego do służby”. Szkoda w sumie, że było tak mało czasu aby zebrać myśli i lepiej się przygotować, ale nie wahałem się, skoro nadarzyła się okazja aby powiedzieć coś do kilkuset młodych szefów z całej Polski.

Zazwyczaj po każdym wystąpieniu, człowiek uświadamia sobie, ile więcej kwestii można by poruszyć, a jeśli miało się je zapisane albo w głowie wcześniej a o nich się zapomniało, to takie poczucie jeszcze się wzmacnia. Spróbuję tu spisać kilka myśli, które nawet jeśli padły podczas Forum Młodych, to można je na pewno bardziej rozwinąć. I będą to właśnie myśli, garść refleksji, częściowo powiązanych ze sobą a w części trochę od siebie niezależnych.

Gdy już wspomnieliśmy o zaufaniu to może przypomnijmy na początek słowa, które papież Franciszek wypowiedział kilka tygodni temu do europarlamentarzystów w Strasbourgu:

W centrum tego ambitnego projektu politycznego było zaufanie do człowieka, nie tyle jako obywatela ani też podmiotu ekonomicznego, ale do człowieka jako osoby obdarzonej godnością transcendentną.”

To zaufanie było fundamentem cywilizacji europejskiej, zachodniej czy łacińskiej, jakbyśmy jej nie nazwali, to zaufanie jest też podstawą metody harcerskiej, ale jest też filarem wychowania i mówiąc bez ogródek - jest też fundamentem tego, że ten świat jakoś się kręci. Brak tego zaufania był i wciąż jeszcze bywa przyczyną nieszczęść. Żaden system totalitarny nie ufa ludziom. Oczywiście człowiek nadużywa tego zaufania często, więc nie jest to wszystko takie proste.

Cytowałem też papieża Benedykta, który przekonywał o tym, że „każdy z nas jest chciany, każdy miłowany, każdy niezbędny” oraz że „moralność, której naucza Kościół jest wielką wizją człowieka”.

Nie jestem w stanie przekonująco napisać, jak wspaniała jest ta wizja, ale ona przecież przyciągała i wciąż przyciąga jak magnes całe narody i kontynenty a na ziemiach polskich mieliśmy aż nadto wspaniałych historii z tym związanych. Rozwój osobisty to nieprawdopodobna przygoda na całe życie bo nie ma on praktycznie punktu docelowego, którego nie można by przekroczyć. Dlatego tak mocno brzmią te słowa obrzędu Wymarszu Wędrownika: „Czy wiesz, że Harcerz Rzeczypospolitej nigdy nie przestaje pracować nad sobą i nigdy nie uważa, że już wszystko osiągnął? Czy chcesz być dziś lepszym niż wczoraj, a jutro niż dziś?” „Tak, chcę!”

Kariera nie wydaje mi się odpowiednim słowem dla nas, takie postawienie sprawy nie powinno nas zbytnio interesować. Wyjaśni nam to najlepiej ostatnie przesłanie z celi śmierci ppłk Łukasza Cieplińskiego ps. „Pług” do swojego ukochanego, długo oczekiwanego i jedynego syna, którego fragmenty zamieścimy na końcu tego tekstu. Chodzi bowiem właściwie tylko o jedno – o pomnożenie talentów, o odkrywanie planu życia dla siebie i realizowanie go najlepiej jak potrafimy, „ze wszystkich sił”. W nauce a potem w pracy zawodowej wykonywać swoje obowiązki z całym zaangażowaniem, na jakie nas stać, w czasie, jaki mamy przeznaczony na pracę. Tylko tyle i aż tyle! Jeśli przyjdzie sukces, będzie on niejako efektem ubocznym, naturalnym następstwem dobrego wykonywania tego co do nas należy.

Kolejna z tym związana sprawa – nie porównywać się, ustawiać poprzeczkę wysoko sobie, najbardziej rywalizować z sobą samym, dzisiaj – ze sobą dnia wczorajszego, jutro - ze mną dzisiejszym. Gandhi powiedział „Nie jest ważne, byś był lepszy od innych. Ważne jest, byś był lepszy od samego siebie z dnia wczorajszego” i ta myśl wydaje mi się niezwykle trafna. W Polsce wciąż mamy tendencję do równania w dół, ktoś robi „karierę”, buduje firmę, zarabia pieniądze i dość szybko widzi, że osiągnął więcej niż rodzice, koledzy z klasy w gimnazjum czy liceum albo ze studiów. I co wtedy? Bardzo często osiada na laurach. Ja widziałem sporo takich historii w moim życiu zawodowym, przypomnę, że jako prawnik prowadzę różne transakcje i jestem dość blisko biznesu. I zamiast rozwijać firmę nadal, aby ze średniej stawała się duża a potem wielka i zatrudniała coraz więcej ludzi, produkowała coraz więcej coraz lepszych towarów, przynosiła coraz wyższe dochody – ktoś ją sprzedaje, bo przecież i tak do końca życia nie będzie musiał pracować. Smutne. Podobnie świat tzw. celebrytów, ktoś wdziera się na ten Parnas jakąś piosenką, a potem widzimy go tylko w kolorowej prasie i telewizji i nawet nie wiemy, co on/ona niegdyś zaśpiewał albo w ogóle co robi oprócz wypowiadania się z zaskakującą pewnością siebie na każdy temat. Jednak odnośmy te prawdy przede wszystkim do siebie, bo to wyjaskrawione przykłady, a takich sytuacji jest o wiele więcej w szkole czy na studiach i każdy z nas może mieć chwile, gdy coś idzie mu dobrze, lepiej niż innym i wtedy jest pokusa samozadowolenia. Bardzo złudnego, bo może jest tak, że mimo bycia najlepszym ktoś pracuje na 50% swoich możliwości, nie daje dwukrotności talentów ale dużo mniej. A więc Gandhi ma tu rację!


Powołaniem człowieka jest bowiem pracować, w Księdze Rodzaju czytamy, że człowiek został stworzony aby pracował, ut operaretur. I znowu cytat, znakomity, wyjaśniający to dogłębnie:

„Praca jest dobrem człowieka – dobrem jego człowieczeństwa – przez pracę bowiem człowiek nie tylko przekształca przyrodę, dostosowując ją do swoich potrzeb, ale także urzeczywistnia siebie jako człowiek, a poniekąd bardziej staje się człowiekiem”.

To encyklika Laborem exercens Jana Pawła II. To dlatego polityka musi interesować to, czy ludzie mają pracę i jego zadaniem jest m.in. stwarzać warunki aby praca była. Jaka jest przyczyna emigracji, dlaczego z Polski wyjechało w ostatnich latach ponad dwa miliony ludzi? Właśnie za pracą, aby pracować. Czy tylko za lepiej płatną pracą, czy powodem były wyłącznie pieniądze? Wynagrodzenie za pracę jest istotnym, często rozstrzygającym czynnikiem zmiany pracy, podjęcia jej czy poszukiwania zagranicą. Jednak nie jedynym. Praca jest naturalną potrzebą, naturalnym obowiązkiem człowieka, dzięki niej człowiek staje się jeszcze bardziej sobą. Jestem głęboko przekonany o niezwykłej treści podkreślonego fragmentu, jest w nim zawarta wielka wizja pracy ludzkiej. Mam mnóstwo przykładów z codziennego życia zarówno zawodowego, swojego i innych, jak i z przypatrywania się moim dzieciom, jak dobrze wykonana praca poprawia samopoczucie, buduje pewność siebie, dodaje skrzydeł, daje spokój a nawet szczęście, że zrobiło się to, co należało zrobić w danej chwili. Jednak praca dobrze wykonana to także służba innym, tym, którzy z niej bezpośrednio korzystają (klienci, odbiorcy wytworzonych towarów, pacjenci, pasażerowie, kupujący, etc.), ale i całemu społeczeństwu. Jesteśmy systemem naczyń połączonych, współistniejemy w tysiącach relacji, i w zaufaniu do tysięcy ludzi, to zaufanie jest oparte na ich dobrze wykonywanej pracy. Rozejrzyjmy się wokół, wychodzimy z domu jedziemy na uczelnię czy do pracy. Ktoś musiał dobrze wytworzyć asfalt, ktoś go położyć, skonstruować autobus, opanować sztukę kierowania nim, dobrze naprawić ostatnio hamulce, wyregulować sygnalizację świetlną na drodze, itd. Jeśli ktoś w tym całym łańcuchu współzależności swoją pracę wykonał źle, będziemy na to utyskiwać, popsuje nam to humor, a nawet może skończyć się wypadkiem. Katastrofa statku kosmicznego „Challenger” została spowodowana tym, że ktoś źle dokręcił jakąś śrubkę. Może myślał, że jego praca jest banalna, rutynowa albo mało istotna w porównaniu z pracą innych. Mylił się.

Dobrze wykonana praca to również służba swojej rodzinie, która dzięki temu ma środki do życia, i w końcu służba Ojczyźnie i Bogu. Każda praca! Jeśli ktoś myśli, że zamiatając ulice nie realizuje tych wielkich celów, to niestety również się myli. Oczywiście ważniejsza dla nas wszystkich jest praca ministra, który podejmuje decyzje, od których zależy wiele a jak ktoś źle posprząta ulicę to państwo się nie zawali. Jednak i jedno i drugie może i powinno być dobrze wykonane, i jest służbą. To jest fundament cywilizacji europejskiej, zachodniej, i żadni protestanci, żadni kalwini, jak to nam się wmawia na czele z Maxem Weberem i jego dziełem o etyce protestanckiej co to zbudowała kapitalizm, nie wymyślili tej etyki pracy. Wcześniej była Księga Rodzaju, „ora et labora” i wielkie katedry. Był też Kraków i jego kupcy, gdzie krzyżowały się największe szlaki handlowe Europy. Ale to temat na inny tekst.

Tymczasem Polska potrzebuje charyzmatycznych listonoszy, kierowników najnudniejszych urzędów, poczt, uśmiechniętych właścicieli sklepików i straganów na bazarze, jak i zapalonych naukowców i inżynierów, przejętych swoją pracą nauczycieli, lekarzy i reżyserów. Polityków, samorządowców, urzędników, przedsiębiorców i wielu innych.

Miałem i mam szczęście znać wiele osób spośród moich klientów i współpracowników, od których mogłem się czegoś nauczyć i cały czas się uczę. Pamiętam doskonale spotkanie, na którym były pilot NATO a potem główny dyrektor wielkiej firmy, skrupulatnie notuje w swoim kołonotatniku to, co objaśnia mu świeżo upieczony prawnik na spotkaniu. Ja na następne spotkanie sprawdziłem wszystko cztery razy. Lekcja pokory w uczeniu. Dawałem też przykład kolegi, który zrobił błyskotliwą karierę zaczynając od skrupulatnego wykonywania obowiązków, które były poniżej jego kwalifikacji, ale bardzo angażując się i będąc bardzo kreatywnym, co po pewnym czasie zostało zauważone i zyskało uznanie przełożonych, którzy zaczęli powierzać mu coraz trudniejsze zadania. Przywiodło go to z czasem do spektakularnego sukcesu. To trochę historia przypominająca tę z filmu „W pogoni za szczęściem”, który na marginesie warto obejrzeć.

 
Aby dobrze pracować, trzeba się do tego przygotować czyli, moi drodzy, kolejny wielki temat – NAUKA!

W wolnym, sprawiedliwym kraju, nauka, pilność, solidność powinny być drogą do sukcesu, również materialnego. Z konkretów w tym temacie to mam ich tylko kilka.

Po pierwsze, umiejętność skupienia, bez względu na zawód, jeśli ktoś nie umie w ciszy, skupieniu, bez dystrakcji uczyć się przez bitą godzinę, przykuty do biurka - nic nie osiągnie. Trzeba o tę umiejętność walczyć w dobie fejsbuka, chatów, maili, telefonów, smsów, rozrywki montowanej w służbowych telefonach i komputerach, muzyki sączącej się z byle komórki.

Po drugie, własna technologia nauki. Każdy musi mieć swoje sposoby, techniki przechytrzania swojego lenistwa i gnuśności, a może tylko lepszego wykorzystywania czasu i bardziej efektywnego uczenia się. Po co spędzać trzy godziny nad czymś co można opanować w godzinę. Tu należy być kreatywnym i zmieniać te metody, eksperymentować, począwszy od jak najszybszego czytania ze zrozumieniem poprzez różne sposoby sporządzania notatek, wykresów, style i kolory podkreśleń, dopisków na marginesach, etc., aż po techniki nauki na pamięć czy mnemotechniki ułatwiające zapamiętywanie. Ja w czasach szkolnych miałem w pogardzie gorliwców z pierwszych ławek podkreślających w zeszycie linijką najważniejsze kwestie, a w życiu dorosłym wielokrotnie zaskakiwało mnie jak któryś ze starszych kolegów, doświadczony mecenas albo manager robi skrupulatne notatki z podkreśleniami. Dobre nawyki najlepiej wyrabiać w określonym wieku, jeśli chodzi o techniki pracy umysłowej, im wcześniej tym lepiej.

Po trzecie, uczyć się od najlepszych. Św. Brat Albert kiedy był tylko Adamem Chmielowskim chcąc uczyć się malarstwa, postanowił wyjechać do Niemiec, aby uczyć się techniki od najlepszych mistrzów. Mawiał wtedy, że nie będzie pił z kałuży, skoro może udać się do czystego źródła. Wielokrotnie jako opiekun doradzałem szefom zapisywanie się na wymagające zajęcia z wykładowcami, którzy mogą czegoś nauczyć. Z perspektywy czasu to tylko się liczy, nabycie konkretnej wiedzy i umiejętności, a nie zaliczenie zajęć za cenę straty kilkudziesięciu godzin czasu.

Po czwarte, dwie złote reguły nie tylko nauki ale generalnie rozwoju osobistego: wychodzenie poza strefę swojego komfortu oraz dochodzenie do granic możliwości. Znajdziecie te zasady w mądrych książkach o rozwoju dla managerów. Gdyby wychodziły jeszcze książki o pracy nad charakterem, na pewno tam też byłaby o tym mowa. Ja usłyszałem o tych zasadach niedawno, ale przeżyłem je na własnej skórze w liceum. Gdyby nie to liceum, nie ten wycisk, który tam dostałem, nie wiedziałbym nawet, że jestem w stanie działać na tak wysokich obrotach, uczyć się tak efektywnie, że na tyle mnie stać. Nie mam wątpliwości, zmarnowałbym się. Jasne, że każdy jest inny i niektórzy pracują intensywnie sami z siebie i w każdych warunkach, mnie takie dociśnięcie wtedy było bardzo potrzebne. Tak czy inaczej, „ciepełko” zabija rozwój, jeśli nie podejmujesz się zadań, które coś cię kosztują, może trochę stresu, tremy, spięcia czy napięcia, a tak będzie zawsze jeśli coś robisz po raz pierwszy; jeśli asekurancko nie wychodzisz poza strefę, nad którą już panujesz, w której dobrze się czujesz, już masz ją oswojoną, odcinasz kupony – to zacząłeś proces atrofii i obumierania. Oczywiście to jest wygodniejsze, bezpieczniejsze, ale tak nie sięga się gwiazd.

Dochodzenie do granic możliwości – to rozumie każdy kto uprawia sport, albo rehabilituje kończynę. Nie da się zmierzyć, określić jakie możliwości mamy, jeśli nie dojdziemy do ich granicy. W sporcie to proste - biegniemy i przy którymś metrze czy kilometrze ustajemy. Chciałbym być tu dobrze zrozumiany, nie chodzi tu o pracę ponad siły, 300% normy, stachanowców z czasów odbudowy Warszawy czy wyścig szczurów. Raczej o stawianie sobie porzeczki na odpowiedniej wysokości.
c.d.n.

sobota, 13 grudnia 2014

Jeszcze o Zofii skoro życie jest męczące


To cud, że jeszcze ktoś tu zagląda, gdy autor od miesiąca milczy. Można by napisać „próżnuje” gdyby to była prawda, ale nie jest. Prawda jest taka, że chciałem tu napisać pewnego rodzaju epilogi czy też zebrane w sposób bardziej poukładany myśli, którymi dzieliłem się z Państwem przy okazji audycji radiowej o Skautach Europy jako szkole patriotyzmu, tudzież podczas wystąpienia na Politechnice w ramach Forum Młodych nt. rozwoju osobistego i zawodowego. Na razie muszę tylko to zapowiedzieć, gdyż idea była taka, żeby było to bardziej uporządkowane niż na żywo, a na takie uporządkowanie póki co nie miałem i nadal nie mam szans. Przyczyna jest prosta – życie! Samo życie, lub jeśli ktoś woli prawdziwe życie, pełnią życia życie, czy też intensywne życie. Mam eksponować szczegóły? Nie ma sensu, wystarczy przecież wiedzieć, że chodzi tu o żywot człowieka współczesnego, mężczyzny można powiedzieć nawet dojrzałego, pracującego, żonatego, z pracującą żoną, aktywnymi dziećmi, od którego każdy naokoło czegoś oczekuje, a rzeczywistość nie poddaje się tak łatwo jego woli, jak na filmach poddaje się woli prawdziwych, dojrzałych mężczyzn w rodzaju Johna Wayne’a, Seana Connery czy nawet niechby tego ostatniego Bonda czyli Daniela Craiga. Dojrzałość to w ogóle jest świetny temat, podobno ostatnio znów zaczyna być modna. Poważnie! Świat ma już dość facetów podszywających się pod nastolatków, zakładających trampki i zgrywających się na luzaków. Ostatni krzyk mody to student z obfitą, przystrzyżoną brodą, w marynarce i uczesaniu a’la Eugeniusz Bodo. Nie wierzycie? Pogadajmy na wiosnę.

Tymczasem okazało się, że mam w szufladzie pewien tekst, którego nie zamieściłem na blogu, więc niniejszym to czynię. I pędzę pisać następny, póki nasi najmłodsi w domu będą owładnięci pasją pieczenia ciasteczek-;)

 


Pisałem tu kiedyś o biografii Zofii Kossak. Jednak autor to przecież nie tylko jego życie ale i dzieło. Przede wszystkim dzieło, bo najczęściej tak zaczyna się nasze zainteresowanie jego biografią. Tu było odwrotnie ale to nie szkodzi.

Połknąłem zatem jako uzupełnienie biografii pisarki jej „Wspomnienia z Kornwalii 1947-1957”. Pamiętają Państwo? Po chłodnym przyjęciu w Londynie, przygnębiona panoszącymi się kłamliwymi plotkami na swój temat, decyduje się wyjechać z mężem na zachód Anglii, by dzierżawić i uprawiać farmę w Kornwalii. Taki był los polskich emigrantów. Niegdyś majętni ziemianie mieszkali teraz po trzy osoby w pokojach wielkości łazienki, generałowie podejmowali się najpodlejszych prac aby cokolwiek zarobić i jakoś się utrzymać. I tutaj to samo. Wybitna pisarka, autorytet polskiego państwa podziemnego, dziedziczka „tych Kossaków”, musiała nająć się do pasania krów, przerzucania gnoju w oborze, orki i podobnych zajęć. I tak przez 10 lat, w samotności, jedynie z mężem, nota bene oficerem wojska polskiego, z dala od kraju, rodziny i przyjaciół. Mało, prawie wcale wtedy nie pisała. Szkoda.
 
Kogoś, kto jest patriotą, emigracja bardzo dużo psychicznie kosztuje i wyniszcza go. Pisarka wspomina małżeństwo Rozwadowskich, którzy nadludzkim wysiłkiem zbudowali własnymi rękami farmę. On mobilizował się przez trudy, ona stworzona była raczej do książek, teatru i gry na fortepianie, ale nigdy się nie skarżyła. Stworzyli w końcu dobrze prosperujące gospodarstwo ale nie mieli go komu przekazać, gdy śmiertelna choroba dopadła gospodarza. „Jego dzieło, śliczna willa – wszystkie te owoce twórczego trudu i poświęcenia nie miały ani dla Polski ani dla społeczeństwa polskiego żadnego znaczenia. Upominki składane bogatej, nie dbającej o nie Anglii.”

Z tego okresu pochodzi szereg ciekawych historii i obserwacji. Zofia Kossak pisze np. o różnicach między Polakami a Anglikami. Anglicy są bardziej zamknięci w sobie, oficjalni, powściągliwi, Polacy wylewni, radości, głośno i długo rozmawiają przed kościołem po nabożeństwie (brakowało jej tej atmosfery, gwaru, rozmów).

Innym razem zauważa jak wielkie znaczenie w każdym angielskim domostwie miał ogień, w kominku, a w biedniejszych domach otwarta płyta kuchenna, wokół którego gromadziły się rodziny co wieczór, przesiadywały przy nim, patrzyły w ogień i nawet niespecjalnie rozmawiały ale ten ogień jakoś ich łączył w nadzwyczajny sposób. „Open fire. Widok niezbędny dla dobrego samopoczucia Anglika”. Gdy jedna Angielka dowiedziała się od Szatkowskich, że w Polsce kominki są rzadkością wykrzyknęła ze szczerym współczuciem „Nie ma kominków! Na cóż więc patrzycie wieczorami?

Spodobał mi się ten fragment, może dlatego, że lubię kominki, coraz popularniejsze w warszawskich lokalach lampy gazowe, gdzie widać płomienie, a przede wszystkim ogniska harcerskie i sąsiedzkie.

Innym razem wdali się z mężem w pogawędkę z miejscowym pastorem anglikańskim, który twierdził, iż różnice z katolicyzmem ograniczają się jedynie do wyglądu świątyń wewnątrz, w anglikańskiej nie ma drogi krzyżowej. „Zapewne – odpowiedziała pisarka - jednak różnice są dość zasadnicze. Nie uznajecie autorytetu papieża…”. „Widzisz my bardzo nie lubimy Włochów, a papież jest zawsze Włochem. Gdyby choć raz wybrano Anglika, może odnosilibyśmy się inaczej”. „Był już kiedyś Anglik papieżem… Hadrian IV, opat benedyktyński w dwunastym wieku…” „Tak dawno! – odparł zniechęcony. - A wy, Polacy, tacy katolicy, mieliście choć jednego papieża waszej narodowości?” „Nie – przyznała – ale mamy czas, doczekamy się…

No i doczekaliśmy się na świętego papieża, zwanego też wielkim. Jak widać przewidział to nie tylko Juliusz Słowacki.

Wspomnienia Kossak pełne są podobnych perełek. Natykamy się na przykład na taki oto fragment, interesujący szczególnie dla osób, które wciąż przejęte są myślą „czym Polska jest a czym by być mogła”. Posłuchajmy:

Jak piękną i bogatą byłaby kultura europejska, gdyby co kilkadziesiąt lub kilkanaście lat nie zmywały jej fale wojen! Można to ocenić na przykładzie Anglii, gdzie namuł cywilizacyjny, ten sam, co na Kontynencie (latyńska, rzymska szczepiona na gruncie miejscowym), osadzał się wiekami spokojnie, ewolucyjnie, dokładając do starego nowe, nie burząc, nawarstwiając… Zazdrość ogarniająca Polaka zwiedzającego Oksford, jego przepiękne gmachy, atmosfera itd. Przecież my byliśmy starsi, krakowska akademia założona na kilka lat przed oksfordzką, tylko cóż, oni na wyspie, my na poligonie…

Mam przeczucie, że w książkach Zofii Kossak znajdziemy dużo więcej prawdy o człowieku, historii, życiu. Ja brnę teraz przez „Krzyżowców”, i choć na początku zderzenie z archaicznym językiem może być ciężkostrawne zwłaszcza dla młodszych czytelników, warto czytać dalej. Jest to bowiem niezwykły fresk historyczny z pierwszej wyprawy krzyżowej, zaskakująco głęboki i aktualny. Nie jest to w żadnym razie laurka, lecz rzetelne przedstawienie racji, dylematów, decyzji, stawianie znaków zapytania. Miejscami jest to właściwie lektura mroczna i raczej dla dorosłych, gdy w decyzjach bohaterów górę biorą żądze, pycha i wiarołomstwo. To może być nieznośne i ciężkostrawne. Ale nawet zwyczajne życie bywa przecież męczące, a co dopiero w sytuacjach ekstremalnych, których przecież ciągle nie oszczędza nam historia, bo jako Polacy nie żyjemy „na wyspie”.