niedziela, 13 marca 2011

Dlaczego odpowiedzialny mąż i ojciec powinien być przewidujący

„Wyjechał z domu jak zwykle w ostatniej chwili, jeszcze niespóźniony, ale beż żadnej rezerwy czasowej. Przez gałęzie drzew otaczających budynek, w którym od niedawna mieszkali, świeciło ostre poranne słońce. Jego przenikające promienie i rześkość poranka wprawiały go we wspaniały nastrój, pełen podniecenia i świeżej energii. Gdy znalazł się na dwupasmówce przypomniał sobie, że poprzedniego dnia zapomniał zatankować forda. Kontrolka paliwa paliła się monotonnie. Spoglądał na nią od czasu do czasu zupełnie bez emocji. Nie wyczuwał w tym pomarańczowym mdłym światełku niczego złowieszczego.

Jeszcze wczoraj Agnieszka prosiła go wieczorem, w swoim stylu, trochę przekomarzając się tym swoim aksamitnym głosem, aby tylko się nie spóźnił. Bo ona go zna. Że sobie na pewno coś czyta do późna. Pewnie po nocy będzie robił jakieś zaległe przelewy, oczyszczał teczkę z dokumentów. Czy na pewno ją tak kocha, jak ona jego. I czy jedzie do niej i do dzieci jak na skrzydłach. Skwapliwie zapewniał, że owszem, na pewno, że przecież wiesz kochanie. Miał w drodze z budowy zatankować samochód, ale niestety zagadał się przez telefon komórkowy z panem Mieczysławem, kierownikiem budowy ich wymarzonego domu. Przypomniał sobie o tym dopiero w mieszkaniu, ale nie miał już siły, by zwlec się po schodach na dół, odpalić silnik i jechać na stację.
- Jutro pobudka o szóstej rano, w sobotę! – pomyślał z przerażeniem.
- Siódma dwadzieścia samolot do Szczecina. Potem bus i jak dobrze pójdzie będę w Kołobrzegu najdalej przed dziesiątą. To się dzieci ucieszą. Lot wykupił kilka miesięcy wcześniej, taniej wyszło niż pociąg. - Wspaniale to zorganizowałem – zacierał ręce.
Gdy mijał stację BP przy wjeździe na Trasę Siekierkowską przez głowę przemknęła mu myśl - może jednak zatankować. Strzałka kontrolki paliwa nie była jednak jeszcze zupełnie w pozycji zero.
- Nie – odpowiedział sobie niezwłocznie - wystarczy benzyny, szkoda czasu w tej chwili na wizyty na stacjach.
Szybko wjechał ślimakiem na Trasę Łazienkowską i mknął środkowym pasem sto dwadzieścia na godzinę. Z głośników grał Myslovitz, a Maciek na całe gardło wyśpiewywał wraz z Arturem Rojkiem: „Już teraz wiem wszystko trwa, dopóki sam tego chcesz, wszystko trwa, sam dobrze wiesz, że upadamy wtedy gdy nasze życie przestaje być codziennym zdumieniem”. Wydawało się, że nic nie jest mu w stanie zepsuć szampańskiego nastroju. Wtem, nagle na wysokości Liceum Batorego samochód zaczął się dusić.
- Kurka wodna, a niech to szlag. Niech to jasny szlag – zawył przeraźliwie.
Zaczął gwałtownie redukować biegi, trójka, czwórka, znowu trójka. Samochód tylko krztusił się, rzęził, prychał, by po chwili, jakieś dwieście metrów przed Placem na Rozdrożu po prostu stanąć dęba, jak narowisty koń po zrzuceniu nieproszonego jeźdźca. Pech chciał, że ford zatrzymał się w miejscu, gdzie Trasa Łazienkowska wznosiła się w górę. Żadnych szans na zepchnięcie wozu na pobocze, którego zresztą w ogóle tam nie było. Przekręcił kluczyk rozpaczliwie, raz i drugi. Bezskutecznie.
- To koszmar jakiś, totalna wtopa – warczał przez zaciśnięte zęby. Przez chwilę miał ochotę uszczypnąć się w ucho, by stwierdzić, że to tylko zły sen.
- Agnieszka mnie zabije – jęczał - no i syn. „Jaś idzie ze mną po Ciebie, w kasku i na rowerze, chce koniecznie pokazać ci jak nauczył się jeździć. Pamiętaj, pochwal go, bo on od kilku dni bardzo przeżywa, że pokaże tacie jak sam już jeździ. Poszedł specjalnie wcześniej spać, aby szybciej się obudzić na spotkanie z tatą. Ciągle tylko słyszę ‘tata’ i ‘tata’. Czy tata będzie ze mną jeździł na rowerze? Czy tata będzie pływał na krokodylu? A kiedy tata przyjedzie? Maciuś, proszę, tylko nie zaśpij. To, o której będziesz? 10.30 w Kołobrzegu. Kocham Cię”. Słowa Agnieszki szeptane wczoraj wieczorem przez telefon, pełne podekscytowania powodowanego rychłym spotkaniem i tęsknoty, takie miękkie przez telefon i przekomarzające się tak jak zawsze lubił, świdrowały mu w głowie i były jak nóż kaleczący żywe ciało.
- Niezły pasztet – westchnął. Przekręcił kluczyk, jeszcze raz i kolejny. Reakcją było jednak wciąż tylko zdechlakowate rzężenie silnika.
- Co robić? Pomoc drogowa – nie, nie mam nawet numeru telefonu i za długo to potrwa – myślał gorączkowo. - Ktoś znajomy? Ale kto? I to przed siódmą rano, w sobotę. Ktokolwiek by to nie był, zanim zwlókłby się z łóżka, na pewno byłoby za późno.
- Wiem, taksówka – triumfalnie obwieścił samemu sobie. Wykręcił błyskawicznie znajomy numer Wawa Taxi i krzycząc prawie do telefonu zażądał, co mając na uwadze jego godne pożałowania położenie, było raczej groteskowe, aby natychmiast przyjechał kierowca z paliwem.
- To jest niemożliwe, kierowcy nie jeżdżą z paliwem – beznamiętnym głosem oznajmiła rozespana telefonistka, pewnie przypominająca stewardessę z przekomicznej sceny na lotnisku w filmie „Poznaj mojego tatę”.
- Jak to niemożliwe – Maciek nagle poczuł w żyłach jeszcze większy przypływ adrenaliny. - Jak to niemożliwe? – warczał do słuchawki. - Czy pani wie, że ja stoję na Trasie Łazienkowskiej, na samym środku? – tłumaczył tak jakby to mogło w jakikolwiek sposób wzruszyć panią. - Jak to niemożliwe? Do kroćset, mamy przecież kapitalizm. Czy naprawdę nie znajdzie się kierowca, który zechce zarobić szybko dajmy na to sto złotych. Płacę sto złotych dodatkowo za tę usługę – tu pomyślał jaki jest przebiegły. - Jestem waszym stałym klientem - wydawało mu się, że jest przekonywujący, lecz ostatnie słowa właściwie już tylko wyskamlał uniżenie i desperacko, bez nadziei na zrozumienie. Rozłączył się gwałtownie - to nie ma sensu.
- Ale zaraz - pomyślał szybko - niech przyjeżdża, nawet bez benzyny. Wystukał szybko, tym razem numer Taxi Partner. Po chwili MPT, i jeszcze raz, mimo, że go tak wkurzyli, Wawa Taxi.
- Uff, zobaczymy, kto pierwszy przyjedzie - otarł dłonią pot z czoła i wyskoczył pospiesznie z samochodu, by wyciągnąć trójkąt ostrzegawczy z bagażnika. Rozstawił go dwadzieścia metrów za samochodem, zamknął drzwi i pobiegł w dół do przystanku przy Batorym.
Kierowca, tak jak przewidywał Maciek, nie zrozumiał, gdzie ma się zatrzymać i zatrzymał się przy przystanku, nawet nie spoglądając w kierunku samochodu zaparkowanego na środku trasy przelotowej przez stolicę. Była to zatem przytomna decyzja, aby do niego od razu biec.
- Do najbliższej stacji benzynowej - wydyszał do dziadka za kierownicą, okutanego w znoszony bezrękawnik nieokreślonego koloru, zakupiony pewnie spod lady w latach osiemdziesiątych. Emeryt spojrzał na niego beznamiętnie spod rogowych okularów i kanciastej przybrudzonej czapeczki z daszkiem. Ruszyli. Zaduch mieszanki zapachu waniliowego i futerkowych pokrowców prawie zemdlił Maćka. Nie miał już nawet siły popędzać człowieka, lecz gdy na liczniku stwierdził był czterdzieści ledwie na godzinę, nie wytrzymał – nie może pan szybciej trochę, na samolot się spieszę. Taksówkarz drgnął przy kierownicy i strzałka przesunęła się na czterdzieści pięć.
– Kurde, wezmę normalnie i mu zabiorę tę kierownicę – Maciek rwał włosy z głowy. – Co za pech – syczał i gryzł wargi.
Wreszcie po dłuższej chwili, która dla Maćka trwała niemiłosiernie długo, dotarli na stację benzynową. Maciek już oczami wyobraźni widział siebie wylewającego wodę mineralną z półtoralitrówek i pakującego w nie paliwo z dystrybutora rozbryzgujące się na jego jeansy. Na szczęście sprzedawca łaskawie zaoferował mu plastikowy pięciolitrowy kanister. Po jego napełnieniu ruszyli w drogę powrotną. Tym razem, trzeba oddać sprawiedliwość, taksówkarz-emeryt prowadził swój kilkudziesięcioletni wóz jakby sprawniej. Maciek wybiegł z taksówki, przelał zawartość kanistra błyskawicznie do baku samochodu, i otarłszy szmatą zbryzgane benzyną dłonie, wreszcie odpalił. Gnał bez opamiętania, porzucił samochód na parkingu i pędem wbiegł na salę wylotów krajowych.

- Niestety spóźnił się pan 5 minut – oznajmiła mu pani w okienku.

Podróż pociągami trwała ponad dziesięć godzin. Zaliczył 3 przesiadki, tłukąc się również osobowymi, połączenia były wyjątkowo niedobrane. Wczesnym wieczorem zeskoczył wreszcie ze schodków pociągu aby uściskać Jasia, który z mamą, na rowerku i w kasku przybył na peron. Jasiowi bardzo dłużył się ten dzień. Dzień, tak oczekiwany od tygodnia.”

Andrzej Wiślicki, Na połowie czasu, Warszawa 2011, str. 44

sobota, 12 marca 2011

Messori o Frossardzie

Poniżej Vittorio Messori opowiada o Andre Frossardzie, słynnym francuskim konwertycie. Ciekawą filozofię działania przyjął Frossard, budując „pulpit”, z którego jego głos mógłby być bardzie słyszalny.

„Bardzo dobrze rozumiem Andre Frossarda, słynnego dziennikarza i pisarza, członka Akademii Francuskiej, który w wieku około sześćdziesięciu lat zdecydował się wreszcie napisać książkę Spotkałem Boga. Nie miał nawet dwudziestu lat, gdy „przez przypadek” wszedł do jednej z paryskich kaplic, w której siostry klauzurowe trwały na eucharystycznej adoracji. Tam na parę minut - które wystarczyły jednak na zawsze - został wyciągnięty zza tej zasłony, która przesłania żywym świetlisty świat znajdujący się za barierą. To doświadczenie zmusiło go nie tylko do tego, żeby przeszedł na chrześcijaństwo, ale żeby został stuprocentowym katolikiem, „papistą”, „ultramontanistą”, jak swojego czasu mawiano we Francji. Nagle ateizm, który wyznawał do tej pory, stał się dla niego zupełnie niepojęty. Właśnie on, syn znanego deputowanego Ludovica Oscara, nigdy nieochrzczonego; którego matką była Żydówka, a żona protestantką; założyciela i pierwszego generalnego sekretarza Francuskiej Partii Komunistycznej, która począwszy od pierwszego statutu, głosiła ateizm i materializm dialektyczny.

Przez całe lata, pozostając pod wrażeniem tego tajemniczego wydarzenia o niesłabnącej sile, Andre Frossard żył jak katolik, ale prywatnie, bez obnoszenia się z tym, utrzymując nieliczne kontakty z osobami duchownymi. Pracował zawsze w wielkich laickich dziennikach, opublikował wiele książek bynajmniej nie religijnych, raczej na tematy społeczne i polityczne, wydawanych przez świeckie wydawnictwa. O swojej wierze i o tym, jak zaczął wierzyć, zdecydował się powiedzieć dopiero wtedy, kiedy - jak sam mi wyznał - „miał przeszłość”. Ponieważ – dodawał - „zanim pokazałem, że Bóg istnieje, musiałem dowieść, że istnieje także ten, kto potwierdza wiarę w Niego, to znaczy, że jest to osoba rozumna, realista, a ponadto zdolna do wykonywania swojej pracy”. Jego problemem było więc ukazanie siebie jako wierzącego zasługującego na wiarygodność. Nie chciał, by uważano go za wizjonera, nawiedzonego. By a priori nie odrzucono jego świadectwa, niepojętego z ludzkiego punktu widzenia („Bóg jest czymś oczywistym, jest faktem, niepodważalną rzeczywistością, i ja Go spotkałem”) potrzebowało ono świadka, który z bagażem życia pełnego zawodowych sukcesów, nie zostałby wzięty za pacjenta szpitala psychiatrycznego. Dlatego też powtarzał: „Przez długie lata pisałem i mówiłem o wszystkim, ale mało wprost o religii. By dowieść, że Bóg jest, najpierw musiałem dowieść, że jestem ja”. Trzeba przyznać, że dobre owoce przyniósł ten wytrwały upór przy wznoszeniu sobie pulpitu, z którego można by mówić właśnie o tym Niewysłowionym w całym tego słowa znaczeniu, nie będąc uznanym za osobę pomyloną. Jak wspomniałem, Frossard zmarł, zasiadając „wśród nieśmiertelnych”, jak nazywa się czterdziestu członków Akademii Francuskiej, strzegących stołków przed katolikami. Jeden raz poważne zgromadzenie przyjęło tego, któremu nie wystarczyło wierzyć w Boga, ale który potwierdzał, że Go „spotkał”…

Vittorio Messori w wywiadzie-rzece „Dlaczego wierzę” str. 77

środa, 9 marca 2011

Wspólne troski i pokoleniowe lektury

Z książki „Klasyka wywiadu polskiego” fragment wywiadu z Romanem Dmowskim, w którym m.in o legendarnym spotkaniu Dmowskiego z Józefem Piłsudskim w Tokio:

„ A z Józefem Piłsudskim zetknął się Pan Prezes wówczas?.
-O ile zetknięciem się można nazwać dziewięciogodzinną rozmowę - to nastąpiło ono ale nie w Krakowie, ale na drugiej półkuli globu - w Japonii. Było to w roku 1905 - opowiadał dalej Dmowski.
– Dowiedziałem się, że Piłsudski zamierza jechać do Japonii, by uzyskać pomoc dla przygotowywanego powstania w Królestwie. Dla przyczyn, które pan zna zapewne, uważałem wówczas wybuch powstania za niewskazany i postanowiłem udać się do Tokio, by paraliżować akcję Piłsudskiego. Przyjechałem też do Tokio przed nim.
- Przed nim?
- Tak. Gdybym przyjechał po nim, byłoby za późno. Byłem przyjęty kilkakrotnie przez zastępcę szefa japońskiego sztabu generalnego. Wręczyłem mu dwa memoriały o sytuacji Polaków w Rosji. Reakcyjne „Nowoje wremja” dowiedziały się z niedyskretnej notatki „Corriere Della Serra” o mojej wizycie w Tokio i dopytywały, co tam robi Dmowski? Udało mi się bowiem z początku zachować incognito, aż włoski dziennikarz zdradził moją obecność.
- Któregoś dnia poszedłem na pocztę nadać list. Nagle widzę, że ulicą jadą dwa wózki ciągnione jak zwykle przez ludzi, a w nich dostrzegam twarze dziwne jakoś nieznajome, gdyż bardzo polskie. Gdy podjechali bliżej w moją stronę, poznałem jednego pasażera: był to Filipowicz. Zawołałem na niego:
- Dokąd tak jedziecie?
Filipowicz odpowiedział:
- Do was!
- No to zaczekajcie chwilę, zaraz tu będę.
Była to godzina trzecia po południu, gdy rozpoczęliśmy rozmowę we trójkę - gdyż drugim podróżnikiem był Piłsudski. Około piątej opuścił nas Filipowicz. Sami we dwójkę rozmawialiśmy z Piłsudskim do dwunastej w nocy. Wiedzieliśmy, że się nie przekonamy - ale ileż mieliśmy wspólnych trosk i uczuć! Powiedziałem Piłsudskiemu: „Oczerniać Was tu nie będę, ale będę Wam przeszkadzał…””

Czy nie piękne to zdanie podkreślone? Pewne pokolenia miały wspólne troski, uczucia, bo czytały te same książki, przeżywały to samo, były pewne lektury generacyjne, oddychało się taką samą atmosferą. Na przykład, budowniczowie II Rzeczpospolitej wychowywali się na Sienkiewiczu, Żeromskim, pokolenie Powstania Warszawskiego podobno bardzo lubiło Josepha Conrada, czerpało z jego książek inspirację. Jego Smugę Cienia wysłuchałem z audiobooka w drodze na rodzinne ferie zimowe z dużą przyjemnością.

A jak jest teraz?

sobota, 5 marca 2011

Dzięki bohaterom

Dziś w Empiku natknąłem się na ciekawy numer pisma „Cywilizacja” poświęcony bohaterom i bohaterstwu. No, ciekawe, coś w sam raz dla naszych harcerzy, i dla Stasia ma się rozumieć – pomyślałem i zakupiłem rzeczony periodyk. We wstępie interesujący cytat z „Władcy Pierścieni” Tolkiena:

„Mówi Sam: „Dawniej myślałem, że dzielni bohaterowie legend specjalnie przygód szukali, że ich pragnęli, bo są ciekawe, a zwykłe życie bywa trochę nudne, że uprawiali je, że tak powiem, dla rozrywki. Ale w tych legendach, które mają głębszy sens i pozostają w pamięci, prawda wygląda inaczej. Bohaterów zwykle los mimo ich woli wciąga w przygodę […]. Pewnie każdy z nich, podobnie jak my, miał po drodze mnóstwo okazji, żeby zawrócić, lecz nie zrobił tego. Gdyby któryś zawrócił w pół drogi, no to byśmy nic o tym nie wiedzieli, pamięć by o nim zaginęła. Wiadomo tylko o tych, którzy wytrwali do końca, choć nie zawsze ten koniec był szczęśliwy….”.

J. R. R. Tolkien, Władca pierścieni, t. 2: Dwie wieże, przeł. M. Skibniewska, Warszawa 2004, s. 397.

Dlaczego zwyczajny facet zdradza żonę na wyjeździe integracyjnym z pracy?

„Okazywał bardzo dobry humor, mówił dużo, śmiał się bez powodu i siostrzeńca uderzył pięścią w pachwinę, wykrzykując: - Halo, stary! – A raz po raz miewał owo szczególne spojrzenie, biegnące to w jednym, to znów nagle w przeciwnym kierunku. Ale oczy jego zwracały się także w kierunku bardziej określonym, zarówno przy stole, jak na obowiązkowych spacerach i wieczornych zebraniach towarzyskich.

Konsul początkowo nie zwracał szczególnej uwagi na niejaką panią Redisch, żonę polskiego przemysłowca, siedzącą przy stole chwilowo nieobecnej pani Salomon i żarłocznego ucznia w okrągłych okularach: bo też była to tylko jedna z wielu werandujących dam, krępa i pełna brunetka, nie pierwszej młodości, zaczynająca już siwieć, ale z wdzięcznym podwójnym podbródkiem i żywymi piwnymi oczami. Nie było mowy, aby pod względem kultury mogła się tam w równinie mierzyć z panią konsulową Tienappel. Jednakże w sobotni wieczór, po kolacji, w hallu konsul dzięki dekoltowanej sukni z pajetkami jaką miała na sobie, zrobił odkrycie, że pani Redisch posiada matowobiałe, mocno ściśnięte, prawdziwe kobiece piersi, których przedział widać było dość głęboko, i odkrycie to wstrząsnęło do głębi duszy i zachwyciło dojrzałego i dystyngowanego mężczyznę, jak gdyby to było coś nowego, nieoczekiwanego i niesłychanego. Starał się poznać i poznał panią Redisch, rozmawiał z nią długo, najpierw stojąc, potem siedząc, i poszedł spać podśpiewując. Następnego dnia pani Redisch nie miała już na sobie czarnej sukni z pajetkami i była zapięta pod szyję, ale konsul wiedział, co wiedział i został swemu wrażeniu wierny. Usiłował ja spotkać na obowiązkowych spacerach i rozmawiał z nią, idąc obok niej, zwrócony ku niej i nachylony w jakiś szczególny sposób, nalegająco i uwodzicielsko; przepijał do niej przy stole, co ona przyjmowała, odsłaniają w uśmiechu złote korony, które błyszczały na kilku jej zębach; a w rozmowie z siostrzeńcem nazwał ją wprost „boską kobietą”, po czym znów zaczął podśpiewywać. Wszystko to Hans Castorp znosił ze spokojną wyrozumiałością, z wyrazem twarzy mówiącym, że tak być musi. Ale nie mogło to wzmocnić autorytetu starszego kuzyna i nie harmonizowało z misją konsula.”

Tomasz Mann, Czarodziejska góra, 1924

poniedziałek, 28 lutego 2011

Follow-ups

 

Mój faworyt film "Jak zostać królem" otrzymał Oscara jako najlepszy film, a Colin Firth zgarnął statuetkę za najlepszą rolę pierwszoplanową. Bardzo mnie to ucieszyło. A na portalu Frondy informacja, że watykański dziennik „L'Osservatore Romano” przewidywał, że nagrodzenie obrazu „Jak zostać królem” mogłoby pokazać „nową drogę” w dziedzinie filmu i „być powrotem do najlepszych tradycji kina angielskiego”. Publicysta tej gazety nazwał film pięknym: „Pokazuje jak, na bardzo wysokim poziomie, można łączyć wszystkie składniki kina”. Pełna zgoda!

A poniżej druga miła niespodzianka, korespondencja od starego druha, oj kiedy to było? Za zgodą autora korespondencji przytaczam fragment:

„Cześć!

Właśnie przeczytałem na blogu "Jeszcze w zielone gramy...": "Jak pracować nad charakterem ks. Olgierda Nassalskiego, którą wiele lat temu czytali harcerze z mojej drużyny i u kogoś już pozostała" i hmmm... To chyba dobry moment, żeby przypomnieć, że przechowuję Twoją "Josemaria Escriva De Balaguer Szkic biografii Założyciela Opus Dei". Egzemplarz jest z Ekslibrisem "V-ce Przewodniczący pwd Zbigniew Korba" i mam do niego stosunek sentymentalny, więc łatwo się go nie pozbędę :-) Ale oczywiście jak będziesz potrzebował...

Co do "Jak pracować..." to miałem taką książkę. Przepytałem żonę na tę okoliczność i twierdzi, że to był mój egzemplarz (i mnie też się tak wydaje). Ale też jej nie mogę znaleźć w swojej bibliotece, więc niewykluczone, że mój egzemplarz podzielił losy Twojego. Ale będę jej poszukiwał i jak znajdę, to sprawdzę czy była oznakowana. I jeśli tak, dam znać.

Wania”

wtorek, 15 lutego 2011

Piątek wieczorem

Piotrek gramoli się na mnie i szczerzy te swoje cztery zęby. Jest piątek. Godzina 19.40. Wreszcie. Zawsze jak wracam z pracy wita mnie ta uśmiechnięta buźka. Jest najfajniejszy. Wszyscy tacy byli w jego wieku, choć trudno w to uwierzyć, Marysia i Marta bardziej żywiołowe, Mela i Staś trochę bardziej spokojni. On nie ma jeszcze problemów (chyba że wyrzyna mu się akurat ząb), nie odreagowuje szkoły, nie psoci. Wszystkie nasze dzieci też są przeurocze, ale jednak inaczej, kiedy są już starsze.

Leżę na chłodnej podłodze. Miłe ukojenie dla kręgosłupa, który pamięta wszystkie pracowite dni tygodnia. Marysia gra „Moon River”, potem motyw z „Amelii”. Marta idzie w jej ślady, dosiada pianina i brzdęka niemiłosiernie. Ułamki sekundy i już jest przy niej Piotr. Nie wierzę oczom, ale nabrał przyspieszenia w ciągu kilku dni. Błyskawicznie podczołguje się, jest już pod krzesełkiem i łapie Martę za nogi. Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem jego sprawności. Wywiązuje się zwyczajowa awanturka, jedna z bardzo wielu, które jeszcze się wydarzą podczas tego weekendu. Przychodzi Stasiek, w pomiętym dresie, właśnie wrócił z piłkarskiego treningu. Jest zmęczony. To dobrze, choć może nie, przecież zaraz będzie się drażnił z młodszymi siostrami. Nie mylę się. Dlaczego one mają takie wysokie głosy? Czy ja umiałbym tak piszczeć? Doświadczenie podpowiada mi jednak, że nic nie wskóram przekrzykując je, a jeśli przetrwam najbliższą godzinę, to potem przecież będą już spały, a wtedy nastanie błoga cisza. Proszę Marysię: „Mary, zagraj jeszcze Casablankę” i komenderuję: „Dzieeeeeeeeeewczyyyyyyyyyyyyyny do mycia”. Mary gra - dostała od nas Na Gwiazdkę nuty ze słynnymi kawałkami filmowymi - wprawia mnie to w bardzo optymistyczny nastrój. Gdy dziewczyny się myją, czas na kaszkę. Karmię najmłodszego. Ewa robi kolację. Chłopczyk je sprawnie, w końcu nie bez kozery ma taką wagę, jaką ma. Ostatnią łyżeczkę wypluwa, nauczył się nowej sztuczki językiem nicpoń jeden. Ja też się cieszę, wycierając resztki kaszki z okularów.

Po kolacji oglądamy Billa Cosby, najbardziej śmiejemy się ja i Ewa. „Ale tato, z czego się tak śmiejecie?” Musimy więc nieraz tłumaczyć cierpliwie z czego. Jednak i tak jest fajnie. Potem usypiam Piotrka, Ewa Martę i Melę, ta pierwsza każe sobie czytać stosy książeczek. Wreszcie siadamy na chwilę na dole, mamy pokusę odpalić laptopy. To nałóg antyrodzinny. Opieramy się mu. Uprzywilejowani najstarsi Staś i Marysia jeszcze coś usiłują czytać z nami, kręcą się. Rozmawiamy. Chwilę. Pijemy herbatę. Na odchodne Marysia rzuca jak co dzień od kilku lat chyba „Tylko nie idźcie jeszcze spać”. Nie idziemy. Jeszcze nie. W planie mamy obejrzenie filmu. Ewa i ja. Nie ma co. Z niedospania boli mnie głowa. Może jutro. I tak jesteśmy szczęśliwi. Jutro przecież sobota.

poniedziałek, 14 lutego 2011

2 tysiące

Skauci Europy w Polsce przekroczyli magiczny próg dwóch tysięcy. Nabieramy rozpędu by zatrzymać się na 6 tysiącach. Dla wszystkich udających się na ferie cytat na dzis: „W kontakcie z przyrodą wnętrze człowieka staje się przejrzystsze, podatniejsze na głębszą refleksję i działanie łaski, która czeka na skupienie młodego człowieka, by rzeczywiście zadziałać.” JP II Audiencja z 25.07.1979.

niedziela, 13 lutego 2011

Nowy Rok nowy skok 3

We wpisie Nowy Rok nowy skok 2 z przekąsem zwróciłem uwagę na to, że obecnie znakomita większość książek o pracy nad sobą wydawana jest wyłącznie w kontekście umiejętności biznesowych. Podczas gdy brakuje książek po prostu o pracy nad sobą, nad charakterem dla młodzieży, ale i dorosłych, po to aby lepiej spełnić swoje życie, aby przeżyć je pełniej, szczęśliwiej, skuteczniej. Każdy ma jakąś ilość ewangelicznych talentów, 2, 5 a może 10. Każdy swoją liczbę powinien podwoić. Tylko tyle i aż tyle. Żeby podwoić to normalnie to trzeba się nieźle napocić. A jak to zrobić, jeśli nie pracuje się nad sobą. Przejrzałem więc swój księgozbiór, znalazłem kilka starych książek (dobrych przedwojennych). Niestety w wypożyczeniu pozostało jeszcze kilka (np. Jak pracować nad charakterem ks. Olgierda Nassalskiego, którą wiele lat temu czytali harcerze z mojej drużyny i u kogoś już pozostała). Oto kilka cytatów na temat celowości działań i celu w życiu zaczerpniętych z old school:
„Już Diogenes zrozumiał w starożytności decydujące znaczenie celu dla życia. Pewnego razu zaczął przekonywać słuchaczy, że znalazł skuteczną receptę na prawdziwą mądrość. Gdy go spytano, co to za recepta, odpowiedział: ”Zawsze spoglądaj na cel!”
Podobnie Marek Aureliusz żąda od mędrca, by dokładnie zdawał sobie sprawę z celu swojego życia: „Trzeba, żeby po twoim postępowaniu można było poznać, że nie trzepoczesz się bezmyślnie w życiu, lecz masz przed oczyma cel, ku któremu zwracasz wszystkie swoje myśli”.
A nowoczesny pedagog Fryderyk Foerster, pisze: „Kształcić charakter znaczy właściwie: wydobyć człowieka ze stanu bezkierunkowości i bezcelowości, a wszczepić weń silne poczucie swego przeznaczenia i w ten sposób uchronić go od przemocy zmiennych wciąż impulsów naturalnych.”

poniedziałek, 7 lutego 2011

Biała sukienka

Ostatnie dni mają zdecydowanie zbyt mało godzin. Zamieszczam więc recenzję, która ukazała się w pierwszej Przestrzeni w 2005 r.

 


Biała sukienka w reżyserii Michała Kwiecińskiego to film, który zrobił na mnie niezwykłe wrażenie. Jest jednym z nielicznych lekkich, sympatycznych obrazów zawierających jednocześnie poważną treść, pozostających w pamięci i dających do myślenia. Powstał w 2002 r. w ramach realizowanego przez Telewizję Polską cyklu „Święta polskie”. Emitowała go telewizja publiczna, a teraz jest dostępny na płytach DVD.

Biała sukienka to historia podróży warszawskiego „naganiacza” i zabranego przez niego autostopowicza ze stolicy na Białostocczyznę. W tym samym czasie śledzimy też przygotowania do procesji Bożego Ciała pewnej wiejskiej społeczności.
Dlaczego warto go obejrzeć, zwłaszcza w grupie przyjaciół, wędrowników, przewodniczek lub szefów? Bo świetnie nadaje się do urządzenia potem małej dyskusji, co może być dobrym patentem na spotkanie w deszczowy wieczór. A ponadto film ten trzeba zobaczyć z dziesięciu innych, np. takich powodów:
1. jest polski i jest dobry, co nie zdarza się zbyt często;
2. ma świetne, śmieszne, ale i dosadne dialogi, postaci nie są papierowe, wymyślone przy zielonym stoliku, ale autentyczne psychologicznie;
3. to piękny fresk o obchodzeniu Bożego Ciała na ludowo, naprawdę mamy piękne tradycje, którymi można się zachwycić, a „wiejskie klimaty” i doskonale pokazane swary sąsiedzkie, to obraz wypisz wymaluj z naszej polskiej rzeczywistości, który dobrze znamy nie tylko z prowincji;
4. główni bohaterowie są młodymi ludźmi dopiero zaczynającymi dorosłe życie, mówią żywym językiem, przez co film jest łatwiej przyswajalny;
5. w trakcie filmu następuje super zaskakujący zwrot akcji, jednocześnie dość wzruszający, którego niestety nie mogę zdradzić, by nie odebrać przyjemności oglądania filmu;
6. na przykładzie zachowania i wypowiedzi filmowego Damiana film zmusza do zastanowienia nad tym: (a) jak nawiązywać kontakt z ludźmi, (b) jak mówić im o Bogu, (c) jak powinno nam na nich zależeć, (d) jak walczyć o naszych kolegów, przyjaciół czy po prostu bliźnich; przy tym nie ma tu tanich chwytów, szybkich puent, jak w telenoweli, gdzie przeobrażenie człowieka musi dokonać się jeszcze w tym samym odcinku, w życiu jest inaczej – każda przemiana, nawrócenie wymaga czasu, cierpliwości, wadzenia się z samym sobą, ważne decyzje dojrzewają nieraz latami i dlatego postawa filmowego Maćka jest tak bardzo autentyczna;
7. film nie zawiera też lukrowanego happy endu, a mógł tak się kończyć, widać jednak, że byłaby to kiszka, tani chwyt; kończy się natomiast niesamowicie, pewnym niedopowiedzeniem, w taki sposób, że wiemy, iż jest ciąg dalszy, że walka trwa; niestety to, co piszę, może brzmieć dość enigmatycznie, ale naprawdę nie mogę zdradzić wspomnianego zwrotu akcji, aby nie odbierać radości oglądania;
8. bardzo dobrze grają młodzi i mało jeszcze znani aktorzy, w szczególności Sambor Czarnota i Paweł Małaszyński;
9. akcji towarzyszy muzyka zespołu T.Love, co w połączeniu z pięknymi zdjęciami polskiej wsi i podbiałostockiego krajobrazu daje jedyny w swoim rodzaju efekt;
10. jako niskobudżetowa produkcja świadczy o tym, że ważny jest przede wszystkim pomysł, treść, scenariusz, przesłanie, a nie środki techniczne, znane nazwiska i wszystko inne, czego mogą użyć producenci, aby sprzedawać nam jako kolejne hity i megahity, w gruncie rzeczy dość przewidywalne i płaskie filmy.

Nieczęsto oglądam jakiś film ponownie. Ten oglądałem już kilka razy. Serdecznie zachęcam do jego obejrzenia, nikt z dotychczas zachęconych jeszcze nie pożałował.