„- I zmagał się z pytaniem: może byłoby lepiej, gdybym tego wszystkiego nie osiągnął, a był zwyczajnie lepszym człowiekiem? I może czułość do człowieka jest ważniejsza niż sztuka?
- Nie wierzę, że tam myślał naprawdę?
- W każdym razie stawiał takie pytanie. Pytał nawet mnie, czy moim zdaniem to się „opłacało”, ponieważ bardzo się obwiniał o nieszczęścia swojej rodziny. Że był złym ojcem, nie dość oddanym mężem (…)”
Andrzej Franaszek, autor biografii Czesława Miłosza o dylematach tegoż, w wywiadzie dla Bluszcza
"Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy Jeszcze się spełnią piękne sny, marzenia, plany Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom".
niedziela, 4 września 2011
czwartek, 1 września 2011
Ku pokrzepieniu młodych rodziców
"Z domu rodzicielskiego wyniosłem cenne wspomnienia, nie masz bowiem cenniejszych dla człowieka pamiątek jak wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, spędzonego w domu rodzinnym, o ile panuje w nim względna bodaj zgoda i miłość. Zresztą z najgorszego domu możesz wynieść cenne wspomnienia, jeśli tylko dusza twoja potrafi szukać cennych wartości".
Bracia Karamazow, Żywot starca Zosimy, str. 344 starego dwutomowego wydania pożyczonego przed laty od przyjaciela
Podobnie wspominali swoje dzieciństwo jako źródło siły na całe życie Tolkien, C.S. Lewis, Teresa z Lisieux. Niestety nie mam czasu odnaleźć cytatów, które swego czasu podkreśliłem szarym ołówkiem.
Bracia Karamazow, Żywot starca Zosimy, str. 344 starego dwutomowego wydania pożyczonego przed laty od przyjaciela
Podobnie wspominali swoje dzieciństwo jako źródło siły na całe życie Tolkien, C.S. Lewis, Teresa z Lisieux. Niestety nie mam czasu odnaleźć cytatów, które swego czasu podkreśliłem szarym ołówkiem.
czwartek, 25 sierpnia 2011
Obfite relacje w sezonie ogórkowym
Niedziela ok. południa, uśpiwszy najmłodszego, umykam przed piskami dziewczynek do pomieszczenia z telewizorem. Przerzucam kanały w poszukiwaniu bezpośredniej relacji z ŚDM w Madrycie. W żadnej z głównych polskich stacji, w tym telewizji publicznej, nie znajduję nic. Znajduję dopiero w bezpłatnie dołożonym amerykańskim kanale EWTN. Z tego co pamiętam, zawsze dotąd bezpośrednie relacje z poprzednich ŚDM były. Nawet za rządów telewizją ludzi lewicy.
Wieczorem główne wydanie Wiadomości o 19.30. Relacja z Madrytu gdzieś pod koniec, jakieś 30 sekund. Zero wypowiedzi młodych wolontariuszy z Polski, którzy dajmy na to oszczędzali cały rok, pracując dorywczo, aby tam pojechać. Żadnych komentarzy znawców tematu, watykanistów, komentatorów, brak reportażu z ulic, wypowiedzi mieszkańców stolicy Hiszpanii. Ot, sucha relacja. Potem trzyminutowy materiał o dwóch niepełnosprawnych rowerzystach przemierzających Karkonosze i inne frapujące historie w głównym wydaniu programu informacyjnego, z którego pół Polski dowiaduje się co najważniejszego dzieje się właśnie w świecie.
Czy naprawdę wyjazd ponad stu tysięcy młodych Polaków by spotkać się z dwoma milionami innych zapaleńców z całego świata nie zasługuje na więcej niż 30 sekund uwagi? W gazetach też prawie nic. Muszę poczekać na przekaz ustny, bezpośredni, od świadków, kiedy wrócą szefowie i wędrownicy FSE z Józefowa i hufca Warszawa-Praga.
O udziale 2200 szefów z FSE jako wolontariuszy dowiedzieć się natomiast mogliśmy z programu informacyjnego pierwszego programu telewizji francuskiej. Piękny reportaż. Życzliwi od razu umieścili na Facebooku. Czyżby w Polsce było gorzej niż we Francji?
To było w weekend, w piątek późnym wieczorem przywiozłem dziewczynki po tygodniu spędzonym u babć. W domu zawrzało jak w ulu. Podczas wakacji kilka razy odbierałem gratulacje jako ojciec piątki dzieci. Dodajmy, przesympatycznej piątki. Gdy miły włoski staruszek w toskańskim miasteczku ściskał mi dłoń, a choć wskazywałem na żonę jako najbardziej właściwą adresatkę tych gestów, on potrząsał nią jeszcze bardziej energicznie, myślałem „bez przesady”. Po spokojnym tygodniu wieczorów my i tylko Piotrek, pomyślałem: „może i toskański mędrzec miał rację, jest różnica i warto wspierać rodziców choćby uściskiem dłoni”.
Wieczorem główne wydanie Wiadomości o 19.30. Relacja z Madrytu gdzieś pod koniec, jakieś 30 sekund. Zero wypowiedzi młodych wolontariuszy z Polski, którzy dajmy na to oszczędzali cały rok, pracując dorywczo, aby tam pojechać. Żadnych komentarzy znawców tematu, watykanistów, komentatorów, brak reportażu z ulic, wypowiedzi mieszkańców stolicy Hiszpanii. Ot, sucha relacja. Potem trzyminutowy materiał o dwóch niepełnosprawnych rowerzystach przemierzających Karkonosze i inne frapujące historie w głównym wydaniu programu informacyjnego, z którego pół Polski dowiaduje się co najważniejszego dzieje się właśnie w świecie.
Czy naprawdę wyjazd ponad stu tysięcy młodych Polaków by spotkać się z dwoma milionami innych zapaleńców z całego świata nie zasługuje na więcej niż 30 sekund uwagi? W gazetach też prawie nic. Muszę poczekać na przekaz ustny, bezpośredni, od świadków, kiedy wrócą szefowie i wędrownicy FSE z Józefowa i hufca Warszawa-Praga.
O udziale 2200 szefów z FSE jako wolontariuszy dowiedzieć się natomiast mogliśmy z programu informacyjnego pierwszego programu telewizji francuskiej. Piękny reportaż. Życzliwi od razu umieścili na Facebooku. Czyżby w Polsce było gorzej niż we Francji?
To było w weekend, w piątek późnym wieczorem przywiozłem dziewczynki po tygodniu spędzonym u babć. W domu zawrzało jak w ulu. Podczas wakacji kilka razy odbierałem gratulacje jako ojciec piątki dzieci. Dodajmy, przesympatycznej piątki. Gdy miły włoski staruszek w toskańskim miasteczku ściskał mi dłoń, a choć wskazywałem na żonę jako najbardziej właściwą adresatkę tych gestów, on potrząsał nią jeszcze bardziej energicznie, myślałem „bez przesady”. Po spokojnym tygodniu wieczorów my i tylko Piotrek, pomyślałem: „może i toskański mędrzec miał rację, jest różnica i warto wspierać rodziców choćby uściskiem dłoni”.
wtorek, 12 lipca 2011
Wszyscy po „Pressje”
Korzystając z wywozu części rodziny nad morze, tudzież obozy, oraz dobrodziejstwa Fejsbuka, z którego dowiedziałem się o wydarzeniu, udaję się dziś do klubokawiarni Grawitacja na panel Rebelyi o nowej tece krakowskich Pressji pt. „Zabiliśmy proroka”. Tom poświęcony jest temu, co zrobiliśmy z dziedzictwem JP2 (www.pressje.org.pl) a dyskusja odbywa się z udziałem redaktorów Pressji Pawła Rojka i Krzysztofa Mazura oraz dla zaostrzenia dyskusji Andrzeja Horubały i Michała Łuczewskiego.
Muszę powiedzieć, że dawno nie byłem tak pozytywnie zaskoczony. Słyszałem o Pressjach i niektóre nawet zakupiłem, ale nie sądziłem, że są tak dobrzy. Jakże miła niespodzianka. Intelektualny full wypas. Co za świeżość i głębia intelektualna, a jednocześnie nowoczesność i młodzieńczość. Ci ludzie myślą, i to myślą dobrze, odważnie, otwarcie, rześko. Prawdziwi, autentyczni interpretatorzy przesłania JP2, intelektualnie bardzo atrakcyjni. Nie czepiający się szczegółów zasklepieni w swoich koncepcjach intelektualiści, nie zakompleksieni redaktorzy niszowego pisma, ale ciekawi świata, ofensywni, nowocześni, nie uznający tematów tabu, jak nazwała ich Jadwiga Staniszkis, „najwybitniejsi młodzi intelektualiści”. Pani Profesor nie myli się. Siedząc w głębi sali, wzrastało moje przekonanie, że „są naprawdę nieźli”. Poczulem respekt do dawnej stolicy.
Zakupiłem więc kilka dodatkowych tek i ostrzę zęby na tę strawę. Bowiem Nil est in homine bona mente melius (Nic nie jest w człowieku lepszego od dobrego myślenia). Notabene, do tej myśli widniejącej na bramie domu Długosza przy ulicy Kanoniczej w Krakowie nawiązywał w swym przemówieniu papież właśnie w Krakowie w 1997 r. Dziś Kraków zdecydowanie rulez! Wiele świetnych kwestii padło np. o mesjanizmie JP2 opartym na myśli Norwida, by przez pracę zmieniać rzeczywistość aby zostawić po sobie „trochę więcej niż puste biurko w tej czy innej korporacji”. Niezłe, czyż nie? Przypomina też przecież Baden-Powella. Albo „wielcy ludzie są często z małych miasteczek”.
Każdego zatem zachęcam do zakupu ostatnich Pressji, a w ogóle to uważam, że pracujący mają moralny obowiązek prenumerować ten albo podobne periodyki. Jeśli chcemy wspierać daną redakcję, po co płacić 50% pośrednikom, kupujmy od źródła. Dla nas taniej, dla nich więcej.
Jakie bogactwo młodego życia intelektualnego mamy jeszcze w Polsce. Jutro promocja najnowszego numeru „Rzeczy Wspólnych”.
sobota, 2 lipca 2011
Ulubiony cytat Andrzeja Bobkowskiego
Ulubiony cytat Andrzeja Bobkowskiego autora "Szkiców piórkiem": "Są trzy wielkie ewolucje ludzkości: poganizm, chrześcijaństwo, chamstwo" (za Flaubert - Listy)
niedziela, 26 czerwca 2011
Mocne słowa premiera na Dzień Ojca
Premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona. Jakie świetne wystąpienie, szkoda, że nie można usłyszeć czegoś podobnego z ust polskiego polityka. Tutaj w całości. A poniżej najlepsze urywki:
Now, I know we can’t do this at a stroke of a legislator’s pen. There’s nothing we can do in Whitehall to force fathers to get involved. But what we can do is make it easier for fathers to do the right thing than the wrong thing. (...) We’re investing in relationship support to help prevent family breakdown; and when it is inevitable, to make sure that it is well-handled. And yes, I want us to recognise marriage in the tax system so as a country we show we value commitment.
At the same time, I also think we need to make Britain a genuinely hostile place for fathers who go AWOL. It’s high time runaway dads were stigmatised, and the full force of shame was heaped upon them. They should be looked at like drink drivers, people who are beyond the pale. They need the message rammed home to them, from every part of our culture, that what they’re doing is wrong – that leaving single mothers, who do a heroic job against all odds, to fend for themselves simply isn’t acceptable.
Ponadto uważam, że powinniśmy uczynić Wlk. Brytanię prawdziwie wrogim miejscem dla dezerterujących ojców. Najwyższy czas, aby ojcowie, którzy porzucają rodziny, byli z całą mocą piętnowani i palili się ze wstydu. Powinni być oni traktowani jak pijani kierowcy, jako robiący coś zupełnie nieakceptowalnego. Cała nasza kultura powinna im dać jasny sygnał, że to co robią, jest czymś bardzo złym – że porzucenie matek, które wykonują heroiczną pracę, aby radziły sobie same – jest po prostu nieakceptowalne.
All this will help make a difference. But in the end, it will be the daily habits and decisions of Britain’s fathers that will determine if we succeed. On their decision to financially and emotionally support their child even if they’ve split up from their mother; to spend time with their kids at weekends, taking them to the football or the playground; to go to the nativity play and take an interest in their child’s education.
I say this knowing how difficult being a parent is. As the American writer Kent Nerburn brilliantly put it: “It is much easier to become a father than to be one.” And I don’t for one minute claim to be a perfect father to my kids. Just ask Sam. But this is too important an issue to remain silent on. This is about our children’s futures, and with that, our country’s future too. We owe it to them to be there for them, however hard we may find it.
So on this Father’s Day, let’s embrace and celebrate the responsibilities we have.
Now, I know we can’t do this at a stroke of a legislator’s pen. There’s nothing we can do in Whitehall to force fathers to get involved. But what we can do is make it easier for fathers to do the right thing than the wrong thing. (...) We’re investing in relationship support to help prevent family breakdown; and when it is inevitable, to make sure that it is well-handled. And yes, I want us to recognise marriage in the tax system so as a country we show we value commitment.
At the same time, I also think we need to make Britain a genuinely hostile place for fathers who go AWOL. It’s high time runaway dads were stigmatised, and the full force of shame was heaped upon them. They should be looked at like drink drivers, people who are beyond the pale. They need the message rammed home to them, from every part of our culture, that what they’re doing is wrong – that leaving single mothers, who do a heroic job against all odds, to fend for themselves simply isn’t acceptable.
Ponadto uważam, że powinniśmy uczynić Wlk. Brytanię prawdziwie wrogim miejscem dla dezerterujących ojców. Najwyższy czas, aby ojcowie, którzy porzucają rodziny, byli z całą mocą piętnowani i palili się ze wstydu. Powinni być oni traktowani jak pijani kierowcy, jako robiący coś zupełnie nieakceptowalnego. Cała nasza kultura powinna im dać jasny sygnał, że to co robią, jest czymś bardzo złym – że porzucenie matek, które wykonują heroiczną pracę, aby radziły sobie same – jest po prostu nieakceptowalne.
All this will help make a difference. But in the end, it will be the daily habits and decisions of Britain’s fathers that will determine if we succeed. On their decision to financially and emotionally support their child even if they’ve split up from their mother; to spend time with their kids at weekends, taking them to the football or the playground; to go to the nativity play and take an interest in their child’s education.
I say this knowing how difficult being a parent is. As the American writer Kent Nerburn brilliantly put it: “It is much easier to become a father than to be one.” And I don’t for one minute claim to be a perfect father to my kids. Just ask Sam. But this is too important an issue to remain silent on. This is about our children’s futures, and with that, our country’s future too. We owe it to them to be there for them, however hard we may find it.
So on this Father’s Day, let’s embrace and celebrate the responsibilities we have.
piątek, 24 czerwca 2011
Urywki z życia szofera szkolnego
Wytaczam się z domu, gdy w samochodzie komplet dziewczynek zaczyna się niecierpliwić. Jak zwykle poranna kawa tym razem nie działa wystarczająco. Wczoraj mecz Polska-Francja, obejrzany na żywo w doborowym towarzystwie. Stasiek też był, właśnie biegnie do sąsiadów z kanapką w ręku. Tam gromadzą się chłopcy jadący razem do szkoły męskiej.
Przepraszam dziewczyny za spóźnienie i ruszamy. Nie ujechawszy pięciuset metrów uświadamiam sobie, że zapomniałem karty wejściowej do biura. Cofamy na wstecznym. Wbiegam po schodach na piętro, porywam kartę i odpalam ponownie samochód. Jedziemy. Po chwili już wiem, że w domu wciąż spoczywa mój telefon służbowy. Tym razem już nie zawracamy, dowiezie mi go żona do szkoły.
W samochodzie daje się odczuć oczekiwanie na wakacje, późnowiosenny spleen. Lubię patrzeć jak oddalają się w kierunku szkoły. Mela pełna entuzjazmu, pierwszoklasistka, zawsze przygotowana, tęskniąca za szkołą, panią i koleżankami. Julka z głową w obłokach czy raczej we wczoraj przeczytanej kolejnej książce. Pochłania je w ogromnych ilościach. Druga Julka bardzo dziewczęca, pogodna. Dwie Marysie, Ola i Trzecia Julka to już prawie gimnazjum. To widać. Dziewczyny mają swoje sprawy, tajemnice, porozumiewawcze spojrzenia. Jedne idą dostojnym krokiem trzymając się pod ręce, inne ociężale i powoli, jak gdyby udawały się na szafot.
***
U Przybylskich gdzie after-synergy party z małżeństwem Bouchez. Udaje mi się odnaleźć numer Maitrises z 1993 r. poświęcony przygotowaniom do małżeństwa, gdzie napisali bardzo ładny, mądry artykuł. Na marginesach przetłumaczone niektóre słówka. Tak to się robiło, ze słownikiem i ołówkiem dochodziło do sensu zdań. Sympatyczna rozmowa, nie znamy się przecież a gadamy jak starzy znajomi.
***
Byłem na łodziach, można powiedzieć na kajakach. Ojcowie z klasy Marysi pozazdrościli ojcom, którzy mają synów w szkole „Żagle” i w ramach wycieczek ojców z synami jeżdżą z nimi na spływy kajakowe i zorganizowali sobie swój spływ. Spotkanie w Otwocku przy Domu Kultury, pakujemy się do autokaru i 10 minut jedziemy na start. Tu wsiadamy do kolorowych kajaków i zaczynamy. Rzeka Świder okazuje się być bardzo malownicza, a przy tym pełna niespodzianek. Zwalone pnie nie dają wyboru, musimy położyć się w kajaku aby pod nimi przepłynąć. Potem robimy wyścigi, rozemocjonowani tracimy koncentrację i osiadamy na mieliźnie. Niesamowite tylko 10 km od mojego domu i taki czad.
***
Tydzień później spływ ze Staśkiem tym razem Pilicą. Jest świetnie, mimo złych prognoz zamiast deszczu ostre słońce. Po dwóch godzinach wyciągamy kajaki na piaszczystą plażę. Tu spotykamy kolegów z 3a, wypłynęli godzinę przed nami. Przekazują nam ogień, siedzimy na piachu i wchłaniamy spokój nadpilickiej przyrody. Atmosfera jak z „Nad Niemnem”. Wracamy około 17. Dochodzę do siebie przy pomocy coli z lodem, prysznica i podwójnego espresso. Zapinam Piotrka w foteliku w samochodzie. Chłopak aż piszczy z radości. Na samochody piętnastomiesięczny chłopiec nieodmiennie woła „brum, brum”. Często ciągnie mnie lub Ewę za rękę, że chce do „brum, brum”. W samochodzie od razu się uspokaja. W domu bawi się samochodzikami. Samochodzikami, które leżały w kącie, nie budząc zainteresowania ani Meli, ani Marty. Kto go tego nauczył? Skąd takie ciągoty? Po prostu chłopak.
Dojeżdżamy do Państwa K., gdzie już od paru godzin trwa piknik rodzin na zakończenie szóstej klasy. Atmosfera jak z letniska w „Spalonych słońcem”, dziewczęta grają w dwa ognie, piszczą przy tym i miło hałasują, część, ooo, w błękitnych mundurach. Okazuje się, że dotarły na piknik prosto ze zbiórki drużyny. Rodzeństwo w postaci głównie młodszych braci oblega drzewo z liną, tj. instytucję tzw. Tarzana. Piotrek zaczął chodzić, więc biega po soczystej trawie ile wlezie.
***
Koniec roku szkolnego, muzycznego, sportowego, harcerskiego rozłożony na kilka tygodni czerwca to dla rodziców intensywny czas spotkań, zakończeń, spływów, akademii, koncertów, występów. To już za nami. Pozostały ładne trzy świadectwa. Dziś pierwszy dzień wakacji.
Przepraszam dziewczyny za spóźnienie i ruszamy. Nie ujechawszy pięciuset metrów uświadamiam sobie, że zapomniałem karty wejściowej do biura. Cofamy na wstecznym. Wbiegam po schodach na piętro, porywam kartę i odpalam ponownie samochód. Jedziemy. Po chwili już wiem, że w domu wciąż spoczywa mój telefon służbowy. Tym razem już nie zawracamy, dowiezie mi go żona do szkoły.
W samochodzie daje się odczuć oczekiwanie na wakacje, późnowiosenny spleen. Lubię patrzeć jak oddalają się w kierunku szkoły. Mela pełna entuzjazmu, pierwszoklasistka, zawsze przygotowana, tęskniąca za szkołą, panią i koleżankami. Julka z głową w obłokach czy raczej we wczoraj przeczytanej kolejnej książce. Pochłania je w ogromnych ilościach. Druga Julka bardzo dziewczęca, pogodna. Dwie Marysie, Ola i Trzecia Julka to już prawie gimnazjum. To widać. Dziewczyny mają swoje sprawy, tajemnice, porozumiewawcze spojrzenia. Jedne idą dostojnym krokiem trzymając się pod ręce, inne ociężale i powoli, jak gdyby udawały się na szafot.
***
U Przybylskich gdzie after-synergy party z małżeństwem Bouchez. Udaje mi się odnaleźć numer Maitrises z 1993 r. poświęcony przygotowaniom do małżeństwa, gdzie napisali bardzo ładny, mądry artykuł. Na marginesach przetłumaczone niektóre słówka. Tak to się robiło, ze słownikiem i ołówkiem dochodziło do sensu zdań. Sympatyczna rozmowa, nie znamy się przecież a gadamy jak starzy znajomi.
***
Byłem na łodziach, można powiedzieć na kajakach. Ojcowie z klasy Marysi pozazdrościli ojcom, którzy mają synów w szkole „Żagle” i w ramach wycieczek ojców z synami jeżdżą z nimi na spływy kajakowe i zorganizowali sobie swój spływ. Spotkanie w Otwocku przy Domu Kultury, pakujemy się do autokaru i 10 minut jedziemy na start. Tu wsiadamy do kolorowych kajaków i zaczynamy. Rzeka Świder okazuje się być bardzo malownicza, a przy tym pełna niespodzianek. Zwalone pnie nie dają wyboru, musimy położyć się w kajaku aby pod nimi przepłynąć. Potem robimy wyścigi, rozemocjonowani tracimy koncentrację i osiadamy na mieliźnie. Niesamowite tylko 10 km od mojego domu i taki czad.
***
Tydzień później spływ ze Staśkiem tym razem Pilicą. Jest świetnie, mimo złych prognoz zamiast deszczu ostre słońce. Po dwóch godzinach wyciągamy kajaki na piaszczystą plażę. Tu spotykamy kolegów z 3a, wypłynęli godzinę przed nami. Przekazują nam ogień, siedzimy na piachu i wchłaniamy spokój nadpilickiej przyrody. Atmosfera jak z „Nad Niemnem”. Wracamy około 17. Dochodzę do siebie przy pomocy coli z lodem, prysznica i podwójnego espresso. Zapinam Piotrka w foteliku w samochodzie. Chłopak aż piszczy z radości. Na samochody piętnastomiesięczny chłopiec nieodmiennie woła „brum, brum”. Często ciągnie mnie lub Ewę za rękę, że chce do „brum, brum”. W samochodzie od razu się uspokaja. W domu bawi się samochodzikami. Samochodzikami, które leżały w kącie, nie budząc zainteresowania ani Meli, ani Marty. Kto go tego nauczył? Skąd takie ciągoty? Po prostu chłopak.
Dojeżdżamy do Państwa K., gdzie już od paru godzin trwa piknik rodzin na zakończenie szóstej klasy. Atmosfera jak z letniska w „Spalonych słońcem”, dziewczęta grają w dwa ognie, piszczą przy tym i miło hałasują, część, ooo, w błękitnych mundurach. Okazuje się, że dotarły na piknik prosto ze zbiórki drużyny. Rodzeństwo w postaci głównie młodszych braci oblega drzewo z liną, tj. instytucję tzw. Tarzana. Piotrek zaczął chodzić, więc biega po soczystej trawie ile wlezie.
***
Koniec roku szkolnego, muzycznego, sportowego, harcerskiego rozłożony na kilka tygodni czerwca to dla rodziców intensywny czas spotkań, zakończeń, spływów, akademii, koncertów, występów. To już za nami. Pozostały ładne trzy świadectwa. Dziś pierwszy dzień wakacji.
środa, 22 czerwca 2011
Katolicki oksymoron
Powstaje tutaj katolicki oksymoron, co może potwierdzić każdy, kto tego doświadcza: bezkompromisowość co do zasad i miłosierny pragmatyzm w obliczu konkretnej rzeczywistości. Jak dobry, stary proboszcz, który grzmiał z ambony, a był wyrozumiały i serdeczny w tajemnicy spowiedzi. Katolicka hipokryzja? Nie opowiadajmy głupot. To zasłużony realizm dotyczący ludzkiej kondycji, zdolność otwierania się na życie i jego nieskończenie wiele przypadków, czego w swoim fanatyzmie nie znają współczesne ideologie. Mówią one, że kochają człowieczeństwo, ale odrzucają - o ile nie nienawidzą - konkretnego człowieka i jego małą wielką historię.
Jest pewna tragiczna anegdota, która zawsze mnie poruszała: Robespierre, niezniszczalny apostoł laickiej ascezy, moralności narzuconej masom w imię swojej abstrakcyjnej cnoty wysłał na gilotynę tysiące osób. Kiedy padło na niego i przybył na plac na dwukołowym wózku przeznaczonym dla skazańców, po raz pierwszy zobaczył narzędzie śmierci! Z trudem orientował się, gdzie było zainstalowane i tylko teoretycznie - jak działało. Ci, których wysłał na tę scenę, nie byli konkretnymi mężczyznami i kobietami, nie byli ciałem i krwią, radościami i smutkami, pragnieniami i lękami, młodzi i starzy z imieniem oraz nazwiskiem. Byli tylko symbolami, abstrakcyjnymi przedstawicielami zła, w pojęciu doktrynalnej etyki. Wszystkie te obcięte głowy (jedenaście tysięcy w ciągu zaledwie jednego roku) nie były niczym innym, jak dossier, pod którym ten kapłan boskiego rozumu złożył swój podpis, bez problemu sumienia, co więcej, przekonany, że służy sprawie doskonałego społeczeństwa.
Tymczasem chrześcijaninowi chodzi o wskazanie ideału, o nierezygnowanie nigdy z niego. O trud osiągania tego ideału zawsze, a jednocześnie gotowość zrozumienia słabości natury zranionej grzechem pierworodnym, okazywanie konkretnej osobie (zwróć uwagę: począwszy od nas samych) cierpliwości samego biblijnego Boga, który potrafi czekać, smuci się, raduje, czasem wręcz żałuje (…).
Vittorio Messori w wywiadzie-rzece „Dlaczego wierzę” str. 388
Jest pewna tragiczna anegdota, która zawsze mnie poruszała: Robespierre, niezniszczalny apostoł laickiej ascezy, moralności narzuconej masom w imię swojej abstrakcyjnej cnoty wysłał na gilotynę tysiące osób. Kiedy padło na niego i przybył na plac na dwukołowym wózku przeznaczonym dla skazańców, po raz pierwszy zobaczył narzędzie śmierci! Z trudem orientował się, gdzie było zainstalowane i tylko teoretycznie - jak działało. Ci, których wysłał na tę scenę, nie byli konkretnymi mężczyznami i kobietami, nie byli ciałem i krwią, radościami i smutkami, pragnieniami i lękami, młodzi i starzy z imieniem oraz nazwiskiem. Byli tylko symbolami, abstrakcyjnymi przedstawicielami zła, w pojęciu doktrynalnej etyki. Wszystkie te obcięte głowy (jedenaście tysięcy w ciągu zaledwie jednego roku) nie były niczym innym, jak dossier, pod którym ten kapłan boskiego rozumu złożył swój podpis, bez problemu sumienia, co więcej, przekonany, że służy sprawie doskonałego społeczeństwa.
Tymczasem chrześcijaninowi chodzi o wskazanie ideału, o nierezygnowanie nigdy z niego. O trud osiągania tego ideału zawsze, a jednocześnie gotowość zrozumienia słabości natury zranionej grzechem pierworodnym, okazywanie konkretnej osobie (zwróć uwagę: począwszy od nas samych) cierpliwości samego biblijnego Boga, który potrafi czekać, smuci się, raduje, czasem wręcz żałuje (…).
Vittorio Messori w wywiadzie-rzece „Dlaczego wierzę” str. 388
środa, 1 czerwca 2011
środa, 25 maja 2011
Przyjemne chwile z życia rodzica
Spotkanie w szkole „Strumienie” z opiekunem Marysi i Meli – jedna z najprzyjemniejszych chwil w życiu rodzica. Z tego powodu wracam do domu w towarzystwie pizzy i coca-coli. Dwie ogromne margeritty jak zawsze wywołują entuzjazm. Jemy i oglądamy Billa Cosby. Atmosfera jest radosna, mimo, że wróciłem sporo później niż zapowiadałem. Marysia opowiada jak wtargnąłem do jej klasy, w której właśnie odbywała się próba przed występem na koniec roku szkolnego. Włożywszy głowę przez drzwi zaśpiewałem z szóstoklasistkami refren „Ale to już było”. Taki sobie kiks, jakich setki popełniało się w cielęcym wieku podstawówki i liceum. Chwila deja vu. Reakcja córki pomiędzy pobłażliwym uśmiechem a lekkim zawstydzeniem, choć nawet z odrobiną zadowolenia. Opowiada jakby o dziwacznej sytuacji, za którą normalnie trzeba by być wściekłą i się wstydzić, ale skoro wywołała śmiech i aplauz koleżanek, to w sumie jest OK. Żegnamy się na dobranoc. Dzieciaki kładą się spać. Każdy ma dla mnie jeszcze komunikat na zakończenie dnia: „Tato, kiedy znowu będzie pizza?”, „Tato, prawda, że byłam grzeczna i następnym razem też dostanę pizzę”, „Tato, jak będziecie po spotkaniu z moim panem to prawda, że też będzie pizza”, „Tato, dzięki, ale nie idźcie jeszcze spać”. Piotrek uczy się chodzić, więc śpi już w najlepsze zmęczony wrażeniami dnia.
Tak, prawda. Następna pizza będzie po spotkaniu z opiekunem Stasia. Tak myślę.
Tak, prawda. Następna pizza będzie po spotkaniu z opiekunem Stasia. Tak myślę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)