wtorek, 3 czerwca 2014

I właściwie my po to jesteśmy, żeby oni byli


To zaczyna być niepoważne, taki blog okazjonalny. Może jakiś subotnik robić, toutes proportions gardes, jak Rafał Ziemkiewicz, a może niedzielnik lepiej. A’ propos pana Ziemkiewicza wydał właśnie książkę „Jakie piękne samobójstwo”, którą mam wielką ochotę przeczytać, gdyż niestety mam niejasne przeczucie, iż trzeba będzie się zgodzić z wieloma tezami. Tezy te nie są wcale nowe i były podnoszone w czasie wojny przez tych, których wtedy nie słuchano, a teraz o nich już doszczętnie zapomniano. Niestety tytuł podobnie jak innej głośnej książki ostatniego roku jest mylący, to jednak było zabójstwo Polski a nie jej samobójstwo, a że ofiara nie była tak sprytna jak agresorzy, nie umiała grać tak nieczysto jak oni, myślała, że słowo, honor, umowa coś znaczą, że była tak naiwna, no to fakt.

Ale nie o tym dzisiaj w tygodniku. Mamy bowiem za sobą dwudniowe obchody dziesięciolecia szkoły „Strumienie”. I od razu muszę wyznać, nie po raz pierwszy zresztą, że jestem małoduszny, małej wiary, jestem wręcz okropnym samolubem. To znaczy po raz pierwszy to wyznaję tutaj, natomiast te przymioty charakteru wydają się stałe. Spotykam dziesiątki osób, mających dzieci, na pewno zatroskanych o ich edukację, jak każdy porządny rodzic. I co? I rzadko, bardzo rzadko opowiadam o naszej szkole, może coś tam przebąkuję, żal to odtwarzać w pamięci. Czy to dlatego, że żona tam pracuje, że niby nie byłoby to autentyczne, bo ktoś by powiedział, że gada bo musi? Na litość Boską, chyba jest równouprawnienie, więc to nie może być powód. Mam prawo być zadowolony jako ojciec, zachwycony wręcz, wdzięczny, bo tak jest i to od wielu lat. Widzę rezultaty, nawyki moich dzieci, entuzjazm w zdobywaniu wiedzy, pokonywanie barier i pracę nad sobą. Więc jak ktoś tu może przypadkiem wejdzie, ktoś z kim dajmy na to spotykam się aby pomóc mu w sprawach zgoła innych od edukacji dzieci, takich jak wynegocjowanie ważnej umowy albo bezpieczne prawnie przeprowadzenie przez jakąś istotną dla jego spółki restrukturyzację, a byłby zainteresowany innymi radami, niech pyta, niech ulży mojemu sumieniu. Sumieniu człowieka, który trzyma światło pod korcem.

Nie trzeba lat, wystarczy pięć minut dla inteligentnego człowieka, dość przyjechać i zobaczyć choćby występ dziewczynek z klas 0-3 przygotowany z okazji Dnia Matki. Klasa po klasie w ludowych strojach, region po regionie, tańce, przyśpiewki, a nawet akrobacje w powietrzu. Przejęte młode twarzyczki, czasami niezgrabność jeszcze w ruchach, ale pełne zaangażowanie, skupienie i dawanie z siebie najlepiej jak się umie. I widać od razu, o co chodzi. A kto tego nie widzi, to choćby nie wiem co zrobić, nic nie zobaczy i nic nie zrozumie.

Te dzieci mają wiele dobrych relacji, nie tylko w domu z rodzeństwem ale i w szkole z koleżankami. To też było widać, ducha współpracy, życzliwe skorygowanie koleżanki, gdy któraś pomyliła jakiś krok czy obrót, gra zespołowa, ci, którzy tego nie doświadczyli jak one w podstawówce, muszą potem zaliczać zajęcia z „team building’u”.

Ostatnio jeden publicysta napisał, że rodzicielstwo to umieranie, szczególnie gdy jest się rodzicem licznej rodziny czyli że nie jest to taka sielanka, słodycz i picie z dzióbków ale trud i znój. Wielu mu przyklasnęło, że wreszcie ktoś nie słodzi, nie ściemnia tylko wali jak jest, prosto w oczy. (My pisaliśmy o tym tutaj Non omnis moriar, zanim to stało się modne-;)). Na to odpowiedział mu inny publicysta, nawet bardziej znany, że owszem spalamy się w rodzicielstwie i on się spala z piątką dzieci, i mówi za siebie, bez kokieterii, szczerze, że mimo to jest pięknie, jest fantastycznie, wspaniale, że każdy trud osładza mu uśmiech jego dzieci lub gdy rzucają się na niego, by się przytulić, czy jakoś podobnie to ujął, ale w tym sensie. I że w dużej rodzinie jest więcej relacji, są silniejsze.

W komentarzach prawie go zjedli, żeby wziął i przestał już lukrować, że tak na pewno nie jest, żeby nie opowiadał bo pewnie pada na twarz i wcale nie jest mu do śmiechu, że robi propagandę, itd. Facet mówi jak on czuje, a oni go przekonują, że na pewno się myli co do swoich głębokich odczuć. I że skąd on wie, w jakiej rodzinie są lepsze relacje interpersonalne, bo jedynak może mieć przecież lepsze relacje niż dziecko mające wielu braci i sióstr. No jasne, niewątpliwie jedynak może mieć lepsze relacje ze swoim nieistniejącym rodzeństwem, niż ten, który je rzeczywiście ma. Bez poważnych badań się nie obejdzie. Ciężko niektórym uwierzyć w prawidłowości, które człowiek spostrzegawczy, średnio-inteligentny jest w stanie zaobserwować i objąć w mig rozumem. Tak jak w to, że jeśli rodzice interesują się nauką dzieci i angażują się w ich wychowanie, to takie dzieci lepiej się uczą. Ależ skąd? – zakrzykną zaraz. Skąd taka zależność? A przecież nie trudno na to wpaść, jeśli ktoś ma na tyle uczciwości wobec siebie, żeby powiedzieć, że nie chce mu się odrabiać z dziećmi lekcji, od tego ma szkołę, jest zmęczony, wrócił z wyczerpującej pracy, nie przeczytał gazety i do tego jest mecz. Na szczęście naukowcy z Harvardu zrobili badania i nie ma przeproś, udowodnili jak wyżej. Mówił o tym Paweł Bochniarz na konferencji w szkole Żagle, niestety nie byłem, ale żałuję. Więc może o relacjach też jakieś badania zrobią.


Wracając do obchodów w weekend. Występy, pokazy, gala talentów, można powiedzieć jak co roku. Znowu tańce, balet w kilku odsłonach, masa dziewczynek drobiących kroczki na palcach w „Jeziorze łabędzim” i zachwyconych rodziców z aparatami i kamerami. Nagrywałem i ja, akurat układ zerówki do „Deszczowej piosenki”. Widać, że wszystkie dziewczynki uwielbiają za młodu ten balet, nawet takie trochę grubsze, które nie mają szans na występowanie w Teatrze Wielkim. Ale nie o to chodzi, chodzi o pasję, o to, że to je ekscytuje, daje wytchnienie od mozolnej nauki, że lubią to robić. I że trzeba mieć coś takiego, jakiś odstresowywacz w każdym wieku, najlepiej jeszcze uwalniający endorfiny. Siąść po pracy do perkusji, albo poszarpać struny gitary rycząc „Obława, obława” a może dosiąść dwa kółka i dać wycisk swojemu zbuntowanemu ciału. Można też odpalić kosiarkę i skosić idealnie cały trawnik. Lepsza byłaby może piła elektryczna i ścięcie jakiegoś małego zagajnika, ale trzeba się zadowolić tym, co jest pod ręką. Koszenie trawy połączone z wygrabianiem szyszek pozwala zaobserwować w praktyce intensyfikację relacji. Od razu zrobiła się lepsza atmosfera, gdy część moich dzieci zaangażowała się w to wspólne zadanie, i „team building”, i „team spirit” tam się wydarzyły. A gdy coś się zacięło i maszyna nie chciała odpalić, każdy po kolei próbował ale bezskutecznie, i wreszcie gdy linkę szarpnęła babcia a silnik natychmiast zawarczał przeraźliwie, to była to scena godna serialu komediowego „Allo, allo”, nikt nie był w stanie powstrzymać wybuchu śmiechu.
A następnego dnia m.in. kolejna premiera teatru „Biedronka” założonego przez rodziców. Brak słów, aktorzy, scenografia, wszystko wspaniałe a gdy krasnoludki zaczęły wyciągać swoje agendy i opowiadać, że każdy z nich pracuje nad opanowaniem jakiejś swojej wady to już zupełnie odpadłem. Brawo dla autorki scenariusza i spiritus movens przedsięwzięcia Ani Murawskiej. Dzieci były zachwycone, takiej magii teatru rzadko udaje się zaznać.

A gdyby tego wszystkiego było mało, wieczorem uroczysta gala, miejscami wzruszająca, podziękowania, występy, nastrój podniosły, odświętny, białe koszule, garnitury, krawaty, sukienki i wieczorny makijaż. Piosenka na dziesięciolecie, która ma szansę zdetronizować przeboje Artura Rojka na pierwszym miejscu listy przebojów programu trzeciego. Gdy na scenę wbiegły uczennice, by z entuzjazmem śpiewać „tak, tak właśnie tak”, mądre słowa napisane przez Małgorzatę Nawrocką do porywającej muzyki autorstwa Jacka Wąsowskiego, można byłoby powiedzieć, że to kulminacja nastroju i radości tego wieczoru, gdyby po przerwie nie czekało nas jeszcze katharsis podczas występu Grupy MoCarta. Rozrywka i kultura najwyższej próby!

I gdy już dorwałem się do klawiatury, i gdy inni wciąż komentują pogrzeb generała, to mnie przypominają się słowa wypowiedziane niegdyś 8 czerwca w Krakowie: „I właściwie my po to jesteśmy, żeby oni byli”. Oni młodzi, ci coś dzisiaj tańczą w kurpiowskich strojach, w kółkach baletowych czy oglądają z wypiekami „Królewnę Śnieżkę”.

I dalej przypomina mi się jeszcze końcówka, niedawno przecież wysłuchanego w podróży „Ziela na kraterze” Wańkowicza, którą we fragmentach poniżej przytaczam i która może jest tu już zanadto ale jednak pasuje. To list jego młodszej córki Marty napisany do rodziców tuż po narodzeniu jej pierwszego dziecka, którym Wańkowicz kończy swój tom o „domeczku” i dorastaniu córek. Trzeba powiedzieć, tom pod koniec wyjątkowo smutny, tragiczny w opisach poszukiwania ciała córki Krystyny, poległej w walce w szóstym dniu Powstania. Krystyna ginie podobnie jak wszyscy jej urodzinowi goście, z którymi tańczyła poloneza w lipcu 1944 r. Tym zakończeniem Wańkowicz coś chce nam powiedzieć. Poza tym poniższy cytat jest sam w sobie dobry jako opis cudu pojawienia się na świecie nowego człowieka i nowej nadziei. Przeczytajcie sami.
Na stole ostatecznie skręciło mnie i zaparło dech. Ciało sprężone w wysiłku, aż czułam drżenie

mięśni. Drący ból, na którym skoncentrowałam się tak bardzo, że słyszałam swój glos jakby głos osoby obcej, jakbym się rozdwoiła. Głos ten mówił jakieś głupstwa, że się rozedrę na dwoje czy coś takiego. Doktor zapewnił flegmatycznie, że nie ma obawy i chcieli mi nałożyć maskę z eterem, ale ją odepchnęłam, bo pamiętałam, jak sobie przyrzekłam, że chcę rodzić całkiem świadomie. Czułam, że doktor nadcina, ale przy moich bólach to było jak lekkie ukłucie. Potem spiętrzony ból i nagle ulga, raptowna cisza w oszołamiającym huku.

— Główka już przeszła, niech pani wypocznie — mówił doktor, a mnie ogarnęło zdumienie, że to już naprawdę.
 
Wnet przyszedł następny skurcz, czułam przepychające się małe ciałko, wyślizgujące się z mego ciała, znowu ból łamiący kości, znowu wielki spokój ulgi w bólu i potem — krzyk żywego człowieka, którego urodziłam.

— Dziewczynka — powiedział doktor.

Ogarnęło mnie uczucie pijanego, nieprzytomnego szczęścia, którego nie umiem i nikomu nie potrafię wytłumaczyć. Myślę, że Pan Bóg musi się tak czuć cały czas. Nigdy jeszcze nie przeżywałam równie mocnego, równie szczęśliwego wstrząsu. Leżałam na tym stole rozrzucona, wciąż jeszcze drżąc z wysiłku, słuchając płaczu dziecka, smakowałam własne wielkie szczęście rodzenia. Nie faktu posiadania dziecka czy rodziny, nie pomyślnego rozwiązania, a właśnie samej funkcji rodzenia, która mi dała tak pełne, głębokie zadowolenie.
 
Gdzieś, poza mną, ledwo docierając do mojej świadomości, mówił głos doktora: „Ta to się urodziła na matkę”, a potem przez szum w głowie przebiło się pytanie:

— Chce pani zobaczyć dziecko?

Podniosłam głowę i spojrzałam. Doktor podniósł do góry oślizgłego małego potworka, umazanego w mojej krwi, nieodciętego jeszcze ode mnie; mała buźka była wykrzywiona krzykiem, zlepione kosmyki długich czarnych włosków oblepiały głowinę. Chwyciło mnie coś za gardło. Wzruszyłam się tak, że aż mnie to zakłopotało, i myślę, że głównie dlatego, że nie chciałam dzielić mego wzruszenia z obcymi ludźmi, powiedziałam: ,,Ależ szpetna!...” - na co Ania wrzasnęła jeszcze przeraźliwiej, jakby zrozumiała. Wykrztusiłam z siebie łożysko (co niewiele różni się od porodu) i ogarnęła mnie błoga świadomość, że to już koniec. Czułam się świetnie i zdawałam sobie sprawę właściwie tylko ze zmęczenia psychicznego. Nic już nie wzdymało żeber, brzuch zwiotczał, z prawej strony jeszcze się we mnie coś piętrzyło bez sensu, skoro już po wszystkim.

Spojrzałam w lewo, na zegar ścienny. Była godzina 10 minut 16. Tylko 16 minut. Zdziwiłam się. Zdawało się, że dni całych by nie starczyło na tak intensywne wypalanie się.
 
Masz rację, Kingusiu, że kobiety bez sensu szantażują mężczyzn porodem. Biedni mężczyźni, że nigdy tego nie mogą przeżyć. Chyba nie ma wrażenia w życiu ludzkim, które może się z rodzeniem porównać.

Jan przyszedł do szpitala z różami i bardzo wzruszony. (…)

Najważniejsze, że Ani już się nie boję, bo widzę, jak jej buzia pyzacieje z dnia na dzień, i doktor orzekł, że jest zdrowa jak rydz. Lubię ją z każdym dniem więcej. Z początku ujmowała mnie tylko jej bezradność i całkowita zależność ode mnie we wszystkim — od karmienia do przewracania na brzuszek, i brało mnie za serce to, że była jakby dotykalnym symbolem naszego bardzo szczęśliwego pożycia. Teraz wydaje mi się coraz śliczniejsza. Sama się dziwię, skąd mi się bierze tyle cierpliwości i jak mi nie ciąży obrządzanie jej czy wstawanie w nocy.
 
Mądrze to Pan Bóg urządził jakoś.”
 
„I właściwie my po to jesteśmy, żeby oni byli”.
 

sobota, 31 maja 2014

Ze zgiełku i wrzawy

"Uwaga! Uwaga! Przeszedł!
Koma trzy!
Ktoś biegnie po schodach.
Trzasnęły gdzieś drzwi.
Ze zgiełku i wrzawy
Dźwięk jeden wybucha rośnie..."

piątek, 16 maja 2014

"Kocham to miasto (...) gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje"



Z miłym zaskoczeniem przeczytałem informację, nie pamiętam już gdzie, o powstającym projekcie makiety przedwojennej Warszawy. Odtworzenie miasta, dzielnica po dzielnicy, nastąpi w odpowiedniej skali. Projekt powstał w głowach osób prywatnych i będzie finansowany z ich kieszeni. Na pierwszą fazę potrzeba dwóch milionów złotych.

Uważam, że to rewelacyjny pomysł i takiej atrakcji w stolicy brak. W Warszawie w ogóle jest za mało ciekawych miejsc, które aż się proszą o to aby je wreszcie powołać do życia. I nie myślę tu bynajmniej o muzeum sztuki współczesnej. Gdzie są tutaj władze miejskie, czy podoba im się chociaż ten pomysł, czy same na to nie wpadły, by zbudować coś takiego i jeszcze zarabiać pieniądze na biletach? Nie wiem. Nie słyszałem, ale ja mało gazet czytam.
 
Każdy kto oglądał zdjęcia starej Warszawy, wie o czym tu mówimy. Ja jakiś czas temu sprawiłem sobie prezent, tak po prostu sam sobie. Kupiłem trzy fantastyczne albumy o przedwojennej Warszawie. To jest porażające! Piękno tego miasta, szyk, dbałość o detale, latarnie, ławki, klomby, drzewa, chodniki, wykończenie okien, gzymsy, wszystko uwodzi. Mimo, że każdy budynek jest inny, niektórzy narzekali na to przed wojną, wzdłuż Marszałkowskiej jeden wyższy, drugi niższy, ale każdy elegancki, zadbany, z własnym charakterem i temperamentem. Harmonia proporcji, kształtu, wykończenia. Po takiej półgodzinnej sesji sam na sam z tymi zdjęciami, gdy potem jedziesz do pracy Mazowiecką, przez Plac Powstańców Warszawy (dawniej Napoleona) albo od Trasy Łazienkowskiej Marszałkowską koło PKiN i domów towarowych Wars, Sawa, Junior, Rotundy, i w lewo w Grzybowską, wbijasz się w Osiedle za Żelazną Bramą – bierze cię złość i żal. Może nie taki żal jak Artura Bliss Lane’a, ambasadora USA w Polsce w latach 1945-47, a może większy?

Bliss Lane był w Polsce wcześniej dwukrotnie w roku 1919 i 1937. Za pierwszym razem był pod niezwykłym wrażeniem atmosfery miasta, które odzyskało wolność. Wspominał, że nigdy wcześniej ani później nie widział tylu radosnych, uśmiechniętych, eksplodujących wręcz entuzjazmem ludzi, których co dzień spotykał na ulicach stolicy. Za drugim razem był zachwycony szykiem i pięknem miasta, któremu wg Lane’a równał się w Europie tylko Paryż. Tak, tak nic nie przesadzam. Pan ambasador był światowcem i przenikliwym obserwatorem, było coś w tym mieście, co go tak bardzo ujęło.

Coś, czego teraz tak nam brak…

wtorek, 13 maja 2014

Rzym i okolice


Ja mam niestety zawstydzające tempo, jeśli chodzi o reagowanie wpisami na tym blogu na wydarzenia. Dlatego wpisy tutaj nie mogą się szybko dezaktualizować, muszą być ponadczasowe-;) To taka zachęta, bo obiecana książka już naprawdę zaraz będzie wydana.

Uczyniwszy taki wstęp, gdy publiczność żyje już innymi tak istotnymi sprawami jak brodaci laureaci Eurowizji, pozwólcie wrócić jeszcze do wydarzenia sprzed dwóch tygodni.

Chociaż zgadzam się z tezą, że Jana Pawła II się „kremówkuje” redukując jego nauczanie i minimalizując wpływ, to powtarzanie tej tezy w związku z kanonizacją w różnych gazetach zaczęło być wręcz irytujące. Przeczytałem m.in. w jednym z dzienników wstępniak redaktora naczelnego, który ubolewał właśnie nad redukowaniem papieża do kremówki, „gdy on próbował powiedzieć coś więcej Polakom niż słynne „nie lękajcie się” wypowiedziane na Placu Zwycięstwa”. No, skoro redaktor nawet nie wiedział, a nie wiedząc, nie zadał sobie trudu by sprawdzić, że te słowa wypowiedziane były podczas inauguracji pontyfikatu do całego świata na Placu Św. Piotra, a na Placu Zwycięstwa to było przywołanie Ducha Świętego, aby odnowił oblicze polskiej ziemi – to o czym ta mowa?

Mówmy zatem za siebie i zaczynajmy od siebie. Mając gazetę, można zrobić wiele a nie tylko narzekać, uderzając w fałszywe tony. My nie mamy gazety, ale zrobiliśmy z rodzicami ze Stowarzyszenia 3M w szkole spotkanie „Jan Paweł II – święty, którego wciąż znamy za mało”. Z głębokim przekonaniem, że teza w tytule jest prawdziwa bez względu na to, ile już wiemy, ale przede wszystkim dlatego, iż był on postacią wybitną, której wpływ i wielkość będziemy coraz bardziej widzieć dopiero z perspektywy upływu czasu. Z naciskiem na przekazywanie wiedzy naszym dzieciom, przecież dla nich nawet atmosfera umierania papieża w 2005 roku to prehistoria, nie do odtworzenia, opowiedzenia, a co mówić wcześniej. Postanowiliśmy zatem wspólnie coś obejrzeć, czegoś posłuchać i o czymś istotnym porozmawiać z zaproszonymi gośćmi. I to zadziałało wspaniale. Oczywiste, proste środki, bez pompowania, i rewelacyjny efekt. Kto był, nie żałuje. Zawsze można bowiem znaleźć coś nowego.

Przykładowo coraz odważniej się mówi, że nauczanie JPII o rodzinie, teologia ciała, itp. to niezbędne uzupełnienie po wielu wiekach dzieła Św. Tomasza z Akwinu, któremu niestety nie starczyło czasu, bo mu się zmarło, aby kolejny tom swojej Summy poświęcić sakramentowi małżeństwa. I jakoś tak się złożyło, że to czego Tomasz intelektualnie nie rozpracował, musiało poczekać długo, długo ….

Mnie podczas tego spotkania uderzyło jeszcze wiele rzeczy, chociaż, przyznam się, wcale tego się nie spodziewałem. Że bardzo bliski duchowo Karolowi Wojtyle był Adam Chmielowski, Brat Albert, który był wybitnym malarzem, artystą pierwszego sortu a rzucił wszystko w wieku ponad czterdziestu lat, zrezygnował z „kariery”, by pracować z ubogimi. I Wojtyła też porzucił swoje pasje i plany, artystyczne, aktorskie, literackie, by być księdzem. I zawsze był nim przede wszystkim, a potem dopiero profesorem, naukowcem, etc. I te cerowane sutanny, o których już słyszeliśmy, i te zgrzebne „apartamenty papieskie”, to okazuje się wpływ Alberta.

Wiedziałem, że grał na bramce, jest nawet tytuł jakiejś książeczki „Najchętniej grał na bramce”. Abp Mokrzycki w specjalnym nagraniu na nasze spotkanie wskazał, że grał na bramce, dlatego iż nikt inny nie chciał grać na tej pozycji. Że też nigdy nie wpadłem na to. Jasne! Czy nie tak było podczas tysięcznych meczów rozgrywanych na podwórku: wszyscy chcieli być w ataku a nikt na bramce? I wtedy jakiś odpowiedzialny się znajdował i brał to brzemię. Więc taka jest geneza tej jego ulubionej pozycji. Dobry uczynek i to zrobiony tak, aby nikt się nie domyślił. I nawet na tytuł książki to wzięli. Czyż mocarz, gigant, który kreował fakty zmieniające historię, nie niecierpliwił się, oczekując na jakiś strzał, czy nie wolałby pobiec na połowę przeciwnika by tam rozgrywać, kiwać, budować misterną akcję a potem zwieńczyć ją efektownym strzałem? Odkrycie.

A skupienie uwagi na człowieku, na człowieczeństwie, osobie, która staje się bardziej przez czyn, przez to co robi i jak robi - to jest naprawdę coś bardzo atrakcyjnego intelektualnie, coś dla ludzi bardzo nawet dalekich od Kościoła, de facto myśl Wojtyły a potem nauczanie Jana Pawła II, to niezwykle frapująca propozycja dla intelektualistów, ludzi używających rozumu, pozbawionych uprzedzeń, wolnych od stereotypów, strachu, odważnych intelektualnie. Jedni wzruszali się jego świadectwem i w porządku, dla niektórych to będzie wszystko, i oni bardzo wiele skorzystają z obcowania z tą postacią. Inni powinni jednak sięgnąć do jego pism – wiele z nich to Himalaje. I nie zrażajmy się, w pewnym momencie może być dla nas zaskoczeniem, że umiemy na te Himalaje się wspinać i nie tracimy oddechu.

Znana jest anegdota, że Jego najważniejsze dzieło filozoficzne „Osoba i czyn” uchodziło za bardzo nieprzystępne dla zwykłych śmiertelników. Jeden osiemdziesięcioletni prałat pytany czy przygotował się na wieczność, odpowiedział, że tak, zamierza iść do czyśćca i kupił sobie taką książkę, którą będzie tam studiował „Osobę i czyn”.

Więc ja też ją sobie kupiłem za złotych 31, ale na razie nie zamierzam jej studiować, mam tu innych moc spraw. Za to z dziedziny audio polecam Skałkę i Błonia, rok 79, Plac Zwycięstwa na deser. Ależ głos, dykcja, mój Boże. Kiedyś do tego tu wrócimy.

niedziela, 4 maja 2014

Solidarność ojców

Melchior Wańkowicz w książce „Ziele na kraterze” wspomina historię, jak to jego córki podczas podróży po Francji trafiły do Marsylii, a tam późną porą do portowej tawerny, gdyż myślały, że tata by im nie darował niezaliczenia takiej atrakcji lokalnej. Nieskalane złem tego świata, nie pomyślały, że miejsce pełne marynarzy i usługujących im „wyróżowanych dziewczyn w grubych pończochach” niezbyt nadaje się na kolację dla panien z dobrego domu. Pomyślał za nie o tym ktoś inny. A było to tak:
 

Od sąsiedniego stolika wstał stary robociarz ze zwisającym wąsem i podszedł do nich.

— Co tu panny robią?

— Zwiedzamy Marsylię — dosyć pokornie przyznały panny, oszołomione papierosami, dymem, wyziewami absyntu, czując w ustach cały piekielny pieprz zjełczałego kuskus (mielone mięso baranie opiekane na patyczkach).

— Proszę zaraz zapłacić rachunek — rozporządził się robociarz. — Odprowadzę was do domu. Gdzie mieszkacie?”

Wańkowicz podsumowuje nie bez cienia wdzięczności dla nieznajomego Francuza: „Okazuje się, że i klan tatusiów, rozsiany po różnych szerokościach globu, ma swoją solidarność.
 

Przypomniałem sobie ten fragment podczas ostatnich zakupów w supermarkecie. Młody chłopak przyklejony do dziewczyny, ile mogli mieć lat? Nawet nie chcę zgadywać. Czy on zachowywałby się tak wiedząc, że patrzy na to jego ojciec? Czy ona pozwoliłaby jemu na takie zachowanie w obecności swojego ojca? Pod warunkiem rzecz jasna, że ten ojciec nie jest Felicjanem Dulskim, który jedynie w bardzo, bardzo ekstremalnych sytuacjach jest w stanie wyrzucić z siebie bezradne słowo, ale i tak bez żadnej pretensji do tego, aby miało ono jakąkolwiek moc sprawczą. A tak w ogóle to mało co go interesuje. A ilu innych ojców widzi takie dziewczęta, takich chłopaków i wzrusza ramionami, nie zwraca uwagi, bo przecież nie wypada tak wtrącać się, a co ja mogę?, albo co to da? Pouczał ich będę, jak mają się zachowywać? Jeszcze mi oponę przebije smarkacz? A potrzebne mi to?

Nie ma w nas solidarności. Jesteśmy obojętni i tchórzliwi, jest nam z tym wygodnie, łatwo usprawiedliwiamy swoją bierność i brak reakcji. Czyż nie? Wyobraźmy sobie siebie w tej tawernie w Marsylii, wzruszamy ramionami przełykając kolejny kęs dobrze upieczonej baraniny czy proponujemy odprowadzenie młodym dziewczynom z Polski?

„Wtrącanie się” w życie innych ludzi może być trudne, czy dobra wola w zwróceniu uwagi zostanie tak właśnie zinterpretowana, jako troska o drugiego, czy przeciwnie jako niechciane wtykanie nosa w nie swoje sprawy, dla którego odpowiedzią jest agresja. Najczęściej niestety to drugie. Dziś nawet nie można zwrócić uwagi w tramwaju, gdy ktoś rozmawia zbyt głośno przez telefon, by nie otrzymać w zamian obelgi. Dlatego czasem nauczeni doświadczeniem – pasujemy, machamy ręką, „odpuszczamy”. Czy słusznie?

Papież Jan Paweł II podczas pamiętnej pielgrzymki do ojczyzny w 1991 roku został powitany z rezerwą, chłodem, by nie powiedzieć niechęcią. Przez rządzących i naród ogłupiony antykościelną propagandą mediów, z jednej strony dyrygowanych przez tych, którzy jeszcze przed chwilą byli ciemiężycielami a teraz szybko zapomniano o ich rodowodzie, a z drugiej przez domniemanych przyjaciół, jeszcze dwa lata wcześniej czule deklamujących w kościelnych salkach a teraz będących awangardą marszu ku nowoczesności, dla której Kościół był jakoby przeszkodą. Gazety najpierw okazywały konsternację nauczaniem papieża, tak jakby mówiąc o dekalogu, mówił jakieś rzeczy nowe, by przejść do jawnego krytykowania i wręcz agresji. Tak było, i nic tu nie zmyślamy.

Papież prorok, niezrozumiany i wyszydzony we własnej ojczyźnie, na którą tak liczył i którą tak kochał, musiał bardzo cierpieć w tych dniach. Nie ustępował jednak, nie machał ręką, nie „odpuszczał”, ryzykując niezrozumienie, odrzucenie, wyszydzenie. Był solidarny z nami. Nigdy nie zapomnę tych słów wykrzyczanych przez papieża w uniesieniu w Kielcach 3 czerwca 1991 roku:

„Nie można tutaj mówić o wolności człowieka, bo to jest wolność, która zniewala. Tak, trzeba wychowania do wolności, trzeba dojrzałej wolności. Tylko na takiej może się opierać społeczeństwo, naród, wszystkie dziedziny jego życia, ale nie można stwarzać fikcji wolności, która rzekomo człowieka wyzwala, a właściwie go zniewala i znieprawia. Z tego trzeba zrobić rachunek sumienia u progu III Rzeczypospolitej!
Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono! Trzeba intensywnie odbudowywać! Nie można dalej lekkomyślnie niszczyć!”