niedziela, 26 czerwca 2011

Mocne słowa premiera na Dzień Ojca

Premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona. Jakie świetne wystąpienie, szkoda, że nie można usłyszeć czegoś podobnego z ust polskiego polityka. Tutaj w całości. A poniżej najlepsze urywki:

Now, I know we can’t do this at a stroke of a legislator’s pen. There’s nothing we can do in Whitehall to force fathers to get involved. But what we can do is make it easier for fathers to do the right thing than the wrong thing. (...) We’re investing in relationship support to help prevent family breakdown; and when it is inevitable, to make sure that it is well-handled. And yes, I want us to recognise marriage in the tax system so as a country we show we value commitment.

At the same time, I also think we need to make Britain a genuinely hostile place for fathers who go AWOL. It’s high time runaway dads were stigmatised, and the full force of shame was heaped upon them. They should be looked at like drink drivers, people who are beyond the pale. They need the message rammed home to them, from every part of our culture, that what they’re doing is wrong – that leaving single mothers, who do a heroic job against all odds, to fend for themselves simply isn’t acceptable.

Ponadto uważam, że powinniśmy uczynić Wlk. Brytanię prawdziwie wrogim miejscem dla dezerterujących ojców. Najwyższy czas, aby ojcowie, którzy porzucają rodziny, byli z całą mocą piętnowani i palili się ze wstydu. Powinni być oni traktowani jak pijani kierowcy, jako robiący coś zupełnie nieakceptowalnego. Cała nasza kultura powinna im dać jasny sygnał, że to co robią, jest czymś bardzo złym – że porzucenie matek, które wykonują heroiczną pracę, aby radziły sobie same – jest po prostu nieakceptowalne.

All this will help make a difference. But in the end, it will be the daily habits and decisions of Britain’s fathers that will determine if we succeed. On their decision to financially and emotionally support their child even if they’ve split up from their mother; to spend time with their kids at weekends, taking them to the football or the playground; to go to the nativity play and take an interest in their child’s education.

I say this knowing how difficult being a parent is. As the American writer Kent Nerburn brilliantly put it: “It is much easier to become a father than to be one.” And I don’t for one minute claim to be a perfect father to my kids. Just ask Sam. But this is too important an issue to remain silent on. This is about our children’s futures, and with that, our country’s future too. We owe it to them to be there for them, however hard we may find it.

So on this Father’s Day, let’s embrace and celebrate the responsibilities we have.

piątek, 24 czerwca 2011

Urywki z życia szofera szkolnego

Wytaczam się z domu, gdy w samochodzie komplet dziewczynek zaczyna się niecierpliwić. Jak zwykle poranna kawa tym razem nie działa wystarczająco. Wczoraj mecz Polska-Francja, obejrzany na żywo w doborowym towarzystwie. Stasiek też był, właśnie biegnie do sąsiadów z kanapką w ręku. Tam gromadzą się chłopcy jadący razem do szkoły męskiej.

Przepraszam dziewczyny za spóźnienie i ruszamy. Nie ujechawszy pięciuset metrów uświadamiam sobie, że zapomniałem karty wejściowej do biura. Cofamy na wstecznym. Wbiegam po schodach na piętro, porywam kartę i odpalam ponownie samochód. Jedziemy. Po chwili już wiem, że w domu wciąż spoczywa mój telefon służbowy. Tym razem już nie zawracamy, dowiezie mi go żona do szkoły.

W samochodzie daje się odczuć oczekiwanie na wakacje, późnowiosenny spleen. Lubię patrzeć jak oddalają się w kierunku szkoły. Mela pełna entuzjazmu, pierwszoklasistka, zawsze przygotowana, tęskniąca za szkołą, panią i koleżankami. Julka z głową w obłokach czy raczej we wczoraj przeczytanej kolejnej książce. Pochłania je w ogromnych ilościach. Druga Julka bardzo dziewczęca, pogodna. Dwie Marysie, Ola i Trzecia Julka to już prawie gimnazjum. To widać. Dziewczyny mają swoje sprawy, tajemnice, porozumiewawcze spojrzenia. Jedne idą dostojnym krokiem trzymając się pod ręce, inne ociężale i powoli, jak gdyby udawały się na szafot.

***

U Przybylskich gdzie after-synergy party z małżeństwem Bouchez. Udaje mi się odnaleźć numer Maitrises z 1993 r. poświęcony przygotowaniom do małżeństwa, gdzie napisali bardzo ładny, mądry artykuł. Na marginesach przetłumaczone niektóre słówka. Tak to się robiło, ze słownikiem i ołówkiem dochodziło do sensu zdań. Sympatyczna rozmowa, nie znamy się przecież a gadamy jak starzy znajomi.

***

Byłem na łodziach, można powiedzieć na kajakach. Ojcowie z klasy Marysi pozazdrościli ojcom, którzy mają synów w szkole „Żagle” i w ramach wycieczek ojców z synami jeżdżą z nimi na spływy kajakowe i zorganizowali sobie swój spływ. Spotkanie w Otwocku przy Domu Kultury, pakujemy się do autokaru i 10 minut jedziemy na start. Tu wsiadamy do kolorowych kajaków i zaczynamy. Rzeka Świder okazuje się być bardzo malownicza, a przy tym pełna niespodzianek. Zwalone pnie nie dają wyboru, musimy położyć się w kajaku aby pod nimi przepłynąć. Potem robimy wyścigi, rozemocjonowani tracimy koncentrację i osiadamy na mieliźnie. Niesamowite tylko 10 km od mojego domu i taki czad.

***

Tydzień później spływ ze Staśkiem tym razem Pilicą. Jest świetnie, mimo złych prognoz zamiast deszczu ostre słońce. Po dwóch godzinach wyciągamy kajaki na piaszczystą plażę. Tu spotykamy kolegów z 3a, wypłynęli godzinę przed nami. Przekazują nam ogień, siedzimy na piachu i wchłaniamy spokój nadpilickiej przyrody. Atmosfera jak z „Nad Niemnem”. Wracamy około 17. Dochodzę do siebie przy pomocy coli z lodem, prysznica i podwójnego espresso. Zapinam Piotrka w foteliku w samochodzie. Chłopak aż piszczy z radości. Na samochody piętnastomiesięczny chłopiec nieodmiennie woła „brum, brum”. Często ciągnie mnie lub Ewę za rękę, że chce do „brum, brum”. W samochodzie od razu się uspokaja. W domu bawi się samochodzikami. Samochodzikami, które leżały w kącie, nie budząc zainteresowania ani Meli, ani Marty. Kto go tego nauczył? Skąd takie ciągoty? Po prostu chłopak.

Dojeżdżamy do Państwa K., gdzie już od paru godzin trwa piknik rodzin na zakończenie szóstej klasy. Atmosfera jak z letniska w „Spalonych słońcem”, dziewczęta grają w dwa ognie, piszczą przy tym i miło hałasują, część, ooo, w błękitnych mundurach. Okazuje się, że dotarły na piknik prosto ze zbiórki drużyny. Rodzeństwo w postaci głównie młodszych braci oblega drzewo z liną, tj. instytucję tzw. Tarzana. Piotrek zaczął chodzić, więc biega po soczystej trawie ile wlezie.

***

Koniec roku szkolnego, muzycznego, sportowego, harcerskiego rozłożony na kilka tygodni czerwca to dla rodziców intensywny czas spotkań, zakończeń, spływów, akademii, koncertów, występów. To już za nami. Pozostały ładne trzy świadectwa. Dziś pierwszy dzień wakacji.

środa, 22 czerwca 2011

Katolicki oksymoron

Powstaje tutaj katolicki oksymoron, co może potwierdzić każdy, kto tego doświadcza: bezkompromisowość co do zasad i miłosierny pragmatyzm w obliczu konkretnej rzeczywistości. Jak dobry, stary proboszcz, który grzmiał z ambony, a był wyrozumiały i serdeczny w tajemnicy spowiedzi. Katolicka hipokryzja? Nie opowiadajmy głupot. To zasłużony realizm dotyczący ludzkiej kondycji, zdolność otwierania się na życie i jego nieskończenie wiele przypadków, czego w swoim fanatyzmie nie znają współczesne ideologie. Mówią one, że kochają człowieczeństwo, ale odrzucają - o ile nie nienawidzą - konkretnego człowieka i jego małą wielką historię.

Jest pewna tragiczna anegdota, która zawsze mnie poruszała: Robespierre, niezniszczalny apostoł laickiej ascezy, moralności narzuconej masom w imię swojej abstrakcyjnej cnoty wysłał na gilotynę tysiące osób. Kiedy padło na niego i przybył na plac na dwukołowym wózku przeznaczonym dla skazańców, po raz pierwszy zobaczył narzędzie śmierci! Z trudem orientował się, gdzie było zainstalowane i tylko teoretycznie - jak działało. Ci, których wysłał na tę scenę, nie byli konkretnymi mężczyznami i kobietami, nie byli ciałem i krwią, radościami i smutkami, pragnieniami i lękami, młodzi i starzy z imieniem oraz nazwiskiem. Byli tylko symbolami, abstrakcyjnymi przedstawicielami zła, w pojęciu doktrynalnej etyki. Wszystkie te obcięte głowy (jedenaście tysięcy w ciągu zaledwie jednego roku) nie były niczym innym, jak dossier, pod którym ten kapłan boskiego rozumu złożył swój podpis, bez problemu sumienia, co więcej, przekonany, że służy sprawie doskonałego społeczeństwa.

Tymczasem chrześcijaninowi chodzi o wskazanie ideału, o nierezygnowanie nigdy z niego. O trud osiągania tego ideału zawsze, a jednocześnie gotowość zrozumienia słabości natury zranionej grzechem pierworodnym, okazywanie konkretnej osobie (zwróć uwagę: począwszy od nas samych) cierpliwości samego biblijnego Boga, który potrafi czekać, smuci się, raduje, czasem wręcz żałuje (…).

Vittorio Messori w wywiadzie-rzece „Dlaczego wierzę” str. 388

środa, 25 maja 2011

Przyjemne chwile z życia rodzica

Spotkanie w szkole „Strumienie” z opiekunem Marysi i Meli – jedna z najprzyjemniejszych chwil w życiu rodzica. Z tego powodu wracam do domu w towarzystwie pizzy i coca-coli. Dwie ogromne margeritty jak zawsze wywołują entuzjazm. Jemy i oglądamy Billa Cosby. Atmosfera jest radosna, mimo, że wróciłem sporo później niż zapowiadałem. Marysia opowiada jak wtargnąłem do jej klasy, w której właśnie odbywała się próba przed występem na koniec roku szkolnego. Włożywszy głowę przez drzwi zaśpiewałem z szóstoklasistkami refren „Ale to już było”. Taki sobie kiks, jakich setki popełniało się w cielęcym wieku podstawówki i liceum. Chwila deja vu. Reakcja córki pomiędzy pobłażliwym uśmiechem a lekkim zawstydzeniem, choć nawet z odrobiną zadowolenia. Opowiada jakby o dziwacznej sytuacji, za którą normalnie trzeba by być wściekłą i się wstydzić, ale skoro wywołała śmiech i aplauz koleżanek, to w sumie jest OK. Żegnamy się na dobranoc. Dzieciaki kładą się spać. Każdy ma dla mnie jeszcze komunikat na zakończenie dnia: „Tato, kiedy znowu będzie pizza?”, „Tato, prawda, że byłam grzeczna i następnym razem też dostanę pizzę”, „Tato, jak będziecie po spotkaniu z moim panem to prawda, że też będzie pizza”, „Tato, dzięki, ale nie idźcie jeszcze spać”. Piotrek uczy się chodzić, więc śpi już w najlepsze zmęczony wrażeniami dnia.

Tak, prawda. Następna pizza będzie po spotkaniu z opiekunem Stasia. Tak myślę.

wtorek, 24 maja 2011

Trzy filmy

Trzy filmy, o których powinienem napisać już dawno, póki grają je w kinach. Wszystkie warte zobaczenia. Jak zawsze przecież, skoro mowa o nich na tym blogu. Po kolei zatem.


NIEPOKONANI
Już zachwycałem się tutaj samym faktem powstania filmu zanim trafił na ekrany. Film jest dosyć wierną adaptacją książki „Długi marsz”. Trochę szkoda. Historia ucieczki z łagru przez pół świata, w śniegu tajgi, skwarze pustyni Gobi i przez Himalaje sama w sobie jest niesamowita. Zorganizowana przez Polaka wbrew nadziei. To żywy dowód polskiego ducha, walki o wolność, niepoddawania się nawet w najtrudniejszych warunkach (zachwycił się nim reżyser Peter Weir). Jednak książka napisana jest monotonnie, jak kronika marszu, to nie jest wielka literatura pokazująca emocje, dylematy, meandry duszy ludzkiej, wybory i ich konsekwencje. Tak mniej więcej wygląda też film, spodziewałem się trochę hollywoodzkiego „podkręcenia”, którego nie ma. Jednak nie ma co marudzić? Film po raz pierwszy opowiada o Gułagu (co za skandal), ukazuje choć trochę prawdy o polskim trudnym losie i bohaterstwie w czasie II Wojny Światowej. Świetne kreacje Eda Harrisa, Collina Farrela, aktora grającego głównego bohatera i aktorki grającej Zosię (polską dziewczynę, która dołącza do uciekinierów). Obraz powinien być pozycją obowiązkową dla wszystkich. Idealny dla ekipy wędrowników czy do obejrzenia w innym „młodym” gronie.

 

RYTUAŁ

Thriller oparty na kanwie faktów. Historia wątpiącego kleryka wysłanego na kurs egzorcystów do Rzymu, gdzie dostaje szkołę „zawodu” od ojca Lukasa (jak zawsze genialny Anthony Hopkins). Uczestniczy w egzorcyzmach, w końcu sam je przeprowadza. Mocna rzecz, czasami sierpnie skóra. Choć końcówka jest raczej nieprawdopodobną fantazją, zasadniczo film nie fałszuje nauczania katolickiego na temat szatana. Zawiera też niewątpliwie sporo prawdy o mechanizmach działania osobowego zła we współczesnym świecie. Jak to w Hollywood dobrze aby główny bohater miał obok siebie ładną aktorkę a więc w walce ze złem młodemu klerykowi towarzyszy amerykańska dziennikarka. Film z rodzaju mocnych, tylko dla widzów dorosłych.
 
 
 

LUDZIE BOGA


Film trudno uchwytny w polskich kinach, choć we Francji był megahitem, gromadząc ponad 3-milionową publiczność. Obraz opowiada prawdziwą historię trapistów zamordowanych przez muzułmańskie bojówki w Maroku w latach dziewięćdziesiątych. Obserwujemy mnichów i ich spokojne, oddane Bogu i ludziom życie, utkane z codziennych prac i modlitw. To ludzie absolutnej pokory, kto wie czy modlitwa takich mnichów nie jest zawiasem świata. Stopniowo atmosfera gęstnieje, ojcowie zaczynają oswajać się z myślą, że może im grozić męczeństwo. Zrazu buntują się, niektórzy chcą wyjeżdżać, potem jakby godzą się z taką ewentualnością, lecz starają się ludzkimi środkami uniknąć ofiary. Męczennicy zazwyczaj to nie masochiści, ale ludzie chcący żyć, kochający życie, jednak nie za cenę wyparcia się wiary, zanegowania prawdy. Jest kilka dobrych scen, rozmowy przeora z szefem bojówki, ostatnia kolacja mnichów.

Bardzo byłem ciekaw tego filmu. Historia faktycznie jest niesamowita. Jednak film mógłby być lepszy, lepiej nakręcony, lepiej zmontowany. Lepszy rzemieślnik kina wydobyłby więcej dramatyzmu, emocji i piękna. Wielu widzów uzna te zastrzeżenia za przesadę i czepianie się. Zatem na tym zakończmy. Film wart obejrzenia, nie z małymi dziećmi.

poniedziałek, 16 maja 2011

Weekend pełen dobrych zdarzeń

Weekend pełen dobrych zdarzeń. Najpierw spływ Świdrem ojców z córkami w klasie Marysi. Dwadzieścia szóstoklasistek, dwudziestu panów już w okolicach czterdziestki i dwadzieścia dwuosobowych kajaków. Piękna pogoda, pełna zakrętów rzeka, leżące pnie i kupa radości. Po dobrej godzinie wyciągamy kajaki na brzeg, wspinamy się na skarpę i przygotowujemy posiłek. Dziewczyny śmieją się, siedząc w grupie na skarpie, ojcowie toczą rozmowy i rozpalają ognisko. Pawłowi coraz lepiej idzie ważna inicjatywa NGO, Robert jest po ciekawej lekturze. Mamy podobne spostrzeżenia na temat słuchania audiobooków w samochodzie, niektóre fragmenty odtwarza się kilkakrotnie, gubiąc wątek w korkach. Ale co tam, takie są realia albo audiobooki, albo nic. Spojrzałem na te nastolatki już, na ojców i pomyślałem „dziewczyny, ale macie dobrych ojców”, a jak pisze Meg Meeker w książce „Strong fathers, strong daughters” (niebawem po polsku) ojciec odgrywa wielką rolę w ukształtowaniu dojrzałej osobowości dziewczyny.

Potem przebieram się w zgoła inny strój i po pół godzinie szybkiej jazdy ląduję w byłej bazie rakietowej wojsk sowieckich w Słupnie. Tu odbywa się kurs „ABC Skautów Europy” dla szczepowych i sympatyków, doborowe towarzystwo, nowe dla mnie twarze, świetni ludzie. Rodzice, którzy założyli mundury dla swoich dzieci, Jadzia z Krakowa, Krzysiek z Kielc, Janusz z Ząbek, Jurek z Płońska (jest już po przyrzeczeniu, o czym dowiaduję się gdy witamy się), niezawodna załoga Klęczarów, Robert z Falenicy, dziś odbędzie swój Wymarsz, dając świadectwo większego utożsamienia się z regułami GRY. Te reguły to Zasady, Prawo i Przyrzeczenie, wspólne dla dwunastolatka i dorosłego. Szczepowy, dyskretny, inspirujący, starszy brat i przyjaciel powinien żyć tym samym ideałem. Służyć, bo takie jest miejsce dorosłych w Ruchu. A przez służbę tyle samemu zyskując. Śmiejemy się, bawimy się na ognisku, potem wsłuchujemy w wymagające słowa Wymarszu. Siadamy z naczelnikiem jeszcze na chwilę przy ognisku, żaby dają wspaniały koncert. Lubię to, brakuje mi tego pośród codziennego zgiełku. Przypominam sobie różne obozy, rozmowy przy podobnych ogniskach, na przykład tę toczoną z byłym filarem mojej drużyny, gdy wychyleni z namiotu patrzyliśmy w niebo nad Gryfowem Śląskim. Nie widzieliśmy się dłuższy czas, właśnie kończył studia i wyjawił mi, że wybiera się do Benedyktynów.

Upajam się odgłosami nocy, majestatem rozgwieżdżonego nieba.

środa, 11 maja 2011

Szczecin 1987

Wczoraj pisałem o cechach osobowości JP2, które pociągają szczególnie. Był wspaniałym, żyjącym pełnią życia człowiekiem. Jednak zostawił coś być może ważniejszego: tysiące zapisanych słów, tony mądrości, dokumenty, które pozostaną na zawsze w Magisterium Kościoła. Wiele homilii cytatów, na których wychowały się pokolenia. Z podstawówki pamiętam tekst o Westerplatte, które każdy powinien mieć. Kilka lat później podczas drugiego polskiego wyjazdu do Vezelay, czytaliśmy jako lekturę Veritatis Splendor. W czasie narzeczeństwa z przyszłą żoną m.in. „Miłość i odpowiedzialność” oczywiście z czasów przedpapieskich, ale jakie mocne. Jeden z moich kolegów ze studiów podczas pielgrzymek papieskich do Polski jeździł za papieżem jak oszalały z miasta do miasta. A kilka tygodni temu, przewijam w samochodzie kanały radiowe i nagle natykam się na homilię JP2. Uderza mnie usłyszany fragment. Googluję zapamiętaną frazę i mam: Szczecin 11 czerwca 1987. Zobaczcie sami:

„A małżonkowie, klęcząc przed ołtarzem w dniu ślubu, mówią: „Nie opuszczę cię aż do śmierci”. Tak mówi mąż do żony i żona do męża. Tak mówią razem wobec majestatu Boga żywego. Wobec Chrystusa.

Czyż słowa te nie współbrzmią głęboko z tamtymi: „Do końca umiłował”?

Z pewnością, drodzy bracia i siostry, zachodzi tutaj głęboka zbieżność i jednorodność. Sakrament małżeństwa wyrasta z eucharystycznego korzenia. Wyrasta z Eucharystii i do niej prowadzi. Ludzka miłość „aż do śmierci” musi się głęboko zapatrzeć w tę miłość, jaką Chrystus do końca umiłował. Musi tę Chrystusową miłość poniekąd uczynić swoją, ażeby sprostać treściom małżeńskiej przysięgi: „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”.
(…)
Drodzy bracia i siostry! Potrzebne jest bardzo gruntowne przygotowanie do małżeństwa jako wielkiego sakramentu. Trzeba z kolei często wracać do tych świętych tekstów sakramentalnej liturgii małżeństwa, Mszy św. dla nowożeńców, Mszy św. na jubileusz małżeński, odczytywać je, rozważać... Są to słowa żywota.

(…) czytanie dzisiejsze jest wzięte z Listu do Kolosan.
Można powiedzieć, iż znajdujemy tam zwięzłe, a równocześnie bardzo istotne pouczenie na temat: jak budować wspólnotę małżeńską i rodzinną. Jak ją budować w wymiarze całego życia, a zarazem — na co dzień.

Uczy Apostoł, że miłość jest „więzią” (por. Kol 3, 14), stanowi jakby życiodajne centrum, które jednak trzeba systematycznie i wytrwale „obudowywać” całym postępowaniem. Na różne cnoty wskazuje ten apostolski tekst, od których zależy trwałość, co więcej, rozwój miłości pomiędzy małżonkami. Pisze bowiem: „Obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie wzajemnie, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy!” (Kol 3, 12-13).

Jakież to konkretne! Apostoł ma przed oczyma życie małżeńskie swoich czasów, dwa tysiące lat temu, ale ludzie naszego stulecia mogą się w tym tak samo doskonale odnaleźć.

Małżeństwo — to wspólnota życia. To dom. To praca. To troska o dzieci. To także wspólna radość i rozrywka. Czyż Apostoł nie zaleca, abyśmy „napominali samych siebie” także „przez pieśni pełne ducha, śpiewając Bogu w naszych sercach” (por. Kol 3, 16)? Jakby mówił o śpiewaniu kolęd w polskim domu.
(…)

Rodzina według zamysłu Bożego jest miejscem świętym i uświęcającym. Na straży tej świętości Kościół stał zawsze i wszędzie, ale w szczególny sposób pragnie być blisko rodziny, gdy ta wspólnota życia i miłości i arka Przymierza z Bogiem, jest zagrożona czy to od wewnątrz, czy też — jak to dziś niestety często bywa — od zewnątrz. I Kościół na naszej ziemi stoi wiernie po stronie rodziny, po stronie jej prawdziwego dobra, nawet gdy czasem u niej samej nie znajduje należytego zrozumienia. Nie tylko głosi z miłością, ale i ze stanowczością objawioną naukę dotyczącą małżeństwa i rodziny, nie tylko przypomina jej obowiązki i prawa, ale również obowiązki innych, zwłaszcza obowiązki społeczeństwa i państwa wobec rodziny, stara się także ciągle rozwijać potrzebne struktury duszpasterstwa, których celem jest niesienie moralnej pomocy rodzinie chrześcijańskiej. I może tej obecności i wrażliwości zawdzięczamy w głównej mierze to, że zło zagrażające rodzinie, nadal nazywane jest złem, grzech nadal nazywany jest grzechem, wynaturzenie — wynaturzeniem; że nie zwykło się tutaj, jak to czasem bywa w świecie współczesnym, konstruować teorii dla usprawiedliwienia zła i nazywania zła dobrem.
(…)

Nie ma skuteczniejszej drogi odrodzenia społeczeństw, jak ich odrodzenie przez zdrowe rodziny.
A rodzina, która „jest pierwszą szkołą cnót społecznych, potrzebnych wszelkim społeczeństwom” (Deklaracja o wychowaniu chrześcijańskim, 3), jest dziś bardzo zagrożona. Wiemy to wszyscy. Jest zagrożona od zewnątrz i wewnątrz. I trzeba, by o tym zagrożeniu, o własnym losie mówili, pisali, wypowiadali się przez filmy czy środki przekazu społecznego nie tylko ci, którzy — jak twierdzą — „mają prawo do życia, do szczęścia i samorealizacji”, ale także ofiary tego obwarowanego prawami egoizmu. Trzeba, by mówiły o tym zdradzone, opuszczone i porzucone żony, by mówili porzuceni mężowie. By mówiły o tym pozbawione prawdziwej miłości, ranione u początku życia w swej osobowości i skazane na duchowe kalectwo dzieci, dzieci oddawane ustawowo instytucjom zastępczym — ale... jaki dom dziecka może zastąpić prawdziwą rodzinę? Trzeba upowszechnić głos ofiar — ofiar egoizmu i „mody”; permisywizmu i relatywizmu moralnego; ofiar trudności materialnych, bytowych i mieszkaniowych. „Dlatego też Kościół — słowami adhortacji Familiaris consortio — otwarcie i z mocą broni praw rodziny przed niedopuszczalnymi uzurpacjami ze strony społeczeństwa i instytucji państwowych” (por. 46).
(…)

wtorek, 10 maja 2011

Po beatyfikacji


I jesteśmy po beatyfikacji. Ci, którzy byli w Rzymie, jeszcze pamiętają długie godziny na nogach, lecz wciąż są zafascynowani atmosferą tego wydarzenia. Kiedyś, podczas jednego ze spotkań z jednym z kręgów wędrowników pytałem ich o to, kto jest ich bohaterem, jakie mają wzorce osobowe, które chcą naśladować. Po angielsku nazywa się to uczenie „role models”. Gdy niektórzy odpowiadali - Jan Paweł II, drążyłem: „OK, ale w czym konkretnie chciałbyś naśladować papieża?” Wtedy część odpowiedzi była, hm, trochę ogólnikowa. Przypomniało mi się to, podczas czytania różnych bardzo ciekawych wypowiedzi opublikowanych w związku z beatyfikacją. A to czytanie dzięki mojej żonie, która dzielnie prowadziła samochód w tzw. długi weekend, gdy ja oddawałem się zaległej prasówce, po czym na sfatygowanej Rzeczpospolitej wypisałem 10 punktów „by konkretyzować”. Poniżej mój bardzo subiektywny, taki trochę zrobiony ad hoc i raczej praktyczny katalog dziesięciu cech osobowości Jana Pawła II, które wydają mi się fascynujące i co do których możemy próbować go naśladować lub chociaż nimi się inspirować.

1. Poczucie humoru. Znane z wielu książek, anegdot, opowieści. W ostatnich dniach w którymś z wywiadów podkreślał były rzecznik prasowy Joaquin Navarro-Valls, że z nikim nie śmiał się tak serdecznie jak z papieżem. Że bez poczucia humoru po prostu nie da się, wie każdy ojciec dorastających dzieci. Zapytajcie.
2. Wykorzystanie czasu. Pamiętam kiedyś uderzyła mnie opowieść jakiejś kobiety w jednym z filmów dokumentalnych, jak to Karol Wojtyła w czasie okupacji niemieckiej zawsze jadł czytając książkę, a w przerwach podczas pracy fizycznej w Solvay’u wyciągał grube tomiszcze Św. Jana od Krzyża i studiował. Wanda Półtawska z kolei wspomina, że podczas wakacji już z papieżem w Castel Gandolfo Ojciec Święty czytał sam trudniejszą książkę podczas, gdy ktoś inny czytał coś lżejszego na głos. Hm, niekoniecznie do zastosowania ale inspirujące.
3. Miłość Polski i polskiej kultury. Papież kochał polskich romantyków, Norwida, polskie góry, jeziora, krajobrazy, dał nam piękną lekcję patriotyzmu. Ja polecam szczególnie „Pamięć i tożsamość” i homilie z pielgrzymki z 1991 roku, np. z Masłowa, gdy pałał świętym gniewem i był bardzo zawiedziony tym, co działo się w Polsce. Co powiedziałby teraz?
4. Zdrowy, sportowy styl życia. Uwielbiał chodzenie po górach, kajaki, wędrówki, narty. Był pierwszym papieżem, któremu paparazzi zrobili zdjęcie w kąpielówkach (na szczęście nie opublikowali). Jednak gdy się o tym dowiedział, po prostu zażartował „No i co, dobrze wyszedłem przynajmniej?”
5. Towarzyskość, spędzanie czasu z ludźmi. Wiemy jak często papież jadał z gośćmi, ile osób towarzyszyło mu w prywatnej kaplicy. Jak to robił, że dla każdego znajdował odpowiednie, uprzejme słowo, że każdym był zainteresowany?
6. Ciekawość świata. Za komentarz niech posłuży wypowiedź George’a Weigla, biografa papieża-Polaka: „Pytają mnie często, jakie są najistotniejsze cechy osobowości Jana Pawła II. Obserwowałem go przez ponad ćwierć wieku, a przez 12 lat spotykałem się z nim osobiście. Często odpowiadam, że nigdy nie spotkałem kogoś tak intensywnie interesującego się wszystkim wokół. Jego umysł był zawsze zorientowany na teraźniejszość i na przyszłość. Był zawsze ciekaw nowych książek, nowych artykułów i nowych dyskusji toczonych w kręgu mojego intelektualnego i kulturalnego świata. Interesował się nawet najnowszymi żartami o sobie.”
7. Głębokie przyjaźnie, troska o przyjaciół, wierność. Mój częsty wyrzut sumienia, brak czasu, dwubiegunowość praca-dom. Przypomnijmy jedynie spotkania z kolegami ze szkoły, dla których zawsze znajdował czas, listy z rodziną Półtawskich i innymi z kręgu krakowskiego.

I w końcu mocniejszy kaliber, bez którego nie byłoby pewnie pierwszych siedmiu punktów.

8. Modlitwa, nieustanny, intymny i głęboki dialog z Bogiem. Znamy mnóstwo opowieści o tym, że to było dla Niego najważniejsze. Zawsze znajdował czas na rozmowę z najważniejszą Osobą, z tego czerpał.
9. Całkowite oddanie się Woli Bożej, Totus Tuus. Często powtarzał „Nie stawiajmy tamy Bożej Opatrzności”.
10. Miłość. Miłość Boga, Kościoła, NMP, ludzi. Ukochanie Eucharystii (zawsze była centralnym punktem Jego pielgrzymek).

Myślałem, że wiemy już wiele o Janie Pawle II, ale muszę przyznać, że przy okazji beatyfikacji ukazało się wiele niesamowitych świadectw, nieznanych szczegółów, fascynujących historii. Jest jeszcze wiele niezwykłych wręcz aspektów tej tytanicznej osobowości, z których możemy czerpać. Mnie np. fascynuje w wielkim papieżu, że był to człowiek wierzący w moc sprawczą słów i Słowa, które zmieniają historię. I przecież byliśmy tego świadkami. Nie wspominam tu nawet o ogromie nauczania, pism, spuścizny - to temat na odrębny wpis.

Historia toczy się dalej, świat nie zmienia się sam, zmieniają go ludzie.

środa, 27 kwietnia 2011

Wrocław zakończony Herbertem

Dziś samolotem do Wrocławia. Kończę spotkanie i mam półtorej godziny do rejsu powrotnego. Zamiast taksówką jadę na lotnisko z Pawłem Sową, mamy tylko godzinę na pogadanie ale dobre i to. Dobre wieści, ślub się kroi. Siedem tysięcy metrów nad ziemią, gdy na zewnątrz jedynie -53 st. C, czytam zaległe gazety. W Uważam Rze sprzed kliku tygodni wywiad z abp Michalikiem a w nim ciekawa myśl: „Kardynał Wyszyński mawiał, i to dla mnie ważne słowa, że aby głosić kłamstwo, trzeba sztabu ludzi. By głosić prawdę, wystarczy jeden człowiek. Każdy ma obowiązek starać się być tym jedynym”. Pięknie to współbrzmi z fragmentem obrzędu Wymarszu Wędrownika o tym, że HR „powinien nad wszystko miłować prawdę” i chcieć „z pokorą we wszystkim szukać prawdy i dobrowolnie jej służyć”.

Skoro już jesteśmy przy tak wysokiej tonacji, zacytujmy najlepszy wiersz Herberta, o którego fragmencie ostatnio było głośno przy okazji rocznicy katastrofy smoleńskiej. Dobrze go pamiętam z mojej pracy maturalnej. Ta poezja jest mocna.

Zbigniew Herbert

Przesłanie Pana Cogito

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie

strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych

strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy

czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku

a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku

idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów

Bądź wierny Idź